Secrets of London
[10.06.72] Zielone palce - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [10.06.72] Zielone palce (/showthread.php?tid=4169)



[10.06.72] Zielone palce - Mackenzie Greengrass - 11.11.2024

– Bieluń dziędzierzawa – powiedziała Mackenzie, pochylając się nad doniczką. – Czarcie ziele.
Avelina z pewnością znała obie te nazwy i wiedziała, że roślina ma właściwości trujące i halucynogenne – wiedziała w końcu o roślinach i przyrodzie więcej niż Mackenzie Greengrass. Mackenzie Greengrass jednak, w przeciwieństwie do Aveliny, nigdy nie zarzuciła hodowli swoich roślinek, nawet gdy miała na to bardzo mało czasu. Dawały jej spokój. Nieco więcej wiedziała więc o tym, w jaki sposób je sadzić i przełożyć teorię na praktykę.
– Stanowisko słoneczne. Dużo miejsca – recytowała głosem niezbyt głośnym, spokojnym, niemal monotonnym. Mackenzie zwykle mówiła w ten sposób: jeżeli akurat się na coś nie wściekała. Nigdy zresztą nie gadała zbyt dużo, i może dlatego między nią i Aveliną dość często panowało milczenie.
Greengrass nie nazwałaby poznanej kiedyś w szklarni w Hogwarcie Paxton przyjaciółką, ale łączyły je cisza i pewne zamiłowanie do przyrody, a że mieszkały dość blisko siebie, a Mackenzie dość często kupowała w Eliksirach Ravena maści i eliksiry na różnego rodzaju kontuzje, siniaki i bóle stawów, można było zaliczyć Avelinę do naprawdę nielicznego grona jej znajomych. Była więc jedną z niewielu osób, które Green wpuściła do swojego mieszkania i chętnie przystała na wymianę: parę lekcji, by przypomnieć Avelinie dawną wiedzę z zielarstwa, w zamian za to, aby ta poeskperymentowała nad modyfikacją eliksiru uspokajającego dla jej matki, alergiczki. Prowadziły je w maju: kontynuowały i teraz, w czerwcu.
– Może się rozrosnąć – dodała, trochę niepotrzebnie, wskazując na parapet.
Mieszkanie Mackenzie nie przypominało lokalu, jaki zwykle zajmowali bogacze. Spory salon, niewielka kuchnia, sypialnia, dodatkowe pomieszczenie: dość dużo na przeciętnego czarodzieja, ale nie zdradzało, ile pieniędzy ma tak naprawdę właścicielka. W salonie, w którym teraz się znajdowały, stały wygodna kanapa, dwa fotele, stolik, a poza tym… Poza tym zaglądając od niego widziało się przede wszystkim rośliny. Całe mnóstwo roślin. Paprocie zwisające ze specjalnych skrzynek z sufitu, kwiatki stojące na półkach, balkon, obwieszony skrzynkami, szerokie dwa parapety, jeden obstawiony doniczkami i drugi, gdzie obok Belladony miało rosnąć Czarcie Ziele. Dopiero rozglądając się uważnie dało się odkryć, że właścicielka tego miejsca lubiła bez wątpienia także quidditcha, nie tylko rośliny. Na jednej półce zastawionej książkami obok siebie były te o zielarstwie i te o quidditchu, na ścianie wisiały zdjęcia z meczów, skrzynia bez wątpienia przeznaczona była do przechowywania mioteł (i była to taka specjalna, najlepsza ku temu skrzynia, markowa i droższa niż meble).
Mackenzie siedziała na podłodze. Nie było tu dywanu – tak łatwiej było utrzymać porządek, gdy często przesadzało się rośliny.
– Potrzebuje żyznej gleby, bogatej w próchnicę, takiej luźniejszej, więc wymieszamy o to, z nawozem… – stwierdziła, wskazując na worek z ziemią i ze specjalnym nawozem.


RE: [10.06.72] Zielone palce - Avelina Paxton - 12.11.2024

Pewność w tym, że chciała założyć swój własny biznes z każdym dniem w niej narastał, ale budził też lęk. Avelina nie była skora do zmian, a w Eliksirach Raven’a tkwiła już kopę lat. Sama nie była w stanie zliczyć tego czasu, objąć swoją głową i określić w konkretną liczbę, a liczby w jej życiu były dosyć ważne. Wystarczyła szczypta za dużo jakiegoś składniku, a z leku mającego dać energię mogła powstać nawet trucizna, więc liczby były ważne.

Paxton lubiła towarzystwo Mackenzie, ponieważ ona dawała spokój. Była jak ciemne laboratorium alchemiczne, gdzie było duszno, przyjemnie, ciepło i cicho. Jedynie kociołek z miksturą spokojnie bulgotał nad paleniskiem. Tak czuła się przy Greengrass. Cicha, dająca odrobinę wytchnienia i nie zmuszająca do prowadzenia niepotrzebnych rozmów. Wiedzę, którą przekazywała Avelinie chłonęła jak gąbka, poruszając zwoje w swojej głowy do tego, aby uruchomiły uśpioną pamięć o hodowaniu roślin. Miała w domu kilka doniczek z prostymi roślinami do eliksirów i nie tylko. Sama lubiła otaczać się przyrodą w tej postaci. Paxton chciała być wszechstronna, ale nie zawsze jej to wychodziło, bo jeśli zatraciła się w jednym potrafiła w tym przepaść.

Odświeżenie wiedzy z zielarstwa pod hodowanie tych roślin była jej teraz przydatna, ponieważ kupowanie wiecznie roślin od zielarzy wiązało się z dodatkowymi kosztami, więc chciała stworzyć dla siebie swoje własne rośliny. Jej poddasze nadawało się do tego idealnie, ale aktualnie odwiedzała znajomą – to określenie było idealne dla ich relacji. Były znajomymi, spotykały się w kwestii zainteresowań i wspólnego interesu jakim było odświeżenie wiedzy oraz praca nad eliksirem dla jej matki. Było to dla niej ogromne wyzwanie, ale nie oznaczało to nic negatywnego.

Skinęła głową i bez pytania przysunęła nawóz bliżej, aby móc jej pomóc. Babranie się w ziemi i nawozach brzmiało odrobinę obrzydliwie, ale Ave nie bała się ubrudzić. Teraz mogła zaznać odrobinę spokoju od trosk i nigdy nie sądziła, że ostoją spokoju będzie drugi milczek skupiający się na jednym określonym zadaniu.

– Składnik eliksirów związanych z dusznościami – dodała od siebie Avelina. W pewnym sensie ich wiedza się uzupełniała. Kenzie wiedziała jak je hodować, a Avelina wiedziała jak je wykorzystać w swojej dziedzinie. W szkole zawsze dobrze radziła sobie z zielarstwem, nie wiedziała dlaczego przestała to robić. Jej wiedza na ten temat od długiego czasu zaczynała być odblokowywana. Czasami w nocy nawet budziła się z dziwną myślą na temat jakichś roślin o tym, że powinny stać w słońcu, albo powinno się daną roślinkę przesunąć w cień, aby rozkwitła. Prawie jakby śniły jej się lekcje z zielarstwa i miała właśnie odpowiedzieć na pytanie.




RE: [10.06.72] Zielone palce - Mackenzie Greengrass - 12.11.2024

Dla Mackenzie babranie się w ziemi było swojego rodzaju wytchnieniem. Nie takim, jak latanie na miotle – ale rośliny były proste, jeśli wiedziałeś jak się z nimi obchodzić. A te chwile w dzieciństwie, kiedy matka uczyła ją przesadzania, pielenia i pielęgnacji ziół w ogródku w domku w Hogsmeade, były chyba jedynymi szczęśliwymi momentami jej młodości. Nie brzydziła się nawozów, nie przeszkadzał jej brud ani słońce palące w kark.
Matka liczyła, że Mackenzie zostaje botanikiem, może twórczynią eliksirów. Że osiągnie na tym polu tak dużo, że zdobędzie uznanie rodziny. I może dlatego Greengrass w pewnym momencie zaczęła poświęcać temu coraz mniej i mniej czasu. Nie chciała być botaniczką. Chciała latać. Ale wciąż z troską pielęgnowała rośliny, nawet jeżeli tylko po to, by zdobiły jej mieszkanie.
– Nie wiem – przyznała szczerze, pokazując Avelinie by wsypała trochę ziemi do doniczki, a potem troskliwie umieściła w niej roślinę, i zasypała resztę ziemią zmieszaną z nawozem. – Nigdy nie robiłam eliksirów. Nie po szkole. Nie mam na to za bardzo czasu.
Greengrass żyła w reżimie, i to dość ostrym. Rano wstawała biegać, potem jadła śniadanie, cztery razy w tygodniu w sezonie trenowała ze swoją drużyną i przynajmniej dwa razy w miesiącu mieli miecze, wieczorem zwykle przed snem dochodziło do tego rozciąganie. Latała poza tym sama z siebie, ćwicząc nowe sztuczki, a niedawno odkryła też ze zdumieniem, że mugole mają coś takiego jak „siłownia”. I zaczęła na nią chodzić, zwykle tuż po otwarciu, byleby uniknąć kontaktu z ludźmi, których zupełnie nie rozumiała – ale to był świetny sposób na wypracowanie niektórych partii mięśni.
– Jak z kolejną partią eliksiru? – spytała. Nie poganiała, nie wyrażała rozczarowania, bo Mackenzie rzadko robiła coś takiego. – Sądzisz, że uda się zastąpić serdecznik czymś innym? Napary z melisy i waleriany są za słabe.
Olivia Greengrass zawsze denerwowała się łatwo, zwłaszcza na swoją córkę. Nie krzyczała: prawie nigdy nie krzyczała. Jej złość, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, była bardzo spokojna, objawiająca się marszczeniem brwi, grymasem ust, chłodnymi słowy. I zdawała się stała, nigdy nie umykająca. Z upływem czasu nasilała się jednak, i sprawiała, że nastroje pani Greengrass stawały się coraz bardziej chwiejne, ona sama coraz mniej spała, a Mackenzie, która powinna już dawno odciąć się od niej raz na zawsze, cierpliwie znosiła wszystkie gniewne słowa i podsuwała jej kolejne napary i eliksiry, mające ułatwić zasypianie. Uczulenie na składnik najpopularniejszego eliksiru niczego jednak nie ułatwiało.
- Nie lubi ani przesuszania, ani nadmiernego nawodnienia - oświadczyła jeszcze, można by pomyśleć, że mówi o naparze albo o osobie, która miała te napary dostawać, ale nie, chodziło oczywiście o bieluń, którego doniczkę ujęła brudnymi rękoma, by ustawić ją na parapecie.


RE: [10.06.72] Zielone palce - Avelina Paxton - 15.11.2024

Rodzice Aveliny byli jej przeciwieństwem. Wiecznie w podróży, zwiedzające zaginione ruiny, szukając tajnych akt, zwojów i artefaktów. Chcieli często swoją córkę zachęcić do tego, aby zaczęła łapać chwile, uciekać z nimi w podróże, zwiedzać świat i nie przejmować się troskami życia londyńskiego, ale Avelina tego nie potrafiła. Lubiła złapać się jednego miejsca, przykleić się do niego jak rzep i rozwijać swoje pasje, a jej pasją były eliksiry. Siekanie, czytania, trzymanie się przepisów, szukanie alternatywnych składników, udoskonalanie, eksperymentowanie – to wszystko w dziedzinie alchemii, zielarstwa, eliksirów. Chciałaby kiedyś stworzyć wywary na nieuleczalne choroby, sprawić, aby ten świat był lepszy. Życie jej rodziców nie było dla niej, często miała do nich żal, że tak ją opuścili. Już nawet nie przyjeżdżali na niedziele. Pojawiali się może raz w miesiącu lub rzadziej. Miała prawie trzydzieści lat, ale jednak tęskniła za ich szaleństwem. Za głosem ojca, który opowiadał jej różne przygody, za matczynymi obiadami, które tak z czułością im podawała poprawiając ojca w szczegółach, które przekręcał.

– Rozumiem – uśmiechnęła się lekko, ciepło, enigmatycznie; zabrała się za przesypywanie ziemi do doniczki, umieszczenie w niej roślinki, była ostrożna, delikatna i nawet starała się być przy tym troskliwa. Opieka nad roślinami była naprawdę przyjemna.

Avelina zapominała o jedzeniu, treningów nigdy nie miała, ale o eliksirach nigdy nie zapominała, czasami wychodziła na spacery do lasu, aby poszukać roślin, sprawdzić informacje przeczytane w pismach naukowych lub książkach, przechadzała się po godzinach po sklepach zielarskich i aptekach. Czasami zaglądała do przyjaciółki w Mungu, aby podpytać o potrzebne zasoby do szpitalnych zapasów. Chodziła po księgarniach nie tylko czarodziejskich, ale też mugolskich, bo mugole o dziwo też korzystali z roślin w swojej medycynie. Ich odkrycia czasami były fascynujące. Ostatnio jednak sen z powiek zabierał jej też Augustus, który mieszał w jej głowie.

Na jej pytanie Avelina westchnęła ciężko. Starała się szukać wszędzie, ale nie miała na to aż tyle czasu, więc poszukiwania trwały dłużej niż by chciała. Testowała wszelkie rośliny, kupowała je, a nawet zbierała. Starała się je łączyć, aby uzyskać odpowiedni efekt dla matki Kenzie, ale póki co jeszcze nic nie odkryła. Czuła jednak, że była blisko.

– Szukam wszędzie, kilka roślin już przetestowałam, ale nie uzyskałam odpowiedniego efektu. Jutro idę do mugolskiej biblioteki popatrzeć na tamtejsze zbiory roślin, może mają jakieś, których nie znamy. Szukam też w zagranicznych księgach, ale ogranicza mnie brak znajomości języka. Za kilka dni jestem umówiona z tłumaczem. Jak będzie trzeba to sama nauczę się potrzebnych języków, ale wygrzebie dla ciebie ten eliksir nawet spod ziemi – zapewniła ją. Avelina nie miała zamiaru się poddawać, a raz poproszona o pomoc nigdy nie odmawiała.

Paxton nie wiedziała jak mocno Greengrass jest męczona brakiem mocniejszego eliksiru, ale i tak miała zamiar dać z siebie wszystko. Dlatego też odświeża wiedzę z zielarstwa, aby w razie potrzeby wyhodować sama jakąś roślinę, bo może będzie zmuszona do stworzenia jakiejś nowej odmiany, ale póki co musiało jej wystarczyć to co miała. Wytarła brudne ręce w ręcznik, aby szybko zanotować w notatniku kilka informacji, które uzyskała dzisiaj od dziewczyny.




RE: [10.06.72] Zielone palce - Mackenzie Greengrass - 16.11.2024

Relacja Mackenzie z ojcem nie istniała. Relacja z matką była skomplikowana – dziewczyna kochała Olivię Greengrass, ale jednocześnie, jak uświadomiła sobie dopiero ostatnio: zupełnie jej nie lubiła. Olivia zaś kochała na swój sposób córkę, a jednocześnie Mackenzie była więcej niż pewna, że ta żałowała jej istnienia. Żałowała impulsu, który kazał jej kiedyś nie zażyć pewnego eliksiru – co mogło mieć wiele wspólnego z tym, że wierzyła, że dzięki temu ukochany się z nią ożeni.
Naiwne mrzonki.
– Gotowe – oceniła Mackenzie, przyglądając się roślinie krytycznie i sprawdzając palcem, czy gleba jest odpowiednia. Sadzenie i dbanie o rośliny było dla niej po prostu drogą do radzenia sobie ze stresem – by mieć w życiu cokolwiek, poza miotłą, lataniem i quidditchem. W odróżnieniu do Aveliny zawsze pamiętała o jedzeniu (i zawsze dbała, aby jeść zdrowo), pilnowała, aby sypiać w regularnych porach i potrafiła pogrążać się we śnie na komendę, niby zawodowy żołnierz. Bo większość życia podporządkowała swojej karierze.
Nawet nie dlatego, że chciała pieniędzy czy sławy.
Chciała po prostu być najlepsza.
– Nie przejmuj się. To nie jest pilne – powiedziała krótko. – Uda się, to się uda. Nie uda się, to się nie uda. Prześlij rachunki tłumacza.
Równie krótki komunikat, nie pytanie nawet. Greengrass prawie nie wydawała swoich pieniędzy – nie na coś poza sprzętem do quidditcha i rzeczami, których domagała się matka – bo wciąż się tego nie nauczyła, ale je miała. Kiedy wiedziało się, że lata dla reprezentacji, łatwo było wywnioskować, że pokrycie kosztów badań, prowadzonych na jej prośbę, jest dość oczywiste.
– W takich warunkach nie nauczysz się wiele więcej – oceniła wstając, aby postawić doniczkę na parapecie, w idealnie dobranym do tego miejscu. – Potrzebujesz popracować w szklarni albo ogrodzie. Masz kogoś, kto pozwoliłby ci na coś takiego?
Mackenzie regularnie pracowała w ogródku matki w Hogsmeade, ale bardzo niechętnie zapraszała tam kogokolwiek znajomego. Gdyby zastanowiła się nad tym głębiej, chyba doszłaby do wniosku, że działo się tak z powodu wstydu i stresu. Ale nie zastanawiała się nad tym.


RE: [10.06.72] Zielone palce - Avelina Paxton - 24.11.2024

Avelina zaznała sporo miłości ze strony swoich rodziców, byli szalonymi osobnikami i dziewczyna nie umiała ich nie kochać. To od nich nauczyła się tej ufności do świata, która ją ostatnio mocno gubiła. W szkole nauczyła się dystansu, ale te wszystkie wartości zmieszały jej się w coś, czego nie potrafiła ostatnio poukładać. Skomplikowane eliksiry świata były łatwiejsze do opanowania niż istnienie wśród ludzi, szukanie miłości, osoby, z którą Paxton mogłaby spędzać swój czas było wręcz niemożliwe. Zawsze w relacjach z ludźmi popełniała ogrom błędów.

– Chyba będzie jej wygodnie – uśmiechnęła się łagodnie i przyjrzała razem z Kenzie roślince w doniczce. Sadzenie roślin nigdy nie było trudne, wystarczyła cierpliwość i wiedza, której Avelinie nigdy nie brakowało. Miała zawsze sporą dawkę spokoju, aby czekać.

Skinęła głową na jej słowa, oczywiście nie miała zamiaru się poddawać. Uważała to zadanie jako progres w jej życiu zawodowym. Naprawdę zależało jej na tym, aby stworzyć coś dla jej matki, aby ta mogła zaznać choć trochę spokoju. To mogło pomóc wielu osobom. Sama Avelina też z tego by skorzystała – w końcu przestałaby być tą od eliksirów, tą cichą u Ravena, tą miłą z apteki. Mogłaby być geniuszem czyniącym dobro.

– Mimo wszystko nie poddam się – powiedziała dosyć cicho, ale na tyle głośno, aby Kenzie ją usłyszała. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech i tyle.

Przyglądała się swojej znajomej, gdy ta zadawała jej pytanie o miejsce do pracy. Avelina szybko przewertowała w pamięci osoby, które by jej pomogły i w sumie to rodzina jej matki, a dokładniej wujek w końcu miał swoje pola w Dolinie, nie?

– Mój wujek. Chyba się do niego wybiorę za jakiś czas, na pewno mi pomoże – powiedziała lekko zamyślona. – Naprawdę jeszcze raz dzięki, że chce ci się mi z tym pomagać, ale ceny rynkowe niektórych składników są czasami zbyt wygórowane i opłaca się bardziej samemu wszystko robić. Ma się wtedy pewność, że jakość jest odpowiednia i łatwiej będzie mi z tą wiedzą eksperymentować nad tym eliksirem – odparła z westchnięciem. – A jak tam u ciebie? Nie przetrenowujesz się do meczy? – zagadnęła ją o jej życie. Avelina mimo bycia skrytą interesowała się ulubionymi rzeczami w życiu jej znajomych.




RE: [10.06.72] Zielone palce - Mackenzie Greengrass - 03.12.2024

– To dobrze – odparła Mackenzie krótko. Rzadko rozwijała swoje myśli jakoś dokładniej, przynajmniej jeżeli nie chodziło o quidditcha, ewentualnie o rośliny, trudno więc było orzec, czy chodziło o to, że „dobrze”, bo chciała dostać ten eliksir, czy „dobrze”, bo uważała, że ogólnie nie należało się poddawać.
Sama umiała być uparta, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nie było tego po niej widać. Jak sto diabłów, aż do przesady: gdy coś sobie postanowiła, nic ani nikt nie mógł odciągnąć ją od obranego kursu. Gdyby było inaczej, nigdy nie zostałaby profesjonalnym graczem – nie ze swoimi warunkami startowymi czyli absolutnym brakiem pieniędzy oraz oporem matki, która uważała, że córka powinna kształcić się na uzdrowicielkę lub, w najgorszym razie, zielarkę.
– W takim razie powinnaś popracować u niego. Rośliny w ogrodzie to coś zupełnie innego niż w doniczkach – powiedziała, palcem stukając lekko w doniczkę.
Ogródek był jedną z tych rzeczy, za którymi po wyprowadzce z Hogsmeade tęskniła. Innymi były przestrzeń i cisza, ale nie mogła tam zostać: dusiła się pod okiem matki, a poza tym mieszkanie w Szkocji stało się niepraktyczne, gdy treningi najczęściej mieli zupełnie gdzieś indziej.
Mogłaby pozwolić sobie na zakup domu w pobliżu Londynu. Mogłaby, ale wciąż miała opory przed wyrzucaniem pieniędzy na prawo i lewo – a poza tym wiedziała, że nie zdołałaby sama o ogród dbać. Zatrudnienie kogoś, aby robił to za nią, nawet nie przyszło Mackenzie do głowy. Miała znów dość funduszy, aby zrobić to bez problemu, ale jakakolwiek idea jej zatrudniającej na stałe innych ludzi była czymś nazbyt abstrakcyjnym dla Greengrassówny.
– Nie ma za co – skwitowała lekko, wycofując się od parapetu, by najpierw umyć ręce, a potem zabrać się za sprzątanie bałaganu. – Lubię rośliny.
Były mniej skomplikowane niż ludzie, dzięki nim łatwiej było się skupić, ładnie wyglądały w mieszkaniu. Powody można by mnożyć.
– Nie bardziej niż ty nad eliksirami. Lubię latać.