Secrets of London
[31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie (/showthread.php?tid=4179)

Strony: 1 2


[31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Scarlett Mulciber - 12.11.2024

Atmosfera w domu była nie do wytrzymania - dlatego wychodziła. Wolała nie wracać, wolała nocować gdzie indziej, szczególnie, że te "gdzieś indziej" lądowało w ramionach pewnego blondyna, który jeszcze jej nie wyrzucił.
Raz tylko, gdy go obudziła, stwierdził że powinna sama się teleportować, aby nie musiał jej drzwi otwierać.
Można powiedzieć, że stał się jedynym, niemalże stałym, pozytywem.
A mimo to w noc z 30 na 31 postanowiła zostać w domu, czego pożałowała.
Ciężka atmosfera zdawała się dusić. Odpaliła świeczkę, aby ta pomogła jej zasnąć, jednak sen ten nie był nawet w połowie taki jaki by sobie wymarzyła. Przebudziła się, czując się paskudnie.
Nie wiedziała czy to kac, czy niewyspanie.
Odpaliła kolejną świeczkę, paliły się już dwie. Ułożyła się na brzuchu, gdyż tak łatwiej jej się spało. Pozycja ta dawała jej poczucie, że wcale nie jest sama. Pozawalała zapomnieć i nie myśleć o pustym łóżku.
Obserwowała jak płomienie leniwie się kołyszą, wdychając przyjemny aromat.
Wspomnieniami próbowała wrócić do czegoś przyjemnego. Nie wiedziała kiedy jej oczy się zamknęły.
Obudziły ją promienie słońca, które teraz były całkiem nieznośne. Dziewczyna wstała i sprawnie zaczęła się ogarniać, chcąc jak najszybciej opuścić domostwo.

Z domu wyszła niemal bezszelestnie. Zamknęła drzwi i sprężystym krokiem udała się w kierunku horyzontalnej. Wiatr przyjemnie muskał jej policzki, pomagając się rozbudzić i podnosząc poziom endorfin.
Dotarła pierw na ulicę, a zaraz później przed budynek, gdzie aktualnie mieszkał jej brat.
Nie myśląc za dużo weszła do budynku, a zaraz znalazła się pod drzwiami, upewniając się w myślach, że przypadkiem nie pobudzi sąsiadów, dobijając się nie do tych drzwi do których miała się dobijać.
Ku jej uldze, drzwi otworzył Charlie
-Braciszku - rzuciła z uśmiechem po norwesku, następnie wspięła się na palcach, aby musnąć ustami policzek chłopaka. Chwilę później minęła go, wchodząc do mieszkania.
-Zrób mi mocną kawę - ziewnęła - ale z mlekiem - mruknęła, przecierając ślepia. Rozejrzała się, chcąc zapamiętać układ mieszkania. Gdzie był jego pokój?
-Jak sobie radzisz? - zagaiła, kierując swoje kroki do kuchni - Wspominałeś mi ostatnio w liście o dziewczynie  - zerknęła na niego przez ramię- Ale nie powiedziałeś czy randka się udała - zauważyła, siadając przy stole.
-Zaliczyłeś czy nie zaliczyłeś, Charlie? - zachichotała, sięgając po winogrono.


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Charles Mulciber - 13.11.2024

Oda dobijała się do okna od bladego świtu i Charlie przeklinał tego ptaka, choć sam był sobie winien. Sowa, przyzwyczajona do wpuszczania do klatki, gdy tylko słońce wchodziło, podążała za tym, czego właściciel uczył ją przez lata. Nie winą stworzenia było, że tym razem Mulciber chciał pospać nieco dłużej, aniżeli do pierwszego promienia, który docierał do linii wschodu. Ostatnie noce nie były owocne, jeśli o wypoczynek chodziło, bo wciąż świeża sprawa wuja i jego nagłej śmierci spędzała sen z powiek. Charles czuł się winny, tak stresom, których przyspożył Robertowi w jego ostatnich miesiącach, jak i sytuacji ojca, pozostawionego bez swojego bliźniaka. I choć na dłuższą metę mogło wyjść to ojcu na dobre, to okres przejściowy był zdecydowane trudny. Chalres nigdy przecież nie chciał sprawiać ojcu przykrości, zdawał sobie jednak sprawę, że jego zachowanie nie było jedynym, co sprawiło, że czarne serce Roberta w końcu się zatrzymało, a płuca zalały jadem. Jakkolwiek jednak nie było, Charles nie mógł spać i w głupim uporze odmawiał zapalenia własnej świeczki, gdy wiedział, ile trudu i pieniędzy włożył w stworzenie tego kawałka wosku nasączonego nasennymi specyfikami. Dość było powiedzieć, że poranek nie należał do udanych, co mogła zobaczyć siostra po ujrzeniu brata w drzwiach. Charlie nie miał jeszcze dość samozaparcia, by chociażby zaczesać włosy na bok, jak zwykle je nosił, ani nawet umyć twarzy, o zębach nie wspominając. Brzytwa też musiała poczekać na poranną kawę, tak jak dzienne ubrania: stara bawełniana koszulka i bokserki to wszystko, co na sobie miał.

I chociaż już myślał, że to sąsiad przyszedł kłócić się o ciszę nocną, zakłócaną ciągłym wierceniem się Charliego przez nieprzespaną noc (a łóżko Ropha nawet nie skrzypiało, ale mogło obijać się o ścianę), to przyjemnie zdziwił się widząc siostrę. Nachylił się, pozwalając pocałować w policzek.

- Scarlett? Co tu robisz? - Zapytał, odruchowo używając norweskiego. Przepuścił ją w drzwiach. - Tak, zrób nam kawę. Wszystko masz tam. - Machnął ręką, wskazując na szafki i czajnik, który wystarczyło aktywować magią. Sam usiadł na kanapie, wciąż dochodząc do siebie. Scarlett musiała poradzić sobie sama.

Pomieszczenie z aneksem kuchennym było miłym salonem, lecz utrzymanym tak, jakby wcale nie był używany. Utrzymany w zbyt czystym, nieskazitelnym stanie potrzebowałby jakiejś delikatnej ręki, by z zimnego lokum stał się domem. Charles nie miał na to czasu.

Wspomnienie o randce pozwoliło mu ożywić się tylko odrobinę. Uniósł na dziewczynę zmęczone spojrzenie.

- Nie byliśmy sami, Lyssa... Pamiętasz Lyssę? Lyssa do nas dołączyła. - Wyjaśnił, jakby to miało rozjaśnić wszystkie wątpliwości. Przetarł twarz, skupiając się dłużej na oczach i wyciągając z nich tym samym śpiochy. - Mamy się znów spotkać, niedługo. I to nie jest dziewczyna, którą zaciągasz do łazienki na szybki numerek. Ona się szanuje. - Wyjaśnił, dbając o cześć Scylli. Nie widział jej jako wyzwolonej sufrażystki ani rozwiązłej ladacznicy. Była na to zbyt niewinna, zbyt czysta. - Zostawiłaś tatę samego?


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Scarlett Mulciber - 15.11.2024

Tak jak i powiedział, tak też zrobiła. Marzenie o kawie było silniejsze od chęci marudzenia, że jest w gościach i jako gospodarz powinien zrobić im kawę.
Lyssa, Lyssa... Ah tak. Ale kto na randkę zabiera osoby trzecie? A może przypadkiem się napatoczyła. Może lepiej było doradzić mu bardziej ustronne miejsce, aniżeli lodziarnie.
Na ustach Mulciber pojawił się iście szelmowski uśmiech
-Oj braciszku, gdybym to ja z nas dwojga miała penisa... to te twoje święte i cnotliwe duszyczki szybko zapomniałyby o swoim kręgosłupie moralnym - zachichotała, stawiając kawę na blacie. Sięgnęła po swoją, aby upić łyka - i o całym bożym świecie - dodała melodyjnym, acz mrukliwym szeptem, ponowie zatapiając wargi w gorącym płynie.
- Będę trzymać kciuki, że na drugim spotkaniu chociaż potrzymasz ją za rękę - wyznała z głupim uśmiechem. Nagle jakoby coś ją olśniło - Właściwie to skoro uznajesz randkę za udaną to może w końcu zdradzisz mi jej imię? - podparła twarz na dłoni, kierując na niego jasne spojrzenie.
Braciszek ma dziewczynę. Znaczy będzie mieć. Znaczy chyba. Naiwnie było sądzić, że ten karnawał może trwać w nieskończoność jeśli nie będzie postępów, chociaż kto wie... może trafił na równie urokliwą i niewinną duszyczkę.
Na pytanie o ojca uniosła brew
-Charles - zaczęła - Nie przypominam sobie by nasz ojciec był niedołężny i potrzebował niańki - wyznała nieco chmurnie, a zaraz westchnęła. Wiedziała, że chłopak się martwił, a jednak wydawało jej się, że coś mu umknęło.
-Charlie, wuj dopiero co umarł. Daj ojcu spokój. Każdy inaczej nosi żałobę, a tata... tata chce być sam. I ja to szanuje. To dorosły i rozsądny mężczyzna, który stracił bliską mu osobę. On nie chce teraz nikogo widzieć, chce pokładać myśli i przeżyć tą stratę. Naprawdę myślisz, że jeśli zacznę nad nim skakać to mu się poprawi? - zmarszczyła brwi - Będzie zły i każe mi wypierdalać, bo nie daje mu przestrzeni, której teraz potrzebuje. Zresztą wiem co czuje, On nie chce by kto oglądał go takiego. Silne charaktery nie cierpią pokazywać słabości. Daj mu czas, trochę czasu - skrzyżowała ręce na piersi - a jak uważasz, że się mylę to drogę znasz, synu marnotrawny. Spróbuj szczęścia.


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Charles Mulciber - 15.11.2024

W gościach czy nie, to Scarlett była kobietą i to ona zażądała kawy. Wiedziała dokładnie jak słodką i białą kawę pijał Charlie, więc zrobienie jej nie powinno powodować jej żadnego problemu. Zresztą, musiała widzieć, jak nieobudzony był jeszcze Charlie. Brat niegrzecznie złapał za koc, dotąd ładnie złożony, i naciągnął go na siebie, zakrywając tym samym kościste kolana. Nie była to jednak kwestia przyzwoitości, a zwyczajnego chłodu poranka.

- Lepiej więc, żebyś nie miała penisa. - Mruknął, zupełnie nie zaskoczony jej stwierdzeniem. Nie mogła mieć pojęcia, jak ciężko było dobrać się do dziewczęcych majtek! - Gdybym chciał, mógłbym zakręcić ją sobie wokół palca. Ale w tym przypadku to nie o to chodzi. N kogoś takiego jak ona... Będę czekał, póki sama będzie gotowa. - Podzielił się przemyśleniami, a przez całe te emocje, które w nim rozkwitały na myśl o pannie, aż przechylił się na bok. Nie trafił głową w podłokietnik, wyłożył się więc na zupełnie płasko i przymknął powieki, zbyt senny, by dalej walczyć. - Byłaś za młoda, nie wiedziałaś, jaki twój braciszek był obrotny w szkole. Pamiętasz Astrid? Odynie, że ona nie zaszła w ciążę... - Mruknął do siebie, wspominając wyczyny w Durmstrangu. Wtulił twarz nieco bardziej w materiał kanapy, bo choć kawa kusiła, potrzebował jeszcze chwili. - Jeśli będzie chciała, to może nawet ją pocałuję. A imię? Ma na imię... Mmm... Scylla. Pracuje u Pana Dolohova.

Charles gotów byłby rozmarzyć się całkowicie, wspominając słodkie głupstwa z ust Scylki, lecz kolejne słowa siostry kazały mu otworzyć ślepia i spojrzeć z dołu na Scarlett.

- Tata potrzebuje cię teraz bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. - Zauważył. - Daj mu przestrzeń, ale zadbaj o niego. Ja nie mogę wrócić, nie jestem synem marnotrawnym, tylko synem wyjebanym na zbity pysk. Poza tym, tu jest mi dobrze.


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Scarlett Mulciber - 15.11.2024

Uśmiechnęła się pod nosem. Chyba naprawdę go wzięło. Czyżby jej ukochany braciszek się zauroczył? To było urocze i ciekawe zjawisko.
-Tylko nie czekaj za długo, Charlie - wymruczała, upijając kawy - Bo ona może czekać tak jak ty... - dodała, a zaraz wyłapała spojrzenie chłopaka.
-Kobiety lubią jasne sytuacje, braciszku - wyznała, wpatrując się w jego ślepia - Jeśli ty nie powiesz jej, że ją kochasz -uśmiechnęła się, ale nie był to wesoły uśmiech - To zrobi to ktoś inny. Jeśli ty nie pokażesz, że Ci zależy... To zrobi to ktoś inny - ponownie sięgnęła po kubek - Daj jej przestrzeń, ale nie czekaj za długo. Bo może się to obrócić przeciwko tobie. Wiem, że "kochać" to mocne i wyraziste słowo, ale jeśli czujesz, że jest wyjątkowa to nie czekaj. Zrób pierwszy krok, czasami element zaskoczenia to dobry znak i... - uniosła kubek - jeśli nie chcesz jej pospieszać w kwestii łóżka, to przynajmniej zapytaj ją o chodzenie. Znaczy... jak już ją pocałujesz czy coś - zaśmiała się cicho - Pamiętaj, dopóki nie padnie pytanie to wszystko wisi w sferze teorii i przypuszczeń, a te są najbardziej zdradliwe.
Ah ta, podboje braciszka. No buzie miał uroczą, to i przyciągał swoją słodyczą.
-Pamiętam i ... - roześmiała się - dobrze, że nie zaszła, bo teraz zamiast myśleć o swojej księżniczce byś bawił swojego małego kaszojada - pokręciła głową.
Ah, Charlie nie chciał się śpieszyć. Ta dziewczyna serio musiała zawrócić mu w głowie. A jednak Mulciber obawiała się o te ociąganie. Niepokoiła się nieco, że jeśli ten będzie zwlekać za długo to mimo, że jego działania podyktowane były szacunkiem i miłością to... było to subiektywne. To były jego spostrzeżenia i jego intencje. Ona mogła widzieć to inaczej. Oczywiście, że nie musiała, ale mogła.
Ponownie uniosła kubek, aby upić kawy i ewidentnie wybrała najgorszy moment. Bowiem gdy padło imię Scylly, Scarlett zakrztusiła się, zanosząc kaszlem.
-Co ty powiedziałeś? - mruknęła, a zaraz zakasłała. Imię te było na tyle specyficzne i nietypowe, że od razu połączyła je z obrazem dziewczyny z lasu.
-Ciemne włosy? trochę oderwana od rzeczywistości? Wróżbitka? - zadała szereg pytań, a Charlie zarówno po jej wcześniejszej reakcji, jak i zgodności kolejnych pytań mógł zorientować się, że jego siostrzyczka chyba zdążyła już poznać jego wybrankę.

Temat ojca wracał jak bumerang, a komentarze jej brata w tej kwestii działały niczym płachta na byka.
-Wyczytałeś to w jego myślach, czy to twoje subiektywne przemyślenia, które wysnułeś z drugiego końca miasta nawet nie rozmawiając z tatą, hm? - zagaiła, unosząc brew -Charlie, nie zapominaj, że ja też mam swoje życie. Ojca doglądam, ale nie myśl sobie, że zwalisz na mnie całą odpowiedzialność bo "się wyprowadziłeś". Dobrze wiesz, że w dupie mam wasze zdanie na temat kobiecej roli. A ojciec wychowywał nas jak równych sobie, nie miałam żadnych przywilejów jako dziewczynka. Nie byłam łagodniej traktowana bo jestem "słabą płcią", byłam traktowana tak jak ty i Leonard, tak jak syn. Więc w każdej innej kwestii chce być też równo traktowana. Kurą domową i niańką nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Żoną też będę chujową, bo jakoś tak podczas mojego wychowania zapomnieli wszyscy, że dziewczynka powinna być słodka i urocza, bawić się lalkami i brzydzić przemocą, więc nie wymagaj ode mnie, że po osiemnastu latach nagle odkryję w sobie opiekuńczą i delikatną kobietę. Idealną jak Sophi, bo przecież ta gotuje, szyje i będzie idealną żoną i matką. Ja-nie-będę - ostatnie słowo wycedziła przez zęby - Jak uważasz, że źle się obchodzę z naszym tatą to adres znasz, wuj nie żyje, także nic nie stoi na przeszkodzie abyś się zainteresował - skrzyżowała ręcę na piersi - ale to byłoby niewygodne, co? łatwiej jest udawać zatroskanego kwitnąc kilka ulic dalej i zrzucać wszystko na mnie.


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Charles Mulciber - 25.11.2024

Charlie wykrzywił usta i przekręcił się na plecy, podwijając zaraz nogi, by dać siostrze więcej miejsca na kanapie. Wciąż nie wstawał, ale siostra przynajmniej powodowała, że nie zamierzał ponownie zapaść w sen.

- Jeśli uzna, że jestem jej wybrankiem, to na mnie poczeka. - Stwierdził z godną podziwu pewnością. Czy to nie tak było w romansidłach? Scarlett powinna wiedzieć lepiej, jako kobieta, to ona z pewnością takie czytała. - A jeśli nie, to znaczy, że nie byliśmy sobie pisani. Poza tym, o jakiej miłości mówisz? Ledwie się poznaliśmy. To dużo za wcześnie na wyznawanie miłości. - Pouczył ją. - Poza tym, widujemy się w pracy. I mamy wyjść na kolację, tym razem tylko we dwoje. Może powiem ci potem, jak mi poszło. - Uśmiechnął się pod nosem, choć z wesołością kontrastowały podkrążone oczy. Charles nie wyglądał jak kawaler do wzięcia, a jak ktoś zmęczony, a może nawet trochę chory.

By zarazić słabości ciała, podciągnął się do siadu i złapał za kubek kawy. Ta mogła mu pomóc.

Wizja odchowywania dzieciaka, zamiast go przerazić, rozbawiła go tylko. Ojciec przymknąłby oko na chujowe świeczki, gdyby wcześniej Charles przyniósł mu do domu mały skandal zapakowany w becik. Świat mógł potoczyć się zupełnie inaczej. Scarlett mogła też umrzeć, utopiona w kawie, gdy szokiem okazało się imię jego wybranki.

- Nie pluj kawą na stolik, zostaną ślady. - Zamarudził, a przed oczyma stanął mu obraz rozczarowanego Rolpha. Wolał dbać o stolik, i wszystko inne! - Tak, ciemne włosy, długie, tu krótsze. - Pokazał dłonią przy szyi. - I jest wyrocznią, to znaczy... ma wizje, dlatego wydaje się niecodzienna. Nie mów tak o niej. - Oburzył się delikatnie. Oczywiście, że Scylla była oderwana od rzeczywistości, nieco pomylona, zdecydowanie dziwaczna. Ale to nie miało znaczenia. - Scylla Greyback, znasz ją? - Podpytał, bo przecież taka reakcja mogła tylko na to wpłynąć. A jeśli Scarlett znała Scyllę... to było źle. Bardzo źle.

Westchnął i przetarł oko, zaraz zapijając myśl kolejnym łykiem kawy.

- Nie możesz poświęcić godziny dziennie na zajęcie się ojcem? - Zarzucił siostrze. Scarlett wiedziała, że ze wszystkiego na świecie, Charlesa najbardziej interesowało dobro ojca. Musiała mu to wybaczyć. - Nie wyprowadziłem się, tylko mnie wyrzucono. Wiesz, co powiedział do mnie ojciec? Wypierdalaj. To jasno znaczy, że mam się nie pokazywać. Tym bardziej teraz... dość ma zmartwień. - Mulciber nachmurzył się odrobinę. - Nie proszę cię, żebyś się nim zajęła, bo jesteś jego jedyną córką, tylko dlatego, że wiem, że mogę na ciebie liczyć. Ale w porządku. Napiszę do Sophie.


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Scarlett Mulciber - 07.12.2024

Wizja Charliego była... słodka. W pewien sposób rozczulał ją ten romantyzm, który sobą prezentował.
Niestety w rzeczywistości sprawy mogły wyglądać z goła inaczej. Gdy dwie osoby czekają, aż ta druga strona zrobi pierwszy krok - któreś w końcu pójdzie w inną stronę, sądząc że ten drugi nie jest nią zainteresowany.
Cierpliwość bowiem łatwo było pomylić z obojętnością.
-No jeśli ma autyzm... - mruknęła, trochę niechcący. Tak przypadkiem jej się wyrwało z ust słowo.
Charlie miał rację, poniekąd.
-Bo widzisz, zauroczenie przychodzi samo, a na miłość się pracuję, gdy motylki w brzuchu przestaną wirować. I wiem, że jest za wcześnie by mówić o miłości, ale po co czekać, jeśli przez myśl przeszło ci, że to może być ta?-uśmiechnęła się delikatnie - mam na myśli.. pielęgnuj to co zakiełkowało, braciszku. Zrób jak uważasz, aby tylko w przyszłości nie stanąć przed lustrem i nie zapytać siebie czy mogłeś zrobić coś więcej... - pochwyciła jego łapkę, którą zamknęła w swoich dłoniach -Wierzę, że zrobisz najlepiej.... i że pochwalisz mi się wkrótce, że się zakochałeś po uszy - zachichotała.

Jej zdziwienia nie dało się ukryć, brat zresztą zauważył, ciężko aby było inaczej.
-Ta, tak, poznałyśmy się - mruknęła, przywołując wspomnienia z lasu samobójców. Czas który wtedy spędziły razem i otuchę, którą od niej dostała. Od pierwszego wejrzenia Scarlett poczuła, że chce, aby ta dziewczyna stała się kimś bliższym. Działała niczym magnez, będąc przy tym niezwykle eteryczna. Nieco zagubiona, ale trzeźwa jak nikt inny.
Pamiętała też, że chciała ją zejść z Charlesem bardzo szybko.
-Czy jestem wiedźmą? - szepnęła - znaczy jestem, ale ... - mruknęła do siebie, dumając nad tym czy to był przypadek, wyrok gwiazd, czy może Mulciber ma jakąś moc wpływania na przyszłość.
Gdyby jeszcze z Baldwinem to tak działało, ale nie. Nie ma co się łudzić.
-Niesamowite, bo chciałam was ze sobą spiknąć... - wymruczała w zadumie - ale nie zdążyłam was poznać i teraz - machnęła ręką w jego kierunku - ty mi mówisz... o ja pierdolę. Jestem pierdolonym medium - roześmiała się, rozbawiona całym tym absurdem.
-uważaj braciszku, to co mówię najwidoczniej się spełnia - dodała rozbawiona. Oczywiście, że żartowała, ale sytuacja była na tyle rozbrajająca, że nie dało się inaczej.

Cały urok prysł, gdy powrócił, niczym bumerang temat ich ojca.
-Przecież poświęcam, idioto - prychnęła - bywam w kamienicy codziennie, nawet jeśli tam nie nocuje - rozłożyła ręce, zaraz wzdychając ciężko .
-Bywam codziennie, staram się wyciągnąć go na dwór czy chociażby z pokoju, robię maksimum co się teraz da, rozumiesz? - fuknęła oburzona - Ale on też potrzebuje kurwa przestrzeni, zrozum to, wuj Robert kurwa umarł, a ojciec zasłonił w domu wszystkie pierdolone lustra. To jest delikatna sprawa, rozumiesz? Nie można na nim nic wymuszać teraz - uniosła brwi w zdziwieniu, gdy padło imię ich kuzynki.
-Ty słyszysz, co ty kurwa powiedziałeś? - mruknęła zdumiona - Sophi kurwa zalewa się łzami, a ja mam ich obu na głowie. Ona straciła ojca, rozumiesz? Nie waż się do niej pisać w tej sprawie. Wiem, ze przepełnia cię pieprzona ślepa miłość do ojca, ale no kurwa nie rób sobie jaj! Pomyśl jak bardzo odklejone jest to co właśnie powiedziałeś... - prychnęła, wzdychając zaraz - Przestań, po prostu przestań. Jak sam nie masz zamiaru się fatygować ze swoją wielką miłością, to kopnij w dupę Leonarda, niech też się zainteresuje. Wy wszyscy jesteście zajebiści w pustym pierdoleniu formułek, Charlie, ale za tym pierdoleniem nie idą żadne czyny. A to czyny się liczą, nie mówienie i to to zweryfikuje wasze zmartwienie i troskę


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Charles Mulciber - 08.12.2024

Rozmarzony Charles nie tylko miał piękne wizje, ale też zupełny brak zrozumienia, jak działają kobiety i jak powinien je adorować w sytuacji, w której się znaleźli. Odyn jeden wiedział, że jego próby podrywu były co najwyżej nieporadne, ale Scylla przynajmniej dorównywała mu umiejętnościami.

- Co ma? - Dopytał, nie będąc zaznajomiony z terminologią medyczną, która nie była używana wśród magicznego społeczeństwa. - Pracuję przecież. Na miłość. - Uściślił, a chcąc powstrzymać niezręczność, upił duży łyk z kubka. - Nie wiem, czy to ta. Teraz mi się tak wydaje. A s-skoro ją znasz, to nie muszę ci nic więcej o niej mówić. - Zawstydził się, opierając wygodniej i wciągając nogi, by oprzeć je przed sobą. - Jak przyjdzie czas, to może coś z tego będzie. A jak nie, to nie.

Rozmawianie o miłościach nie było łatwe, gdy obok siedziała siostra, tak bliska sercu. Charlie westchnął na samą myśl o Scylli i musiał przetrzeć dłonią twarz, by zmyć z niej ten głupi uśmieszek. Panna Greyback sprawiała, że działy się z nim dziwne rzeczy.

- Domyślam się, co znaczy spiknąć. - Powtórzył kolejne nieznane sobie słowo. - I naprawdę, nie musisz. Radzę sobie doskonale sam i to mój wybór. I Scylli, ale ona widzi przyszłość. - Podkreślił, nie podzielając wesołości siostry, bo przecież był bardziej zawstydzony, niż zadowolony, a do tego wciąż niewyspany.

Przyszłość i plany na nią musiały jednak poczekać, bo uderzała w nich przeszłość i teraźniejszość, gdy ojciec potrzebował pomocy i wsparcia, którego Scarlett mu odmawiała.

- Zapomnij, poproszę Sophie! - Podniósł nieco głos, rozeźlony podejściem Scarlett. - Nie nocujesz w kamienicy? To gdzie się włóczysz? Wiesz co, nie, nie mów mi. - Parsknął suchym śmiechem. - Zostawiasz go samego w domu, tylko to się liczy. Więcej się po tobie spodziewałem. - Rzucił kąśliwie, odstawiając kubek na stół. - Ojciec potrzebuje przestrzeni, ale potrzebuje też czuć, że jesteś tam, dla niego! I dla Sophie, skoro tak ciężko to przeżywa! A teraz to ja jestem ten zły, co? Ja i Leonard? - Charles poczuł, jak napełnia go złość. Nie tego spodziewał się z samego rana, nie wypominania miłostek i tego, że zapominał o ojcu. On, jako jedyny z rodzeństwa, w ogóle interesował się dobrem Richarda! - A ty jesteś niby lepsza? Ty się poświęcasz, włócząc się po Londynie? Masz chociaż pracę, Scarlett? Masz poważne zajęcie, skoro nie masz czasu dla taty?!


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Scarlett Mulciber - 14.12.2024

-No to nie pozostało mi nic innego jak trzymać kciuki, że to ta - stwierdziła, raczej mając dobre przeczucia. Dawno nie widziała Greyback. Pamiętając ich ostatnie spotkanie mogłaby zacząć rozważać o tej całej przyszłości zapisanej w gwiazdach. Mogłaby też się zastanowić czy spotkanie jej było przypadkiem.

-Wychodzi na to, że świat jednak jest mały. A wyroki Matki miłosiernej niezbadane skoro sami się spiknęliście... - mruknęła, nie ciągnąc tematu. Nie chciała go bardziej zawstydzać, chociaż korciło ją niemiłosiernie. Jego zmieszana mina zawsze była mieszanką czegoś zabawnego, acz uroczego zarazem.


Słysząc jego pierwsze słowa dziewczyna roześmiała się, kręcąc głową w niedowierzaniu. Rozmowa z nim przypominała walenie głową w mur, wskazywanie drogi niewidomemu. Czy można być aż tak zaślepionym? Kiedy przestałeś widzieć, a zacząłeś tylko patrzeć, Charlie?
-Kim jesteś ty, żeby oceniać każdy mój ruch, samemu lewitując w bezruchu? - na jej usta wpłynął szyderczy uśmiech. Powoli wstała, opierając dłonie o stół, nachyliła się nad nim.
-Powiedz mi braciszku, kiedy stałeś się impotentem? - wycedziła szeptem - Mężczyzna potrafi przyznać się do swoich potknięć, a ty uciekasz niczym ostrzeliwana łania, rzucając oskarżeniami w popłochu.. Nie jestem pewna, ale im wcześniej dowiesz się, że błądzisz i topisz się we własnej hipokryzji, próbując zagłuszyć swoje sumienie, tym mniej spalisz za sobą  mostów.
Powoli oderwała dłonie od stołu, aby stanąć prosto, a wraz z tym z jej twarzy zniknęły emocje, nastąpiła obojętność i chłód, który rozpościerała jej aura. Jej wzrok stał się lodowaty, jak gdyby w jej oczach zamknięto oba bieguny na których właśnie rozpętała się zamieć śnieżna.
-Zbiera się na deszcz... - rzuciła chłodnym, wyprutym z emocji głosem - a najwięcej kosztuje oszukiwanie samego siebie, Charlie... -zmrużyła ślepia, delikatnie przechylając głowę na bok - Nikt nie jest bezkarny, braciszku.. Zawsze trzeba płacić. Twoje żałosne majaki nie oczyszczą twojego oblepionego mułem sumienia, niezależnie od tego jak głośno będziesz wykrzykiwać do mnie swoje puste hasła. Twój sen z biegiem podejmowanych na oślep decyzji zamieni się w koszmar, koszmar z którego nie będziesz mógł się wybudzić. - szepnęła. Nie rozumiała co się z nim stało. Nie rozumiała jak do tego doszło. Ty, jedna z najbliższych osób w moim życiu jesteś mi drzazgą w oku, wbijasz mi sztylet w plecy. Jak to się stało, że szemrany artysta stał się opoką, którą powinieneś być ty.
Powiedz jedno słowo, a Cię stamtąd zabiorę - wygrawerowane w jej duszy. Jak to się stało, że to od Malfoya biło wsparcie, mimo że był jebanym psychopatą? Był jej snem, tak słodkim i gorzkim jednocześnie. To on wiedział gdzie wybywa, nad czym pracuje, ile łyżeczek pierdolonego cukru wsypuje do kawy.
On nie musiał trudzić się zadawaniem pytań, on po prostu wiedział. To on się stał tym czym jej brat był, był... niegdyś. W innym śnie. Śnie z którego będą musieli się wybudzić.
- Gdybyś zainteresował się ciut bardziej moim życiem, a nieco mniej kreowaniem fałszywych świadectw na mój temat to byś wiedział, że od jakiegoś czasu jestem stałym bywalcem w kancelarii prawnej wdrażając się we wszystko, a z dniem jutrzejszym podpisuje oficjalnie papier o staż. Więc tak, Charlie, znalazłam poważne i zajmujące zajęcie. - uśmiechnęła się słodko, acz uśmiech ten przesiąknięty był jadem.
Kiedy kurtyna opada i tak wszyscy robią co się najbardziej opłaca. On również, siedząc na horyzontalnej w swoim nowobogackim mieszkanku na które nie byłoby go stać. Udając zatroskane dziecko, ale z daleka, bo tak było najwygodniej, najbardziej komfortowo.
-Przestań już... Bo to stało się nudne. Ale! Jeśli sprawi ci to satysfakcje, proszę bardzo - wzruszyła ramionami - Jestem niewdzięczną, nieczułą istotą która nie zasługuje na miano córki, czuje przeszywający wstyd, że nie przykułam się do ojca. Jestem żałosnym niewdzięcznym bachorem, które powinno się usunąć z drzewa genealogicznego za zbrodnie, których się dopuściłam. - westchnęła, unosząc jedną z brwi- To chciałeś usłyszeć, Charlie? Lepiej Ci? Możemy skończyć ten cyrk zanim spłonie nasz świat?


RE: [31.08.1972] ~To zaliczyłeś czy nie?~ Scarlett&Charlie - Charles Mulciber - 15.12.2024

Sprawa Scylli była niepewna, wiele brakowało do jej przesądzenia, lecz Charles nie zamierzał decydować bez poznania zdania swojej wybranki. Siostra przynajmniej aprobowała i wydawało się, jeśli dojdzie do związku, przynajmniej jej opinię będzie miał z głowy.

Sądził, że Scarlett zareaguje inaczej. Spodziewał się spuszczenia głowy, przyznania do winy, przyrzeczenia poprawy. Tymczasem siostra nie tylko nie dała się upomnieć, ale jeszcze odbijała piłeczkę i Charlie poczuł, jak kolejny raz robi mu się gorąco, lecz tym razem już nie ze wstydu. Wyprostował się, nie pozwalając, by siostra wzięła nad nim górę.

- W bezruchu? Scarlett, czy ty wiesz, co ja robię? Czy zainteresowałaś się tym, co robię, jaką mam pracę? - Wytknął jej wprost. - Nie będziesz oskarżać mnie o bezruch, nie w momencie, gdy robię więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. - Warknął. Wiedział, że musi sam zadbać o swoją przyszłość i zamierzał to zrobić. Pracował u pani Dolohov, zaś po oficjalnej pracy zajmował się swoimi świeczkami. Nie miał czasu na wyjścia, na spotkania, na miłostki, chociaż przecież ktoś pojawił się w jego życiu. Scarlett mogłaby równie dobrze napluć mu w twarz. - Nie znasz znaczenia słowa impotent, prawda? Nie musisz używać ładnych słów i poetyckich wyrażeń, nie robi to na mnie wrażenia. - Dodał, bo wolałby przekazane wprost informacje. Nie miał pojęcia, skąd Scarlett nabrała takiej maniery, ale nie podobała mu się ona ani trochę. - Nie rozumiesz, że to przez konsekwencje moich działań nie mogę zadbać o ojca tak, jakbym chciał? Zaufałem, że ty staniesz na wysokości zadania. Ty byłaś obok niego, Scarlett. Obok taty, jako ostatnia. - Uniósł dłoń, by oskarżycielsko dziabnąć ją palcem w mostek. - Po tym, jak mnie wyrzucił i nie chciał na mnie patrzeć. Sądzisz, że coś się zmieniło, nawet jeśli wuj nie żyje? To była jego wola! Jego ostatnia wola, żeby mnie wyrzucić i wydziedziczyć! Nie muszę ci tłumaczyć, że tata ceni sobie wuja bardziej niż wszystkich nas razem i każdego z osobna! - Podniósł głos, niemal wykrzykując te krzywdzące słowa, w które jednak nauczył się wierzyć. Nawet zza grobu Robert nim pogardzał. Nawet po śmierci miał wpływ na ojca. - On sam nakazał mi wyprowadzkę, to nie był mój wybór, żeby odciąć się od ojca! To był wybór taty!

Odczucia Scarlett odbijały się w Charlesie jak w krzywym zwierciadle. Oboje siebie nie rozumieli i oboje mieli o to żal, który rozrywał serca. Szukali w sobie wsparcia, lecz go nie znajdowali.

- A teraz znajdujesz sobie pracę, gdy ojciec cię potrzebuje..? - W głos Charlesa wdarło się rozczarowanie. - Czy naprawdę miałoby to takie znaczenie, gdybyś poczekała miesiąc? Z pewnością miałoby znaczenie dla taty. Ja... nie wiem, co się stało, Scarlett. Z tym, z tobą, z tatą. Może lepiej będzie... jeśli nie będziemy o tym rozmawiać.

Jeśli wyjdziesz, odbiło się echem.