![]() |
|
[31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y (/showthread.php?tid=4213) |
[31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Teleportowali się w niewłaściwe miejsce. Jeśli miałby być ze sobą brutalnie szczery (a nie potrzebował, nie musiał sobie bardziej dokopywać, jego Luba już to zrobiła) to on ich tam teleportował, zbyt zły, żeby panować nad intencjami. Na sam odległy skraj wrzosowiska. Na polną drogę, właściwie to ścieżkę prowadzącą między krzewami jeżyn, morskimi trawami i zaschniętymi wrzosami w kierunku Piaskownicy, której światła błyszczały na horyzoncie w mroku nocy. Z oddali wyglądało to naprawdę pięknie, szczególnie że kawałek frontowej części ogrodu również oświetlał ciepły blask lampy, która bujała się na wietrze, światło na ganku także dawało przyjemną poświatę. Wracali do domu. Jeśli ktoś mógł wściekle powłóczyć nogami, jednocześnie słaniać się na nich i stawiać naprawdę zdecydowane, wkurwione kroki to był to Ambroise ciągnący przy tym swoją dziewczynę za rękę. Instynktownie nie miał zamiaru ani na chwilę puszczać jej dłoni, jakby mocny splot ich palców gwarantował to, że dojdą do domu przez zamglone wrzosowisko i nie będą robić więcej okrężnych dróg. Zrobili ich już dostatecznie wiele. Tak właściwie to żywił przekonanie, że jego najdroższa dużo więcej niż on, chociaż w głębi swojego umysłu. Przecież jakimś cudem weszła na te ścieżki, które zaprowadziły ją do podjęcia decyzji o tym, by mieć w zupełnym poważaniu wszystkie jego prośby: każdą decyzję, którą podejmował z uwagi na chęć zapewnienia jej bezpieczeństwa. Każdy jeden powód, który jej podawał. Wszystkie, ale to wszystkie przesłanki, że on po prostu nie chce jej angażu w jego czarnorynkowe sprawy i prędzej dostanie pierdolca niż zgodzi się na zmianę zdania. No to właśnie dostał tego pierdolca. Był wściekły jak osa. Jak jebany rogogon doliński czy inny chuj. Nawet nie próbował tego ukrywać. Z minuty na minutę wyłącznie coraz bardziej zionął ogniem, mocno zaciskając szczękę. Nie godził się na jakiekolwiek układy, wedle których mogłaby czuć się upoważniona do tego, by go śledzić. Nie dał jej żadnych przesłanek, aby mogła poczuć się uprawniona do roztaczania nad nim parasola kontroli. Robiła to samowolnie. Całkowicie wbrew niemu. Jakiekolwiek słowa, które dla niego miała w tym temacie nie mogły ani nie miały mu wystarczyć, więc może dobrze, że teraz gniewnie milczeli. Nie zniósłby prób tłumaczenia się przed nim. Tak samo jak wmawiania mu, że musiała to zrobić. Sam nie wiedział, która opcja była gorsza. Natomiast zdawał sobie sprawę z tego, którą zamierzała mu zaserwować, kiedy tylko wrócą do domu. Wyśmienity prezent na urodziny będący upragnionym dodatkiem do i tak fatalnej nocy. Jasne, Roise zdawał sobie sprawę z tego, że ocaliła mu dupę. Był jej za to wdzięczny, pomimo goryczy związanej z tym, że w ogóle musiała ratować mu plecy, bo pozwolił na to, żeby sytuacja wyrwała mu się spod kontroli. To była trzecia część prezentu. Doceniał to mimo furii, jaką zaczął odczuwać na myśl o tym, jak bardzo się dla niego naraziła. Była z nim, pojawiła się przy nim w momencie, w którym była mu potrzebna. Kolejny raz odniósł wrażenie, że po prostu wiedziała, przeczuła coś czy ki chuj. Naprawdę nie wiedział jak to faktycznie wyglądało. Bywały dni czy noce, kiedy wracał do niej siedzącej jak na szpilkach i na jego wymarniały widok posyłającej mu niezbyt triumfalne, ale pewne swego spojrzenie: wiedziałam wypowiedziane bez słów. Zresztą on też wiedział. Czasami mimo wszelkich przesłanek, aby zostać w Mungu jeszcze na godzinę albo dwie i dokończyć zaległe spiętrzone tematy (głównie dokumentację, archiwizację, takie tam) gwałtownie kręcił głową, zabierał manatki i od razu wracał do domu. Wtedy zazwyczaj rzeczywiście okazywało się, że jest tam potrzebny. Jak? Czemu? Skąd? Za cholerę nie wiedział. Już tego nie kwestionował. Nie w swoim przypadku. Za to zdecydowanie był pierwszym, żeby to robić teraz tej nocy z akcją, którą odstawiła mu jego Najmilsza. Ściskał ją za rękę w wewnętrznym przekonaniu, że musi to robić. Nie zamierzał jej puścić, bo wtedy mogła mu się ponownie wymknąć i zrobić coś jeszcze durniejszego niż w ostatnich godzinach. Choć chyba szczerze wątpił, żeby dało się coś takiego odstawić. Cholera ją wiedziała, naprawdę. Jakimś cudem udało im się przeżyć cztery lata bez czegoś takiego. Cztery lata! Poszły w pizdu w jednej chwili, bo Roise w tym momencie ani myślał wrócić do czczej, idiotycznej wiary w to, że skoro to już raz się stało to nie miało mieć miejsca ponownie. Oczywiście, że miało. To, że jeszcze tego nie skomentował świadczyło wyłącznie o tym jak bardzo go rozsierdziła. Bez słowa wtarabanił się do domu, głośno wchodząc po schodach na ganek i z przyzwoitości, przyzwyczajenia przepuszczając Geraldine w drzwiach, które otworzył po trzech próbach przekręcenia klucza w zamku. Zamknął je za nimi z głośnym hukiem spotęgowanym podmuchem wiatru, po czym bez słowa obrócił się na pięcie, żeby zniknąć w łazience, ściągając z siebie kolejne warstwy ubrań nadających się w większości do wyrzucenia. Nie zamykał za sobą drzwi. Smuga światła zalała ciemny korytarz, kiedy puścił wodę w prysznicu, do którego nie od razu wszedł. Wcześniej oparł się o umywalkę, przetarł dłonią zaparowane lustro, biorąc kilka głębokich wściekłych oddechów. Zimny czy ciepły - prysznic nic nie dał. Wyszedł spod niego po niespełna dwóch, może trzech minutach. Czysty poza kilkoma ranami do zasmarowania maścią i opatrzenia, które nieznacznie krwawiły. Z wilgotnymi lekko podsuszonymi włosami i ręcznikiem oplecionym w pasie, ostentacyjnie wkurwionym krokiem przeszedł przez korytarz, nawet nie obdarzając Geraldine spojrzeniem. Wrócił do salonu dopiero wtedy, kiedy znalazł w szafie jakieś luźne spodnie, zakładając je i tylko je, bo mimo wszystko potrzebował pomocy z rozcięciami na klatce piersiowej oraz plecach. Były małe, ale upierdliwe. Jednakże wpierw stanął w drzwiach, krzyżując ręce na piersi. Milczał. To było wymownie wściekłe milczenie. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 Wywiało ich w pizdu, tak, mogli znaleźć się zdecydowanie bliżej domu, jednak Roise najwyraźniej był tak bardzo wkurwiony, że nie potrafił do końca przenieść ich tam, gdzie powinni się znaleźć. Nie komentowała tego, nie chciała jeszcze bardziej go zirytować, chociaż, czy w ogóle dałoby się bardziej? Cóż, normalnie pewnie chętnie by to sprawdziła, ale tego wieczora wiedziała, że to nie był najlepszy pomysł. Zrobiła coś, czego nigdy miała nie robić, wmieszała się w sprawy, które miały zawsze znajdować się poza jej zasięgiem. Nie zapytała nikogo o pozwolenie, po prostu to zrobiła. Przegięła - i nawet zdawała sobie z tego sprawę, chociaż nieszczególnie żałowała, bo dzięki temu szli teraz razem w kierunku domu, może był wkurwiony, ale żywy - tylko to się dla niej liczyło, mógł z tym walczyć, mógł ją opierdalać, ale na pewno nie zamierzała nawet udawać, że ma do siebie jakiekolwiek wyrzuty - bo nie miała. Chatka wyglądała uroczo, szczególnie w świetle księżyca, cóż, zaraz będą mogli zniszczyć ten pozorony spokój, który bił z tego miejsca. Wystarczy, że wejdą do domu. Czuła, że jej to nie ominie, właściwie wolałaby, aby po prostu poszli spać, nieco ochłonęli, rozmowa rano powinna przebiec spokojniej, nie kiedy buzowała w nich krew, szczególnie po tej zaciętej walce. To nie był odpowiedni moment na dyskusję. Zdecydowanie. Czuła jednak, że nie da jej spokoju, że jej to nie ominie. Był wkurwiony, strasznie wkurwiony, widziała to w jego oczach, w każdym geście, nawet we sposobie w jaki złapał ją za dłoń, grunt, że nie odrzucił jej dotyku, to było dla niej w tej chwili naprawdę istotne, bo nic nie bolało bardziej od odrzucenia, nawet chwilowego. Mimo złości ciągnął ją za sobą do domu. Nie uważała, żeby jakoś specjalnie się naraziła, nie ryzykowała przecież dla swojego widzimisię, zrobiła to tylko dlatego, że widziała, że znalazł się w niebezpieczeństwie. Musiała to zrobić, przecież inaczej tamci mogliby go skrzwydzić, już raz znalazł się blisko drugiej strony, już raz myślała, że go straci. Nie chciała do tego dopuścić po raz kolejny. Gotowa była więc przyjąć wszystkie konsekwencje swoich czynów, jakoś sobie z tym poradzi. Przeczucie jej nie myliło, obudziła się w środku nocy z konkretnego powodu, wiedziała, że coś złego się wydarzy. Po prostu to przeczuła, nie pierwszy raz. To nie było jednorazowe, podobne sytuacje zdarzały jej się już wcześniej. Zawsze wiedziała, nim przyszedł do domu, kiedy było naprawdę źle. Czuła to pod skórą. Pojawiało się wtedy takie dziwne, palące uczucie, z którym nie była w stanie nic zrobić. Miała świadomość, że to nie było jednostronne, on też wyczuwał, gdy ona miała gorszy dzień, kiedy faktycznie potrzebowała pomocy. Więź która ich łączyła była bardzo silna, czasem bywało to niewygodne dla każdej ze stron, jednak cieszyło ją to, że może w jakikolwiek sposób zapobiec ewentualnemu nieszczęściu. Dotarli w końcu do domu. Ich bezpiecznego miejsca, ostoi - coś czuła, że nie tym razem. Była gotowa na najgorsze, miała świadomość, że wysryw zaraz się zacznie. Póki co milczał, w sumie to milczenie było chyba gorsze od wyrzutów. Nie miała pojęcia o czym myśli, co chce jej powiedzieć, zdecydowanie wolałaby to usłyszeć niż domyślać się tego, co siedziało w jego głowie. Drgnęła, kiedy drzwi zamknęły się z hukiem, bo nie do końca się tego spodziewała, nieco się wystraszyła tego głośnego dźwięku. Cóż, był na tyle obrażony, że bez słowa odwrócił się na pięcie i poszedł do łazienki. Najwyraźniej w ten sposób chciał rozmawiać (a raczej nie rozmawiać), skoro tego chciał, to tak będzie. Odprowadziła go wzrokiem do łazienki, przez chwilę obserwowała jego poczynania, po czym sama zniknęła w głębi domu. Ruszyła w stronę barku, żeby wyciągnąć z niego butelkę ognistej, po drodze zapaliła lampę, która stała w kącie, żeby oświetlić pomieszczenie. Nie zamierzała tego słuchać na trzeźwo - tak spodziewała się, że wszystko dopiero przed nimi. Postawiła butelkę na stole i dwie szklanki, chociaż nie miała pojęcia, czy będzie chciał pić. Próbowała być miła. Nalała do jednej i drugiej alkoholu. Wzięła szkło do ręki, a później rozsiadła się na kanapie. Dopiero wtedy zauważyła, że jakieś zaklęcie musiało sięgnąć i jej, bo miała rozcięte swoje ulubione skórzane spodnie gdzieś w okolicy uda. Dotknęła dłonią tego miejsca, przetarła o siebie palce i zobaczyła na nich zaschniętą krew. Nie czuła wcześniej bólu, więc to nie mogło być nic poważnego, jedynie draśnięcie. Podciągnęła nogi na kanapę oplotła rękoma kolana i czekała na nieuniknione. W końcu Ambroise pojawił się w drzwiach, przeniosła na niego spojrzenie. Widziała, że nadal był wkurzony, delikatnie mówiąc, wpatrywał się w nią oceniająco. - Będziesz tak stał? - Ktoś musiał odezwać się pierwszy, padło na nią. Zauważyła te drobne rozcięcia na jego klatce piersiowej. Wypadałoby je opatrzyć. Podniosła więc dupę z tej kanapy, żeby przynieść maści, które mogłoby być teraz przydatne. Jego lekcje na coś się przydały, wiedziała dokładnie czego szuka, przyniosła je więc ze sobą i położyła na stole. Czekała. Sama nie wiedziała na co czekała, aż się odezwie, usiądzie obok niej? Chuj jeden wiedział. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.11.2024 W rzeczy samej, zamierzał tak stać. Planował nie ruszyć się z miejsca i zachować odpowiedni fizyczny dystans. Nie po to, żeby nie zrobić nic czego nie chciałby zrobić. Po pierwsze w tym stanie nerwów z pewnością miał powiedzieć coś, czego później będzie żałować, ale to przecież był ich niepisany standard - prawda? Jego najbardziej stały element charakteru. Niezmienny od lat, mimo tego całego złagodnienia przy Yaxleyównie, nabrania odrobiny więcej pokory wobec życia z kimś we wspólnym domu. W dalszym ciągu potrafił szczekać, dziamdzianiem przykrywając wyrzuty sumienia i wstyd za to, że musiała go ratować wbrew niemu. Zamiast podziękować, zamierzał wyciągnąć przeciwko niej całą artylerię wyrzutów i wysrywów o tym, że mieli jasno ustalone reguły. Cały czas jej to podkreślał. Raz za razem mówił, że jakiekolwiek próby zaangażowania się z jej strony w jego interesy są całkowicie wykluczone, poza dyskusją. Nie było tu pola do rozmów. To znaczy: najwidoczniej jednak jakieś było, skoro mierzyli się wzrokiem w drzwiach tuż po tym jak włączyła się w jego starcie z tamtymi czarodziejami. Cztery lata skutecznie je ograniczał. Zrobił z niego poletko wielkości główki szpilki, nasionka maku, a ona jakimś cudem w dalszym ciągu zdołała je odnaleźć. Wsadzić tam palec, potem nogę, potem różdżkę. Całą siebie. Wbrew prośbom, więc może teraz powinien używać gróźb? Za cholerę nie wiedział jak ma do tego podchodzić. Najważniejsze, że tak. Zamierzał nie ruszać się z miejsca, nawet jeśli zauważył dwie szklanki i butelkę ognistej. Naprawdę mieli co opijać. Nie ruszył się nie przez to, że nad sobą nie panował. Jego pierś gwałtownie się unosiła i opadała w dół, zaciskał szczękę, dyszał jak tur, mimowolnie napinając mięśnie, nawet jeśli bolały go rozwierające się rany i rozcięcia. Prędzej sam sobie zrobiłby krzywdę własną różdżką, lampą, której blade światło go irytowało albo czymkolwiek innym niż podniósłby rękę na Geraldine. Nie był człowiekiem tego typu. Może na czarnym rynku się nie miarkował, był porywczy, często wdawał się w starcia fizyczne, w których naprawdę niewiele go obchodziło czy staje przeciwko skurwysynowi płci męskiej, żeńskiej, równie dobrze też nijakiej, ale w domu nie zachowywał się w ten sposób. Nie przynosił do niego tej części swojego życia, innej starannie kreowanej osobowości, persony z półświatka. Przynajmniej starał się to robić. Do dzisiaj mu to wychodziło. Raz lepiej, raz gorzej, ale miał wrażenie, że ma nad tym kontrolę. Czasami w dalszym ciągu musiał odbijać argumenty swojej dziewczyny o tym, czemu powinien być z nią jeszcze bardziej otwarty w tym, co robi. Nie chciał jej angażować. Nie zamierzał jej angażować. To była jego decyzja. Zrobiła z niej swoją. Czego oczekiwała? Jasne, że ją oceniał. Patrzył na nią oceniająco, wściekle, usiłował się powstrzymywać, po prysznicu było niewiele lepiej, ale jakimś cudem się jeszcze miarkował. Odprowadził ją spojrzeniem, kiedy zniknęła po to, żeby wyjąć maści. Powinien być dumny z tego, że udało im się wyrobić schemat postępowania. Nie musiał prosić o wsparcie, po prostu je dostawał. Czasami od razu po powrocie do domu, bo już wiedziała, mimo że jej nie informował. Już czekała gotowa go opatrzyć, wziąć w ramiona, dać mu ciepło, spokój i ukojenie. On rewanżował się tym samym. Instynktownie dawali sobie to, co konieczne. Czemu to nie mogło funkcjonować w ten sposób w dalszym ciągu? Wróciła z medykamentami, minęła go o kilka metrów. Dopiero wtedy dostrzegł, że też została ranna. To było jak obuch w głowę. Jak tępy cios, który sprawił, że Greengrass boleśnie się skrzywił, potrzebując paru sekund, żeby podjąć decyzję o otwarciu ust. Usiłował się powstrzymywać. - Mogłem cię zabić, rozumiesz, Geraldine? - Odezwał się z początku cicho, nadal stojąc w tym samym miejscu. Ten ślad na jej spodniach, rozcięcie spodni w okolicach uda. To ono go całkowicie aktywowało. Kilka sekund później stracił pozorne opanowanie, opierając się obiema dłońmi o futrynę i zaciskając je mocno na drewnie. - Czy to do ciebie w ogóle dociera? Mogłem. Cię. Zabić. Nie oni. Nie ktoś. Ja. Nie zrobić ci krzywdę, za którą bym potem pokutował do usranej śmierci, do kurwy nędzy, tylko cię zabić. Czy ty to w ogóle brałaś pod uwagę? Czy do ciebie coś dociera? Cokolwiek? Czy tobie się wydaje, że przestaliśmy mieć jasność, bo dając ci informacje, daję ci prawo do robienia z nimi co ci się żywnie podoba? Mogłem cię zabić. I wiesz, co jest w tym najbardziej posrane? To, że to byłaby tylko moja wina. Najwidoczniej nie powinienem zakładać, że jesteś w stanie myśleć o konsekwencjach swoich odpałów. Powinienem wytrzymywać te twoje wyrzuty i nie dawać ci żadnych informacji, do cholery, tak powinno być? Po to, żeby później nie mieć cię martwej? Czy ty to sobie w ogóle wyobrażasz? Pojawiasz się znikąd w samym środku walki. W pierdolonym, kurwa, czarnym magazynie, gdzie nic nie widać. Wyrastasz jak spod ziemi. Osaczasz mnie. Włączasz się w coś bez uprzedzenia. Nawet nie próbuj, nie próbuj - wycelował w nią palcem, mocno zaciskając szczękę, ziejąc nie wściekłością a furią, która mu się nie zdarzała; nie tu, nie w domu, nawet w najbardziej nerwowych momentach - wciskać mi, że jest inaczej. Na pewno miałaś swoje powody, tak? Mam cię nie traktować jak dziecka ani bezwolnej paniusi? Jesteś w stanie sobie poradzić równie dobrze jak ja? Jesteś moją partnerką? To też twoja sprawa, bo jesteśmy w tym razem? Bo ja wpierdalam się w twoje sprawy, więc ty oczekujesz, że nie będę cię odciągać od moich? No to się, kurwa, wmieszałaś. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona - nie darł się, darcie mordy nie było w jego stylu. Ambroise zipiał, syczał, warczał niskim tonem jak wkurwiony, kłapiący zębiskami dziki pies. Jeszcze nie wywołała u niego uniesienia głosu, jeszcze nie naskoczył na nią z pyskiem, ale w jego głosie dało się już wyczuć pierwsze drżenie. Nie potrzebował wiele więcej, żeby zacząć uderzać w wysokie, wrzaskliwe tony. Zawsze uważał, że krzyk jest oznaką desperacji. Teraz jego najdroższej się udało. Dzień był jeszcze młody a ona już doprowadziła go do skraju zestresowania. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2024 Nie znosiła tego oceniającego wzroku i milczenia, zdecydowanie wolałaby, żeby się już na nią wydarł, dał upust swoim emocjom, nie podobało jej się to, że tak stał i spoglądał w jej stronę. Cóż, odwdzięczyła się tym samym, ona również potrafiła strzelać piorunami z oczu, chciał się bić na spojrzenia - proszę bardzo. Niech mu będzie. Wiedziała, że tej nocy przekroczyła pewną granicę, ufał jej, zostawiał jej te informacje po to, żeby wiedziała dokąd się wybiera, a nie po to, żeby właziła w jego świat ze swoimi buciorami. Udawało jej się trzymać od tego z daleka bardzo długo, nigdy nie odczuwała większej potrzeby, żeby go śledzić, obserwować, sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Bywały momenty, gdy coś sugerowało jej, że może dziać mu się krzywda, nigdy jednak to dziwne uczucie nie było takie silne jak tego wieczora. Podjęła decyzję, oczywiście bez pytania, bo przecież nie było go w domu, więc co innego miała zrobić. Zareagowała, prowadził ją instynkt, jak widać całkiem słuszna to była decyzja. To, że się tam znalazła właśnie dzisiaj nie było przypadkowe, mógł całkiem mocno dostać wpierdol, więc właściwie to cieszyła się, że nie przespała tej nocy. Mogła się zaangażować, pomóc mu, dzięki czemu znaleźli się w domu, razem. To było dla niej najważniejsze, to od zawsze był jej priorytet. Cóż, nie chciał do niej podejść, jego strata. Ona zamierzała się raczyć tą ognistą, nie, żeby mieli co świętować, chciała jednak nieco się odstresować, bo sytuacja była dosyć mocno skomplikowana, alkohol pomagał jej radzić sobie z nadmiarem emocji, liczyła na to, że pomoże i tym razem. Miała zamiar ogarnąć jego rany, robiła to już wiele razy, powinna to zrobić, ale Ambroise zdecydowanie się zawziął, nadal stał jak kołek w tych nieszczęsnych drzwiach. Została draśnięta, właściwie to jak na nią nie było to nic specjalnego. Wiele razy zdarzało jej się wrócić do domu z podobnymi urazami, ten nie był szczególnie głęboki, jasne sączyła się z niego krew, ale nie jakoś bardzo mocno. Nawet ją to nieszczególnie bolało, bo dopiero przed chwilą w ogóle zorientowała się, że coś jej się stało. To nie było nic takiego. Nie sądziła, że będzie to to, co go jeszcze bardziej rozzłości. Jak widać, powinna się była tego spodziewać, chociaż ta jej jedna rana to było tyle co nic, on oberwał mocniej, przynajmniej tak się jej wydawało. Zresztą nic poważnego im się nie stało, to były tylko drobne uraz nic skomplikowanego. To naprawdę była dobra walka, którą zresztą wygrali, razem, on chyba nie był z tego powodu zadowolony. Wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi tęczówkami, gdy w końcu się odezwał. - Nie mogłeś. Zauważ, że nie tak łatwo mnie zabić. - Nie mógł jej odmówić tego, że dosyć ciężko było ją trafić zaklęciem, bo poruszała się bardzo zwinnie, zresztą niby dlaczego miałby ją zabić, trafiłby w nią przypadkiem? Dobre sobie, mogłaby się z nim kłócić, że nawet jeśli robiłby to celowo to miałby problem z tym, żeby faktycznie jego zaklęcie trafiło do celu. Była może nieco za bardzo pewna siebie, jeśli o to chodzi, ale wynikało to z jej doświadczenia. Mogłaby mu udowodnić, że ma rację, chociaż wiedziała, że nie będzie chciał do tego dopuścić. - Po pierwsze, nie pojawiłam się znikąd. Obserwowałam cię dłuższą chwilę, ruszyłam się w momencie, w którym uznałam, że beze mnie sobie nie poradzisz, dopiero wtedy zareagowałam. Po drugie, nie zabiłbyś mnie, a nawet jeśli byś to zrobił, to nie byłaby twoja wina, tylko moja, bo sama podjęłam decyzję o tym, żeby się tam znaleźć.- Próbowała wejść mu w słowo, ale to wcale nie było takie proste. Jeśli myślał, że będzie tego wysłuchiwać ze spuszczoną głową, to mocno się mylił, nie tym razem. - Jestem z siebie zadowolona, jeśli o to pytasz. - I to jak. To była całkiem dobra wymiana zaklęć, zdecydowanie niosła ze sobą więcej adrenaliny niżeli klub pojedynków do którego należała. - Okazuje się, że potrafimy ze sobą współpracować na każdej płaszczyźnie, tylko nie chcesz mi tego umożliwić, jak widać sprawdzam się, czy to akceptujesz, czy nie. Nie możesz powiedzieć, że sobie nie poradziłam. - Tak, zamierzała bronić swojego zachowania. - Masz prawo się na mnie wkurwiać, ale nie dałbyś rady wyjść stamtąd sam, dobrze, że mnie tknęło, bo mogło się to skończyć dużo gorzej. - Nie miała pojęcia dlaczego właściwie się tam znalazła, ale to nie było ważne, istotne, że w ogóle poczuła taką potrzebę. - Dasz sobie opatrzyć te rany, czy dalej zamierzasz wylewać swoje gorzkie żale? Nic się nie stało, wyszliśmy stamtąd, po co skupiać się na czymś co się nie wydarzyło? - Zdecydowanie wolała patrzeć na to inaczej, jak widać mieli zupełnie inne zdanie jeśli ochodzi o tą całą sytuację. - Jasne, nie powinnam była wpierdalać się w nieswoje sprawy, zrobiłam to trochę niespodziewanie, ale nie zamierzam cię za to przepraszać. - Nie miała pojęcia, czego właściwie od niej oczekiwał, że podwinie ogon i teraz będzie się przed nim kajała, że nie postąpiła słusznie. Nie ma szans, szczególnie, że wydawało jej się, iż wszystko skończyło się dobrze. Nie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami, te które mogły się pojawić gdyby się tam nie zjawiła wydawały się być dużo gorszymi. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.11.2024 Ambroise mógł spodziewać się, że ich wieczór nie skończy się wyłącznie na wymianie gromów przy pomocy spojrzeń a potem na jego wyrzucie w kierunku Riny, która będzie przy tym siedzieć cichutko jak trusia, słuchać go, kiwać głową. Od czasu do czasu parskać i prychać, ciskać w niego wściekłe mrugnięcia, ale zaciskać wargi. Znali się. Aż za dobrze wiedział, że zrobi to, co zwykła zrobić. Szczególnie, że na stół już trafiła butelka ognistej whisky. Po kilku głębszych ich wczesny poranek miał się zrobić paskudny z obu stron. Szczególnie, że jemu coraz trudniej było się miarkować. - Co przepraszam? - Jego usta wygięły się w wyrazie szczerego niedowierzania, Ambroise zamrugał dwukrotnie, bo chyba właśnie się srogo przesłyszał. - Widziałaś, że nie poradzę sobie bez ciebie? - Buchnąłby śmiechem, gdyby tylko mu do niego było. W tym momencie to zabrzmiało może trochę prześmiewczo, niedowierzająco, ale głównie jak naprawdę duży wyrzut mogący szybko zamienić się w obrazę majestatu, bo przeginała. Wpierdalała mu się w jego interesy, w jego walkę, w jego słowa, które dla niej obecnie miał i zamierzał je jej przekazać, nawet jeśli planowała to robić po każdym jednym zdaniu. To, czyli ponownie się wpierdalać. - Mam trzydzieści lat, Geraldine, od jedenastu lat sobie radzę. Przypomnij mi, proszę, ile ty razy dobijałaś transakcji w trakcie czarnorynkowego przewrotu? Ile lat doświadczenia masz w byciu ochroniarzem ludzi, których obserwujesz ze swojego cienia? Jak duże masz doświadczenie w uznawaniu, że powinnaś wpierdolić się między wódkę a zakąskę? - To były mocne zarzuty, ale był ich pewny. Nie mogła mu wciskać, że ratowała mu skórę, bo on by sobie nie poradził. To wprawiało go w furię. Godziło w niego, w to, że to on był mężczyzną w tym domu. No, zajebisty prezent mu zrobiła z okazji przekroczenia tej rzekomo magicznej granicy. Nie mogła dać mu lepszego, nawet jeśli wcześniej poprzedniego wieczoru myślał, że to co od niej dostał było najlepszym, czego mógłby chcieć. To i ona, bo przecież mimo że teraz zionął na nią ogniem, to ona była jego największym szczęściem. Materialne podarunki nie były w stanie tego przykryć. Tyle tylko, że w tej chwili, gdyby nazwał ją swoim skarbem to oznaczałoby tyle, że jeszcze bardziej dał dupy, bo skarbów nie zabierało się w sam środek pierdolnika. Skarby powinny być bezpieczne, co wydawało mu się, że skutecznie robił przez lata. Tymczasem właśnie jasno mu mówiła, że tak właściwie to była tylko kwestia czasu. Nie miała żadnych oporów przed łamaniem ich ustaleń. No dobrze - tego, co jej narzucał, ale robił to zdecydowanie i bez pola do dyskusji od wielu lat. Posuwał się do tego, żeby raz na jakiś czas próbować wytłumaczyć Rinie swoje podejście do sprawy, które nie miało ulec zmianie niezależnie od tego, ile razy by się o to pokłócili. Myślał, że osiągnęli niechętne porozumienie. Tymczasem chuja mieli a nie zgodność. Wystarczyło spuścić ją na chwilę z oka, dać jej o jedną informację za dużo, pozwolić na to, żeby mogła odwołać się do swojego przeczucia, które nieważne jakie było znaczące. Bowiem Ambroise w tym wszystkim nie kwestionował tego, że było istotne. Natomiast kurwa mać nie tak, aby robić z tego powód do rzucania się w wir jego spraw. W dodatku, kiedy wszystkie inne argumenty zawiodły, bo Yaxleyówna zdecydowanie widziała, że chuja dawały, zaczęła uderzać w tony, o których Roise nawet nie chciał słyszeć. Ani co za tym idzie - nawet nie zamierzał brać ich pod uwagę, kiwać na nie głową, nic z tych rzeczy. Były idiotyczne, naprawdę debilne. A przecież jego ukochana nie była byle nierozważną panienką. Tymczasem cały czas próbowała mu udowodnić, że tego wieczoru ewidentnie zostawiła mózg w sypialni i do tej pory tam po niego nie wróciła. - Zabiłbym cię, gdybyś dała mi jakiekolwiek, nawet kurwa podświadome przesłanki ku temu, że muszę się bronić, żeby wyjść z potrzasku. To. Bym. Cię. Zabił - tym razem już naprawdę był na skraju tego, żeby zacząć na nią wrzeszczeć. - Nie wiem, za kogo mnie masz. Nie. Wiem za kogo mnie masz - poprawił się niemal od razu, zaciskając dłonie na futrynie i nie powstrzymując rozgoryczonego uśmiechu. - I świetnie. Świetnie, że tak sądzisz, bo w domu masz się czuć bezpiecznie. Masz nie wątpić w to, że nic się nie stanie, ale do kurwy nędzy, Geraldine, jedenaście lat na Nokturnie. Jeden raz widziałaś mnie, kiedy powinęła mi się noga. Jedenaście lat, więc mi kurwa uwierz, kiedy ci mówię, że gdybym musiał zabić kogoś, kto mnie osacza, zakrada mi się za plecami, to nawet bym się nie zawahał - powieka niebezpiecznie mu dygotała, szczerzył zęby i warczał, mimowolnie wywarkiwał na nią zdecydowane, niewzruszone słowa. Powinna wiedzieć lepiej. Wychowała się w takim a nie innym środowisku. Jej ojciec był znanym łowcą. Twardym człowiekiem, któremu udało się przeżyć setki, jeśli nie tysiące albo dziesiątki tysięcy starć. Był starym człowiekiem w zawodzie, w którym czarodzieje zazwyczaj ginęli młodo. A Ambroise dogadywał się z nim nie bez przyczyny. To, że tych dwóch ze sobą o tym nie rozmawiało nie zmieniało faktu, że Roise też zamierzał iść w ślady przyszłego teścia i przeżyć cholera wie ile lat więcej. Zaś to, że Rina w domu zrobiła sobie z niego misia, który gotował jej obiady, opatrywał rany, poił ją eliksirami i herbatkami, prowadził przydomowy ogródek, lubił pleść jej warkocze i zachowywać się, jakby oboje byli zakochanymi szczeniakami nie oznaczało, że tam na zewnątrz był sierotą zasłaniającą się spodniami swojej dziewczyny. Było wiele przyczyn, dla których nie chciał, nie planował, nie zamierzał angażować jej w tę część swojego życia. Jego interesy nie miały być ich wspólne. Przede wszystkim chodziło o jej bezpieczeństwo, ale też o to, że nie chciał musieć się miarkować w tym, co robi tylko i wyłącznie dlatego, że jest przy nim kobieta, która nie powinna widzieć pewnych części jego charakteru. Musiał tworzyć tę personę, podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Mienie przy boku kogoś, dla którego chciał być lepszym człowiekiem nie sprzyjało utrzymaniu twarzy. Jego sytuacja mogła szybko jeszcze bardziej wymknąć się spod kontroli. A ta próbowała z nim dyskutować. - Zajebiście. Wyśmienicie się sprawdzasz. Od teraz zostajesz moją wspólniczką - cedził słowa w taki sposób, że nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, jak bardzo są ironiczne i prześmiewcze, po prostu wkurwione. - Szczególnie, że teraz będziesz potrzebować wszelkiej możliwej ochrony, bo ci ludzie przeżyli, znają twoją twarz i wiedzą, że jesteś dla mnie ważna, bo mnie zaskoczyłaś i sam im to pokazałem - wyrzucił, ponownie kierując większość frustracji wobec siebie, ale nie zamierzał jej umniejszać - ona też odpierdoliła. Natomiast, gdyby był mądry, rozsądny i gotowy ponieść wszystkie konsekwencje to dobiłby ich tam wtedy. Tak. Razem ze swoją wspólniczką a dokładniej to na jej oczach, bo po raz kolejny by jej nie pozwolił uwalić rąk w bezpośrednim morderstwie. Czy tam w dobiciu. Ładne słowo. Przecież Rosiera też dobili a nie zabili. - Nie potrzebuję żadnego opatrywania ran - syknął na nią, bo zdecydowanie nie potrzebował, żeby próbowała go tym zagłaskać, ułagodzić. - Ty chyba naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to, że tu wróciliśmy w żadnym kurwa razie nie oznacza, że cokolwiek wygraliśmy, coś się zakończyło, z czegoś wyszliśmy. Wpierdoliłaś się w bagno, teraz oboje w nim brodzimy - i nie wiem, co z tym zrobić, bo nie wiedział. Naprawdę nie wiedział. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2024 Nigdy nie należała do szczególnie potulnych istot. Można było o niej powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że potrafiła milczeć, przyjąć i zaakceptować krytykę. Zawsze musiała dodać coś od siebie. To było nieuniknione. Szczególnie kiedy widziała, że Roise za cholerę nie potrafi zrozumieć jej punktu widzenia. Najwyraźniej znowu znaleźli się w punkcie wyjścia. Mówiła mu nieraz, że nie do końca jej pasuje takie podejście, wiedziała, że jej nie mówi o wielu sprawach, co wcale nie oznaczało, że nie miała pojęcia o tym, że one istnieją. Może chciał ją od tego trzymać z daleka, ba nawet udało mu się to robić przez dłuższy czas, ale prędzej czy później to musiało się wydarzyć. Nie wierzyła w to, że myślał, że przez wieczność uda mu się ją od tego izolować. Szczególnie przy jej narwanym charakterze. Nie była osobą, która potrafiła siedzieć bezczynnie, zwłaszcza kiedy ktoś z jej bliskich ryzykował swoje życie. Nie miała bliższej osoby od niego, więc to prosiło się samo przez siebie o jej zaangażowanie. - Czułam to po prostu. - Westchnęła ciężko, bo spodziewała się, że tego nie zrozumie. Nie chciała w niego uderzyć, broń Merlinie, nie chciała mu sugerować, że sam by sobie nie poradził, ale wiedziała, że tej nocy może znaleźć się w niebezpieczeństwie. - Przecież sam wiesz o czym mówię, to ciężkie uczucie, które pojawia ci się na piersiach, przez które oddychasz ciężej, masz świadomość, że dzieje się coś złego. - Wiedziała, że on wie o czym ona mówi. To nie był pierwszy raz, zresztą sam czasem pojawiał się wcześniej w domu, jakby miał świadomość, że i ona potrzebowała go akurat w tym momencie. To nie brało się z dupy, chociaż nie do końca potrafiła stwierdzić skąd właściwie, nie dało się jednak zaprzeczyć, że ta więź istniała. - Nie mam doświadczenia, gdybyś nie trzymał mnie pod kloszem to już dawno bym je miała, a tak siedzę jak ta pizda w domu, kiedy ty ryzykujesz. - Skoro chciał rozmawiać w ten sposób, to proszę bardzo, zamierzała się dostosować do tonu tej konwersacji, nie miała z tym najmniejszego problemu. Ona też mogła sięgać bardzo niskich argumentów. - W tym przpadku po prostu wyczułam, że to jest dobry moment, wiesz jak ten wielki typ pojawił się znikąd, stwierdziłam sobie, że zrobię to samo, bo czemu by nie. - Mogł jej wyrzygiwać, że była nieodpowiedzialna, że nie powinna tego robić, ale na pewno nie mógł jej zarzucić tego, że w tym momencie to nie zadziałało. Nie było nic złego w tym, że czasem mógł potrzebować pomocy, nie miała pojęcia, dlaczego właściwie usrał sobie te kilka lat temu, że ona nie będzie miała prawa angażować się w jego sprawy. Szczególnie, że działało to w jedną stronę. No kurwa mać, mieli być sobie równi, czy nie? Nie był to może odpowiedni moment, aby do tego wracać, powinna to wyjaśnić na samym początku, ale przecież też nie mogli z tym zwlekać niewiadomo ile, no, teraz to już trochę nie było odwrotu, bo czy tego chciał, raczej zdecydowanie nie chciał, ale ona podjęła decyzję. Zrobiła to, co uważała za słuszne i tyle. Nie zamierzała się nad tym spuszczać. - Cieszę się, że tak poważnie podchodzisz do spraw związanych ze swoim bezpieczeństwem, ale mógłbyś ewentualnie spróbować mnie zabić, miej tego świadomość. Jestem dużą dziewczynką, o czym chyba ciągle zapominasz. - Ona również stawiała czoła niebezpieczeństwu, najwyraźniej o tym zapominał. Ciągle traktował ją jako kogoś, kto nie potrafił się bronić. Nie miała pojęcia z czego to wynika. Nie wątpiła w to, że sięgał różnych metod, kiedy przychodziło do załatwiania tych niewygodnych spraw, ale do chuja, ona nie była niewinna, potrafiła się bronić, kiedy było trzeba. On ciągle o tym zapominał, została stworzona do walki. - Nie potrzebuje żadnej ochrony, kurwa, naprawdę jestem w stanie sobie poradzić sama. - Jeszcze tego brakowało, żeby jej pilnował. No wyśmienity pomysł, nie ma co. Może faktycznie warto było zabić tamtych, to nie mieliby aktualnie problemu, nie, żeby to był jej pierwszy wybór, ale jeśli zostałaby podstawiona pod ścianą, to na pewno by się nie zawahała. Wiedziała, że są różni ludzie i niektórzy nie zasługiwali na to, aby dłużej chodzić po tym świecie. - Ja się wpierdoliłam w bagno? Słucham? - Teraz to ją rozzłościł, dopiła jednym haustem zawartość swojej szklanki i od razu nalała sobie kolejną porcję alkoholu. - Moje kurwa bagno? - No nie, to nigdy nie było jej bagno, zdecydowanie nie przyjmowała tej narracji. - Nie twierdziłam, że coś się zakończyło, póki co cieszę się, że wyszedłeś stamtąd cało i nie pierdol mi, że tak, czy srak, by ci się to udało, otwórz oczy, nie wkurwiaj mnie nawet. - Najwyraźniej to był moment, w którym ona zamierzała rozpocząć swój wysryw. - Ciągle pierdolisz o równości, o zgodności, a masz wyjebane w moje zdanie, odcinasz mnie, może to i lepiej, że teraz nie masz wyboru, wiesz, mam wyjebane w to, czy będą mnie chcieli zabić, mogą próbować, bardzo szybko tego pożałują, bo chyba nie do końca zdają sobie sprawę z kim przyjdzie im się mierzyć. Wyjebane. - Zupełnie nie bała się tego, co może ją spotkać. Strach był uczuciem, które bardzo rzadko jej towarzyszyło. Miała dość. Alkohol potęgował jej wkurwienie, zaczynała chyba mieć podobny poziom irytacji, co jej chłopak, a to nie wróżyło niczego dobrego. Nie powinni żreć się między sobą, to im nie służyło. Dużo łatwiej by było, gdyby od początku mieli jeden front, tyle, że on nie pozwalał jej na to, to ją mierzwiło. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Nie musiała mu wyjaśniać, co czuła, kiedy wyszedł w środku nocy z ich domu. Wyślizgnął się z łóżka ze świadomością podejmowanego ryzyka i tego, że jeśli już dojdzie do czegokolwiek to najpewniej ona będzie wiedzieć. To było nie do końca zrozumiałe, bardzo chaotyczne, wzięło się znikąd, ale tego nie kwestionował. Ba! Zdarzyło mu się użyć tego argumentu, gdy znów wyciągała tego pierdolonego Rosiera niczym królika z kapelusza, próbując zagiąć go argumentem, że nie będzie wiedziała, co się z nim stało. Czy zginął, czy żyje, czy jest zagrożony, czy bezpieczny. Z roku na rok to uczucie powiązania nasilało się i teraz oparcie twierdził, że by wiedziała. On by wiedział, oboje by wiedzieli, więc nie było potrzeby toczyć piany o to, że nie pozwalał jej bardziej się angażować i przez to nigdy nie mogła być pewna jego losu. Starał się. Nie chodził tam codziennie. Częstotliwość jego spotkań była rzadsza niż jej wypadów na polowania, co było całkiem zrozumiałe, bo to Mung był w dalszym ciągu jego głównym miejscem urzędowania. Natomiast jeśli już o to chodziło... - Nie wystarczy ci, że dostatecznie mocno ryzykujesz podczas swoich własnych polowań? - Odgryzł się, no, bo skoro już uderzali w takie tony to przecież zdecydowanie nadeszła pora, żeby wytknął Geraldine oczywistą oczywistość: to, że nie wpierdalał się na każde polowanie, na które chodziła, za to ona ewidentnie czuła potrzebę włażenia z butami we wszystkie jego interesy, bo zawsze poruszała to w ten sam sposób. Jakby całkowicie odcinał ją od wszystkiego, co ma związek z jego poboczną fuchą, co rzecz jasna było nadużyciem i kompletnym bezsensem. Przecież dawał jej znać, gdzie wychodzi i kiedy najpewniej wróci. Może nie informował jej, z kim chodzi i dokładnie w jakim celu, bo im mniej wiedziała tym dla niej lepiej. Natomiast był z nią szczery. Czasami nawet zbyt szczery, jak na jego własne gusta, ponieważ później wyciągała te informacje przeciwko niemu, ale po prostu nie był w stanie trzymać przy niej mordy zamkniętej na zbyt długo. Nie umiał mieć przed nią sekretów. Nieważne jak bardzo starał się nie memłać językiem, prędzej czy później musiała dowiedzieć się, że powinęła mu się noga albo zrobił coś niewłaściwie. Nie przychodził do niej jak zbity pies. Po paru razach świadomie wybierał robienie to niemal od razu po tym jak sytuacja miała miejsce. Chował dumę w kieszeń, zagryzał zęby, wracał (opcjonalnie kuśtykał) do domu i przyznawał, że może należało go opatrzyć, pomóc mu się ogarnąć i podać mu eliksiry. A przede wszystkim zamknąć w ramionach, bo może nie miał pięciu lat, ale cenił sobie te chwile, w których mógł ją po prostu objąć, zamknąć w uścisku i milczeć o tym wszystkim, co się stało. Potem odezwać się cichym, zachrypniętym głosem i przyznać, że coś się zjebało, na co niemal zawsze słyszał wymowne wiedziałam. Przez wiele lat żyło im się dobrze w ten sposób. Tak, żarli się o to, że nie włącza jej głębiej w swoje sprawy, ale w gruncie rzeczy nie sądził, żeby cierpiała z nim katusze. Nie potrzebowała być tą częścią tego wycinka jego świata. W żadnym wypadku. Nawet najmniejszym. To było zbyt duże ryzyko, żeby kiedykolwiek je rozważał. No, może poza tym jednym dniem wtedy w lesie, kiedy zawahał się nad współpracą, aby objąć Rinę swoim patronatem w tej części interesów, w której byłby w stanie to zrobić. Nie doszło do tego. Później cieszył się wewnątrz, że tak się nie stało, ale najwidoczniej po prostu odwlekli to o kilka kolejnych lat? Znowu wypłynęło. Tyle tylko, że tym razem już nie rozmawiali, nie toczyli dysput, nie rozważali opcji. To go wkurwiało. Ambroise czuł się cholernie poirytowany właśnie tym elementem. Świadomością, że zamiast z nim ponownie porozmawiać (i tak odbiłby wszystkie argumenty, ale na to nie patrzył) to uznała za słuszne rzucenie się na głęboką wodę. A teraz próbowała robić z tego jego winę! Rzecz jasna był winny. Winny naiwności, podawania jej informacji na tacy, wiary w to, że jego dziewczyna będzie do tego podchodzić rozsądnie. Chuja miała a nie podchodzić rozsądnie. A on się z tym chujem chyba pozamieniał na głowy, gdy o tym myślał w ten sposób, całkowicie ignorując to, że już siedziała przy nim jak na szpilkach gotowa odstawić mu akcję przy pierwszej takiej możliwości. Machnął ręką. Zabrał ją na sekundę czy dwie z framugi drzwi i machnął nią wściekle, jakby odpędzał od siebie wyjątkowo natrętną muchę. Oczywiście, że Rina miała na wszystko jakieś swoje wyjaśnienie. On też by je miał. Tyle tylko, że on nigdy nie wyłonił się z mroku opuszczonego magazynu jak drugie zagrożenie, zaskakując ją i gdyby nie łut szczęścia to niechybnie dostając odbitym zaklęciem, bo widząc kolejnego, mniejszego agresora Roise raczej nie zdawałby wielu pytań. Mogła próbować mu wmawiać, że by w nią nie trafił, robić z siebie wielką twardzielkę, niepokonaną Łowczą, kogoś, kto miałby szósty zmysł i w tym wypadku, zgrabnie odskakując przed pierdolniętym zaklęciem. W rzeczywistości nie wierzył w ani jedno jej zapewnienie. W żadną z sugestii, że mógłby wyłącznie spróbować zrobić jej krzywdę. Ambroise był pewien jednego - nie zastanawiałby się ani chwili, gdyby pierwsza nie łomotnęła w jego przeciwnika, gdyby nie wybiła go tym z rytmu i gdyby nie zobaczył jej złotego warkocza jaśniejącego nawet w nikłym świetle wpadającym do pomieszczenia. Nie zawahałby się ani sekundy przed czymś, co mogłoby jej zrobić krzywdę. I to on, nie ona, musiałby z tym żyć. Choć czy w ogóle byłby w stanie? Wątpił, naprawdę nie sądził, aby potrafił wieść dalsze życie ze świadomością, że sam sprawił, że jej przy nim nie było. Nie wyobrażał sobie życia bez Geraldine, nawet jeśli patrzył na to w innym kontekście. Takim, przy którym po prostu by ze sobą nie byli, przestałaby go kochać, odwróciłaby się od niego. Nie dopuszczał tego do możliwości, nie chciał ryzykować, a to, o czym teraz mówili było po stokroć gorsze. Jej krew na jego rękach, wyrzuty sumienia, rozpacz, rozchwianie. Nie była w stanie tego zrozumieć, to go jeszcze bardziej wkurwiało. I jeszcze śmiała mu wmawiać, że nie potrzebowała ochrony! Po tym wszystkim, co się właśnie działo. Po tym, że bez ostrzeżenia weszła w nie swój konflikt. Nieprzygotowana, odsłonięta. - Tak. Ty się wpierdoliłaś w bagno. Twoje bagno. Czyż nie tego chciałaś? Mieć wspólne bagno? No, to teraz je mamy. Chcesz się w nim wygodnie rozgościć, Kochanie? - Tym razem nie wytrzymał, kolejne słowa padające z jego ust nie były już sykiem ani warkotem, były zdecydowanym uniesieniem głosu, niemalże wrzaskiem. - Kurwa, dziewczyno, ja pierdolę. Nie rozumiesz, że to nie miejsce dla ciebie?! Nie wykluczam cię stamtąd, nie mam wyjebane na twoje zdanie! Jesteś moją kobietą! Nie kimś, kogo mogę wystawiać na targi! Nie wiem, Rina, naprawdę nie pojmuję, czego nie jesteś w stanie zrozumieć, kiedy ci mówię, że nie robię tego po złości tylko po to, żeby cię durnowato nie stracić! Może tobie nie zależy na twoim życiu i zdrowiu! Mi zależy! Ile razy mam ci to powtarzać! - Tym razem nie wytrzymał, kolejnym słowom padającym z jego ust nie towarzyszyło już dyszenie ani zapieranie się o framugę drzwi, towarzyszyło im gwałtowne, niekontrolowane uderzenie nogą o ścianę przy nich. Kopnął w nią z całej siły, prawie od razu tłumiąc jęk, gdy poczuł jak jego but być może zostawia wgniecienie w tynku, ale ściana mimo wszystko wygrywa. Przetrwał walkę, przeżył starcie a teraz poczuł, że właśnie coś sobie zrobił w palce, próbując nie skoczyć na jednej nodze, gdy drugą z trudem odstawił na ziemię. Aż zrobiło mu się czerwono przed oczami. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 - To bardzo chujowy argument. - Od początku wiedział, czym się zajmuje. Jej praca była wiecznym ryzykiem i nie miała na to najmniejszego wpływu, została stworzona po to, aby walczyć z bestiami. Ostatnimi czasy ograniczyła te bardziej niebezpieczne zlecenia, nie pchała się w paszczę lwa. Raczej wybierała powtarzalne, mało inwazyjne misje, gdzie raczej nie było szans, aby powinęła jej się noga. Podchodziła do tego z rozsądkiem, którego kiedyś jej brakowało. Zresztą w ogóle nie mieszała się w jego interesy, nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej go niepokoić. To było coś nowego, to był pierwszy raz. Zazwyczaj wystarczała jej po prostu krótka informacja, szczególnie po tym, co wydarzyło się w marcu w zeszłym roku, kiedy wyszedł wkurwiony z domu i nie wracał przez pięć dni. Wtedy mogła nieco naciskać na to, żeby dzielił się z nią czymkolwiek, bo poczuła, że nie ma żadnej kontroli nad tym, co dzieje się wokół nich. Potrzebowała jej, sama zresztą zawsze zostawiała krótką informację, żeby wiedział, gdzie i ewentualnie z kim przebywa w danym momencie. Nie było czasu na rozmowy, na rozważania. Nie tym razem. Podjęła decyzję, która wydawała się jej słuszna, tyle. Nie wątpiła, że zrobiłby to samo, gdyby chodziło o nią. Mógł jej mówić, że wcale nie, ale wiedziała, że nigdy by się nie zawahał. Tym razem ona też zrobiła to, na co miała ochotę, nie była to głupia zachcianka, może na początku chciała tylko sprawdzić, czy na pewno nic się nie dzieje, później pod wpływem chwili postanowiła się zaangażować nie zważając na konsekwencje - nie było to nic nowego, kiedy przychodziło o walkę o swoje nigdy się nimi nie przejmowała, a Roise był przecież jej. Była gotowa zmierzyć się z tym, co mogło wydarzyć się później. - Wydawało mi się, że od dawna mamy wspólne bagno, teraz się tylko trochę rozrosło. - Nie dało się nie zauważyć jego złości, widziała to w jego oczach. Dostrzegała, że był zirytowany, jak niemalże nigdy. Cóż, nie mogła nic z tym zrobić, może mu przejdzie, jeśli nie? Trudno. Jakoś się z tym pogodzi, grunt, że chociaż na chwilę mieli spokój z jego ewentualnymi współpracownikami, chociaż w sumie nie, to chyba nie byli współpracownicy, bo z tego, co zauważyła, gdy ich podłuschiwała Ambroise nie chciał nawiązać z nimi żadnej relacji biznesowej. Nie była szczególnie świadoma tego, co działo się na spotkaniu, bo dlaczego miałaby być? Nie wiedziała zbyt wiele o jego interesach, o tym z kim współpracował. Wydawało jej się, że ludzie z którymi mieli doczynienia nie nakładali im się na siebie, inaczej pewnie spotykałaby go częściej podczas swoich zleceń, tak ich drogi przeplotły się raz, wtedy w lutym, kiedy przyszło im odwiedzić ten zaczarowany dworek od którego wszystko się zaczęło. - To było jednorazowe, nie zamierzam się wpierdalać w twoje sprawy. - Miała zamiar to podkreślić, nigdy nie chciała go osaczać w tym miejscu, nie zależało jej na tym, chodziło tylko o to, aby mieć pewność, że był bezpieczny, nic więcej. Tylko to miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. To, że troche ryzykowała? Było to tego warte. Dzięki temu teraz byli razem w domu, nie musiała go szukać nad ranem, bo czuła, że mogło się to zakończyć właśnie w ten sposób, szczególnie, że ludzie z którymi przyszło im się mierzyć wydawali się być wcale nie najłatwiejszymi do pokonania przeciwnikami. - Jasne, możesz mówić, że będą mnie szukać, niech próbują, naprawdę się tego nie boję. Nie zamierzam chować głowy w piach. - Tak, to też było dość istotne. Nie miała zamiaru się chować tylko przez to, że pojawiła się w złym miejscu, o złym czasie - w sumie to w bardzo dobrym i o odpowiedniej porze. - Więc ty możesz ryzykować swoje życie i zdrowie, a kiedy mi się zdarzyło to jednorazowo, to się robi problematyczne? - Nadal nie do końca widziała w tym wszystkim równość. Może była ślepa, ale zdecydowanie to nie wyglądało tak, jakby mieli podobne prawa. Przewróciła oczami, kiedy kopnął nogą w ścianę. Cóż, jeśli miało mu dzięki temu ulżyć, to nie musiał się krępować, niech da upust tym emocjom, które najwyraźniej zaczęły go nieco przytłaczać. Ona ze swoimi walczyła w mniej drastyczny sposób - wybrała alkohol, który powoli ponownie wlewała w swoje gardło. Przyjemne ciepło rozchodziło się po jej ciele, gdyby nie to, że nie przestawał jej wyrzygiwać swoch racji to uznałaby ten poranek za wcale nie taki najgorszy. - Czy mógłbyś nie demolować naszego domu? - Rzuciła jeszcze całkiem neutralnym tonem. Powinien spasować, powinien przestać skupiać się na negatywach i cieszyć tym, że udało im się wygrać tę walkę. Jeśli przyjdzie im to powtórzyć to pewnie też zakończy się to w podobny sposób, bo byli całkiem niezłym duetem, czy mu się to podobało, czy nie. Po prostu tak było. Mogli się dopełniać nawet podczas tych sytuacji, w których nie chciał jej widzieć u swojego boku, nie, żeby zamierzała teraz nagle się w to pakować, znaczy trochę już to zrobiła, ale nadal, to nie było coś, w co chciała się w pełni zaangażować, mogła od czasu do czasu po prostu sprawdzać, czy faktycznie nic złego mu się nie przytrafiło. Wiedziała, że na to nie przystanie, chociaż teraz w sumie trochę nie miał wyboru, nie po tym, jak tamci ją widzieli. Cóż, na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie, jakoś sobie z tym poradzą, zawsze sobie radzili. Nie było sensu niepotrzebnie panikować, to nie był pierwszy raz, kiedy narwany charakter przyniósł jej niespodziewane kłopoty. - Przepraszam, że cię o to nie zapytałam, ale trochę nie było czasu, po prostu zareagowałam. - W sumie za to chyba wypadało przeprosić, bo nie powinna stawiać go pod ścianą, była to jedyna rzecz, która nieco ją uwierała po tym minionym wieczorze. - Nic się nie stanie, zobaczysz, nie ma sensu panikować. - Wydawała się być bardzo pewna swoich słów, jakby się nastawiła na to, że nic jej nie grozi, a nawet jeśli coś by jej groziło, to tak, czy srak sobie z tym poradzi, zawsze sobie radzili, tym razem nie mogło więc być inaczej. Nie chciała, żeby się denerwował, bo to nie miało większegop sensu, to już się wydarzyło, mleko się rozlało. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 - Myślałem, że to kategoria tego wieczoru - odgryzł się od razu, bo przecież właśnie tak było. Wszystkie argumenty, jakie rzucała mu Geraldine były dla niego dokładnie takie same. Chujowe, bardzo niskie, tak naprawdę ciężko było o nich powiedzieć, że w ogóle są argumentami a nie na przykład próbami wyślizgnięcia się jak węgorz, bo dostrzegała po nim, że niemożliwie go wkurwiła. Nie mógł wręcz przetrawić tego jak mu pyskowała. Na każde jego słowo miała kilkanaście swoich. Co gorsza zazwyczaj całkiem trafnych, choć tego wieczoru to on zdecydowanie wiódł prym w wyrzucaniu z siebie lawiny zdań. Czy z ładem i składem? No niekoniecznie, natomiast wcale się przez to jakoś specjalnie nie miarkował. Potrzebował wylać z siebie całą frustrację i znalazł na to idealny sposób. Po prostu pękł. - Po chuj ci poszerzać jego granice, co? - Warknął w kierunku Geraldine, posyłając jej spojrzenie świadczące o tym, że za cholerę go to nie bawiło, nawet jeśli miała rację i mieli swoje własne bagno. Praktycznie od samego początku. Oboje wiedzieli na co się piszą, byli ze sobą całkowicie szczerzy, nie ukrywali tych elementów swojego pogmatwanego, poplątanego życia. Gdyby to robili najprawdopodobniej wcale nie byłoby jakoś znacznie lepiej. Wręcz przeciwnie, cenił sobie możliwość powrotu do domu i nie grania przed nią kogoś kim nie jest. Natomiast to nie oznaczało, że miał zamiar tolerować jej ruchy w kierunku poszerzenia granic ich bagna, zagarnięcia kolejnych terenów i wpływów w jego zawodowym zakresie. Starał się dać Yaxleyównie wszystko, czego mogła od niego pragnąć a nawet więcej. Tylko nie to. Jedynie nie to. A więc? Sama to sobie wzięła. Pięknym posunięciem, które mógł przewidzieć, ale tego nie zrobił, bo był jebanym zakochanym, ufnym idiotą. Teraz było trochę za późno, żeby cofać czas, nawet jeśli mogliby to zrobić. Czekały ich konsekwencje. To go przerażało, to go wkurwiało. Jak i to, że podchodziła do tego tak zatrważająco luźno. - Mhm, kurwa, bo ci w cokolwiek takiego uwierzę - parsknął jednoznacznie, zaciskając dłoń mocniej na futrynie, nachylając się ku wnętrzu pokoju i potrząsając głową z niedowierzaniem. Próbował zamknąć japę. Tyle tylko, że raz za razem pierdoliła coś, co sprawiało, że przez jego ciało przetaczała się fala gorąca. W końcu zwyczajnie przegięła palę. Wybuchł, nie zdarzało mu się to często, więc mógłby jej zaklaskać, bo właśnie doprowadziła go do ostatecznego wyrazu skrajnej desperacji. - Oni zamierzają! Wpierdolącięcałąwpiach, czego tynierozumiesz, Geraldine! Niebędzieszmieć nic do powiedzenia, boonispróbująpociebieprzyjść. To są jebani desperaci. Colette to putaindesalopeencolère, jebana wściekła suka, która właśnie odgryzła pańską rękę, żeby zerwać się ze smyczy - jeśli musiał na nią nawrzeszczeć, żeby ją o tym uświadomić to zdecydowanie zamierzał się nie miarkować. Nie to, żeby kiedykolwiek to robił. - Nie próbuj mi wciskać, że sobie z tym nie poradzisz. To connerie! Nic więcej jak smocze łajno padło ci na głowę! Nie powinien tak mówić, ale stało się. Tak samo jak kop w ścianę. Obu rzeczy momentalnie pożałował. Obie go kurewsko przytłoczyły. Z tym, że stopa jeszcze fizycznie zabolała. - Nie, nie mogę - wyburczał tym razem już bardziej cicho, starając się nie krzywić na odczuwany ból, żeby nie dać poznać, że nie tyle zdemolował ścianę, co to ściana uszkodziła jego. - To tak samo mój dom jak twój, więc mógłbym rozpieprzyć tę ścianę wedle woli. Potem ją naprawić albo zrobić otwarty salon. Chuj wie - ta druga wypowiedź również brzmiała już znacznie spokojniej, możliwe, że nawet w jakimś sensie, jakby Ambroise mógł sobie żartować. Bowiem chyba rzeczywiście tak było. Bolało jak sam skurwysyn, ale ból miał u niego to do siebie, że go otrzeźwiał. Chociaż trochę, troszeczkę. Na tyle, że wybiło go to z rytmu na tyle, aby nie był w stanie z wielką łatwością znowu się aktywować i wrócić do niedawnych wściekłych wrzasków. Tak, Greengrass w dalszym ciągu był poruszony i rozemocjonowany. To mu nie minęło. Nie miał się szybko całkowicie uspokoić. Szczególnie, że za cholerę nie wiedział jak ma, teraz to już mają poradzić sobie w sytuacji, którą uważał za patową. Nigdy wcześniej nie stanął przed podobną koniecznością. To zawsze był on i wyłącznie on. Nie chciał, żeby to w którymkolwiek momencie byli oni, Geraldine samowolnie podjęła decyzję za niego. Był na nią kurewsko zły. Wewnątrz zarzekał się, że ich kolejne dni będą z tego względu naprawdę wymownie ciche, pełne łypania i okazjonalnie warczenia. W rzeczywistości mógł to sobie wmawiać, bo skoro teraz już mu częściowo przechodziło to niechybnie miał nie być dla niej ostentacyjnie lodowaty. Nie mieli kompromisu. Nie osiągnęli nawet kapki porozumienia, nawet jednej czwartej kompromisu, ale to nie oznaczało, że nie mają być wspólnym frontem przeciwko temu, co na zewnątrz. W tej chwili się martwił. Nie wiedział, co przyniesie najbliższa przyszłość, nie miał nad tym kontroli, a jeśli Ambroise czegoś nienawidził to właśnie braku panowania. Nad sytuacją - to jasne. Teraz również nad wyskokami jego lubej, która znowu pokazywała, że ma cholernie długie nogi (co zazwyczaj bardzo doceniał i lubił, szczególnie w szpilkach albo na swoich ramionach) którymi zamierza się na jeszcze wyższe progi. Z tym, że przeskoczenie przez to nie miało być takie łatwe jak oślo zakładała. Ani kurwa trochę. Sarknął, syknął, furknął, uniósł wzrok w kierunku sufitu (do przemalowania, zdecydowanie za dużo tu palili) a potem dodatkowo podkreślił to wymownym zaciśnięciem ust i wywróceniem oczami. Rychło w czas go przepraszała, naprawdę. Szczególnie, że nawet nie miała tego na myśli. Tak naprawdę wcale nie widziała problemu, co sama podkreśliła następnymi słowami. Mógł na nią znowu nawarczeć. Nie zamierzał udawać, że go tym ugłaskała. Był na nią pieruńsko wnerwiony, żadna ilość udawanej pokory nie miała tego zmienić. Natomiast machnął ręką. Wściekle i zdecydowanie, wreszcie puścił brzeg futryny i ruszył się z miejsca, nie mogąc wiele poradzić na to, że utykał na tę jebaną nogę, którą chwilę wcześniej spotkał ze ścianą. Z uwagi na to rzucił Geraldine jednoznaczne spojrzenie. Nie powinna tego komentować, bo tylko wyłącznie znów go wkurwi. Nie potrzebował zbyt wiele, żeby się znowu uaktywnić. - Ściągaj spodnie - polecił jej zdecydowanym tonem, zaciskając szczękę, ale była w tym pewna czułość, bez łagodności. - Pokazuj mi to. Dostałaś jeszcze gdzieś? - Nie mówił proszę, dziękować też jej chwilowo nie zamierzał. Potrzebował spróbować zająć myśli czymś innym. Ochłonąć na pięć minut, zrobić to, co jego. Zasmarować rozcięcia maścią, obejrzeć resztę jej ciała, oddychając wolniej. Rozmowa wcale nie dobiegła końca. Ani myślał przyjmować teksty, że na pewno będzie dobrze, natomiast mogli do tego wrócić za jakieś kilka godzin. Ta noc chyba powinna być spokojna. RE: [31.10.69] Also, I think knives are a good idea. Big fuck-off shiny ones | A.G & G.Y - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 - Może być, tym razem mogą to być chujowe argumenty. - Skoro widział to w ten sposób, to może faktycznie miało to jakiś sens. No nie sięgali dzisiaj specjalnie wysoko, ale i najlepszym przecież się to zdarzało, czyż nie? Każdy miewał czasem gorsze dni, musiało w końcu trafić i na nich. Zresztą podejrzewała, że sporą przyczyną tego, jak wyglądała ta rozmowa było to, że byli wkurwieni, jedno i drugie, wtedy raczej błądzili przy dnie jeśli chodzi o przerzucanie siebie swoimi racjami. Odbijali nimi niczym piłką. - TAK WYSZŁO, ile razy mam Ci to tłumaczyć? - No nie docierało do niego, nie potrafił zrozumieć, jak ona to widziała. Jasne, zdawała sobie sprawę, że zachowała się nie do końca poprawnie, podjęła decyzję, nie pytając go o to, czy w ogóle może się zaangażować. Tylko jak on sobie to właściwie wyobrażał? Myślał, że stanie tam za nim w tym magazynie, chrząknie, skłoni się ładnie i przeprosi za to, że przeszkadza, ale chciałaby mu pomóc, i jakby ten olbrzym mógł się na moment wstrzymać, bo najpierw musi obgadać sprawy ze swoim chłopakiem... No nie, nie było na to czasu, musiała działać szybko, pomóc mu na polu walki i tyle, to nie było nic takiego. Nie rozumiała dlaczego, aż tak się na nią złościł. Powinien jej odpuścić, przynajmniej zdaniem Geraldine, nie zasługiwała na to wkurwienie, jakim ją obdarzał, bo przecież chciała dobrze!!! To, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane to zupełnie inna sprawa. - Czyli co, cofamy się na sam początek, do braku zaufania? - Pięknie, najwyraźniej ta jedna, szybko podjęta przez nią decyzja, nie do końca rozsądna (nie ma co zaprzeczać) miała zniszczyć to co udało im się wypracować. Oczywiście, kiedy przychodziło o popełniane przez nią błędy zawsze kończyło się to tak samo. Wysrywami i wyrzygiwaniem jego racji. Oczywiście, że zamierzała się bronić, nie miała zamiaru pozwalać mu wylewać swoją złość, bez żadnej reakcji. Nie tym razem. Nie spodziewała, że się wkurwi, aż tak bardzo. Próbowała nadążyć za tym wszystkim co miał jej do powiedzenia, ale po prostu zamknęła oczy i pozwoliła mu dać upust tym emocjom. Niech mówi, krzyczy, jeśli potrzebuje właśnie tego. Sama zaś po prostu kontynuowała spożywanie alkoholu. W dupie miała tę suke, któa próbowała z nią walczyć, w dupie miała jej wielkiego kolegę, który swoją drogą szybko nie powinien stanąć na nogach, mogła spowodować, że upadnie jeszcze bardziej - niepotrzebnie się powstrzymywała. - Nic ci nie wciskam, ale jebać to, dalej, kontynuuj. - Uzbroiła się w cierpliwość, bo wiedziała, że ta rozmowa nie miała sensu, zresztą, czy w ogóle można to było nazwać rozmową, darli się jedno przez drugie, wykrzykując swoje racje - nic tu nie osiągną. - Nie wiedziałam, że chcesz mieć otwarty salon, jeśli tak, to śmiało, próbuj dalej rozwalać te ścianę. - Skoro zamierzał patrzeć na to w ten sposób to nie miała zamiaru go ograniczać, niech sobie robi co chce, szkoda tylko, że kątem oka zauważyła, że sam się przy tym uszkodził, w sumie to było całkiem zabawne. Nie chciała jednak zwracać na to uwagi, bo obawiała się, że gdyby się do tego przyczepiła, to jeszcze bardziej mógłby się zirytować. Sytuacja nie była prosta, to prawda, wmieszała się w coś, w co nie powinna, ale jakoś sobie z tym poradzą, w przeciwieństwie do niego, ona wydawała się być tego pewna. Zawsze sobie radzili, z każdym, największym gównem. Dlaczego więc tym razem miałoby być inaczej? No nie mogło, bez sensu było się zastanawiać nad najgorszymi scenariuszami, skoro wcale mogły się nie wydarzyć. Wolała się skupiać na teraźniejszości, niż na gdybaniu o czymś, co nigdy mogło nie dojść so skutku. W końcu się ruszył, odwróciła wzrok, kiedy zbliżał się w jej kierunku bo zauważyła, że nieco utykał na tę nogę, którą wcześniej kopnął w ścianę, chyba udało jej się znaleźć zwycięzcę tego drobnego pojedynku. 1:0 dla ściany, w sumie dobrze wiedzieć, że ten dom miał całkiem mocne fundamenty. - A co, będziemy się całować? - Próbowała sięgnąć po żart, bardzo głupi żart, ale nie mogła się powstrzymać od tego, żeby tego nie powiedzieć. Wypełniały ją skrajne emocje, ta sytuacja robiła się coraz bardziej absurdalna. Nie zamierzała jednak zwlekać, bo Roise aktualnie znajdował się w takim stanie, że chyba nie mógłby znieść więcej jej niedyspozycji. Grzecznie więc zsunęła swoje skórzane spodnie z tyłka, pokazując mu średniej wielkości rozcięcie na swoim udzie. Nie było jakoś szczególnie paskudne, ot, drasnęło ją zaklęcie - nie pierwszy raz. - Nie, nigdzie więcej nie dostałam, tylko tutaj. - Przynajmniej tak się jej wydawało, nie zdążyła jeszcze dojść pod prysznic, aby się jakoś dokładniej obejrzeć. Przesunęła się jeszcze na tej nieszczęsnej kanapie, żeby mógł usiąść tuż obok niej, jeśli to zrobił narzuciła na niego swoje kończyny, tak, aby ułatwić mu dostęp do swojego uda. Skoro tak bardzo chciał się nim zająć, nie zamierzała mu tego utrudniać. Zamilkła, wiedziała, że jeszcze nie skończyli tej nie do końca wygodnej rozmowy, ale czuła, że jest trochę lepiej niż na samym początku, pewnie jeszcze wrócą do darcia ryja, ale dobrze im zrobi ten chwilowy odpoczynek. Gdy Roise skończył opatrywać jej draśnięcie, bez pytania również zajęła się tym samym, wiedziała, że nie był w stanie sięgnąć do tych drobnych ran na plecach i sama musiała się nimi zająć. Oczywiście nie zapytała o to, czy może to zrobić, po prostu się tym zajęła, zresztą nie pierwszy raz, wiele razy opatrywała jego rany. Cóż, nie był to jeden z najprzyjemniejszych poranków, jakie przyszło im spędzić w Whitby, ale przynajmniej jeszcze byli w stanie ze sobą rozmawiać. Koniec sesji
|