![]() |
|
[05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4226) |
[05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.11.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV Noc była niczym ciemny woal roztaczający się nad budynkami w dolinie u podnóża Ben Nevis - jednego z bardziej urokliwych miejsc za dnia, teraz w nocy zaś pogrążonych w zupełnie innym klimacie. Zamiast jasnego światła dnia oblewającego blaskiem wypielęgnowane rośliny, kwitnące kwiaty i taflę pobliskiego jeziora, wydawało się, że na rozległy ogród spłynęła czarna, jedwabna zasłona dająca wrażenie znalezienia się gdzieś na pograniczu snu i rzeczywistości. Nie dało się poddać w żadną wątpliwość to, że organizatorom tego wieczoru zdecydowanie chodziło o podobny efekt. Nic tu nie było przypadkowe. Od magicznego labiryntu pośrodku trawnika, który zaledwie kilka dni wcześniej był idealnie gładki, tylko na potrzeby tej jednej nocy zyskując wysokie ciemnozielone ściany z krzewów. Przez liczne fontanny tryskające nie tylko wodą, lecz także winem i szampanem. Po starannie umiejscowiony zespół muzyczny grający ciche, nastrojowe melodie słyszalne w każdym zakamarku ogrodu, ale nie natrętne tylko wyłącznie budujące eteryczny, mistyczny klimat. Nieważne jak blisko muzyków by się było. Za każdym razem efekt był dokładnie ten sam i miało się wrażenie, jakby dźwięki muzyki dochodziły z bardzo daleka, splatały się z szelestem liści i poskrzekującym mamrotaniem nietoperzy przelatujących nad głowami gości balu. Spoglądając na nie, odruchowo mocniej nasunął prostą białą maskę na oczy i poprawił długą, śnieżnobiałą pelerynę o obrzeżach przyozdobionych złotym haftem układającym się w plątaniny spiralnych roślinnych wzorów. Przekładając drewniany kostur do drugiej dłoni, strzepnął pelerynę w taki sposób, aby jasnoniebieska wewnętrzna część jedwabiu ułożyła się właściwie, poprawiając przy okazji włosy - na tę okazję znacznie dłuższe, ciemnosiwe i proste niczym druty. O stalowoszarym, niebieskawym poblasku wpasowującym się we wszystkie inne błękitne akcenty. Dyskretne, proste, nieprzesadzone. Przy gęstej szarej brodzie zupełnie zmieniającej rysy jego twarzy nie uważał, by potrzebował wiele więcej, aby wtopić się w przebrany tłum. Uniósł głowę, podziwiając ciemne niebo, które zdobiły migoczące gwiazdy, starając się nie rozglądać po twarzach ludzi z tłumu, nie dając do zrozumienia, że mógł na kogokolwiek czekać. Choć przecież czekał, usiłując kryć przy tym uśmiech wypełzający mu na twarz na myśl, że z powodzeniem mogli już kilka razy minąć się w tłumie. Był cholernie zadowolony z tego stroju. Wyglądało na to, że nawet ta mniej kontrolowana część natury sprzyjała ich gospodarzom. Po kilku ostatnich dniach wypełnionych deszczem i wiatrem, teraz było ciepło i sucho. Niemalże idealnie. Księżyc wisiał wysoko na niebie, oświetlając posiadłość w całej jej okazałości a zdecydowanie było na co patrzeć. Nocne powietrze było nasycone delikatnym zapachem jaśminu i bzu, które kwitły wśród innych bujnych, zielonych krzewów, jaśniejąc na ich tle. Każdy zakątek ogrodu był przemyślany, misternie zaprojektowany. Ścieżki wijące się pomiędzy krzewami i zwisającymi gałęziami drzew oplecionych dzikim winem, bluszczem i bladoniebieską wisterią sprawiały wrażenie, jakby prowadziły do tajemniczych miejsc, gdzie działy się rzeczy, które mogłyby zaistnieć jedynie w snach. Nic więc dziwnego, że ściany labiryntu niemal od razu przyciągały przybywających gości. Noc była jeszcze młoda, przyjęcie dopiero się zaczynało i miało trwać do białego rana. Mimo to niektórzy już czerpali pełnymi garściami z klimatu, racząc się bombelkami z letnimi owocami. Powolnym krokiem przemierzał ogród, zmierzając w kierunku szerokich marmurowych schodów spływających łukiem na trawnik, skąpanych w bladofioletowym dymie pachnącym lawendą, maciejką i nocnymi kwiatami. Niespiesznie mijając roześmiane pary i rozmawiających ze sobą ludzi. Wspaniałe suknie wyglądały jak uszyte z pajęczej nici, utkane z mgły albo wody, szaty były zdobione kryształami, które odbijały światło, jakby same świeciły, jak gdyby zaklęto w nich tęczę, a płaszcze i peleryny zdawały się lewitować w powietrzu. Wśród przebrań dało się dostrzec postaci ze legend, mitów i podań. Znanych i nieznanych, interpretacje, gotowe koncepty, przesadzone i nieprzesadzone. Każde bardziej skomplikowane od poprzedniego, bardziej wyszukane i eteryczne. W pewnym momencie przystanął w miejscu, przysłuchując się słowom niskiego czarodzieja, wokół którego zgromadziła się całkiem liczna grupa. Niski, krępy mężczyzna był ubrany w kowenowe szaty koloru purpury, z maską z rogami, która bez wątpienia przedstawiała Gwyn ap Nudda - postać nie pasującą do szkockiego klimatu, jednak poniekąd na miejscu w tej atmosferze, w klimacie gęstego woalu nocy. Zdecydowanie chodziło o efekt, który udawało mu się osiągnąć. Czarodziej całym sobą przyciągał do ciebie coraz ciaśniej otaczający go krąg ludzi, a gdy zaczął snuć swoją opowieść, cała uwaga skupiła się na nim. Mogło się zdawać, że jego głos wnikał w duszę zebranych jak melodia, przenosząc ich do innego świata. Opowiadał o podróżach do dalekich krain, o spotkaniach z legendarnymi bestiami oraz o wielkich bitwach stoczonych ze stworzeniami o przedziwnych nazwach. Ambroise wyczuwał bezsens wszystkich tych słów, ale mimo to ich słuchał, postanawiając na kilka chwil pozostać w tym miejscu, bo gdzie indziej najłatwiej byłoby się spodziewać spotkania z kimś faktycznie posiadającym praktyczne doświadczenie z magicznymi stworzeniami, jeśli nie przy bajarzu z koziej dupy? Nie musiał się rozglądać. Po prostu czekał. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Noc była piękna. Nie, żeby to jakoś specjalnie zmieniało jej nastawienie, co do takich wydarzeń, chociaż w sumie tym razem nie wszystko było takie zwyczajne. Łatwo można było zgubić się w tłumie, wpaść w sidła kogoś, kogo wcale nie chciało się widzieć. Przebrania ułatwiały poruszanie się między ludźmi, szkoda tylko, że niektórzy mieli większy problem z tym, aby ukryć się wśród nich mimo przebrania. Nie dało się na długo zmienić wzrostu, on od zawsze przeszkadzał jej w tym, aby przez chwilę mogła stać się kimś innym, niemalże od razu ją zdradzał, bez względu na to, jak bardzo fantastycznego kostiumu by nie wymyśliła. Cóż, pozostawało jej wierzyć w to, że faktycznie uda jej się kogoś zmylić, chociaż na krótką chwilę. Nie szukała towarzystwa. Jeszcze nie. Poświęciła chwilę ojcu, jak zawsze, później dyskretnie się z nim pożegnała. Poprawiła okropnie niewygodną suknię, właściwie to gorset, który powodował, że nie mogła oddychać, ktoś chyba ścisnął go zbyt mocno. Nie znosiła tych strojów, które krępowały wszystkie ruchy. Wyglądała nie do końca typowo, bo miała na sobie suknię zrobioną z żywych kwiatów, inspirowała się jedną z walijskich bogini - Blodeuwedd, nie udało jej się namówić matki na to, żeby wybrać opcję, w której przybierała ona postać sowy, więc musiały wystarczyć jej te kwiaty, z czego nie była do końca zadowolona, bo lepiej czułaby się w ciemnym ubraniu, a tak to nie dość, że wzrostem to zwracała jeszcze na siebie uwagę kolorami. Bała się, że trochę przesadziła, ale może nie będzie tak źle. Jakoś powinna sobie z tym poradzić, na twarzy również miała maskę, właściwie to tylko na oczach, długie włosy opadały Yaxleyównie na plecy, miała w nie wplecione kwiaty, żeby jej strój był jeszcze bardziej kompletny, zapewne kilka z nich udało jej się już zgubić, kiedy przemierzała tłum. Nie do końca przepadała za taką ilością ludzi w jednym miejscu, na jej korzyść było to, że przyjęcie odbywało się na zewnątrz. Przynajmniej nie musiała uciekać, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Przysiadła na jednej z fontann, z kieliszkiem sama nie wiedziała czego, najważniejsze, że miał w tym być alkohol i zapaliła papierosa. Nie przejmowała się tą nieszczęsną suknią, bo została potraktowana kilkoma zaklęciami, które miały spowodować, że szybko jej nie zniszczy. Zaciągała się dymem, udając, że wokół niej nie ma nikogo, że znajduje się na łonie natury. Wzniosła wzrok ku nieboskłonowi, aby popatrzeć w gwiazdy. Z dala od miasta niebo wyglądało zdecydowanie lepiej, można było naprawdę wiele na nim zobaczyć. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy przyglądała się temu arcydziełu, było całkiem przyjemnie. Nie mogła temu zaprzeczyć, szczególnie, że do jej uszu dochodziła całkiem przyjemna muzyka. Może ten wieczór wcale nie będzie taki zły? Nie powinna zakładać najgorszego. Do jej uszu doszedł głos mężczyzny, który znajdował się niedaleko niej. Zmrużyła oczy, bo jej spokój dosyć szybko został zahwiany. Liczyła na to, że uda jej się wyrwać jeszcze chwilę, którą mogła poświęcić na myślenie o niczym szczególnym. Wiedziała, że gdzieś pośród teog tłumu jest ktoś, kogo chciałaby spotkać, być moze nawet go minęła, te maski okropnie utrudniały jej identyfikację współtowarzyszy. Skupiła się jednak na tym, co znajdowało się niedaleko. Przeniosła wzrok w stronę niskiego mężczyzny, który raczył gości swoją opowieścią. Próbowała wyłapać z niej jak najwięcej, nie do końca chyba podobało jej się to, o czym opowiadał, to znaczy tak, był dobrym mówcą, ale trochę ściemniał. Najwyraźniej nie do końca odnajdywał się w temacie, póki co nie wiedziała, czy chce weryfikować jego wiedzę i doprowadzić do konfrontacji, zamiast tego mruknęła jedynie pod nosem, całkiem cicho. - Pierdolisz. - Później upiła łyk alkoholu ze swojego kieliszka, nie smakował, aż tak źle, jakby jej się mogło wydawać, chociaż nie była to ognista, nad czym okropnie ubolewała. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Wieczór trwał. W miarę jak słońce niebo przechodziło w coraz bardziej intensywne odcienie głębokiego granatu poprzetykanego migoczącymi gwiazdami, ogród posiadłości rozświetlał się delikatnym blaskiem lampionów zawieszonych w gęstych gałęziach drzew. Ich subtelne światło odbijało się w drobnych kroplach rosy, które ulokowały się na liściach kwiatów, tworząc iluzję migoczących diamentów. Ogród był przesiąknięty lekko fioletową mgiełką, spływającą subtelnie od strony zabudowań, jakby sama noc postanowiła zbliżyć się do nich jeszcze bardziej, otulając sobą postaci w przebraniach i maskach. Zewsząd słychać było echa szeptów i śmiechów, dźwięki głosów, stukanie kieliszków, szum liści żywopłotu poruszającego się w delikatnych podmuchach ciepłego wiatru, melodyjny i miarowy plusk fontann. Powietrze wypełniał zapach kwiatów, w który powoli wkradała się także nuta kadzideł, które spalały się wbite niemal pionowo w specjalnie przygotowanych misach wypełnionych piaskiem i przyozdobionych potpourri. To one musiały również odpowiadać za lekko mleczną, fioletową mgiełkę, która powoli rozlewała się po schodach dworu, płynąc w kierunku żywopłotu, oblewając nogi czarodziejów, zatapiając ich w jeszcze bardziej eterycznym woalu. Jasne światło księżyca przenikało przez liście drzew tworząc na ziemi malownicze cienie, które zdawało się, że wędrowały po ziemi, poruszając się w rytm muzyki. Przebrania gości same w sobie były arcydziełami godnymi uwagi. Czarownice w bogato zdobionych sukniach, które lśniły w blasku lampionów, zasługiwały na każde posłane im spojrzenie. Jedwabne, atłasowe, satynowe, pajęcze tkaniny poruszały się jak chmury dymu, otulając ciała niczym delikatne obłoczki. Niektóre z nich nosiły długie rękawiczki, które sięgały aż do łokci. Inne chwaliły się pierścionkami i bransoletkami. Ich włosy były upięte w finezyjne fryzury przyozdobione świeżymi kwiatami lub inkrustowanymi opaskami, które błyszczały jak gwiazdy. Mimo to Ambroise nie poświęcał im zbyt wiele uwagi. Nie tyle, co zawsze. Teraz było inaczej. Nic się nie zmieniło, ale jednocześnie było inaczej. Skomplikowanie, choć czasami całkowicie właściwie. Tak jak w tej chwili, kiedy do jego uszu dotarł ten wymowny, charakterystycznie brzmiący pomruk. Mimowolnie przeniósł spojrzenie w tamtą stronę, robiąc dwa płynne, ciche kroki, by przystanąć nieco za plecami dziewczyny. - Cóż za brak taktu - zauważył półszeptem - on naprawdę bardzo się produkuje - nachylił się bliżej, muskając palcami ramię dziewczyny i wciągając powietrze pełne delikatnych zapachów, które unosiły się wokół nich. Uśmiechnął się lekko, gdy ich spojrzenia się spotkały, jego oczy błysnęły szelmowsko w blasku lampy, gdy odbiło się w nich światło płomienia zamkniętego w lekko dymionym szkle. - Hej - mruknął, gdy pochylił głowę w jej stronę, pozwalając sobie gładkim ruchem zbliżyć się do niej, doszczętnie ignorując dystans, kładąc tę samą dłoń, którą musnął jej ramię na plecach Yaxleyówny. Delikatnie, żeby nie zgnieść kwiatów i nie popsuć tej całkiem imponującej kreacji, której całkowicie by się po niej nie spodziewał. Nie tego instynktownie szukał wzrokiem pośród tłumu. Możliwe, bardzo możliwe, że kilkukrotnie minęli się nawet w przeciągu ostatnich kilku minut, bo gdyby nie ten wymowny pomruk z ust Geraldine, prawdopodobnie jeszcze długo by jej nie rozpoznał. Zaskakiwała go raz za razem. Zapewne nawet na przestrzeni tego wieczoru miała co najmniej parokrotnie wywołać u niego uniesienie brwi i pytająco-niedowierzające spojrzenie. Miał wrażenie, jakby jednocześnie znali się od dawna i nie wiedzieli o sobie praktycznie nic, co rusz odkrywając kolejne karty, ale nigdy te właściwe. Przynajmniej nie w przypadku Ambroisa. Te konkretne, te, które podświadomie chciałby wyciągnąć były jednocześnie tymi samymi, które powinny zostać ukryte. - Co sprawia, że aż tak bardzo pierdoli? - przechylił lekko głowę, zbliżając usta do jej policzka. Włosy opadły mu na czoło. Były długie, stanowczo zbyt długie i, jeśli to miało jakikolwiek sens (a miało), zbyt proste, nawet jeśli miękkie jak zwykle. W tym momencie trochę go drażniły, bo zamiast stanowić coś w rodzaju naturalnej zasłony przed niepożądanymi spojrzeniami, której mógłby użyć, by szepnąć do Yaxleyówny, bez wątpienia zagilgotały ją w szyję... ...tę cholernie długą, jasną, ale opaloną, odsłoniętą szyję mimowolnie przyciągającą spojrzenie Ambroisa. Nieistotne, gdzie by je następnie skierował, każda możliwość była tak samo niewłaściwa i przyciągająca. Dekolt, na który miał teraz przytłaczająco idealny widok. Czy miękkie wydęte wargi w kolorze delikatnych płatków herbacianej róży. Co gorsza, smakujące równie dobrze. Słodko, lekko pikantnie, obłędnie. Cholera. Paradoksalnie najbezpieczniejsze miały być oczy, nawet jeśli to wcale nie znaczyło, że byłoby mu w jakikolwiek sposób łatwiej utrzymać neutralny, nieco rozbawiony, odrobinę zadziorny wyraz twarzy. Zawahał się na moment. Jego spojrzenie zbłądziło na jej ustach zanim zamrugał i wrócił do tego cichego przerwanego dialogu. A może szczątków monologu? - Poza tym - jeszcze bardziej nachylił się do ucha Geraldine, otulając je ciepłym oddechem i szeptem przeznaczonym wyłącznie dla jego najlepszej przyjaciółki - wydaje mi się, że nie ma ku temu zbyt wielu okazji - skwitowałby to dodatkowym mrugnięciem, gdyby nie to, że Geraldine i tak nie miała tego zauważyć. Zamiast tego zdecydował się dołączyć do niej na brzegu fontanny, przysiadając tuż obok z ręką (a właściwie samymi czubkami palców) wciąż na plecach swojej... ...koleżanki. Jego palce powoli przesunęły się wzdłuż krawędzi jej sukienki, badając fakturę kwiatów. Prawdziwych, może zaczarowanych, ale wcześniej przez kogoś zebranych i przemienionych w kreację. - Nie obawiasz się porannych owadów, Kwiatuszku? - Zmrużył oczy, w dalszym ciągu koncentrując się tylko na niej, zaś jego brwi delikatnie uniosły się w geście zaciekawienia. Nie cofnął ręki. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Robiło się całkiem nastrojowo, wydarzenia jak to miały swój pewien wyjątkowy klimat. Dałoby się je polubić, gdyby nie te okropnie niewygodne stroje, do których nigdy pewnie nie zdąży przywyknąć. Nie zakładała, że będzie inaczej, mimo kilku lat doświadczenia w bywaniu na takich spędach nadal to była najbardziej znienawidzona przez nią część. Udało jej się nawet pogodzić z tym, że musiała się sztuczno uśmiechać do niektórych osób. Bodźców jednak było na tyle dużo, że postanowiła odetchnąć. Skorzystała z tego, że nikt nie próbował do niej rozmawiać, co było całkiem przyjemne, bo nie musiała jakoś za bardzo się skupiać na tym, aby słuchać, co mają jej do powiedzenia osoby, z którymi niekoniecznie chciała się wdawać w konwersację. jak widać nawet, jeśli tego nie robiła, to nie udało jej się ominąć głupiego pierdolenia, które dochodziło do jej uszu. Cóż, te spędy towarzyskie były bardzo specyficznymi miejscami, gdzie każdy chciał zabłysnąć, mniej lub bardziej efektownie. Drgnęła, kiedy usłyszała za sobą głos. Na szczęście dotarło do niej, że był znajomy, trochę głupio by wyszło, gdyby ktoś zupełnie obcy usłyszał, co ma do powiedzenia. Nie chciała wychodzić na niegrzeczną, chociaż, czy właściwie kiedykolwiek obchodziło ją, co o niej myślą ludzie, którzy jej nie znali. No nie do końca. Tak, czy siak miała szczęście, że jej komentarz dotarł do uszu kogoś, kto wiedział, że raczej nigdy nie kryje się z tym co myśli. Poczuła palce na swoim ramieniu, co spowodowało, że uniosła wzrok i spojrzała na niego. Wpatrywała się dłuższą chwilę Ambroisa, który dzisiaj wyglądał nieco inaczej niż zwykle. Najwyraźniej nie tylko ona poświęciła sporo czasu, aby odpowiednio się przygotować do tego balu. - Szkoda, że robi to bardzo nieumiejętnie. - Za to Roise całkiem umiejętnie przesunął dłoń na jej plecy. Czy przyjaciele zachowują się w ten sposób? Wstrzymała oddech, gdy się do niej zbliżył. Znowu to robił. - Cześć. - Powiedziała lekko, ale trochę się spięła, gdy poczuła, że jego dłoń nadal znajduje się na jej plecach. Był zdecydowanie zbyt blisko niej, ciężko jej się było skupić i zebrać myśli, gdy znajdował się obok. Ostatni czas nie był dla niej najłatwiejszy, ta przyjaźń wcale nie była taka prosta, bo już dawno do niej dotarło, że nie chce się z nim tylko przyjaźnić, nie wiedziała dlaczego robił to, co robił, jaki miał w tym cel. Poczuła jego włosy na swojej szyi, gdy się do niej zbliżył, zareagowała mimowolnie, znowu drgnięciem całego ciała, bo ją łaskotały. Miała wrażenie, że z każdą sekundą zbliża się do niej coraz bardziej, przełknęła głośno ślinę, starała się nie dawać po sobie poznać, że jest nieco tym zdenerwowana. Zresztą przyjaźnili się, tak zachowywali się przyjaciele, to na pewno przez to. - Każdy, kto posiada chociaż szczątkowe pojęcie o temacie, jest w stanie zauważyć, że te zwierzęta o których opowiada, nie występują w tych miejscach, w których był. To elementarna wiedza. - Przestała jednak już słuchać te wypociny, całą uwagą miała zamiar obdarzyć swojego przyjaciela, szczególnie, że znajdował się tak blisko niej. Dobrze było mieć tutaj kogoś na tyle bliskiego, żeby nie musieć przejmować się tą całą otoczką, odwróciła głowę w stronę mężczyzny, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. - Cóż, jakoś mnie nie dziwi mnie, że nie ma zbyt wielu okazji do pierdolenia. - Wystarczyło tylko na niego spojrzeć, no cóż, nie wyglądał na kogoś, kto wzbudzał szczególne zainteresowanie, bardziej mocno od siebie odrzucał. Zastanawiała się, czy któraś z kobiet, które się wokół niego zgromadziły postanowi mu dzisiaj wskoczyć do sypialni, czy ktokolwiek mógł być tak zdesperowany, chociaż właściwie, czasem wystarczyła odpowiednia dawka alkoholu... - Do czasu, aż nadejdzie poranek nie zostanie nawet ślad po kwiatuszku, więc nie, nie obawiam się ich wcale. - Zamierzała zmyć się stąd całkiem szybko, zresztą nie należała przecież do tych kobiet na których owady robiły jakiekolwiek wrażenie. - Swoją drogą to owady powinny się obawiać mnie, jestem jak ta... rosiczka? - Spojrzała pytająco na swojego przyjaciela, bo przecież to on był tutaj specjalistą od roślin. Nie miała pojęcia, czy czegoś nie pokręciła. - Wabię do siebie niczego nieświadome ofiary, a później połykam je w całości. - Pasowało to w sumie do niej nawet bardziej, niż zakładała, zresztą krążyły o niej różne opinie pośród socjety. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Poczuł ulgę. Być może nie chciał tego przed sobą przyznać, ale ulżyło mu na widok, że siedziała tu sama. Odczuł ulgę napotykając jej spojrzenie i dostrzegając reakcję. Nie drgnęła spłoszona, nie szukała wzrokiem nikogo innego. Mogli spojrzeć na siebie nawzajem, nawet jeśli tylko przelotnie, bo zaraz odwrócił wzrok, niby to patrząc w kierunku człowieka, o którym rozmawiali. - Dla tych tam chyba jednak mu się to udaje - zauważył cicho, w teorii całkiem lekko i gładko, dotykając palcami pleców Geraldine. Kiedy drgnęła, poczuł ścisk w piersi, może też w żołądku, ale nie odsunął się od niej. Nie zrobił tego. Sam nie wiedział, czemu wybierając, by zamiast tego zbliżyć się jeszcze bardziej. Nachylić się ku niej prawie muskając wargami jej policzek tak jak wypadałoby zrobić, ale rezygnując z tego w ostatniej chwili. Zamiast tego podjął decyzję o tym, aby usiąść obok Geraldine na zimnym kamieniu, wpatrując się w nią kątem oka, kiedy zabrała głos. Czy faktycznie słuchał jej wyczerpującej odpowiedzi? Czy trudno byłoby się tego domyślić? - Przecież na pierwszy rzut oka widać, że jest charyzmatyczny i doświadczony. Nie wiem, kim jesteś, moja panno, by to kwestionować - odpowiedział odruchowo, starając się nadać tym słowom lekkie brzmienie, uśmiechając się do niej ironicznie nawet wtedy, kiedy dotarło do niego to, co powiedział. Jedno słowo. Niby nic takiego, ale... Przełknął ślinę, prostując plecy i przeciągając się cholernie niewymuszenie. Cichy szum fontanny wypełniał jego uszy szmerem spadającej wody. Tej samej, która tworzyła wokół nich lekką mgiełkę osadzającą się na włosach i ubraniach. Dźwięk za ich plecami mieszał się z bliskim, a jednak nagle jakby całkowicie odległym szmerem rozmów oraz muzyką dobiegającą gdzieś z głębi ogrodu. Przytłumione, migoczące światła lamp i cienie tańczące na trawniku sprawiały, że wszystko stawało się jeszcze mniej realne, szczególnie gdy kadzidłowo-kwiatowa mgiełka całkowicie rozlała się po ziemi, ogarniając także ich stopy. Ambroise mimowolnie zawiesił na niej wzrok na dłuższą chwilę, jednocześnie palcami nieświadomie nadal sunąc po brzegu sukienki Geraldine. Po delikatnych płatkach kwiatów, ale też raz za razem po ciepłej, miękkiej skórze. Jego dłoń drgnęła, gdy przypadkowo dotknął jej nadgarstka. Momentalnie cofnął rękę, jednocześnie starając się skwitować to szerszym uśmiechem i wzruszeniem ramion. Cholera. To robiło się coraz cięższe, coraz trudniejsze do wyparcia. Wydawało mu się, że ten wieczór będzie zupełnie inny. Znacznie łatwiejszy do przeżycia, bo przecież skoro doskonale radził sobie podczas spędzania razem wspólnych chwil w ciszy jednego czy drugiego mieszkania, to czymże miał być bal pełen innych ludzi? Jeszcze chwilę temu miał wrażenie, że znalezienie się w tym miejscu, wśród wrzawy balu, barwnych kreacji, wyszukanych przebrań I kolorowych masek nieco ułatwi całą sprawę. Nie myślał o tym w żaden konkretny sposób, zdecydowanie nie jako o kolejnej chwili narastającej wewnętrznej tortury. Jeśli już to zupełnie w przeciwnym kierunku - jako możliwości, by choć złudnie jeszcze odrobinę nagiąć to, co ich ze sobą łączyło. Dołączyć z nią do reszty biesiadników, korzystając z możliwości skradnięcia Geraldine tańca lub dwóch, spędzenia z nią czasu w taki sposób, w jaki gdzieś tam wydawało mu się, że powinni to robić. Wiele powinni. On wiele powinien. A jednak nic nie robił, pozwalając na to, by czas zatrzymał się na chwilę, a cała rzeczywistość w jego myślach ograniczyła się do tej jednej kobiety, która siedziała obok niego. - Właśnie widzę. Nim wstanie słońce, masz plan zgubić je wszystkie? - Spytał z nieznacznym uśmiechem, nie pozwalając sobie przy tym na tę słodko-gorzką myśl, że gdyby tylko chciała, sam byłby w stanie pomóc jej zgubić te wszystkie kwiaty. Rozpiąć ciasny gorset, mimowolnie zgnieść wonne kwiaty, zsunąć je na ziemię, zapomnieć o nich do końca, zapominając też siebie w dokładnie w tej samej chwili. Kiedy poruszyła głową w jego stronę, sprawiając, że jeden z kwiatów wyślizgnął się ze swojego miejsca, powoli zaczynając zsuwać się w dół (jak reszta, reszta też powinna), Ambroise bezwiednie pochwycił go w palce zanim roślina zdążyła upaść do wody. Parokrotnie obrócił go w palcach, wpatrując się przez chwilę w płatki, po czym nachylił się ku Geraldine, żeby ponownie wsunąć jej go w loki. Odruchowo przegarnął pasmo włosów dziewczyny, które opadło jej na twarz, bardzo delikatnym ruchem palców układając je na jej plecach razem z resztą pukli. Poprawiając kwiat, który sprawił, że fryzura zaczęła wymykać się z wcześniejszego ułożenia, po prostu milczał, mimowolnie wstrzymując oddech. - Gagea serotina - mruknął, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, kontynuując cicho chyba wyłącznie po to, żeby nie dać zapaść między nimi tej niezręcznej ciszy, która ostatnio jak na złość coraz częściej się pojawiała. - Lilijka alpejska. Lili'r Wyddfa, tak? - Kończąc ruch, ponownie odsunął się w bok, posyłając jej nikły uśmiech. Nie pytał o samą roślinę, którą przecież od razu zidentyfikował, ani nawet właściwie o wymowę tego, co już zdążyło paść z jego ust i z pewnością było kaleczeniem akcentu, najpewniej całkowitym jego zarżnięciem. Tak właściwie to sam nie wiedział, czemu zadał jej jakieś pytanie. Chyba wyłącznie po to, aby mu na nie odpowiedziała, przerywając ciszę również z jej strony. Zmrużył oczy, próbując wyczytać coś z wyrazu twarzy Geraldine, jednak jak na złość nie był w stanie tego zrobić. Maski, choć bez wątpienia pasowały do tego klimatu, znacznie utrudniały sytuację. Tak... ...zupełnie, jakby chodziło tylko i wyłącznie o nie. Był jej przyjacielem, cholernym kolegą, nieważne ile czasu ze sobą spędzali. Jak do tej pory nie dała mu do zrozumienia, że mogłaby chcieć od niego czegoś więcej. A przecież nie był desperatem. Nawet jeśli uczucie, które tkwiło w nim również teraz, chyba nigdy nie przygasając do końca, wydawało się zbyt intensywne, aby mogło być tylko przyjaźnią. Wiedziała to? Dostrzegała, świadomie nie robiąc nic więcej, aby nie dać mu do zrozumienia, że to nigdy by nie wypaliło, bo byli zbyt dobrymi znajomymi, by ryzykować czymś innym? A może nie chciała tego widzieć po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło? Nie mieli łatwej historii, trudno byłoby nawet powiedzieć, że ich relacja miała jakieś konkretne podstawy. Zbyt mocno wahała się to w jednym, to w drugim kierunku. Kiedy już wydawało się, że jakoś się określili, działo się coś, co całkowicie ponownie burzyło porządek rzeczy. Czy to był ten moment? Nie tu i teraz. Nie tego wieczoru. Ogólnie. Kilka miesięcy złudnego spokoju, wspólnego czasu, rozmów i spotkań. Powtarzania sobie tego, jakimi doskonałymi przyjaciółmi się dla siebie stali, jak dobrze, że mieli już za sobą tamten najcięższy etap. Tyle tylko, że nie mieli. Nie w oczach Ambroisa. Ten teraz był zgoła znacznie bardziej skomplikowany, trudniejszy. Tylko przyjaciel nie patrzyłby na nią w ten sposób. Tylko przyjaciel nie lgnąłby do niej, nie poszukiwałby jej w tłumie, nie szukałby jej dotyku. Nie myślałby o niej w sposób, w jaki nie myśleli tylko przyjaciele. Nawet jeśli jakimś cudem znałby smak jej ust to nie pragnąłby go kosztować raz za razem, zatapiając się w jej włosach i miękkości ciała. Tylko przyjaciel nie reagowałby na nią w ten sposób. Przejechał ręką po włosach, starając się wyglądać na bardziej wyluzowanego. Naprawdę starał się wsłuchać w to, co mówiła. Doceniał te roślinne odniesienia, naprawdę, szczególnie że to nie było coś, co przychodziło jej tak łatwo jak jemu. Mimo to nie mógł się z nią zgodzić. Zdecydowanie nie. Pochylił się nieznacznie do przodu, opierając łokcie na kolanach i wzruszając ramionami. - Nie, nie sądzę - odpowiedział bez namysłu, przesuwając spojrzeniem po twarzy Geraldine, starając się ponownie nie zatrzymać go na jej ustach ani na niczym innym, nie patrząc na nią zbyt długo. Nie w tym wydaniu, choć czy tak właściwie to jakiekolwiek okoliczności byłyby znacznie bardziej łagodzące? Nie. Od jakiegoś czasu to wszystko stało się po prostu skomplikowane i trudne. - Sądzę, że ci, którzy tak mówią, są nie tylko zawistnymi idiotami, ale też kompletnymi ignorantami - bardzo nieznacznie pokręcił głową, marszcząc czoło i wpatrując się w ludzi zebranych wokół niskiego czarodzieja, który teraz bardzo agresywnie gestykulował, zapewne snując swoją kolejną opowieść. Tyle tylko, że Roise zupełnie go już nie słuchał. Cała jego uwaga skupiona była wokół jednej osoby. Drosera rotundifolia, tak? Nie użyłby tego porównania, nawet zdając sobie sprawę z tego, że jego droga przyjaciółka zdecydowanie była mięsożerna, gardząc roślinami podczas wspólnych obiadów. - Rosiczka do ciebie nie pasuje. Jest... ...nieelegancka. Nie można odmówić jej skuteczności, ale jednocześnie... ...nie, po prostu nie pasuje - stwierdził, w dalszym ciągu nie patrząc, tylko obserwując tłum skąpany w fioletowawym obłoku dymu. - Aconitum napellus... ...akonit... ...to jest to - stwierdził, wymuszając na sobie lekki uśmiech, w którym gdzieś tam kryła się ta sama nuta goryczy, co przez ułamek sekundy w oczach Ambroisa. Tojad. Zdecydowanie była tojadem. Czymś, co w odpowiednich dawkach mogło leczyć, co było w stanie przynosić ulgę, trzymać w ryzach, bo nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy, nieświadomie to właśnie robiła. Sprawiała, że miarkował się w tym wszystkim, co wcześniej robił bez chwili namysłu. Nie wiedział jak, jakim cudem, czemu i jak powinien się z tym poczuć, ale miała go w garści. Coraz bardziej z każdym dniem. Przyciągając go do siebie, sprawiając, że choć był całkowicie świadomy tego, w jaki sposób na niego działała i że od jakiegoś czasu każdy wspólny moment nie przynosił mu już wyłącznie radości, a powoli sączył w niego truciznę to... ...dawał się truć. Nie była rosiczką. Była akonitem. Tojadem. Pięknym, ale niebezpiecznie przyciągającym. Hipnotyzującym, otępiającym. Wywołującym przyspieszone bicie serca, ścisk w żołądku, zawroty głowy. Gdyby chciała, mogłaby go uleczyć, ale przecież byli przyjaciółmi. Więc zamiast tego dawał się truć. W tym jednym przypadku nie znając śmiertelnej dawki, więc zwiększając ją z dnia na dzień w nadziei, że nie wykorkuje. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Nie szukała towarzystwa, no, nie szukała go na siłę, przynajmniej jak na razie, zresztą wiedziała już przed pojawieniem się na tym przyjęciu z kim chciałaby spędzić ten wieczór. Właściwie to jak na razie wszystko szło po jej myśli, gdyż jej przyjaciel wyłonił się z cienia i znalazł się tuż obok niej. W sumie dobrze było mieć go obok siebie, nie musiała się przejmować tym, że na siłę będzie musiała kogoś zabawiać, tak właściwie to mogli schować się gdzieś w tym labiryncie kradnąc wcześniej z dwie butelki czegoś mocniejszego i byłaby pewna, że bawiliby się wyśmienicie. Dobrze czuła się w jego obecności, wiedziała, że nie musi się hamować i faktycznie mogła przy nim być sobą, tyle, że ostatnio, w sumie to wcale nie ostatnio, nie miała pojęcia od kiedy czuła coś jeszcze, coś czego zdecydowanie nie powinna czuć. To nieco komplikowało sprawę, starała się udawać, że te emocje wcale nie istnieją i chować je bardzo głęboko, jakby mogło to ułatwić jej przbywanie obok niego (nie mogło), bo przecież wcale nie tak łatwo było oszukiwać samą siebie, nawet jeśli bardzo skupiała się na tym, żeby jej się to udawało. - Tamci tam, chyba nie mają szczególnie wysokich wymagań. - Wcale nie bała się dzielić dosyć surową opinią, nigdy nie miała z tym problemu, cóż, zawsze czuła się nieco inna od większości społeczeństwa, nie tak łatwo było ją do siebie przekonać. - Charyzmatyczny pewnie tak, chociaż to pewnie zależy od tego kto go słucha, ale czy doświadczony? W to śmiem wątpić. - Zdawała sobie sprawę, że istnieje całe grono osób, które było gotowe opowiadać wymyślone historie tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ten typ wyglądał jej na takiego człowieka, mogła się mylić, no, ale rzadko się myliła, więc raczej nie brała tego pod uwagę. - Ja? Ja jestem tylko nic nieznaczącą łowczynią potworów, nikim więcej. - Dodała jeszcze cicho, bo właściwie to była prawda. Zignorowała to, że nazwał ją swoją, przecież tak się mówiło, to na pewno nie miało żadnego znaczenia, czyż nie? Nie mogła się na tym skupiać, to nie powinno w ogóle zajmować jej myśli, no, ale chciała tego, czy nie, to zwróciła uwagę na ten drobny szczegół. Przeniosła spojrzenie na jego dłoń, na krótką chwilę, jakby chciała się upewnić, że faktycznie nadal sunie po jej sukience, że wcale jej się nie wydawało, wzrok nie mógł jej mylić, dostrzegła to przecież, później poczuła dotyk na swojej skórze, aż w końcu trafił do nadgarstka i odsunął się od niego, jakby go poparzyła. Nie miała pojęcia co robił i dlaczego to robił, ale nie musiał przestawać. Bardzo szybko złapała się na myśli, że to było całkiem przyjemne, oczywiście nie zamierzała poprosić go o to, żeby kontynuował, bo mogło zrobić się niezręcznie. Miała wrażenie, że ostatnio ciągle towarzyszyło im to uczucie. Coś wisiało w powietrzu, była tego pewna, tylko nie miała pojęcia, kiedy uderzy i jak mocno i kto właściwie wyjdzie z tego nienaruszony. Byli przyjaciółmi, bliskimi, sypiali u siebie, spędzali razem dużo czasu, to powinno jej wystarczyć, szczególnie, że przecież trwało to ledwie kilka miesięcy, nagle im się odmieniło, właściwie to wizyta w tym nieszczęsnym dworku wszystko rozpoczęła, nie, żeby jej się to nie podobało, bo naprawdę doceniała jego obecność w swoim życiu. Wydawało jej się to właściwe, chociaż łapała się na myślach, że może chciałaby czegoś więcej, tyle, że nie do końca potrafiła mu to przekazać, zwłaszcza gdy wpatrywała się w te jego zielone oczy, tak naprawdę to nie chciała tego robić, bo bała się tego, co może się wydarzyć jeśli przyzna mu się do tego, a on powie, że zwariowała? Nie chciała stracić tej przyjaźni, to co mieli powinno jej wystarczyć, nie mogła mieć zbyt wielkich oczekiwań. Nie było łatwo, miała wrażenie, że między ludźmi jakoś uda jej się odsunąć od siebie to wszystko, tyle, że nawet podczas takiego wielkiego przyjęcia, kiedy siedzieli obok siebie wydawało jej się, że są tutaj sami, jakby ten cały tłum wyparował, a pozostali tu tylko oni. Siedząc na tej fontannie. Nikt inny nie miał dla niej znaczenia, gdy Roise znajdował się tuż obok niej. - Rozgryzłeś mnie, chyba jest on całkiem sprytny? - Może jednak nie był, trochę zbyt łatwo było się wszystkiego domyślić, ale w sumie to były tylko kwiaty, przecież nic by się nie stało gdyby je zgubiła. Prawda? Zresztą nie spodziewała się, że doczeka poranka, miała zamiar zwinąć się stąd całkiem wcześnie, wylądować w swoim mieszkaniu, pozbyć z siebie tej niewygodnej kiecki i wypić butelkę ognistej, to był jej plan doskonały, trochę zgrzytało jej w nim tylko to, że musiałaby pić whisky w samotności, chociaż przecież wcale nie musiało tak być, szczególnie, że Roise siedział tuz obok niej, może mogłaby go zaprosić do siebie, w sumie robili to już wiele razy, tylko dlaczego poczuła się, jakby to było niewłaściwie? Dostrzegła, że Ambroise złapał kolejnego uciekiniera - kwiatka, który postanowił wybrać wolność. Zresztą wcale mu się nie dziwiła, na jego miejscu pewnie też nie chciałaby tkwić w czyichś włosach. Wstrzymała oddech, kiedy znalazł się znowu tak blisko niej, wsunął jej ponownie kwiata we włosy, a później jeszcze przegarnął pasmo jej włosów na plecy. Wypuściła powietrze z płuc dopiero kiedy jego dłoń przestała dotykać włosów dziewczyny. Znowu poczuła się nieswojo, ale chyba nie powinna, wmawiała sobie coś, czego przecież między nimi nie było. Przyjaciele chyba zachowywali się w ten sposób, pomagali sobie w kryzysowych sytuacjach, nawet jeśli chodziło o kwestię idealnego wyglądau? - Biały kwiatek? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie do końca wiedząc, czy powinna potwierdzić, czy zaprzeczyć to, co powiedział. Te nazwy, które rzucał nic jej nie mówiły, mimo, że skorzystał też z języka, który był przecież bardzo dobrze jej znany. Nie przestawała się w niego wpatrywać, jakby próbowała odczytać jego myśli. Nie było to jednak wcale takie łatwe, maski skutecznie to utrudniały, jej palce odruchowo zaczęły skubać jeden z kwiatów, który znajdował się na jej sukni, najwyraźniej się czymś odrobinę denerwowała i musiała zająć ręce. Gdyby nie to, że przed chwilą skończyła palić zapewne sięgnęłaby po kolejnego papierosa. - Całkiem odważna opinia, nie wiem, czy oni by się z tobą zgodzili. - Tyle, że to nie ich zdanie ją obchodziło, ważne było to, że Roise zauważał w niej coś więcej, to było istotne, chociaż wcale nie wspomniała o tym w głos, chociaż pewnie nie musiała tego mówić, na pewno wiedział o tym, że ceniła sobie jego opinię. - W takim wypadku sugerujesz, że ja jestem elegancka? - Z takim zdaniem się jeszcze nie spotkała. Zaciekawiło ją to, w sumie miała wrażenie, że on zawsze widział w niej trochę więcej od całej reszty. - Nie wiem teraz, czy mnie obrażasz, czy wręcz przeciwnie, chyba potrzebuję jakichś korepetycji z wiedzy o roślinach. - Znała oczywiście jakieś podstawowe rośliny, jednak nie błyszczała w tym temacie. - Chociaż, czy akonit, to nie jest tojad? - Nie była tego taka pewna, ale kojarzyła tojad, bo on przecież działał na wilkołaki, starała się być w miarę na bieżąco z wiedzą, które rośliny mogą pomóc jej walczyć z bestiami, a wilkołaki przecież nimi były. No nie wszystkie, bo znała jednego całkiem sympatycznego, ale to na pewno był tylko i wyłącznie wyjątek potwierdzający regułę. Nie posiadała oczywiście zbyt wielu szczegółowych informacji na temat tego kwiata, więc nie wiedziała do końca dlaczego Ambroise wybrał właśnie go. - Dlaczego uważasz, że to właśnie ta roślina? - Nie odrywała od niego swojego spojrzenia, bo była ciekawa, co spowodowało, że wybrał właśnie ją, tutaj musiało być jakieś głębsze dno, czymś się kierował. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.11.2024 - Większość elity nie ma żadnych wymagań - uściślił cicho, ale bez goryczy, bo przecież stwierdzał fakt na podstawie własnych doświadczeń, czyż nie? - Wystarczy im odrobina złudzeń - jego spojrzenie powędrowało do elegancko, momentami przesadnie wystrojonych ludzi zbierających się wokół tamtego czarodzieja. Nie wszyscy byli tak prości i głupi, na jakich się kreowali. Znał naprawdę wiele osób korzystających z tego niewinnego czaru, ukrywających pod tym swoje ciemniejsze intencje, jednak w większości to byli naprawdę prości ludzie. Kupowali również prostą rozrywkę, wyłącznie opakowaną w odpowiedni papierek w taki sposób, aby sprawiała wrażenie czegoś eleganckiego i wysublimowanego. W rzeczywistości nie odróżniliby Dom Perignona od Bollingera, a gdyby przelać im ruski szampan do butelki po którymś z tych alkoholi, klaskaliby jajami, wyczuwając nieistniejące nuty i zarzekając się, że to, co piją jest wytrawne i pieruńsko warte swojej ceny. - Nie bądź przesadnie skromna. Pamiętaj, że widziałem cię w akcji. Masz więcej doświadczenia niż on charyzmy. Mogłabyś mu bez problemu utrzeć nosa, gdybyś tylko chciała - spojrzał na nią, bez skrupułów wypowiadając swoją opinię, bo czego jak czego, tego był pewien. - Choć nie warto. To tylko... ...mała fioletowa pchełka, co nie? Zaraz skoczy stąd na swoją kolejną wyprawę do krainy wyobraźni - tego również Ambroise był zupełnie pewny. Gdyby tylko tę pewność przełożył na cokolwiek innego tego i nie tylko tego wieczoru. Na to, co się między nimi działo. Co było złudzeniem, myśleniem życzeniowym a co faktami. Co było spojrzeniem posyłanym mu jako jego najdroższa przyjaciółka, co zaś wzrokiem kobiety, dla której mógłby pożegnać ich zbyt długie momenty ciszy, dusząco elektryzujący dotyk i te wszystkie chwile, kiedy wahał się, żeby cofnąć dłoń i odwrócić wzrok jak szczeniak, którym przecież nie był. - To zależy, bo nie zdradziłaś mi go jeszcze w całości - nie mógł nic poradzić na tę nutę sugestii, która wkradła się w ton jego głosu w trakcie wypowiedzi. Czy widziała tam dla niego miejsce? Czy uwzględniała go w swoim planie? Czy ten wieczór również mogli spędzić razem? Nie mówił o tym, z kim tu przyszedł (z nikim - brzmiałaby odpowiedź). Ona również nie zająknęła się, czy z kimś tu była. Myślenie o tym, że mogliby stąd wyjść razem było tak samo kuszące, jak i podstępne, bo wiedział jak to powinno wyglądać. Wyszliby stąd ze sobą, ale niezupełnie razem. Wróciliby do jednego mieszkania, gdzie spędziliby noc, ale ponownie - nie wspólnie, nie razem. Tylko z osobna. Jak zawsze. - Snowdońska lilia - poprawił ją z nieznacznym uśmiechem, pobłażliwie, ale czulej niż zamierzał, choć z wyczuwalną nutą goryczy. Niemal całkowity brak orientacji w botanice zazwyczaj trochę go irytował, lecz nie w tym przypadku. Na ogół twierdził, że wychodząc z Hogwartu wypadało choć trochę orientować się w zakresie roślin rosnących na rodzinnych terenach(przy czym jego trochę było raczej rygorystyczne), bo zajęcia z Zielarstwa nie były jakieś wyjątkowo trudne. Stąpając po ziemi wypadało orientować się w przynajmniej podstawowym zakresie, czym cieszyło się oczy, ale Geraldine była wyjątkiem. W większym stopniu niż mogła stwierdzić. Choć może to wiedziała? Ambroise czasami odnosił wrażenie, że sobie z nim pogrywała. - To relikt epoki lodowcowej. Występuje głównie w wyższych pasmach górskich, u nas w trudno dostępnych partiach parku narodowego w Snowdonii. Stąd jedna z nazw. W... ...Cwm Idwal, tak? - Spytał ponownie, kolejny raz wcale nie oczekując odpowiedzi ani poprawy fatalnej wymowy, jaką zapewne się teraz posługiwał, wcale nie zamierzając przestać rzucać tymi językowymi łamańcami. Poza tym szło mu dobrze, nie? Przynajmniej w tym jednym zakresie starał się chociaż trochę błyszczeć zrozumieniem dla reguł wymowy głosek i innych takich. Szczególnie, że w zakresie magicznych zwierząt nie planował się niczym wykazać ani pokazać. To było wykluczone. - Gdybym był bardzo upierdliwy, podkreśliłbym ten fragment o relikcie epoki lodowcowej, dodałbym informację o tym, że te u nas są nieco inne niż w reszcie krajów, przez co zasługują na specjalną uwagę. A na koniec okraszyłbym to informacją o byciu gdzieś pomiędzy kategorią EN a VU - stwierdził przyciszonym głosem, jednoznacznie rozkładając przy tym ręce oparte na kolanach, posyłając Yaxleyównie minę w stylu ale przecież jestem miły, prawda? sygnowaną charakterystycznym, nawet jeśli w tym momencie wymuszonym uśmiechem. Nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że musiał, po prostu musiał ponownie się ku niej nachylić. Naprawdę starał się utrzymać konieczny dystans, jednocześnie mając wrażenie, że im bardziej usiłuje to robić, tym więcej okoliczności pcha do do tego, aby ponownie zacząć szeptać jej do ucha. Tak jak teraz, bo przecież nie chcieli prowadzić otwartych rozmów na tematy, które mogły im przynieść zainteresowanie ze strony otoczenia, prawda? Chodziło wyłącznie o to. O dyskrecję, którą Ambroise przecież bardzo sobie cenił, starając się zachować zimną krew, gdy poczuł zapach jej perfum otaczających jego nozdrza. Nie był natrętem ani desperatem. Praktycznie nigdy nie musiał się miarkować. Nie zwykł do tego, by macerować się w tłumionych pragnieniach, musieć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kontrolować emocje, bo inaczej był niemal pewien, że to one zaczęłyby kontrolować jego. A wtedy wszystko mogłoby się spektakularnie zawalić. Bowiem przecież nie bez powodu nigdy nie okazała mu swojego zainteresowania. Była jedną z nielicznych kobiet, przy których całkowicie nie wiedział jak powinien się zachować. Przynajmniej od czasu tamtej wizyty we dworze, bo wcześniej reguły gry były zupełnie inne. Nawet jeśli wielokrotnie się zmieniały, nigdy nie było między nimi czegoś takiego. Tego, czego Ambroise nie umiał interpretować. Ku swojemu niezadowoleniu, irytacji, coraz większemu zmęczeniu, bo choć cenił sobie każde ich spotkanie, te dni i godziny spędzone wspólnie na poszukiwaniu odpowiedzi, co stało się wtedy w tamtej posiadłości, albo po prostu na rozmowach o wszystkim i niczym, to ta gęstniejąca atmosfera mieszała mu w głowie. Yaxleyówna była najprawdopodobniej jedyną osobą, która tak mocno opierała się jego wdziękowi, wszystkim tym drobnym gestom, które gdzieś tam mimowolnie wplatał. Przynajmniej z początku ostrożnie starając się wybadać grząski grunt, odnaleźć granice tego, kim mogli dla siebie być, bo... ...musiał być tu ze sobą całkowicie szczery: nigdy nie planował zostawać jej przyjacielem. Przenigdy. To był kolejny, tym razem niechciany splot wydarzeń. Kilka pochopnie rzuconych słów, parę przytaknięć głową za dużo, dziwna i niewłaściwa skłonność ku temu, by nagle zacząć zapominać przy niej języka w gębie, co cholernie niewygodnie nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło. Nawet nie pamiętał kto pierwszy rzucił tę sugestię. Kto tak właściwie uczynił z nich kolegów, dobrych znajomych, tych przeklętych (chyba dosłownie też) przyjaciół. Miał nadzieję, że nie on, bo... ...no nie chciał tego. W żadnym momencie. Aż za dobrze za to zdawał sobie sprawę z tego, że już ją kiedyś całował i to, to było znacznie bardziej właściwe. Było tym, co chciał z nią robić. Zaszyć się w labiryncie z dala od reszty przyjęcia, pić alkohol, móc całkowicie swobodnie patrzeć w błękitne tęczówki, pozwalając sobie na dotyk bez konieczności cofania dłoni, jakby sparzyło go ciepło jej skóry. Bo tak nie było. Paliło go, to prawda, ale też przyciągało. Chciał zatopić palce w pośladkach dziewczyny, tyle razy wcześniej cierpiąc wewnętrzne katusze na widok jej opiętych skórzanych spodni, przyciągając ją do siebie. Sadzając ją na swoich kolanach, samemu opierając się na łokciach na trawie, na której by usiedli. Patrzeć w jej oczy i w gwiazdy nad głową, porównując ich blask i odcień niebieskiego. Pić wino, szampana czy cokolwiek innego, co zgarnęliby razem z butelką z jednego z tych przepastnych stołów. A potem? Potem zabrać ją do domu. Swojego. Jej. Gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać we dwoje. Razem. Tylko oni i nikt więcej, za to pierwszy raz w ten właściwy sposób. Tyle tylko, że nie wiedział, co tkwiło pod tymi blond włosami, w które wplótł uciekający kwiat. Prócz tamtego balu wiele lat wstecz, wydawałoby się, że całe wieki temu, nie dała mu nic do zrozumienia. Przynajmniej wybierał taką myśl, bo w teorii istniało wiele możliwości, ale wybór niewłaściwej byłby znacznie trudniejszy do przełknięcia aniżeli tkwienie w tym czymś. Nachylanie się ku Geraldine w milczeniu, może trochę za długim, zanim wreszcie szepnął jej do ucha to, co planował powiedzieć zanim kolejny raz stracił słowa w gardle. To się nie zdarzało, więc czemu tym razem musiało być inaczej niż zwykle? A przede wszystkim, czemu gdzieś tam w głębi duszy nawet chciał, aby tak było? Tyle tylko, że ponownie w trochę inny sposób niż to wychodziło. Czy tam nie wychodziło, bo praktycznie od tamtego zimowego poranka nic nie szło zgodnie z jakimkolwiek planem. - Masz farta, moja droga, że nie trafiłaś na kogoś kto zjadłby cię żywcem za przetrzewianie gatunków grożących wyginięciem - mruknął do niej, znowu to robiąc, kopiąc sobie płytki grób tym jednym słowem, które gdyby tylko mogło być prawdą, przyniosłoby mu dozę odtrutki na powolną truciznę, ale nie było. - Za mocno do ciebie pasują, bym mógł się na ciebie wściekać, ale dla własnego dobra lepiej nie paraduj z nimi w okolicach grup botaników - no i znowu, ponownie zamemłał językiem, ale przecież nikt nie zabraniał mówić przyjaciółkom, że pięknie wyglądają, czyż nie? Miał oczy. Zdecydowanie miał oczy. Teraz przez chwilę wpatrzone w błękitne sadzawki nasuwające mu na myśl tereny, z których pochodziły te kwiaty. Nieliczne, nikt nie przetrzepał ich aż tak bardzo, lecz z pewnością przyciągające spojrzenie. Tak jak cała Geraldine. Zapierała dech w piersiach, przyprawiała o falę gorąca, wywoływała duszności i szybsze bicie serca. Aconitum napellus. Akonit. Tojad. Odpowiednia dawka leczyła, zbyt wiele potrafiło zabić. Gdzie leżała granica? Chętnie by ją przekroczył. A jednak uśmiechnął się pod nosem i wyprostował się, tym razem z rękami opartymi za plecami o zimny marmur. Potrzebował trochę dotyku czegoś chłodnego, co by go otrzeźwiło. Wypity alkohol chyba trochę zbyt mocno zaczął buzować Greengrassowi w głowie. Skłaniał ku podejmowaniu pochopnych decyzji i ku naruszaniu strefy prywatności, którą przecież mimo wszystko mieli, bo byli przyjaciółmi. - Znasz mnie. Aprobata społeczna nie jest dla mnie wszystkim - odrzekł gładko, kwitując to wzruszeniem ramion. - Próbujesz wmanewrować mnie w przyznanie, że w zakresie elegancji, wszystkie panny tutaj mogą próbować ssać ci... ...nektar z kwiatów? - Tym razem wyszczerzył do niej zęby w przelotnym uśmiechu, po czym lekko pokręcił głową. Oczywiście, że nią była. Najbardziej oszałamiającą kobietą w towarzystwie. Kimś, kto przyciągał spojrzenia, gdziekolwiek szedł. Choć bardziej płynął? Płynęła w tej kwiatowej sukni, roztaczając wokół siebie zapach kwiatów i sprawiając, że mężczyźni obracali za nią głowy. To był celowy efekt, to z pewnością musiało Geraldine schlebiać, natomiast Ambroise? Ambroisa to drażniło. Nawet jeśli spędzali ze sobą znaczne ilości czasu, robili razem rzeczy, jedli posiłki, sypiali nawzajem w swoich mieszkaniach to wciąż było mało, niewystarczająco, szczególnie w obliczu świadomości tego, że to w każdej chwili mogło całkowicie się skończyć. Miała tyle możliwości a on? Odnosił wrażenie, że nie traktowała go jak jedną z nich. Nie chciał być opcją, rzecz jasna, ale to go powstrzymywało przed tym kolejnym (a może właściwie to pierwszym znaczącym?) ruchem. Nie chciał tego spierdolić. Nie chciał stracić jej przyjaźni, nawet jeśli był bliski stwierdzenia, że już mu to nie wystarczało. Nie od dawna. Chyba nie od nigdy. - Wiesz, że to jak nic da się załatwić - odpowiedział od razu, gotowy zaoferować się w tym zakresie nawet teraz, jeśli to znaczyłoby, że pójdą stąd w jakieś inne miejsce. Wcale nie potrzebował tego balu, szczególnie że obecność osób trzecich nijak nie pomagała, tylko wyłącznie jej towarzystwa. - Choć widzę, że twoje podstawy nie są takie ułomne - stwierdził całkiem otwarcie, wymownie się przy tym uśmiechając, po czym mimowolnie spoważniał, przenosząc spojrzenie na oczy Geraldine. - Zapewniam cię, że to nie większa obraza od mówienia o tobie drosera rotundifolia, a czy to komplement? Ty mi powiedz - umknął, wybrnął, nie pozwalając sobie na odwrócenie wzroku ani drgnienie powieki czy mięśnia na twarzy. Zaczynał mimowolnie robić się w tym przy niej coraz lepszy. I zarazem coraz gorszy. Tu nie było środka. - Mówią o niej, że jest królową roślinnych trucizn - odpowiedział w zamyśleniu, przenosząc wzrok na tłum. A jednak w odpowiednim stężeniu i dawce leczyła. Wykorzystywali ją do przynoszenia ulgi wzgardzonym, jednocześnie będąc bliskimi temu, by wykorzystać ją inaczej - do pozbycia się ich na stałe. Chcieliby to zrobić. W białych rękawiczkach, bo to nie oni przynieśliby śmierć. Tylko dawka, którą mogliby następnie demonizować. Tak jak całą roślinę. - Wyniosła, elegancka i mordercza. Zabójczo precyzyjna. Nie powiesz mi, że to nie pasuje - stwierdził zamiast zagłębiać się w resztę szczegółów. Bo przecież w życiu nie powiedziałby jej o tym, że za każdym razem, gdy spędzał z nią więcej i więcej czasu, trochę mocniej biło mu serce. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.11.2024 - To prawda. Mało kto potrzebuje czegoś więcej. - Miała podobne zdanie, sporo udało jej się dostrzegać podczas podobnych spędów do tego. Nie, żeby jakoś specjalnie szukała znajomości wśród tych ludzi, miała kilkoro przyjaciół z którymi utrzymywała kontakt od lat i wiedziała, że jej to wystarczy, nie chciała szukać znajomych wśród reszty śmietanki towarzyskiej, bo nie do końca sądziła, że mogą mieć podobne podejście do życia. Nie potrafiła do konca grać i akceptować głupoty, miała problem z tym, żeby słuchać tych opowieści, które nie miały większego sensu. Zdawała sobie sprawę, że niektórym to wystarczało, nie potrzebowali niczego więcej. - Nigdy nie czułam, że muszę coś udowadniać ludziom jak on.- Tak, nie wydawało jej się, żeby istniał w tym jakikolwiek sens. Mogłaby powiedzieć wszystkim, że pierdoli głupoty, tylko po co? Ci, którzy mieli o tym wiedzieć, na pewno zdawali sobie z tego sprawę, nie chciała być zresztą niszczycielką dobrej zabawy, chociaż mogłaby to zrobić. - Nie byłby dla mnie żadnym wyzwaniem, masz rację, bez sensu więc byłoby wchodzić z nim w polemikę, jeśli już to robię, to z kimś co najmniej sobie równym. - Tak, Yaxleyówna lubiła się sprawdzać, nie uważała, żeby istniał jakikolwiek sens, aby doprowadzać do starć z przeciwnikami, którzy byli słabsi od niej, to nie była żadna rozrywka. - Wszystko zależy od tego, czy miałbyś chęć dołączyć do tego planu. - Czy to było głupie? Nie miała pojęcia, postanowiła jednak podzielić się z nim tym, że jeśli tylko ma chęć to i dla niego znajdzie się w nim miejsce, wystarczy, że powie tylko słowo. Tyle, że nie miała pojęcia, w jaki sposób to odbierze, czy nie przesadzała? Nie, na pewno nie, przecież wiele razy zachowywali się podobnie, wiele razy bywał u niej, a ona przecież miała u niego nawet swoje własne kapcie i leżankę. Nie musiał tego odbierać dwuznacznie, chociaż może chciałaby, żeby wreszcie spojrzał na to wszystko nieco inaczej? Nie miałaby mniejszego problemu z tym, żeby wreszcie położyć się w jednym łóżku, obudzić obok niego, przekroczyć granicę, tyle, że właśnie, co jeśli to by wszystko spieprzyło. Nie powinna myśleć o tym w ten sposób, bo nie chciałaby, żeby to się skończyło. Przyzwyczaiła się do jego obecności i bała się, że wszystko mogłoby się zmienić, że mogłaby go stracić, a to było ostatnią rzeczą, której chciała. Dlaczego nie potrafiła podzielić się tymi wszystkimi myślami? Zazwyczaj nie miała problemu, aby mówić o tym, czego chciała, tym razem było zupełnie inaczej, wcale nie tak prosto, nie chciała za bardzo skomplikować ich relacji, a czuła, że to może się wydarzyć, zwłaszcza, jeśli nie spoglądał na nią w ten sam sposób. Dopiero gdy nabierze pewności zdecyduje się w ogóle poruszyć ten temat. - Całkiem proste, powinnam zapamiętać. - W sumie to nie wydawało się to być trudne. Snowdońska lilia, na pewno sobie poradzi. To nie tak, że była kompletną ignorantką, jeśli chodzi o rośliny, po ich wyglądzie pewnie potrafiłaby dopasować je do miejsc, w których wystepowały, ale te nazwy? To zdecydowanie nie była jej bajka, zbyt skomplikowane, wcale nie musiała ich pamiętać. - Wyglądają na takie delikatne, a przetrwały epokę lodowcową, niesamowite. - Zostały zerwane, aby ozdobić jej włosy, to już było mniej zachwycające, ale tak to już w świecie bywa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto chce zniszczyć to, co stworzyła natura. Ludzie doprowadzali świat do ruiny, niestety, w sumie teraz wychodziło, że ona trochę też, na swoją obronę miała to, że ona wcale nie chciała ich zrywać, zresztą to był pomysł jej matki - ona miewała same takie wyśmienite idee. Ambroise znowu się ku niej nachylił, jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko jej. Yaxleyówna znowu wstrzymała oddech. Nie powinien tego robić, zdecydowanie nie powinien. Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze będzie w stanie walczyć z tym dziwnym uczuciem, które pojawiało się zawsze kiedy znajdował się obok. Spotykali się bardzo często, więc naprawdę niemalże cały czas musiała walczyć, nie mogła sobie pozwolić nawet na chwilę rozproszenia, bo wiedziała, że nie przyniosłoby to niczego dobrego. Miała tego świadomość, walka z najgorszymi bestiami była przy tym niczym. Nie pamiętała kiedy ostatnio musiała się tak bardzo powstrzymywać, zazwyczaj bez zastanowienia sięgała po to, co chciała, tym razem było zupełnie inaczej, próbowała stawiac jakieś granice, chociaż miała okropną ochotę położyć dłoń na jego policzku, dotknąć jego twarzy opuszkami palców. Zamyśliła się na chwilę i wpatrywała się w jego oczy zupełnie bezmyślnie. - To nie ja mam farta, bardzo chętnie bym się skonfrontowała z kimś, kto chciałby zjeść mnie żywcem, dosyć często to robię, to mogłoby być ciekawe doświadczenie. - Nie bała się zemsty szaloncyh botaników, mogłaby się z nimi pokłócić, pewnie całkiem efektownie, gdyby nadażyła się ku temu okazja, nie miała w zwyczaju chować głowy w piach, jeśli coś się komuś nie podobało to bardzo chętnie dopuściłaby do konfrontacji i przedstawiła swoje podejście do tematu, bardzo brutalnie też pewnie pokazała, że nie do końca obchodzi ją ich zdanie, i mogliby zrobić z tym, co tylko chcieli. - Chciałabym zobaczyć jak się na mnie wściekasz, to mogłoby być interesującą odmianą, nie spodziewałam się, że możesz ignorować swoje przekonania tylko dlatego, że jakieś kwiatki do mnie pasują. - Brała go trochę pod włos, ale nie spodziewała się, że dla kogoś jak on taka pierdoła jak to, że ktoś w czymś wygląda odpowiednio może być argumentem do tego, żeby nie mieć problemu z tym, że jakieś wartościowe rośliny zostały zniszczone przez czyjeś widzimisię. Naprawdę to wystarczało? Najwyraźniej wystarczało bycie przyjaciółką, aby zostać specjalnie traktowaną, cóż nie mogła się oszukiwać, że jeśli chodzi o Roisa to i ona miała bardzo sporą dozę cierpliwości. Wiedziała, że dosyć mocno ignoruje bliskie jej tematy, ale nigdy jakoś specjalnie się na tym nie skupiała, nie można było mieć wszystkiego, czyż nie. - Tak, znam cię, zdaję sobie z tego sprawę. - Była to kolejna rzecz, która ich łączyła, zresztą ustalili to właściwie na samym początku ich znajomości, na tym balu podczas Yule, kiedy całkiem nieźle się bawili i zrobili przedstawienie na oczach kilku osób. Wtedy jeszcze nie byli przyjaciółmi, w zasadzie to w przeszłości raczej nie spodziewała się, że będą podążać właśnie taką ścieżką, wydawało jej się, że pójdzie to w innym kierunku, no ale ich droga mocno się skomplikowała, aż w końcu wylądowali w tym miejscu, w którym byli bardzo bliskimi znajomymi, koleżankowali się od momentu, w którym wrócili z zaczarowanego dworku. - Nie śmiałabym cię w nic wmanewrować Roise. - Rzuciła jeszcze z udawanym oburzeniem. - Chociaż może, właściwie, trochę tak? - Podpuszczała go, zresztą nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. - Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że jeszcze nikt nigdy tego nie zauważył, więc korzystam z okazji. - Tak, nigdy nikt nie uważał, żeby ona była w jakiś sposób wyjątkowa. Cóż, przyjaźń rządziła się swoimi prawami, pewnie każdy przyjaciel mówił w podobny sposób do swojej przyjaciółki. Nie czuła się jakoś specjalnie wyjątkowo, ot założyła na siebie pierwszą lepszą sukienkę - bo musiała, teraz pozostawało jej tylko chwilę pokręcić się po przyjęciu, dać zauważyć i będzie mogła stąd zniknąć, zapamiętana, albo nie. Nie wydawało się, aby wzrok ludzi przyciągało do niej coś poza jej nietypowym wzrostem, była przyzwyczajona do tego, że to on zwracał na nią uwagę. Często czuła na sobie spojrzenia, a później dostrzegała ciche szepty. Przyzwyczaiła się do tego, nie mogła z tym nic zrobić, no nie niknęła w tłumie, czy tego chciała, czy nie. - Wiem, czyli już znalazłam korepetytora? - To mogło być całkiem zabawne, właściwie to chciałaby zobaczyć, jak szybko Ambroise straci do niej cierpliwość, może powinna go uprzedzić, że jest całkiem mocno oporną uczennicą. Z drugiej strony śmieszniej będzie, jak się sam o tym dowie i będzie chciał zrezygnować. - Jeszcze się zdziwisz, jak bardzo ułomne są, po prostu potrafię robić dobre pierwsze wrażenie, później czar pryska. - Tak, umiała się pokazać, kiedy tego chciała, ale wcale nie oznaczało to tego, że nie zdawała sobie sprawy ze swojej niewiedzy, wręcz przeciwnie umiała dostrzeć braki w swojej edukacji i była ich świadoma. - W takim wypadku to komplement. - Odparła cicho, kiedy skończył mówić. Może nie do końca pasowało nazywanie siebie wyniosłą, bo raczej w nie widziała siebie w ten sposób, ale faktycznie chyba coś w tym było, jakieś głębsze dno. - Trucizna zabija chyba tylko w odpowiednich dawkach, to trochę jak przebywanie ze mną, co za dużo to niezdrowo. - Zdawała sobie sprawę, że potrafi być bardzo irytująca, więc to też by pasowało. Czy to właśnie miał na myśli, że musi dawkować sobie jej obecność, żeby nic mu się nie stało? Cóż, miało to jakiś sens, rzeczywiście. Tyle, czy wtedy chciałby się z nią przyjaźnić, jakby była dla niego taka szkodliwa? Raczej nie pisałby się na coś takiego mając świadomość, że nie służy mu jej towarzystwo. Ambroise nadal był dla niej zagadką, nie umiała go w pełni rozgryźć, co ją okropnie irytowało, szkoda, że nie dało się z niego czytać, jak z otwartej księgi, bo to ułatwiłoby jej sprawę, tak nadal błądziła, nie do końca umiała się odnaleźć w tej relacji, bo niby była to tylko przyjaźń, ale dlaczego za każdym razem gdy się nad nią nachylał jej serce przyspieszało swój rytm? Przyjaciele nie powinni w ten sposób na siebie reagować, to było niewłaściwe. Miała tego świadomość, tyle, że właśnie, bała się przekroczyć granicę, bo wtedy nie byłoby już odwrotu, a zdecydowanie nie miała w sobie tyle odwagi, aby ryzykować, że mógłby się do niej w jakikolwiek sposób zrazić. Byli już w tym miejscu i pamiętała, że to było dla niej bardzo niewygodne, kiedy nie do końca potrafili ze sobą rozmawiać i wybrali rzucanie w siebie porunami z oczu. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.11.2024 - Wiem, że chętnie byś się z nimi skonfrontowała, ale to potrafią być naprawdę specyficzni ludzie. Piętnaście razy ja specyficzni. To zupełnie tak, jakbym, dajmy na to, próbował kłócić się z twoimi łowcami o, no nie wiem, słuszność polowań na krokodyle w styczniu w Nottingham? - Rzucił, obdarzając Geraldine wymownym spojrzeniem. No, niby mogła to robić. Mogła z nimi nawet wygrać potyczkę, ale takie starcie nie miałoby większego sensu ani żadnego znaczenia poza tym, że dałoby gawiedzi pożywkę. A przecież mogli spożytkować ten czas na czymś przyjemnym. Nie, nie na tym. Nie na tym, co przeszło mu na myśl po usłyszeniu tej propozycji dołączenia do jej jednoosobowego after-party. To nie byłoby nic szczególnego, więc czemu teraz zabrzmiało tak, że Ambroise mimowolnie uniósł brwi? - Chętnie? - Całkowicie bez potrzeby nadał temu pytający ton, bo przecież to nie było nic nietypowego; często wracali wspólnie. - Myślę, że możesz potrzebować pomocy w tym, żeby to zrzucić na podłogę - dodał od razu, płynnie i bez zawahania. Bez zastanowienia? - Gorset - odruchowo machnął ręką w nieokreślonym geście, rysując jakiś pokraczny wzór w powietrzu, tym razem podświadomie unikając spojrzenia Geraldine - wydaje się strasznie mocno poplątany na plecach. Mogłabyś się z niego sama nie wyplątać a do wtorku jeszcze daleko - wyjaśnił pokrótce, starając się nadać temu bardziej właściwy kontekst. Poprzednie znaczenie było zbyt wieloznaczne, nawet jak na jego gusta. Nawet jeśli było jednocześnie znacznie bardziej zgodne z intencjami, jakie najchętniej by mu przyświecały to nie zamierzał dawać Yaxleyównie do zrozumienia, że gdy tylko wrócą do któregoś mieszkania, zrobi się znacznie bardziej niezręcznie. Nie próbował jej się narzucać. Uśmiechnął się do niej krzywo i wzruszył ramionami. - Rzecz jasna, o ile nie postanowisz ulotnić się stąd z kimś wcześniej, bo ja nie zamierzam się stąd jeszcze zmywać - słowa ledwo przecisnęły mu się przez gardło, ale powiedział je bez mrugnięcia oka. Skoro już tak bardzo brnęli w tę (pozorną, przynajmniej ze strony Greengrassa) neutralność to czuł się zobowiązany do rozluźnienia atmosfery po tym, co pochopnie powiedział chwilę wcześniej. Nie to, żeby mu to pasowało. Wręcz był poirytowany swoim nagłym nastawieniem, ślizganiem się jak węgorz, memłaniem językiem i zachowywaniem się jak ktoś kto stracił przytomność umysłu. To po cholerę to robił? Zawsze sobie cenił konkrety, więc czemu ich tu nie było? Dlaczego byli ich coraz bardziej pozbawieni w tej relacji? Tak właściwie to jednocześnie miał wrażenie, że budują sobie nawyki, przyzwyczajenia, pewne rutyny i że to wszystko może momentalnie się rozpieprzyć, bo brakuje w tym bardzo istotnych szczegółów. Że znają się i są sobie obcy, że kręcą się w kółko. Może to on się kręci? - Powiedzmy, że trochę tu przestrzeliłaś, bo moje przekonania są... ...specyficzne. Ze mną też by się nie zgodzili - odparł lekko, bez większego trudu sugerując coś, co nieczęsto padało z jego ust. Nie każdemu dałby do zrozumienia, że jego podejście do korzystania z roślin trochę wykraczało poza trzymanie ich nieruszonych za szkłem. Nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby naruszyć coś tylko dlatego, że widziałby w tym coś konkretnego. Nie niszczył natury, ale nie był zwolennikiem chowania jej przed światem, szczególnie że wystarczyłoby trochę dobrej woli, żeby zapewnić lilijkom alpejskim więcej miejsca. A potem móc bez obaw wplątać je we włosy pięknym pannom. - Nie wystarczył ci ostatni rok? - Tym razem autentycznie go zaskoczyła, wywołując u niego niepoważne, zdziwione spojrzenie i zacmokanie wymownie. - Jakoś szybko zapomniałaś, jaką szczerą i żywą abominację wywołuje u ciebie moja barwna irytacja - stwierdził pobłażliwie, kręcąc głową. Lepiej, żeby do tego nie wracali. Zdecydowanie nie chciał powracać do tamtego okresu, który zaczął się dokładnie tak nieoczekiwanie jak się skończył. I najlepiej, jeśli pozostałby pogrzebany w przeszłości a karty, na których go zapisali, spłonęły w kominku. Teraz było lepiej, nawet jeśli zapanował między nimi inny rodzaj napięcia. A może tylko mu się wydawało i to było jednostronne? W końcu była pierwszą dziewczyną, która zdawała się być zupełnie odporna na jego urok osobisty. Może to sprawiało, że wyobrażał sobie jakieś niestworzone rzeczy? Wcale nie chciał tak o tym myśleć, odsuwał to od siebie od razu, gdy pojawiło się w jego głowie. Natomiast ta atmosfera była gęsta. Trudna do zinterpretowania. Nie tylko teraz podczas balu, na którym wszystko miało być takie - eteryczne i mistyczne. Nawet w bladym świetle dnia na środku ruchliwej Pokątnej było takie. - To tak czy nie? Musisz się na coś zdecydować - odpowiedział z błyskiem w oku, całkowicie świadomie używając tego jednego konkretnego słowa, o którym doskonale wiedział, jaką reakcję wywoła. - Nie sądzę, byś potrzebowała słyszeć ode mnie komplementy, bo wiesz, mogę być w nich bardzo jawnie nieobiektywny - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, poruszając przy tym brwiami w taki sposób, aby ten cholerny przyjaciel mógł wybrzmieć przy tym bez jakichkolwiek rozgoryczonych słów. - Och, zapewniam cię. Zauważyli. Po prostu nikt nie ma jaj, żeby ci o tym powiedzieć - emanował pewnością, gdy to mówił, nawet jeśli gdzieś pomiędzy na chwilę przebiegł wzrokiem po tłumie, dopiero po kilku sekundach powracając wzrokiem do Geraldine. Ambroise uśmiechnął się do niej, jednakże nawet w tym uśmiechu nie kryło się wyłącznie rozbawienie. Jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek pochwały z jego strony w kierunku Geraldine miały być brane pod uwagę w kategorii nieobiektywnego pierdolenia kogoś kto stara się podbudować jej pewność siebie, bo przecież tak robili kumple. Prawda? Przyklaskiwali w odpowiednich momentach. Kiwali głową, unosili kciuki, dawali wyraz aprobacie. Mówili dajesz, dziewczyno, masz to! we wszystkich przypadkach, w których to było konieczne. Byli w stanie z łatwością i niewymuszenie dać do zrozumienia, że gdyby chciała to miałaby niezliczone możliwości w życiu. Całe wachlarze opcji do wykorzystania. W tym takich, o których decydował się z nią nie rozmawiać, bo z tego wszystkiego nie zamierzał być aż takim dobrym przyjacielem, aby świadomie przymuszać się do przyklaskiwania jej w nawiązywaniu relacji romantycznych z jakimiś elementami godnymi pogardy. Nie planował jej wielokrotnie podkreślać, ile głów się za nią obracało ani mówić, że to w żadnym razie nie było związane z wysokim wzrostem. A nawet, jeśli to co? Był facetem, myślał jak facet, zdecydowanie miał oczy i wyczucie tego, co wisiało w powietrzu. Niemożliwie go wkurwiając za każdym razem, bo zdawał sobie sprawę z tego, ile z tych spojrzeń kryło w sobie chęć zostania owiniętym długimi nogami. Może nie zawsze w szpilkach (choć cholera), bo część z tamtych mężczyzn miała nieuświadomione kompleksy na punkcie wzrostu względem kobiet. Natomiast w dalszym ciągu, w gruncie rzeczy, to wcale nie było takie skomplikowane. A wzgarda? Była wyłącznie czymś na pokaz. Elementem strategii. Chujowej, a i owszem, ale strategii. Przyciąganie przez odpychanie - naprawdę niskie loty, lecz ostatecznie bardzo skuteczne wśród postępująco niepewnych siebie panien, które w pewnym momencie miały wrażenie, że są potworami i każdy przejaw podziwu spotykał się z ogłupiającą ulgą. Nie życzył tego swojej drogiej przyjaciółce dlatego (i tylko dlatego - naprawdę) odzywając się komplementująco. To wcale nie tak, że chciał ją tym zaciągnąć do łóżka. To znaczy... ...nie tym i już nie... ...a jednak tak, choć jednocześnie nie. Nie w ten sposób, w inny sposób. Nie jednostronnie - obustronnie. Nie na chwilę - na stałe. Nie po to, co zazwyczaj przyszłoby mu naturalnie, bo to, czymkolwiek to było nie przychodziło mu niewymuszenie. Miotał się i plątał, i go to wkurwiało, lecz z pewnością nie tak jak tamci faceci. Nawet ten jeden, któremu teraz odruchowo posłał ostrzegawcze spojrzenie, znowu zmieniając pozycję ciała i kierując wzrok na Geraldine. - Jak szybko znika? - Spytał pochylając się ku niej odruchowo (proszę bardzo, gościu, ostrzeżenie numer jeden ), w pierwszym ruchu chcąc ponownie poprawić jeden z kwiatów, ale powstrzymując się przed tym zanim znowu zaczęło się robić dziwnie. - Ten czar? - Nie to, żeby to cokolwiek dało, bo i tak było między nimi... ...gęsto. Zastanawiał się czy też to dostrzegała. Co mogło kryć się w oczach Yaxleyówny za tą delikatną maseczką, o czym myślała w tej chwili. Czy nie dostrzegała w tym wszystkim nic niestandardowego, co wykraczałoby poza granice zwykłej przyjaźni. Tak właściwie to gdzie te granice leżały? Ambroise przez znaczną część życia otaczał się kobietami i to nie wyłącznie w sensie erotycznym. Miał wiele kuzynek, szczególnie starszych, z którymi spędzał czas jako dzieciak. Później też w nastoletnich latach i gdzieś tam nadal utrzymywali kontakt. Miał niezliczone ciotki, niektóre nawet w jego wieku. Młodszą siostrę. Kilka całkiem platonicznych przyjaciółek. W tym jedną, z którą był znacznie bardziej blisko niż z rodzoną siostrą. Tam nigdy nie było tego. Czymkolwiek to było i czymkolwiek miało być. - Możliwe, że go znalazłaś. Tylko nie wiem, na co się przygotować. Czy to dotyczy tylko twoich technicznych umiejętności? Czy ten pierwszy czar już mamy za sobą. Znikł? To był Mung? Później? Jeszcze później? Teraz cię lubię - bardzo, cholernie mocno - więc wolę przy tym pozostać, nie? - Zakończył ciszej niż zaczął, przestając rozciągać kąciki ust w uśmiechu i nie obdarzając jej już tym samym spojrzeniem. Odnosił wrażenie, że te wszystkie słowa mimowolnie nabrały niewłaściwego tonu. Nie były niekulturalne, nie. Nie były czepliwe ani uszczypliwe. W tym tkwiła istota problemu, że nie były zaczepne w tym sensie, w jakim powinny być. Nie w koleżeńskiej gadce. Nie były stricte neutralne ani wesołkowate. Było im znacznie bliżej do tego, żeby mógł w następnej chwili pchnąć je w niewłaściwym kierunku. Gdyby pociągnął je dalej, przekroczyłyby tę cienką granicę między niezobowiązującą rozmową dwójki platonicznych przyjaciół a zalążkiem flirtu. Kolejnym, bo przecież nie pierwszym, ale tym razem już śmielszym. Zważywszy na to, że się ku niej pochylał. Bąbelki szumiały w głowie? Może trochę. Pachnąca mgiełka rozciągała się po ogrodzie, lampy rzucały światło i tworzyły cienie, liście szumiały, kieliszki postukiwały, muzyka grała. Wieczór trwał, ale chwila jakby trochę zgęstniała, dziejąc się wolniej. Czas przestał pędzić, prawie się zatrzymał. Ambroise mimowolnie przełknął ślinę, zawieszając wzrok na twarzy Geraldine, zanim się nie wyprostował i nie wyciągnął ku niej ręki. - Mogę? - Rzecz jasna chodziło mu o kieliszek alkoholu w jej dłoni, potrzebował umoczyć w nim usta i zwilżyć gardło, jednocześnie wpatrując się w nią, gdy mówiła o truciznach i ich dawkach. Mimowolnie uniósł brwi. - Od kiedy jesteś też ekspertem toksykologicznym? Zaczynam się zastanawiać czy nie spędzasz ze mną zbyt wiele czasu. Jeszcze przekonam cię do eliksirów - stwierdził starając się zachować powagę na twarzy, jednocześnie nie odpowiadając na tamte słowa o truciźnie, jaką miałaby być. Nie mógł na nie szczerze odpowiedzieć, niekoniecznie chciał ją teraz okłamywać. Truła go, on dawał się truć. Najlepsze, że wcale nie mogąc powiedzieć, by chciał od tego stronić. Wręcz przeciwnie. To było skomplikowane. - Nie wiem, kim jesteś, ale ślicznie wyglądasz - odezwał się po chwili lekkim tonem, unosząc kąciki ust. - Tak, tym razem to jawny komplement - bo mógł, prawda? To nie było nic zdrożnego. RE: [05.1966] lavender haze || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2024 - Jasne, jasne. Rozumiem, w sumie to nie ma sensu, takie konfrontacje, żadnego, najmniejszego. - Przestała chyba już walczyć z wiatrakami, właściwie ostatnio robiła się voraz bardziej łagodna i łatwo odpuszczała, mniej chętnie doprowadzała do konfrontacji, które mogły ją kosztować utratą reputacji, chociaż w sumie czy jeszcze w ogóle jakąś miała? To już była zupełnie inna sprawa. Szkoda marnować czas na takie nic nieznaczące kłótnie, które nie niosły ze sobą niczego dobrego. - Pomoc na pewno się przyda. - Rzuciła mu krótkie spojrzenie, jej myśli zdecydowanie wędrowały w złym kierunku. Przyjaciele przecież pomagali sobie w takich drobnych czynnościach, jak rozplątanie gorsetu, prawda? To nie mogło być nic więcej, dlaczego więc wydawało jej się to bardzo dwuznaczne? Zapewne znowu pozwoliła sobie na nadinterpretację. Coś musiało być z nią nie tak. Zdecydowanie. - Najchętniej zdjęłabym go już teraz, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak się w tym ciężko oddycha. - To była jeden z powodów dla których nie znosiła nosić takich sukien, zresztą nie wydawało jej się, że tylko przez to miała problemy z oddychaniem. Kiedy Roise znajdował się blisko zaczynała wariować, czuła, że serce zaczyna jej łomotać przeraźliwie szybko i robiło jej się gorąco. Dziwne, to było dziwne. Jej ciało nie powinno reagować na niego w ten sposób, ale nie mogła nic z tym zrobić, przyzwyczaiła się do tego uczucia, które pojawiało się znienacka. W sumie nawet chyba nie umiała stwierdzić, kiedy właściwie się to zaczęło, zbliżyli się do siebie po tej wizycie w zaczarowanym dworze, czy już wtedy czuła coś takiego? Wydawało jej się, że tak. Dlaczego więc z taką lekkością przeszła do tej ich przyjaźni? Nie miała pojęcia, zaakceptowała to, że wszystko ich do tego sprowadziło, nie, żeby była z tego powodu zadowolona, bo nie miałaby nic przeciwko temu, żeby zdjął z niej ten gorset z innego powodu, tyle, że chyba po prostu chciał jej pomóc. Cóż, na pewno wyglądała jak ktoś, kto mógłby mieć problem z wykonaniem takiej czynności, szczególnie, że na co dzień rzadko kiedy można ją było zobaczyć w podobnym stroju. To na pewno była po prostu zwyczajna przysługa, którą oferował bliski przyjaciel. - Z kimś? Wcześniej? Coś ty, wolę wrócić do domu z tobą. - Dawno przestała już łowić sobie ofiary, nie odczuwała takiej potrzeby. Od kiedy zaczęła ich łączyć przyjaźń jakoś nie interesowali jej inni mężczyźni. Miała świadomość, że to będzie raczej inny powrót, niż te, które zazwyczaj wybierała próbując po prostu znaleźć kogoś, kto chociaż na chwilę mógłby się do niej zbliżyć, ale przywykła do tego, że spędzali ze sobą wiele wieczorów, dlaczego więc dzisiaj nie mieliby tego powtórzyć, a może nawet pozwolić sobie na coś więcej. Maski wiele ułatwiały, pozwalały na to, żeby być przez chwilę kimś innym, miała ochotę być zdecydowanie kimś innym dla Ambroisa, może to była odpowiednia okazja, aby zobaczyć, czy miało to jakikolwiek sens? Cóż, noc była jeszcze młoda. Alkohol dobrze by jej zrobił, wtedy może lżej przyszłaby jej zmiana zachowania, może przestałaby się przejmować tymi granicami, które sama im wyznaczyła, a może oni sobie wyznaczyli? - Opowiedz coś więcej, czym się różnisz od tych wszystkich botaników? - Tym razem to ona się nachyliła nad jego uchem, aby nikt nie podsłuchał, o czym tutaj dyskutują, zdawała sobie sprawę, że nie powinni dawać się podsłuchiwać, bo jeszcze ktoś zacząłby się interesować o czym rozmawiają. Siedzieli tu już dłuższą chwilę, razem, nikt im nie przeszkadzał, ale przecież ściany miały uszy, nawet jeśli tutaj nie było żadnych ścian. Zatrzymała swoją twarz tuż przy jego policzku, nie odsunęła się znowu, tylko zawiesiła się na dłużej przyglądając się swojemu przyjacielowi z bliska. Miała ochotę dotknąć jego włosów, sprawdzić, czy to, co z nimi dzisiaj zrobił zmieniło ich fakturę. Zatrzymała jednak dłoń w locie i opuściła ją na swoje kolano. To byłoby niewłaściwie, czyż nie? - Ten rok, był specyficzny, to prawda. - Ich relacja była bardzo napięta, przez tę małą kłótnię, która się między nimi wydarzyła, w sumie, czy to w ogóle była kłótnia? Po prostu unieśli się honorem i przestali ze sobą rozmawiać, a zaczęli się traktować trochę jak powietrze i sobie nieco uprzykrzać życie. Nie wydawało jej się jednak, że to jest wszystko na co go stać, chciałaby faktycznie zobaczyć Ambroisa w formie. - Trochę mi brakuje tego strzelania piorunami z oczu w moim kierunku. - Ten okres był dosyć ciężki, ale całkiem zabawny, właściwie od początku znajomości reagowali na siebie dosyć intensywnie, kim by dla siebie nie byli, znajomymi, wrogami, czy przyjaciółmi. Zresztą nawet ten moment wrogości wydawał się jej być nieco specyficzny, bo czasem miała ochotę go rozszarpać, a czasem kiedy na niego spoglądała miała chęć się do niego zbliżyć i zamknąć mu usta pocałunkiem, żeby przestał pierdolić głupoty, nie powinna jednak teraz o tym myśleć, to był zdecydowanie zły kierunek, zwłaszcza, że teraz się tylko przyjaźnili. Strasznie to było neutralne i chyba zaczynało jej przeszkadzać. - Jeszcze się nie nauczyłeś, że ja nic nie muszę? - Ile razy będzie musiała mu to powtarzać, aby to do niego dotarło? Ona powoli zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że Ambroise nigdy nie robił czegoś tylko i wyłącznie dlatego, że musiał, najwyraźniej on jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że ona również była taką osobą. - Dlaczego? Wydawało mi się, że przyjaciele powinni być bardzo obiektywni. - Chyba na tym właśnie polegała przyjaźń. To oni powinni sprowadzać na ziemię swoich najbliższych. - W takim wypadku, nie są mnie warci, ale tutaj zawsze brakowało osób, które potrafiłyby wzbudzić moje zainteresowanie, zwłaszcza na dłużej, dlatego dzisiaj wolę wrócić do domu z tobą, wiesz? - Może nie do końca w takiej formie, w jakiej widziałaby ten powrót, gdyby faktycznie miał przebiegać tak jakby chciała, ale to jej wystarczało. Miała go obok siebie, cieszyła się, że jest przy niej, może kiedyś uda jej się wyznać to, co zaczynało ją trapić. Może się przyzna do tego, że ta przyjaźń przestała jej wystarczać, może znajdzie w sobie odwagę, kiedyś. Póki co, cieszyła się z tego, co miała. - Nie mam pojęcia, bo trafił mi się pewien trudny osobnik, który trochę namieszał w moim badaniach. - Tak, nigdy nie udało jej się jeszcze tak długo trzymać jakiejś osoby. Nie tak intensywnie. Jasne, miała przyjaciół - ale nie spędzała z nimi każdej wolnej chwili. Tutaj było zupełnie inaczej i nie wydawało jej się, aby Ambroise miał chęć póki co rezygnować z tej znajomości, wręcz przeciwnie, raczej sprawiał wrażenie, jakby naprawdę chciał zostać w jej życiu, szkoda, że tylko jako przyjaciel, ale zamierzała to zaakceptować. Przyjmowała to, co los jej podsuwał, może kiedyś odważy się sięgnąć po więcej. Jeszcze nie teraz, byłoby jej przykro gdyby straciła to co miała. - Czy przestałbyś mnie lubić, gdyby się okazało, że marna ze mnie zielarka? Czekaj, w Mungu już działały czary? - Próbowała się cofnąć do tego dnia, kiedy go poznała i miała wrażenie, że zrobiła na nim raczej średnie wrażenie wpadając tam mocno zirytowana, szczególnie, że szpital tylko potęgował w niej te wkurzenie. - W sumie skoro teraz mnie lubisz i ja cię lubię, to może bez sensu jest ryzykować? Może lepiej odpuśćmy. - Tylko co, te korepetycje, czy oni dalej właściwie rozmawiali o tych korepetycjach, czy byli już zdecydowanie gdzieś indziej. Nie miała pojęcia, próbowała wyczytać coś z jego oczu, ale zdecydowanie jej się to nie udawało, zwłaszcza, gdy musiała się skupiać na tym, żeby nie przestawać oddychać, kiedy znajdował się tak przerażająco blisko niej. Nie powinna w ten sposób na niego reagować. - Mhm. - Podała mu swój kieliszek, chociaż sama miała chęć się napić, zdecydowanie tego potrzebowała, bo zaczynało się robić dziwnie. Alkohol powodował, że przestawała się martwić czymkolwiek, więc to byłoby całkiem przydatne w tej chwili. - Nie jestem ekspertem, tak tylko udaje, że wiem, o czym mówię, a to, że nie robię tego jakoś bardzo pokracznie to tylko i wyłącznie twoja zasługa Roise, ale nie ma szans, że kiedykolwiek przekonasz mnie do eliksirów. - Wbrew pozorom nie ignorowała zupełnie tego, co do niej mówił, próbowała rozumieć te jego wszystkie komentarze, chociaż nie zawsze jej to wychodziło. Przewróciła oczami słysząc jego kolejne słowa. - Mam ci przypomnieć kim jestem? A może chcesz, żebym była kimś innym? - Miała wrażenie, że ta rozmowa zaczęła się toczyć w bardzo dziwny sposób i nie do końca się w niej odnajdywała. Ostatnio było między nimi coraz więcej takich chwil, momentów, kiedy nie ogarniała rzeczywistości. - Dziękuję za komplement, ty też dobrze wyglądasz, nieznajomy. - W sumie wypadało się odwdzięczyć za komplement prawda? Wypadało, tylko od kiedy ona przejmowała się tym, co wypada, nie miała pojęcia, szczególnie w jego towarzystwie. Spięła się jeszcze bardziej, wyprostowała, czego na pewno nie dało się nie zauważyć, zaczęli grać po raz kolejny w jakąś dziwną grę, której zasad nie znała, nie zamierzała się jednak nie ograniczać, bo po co? |