![]() |
|
[01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard (/showthread.php?tid=4244) |
[01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Scarlett Mulciber - 30.11.2024 Mimo końca sierpnia miała wrażenie, że spadła na nich zima. Ta najsroższa, wręcz mordercza. Widmo śmierci nie opuszczało mieszkania, a ona wiernie czekała. Zerkała, doglądała. Chciała stać się wsparciem, ale dobrze wiedziała, że nie może wiele. Nie teraz. Teraz gdy chciał pozostać sam. Silne charaktery nie cierpią, gdy ktoś patrzy jak te upadają. Nie chciała być widzem, acz cieniem, który pojawi się w momencie gdy ten zdecyduje, że jest gotowy odsłonić swoje lica. Traktowała go tak jakoby traktowała samą siebie, tkwiąc w przeświadczeniu, że są podobni i to co robi jest słuszne. Ona by nie chciała by ktoś właził jej na głowę, gdy ta starała się ogarnąć ten cały syf w swojej głowie. Nie chciała by kto ją oglądał, męczył, przeszkadzał w tak trudnym momencie będąc bardziej irytującą drzazgą, aniżeli wsparciem. Rano wygrywała na skrzypcach coś co do złudzenia przypominało Sadness and Sorrow, aby chociaż przez chwilę zagłuszyć martwą ciszę jaka zawisła w kamienicy. Aby nie zwariować. Aby dać ujście tej całej beznadziei i bezsilności która ją ogarniała, bo wiedziała, że nie może zrobić absolutnie nic. Gdy skończyła odstawiła instrument na statyw, zastygając w bezruchu. Ile minęło dni? Ciężko było liczyć doby w tym miejscu, w miejscu w którym miała wrażenie, że zegary stanęły. Wyszła z pokoju podchodząc do drzwi w które zapukała. -Tato? - zapytała - A wiesz, może byśmy przeszli się na spacer? Tak jak kiedyś. Tylko ty i ja. Co prawda norweskie klify to nie są, ale jest całkiem znośnie - oparła głowę o drzwi - A pamiętasz jak podczas jednego z takich spacerów zobaczyłam psa i chcąc go pogłaskać poślizgnęłam się i wpadłam do oczka wodnego? - zaśmiała się cicho, przymykając ślepia - Albo gdy... chciałam ci zrobić niespodziankę i przyniosłam Ci bukiet tulipanów? - uśmiechnęła się pod nosem - a za mną przyszła sąsiadka z pretensjami za zdewastowanie ogrodu...miałam może pięć lat -zaśmiała się cicho - Albo gdy uczyłeś mnie jednego chwytu samoobrony, a ja przypadkiem potem złamałam koledze rękę - szurała paznokciem po drewnie, pogrążając się w nostalgii - lub gdy miałam cztery lata i namalowałam ci laurkę, co prawda... na twoich dokumentach... ale chciałam dobrze, nie - zamknęła ślepia -Chodzi mi o to, że... jestem utrapieniem, ale... twoim... i cię kocham... Chodźmy gdzieś proszę... albo posiedźmy razem, nie musimy nigdzie znowuż iść... RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Richard Mulciber - 07.12.2024 Nie chciał nikogo widzieć. Od pogrzebu, nie odpisywał na listy. Nie pojawiał się na wspólnych posiłkach. Selar na zmianę z Belenosem przynosili mu jedzenie, a i to nie było często tknięte. Czasami coś wypił. Ale żyć mu się nie chciało. Nie, kiedy właśnie niedawno stracił brata. Połowę, siebie. Listy jakie do niego przychodziły, dostarczane były do pokoju. Wczoraj jedynie wyszedł, aby pozałatwiać ostatnie już sprawy dotyczące śmierci Roberta, w tym upełnomocnił testament jaki pozostał. Przepisując już oficjalnie kamienicę na siebie. Pod swoje skrzydła biorąc zajęcie się sklepem w Podziemnych Ścieżkach. Pozostał z tym wszystkim sam. Musiał podjąć kilka decyzji. Ale te nie były proste. Nie był to także czas, aby nad tym myślał. Nie miał po prostu siły. Zaczął nosić się na czarno. W żałobie. Siedział na łóżku w swoim pokoju. patrząc na rozłożone i pootwierane listy. Nie podobał mu się jeden z nich, anonimowy, krótka notka. Jakby ktoś chciał mu grozić, albo może ostrzegać? O które z jego dzieci może chodzić? Podejrzewałby może Charlesa. Ten w ostatnim miesiącu dał się niektórym mocno we znaki swoimi kompromitującymi pomysłami na świece. I wiedząc, że syna najpewniej pójdzie swoim kierunku kariery, ich biznes rodzinny może upaść. Bo nie było już kto miałby po nim przejąć Olibanum. Co najwyżej – Stanley. Ale on miał już swój biznes. Czy musiało do tego dojść, że to co stworzył jego ojciec, kontynuował brat, on miał zakończyć? Rozmyślania przerwały mu słowa Scarlett za drzwiami. Ta jedyna poza Sophie co tutaj pozostała. Ta cisza w tej kamienicy bywała przerażająca, drażniąca. Nie raz Richard zastanawiał się, dlaczego nie przekonał Roberta do wyjazdu już ponad dwadzieścia lat temu. Dlaczego po śmierci ojca, on sam nie przeprowadził się ostatecznie od razu. Choć odległość ich więzi nie rozdzielała, tak jednak czuł, że sporo stracił. Scarlett wspominała dawne czasy, które spędzili w Oslo. Ile broiła, aby zwrócić na siebie uwagę. Była utrapieniem, nie raz jej dawał szlabany i podnosił głos, ale wciąż była jego dzieckiem. Jedyną córką jaką miał. Nie poddawała się. I teraz to także okazywała. Wstał i podszedł do drzwi, które otworzył, aby ją zobaczyć. A ona jego. Nie otworzył szeroko. Ale na tyle, aby mogła go zobaczyć ubranego w czarny sweter, lecz nie golf. W czarnych spodniach. Na twarzy nie malował się żaden uśmiech. W jego oczach wciąż tkwił smutek po stracie brata. Na twarzy miał lekki zarost. Od dwóch dni nie golił się. - Pójdziemy na spacer. Poczekaj na mnie na dole.Zgodził się na jedną, pierwszą propozycję. Być może i on sam potrzebuje się ponownie przewietrzyć. Nie czekał na jej jakąkolwiek reakcję. Zamknął drzwi, aby w pierwszej kolejności posprzątać na łóżku. Wszystkie listy jakie miał rozłożone, starannie złożył, schował do kopert i wszystko razem do jednej z szuflad, zabezpieczając zaklęciem. Opuścił swój pokój i zszedł na parter, aby dołączyć w korytarzu do Scalett, w celu ubrania wyjściowych butów i założenie jesiennego czarnego płaszcza. - Selar.Zawołał skrzatkę, a ta od razu się zjawiła. - Wychodzimy się przejść, gdyby ktoś nas szukał. Poinformował skrzatkę, która przyjęła do wiadomości informację i spojrzał na córkę, dając znać, że mogą wychodzić. Upewnił się jeszcze, że miał wszsytko ze soląco niezbędne, w tym różdżkę. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Scarlett Mulciber - 19.01.2025 Drgnęła niespokojnie, gdy drzwi ustąpiły. Nie spodziewała się reakcji, raczej zignorowania, toteż gdy drzwi na powrót się zamknęły, ta stała jeszcze przez chwilę, analizując sytuacje sprzed chwili. Ojciec nie był w formie, ale było lepiej, a Ona miała nadzieje, że teraz będzie już tylko lepiej. Potrzebny był czas, dużo czasu. Robili postępy. Odwróciła się na pięcie, schodząc na dół, aby nałożyć buty, oraz przyodziać czarny płaszcz. Nasunęła na głowę czarny kapelusz, przejeżdżając dłonią po jego rąbku, jakoby chciała go odpowiednio ułożyć. Jej ubiór jednak nie kojarzył się żałobnie, głównie dlatego że Scarlett od zawsze lubowała się w czerni, a kolory jeśli nosiła to raczej stonowane. Zawsze elegancko - więc i tym razem można by stwierdzić, że wygląda jak zwykle. Rzuciła ojcu badawcze spojrzenie, gdy zjawił się na dole. Ostatnie dni były niczym sen, a cały sierpień niczym chaos. Tyle się wydarzyło i to nawet nie chodziło o śmierć wuja, która była ciosem dla domowników i kością niezgody między nią i Charlesem. Gdy był gotowy, dziewczyna skinęła głową i otworzyła drzwi. Chłodny powiew wiatru rozwiał im włosy, co zmusiło Scarlett do podtrzymania jesiennego kapelusza, aby ten nie odleciał nigdzie. Między ich nogami przemknął Lucyfer, czarny zwierz rósł jak na drożdżach i coraz bardziej zaczynał przypominać kocura, chociaż wciąż niewyrośniętego i sporo mu brakowało. Jego futerko było długie i lśniące, a jednak o dziwo nigdzie nie zostawiał sierści. Kocurek przeszedł kilka kroków po czym zawrócił i zakręcił się przy nogach dziewczyny, aby zrównać z nią kroku i wiernie, niczym pies, podążać tuż przy jej nodze. -Pogoda nam dopisuje - stwierdziła, zalewając spojrzeniem okolice. Cóż, może upału nie było, a jednak było wciąż dość ciepło, w dodatku niebo było łaskawe i bezchmurne. Liczyła, że tak pozostanie. Ostatnie czego im brakowało to zimny prysznic. -A wiesz... - podjęła, chcąc rzucić pierwszy temat - Wraz z dzisiejszym dniem stałam się oficjalnie stażystką w kancelarii prawnej...- uniosła na niego spojrzenie - Od połowy sierpnia zaczęłam wdrążać się we wszystko, by zadecydować czy to aby na pewno dla mnie... - wymruczała, będąc wdzięczna prababce, że dała jej możliwość zdecydowania chwilę później. Było ciężko, a jednak możliwość zrobienia porządnej, poważnej kariery kusiła. Będzie jej małą cegiełką którą dołoży, aby ich nazwisko zyskało coś co nie było kontrowersją, ani uszczerbkiem na honorze. Było tyle rzeczy o których nie mówiła ojcu - akurat to nie były sekrety, nic co chciałaby ukryć, po prostu czas nie był im łaskawy. W sierpniu jej życie wskoczyło na wyższe obroty. Lawirowanie między Baldwinem, kancelarią, Faye, lasem samobójców i domem w którym stała się bardziej gościem, aniżeli domownikiem. Acz ona wiecznie się włóczyła i nigdy typem domownika nie była. Ojciec wtem był zajęty i nie mieli czasu by wyjść i poplotkować, w dodatku wtedy jeszcze nie podjęła decyzji. A potem... potem zdarzyło się coś co rzuciło na dom czarny cień. Cień, który zniechęcał dziewczynę do powrotu. Przeraźliwa cisza, szloch Sophii, której nie potrafiła pomóc mimo starań. Miała wrażenie jakoby w domu zatrzymała się śmierć, a powietrze stało się wyjątkowo ciężkie, wręcz duszące. Jakby czas się zatrzymał. Chciała uciec - i niekiedy pozwalała sobie to uczynić, spędzić trochę czasu z Malfoyem, który odciągał jej myśli od rzeczywistości, wspierał i pozwalał zapomnieć. Lubiła jego obecność, głównie dlatego, że będąc obok miała wrażenie, że nie jest "zbyt". Zbyt głośna, zbyt niestabilna, zbyt pyskata, zbyt niepokorna - jemu to nie przeszkadzało. Jakoby akceptował i nie chciał zmieniać, ingerować - szanując i wspierając jej decyzje, nawet jeśli się z nimi nie do końca zgadzał. Prawdopodobnie to dzięki niemu łagodniej przyjęła zgrzyt jaki nastąpił między nią, a bratem. Był niczym amortyzująca poduszka podczas ów sytuacji. -Mam nadzieje, że nie będzie dziś padać... później widzę się z Baldwinem, myślałam, że może wyjdziemy gdzieś, ale coś... nie ufam dzisiejszej pogodzie...-wymruczała, lustrując uważnie niebo. Pogoda nie wyglądała na taką jakby miała się zmienić, aczkolwiek byli w Anglii, tutaj w kwestii pogody nigdy nie można było być pewnym. Samo imię chłopaka Richard już słyszał, a pierwsze wspomnienie padło przy przytarganiu Lucyfera do domu, gdy przyznała, że to nie był prezent, a raczej legalna kradzież, której się dopuściła. Wspomnienie jego imienia dało jasny sygnał, że od tamtego czasu dziewczyna dalej widywała się z Malfoyem, chociaż mógł zakładać, że ich relacja nie jest pewna, stabilna czy ukierunkowana, gdyż nie przyprowadziła go do domu. A ona nie zwykła marnować czasu ojca na niepewne znajomości. A jednak nie wspomniała przypadkiem jego imienia, dawała ojcu znać, subtelny sygnał, że ktoś taki jak Baldwin Malfoy istnieje w jej świecie i by był tego świadomy. Zresztą jeżeli Richard zerkał za zasłonięte zasłony mógł go raz czy dwa dostrzec - jak młody blondyn odchodzi spod kamienicy w towarzystwie Mulciber, gdy ta opuszczała domostwo. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Richard Mulciber - 21.01.2025 Mógł zignorować jej domaganie się uwagi. Mógł zrobić wszystko, aby dano mu spokój. Mógł wyjechać i nie wracać. Najwyraźniej nie dane mu było żyć w żałobie i samotności dość długo. Dopuszczając jedynie do siebie skrzaty, jeżeli miały coś do przekazania. Jego dzieci uświadomiły mu, że są obok. Czy to był list Charlesa, czy drapiąca w drzwi Scarlett. Nie mógł się dosłownie odciąć, choć miał taką ochotę. Dlatego też dzisiaj, na prośbę córki, zgodził się wyjść z nią na ten spacer. Zaczerpnąć świeżego powietrza, niż przemieszczać się tylko teleportacją między lokacjami. Kamienia – Olibanum – Głębina. Być może ją zaskoczył, ale po sobie żadnych emocji poza stratą brata, nie okazywał. Dotrzymał jej towarzystwa, opuszczając kamienicę, idąc u jej boku. Pozwolił sobie na tradycyjne zapalenie papierosa, wypalając dziennie jedną, jeżeli nie dwie paczki. Inaczej nie umiał. Może tytoń zabije go szybciej niż by myślał. Chwila drogi trwała w milczeniu. Poprzedzająca hałasami miasta i plączącego się pod nogami kota Scarlett. Wypłosz, na którego trzymanie w domu zgodził się tylko z dwóch powodów: dla świętego spokoju i że Robert sam sprowadził takiego do domu. Więcej mówiła Scarlett, nawiązując do pogody. Podejmując neutralny temat do rozmowy. Nawet, jeżeli będzie padało, wyczaruje parasol. Co za problem. Zeszliby na jakąś boczną stronę i nawet teleportowali gdzieś w pobliże Dziurawego Kotła albo wrócili do kamienicy. "Stażystka w kancelarii prawnej…" – powtórzył w myślach. Czy tego chciała Scarlett? Spojrzał na nią, z papierosem trzymanym w wargach. Jedną rękę mając schowaną w kieszeni, drugą sięgnął po peta.- Na pewno tego chcesz? Zapytał poważnie. Wiedział, jakie miała zdolności, pasję, zainteresowania. Ale czy pobyt tutaj nie zmienił czasem jej planów przyszłościowych? Richard chciał, aby dzieci zrobiły karierę tutaj, aby wszyscy byli blisko rodziny. Lecz po tej stracie, widząc co się w tym kraju odpierdala, nie uważał by to miało sens. Mogli wrócić do siebie. Tylko czy ze chcą? Znów zmiana tematu o pogodę i wspomnienia o Baldwinie. Jej znajomym, który w prezencie rozdawał zwierzęta. - Wciąż się spotykacie?Zapytał, tym razem o jej znajomość z tym chłopakiem. Czy powinien się trochę więcej zainteresować sprawą, jeżeli między nimi mogło zaiskrzyć coś więcej? Czy to tylko "kolega od kota"? Pytając, pokazał, że temat jej przyszłości i ewentualnego kandydata na męża, nie był mu obojętny. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Scarlett Mulciber - 24.01.2025 Na pewno tego chcesz? to pytanie zaległo w jej głowie niewygodnie. Czy tego chciała? A czy było to takie ważne? Lubiła to w sumie. Co prawda przed nią daleka droga do kariery, a jednak była w stanie widzieć swoją przyszłość na sali sądowej i spełniać się w tym. W końcu takowe rozprawy nie były niczym innym niż rodzajem pojedynku, co prawda bez agresji i przemocy, a jednak na szali takowego mogła spoczywać kogoś przyszłość czy nawet życie. To było swego rodzaju fascynujące. -Chcę by nasze nazwisko budziło szacunek, tato... dołożyć swoją cegiełkę... - odparła pewnie, zerkając w jego kierunku - Któreś z twoich dzieci musiało się udać, prawda? Pewnie ci tylko trochę szkoda, że padło na córkę.- dodała nieco złośliwie. W końcu to w rękach mężczyzn w ich rodzinie pokładało się największe nadzieje, w końcu to oni przekazywali swoje nazwisko dalej, to oni przedłużali ród, to ich potknięcia były bardziej jaskrawe. Zgadywała, że ojciec stanie w obronie jej rodzeństwa, może nawet dostanie bure, a jednak nie dbała o to zanadto. Ona wkuwała kodeks karno-cywilny, lawirowała po kancelarii by wyciągnąć jak najwięcej wiedzy i umiejętności, podczas gdy jej brat lepił świeczki w kształcie kutasów i innych wróbelków. Nie było o czym mówić. Richard mógł próbować. W końcu Leo jakąś tam karierę robił, a jednak Scarlett nie pałała do niego sympatią, także wolała udać, że nie istnieje, a z drugim bratem pierwszy raz w życiu została poróżniona, poczuła się zdradzona, więc zaczęła się nieco stroszyć zamiast ślepo wspierać. Na kolejne pytanie jej wzrok na moment osiadł na jednym z budynków w oddali. Czy dalej się spotykali? Musiała się zastanowić nieco głębiej nad tym trywialnym pytaniem, rozbić je na części pierwsze i ułożyć w głowie. -Chcesz go poznać? - odpowiedziała pytaniem na pytanie co prawda, a jednak kryło się w nim nieme potwierdzenie, w dodatku skoro zaproponowała poznanie ich ze sobą zdawało się, że kimkolwiek był dla niej Baldwin Malfoy, był kimś kogo raczej nie zamierzała wykreślić z życia, a na pewno nie w najbliższym czasie. Chociaż wiedział, że ze Scarlett nie można było być pewnym. Jej niepokorny charakter, odziedziczona duma i dominujący typ osobowości sprawiały, że ta bardzo szybko i brutalnie potrafiła zrywać znajomości, bezlitośnie nawet jeśli sprawiłoby jej to ból, który skrzętnie ukrywała pod szelmowskim uśmiechem bądź kamienną twarzą. Nie wypadało płakać, nigdy, toteż łez nie roniła, nigdy gdy ktoś patrzył czy chociażby zerkał - zadzierała dumnie głowę, tłamsząc w sobie kolejną rysę na duszy, wyżywając się na przedmiotach. Jej zaufanie budowało się latami, a traciło w zaledwie kilka sekund. Nigdy nie chyliła głowy, nie miała w naturze uległości, nie zwykła wybaczać, a na pewno zapominać. W dodatku miała skłonności do agresji, a Richard sam z pełną świadomością wsunął jej broń do ręki, gdy uczył ją od małego walczyć. A mimo to minęło już trochę czasu, a Baldwin dalej pojawiał się w jej słowach, w dodatku bardzo przychylnych, co nie było takie znowuż normalne. Zazwyczaj o przyszłych niedoszłych, a nawet o obecnych rzucała zdawkowe słowo czy dwa. -To nic oficjalnego, jesteśmy na stopie przyjacielskiej - mruknęła, chcąc nakreślić nieco aktualny stan swojej relacji z blondynem - Ale lubię spędzać z nim czas. Wspiera mnie i moje decyzje, nawet jeśli ma odmienne zdanie. Mogę na niego liczyć o czym nigdy mi nie powiedział, ale niejednokrotnie udowodnił. Stał się trochę moją opoką... - nieznacznie zmrużyła ślepia, wpadając w zadumę. Nie powiedziałaby tego dla Malfoya, była zbyt dumna, zbyt niezależna by przyznać, że stał się jej chwilą wytchnienia, oderwania od rzeczywistości, lekiem ale i solą na rany. Powoli rozpychał się coraz to bardziej i śmielej w jej życiu, myślach, szarej rzeczywistości barwiąc ją okrutnym szkarłatem i kojącym błękitem. Miał w sobie cechy dające poczucie bezpieczeństwa, a jednak nie był przy tym drętwym nudziarzem przy którym przespałaby życie, od którego chciałaby uciec. Był inny. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Richard Mulciber - 02.02.2025 Dla Richarda było ważne, zadać to pytanie córce. Czy chciała iść w tym kierunku zawodowym, zostawiając wszystko co otrzymała w Oslo? Odziedziczyła w spadku po swojej byłej nauczycielce i pracodawczyni? Czy pobyt tutaj, tak bardzo zmienił jej podejście do życia zawodowego? Chciała, aby ich nazwisko budziło szacunek. Nie budziło. Nie przez wcześniejsze nieprzemyślane działania Charlesa i jego naiwność. Nie przez Lorien, która ich niszczyła od środka. Nie przez Alexandra, których ich ośmieszał. Nie wspominając już o dalszej przeszłości, związanej z odejściem z Ministerstwa Magii. Nawet jego ojciec popełniał sporo błędów. Czy można, albo czy jest jeszcze jakaś szansa aby naprawić to? Czy Scarlett, wierzy w te zmiany? "Któreś z twoich dzieci musiało się udać..." – Być może miała rację. Idealne dzieci jednak nie istniały. To samo przecież tyczyło się bycia rodzicem. Idealnym nie był. Wychował je jak umiał i z każdym co prawda miał problemy. Ze Scarlett wcześniej, z chłopakami dość niedawno. Najbardziej to Charles i Scarlett pragnęli jego uwagi, starali się, aby ich dostrzegał. Nie robił różnicy, ale widocznie córka bardziej ją odczuwała. Zaciągnął się i wypuścił dym po chwili, opuszczając rękę. Musiał chwilę pomyśleć nad jej słowami. Przeprowadzając się, nie tyle co sami podjęli także tą decyzję, ale i on jako ojciec, puścił ich w tym niebezpiecznym kraju samopas. Nie upilnował ich odpowiednio, a może powinien? Czy powinien bronić chłopców, kiedy to córka wychodziła lepiej od nich? Spojrzał na jej twarz. Tak podobną do Rebecci. Tak z charakteru podobną do niego. - Skoro tego chcesz, nie będę kwestionował Twojego wyboru.Odparł w końcu, nie mając nic przeciwko temu, że postanowiła iść tą drogą kariery, jaką obrała. Może patrząc w to głębiej, widział jakieś inne korzyści? Być może też, nie umiał córce inaczej odpowiedzieć na jej pytanie. Lecz może spojrzenie wystarczyło, że mógłby się zgodzić z jej słowami. Czy Scarlett powinna być przykładem dla swoich braci? Szczególnie, dla Charlesa? Nie bronił chłopców. Mógł to zrobić. Mógł to jakoś okazać. Ale, nie potrafił. Nie po tych ostatnich wydarzeniach. Każdy niesie swoje brzemię błędów i problemów. Każdy pracuje na siebie, dla siebie. Czy chciał poznać Baldwina Malfoya? Nie był to jeszcze dla niego dobry okres. Był świadom jednak tego, że nie może zlewać pytań i próśb swoich dzieci. One mu jeszcze zostały na tym świecie. Dał im przecież życie, cząstkę siebie. Był blisko, a jednak i daleko. - To jest między Wami coś więcej?Niby podjęli poważny temat, ale jednak odpowiadali pytaniami. Richard spojrzał na córkę, nie ukrywając zaskoczenia, że mogłaby już kogoś znaleźć za partnera. Kandydata na męża, nie chcąc jasno się określić. Nie zaprzeczyła przy jego wcześniejszym pytaniu. Pytając o zapoznanie, mogła też potwierdzić, tak właśnie jest. Spotykają się. Utrzymują kontakt. Jego wzrok powędrował nawet na kręcące się pod jej nogami stworzenie. Aż w końcu skupił wzrok przed sobą. Wysłuchał wyjaśnienia Scarlett, że to jednak jest przyjaźń. Dogadują się, wspiera ją, może na niego liczyć. Podsumowywał sobie cechy jakie mu przedstawiała. Zaciągnął się ponownie, chcąc to przetrawić, wypalając do końca papierosa, którego po chwili puścił na chodnik, aby zgasić podeszwą buta. Wypuścił dym z płuc, po czym uwagę skierował na córkę. - W takim razie... Chętnie go poznam.Wyraził zgodę, jeżeli to było dla niej ważne. Uśmiechnął się lekko, jakby może cieszył, że córka znalazła kogoś, kto jest jej wsparciem. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Scarlett Mulciber - 16.02.2025 Skinęła głową. Co prawda była dopiero na początku swej drogi, będąc tylko i aż stażystką, a jednak wierzyła, nie, wiedziała, że skrupulatnie będzie pracować na przyszłość, na nazwisko, na szacunek, aby kiedyś i jej imię może pojawiło się w rodowodzie jako coś więcej niż bezpłciowa wzmianka. -dziękuje - rzuciła, gdy Richard oświadczył, że nie będzie kwestionować jej decyzji. Chociaż nie spodziewała się innej reakcji. Dostała przestrzeń, którą zwykła dostawać od ojca, a za którą była wdzięczna traktująco to jako kredyt zaufania i przestrzeń którą zawsze starała się wykorzystać do maksimum. Przestrzeń w której mogła wyrażać siebie i spełniać wyznaczone cele. Czego by się nie podejmowała, zawsze traktowała to poważnie, będąc również zdeterminowaną aby być najlepsza. Tym bardziej teraz czuła wdzięczność, że mimo iż jego cierpliwość względem decyzji swoich dzieci, mogła zostać nadszarpnięta - Richard dalej był w stanie dać im tą przestrzeń. Z drugiej strony Scarlett nie słynęła z głupich decyzji, nie była naiwna, bywała impulsywna co w przeszłości rodziło niekiedy problemy, a jednak pracowała nad tym. A jeżeli nie nad tym, to nad tym aby nie zostawiać po sobie śladów, a świadków skrupulatnie uciszać tak jak ojciec przykazał po sytuacji z lustrem. Zerknęła w kierunku ojca, nie wiedząc co odpowiedzieć. Nie byli razem z blondynem, to nie był ten etap, ich relacja była na etapie niedopowiedzenia, jeszcze wolna, niezamknięta w żadnej ramie z wytycznymi. Poznawali się, spędzali ze sobą czas i zalegali w swoich życiach coraz to bardziej, poznając siebie nawzajem i swoje otoczenie, a jednak pozostając na granicy, gdzie bezpiecznie mogli nazwać się przyjaciółmi, chociaż otoczenie mogło odnieść zupełnie inne wrażenie. - Coś - skinęła głową, a na jej usta wpłynął nieco rozbawiony uśmiech - Na razie poznajemy się... badamy swoje granicę, nie chce zamykać tego w żadnej ramię... nie dopóki nie będę mieć pewności - spojrzała na niego, a na jej usta wpłynął delikatny uśmiech - jeśli zbyt długo jej mieć nie będę, lub zmienię zdanie, to przestaniesz słyszeć jego imię - zapewniła zgodnie z prawdą. Na razie to co miała jej wystarczyło, nie chciała tego zmieniać w żaden sposób. Malfoy dawał jej poczucie swobody, ciepła i bezpieczeństwa - akceptacji. Nie potrzebowała... nie, nie chciała na tej chwili wielkich deklaracji, gdyż na takowe przyjdzie czas, a jeżeli nie przyjdzie, nie będzie biernie czekać, nie jeśli będzie jej czegoś brak. Prawda była taka, że Mulciber odnalazła w nim swój kawałek nieba, czego bardzo nie chciała przyznać nawet przed samą sobą. Wiedziała, że z każdym dniem stawiała kolejny krok na szklanej tafli zamarzniętego jeziora, nie mogąc jednak ocenić grubości lodu pod stopami. Wiedziała, że jeden krok wystarczył aby lód zaczął pękać, a to jak daleko od brzegu się znajdzie, będzie określało jej szansę na wydostanie się na brzeg. Była gotowa podjąć jednak to ryzyko. W końcu nie pierwszy raz wpierdoliła się do tego jeziora, nie pierwszy raz próbowała dostać się na brzeg. -W takim razie go przyprowadzę - oświadczyła, a uśmiech na jej ustach się poszerzył. Kroczyli jedną z ulic, a ta wodziła spojrzeniem po twarzach nieznajomych. Przy jej nodze wiernie stąpał kociak, tylko na moment zatrzymując się, aby zaciekawiony podążyć za dźwiękiem. -Widziałeś się już może z Charliem? - zapytała po dłuższej ciszy. Co prawda ona go w kamienicy nie widziała, a jej brat raczej unikał ewidentnie ów budynku, a jednak wolała zapytać, szczególnie że ostatnio mało bywała w domu. W zasadzie to robiła to tylko w kwestii informacyjnej. Wciąż była wściekła na brata, co jednak skrzętnie ukrywała w środku, nie chciała by ojciec jeszcze tym musiał się kłopotać. Wiedziała, ze nie było sensu mówić mu o tym, szczególnie, że sama czekała aż Charlie zrozumie i przeprosi. Wtedy nie była świadoma tego jak bardzo zaogni się sytuacja, a ich rysa na szkle zamieni się w pęknięcie. -Martwi się - rzuciła jedynie, w zasadzie zgodnie z prawdą. RE: [01.09.1972] Pusty stół i puste krzesła | Scar;ett&Richard - Richard Mulciber - 17.02.2025 Dał im swobodę, aby mogli wybrać zawód, w jakim będą czuć się najlepiej. W czym będą dobrzy. Nie chciał zmuszać swoich dzieci na siłę, do podążania za rodzinnymi tradycjami. Odszedł w tym przypadku od tradycji ojca, który próbował jemu narzucić z góry pracę w Departamencie Tajemnic. Francis nie akceptował innego wyboru ścieżki zawodowej swojego syna Richarda. Dlatego rzekomo "wygnał" go z domu poza wyspę, nie zamierzając mu pomagać w obcym kraju i wspierać finansowo. Richard chcąc samodzielnie czegoś dokonać, w wybranej przez siebie drodze kariery, nie osiągnąłby tego bez wsparcia brata. Dlatego też posiadając trójkę swoich dzieci, chciał, aby nauczyli się sobie pomagać. Czy udało mu się ten etap osiągnąć? Nie do końca. Choćby patrząc na podejście Leonarda do Scarlett. Skoro jego córka, chciała zmiany. Podjęła pracę w zupełnie innym kierunku zawodowym, niż planowała wcześniej. Nie będzie jej tego odbierał. Zaakceptował jej wybór i zaznaczył, że nie będzie tego kwestionować. Aż taki podły jak swój ojciec, nie był. Co nie zmienia jednak faktu, że ostatecznie skończył w tym, czym zajmował się jego ojciec i brat. Biznesem rodzinnym, handlem świec i kadzideł. Beznadziejny był w ich tworzeniu, ale za to bardzo dobrze szło mu nawiązywanie umów i komunikacja międzyludzka. Sprzedawanie towaru i pozyskiwanie nowego oraz składników. Gdyby stanął przed grobem ojca, zapewne rzekłby, że osiągnął to czego nie mógł za życia. Czy ich odejście musiało sprawić to, żeby Richard kontynuował ich dzieło dalej? Chwila spaceru w ciszy i podejmowanie kolejnych tematów. Na podziękowanie Scarlett skinął głową, że je przyjął. Pojawił się zaś wątek odnoszący do jej chłopaka, przyjaciela? Kimkolwiek dla niej był wspominany Baldwin. Dopytywał, aby być świadom, czy znalazła tego, godnego poślubienia. To jednak było jeszcze za wcześnie o tym rozmawiać. Słuchał jej odpowiedzi, przypominając sobie tym samym sytuację z Sophie i poznanie jej towarzysza Mathiasa, który od samego początku wydawał mu się być podejrzany. Szczęście, że ich znajomość długo nie przetrwała. Być może te z tego powodu, zgodził się poznać towarzysza swojej córki? - Zaufam Ci, że postąpisz odpowiednio. Bądź jednak ostrożna.Oznajmił wierząc, że nie będzie ślepa na oszustów, zdrajców i kłamców. Z jakiegoś powodu ją wyszkolił, aby umiała sobie poradzić, pamiętając jednak o podstawowych zasadach, jeżeli kiedyś przyjdzie jej być zoną. Zgodził się go poznać. Chce wiedzieć, z kim spotyka się Scarlett. I na tym temat się zakończył. Obserwując okolice w spokojnym spacerze. Niespodziewanie padło pytanie o Charlesa. - Nie widziałem.Przyznał zgodnie z prawdą. Od pogrzebu Roberta, nie widział się z chłopcami. Dostał jedynie list od nich ze wsparciem. Aby o nich pamiętał. - Czym się martwi? Zapytał spoglądając na córkę w zastanowieniu, marszcząc brwi. Co takiego martwi jego syna? |