![]() |
|
[02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien (/showthread.php?tid=4246) |
[02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Lorien Mulciber - 30.11.2024 Scarlett nie otrzymała na swój list odpowiedzi. Zamiast tego pierwszego września późnym wieczorem do jej okna zastukał Paul z niewielką, elegancką karteczką z grubego czerpanego pergaminu na którym Lorien napisała adres i datę spotkania. Kawiarnia przy jednej uliczek w dzielnicy St. James’s
Wyraźne zaproszenie, którym nie dane jej się było nikomu pochwalić, bo sama karteczka spłonęła szybko pozostawiając po sobie tylko popiół.2. września godzina 10:00. Kawiarnia znajdowała się w niemagicznej części Londynu, całkiem zresztą niedaleko kamienicy Mulciberów. Wystarczyło wejść do jednej z bram, by trafić do wyjątkowego miejsca, pełnego ciężkich drewnianych mebli i roślin. Pachnącego prawdziwą, świeżo paloną kawą i łakociami ułożonymi na ladzie. Jakieś ciasta, babeczki i czekoladki kusiły każdego kto podszedł, żeby coś zamówić. Wysokie regały wypchane książkami, miękkie fotele i kanapy jasno wskazywały, że było to miejsce by pobyć tu troszkę dłużej. Scarlett mogła dostrzec ją od samego progu. Lorien siedziała przy jednym ze stolików pod dużym wychodzącym na ulicę oknem, obserwując uciekając przed groźbą deszczu przechodniów. W ciężkim fotelu czarownica zdawała się być jeszcze drobniejsza niż zwykle. Kiedy ostatnio się tak naprawdę widziały? Na dzień przed śmiercią Roberta? Potem zniknęła z kamienicy, pojawiając się dopiero na pogrzebie przy boku Anthony’ego. Ale i wtedy milczała, skryta za czarnym woalem, kompletnie zdawałoby się niepomna kogo chowają do grobu. Jedyne wyszeptane słowa trafiły do Alexandra nim ostatecznie została zabrana bogowie sami jedni wiedzą gdzie. Dziś - siedziała w ciszy, a jej czarna koszula i wąska, długa spódnica, nie były w stanie ukryć, że najwyraźniej jeszcze bardziej schudła. Ciężkie loki opadały na jej ramiona, podkreślając wręcz posągową bladość skóry. Nawet ciężki ciemny makijaż i czerwone usta sprawiały groteskowe wrażenie. Zbyt mocno starała się ukryć swoje zmęczenie. Płaszcz i szalik czarownicy wisiały na haczyku obok fotela, a jedna z jej absurdalnie drogich torebek stała jak gdyby nigdy nic na podłodze przy fotelu. Na stoliku leżały dwie karty, choć ewidentnie nic nie zostało jeszcze zamówione, jakaś zapalona dla “klimatu” świeczka i bukiet uschniętych kwiatków w wazoniku. Odwróciła głowę od okna, dopiero gdy Scarlett podeszła praktycznie do samego stolika. Wybudzona z własnych przemyśleń, posłała dziewczynie łagodny, wyuczony uśmiech. Jeden z tych, którymi witała ją po powrocie z Ministerstwa lub żegnała przed wyjściem doń, jeśli zdarzyło się, że młoda Mulciberówna nie spała o tak morderczej porze jak piąta czy szósta rano. Ten obrzydliwie pokerowy wyraz twarzy zdawał się czymś wyjątkowo typowym dla Lorien, dla której emocje były największym wrogiem. Radość, smutek czy złość zdawały się nigdy nie obejmować jej martwych oczu o wyrazistym, kobaltowym odcieniu. - Scarlett…- Zaczęła, ale ostatecznie powstrzymała się przed powiedzeniem czegoś więcej, uznając, że wystarczy zwykłe skinięcie głową. Wskazała powoli, niemal ostrożnym gestem fotel naprzeciw siebie.- Mam nadzieję, że nie miałaś problemów z dotarciem, ale pomyślałam… - zamilkła na chwilę. Można było odnieść wrażenie, że każdy oddech sprawia jej lekką trudność, choć równie dobrze mogła po prostu nie wiedzieć co mówić i jakie dobrać słowa.-... pomyślałam, że mogłoby ci się spodobać to miejsce. RE: [02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Scarlett Mulciber - 01.12.2024 Zaproszenie jak się pojawiło, tak też zniknęło. Dlaczego? Czyżby jakieś obawy targały świeżą wdową? A może to tylko kwestia bezpieczeństwa, aby niepożądane oczy nie zwróciły wzroku na zaproszenie. Zniknęło to zniknęło, było jedynie zapamiętać datę i czas i mieć co do niej pewność. Trochę żałowała, że Baldwin go nie zobaczył bo on pamięta, On zawsze pamięta. Dlatego też gdzieś przechodząc, umykając ukradkiem " 2 września, godzina dziesiąta" - ale tym razem nie wyjaśniła, zbyła to rodzinnym spotkaniem, które nigdy go nie interesowały za bardzo. Data nie tak odległa, wręcz zatrważająco bliska, a jednak łapała się na traceniu poczucia czasu. Miejsce przypadło jej do gustu, ciotka miała gust, ale to nie podlegało wątpliwości, nigdy. Była w końcu kobietą z klasą, tak jak prababcia. Biła od niej aura siły, ale dziś. Dziś jakoby ta gwiazda przygasła. Jakby jej blask utonął spowity przez chmury. Powoli podeszła do stolika i nim zdążyła się odezwać ta ją ubiegła. I kolejna dusza, której wzrok zadaje się mętniejszy. -Miejsce jest piękne, ciociu - oświadczyła spokojnie, dosiadając się - Ale to nieistotne. Mogłybyśmy się spotkać gdziekolwiek, nawet na ławce w parku. Nie jest ważne gdzie, lecz z kim... A jednak wiedz, że doceniam - pochwyciła delikatnie jej dłonie, które zamknęła w swoich własnych. Jej krwistoczerwone paznokcie jak zwykle przyciągały uwagę, ale nie tylko to, brak wszystkich pierścionków również - Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo... Czy była sama? Nie powie, że potrzebuje wsparcia. Powie, że da radę i da radę. Nie miała co do tego wątpliwości, a jednak czuła, że to niesprawiedliwe. - Wyglądasz dziś pięknie - rzuciła, a na jej usta wpłynął delikatny uśmiech. W końcu ta bardzo się starała, bardzo chciała wyglądać idealnie, niczym nienaruszona skała. A Scarlett nie miała zamiaru wyprowadzać ją z błędu, mimo iż Lorien w tej całej idealności była niczym przykry obraz. To było o wiele bardziej uderzające niż szloch czy izolacja. -Odnalazłaś swoje bezpieczne miejsce? - zapytała cicho, nie pytała gdzie, nie potrzebowała wiedzieć. Chciała tylko się się upewnić, że ta nie jest sama, że nie otaczają ją cztery puste ściany i cień śmierci. - Wiem, że próbowałaś się skontaktować z Charlim - podjęła zaraz, hacząc opuszkiem kciuka o jej pierścionek - i wiem, że nie było to zbyt owocne... RE: [02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Lorien Mulciber - 10.12.2024 Z odpowiedzią zaczekała aż dziewczyna spokojnie się ogarnie i rozsiądzie w fotelu naprzeciw. Przyglądała jej się, analizowała każdy ruch, choć mało w tym spojrzeniu było z “sędzi Mulciber” za to dużo więcej z “cioci Lorien”. Tej nieco zbyt surowej (jakby sama nigdy młoda nie była!), ale zawsze gotowej wysłuchać i poradzić, którą młoda Mulciberówna znała z domu. - To mało rozważne. Zaczyna padać.- Odpowiedziała spokojnie, może nieco nawet rozbawiona pomysłem spotkania się na ławce w parku. Może jeszcze miała pić kawę z papierowego kubeczka albo karmić kaczki suchym chlebem albo… Nie była pewna co się jeszcze robi w parku. Zrobiła tą lekko pobłażliwą minę, którą Scarlett czasem pewnie mogła dostrzec i na obliczu swojej prababki. Jakby przesiadywanie na ławce w parku było poniżej ich godności. Ponoć gwiazdy umierały w ciszy bezkresnego kosmosu, błyszcząc wówczas najmocniej. Ale co gdyby gwiazdy rodziły się ze świadomością, że ich żywot będzie beznadziejnie krótki? Apatia Lorien nie wynikała z wielkiej, romantycznej tęsknoty za zmarłym mężem; jej zmęczenie więcej miało wspólnego z ciężarem klątwy niż złożeniem ciała Mulcibera do trumny. Ścisnęła delikatnie dłonie Scarlett, posyłając jej uważne spojrzenie. Zaśmiała się krótko. Może nieco sztucznie, ale przynajmniej przez moment jej pozbawiona głębszego wyrazu twarz nareszcie nabrała jakiś ludzkich rysów. - Cóż. Rosierowie to cudotwórcy.- Zniżyła głos do niemal konspiracyjnego szeptu. I rzeczywiście - zapewne, gdyby była ubrana w tanie szaty, wyglądałaby o wiele bardziej żałośnie; teraz sprawiała wrażenie, że po rozpłakaniu się miała wyciągnąć z torebki parę mugolskich funtów i otrzeć nimi swoje łzy. - Mia cara. Prosiłam, żebyś się o mnie nie martwiła, prawda? Jestem… - Szczęśliwa? Pod dobrą opieką? Z kimś kto nie mógłby mnie kochać bardziej? -... bezpieczna.- Odpowiedziała lakonicznie.- Może troszkę bardziej zmęczona, ale któż z nas nie jest. To nie był najłatwiejszy czas. Cofnęła ostrożnie dłonie, gdy temat zszedł na Charlie’go. Cała się zresztą odsunęła, na tyle by móc się oprzeć wygodnie o miękki materiał fotela. Bez większego pośpiechu, co by nie wyszło, że temat jest dla niej jakkolwiek nieprzyjemny. Ot pozycja była zwyczajnie niekomfortowa, nic więcej! - Próbowałam to bardzo dobre słowo. Nie wyglądała na szczególnie przejętą całą sytuacją z Charliem. Ta spłynęła po niej jak woda po wilgowronich skrzydłach. Z trudem powstrzymała jednak prychnięcie, choć rzeczywiście zmarszczyła brwi. Była co najwyżej… poirytowana? Rozczarowana? Ale z pewnością nie wydawała się zaskoczona, że Scarlett o tym wszystkim wiedziała. - Nie chcę powiedzieć, że przeceniłam Twojego brata, to byłby niesprawiedliwy osąd, ale…- Zawiesiła głos, pozwalając słynnemu “ale” wybrzmieć w powietrzu przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.- obawiam się, że imię, którym się tak chętnie afiszuje nie jest jedyną rzeczą jaką przejął w spadku po moim mężu. RE: [02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Scarlett Mulciber - 15.12.2024 Cóż, prawda, zaczynało padać. Swoją drogą wizja cioci na ławce w parku w jakiś sposób bawiła, była sprzeczna, jakaś taka nienaturalna. -Rosierowie to tylko element kompozycji, a nie cała kompozycja - rzuciła. Potrafiła słodzić, tak subtelnie i delikatnie. Niezbyt nachalnie, ale na tyle by dało się to odczuć. -Wielu ludzi prosiło mnie o wiele rzeczy, ciociu - odpowiedziała w ciepłym tonie na uwagę, że miała się nie martwić. Wysłuchała, ale nie usłuchała. Taka była jej natura, ta upierdliwa cecha charakteru z którą wszyscy musieli się męczyć. Przyrównywania do kuzynki przez ojca, która w swej niewinności i pokorności powinna wytyczać szlaki kobiecego ideału według męskiej części rodu, ideału którym Scarlett nigdy się nie stanie, którym nigdy nie chciałaby się stać. Wiedziała, że zawsze będzie zbyt... zbyt głośna, zbyt niepokorna, zbyt bezczelna, zbyt... A jednak jemu to nie przeszkadzało. - Taki mój niesforny charakter - dodała z niewinnym acz łobuziarskim uśmiechem. Nie był to najłatwiejszy czas, była to prawda. I chociaż sama nie roniła łez i powinno być jej wstyd z tego powodu, to nie było. Narastała w niej za to frustracja, frustracja która zaczynała odgradzać ją od tego co ukochała. Winiła wuja, że to jego wina. To przez niego nad kamienicą zawisła śmierć, przez niego musiała męczyć się i dusić w miejscu w którym brakowało powietrza, przez niego relacje z jej bratem stały się niepewne, coś w nich zostało ugodzone ostrzem. To jego śmierć przyniosła to czym była już zmęczona. A może nie? A może to wszystko miało coś jej uświadomić? Przewartościować niektóre sprawy. Gdyby nie to, z pewnością nie byłaby tak częstym i intensywnym gościem, wręcz mieszkańcem, w przybytku blondyna. Czy tego żałowała? W tej krótkiej chwili życzyłaby wujowi słodkich snów, a co będzie później czas pokaże. Może któregoś dnia pożałuje, z hukiem uderzy o ziemię, kolejny raz rozsypie się, niczym stłuczony kryształ, na milion elementów których nijak nie da się poskładać. Ale to nic. Za wszystko trzeba płacić. Puściła jej dłonie, gdy ta postanowiła się oprzeć, zmienić pozycję, a tematem przewodnim stał się jej brat. Na jej usta wpłynął nieco pogardliwy uśmiech, ślepia zaś zasnuła mgła, gdy jej uszy pochwyciły pierwsze słowa. Jednak jak miało się zaraz okazać nie było to skierowane do Lorien, a Scarlett nie zamierzała ślepo bronić brata, jak ta mogła przewidywać, zakładać, czego mogła być wręcz pewna, jak zawsze to miało miejsce. Lojalnie bronić, stawać po jego stronie, nie bacząc na konsekwencję. -A co, wuj Robert też topił się we własnej hipokryzji i snuł barwne opowieści przeinaczając fakty? - rzuciła kąśliwie, a uśmiech z jej ust nie znikał - Charlie... - urwała, jakoby te słowo zapiekło, na tyle mocno aby przystać, na tyle lekko aby rzucić to w otchłań zapomnienia -Cóż... Ostatnio jest niedysponowany umysłowo...po cichu liczę na przejściowy kryzys. Że wraz z żałobą minie to co w nim zakiełkowało - jej wzrok powoli zaległ na stole, a jednak nie dlatego, że uciekała spojrzeniem. Tego nigdy by nie zrobiła. Było to spowodowane zadumą - Tylko nie wiem... czy do tego czasu będzie co zbierać... Starała się, starała się wykrzesać z siebie co rusz nowe pokłady cierpliwości, których przecież nie miała. Chylić głowę, tłumaczyć, czego nigdy nie robiła. Gdyby nie chodziło o Charliego, o jej Charliego, jej ukochaną duszyczkę, już dawno pozwoliłaby temu mostu spłonąć. Ba, sama dolałaby benzyny, wzniecając pożar. A potem patrzyłaby jak wszystko gaśnie, zdycha powoli i nie ma nic. Tylko pieprzony popiół, rozwiewany przez wiatr. A jednak on w swej nieświadomości i upartości śmiało przekraczał kolejne granicę, kierując ich oboje do tragedii. A ona w tej całej dumie, nie lubiąc i nie chcąc przyznawać jak koszmarnie pali ją dusza, pozwala Baldwinowi na integracyjne spotkanka, stara się swoje wybuchy złości przeinaczyć w zwykły akt zdenerwowania, udawać że między nimi jest okej, że ich anioł nie wcale nie kona, że to tylko niewinna potyczka. Bardzo chciała, aby wszystko między nimi było jak dawniej, ale chcieć nie znaczy móc. RE: [02.09.1972] Dolce far niente | Scarlett & Lorien - Lorien Mulciber - 03.01.2025 - To bardzo ważny element kompozycji.- Odpowiedziała na to. Wzrok Lorien wyrażał niemą aprobatę, gdy uważnie oszacowała strój Mulciberówny. Żadnych ręcznie szytych, przesadnie dziecinnych sukieneczek. Czerń zawsze była najszczęśliwszym z kolorów. Wielu uważało, że dziewczętom wychowanym bez matek brakuje tego kobiecego pierwiastka i umiejętności, których tylko matki mogły je nauczyć. Kompletna bzdura. Były z pewnością o wiele mniej straumatyzowane, ale z pewnością niczego im nie brakowało. W świecie stworzonym po to, by mężczyznom było wygodnie, kobietom o silnym charakterze bywało wyjątkowo ciężko. Mogła tylko mieć nadzieję, że Scarlett pozostanie niesforna wystarczająco długo, aby napsuć niektórym z nich krwi. Społeczeństwo potrzebowało i takich kobiet jak Sophie. Delikatnych, dziecinnie naiwnych, pozwalających się wdzięcznie traktować jak walutę przetargową. Uniknięto zbyt wielu wojen wyrywając tym dziewczętom niewinność i wolność, by krytykować ich poświęcenie. Ale ta młoda panienka musiała się jeszcze wiele nauczyć. Wiedzieć kogo próśb wysłuchać, o czyją uwagę zabiegać. Ma jeszcze czas. Wystarczyło ją tylko odpowiednio nakierunkować. Wskazać, że nawet w rodzinie byli lepsi i gorsi. Tylko niektórzy zasługiwali na przywileje swojego nazwiska, pochodzenia. - Mój mąż pod koniec życia topił się w wielu rzeczach, Scarlett. Głównie w alkoholu i własnej bezradności.- Odpowiedziała spokojnie. Jej mąż. Nigdy Robert. Nigdy nawet Mulciber. Zupełnie jakby na jakimś etapie życia ów człowiek stracił przywilej posiadania nawet własnego imienia w oczach Lorien. A może nigdy go nawet nie uzyskał? Już dawno nauczyła się, że imiona miały moc. Przypisywały znaczenie ludziom, sprawiały, że wychodzili poza ramy swoich życiowych ról. Kim był Robert Mulciber nim stał się mężem Lorien Crouch? To nie było dla niej ważne. Nieistotne tak jak nieistotny zdawał się dla niej ten mężczyzna, którego poślubiła tylko dla jego nazwiska. Pozornie mniej wartego w oczach innych niż jej własne, ale dla niej - najcenniejsze na świecie. A jednak nie okazywała nawet cienia rozbawienia komentarzem dziewczyny. Nie uśmiechała się złośliwie, nie przewracała oczami. Młodość miała swoje prawa, przyznałaby pewnie, przypominając sobie samą siebie, gdy była w wieku Scarlett. Równie niesforna, początkująca aplikantka na przyszłego sędzię Wizengamotu. Miejsce, które jej się zwyczajnie należało z racji urodzenia. Miejsce na które dybało wielu starych, zbyt pewnych siebie mężczyzn, gotowych wytknąć małej, chorej panience każdy najdrobniejszy błąd. Więc nauczyła się ich nie popełniać. Rysowała ostrymi pazurami po szklanym suficie tak długo aż ten nie rozpadł się na milion drobnych kawałeczków. Przechyliła delikatnie głowę przyglądając się przez moment Scarlett. Wdała się w matkę - to dobry znak. - Twój brat, mia cara, nienawidzi słuchać kobiet. Jest to rozczarowujące, ale niekoniecznie niespodziewane. Ślepy upór i męska duma są chyba jedynym co Mulciberom pozostało po 1960 roku. Daleko ich to nie zaprowadziło wtedy, daleko nie zaprowadzi teraz. Zamilkła gdy podeszła do nich jedna z kelnerek. Ot młoda mugolka jakich wiele w tej części Londynu. - Czy mogę przyjąć zamówienie? - Jedno caffe ristretto.- Powiedziała nie patrząc nawet na kartę kaw. Bywała tu dostatecznie często, żeby wiedzieć co zamówić. Identyczne menu wraz z rozpiską deserów leżało przed Scarlett.- Powinnaś spróbować ich szarlotki moja droga. Splotła dłonie na stoliku, czekając cierpliwie aż dziewczyna zamówi na co ma ochotę. |