Secrets of London
[04.09.72] a little tragedy || Scarlett & Perseus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [04.09.72] a little tragedy || Scarlett & Perseus (/showthread.php?tid=4271)



[04.09.72] a little tragedy || Scarlett & Perseus - Perseus Black - 11.12.2024

W jednej z ciasno przytulonych do siebie uliczek, w miejscu, w którym neutralność Alei Horyzontalnej stopniowo zamieniała się w obmierzłość Nokturnu, znajdował się pub. Właściwie, to nazywanie tej speluny pubem było przerostem formy nad treścią. Thirsty Joe, bo tak nazywał się tej wątpliwej reputacji przybytek, swoje lata świetności miał już dawno za sobą. Po śmierci właściciela - od którego wziął swą nazwę - stał się jednym z wielu podupadających lokali cuchnących tanimi papierosami, z odrapanymi meblami i zdecydowanie zbyt drogimi pintami jak na ilość rozcieńczonej w nich wody. Mimo to stał się miejscem spotkań lokalnych szumowin - zbyt łajdackich, by spotykać się w mniej obskurnych miejscach, a jednocześnie zbyt porządnych, by zabawiać się na Nokturnie. Punkt przejściowy. Pijacki czyścieć.

Zdecydowanie nie było to miejsce, które pasowało do kogoś takiego jak Perseus Black. Nie był to lokal, w którym powinien znaleźć się szanowany (przynajmniej miał taką nadzieję) uzdrowiciel. Gdyby ktoś powiedział mu, że od alkoholu, który tam podawano, można było poważnie się zatruć, uwierzyłby na słowo i nawet nie chciałby sprawdzać na własnej skórze. A mimo to właśnie to miejsce stało się celem podróży Perseusa - a właściwie jego dach. Podczas swoich młodzieńczych pijackich przygód odkrył, że w zaułku za pubem znajduje się drabina prowadząca na samą górę. A z niej z kolei rozciągał się widok na część magicznego Londynu; migoczące światła Alei Horyzontalnej, stłumiony blask Nokturnu i złota poświata splendoru Pokątnej.

Nie, to nie był jego świat. A mimo wszystko lubił tam przychodzić. Lubił stłumione odgłosy wrzawy dochodzące z dołu, stukot szkła i muzykę starej szafy grającej. Lubił patrzeć na migotliwe światła i... myśleć. Po prostu myśleć, przestać na moment być Perseusem Blackiem i stać się człowiekiem. Po prostu człowiekiem, samotnym tak bardzo, jak tylko można poczuć się samotnym w tak wielkim mieście. Miał przy sobie butelkę wina ukrytą skrzętnie w wewnętrznej kieszeni jego marynarki - jedną z tych, która została mu to tym nieszczęsnym weselu. Planował upić się nią samotnie na dachu, a potem... Potem co? Jeśli będzie miał szczęście, spadnie z niego i skręci sobie kark.

Minęły lata, a drabina wciąż była na swoim miejscu. Nieco zardzewiała, w dwóch miejscach brakowało szczebli, ale wciąż spełniała swoją funkcję. Szkoda tylko, że Perseus nigdy nie miał dobrej kondycji, dlatego kiedy wreszcie dotarł na górę, potrzebował dłużej chwili na złapanie oddechu. Rozejrzał się po dachu, a chłodny, zwiastujący jesień wiatr szarpnął za poły jego marynarki i rozwiał włosy. Dach tego wieczora był pusty, choć - jak domyślił się po dwóch przewróconych skrzynkach leżących na środku - nie była to tylko jego samotnia. Usiadł na jednej z nich z wahaniem, jakby zastanawiając się, czy nie załamie się pod jego ciężarem. Potem mocował się z butelką wina, ale zanim zdążył upić z niej pierwszy łyk, usłyszał charakterystyczne trzeszczenie metalowej drabiny. Twarz Perseusa mimowolnie ściągnęła się w grymasie stanowiącym pomieszanie lęku i niezadowolenia. Kiedy jednak zdał sobie sprawę z tego, że osobą przerywającą jego samotne rozmyślania była młoda dziewczyna, dziecko właściwie, jego rysy natychmiast złagodniały, a sam przybrał niemalże paternalistyczną postawę.

To chyba nie jest najlepsze miejsce dla młodej damy — rzekł zamiast powitania, nie rozpoznając w dziewczynie młodej Mulciberówny. A nawet gdyby z jakiegoś powodu jej twarz wydała mu się znajoma, nie potrafiłby dopasować jej do żadnego imienia. Wyglądało to co najmniej komicznie - on, odziany w bawełniany garnitur i kaszmirowy sweter, z elegancką laską opartą o swoje ramię i butelką koszmarnie drogiego wina w swojej dłoni, znajdował się na szycie lokalu o wątpliwej reputacji i śmiał pouczać obcą osobę o tym, czy to odpowiednie miejsce...


RE: [04.09.72] a little tragedy || Scarlett & Perseus - Scarlett Mulciber - 15.12.2024

Tego wieczoru postanowiła się zrelaksować, a gdy to postanowiła, zarejestrowała, że Malfoy ku jej niezadowoleniu wciąż nie wrócił do domu. Ten fakt niejako ją zirytował, gdyż nie mogła się nad nim poznęcać, czy też pozwolić mu poznęcać się nad sobą. Nie mogła fuknąć, że jest zajęta, bo nie była. W tej całej irytacji przygotowała mu kolację, rozważając czy nie powinna dodać arszeniku, jakby wyszło, że zamiast pracować, włóczył się z jakąś szmatą z teatru. Chociaż co ją to obchodziło, nie powinno. Był jej przyjacielem i od jakiegoś czasu współlokatorem, chociaż myśl, że obłapia jakąś zdzirę wygrywało na jej duszy marsz... acz nie weselny, a pogrzebowy. Cóż, od zawsze była cholernie terytorialna, nie lubiła się dzielić. A arszeniku w domu nie było, toteż myśl umarła. Nie zwykła gotować, dla nikogo, a jednak ten pieprzony psychopata potrafił grać na jej duszy, wygrywać melodię, które budziły w niej ludzkie odruchy. Jadł marnie i w biegu. To chociaż zje spokojnie, nawet jeśli jebało od niego jakąś rynsztokową kurewką, której Mulciber chętnie wydrapałaby oczy. A jednak o tym przekonać się nie mogła, bo postanowiła się przewietrzyć.
Wyjść się upić, a jednak nie szukała towarzystwa, nie chciała gnieździć się w jakiejś podrzędnej knajpie w akompaniamencie frustrujących ludzi, którzy, zważywszy na godzinę, już dawno powinni zaniechać dalszego picia i wrócić do domu.
Toteż udała się na dach. Humor zdawał jej się dopisywać, gdy wizja spokojnego wieczoru w towarzystwie gwiazd i cytrynówki robionej przez jej ukochaną kuzynkę, miał stać się rzeczywistością.

Gdy znalazła się na dachu szybko dostrzegła męską sylwetkę. Jegomość pasował do tego miejsca jak szczur do nowobogackich salonów. Był jak błąd wszechświata w tym swoim kaszmirowym sweterku na dachu podrzędnej knajpy. Cóż Cię tu zaprowadziło, mój drogi?
-Młoda dama poszła dawno temu spać, proszę Pana - niemal szepnęła, mrużąc jasne ślepia, nadając im tym samym kociego wyrazu. Jej lica rozświetlił szelmowski uśmiech, a ona z dziwną, niepokojącą satysfakcją wpatrywała się w nieznajomego. Wzrokiem drapieżnika, który właśnie dostrzegł ofiarę, którą za chwilę rozszarpię na strzępy, pokrywając kły krwią, smakując zwycięstwa.
Stukot jej obcasów, niczym dźwięk poruszanej wskazówki na tarczy zegara zwanej życiem. Ten wybił dwunastą w chwili, gdy kroki ucichły, a jasnowłosa zatrzymała się nieopodal.
-Mawiają, że picie do lustra jest oznaką alkoholizmu, proszę pana - zaczęła, lustrując lodowym spojrzeniem butelkę wina, którą trzymał w dłoni
- Możemy zatem udać, że to nie przypadek, a priorytet gwiazd zepchnął nas w to miejsce razem. Ponieść się tej narracji zamieniając samotne upijanie się w kameralną posiadówke- uniosła butelkę cytrynówki trzymanej w dłoni - Czyż nie jest to przyjemna wizja? - zagaiła, a jej głos przybrał formę głębokiego szeptu, przepełnionego dziwną pasją.
Nie czekała na odpowiedź, siadając. Zabrał jej miejsce w którym planowała być, nie chciała szukać kolejnego.
Wprawdzie chciała tej nocy oddać się myślom na temat słuszności obranej przez niej ścieżki, którą od jakiegoś czasu kroczyła. Pochylić się nad tematami o których nie powinno się mówić. A może o i lepiej, że nie będzie sama?
Odziana była w czerń, niczym elegancka nocna mara. Jej jasne włosy, alabastrowa skóra i ślepia w kolorze lazurowego błękitu w całej tej kompozycji czyniły ją czymś na wzór zjawy. Mglistego obrazu, który zniknie przy pierwszym powiewie wiatru. Czarna sukienka z gorsetem, rozkloszowanym plisowanym dołem i długim kołnierzykiem okrywającym szyje przy którym spoczywała kokarda. Rozkloszowane rękawy, które zwężały się przy nadgarstkach, a które teraz zakrywał kruczoczarny płaszcz. Na jej głowie spoczywał kapelusz, po którego rąbku przejechała palcami, jakoby chciała go poprawić.
-Często się pan wymyka, gdy myśli, że nikt nie patrzy? - podjęła, wyłapując jego spojrzenie. Mulciber zawsze patrzyła prosto w oczy. Jakoby określało to siłę charakteru drugiej strony, rozpoczynając grę o dominacje. Jej wzrok był dumny, a jasność tęczówek podbijało chłód, chłód który zdawał się przenikać duszę na wskroś, jakoby wyczytywała najbrudniejsze sekrety rozmówcy, wywlekając je na światło dziennie, oceniając, smakując ich gorzkiego smaku.


RE: [04.09.72] a little tragedy || Scarlett & Perseus - Perseus Black - 08.01.2025

Młoda dama w rzeczywistości okazała się dzieckiem. Trochę pyskatym, przekonanym o własnej dojrzałości, ale przecież widział w nikłym świetle, że jej twarz nie wyzbyła się charakterystycznych dla wczesnych lat życia krągłości na policzkach i w okolicach żuchwy, bez względu na to, jak uparcie próbowała to ukryć odważnym makijażem i strojeniem poważnych min. Być może zrobiłoby to wrażenie na chłopcach w jej wieku, ale dla Perseusa było to karykaturalne wręcz, choć na swój sposób również rozczulające. Nie był do końca pewien, czy w ogóle była pełnoletnia. Mugolaczka? Jedna z tych nieszczęsnych dzieci Bellów, które przygarniali do swojego cyrku? To by wyjaśniało, dlaczego nie siedziała teraz w pokoju wspólnym jednym z czterech domów Hogwartu.

W takim razie proszę wybaczyć mi mój błąd, panno szelmo — odparł z udawaną kąśliwością, by zaraz poblednąć. Mon Dieu, czy ona wspinała się po tej niebezpiecznej zardzewiałej drabinie w butach na obcasie? W swej hipokryzji nie pomyślał nawet, że sam zapewne dziewczęciu dał taki przykład - kaleka z laską pod pachą i winem za pazuchą. On był dorosły, przeżył już wystarczająco (a w ostatnim czasie być może nawet zbyt) wiele, a ponadto niespecjalnie cenił swoje życie. Bywały takie dni, gdy zdawało mu się, że egzystuje tylko na pohybel tym, którzy najchętniej zobaczyliby go w trumnie. Czasem jego jedyną motywacją do wstania z łóżka był croissant z pistacjowym nadzieniem, który obiecał sobie kupić w pączkarni Nory, jeśli przetrwa kolejny dzień w pracy. Innym razem humor poprawiała mu plotka przeczytana w Czarownicy (prenumerowanej rzecz jasna dla żony). Były też wydarzenia, jak charytatywny jarmark w Lecznicy, który miał się odbyć pojutrze. Wszystko to jednak przypominało pojedyncze zadania odhaczane na liście. Brakowało mu większego celu, motywu, który mógłby nadać swojemu życiu. Vespera? Nie był pewien, czy przeżyje. Dzieci? Bał się, że dołączą do matki zanim przyjdzie im zaczerpnąć pierwszy oddech. Pacjenci? Tak, być może to mogłoby się udać. Praca. Praca pozwala zapomnieć, że się istnieje. Lubił zapominać, że istnieje.


Les autres ils disent comme ça qu'elle est trop belle pour moi, que je suis tout juste boná égorger les chats... J'ai jamais tué d'chats — zanucił pod nosem, wpatrzony w światła miasta — Ou alors y'a longtemps... Ou bien j'ai oublié...*

Wyjął z kieszeni różdżkę i za pomocą jednego ruchu nadgarstka pozbył się korka wciśniętego w szyjkę butelki.

Być uratowanym przed alkoholizmem przez rozgadaną... młódkę? — zapytał, lustrując ją wzrokiem, ostatnią siłą woli powstrzymując się przed nazwaniem jej smarkulą; przecież niczym sobie na tak pejoratywne określenie nie zasłużyła. Właściwie, to mówiła dość pięknie. Jak zbłąkana strona wyrwana z tomiku poezji i poniesiona przez wiatr w plugastwo tej okolicy. — Przyjemnie będzie na jeden wieczór przestać być ratownikiem.

Ale wiedział, że były to czcze słowa. Nie chciał porzucać swojej roli. Nie znał niczego poza nią. Wytrzymał jej spojrzenie; w przeciwieństwie do niej, oczy Perseusa przypominały dwa oszlifowane krążki obsydianu umieszone w miejscu tęczówek. Oczy miał podkrążone, a policzki zapadnięte, włosy zmierzwione, a ubranie wymagało interwencji żelazka. Żałosny, złamany.

Za każdym razem — wyznał — A ty?

Odkryj wiadomość pozafabularną