Secrets of London
[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone (/showthread.php?tid=4293)



[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Lorraine Malfoy - 15.12.2024

noc z 28 na 29 VIII 1972 roku, zakład pogrzebowy Necronomicon

Lorraine Malfoy widziała w swoim życiu więcej pogrzebów niż ślubów, więcej toastów wzniosła w trakcie styp niż wesel – zamiast jednak kryć się za żałobnym kirem, wciąż nosiła biel. Czystą, nieskalaną biel panny młodej, której nigdy nie dane będzie stanąć przed ołtarzem, dawno była już bowiem poślubiona śmierci. Śmierć przynosiła ukojenie tym, którzy umierali, Lorraine – tym, którzy żyli dalej.

Do których należała dotknięta klątwą krwi sędzina? 

Czerń spowijała Lorien Mulciber jak płaszcz dementora, czerń była wszędzie dookoła: czaiła się w ciemnościach spowijających wnętrze zakładu pogrzebowego, na dnie przeklętych oczu kobiety, na którą czekał znajomy, wytarty fotel przy równie znajomym, hebanowym biurku, i świeżo zaparzona, czarna kawa – nieważne, że był środek nocy – Lorraine patrzyła w te oczy ze współczuciem, z troską, ale i ze swego rodzaju zaciekawieniem. Czerń należała do wdów, jednak Lorien Mulciber nosiła czerń na długo przed tym, jak została wdową, na długo przed tym, jak została w ogóle Lorien Mulciber. Czerń była kolorem jej serca, nie szat.

Lorien Mulciber było do twarzy w żałobie. Smutek stanowił najwspanialszą z ozdób, dopełnienie jej urody: nigdy nie była piękniejsza, niż wtedy, gdy była smutna, a smutna była często, bo Lorien była głęboko smutną osobą. Właśnie to przyciągnęło uwagę Lorraine, kiedy spotkały się lata temu, w spowitym dymem papierosów mugolskim zakładzie bukmacherskim, właśnie to powodowało, że szanowała i darzyła przyjaźnią Lorien Crouch: smutek był wpisany w jej naturę – smutek nieukojony, niemożliwy do ukojenia, bo wynikał z rozdarcia między ptakiem a kobietą – smutek był pochodną jej ambicji, tak jak ambicja była pochodną smutku, a obie były pochodną umierania.

"Mój ojciec zawsze stawiał na konie, które przegrywały", powiedziała wtedy Lorraine, wpatrzona w tablicę, na której dokonywano przewidywań przed wyścigiem. Armand Malfoy chadzał do bukmachera, gdy udało mu się ugrać dużo pieniądzy przy karcianym stoliku, tylko po to, aby wykupić jeden zakład, zawsze tylko jeden – zadając swoją powściągliwością kłam tym, którzy oskarżali go o rozpasanie – zakład, że koń z samego końca tabeli wygra następny wyścig, wyprzedzając faworytów. Zwróciła oczy na Lorien, której towarzyszyła, nie pytaj mnie, ile pieniędzy wtedy stracił, mówiło jej spojrzenie: zwykle przegrywał, powinna powiedzieć, ale dumnie wyprostowane plecy nie pozwalały jej tego powiedzieć, pamiętając wszystkie te razy, kiedy ojciec – wbrew przewidywaniom – wygrywał.
"Mawiał wtedy, że dokonuje wyboru poety."
Wszyscy smutni ludzie lubili poezję, a Lorien Crouch nie była wyjątkiem. Obie uśmiechnęły się więc, widząc imię "Petrarka" na samym końcu tabeli. Dobre imię dla konia, chciała powiedzieć Lorraine, kiedy kupiły zakłady – poszukać z Lorien porozumienia na gruncie italskiej ziemi, skąd pochodziła i ona, i poeta, będący imiennikiem konia wyścigowego, którego obstawiły – ale coś innego wydostało się wtedy spomiędzy jej ust: coś, co poniekąd przypieczętowało współpracę, jaką miały wieść przez lata – lepiej niż jakikolwiek sonet Petrarki.
"Myślę, że po prostu lubił czuć, jak bogowie wkładają władzę nad przeznaczeniem w jego ręce, odwracając w locie monetę podrzucaną przez los, tak, aby upadła rewersem do góry"
, stwierdziła Lorraine. "Myślę, że na tym polega prawdziwa kontrola."

Nie tracił wiele, przegrywając, zyskiwał wszystko, wygrywając. Nie chodziło tu jednak o pieniądze. "Błahe wydarzenie może odegrać dużą rolę", powtarzały przez wieki pokolenia Malfoyów, a chociaż Armand Malfoy dawno już porzucił swoje nazwisko – wyrzekając się go razem z pretensją życia – nigdy nie przestał być Malfoyem. "Tylko tak możesz odwzajemnić uśmiech, jaki posyła ci przeznaczenie", mawiał, wzruszając ramionami. Lorraine uśmiechnęła się gorzko, kiedy sfrustrowany mugol wyskoczył zza odgradzających tor bramek, tylko po to, aby zabić własnego konia z mugolskiej broni: faworyt, który przegrał, wykrwawiał się w konwulsjach na oczach zgromadzonych na trybunach ludzi, szlachetne zwierzę odarte ze swej szlachetności jednym strzałem w łeb, bo w grze z przeznaczeniem wygrywasz albo umierasz. Nie było sensu płakać nad dobitymi końmi. Nigdy nie chodziło tu o konie, chodziło o kontrolę, o iluzję kontroli, oddanej na pozór w ręce losu. Kontrola nie była wygranym zakładem, kontrola była wściekłym krzykiem tłuszczy, wzburzonej nieoczekiwanym obrotem spraw, paniką wybuchłą w tłumie, szlochem hazardzisty, który zyskał wszystko tylko po to, aby to stracić, kontrola była krwią konia, która wsiąkała w uklepaną ziemię toru w Ascot. "Kontrolę należy pozornie oddać, aby ją realnie zachować."

Robert Mulciber był tylko przegranym koniem, na którego Lorien Crouch postawiła zakład.

Nigdy nie chodzi o konie, pomyślała Lorraine, odkładając na spodeczek łyżeczkę od kawy, nigdy nie chodzi o pieniądze. Nie bez powodu reprezentowała Koło fortuny w talii tarota Ambrosii: Lorraine mogłaby zmienić wyroki losu wychodząc choćby w tej chwili z Necronomiconu, tak samo jak Lorien mogłaby zmienić wyroki mężowskiego testamentu jednym pociągnięciem pióra. Nie przyniosłoby im to satysfakcji. Nie, pomyślała, tu zawsze chodzi o nas, tylko o nas.

Lorien Mulciber nie przyszła tutaj po pocieszenie, nie w tradycyjnym sensie tego słowa: tak rozumiane pocieszenie obie zwykły pozostawiać innym – rodzinie, przyjaciołom, kochankom i Anthony'emu, który był chyba czymś pomiędzy – nie, przyszła tutaj po coś innego, po coś, co było lekarstwem i trucizną zarazem.

Lorien Mulciber przyszła tutaj odzyskać kontrolę.

Nie powiedziała tego. Nie musiała.

– ...zdążyłam dopełnić wszelkich formalności przed przedrukiem wieczornego wydania. – Nekrolog, w którym żona i córka z wielkim żalem zawiadamiały o nagłej śmierci Roberta Mulcibera miał ukazać się w Proroku Codziennym nazajutrz, ale Lorraine – rozumiejąc powagę sytuacji – wystarała się o wcześniejszą publikację, wyprzedzając oczekiwania Lorien – oczekiwania, które dobrze znała po latach współpracy. Lorien Mulciber nawykła do tego, że jej życzenia są dla innych rozkazem, a słowa – stanowią literę prawa. Nawykła też do tego, że na Lorraine można polegać, bo poleganie na Lorraine zawsze łatwo wchodziło ludziom w nawyk.

– Niestety, nie odniosłam podobnych sukcesów w rozmowie z Richardem. To ślepy człowiek – westchnęła Lorraine, zabębniwszy z irytacją palcami o blat biurka, przy którym zasiadła, po tym jak przyniosła sobie i sędzinie kawę, czy raczej jej ostatek, wygrzebany z dna puszki – ślepy i głuchy, bo zaślepiony bólem, nie chce słuchać głosu rozsądku, bo rozsądek ma twoją twarz i twój głos. Wiem, że nad tobą czuwa wiele par oczu, Lorien, że patrzy na ciebie i przez ciebie wszystkowidzące oko Prewettów... Że masz wiele uszy w Ministerstwie, i nie tylko, że słyszysz echo słów, które padają na korytarzach Azkabanu. Ja także jestem twoimi oczami i uszami – uśmiechnęła się miękko do kobiety, przywołując tym uśmiechem wspomnienie delikatnego uścisku, którym przywitała ją, gdy ta stawiła się na progu Necronomiconu – jestem tu, jeżeli mnie potrzebujesz. Ale, powiedz mi, proszę, dlaczego, na przenajświętsze łono Matki, ten człowiek... Darzy cię taką nienawiścią? [inny avek]https://64.media.tumblr.com/b8a00a14409c966bfc525c73ec834827/c76ebd453fea9e2e-80/s2048x3072/79a0c0b41dd14aaaee56fdfe30ac012f22f1d967.jpg[/inny avek]


RE: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Lorien Mulciber - 09.03.2026

“Mój ojciec zawsze stawiał na konie, które przegrywały" powiedziała jej tamtego wieczoru młoda dziewczyna, która nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lat. I choć różnica wieku była w gruncie rzeczy nieduża, a i sama Lorien jeszcze nie dobijała nawet trzydziestki, to poczuła żal jaki czują ptasie matki, gdy znajdują w swoim gnieździe podrzucone kukułcze jajo.
Może dlatego nie skomentowała jak głupim wydał jej się ten cały wybór poety. W końcu do wyścigów konnych należało podejść z odpowiednim wyczuciem, taktyką. Opracowana strategia, analiza poprzednich dokonań i konia i człowieka, którego niósł, określenie nawierzchni i zestawienie ze sobą procentowego udziału zwycięstw do porażek - to był dopiero początek. Potem należało sprawdzić kto jeszcze danego wieczoru obstawiał. Na czyim stoliku stało najwięcej butelek z ledwo tkniętym alkoholem; do kogo kleiły się na wpół ubrane hostessy, licząc na łatwy zarobek. One znały już wynik nim strzelono na rozpoczęcie zawodów.
Dopiero na koniec sprawdzano kto z kim rozmawia na samym torze. Kto komu podaje rękę, a w ręce łapówkę. Kto patronował ulubieńcowi tłumu, kto - tym skazanym na porażkę.
Może dlatego nie chciała rozwiać dziecinnych marzeń białowłosej piękności, z którą wspólnie obstawiła konia o włoskich korzeniach i imieniu. Wybór poety nie miał żadnego znaczenia, gdyż wyborem w odczuciu Lorien nigdy nie był. Nie, gdy za kulisami wyścigu rozgrywała się krwawa polityka i jeszcze krwawsza analiza zysków i strat. Nawet jeśli czasem należało poświęcić czarnego konia zawodów.
A może dlatego, że tymi mistycznymi Bogami zawsze okazywali się Prewettowie, trzymający za pysk wszystkie zakłady bukmacherskie w Wielkiej Brytanii? Mile łaskotało to kobiece ego.

Równie beznamiętnie co w zaszlachtowane zwierzę wtedy, dziś czarownica wpatrywała się w śliczną twarz panny Malfoy. Bo czym różnił się zamordowany z mugolskiej broni potencjalny mistrz zawodów od spoczywającego w trumnie męża pani Mulciber? No może tym, że na zwycięstwie konia jej kiedykolwiek zależało.
Robert Mulciber był tylko przegranym koniem, na którego Lorien Crouch postawiła zakład.
I postawiła na niego najniższy zakład w swoim życiu. Więc dlaczego teraz zdawała się być tak nieobecną, gdy ten wreszcie wykrwawił się na zimnej posadzce?

Skąpana w naturalnym dla siebie smutku i czerni, bo miłym zbiegiem okoliczności to czerń wybrano na kolor żałoby - pewnie dlatego, że wyszczuplał - Lorien z początku nie odzywała się wcale. Na spotkanie teleportowała się wprost z Ministerstwa Magii, unikając przejścia przez Nokturn wieczorową porą. Uścisnęła Lorraine, ucałowała ją w oba policzki. Ba, nawet zmierzyła ją matczynym, uważnym spojrzeniem, bo dziewczę jeszcze schudło! Wszystko to ze słabym, wymuszonym uśmiechem i ciszą. Na rozmowę przyszedł czas dopiero w gabinecie, gdy pani Mulciber dostała swoją filiżankę kawy.

- Jestem ci bardzo wdzięczna, Lorraine.- Powiedziała, biorąc do ręki wieczorne wydanie Proroka. Dokładnie to czego chciała, dokładnie to za co zapłaciła. Bo wszystko dało się kupić. Wszystko. Oglądała przez chwilę tłoczone litery układające się w słowo “żona”. Żona. Smakowało to w jej ustach obco, zupełnie jak gdyby sam wyraz przesiąkł grobowym posmakiem Necronomiconu. Tak jak kawa, którą chyba trzymano tutaj w nieoczyszczonej urnie po jakimś mugolaku sądząc po posmaku sadzy i pyłu jaki osadzał się na języku.
Nie skomentowała żadnej z tych rzeczy.
Może to jej odbiło na dobre? Kto normalny czuje smak śmierci w zwyczajnej kawie? Wiedziała, że najgorsze jeszcze przed nią - będzie przecież musiała wrócić do kamienicy, do sypialni, której od dawna (o ile “dawno” można było użyć w kontekście ich jakże żałośnie krótkiego małżeństwa) nie gościła swojego męża. Wolał spać w gabinecie, a ten… ten pewnie stał się królestwem Richarda. Odłożyła gazetę na biurko swojej gospodyni.
Dłonie jej drżały na porcelanowym spodeczku, gdy wpatrywała się niewidzącym spojrzeniem w czarną taflę mocnej kawy. Upiła kolejny łyk. Łatwo przychodziły ludziom czułe słowa i zapewnienia: “czuwam nad tobą”, “jestem tu dla ciebie”, “nie bój się, nic złego ci nie grozi”. Jeszcze łatwiej będzie im szeptać nad jej trumną: “po co tam wracała?”, “głupia kobieta!”, “wiedziała, że ją skrzywdzą”. Ale nie mogła przecież nie wrócić. Nie mogła pokazać, że się boi, bo Lorien Mulciber straciła prawo do strachu i wątpliwości, gdy przywdziała regalia sędziowskie.
Mogła umrzeć, ale nie mogła uciec.

- Nienawiść i pożądanie oddziela bardzo cienka granica, moja droga.- Głos Lorien w przeciwieństwie do jej dłoni nie drżał. Zmarszczyła delikatnie brwi, jak gdyby uświadomiła sobie co właśnie implikowała. Nie, kompletnie jej nie chodziło o to, że Richard Mulciber miał młodzieńczego crusha na młodszą żonę swojego brata, podczas, gdy jego - skądinąd jakaś daleka kuzynka lub ciocia Lorraine Malfoy, leżała od lat w ziemi. Uniosła wolną rękę, machając nią niemal lekceważąco. Chodziło raczej o…- Nie, nie mam wątpliwości, że mnie nienawidzi. Ale odnoszę wrażenie, że pożądał tego co miałam. Może wystarczyłoby, gdybym za życia mojego męża, odcięła sobie pukiel włosów i wręczyła je szwagrowi wraz z eliksirem wielosokowym. Dałby się zerżnąć bratu raz czy dwa i od razu zeszłoby z niego ciśnienie.
Zamilkła. Odkaszlnęła, czując jak rumieniec oblewa jej policzki. No tak, niepotrzebnie dała się ponieść emocjom. Ale nie cofnęła swoich słów. Przecież każdy sędzia składał kiedyś śluby i obiecywał, że nie będzie opowiadał kłamstw. A potem… po sekundzie czy dwóch obezwładniającego milczenia, przerywanego tylko miarowym poruszaniem się wskazówek starego zegara… Lorien się po prostu zaśmiała.
I śmiała się przez bardzo długi zdawałoby się jeszcze czas.
- P-Prze-praszam.- Wydukała, nie potrafiąc powstrzymać chichotu, który targał jej ciałem. Nie przystawało to do wizerunku skąpanej w żałobie wdowy. Ale nie była w stanie powstrzymać łez, które spływały po jej bladych policzkach, drżenia ramion, przerywanego oddechu. Nie brzmiała jak ktoś w napadzie paniki. Nie było w jej ruchach żalu, nawet tego udawanego, bo na udawanie dziś Lorien nie miała siły. Miała za sobą ciężki dzień. Jeszcze cięższe lato pełne cierpienia, wyrzeczeń i poniżenia ze strony rodziny, której tak wiele poświęciła.
- P-prze-przepraszam.- Machnęła dłonią.- Daj... daj mi dziecko eliksiru na us.. uspoko… jenie.- Zdołała z siebie wydusić szybką prośbę. Jej własna fiolka spoczywała zamknięta w szufladzie przy łóżku. No ale przecież na pewno musieli tu mieć jakieś drobne zapasy, prawda? Dla zrozpaczonych rodzin? Ona była właśnie taką zrozpaczoną rodziną, nie widać?
Lorien łkała jeszcze przez moment, z trudem łapiąc kolejny dech. Nie chcąc zbić naczynia, odstawiła swoją filiżankę z kawą na blat biurka. Rozlała trochę na świeżutko wydrukowany nekrolog. Żona. Ukryła twarz w dłoniach, na przemian śmiejąc się i płacząc.- On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?- Zapytała w końcu. W jej głosie pojawiła się zwyczajna ulga.

To prawda, smutna wdowa nie przyszła zatęchłego zakładu pogrzebowego po pocieszenie. Nie. Gdyby na tym jej zależało poszłaby prosto do Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego i poprosiła o spotkanie z szanownym panem Anthony’m Shafiqiem. Pozwoliłaby mu się zabrać - nie wiedząc nawet dokąd. Może do Jordanii, może do Włoch, może po prostu do biblioteki w jego rezydencji w Little Hangleton. Usiedliby przy gorejącym kominku, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona smakiem słodkiego wina słuchała historii o dogasających słońcach.

Ale nie przyszła tu również po odzyskanie kontroli nad rodziną czy samą sobą- ta od niedawna przecież spoczywała w dłoniach obleczonych w cenniejsze niż jej pierścienie. Gdyby chciała kontroli zjechałaby windą do Departamentu Tajemnic. Poprosiła o spotkanie z szanownym panem Alexandrem Mulciberem.
Pozwoliłaby mu się zabrać - wiedziała nawet dokąd. Pozwoliłaby mu się zabrać do posiadłości w Szkocji. Pozwoliłaby mu paść przed sobą na kolana, ucałować martwe dłonie, podłożyć ogień pod więzienie, którym był ten dom przez ostatnie miesiące. Usiedliby przy gorejącym domu, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona sierpniowym wiatrem słuchała historii o umierających gwiazdach.

Lorien Mulciber przyszła tu po jedną jedyną rzecz - przyszła po pewność. A pewność mogło jej dać tylko i wyłącznie spojrzenie na zastygłą w stężeniu pośmiertnym twarz jej nieświętej pamięci męża.
Tego nie mógł jej dać nikt inny jak Lorraine Malfoy - i choć nie chciała składać głowy na jej kolanach czy pozwolić zimnicy prosektorium otulać swojego ciała, to historii o śmierci miałkiego człowieka chciała wysłuchać jak żadnej innej.


RE: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Lorraine Malfoy - 03.08.2026

Jeżeli gra od początku była ustawiona, po co w ogóle w nią grać? Bo życie też było ustawione, a jednak wszyscy jakoś je przeżywali.
Wygrać, wygrać za wszelką cenę, powtarzała sobie kiedyś Lorraine. Nie wiedziała, kiedy właściwie uświadomiła sobie, że cały ten czas używała niewłaściwych słów. Patrząc na Lorien, na przemian to płaczącą, to zanoszącą się śmiechem, zrozumiała: przeżyć, powtarzała tak naprawdę, przeżyć za wszelką cenę.
Całe swoje życie próbowała wygrać. Wykorzystywała zasady dla własnej korzyści, naginała je pod siebie, wpłynąć usiłowała nie na wynik gry, lecz na mechanizmy leżące u jej podstaw. Nie czerpała już jednak radości z wygranej. Jak można cieszyć się z wygranej, jeżeli gra od początku była ustawiona? Niby lepiej było wygrać niż przegrać. W pewnym momencie nawet porażki przestały jednak Lorraine smucić.
Wygrywając, wcale nie czuła się lepiej niż wtedy, gdy przegrywała.
Może na tym polegała akceptacja. A może to było właśnie wyzwaniem? Potrzeba było siły charakteru, aby odrzucić to, co wydawało się właściwym. Wybrać najgorszą z możliwych opcji po to tylko, aby pozbyć się ciężaru oczekiwań. Postawić zakład na przegranego konia. Trzymać stronę słabszego. Nie podążać za większością. Jebać ich. Jebać ich wszystkich.
To wszystko to była tylko gra, nic ponadto. To wszystko to było tylko życie. Po prostu odpuść, Lorraine.
W pewnym sensie, wdzięczna była ojcu, że wyjaśnił to w taki a nie inny sposób. Gdyby przemówił do niej ostrzej, czułaby potrzebę polemiki, gdyby przedstawił to jako dogmat, być może chciałaby się zbuntować. A jednak przyjęła jego słowa jako prawdę wiary, powtarzała jak modlitwę, powracając do nich wciąż na nowo. Były czymś pomiędzy przestrogą a pocieszeniem. Nie chciała wierzyć w to, że nie robi życiu żadnej różnicy swoim wyborem. A jednak wystarczało jej już w pełni, że robi tym różnicę w swoim życiu. Łatwiej było bowiem zaakceptować niesprawiedliwość gry niż niesprawiedliwość życia. Bo życie nie składało się z turniejowych walk, w których dumni rycerze potykali się w siodle, aby dowieść swego honoru. Nie było baśnią o księciu, którzy przybył wierzchem na swym dzielnym rumaku, aby uratować piękną księżniczkę. Nie było też historią o królu, który gotów być oddać królestwo w zamian za konia. W prawdziwym życiu nie było czegoś takiego jak honor. Była tylko krew wypływająca pulsacyjnie, wśród krzyków gawiedzi.
W prawdziwym życiu dobijało się konie.

— Nie ma potrzeby przepraszać. — Oczy Lorraine zamigotały, odbijając blask świec, płonących w stojącym na biurku lichtarzu. Eliksir uspokajający przygotowała już wcześniej: nie dlatego, że zwykła nim raczyć każdego, kto zakład pogrzebowy nawiedzał, ale dlatego, że zaniepokoił ją ton listu Lorien; znała jej przypadłość, jak i wiążące się z nią zagrożenia, nie w dobrym tonie byłoby jednak oferować remedium na znękaną duszę przedwcześnie. Lorraine była osobą taktowną. Wprawiona była w doświadczaniu tak smutku, jak i żałoby. Zaopatrywanie cudzych ran zawsze było dla niej łatwiejszym niż konfrontacja z własnymi. Zrazu więc Lorien została zaopatrzona w eliksir, w chusteczki; zrazu przytłaczająca aura, która zwykła otaczać postać Lorraine stała się czymś kojącym. Ciężar jej spojrzenia był kocem, którym okrywało się podczas samotnej nocy. Ciepłem ciała obok, które oferowało pocieszenie. Kotem zwiniętym w kłębek na piersi. Lorraine była bardzo dostrojona do swoich uczuć, a choć odczuwała głęboko, nie udzielały jej się łatwo nastroje innych. Nie musiała współodczuwać, aby umieć podnieść na duchu. Nie musiała w ogóle czuć, aby rozumieć. Wprzódy nauczyła jej tego legilimencja, w przekonaniu tym utwierdziła ją natomiast wiara. A może było na odwrót, ważyła w sobie Lorraine, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nie potrafi oddzielić jednego od drugiego. Być może taką była po prostu dola kobiety. Łono było początkiem, było też grobem: kobiece dłonie koiły niepokój kwilącego dziecka, grzebały też w ziemi. Odkąd stała się matką patrzyła na to wszystko z innej perspektywy.
Największym aktem samolubstwa ze strony Roberta było to, że pozostawił Lorien bezdzietną. Oto kobieta jej pokroju odrzuciła dla niego rodowe nazwisko, oto przyjęła miano Mulciber, a on… On pozostawił ją z niczym. Było to dla Lorraine niewybaczalnym. Było to dla Lorraine przerażającym. To, że kobieta wypełnić mogła każdą swoją powinność zgodnie oczekiwaniami, poświęcić wszystko, nawet własną tożsamość, a na koniec i tak zostać ukaraną. Przez rodzinę, która nie zapewniła jej opieki, ani przestrzeni na żałobę. Przez zazdrosnego brata zmarłego męża, ulegającego bogini raczy wiedzieć jakim perwersjom, i wreszcie, przez samego męża, który zmarł, nie wypełniwszy swojego zadania jako mąż. Swoją śmiercią wydał ponadto przyzwolenie na dalsze upokorzenie Lorien, nie zapewnił jej bowiem zabezpieczenia należnego wdowie.
Nawet najgorsze z kobiet odnajdowały w macierzyństwie pewną pociechę, uważała Lorraine. Nawet Miranda chciała być nazywana matką.
W gruncie rzeczy konserwatywna pozostawała w większości swoich przekonań, nawet jeżeli nie wypowiadała ich na głos w towarzystwie arystokratek ze swego pokolenia. Wiele z nich pozowało na osoby bardzo wyzwolone, kwestionując naturalny porządek relacji damsko-męskich, co było szalenie nużącym dla Lorraine, która miała ochotę przewracać oczami, gdy dyskutowano przy niej na temat równości płci. Po to przecież bogini uczyniła kobietę i mężczyznę, aby dopełniali się wzajemnie, nie zaś stawali przeciwko sobie. Tak jak Lorraine lubiła swoją niezależność, tak nie widziała żadnego konfliktu między możliwością stanowienia o sobie, a zachowania przy tym kobiecości. Nie widziała go również w małżeństwie… Przynajmniej w teorii. W praktyce, myśl o zamążpójściu była jej drażliwą, choć nie przez wzgląd na utratę autonomii.
Lorraine po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie niebycia Malfoy.
Ujęła czule ręce Lorien, gdy ta otarła twarz, delikatnie powiódłszy kciukiem wzdłuż drobnych ranek na skórze siedzącej przed nią kobiety.
— Skieruj wzrok w stronę bogini. Przed nią tylko winno się przepraszać. Najsurowszymi sędziami jesteśmy bowiem w przestrzeni własnych sumień. A jednak tutaj nikt nie cię nie będzie osądzał. Nie musisz więc przepraszać, nie, gdy jestem tutaj dla ciebie, Lorien. Jestem tutaj z tobą, bo tego chciała bogini.
Podobne do kościstych dłoni Lorraine, drobne, liszajowate łapki przesunęły się wzdłuż grawerunku wysadzanego kamieniami szlachetnymi naszyjnika, spoczywającego na samym wierzchu stojącej na biurku szkatułki z kosztownościami. Lorien przypominała jej nieco tę szkatułkę. Gdy płakała, płakała diamentami o łzawym szlifie, a szloch dławił ją, zaciskając się na jej gardle niczym brylantowa kolia. Rozpacz przydawała blasku oczom przypominającym ciemną mgławicę: ciemnym był również plusz, wyścielający wnętrze szkatułki.
A we wnętrzu szkatułki spał dementorek.
Wynurzył sie teraz spośród biżuterii, przecierając oczka piąstkami, poprawiając różową kokardkę, która wieńczyła czarny kapturek… Musiał rozbudzić się, słysząc znajomy głos. Nieco zdezorientowany spuścił się na biurko po zapięciu naszyjnika ze szmaragdami, nie rzucił się jednak od razu do rozrabiania, jak miał w zwyczaju, nie: dementorzątko zastanawiało się przez chwilę, nerwowo prostując wymięty snem płaszczyk, jak się przy tak ważnym gościu zachować!
— "A gdzie więcej niż dwoje spotyka się w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" — dopowiedziała łagodnie Lorraine, patrząc w stronę spoważniałego stworzonka.
Ostatecznie dementorek uniósł bowiem zakapturzoną główkę, po to tylko, aby z gracją przepłynąć w powietrzu bliżej Lorraine i siedzącej naprzeciw Lorien... A potem przytulił się do ich złączonych dłoni, ewidentnie próbując pocieszyć Lorien, której magię od razu rozpoznał.

"On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?"
— Zdążyłam go już wykrwawić — oznajmiła beznamiętnie Lorraine. — Byłabyś zaskoczona, jak mało krwi mieści się w człowieku. Osiem kuflów piwa. Może z dziesięć, jeżeli barman dolewa wody. Pochowałam niedawno pijaka mieszkającego ledwie przecznicę dalej, który był w stanie wypić więcej jednego dnia. Gdy przygotowywałam jego pogrzeb, zastanawiałam się naiwnie… Czy wypłynie z niego krew, czy piwo, gdy otworzę mu żyły? — Lorraine przechyliła lekko głowę, jak gdyby w zamyśleniu. — Dokonałam rekonstrukcji żuchwy. Zszyłam ją przy pomocy drutu, zapijaczony upadł bowiem twarzą na ziemię: oszczędziłam jego żonie widoku obrażeń, dokonując właściwej korekty. Ustabilizowałam złamaną ścianę oczodołu. Nastawiłam szczękę szczypcami, aż chrupnęło. Robię to dość często. Po śmierci mięśnie tracą napięcie, a język zapada się wraz z podniebieniem. Konieczne jest odpowiednie ułożenie tkanek, aby twarz zachowała naturalny wyraz. Zamykam więc usta. Zakładam osłonki pod powieki, aby nadać łagodność martwemu wejrzeniu. Sprawiam, że wyglądają tak, jak gdyby spali. Jak gdyby śnili. — "Pomyśl, że to sen", powtarzali wszyscy Mulciberowie, dopóki nie zmorzył ich sen wieczny. Lorraine wątpiła jednak, aby rozumieli znaczenie swojej dewizy. W pewnym sensie podobni byli dzieciom, które przed złożeniem głowy na poduszce naprędce odmawiają pacierz, wbijany im do głów przez matki, ciotki i babki. Naiwnie klepana formułka modlitwy, powtarzana do znudzenia, bo ktoś im kiedyś powiedział, że tak jest, i tak musi być, a nigdy nie objaśnił sensu rytuału. A przecież w tym sęk cały, jakie w tym śnie wiecznym marzenia przyjść mogą. — Jak myślisz, czy kiedy śmierć przychodzi we śnie, sen umiera razem ze śniącym? — spytała Lorraine, nagle dziwnie odległa, jak gdyby sama była bardziej zjawą, aniżeli człowiekiem z krwi i kości: zimne miała palce, a jednak przyjemnym był jej dotyk.
Podobno dotyk białych dam, duchów zwiastujących śmierć, był dziwnie palącym, gdy zbliżał się koniec.
Podobno czuło się ich dłonie na sercu.
Lorraine była jednak żywa, i była tuż obok, skąpana w miękkim świetle świec, które miały moc rozproszenia wszystkich strachów.
— Tak jak Bogini zsyła na człowieka sen śmiertelny, tak ja mogę wpłynąć na wspomnienia o śniącym. — Po latach pracy w zakładzie pogrzebowym Lorraine doszła bowiem do wniosku, że jej praca nie polega na konserwacji zwłok, lecz na konserwacji wspomnień. — Zakląć wspomnienia o Robercie w jego twarzy. Uczynić z nich pośmiertny makijaż… Wybrać tylko te wspomnienia, które życzysz sobie, aby ludzie pamiętali. Wybrać narrację, którą uznasz za najbardziej słuszną.

Wygrana. Przegrana. A może iluzja wygranej. Dla Lorraine wszystkie wyglądały tak samo: wszystkie kończyły przecież wykrwawione w jej kostnicy. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/b8a00a14409c966bfc525c73ec834827/c76ebd453fea9e2e-80/s2048x3072/79a0c0b41dd14aaaee56fdfe30ac012f22f1d967.jpg[/inny avek]