![]() |
|
[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone (/showthread.php?tid=4293) |
[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Lorraine Malfoy - 15.12.2024 noc z 28 na 29 VIII 1972 roku, zakład pogrzebowy Necronomicon
Lorraine Malfoy widziała w swoim życiu więcej pogrzebów niż ślubów, więcej toastów wzniosła w trakcie styp niż wesel – zamiast jednak kryć się za żałobnym kirem, wciąż nosiła biel. Czystą, nieskalaną biel panny młodej, której nigdy nie dane będzie stanąć przed ołtarzem, dawno była już bowiem poślubiona śmierci. Śmierć przynosiła ukojenie tym, którzy umierali, Lorraine – tym, którzy żyli dalej. Do których należała dotknięta klątwą krwi sędzina? Czerń spowijała Lorien Mulciber jak płaszcz dementora, czerń była wszędzie dookoła: czaiła się w ciemnościach spowijających wnętrze zakładu pogrzebowego, na dnie przeklętych oczu kobiety, na którą czekał znajomy, wytarty fotel przy równie znajomym, hebanowym biurku, i świeżo zaparzona, czarna kawa – nieważne, że był środek nocy – Lorraine patrzyła w te oczy ze współczuciem, z troską, ale i ze swego rodzaju zaciekawieniem. Czerń należała do wdów, jednak Lorien Mulciber nosiła czerń na długo przed tym, jak została wdową, na długo przed tym, jak została w ogóle Lorien Mulciber. Czerń była kolorem jej serca, nie szat. Lorien Mulciber było do twarzy w żałobie. Smutek stanowił najwspanialszą z ozdób, dopełnienie jej urody: nigdy nie była piękniejsza, niż wtedy, gdy była smutna, a smutna była często, bo Lorien była głęboko smutną osobą. Właśnie to przyciągnęło uwagę Lorraine, kiedy spotkały się lata temu, w spowitym dymem papierosów mugolskim zakładzie bukmacherskim, właśnie to powodowało, że szanowała i darzyła przyjaźnią Lorien Crouch: smutek był wpisany w jej naturę – smutek nieukojony, niemożliwy do ukojenia, bo wynikał z rozdarcia między ptakiem a kobietą – smutek był pochodną jej ambicji, tak jak ambicja była pochodną smutku, a obie były pochodną umierania. "Mój ojciec zawsze stawiał na konie, które przegrywały", powiedziała wtedy Lorraine, wpatrzona w tablicę, na której dokonywano przewidywań przed wyścigiem. Armand Malfoy chadzał do bukmachera, gdy udało mu się ugrać dużo pieniądzy przy karcianym stoliku, tylko po to, aby wykupić jeden zakład, zawsze tylko jeden – zadając swoją powściągliwością kłam tym, którzy oskarżali go o rozpasanie – zakład, że koń z samego końca tabeli wygra następny wyścig, wyprzedzając faworytów. Zwróciła oczy na Lorien, której towarzyszyła, nie pytaj mnie, ile pieniędzy wtedy stracił, mówiło jej spojrzenie: zwykle przegrywał, powinna powiedzieć, ale dumnie wyprostowane plecy nie pozwalały jej tego powiedzieć, pamiętając wszystkie te razy, kiedy ojciec – wbrew przewidywaniom – wygrywał. "Mawiał wtedy, że dokonuje wyboru poety." Wszyscy smutni ludzie lubili poezję, a Lorien Crouch nie była wyjątkiem. Obie uśmiechnęły się więc, widząc imię "Petrarka" na samym końcu tabeli. Dobre imię dla konia, chciała powiedzieć Lorraine, kiedy kupiły zakłady – poszukać z Lorien porozumienia na gruncie italskiej ziemi, skąd pochodziła i ona, i poeta, będący imiennikiem konia wyścigowego, którego obstawiły – ale coś innego wydostało się wtedy spomiędzy jej ust: coś, co poniekąd przypieczętowało współpracę, jaką miały wieść przez lata – lepiej niż jakikolwiek sonet Petrarki. "Myślę, że po prostu lubił czuć, jak bogowie wkładają władzę nad przeznaczeniem w jego ręce, odwracając w locie monetę podrzucaną przez los, tak, aby upadła rewersem do góry", stwierdziła Lorraine. "Myślę, że na tym polega prawdziwa kontrola." Nie tracił wiele, przegrywając, zyskiwał wszystko, wygrywając. Nie chodziło tu jednak o pieniądze. "Błahe wydarzenie może odegrać dużą rolę", powtarzały przez wieki pokolenia Malfoyów, a chociaż Armand Malfoy dawno już porzucił swoje nazwisko – wyrzekając się go razem z pretensją życia – nigdy nie przestał być Malfoyem. "Tylko tak możesz odwzajemnić uśmiech, jaki posyła ci przeznaczenie", mawiał, wzruszając ramionami. Lorraine uśmiechnęła się gorzko, kiedy sfrustrowany mugol wyskoczył zza odgradzających tor bramek, tylko po to, aby zabić własnego konia z mugolskiej broni: faworyt, który przegrał, wykrwawiał się w konwulsjach na oczach zgromadzonych na trybunach ludzi, szlachetne zwierzę odarte ze swej szlachetności jednym strzałem w łeb, bo w grze z przeznaczeniem wygrywasz albo umierasz. Nie było sensu płakać nad dobitymi końmi. Nigdy nie chodziło tu o konie, chodziło o kontrolę, o iluzję kontroli, oddanej na pozór w ręce losu. Kontrola nie była wygranym zakładem, kontrola była wściekłym krzykiem tłuszczy, wzburzonej nieoczekiwanym obrotem spraw, paniką wybuchłą w tłumie, szlochem hazardzisty, który zyskał wszystko tylko po to, aby to stracić, kontrola była krwią konia, która wsiąkała w uklepaną ziemię toru w Ascot. "Kontrolę należy pozornie oddać, aby ją realnie zachować." Robert Mulciber był tylko przegranym koniem, na którego Lorien Crouch postawiła zakład. Nigdy nie chodzi o konie, pomyślała Lorraine, odkładając na spodeczek łyżeczkę od kawy, nigdy nie chodzi o pieniądze. Nie bez powodu reprezentowała Koło fortuny w talii tarota Ambrosii: Lorraine mogłaby zmienić wyroki losu wychodząc choćby w tej chwili z Necronomiconu, tak samo jak Lorien mogłaby zmienić wyroki mężowskiego testamentu jednym pociągnięciem pióra. Nie przyniosłoby im to satysfakcji. Nie, pomyślała, tu zawsze chodzi o nas, tylko o nas. Lorien Mulciber nie przyszła tutaj po pocieszenie, nie w tradycyjnym sensie tego słowa: tak rozumiane pocieszenie obie zwykły pozostawiać innym – rodzinie, przyjaciołom, kochankom i Anthony'emu, który był chyba czymś pomiędzy – nie, przyszła tutaj po coś innego, po coś, co było lekarstwem i trucizną zarazem. Lorien Mulciber przyszła tutaj odzyskać kontrolę. Nie powiedziała tego. Nie musiała. – ...zdążyłam dopełnić wszelkich formalności przed przedrukiem wieczornego wydania. – Nekrolog, w którym żona i córka z wielkim żalem zawiadamiały o nagłej śmierci Roberta Mulcibera miał ukazać się w Proroku Codziennym nazajutrz, ale Lorraine – rozumiejąc powagę sytuacji – wystarała się o wcześniejszą publikację, wyprzedzając oczekiwania Lorien – oczekiwania, które dobrze znała po latach współpracy. Lorien Mulciber nawykła do tego, że jej życzenia są dla innych rozkazem, a słowa – stanowią literę prawa. Nawykła też do tego, że na Lorraine można polegać, bo poleganie na Lorraine zawsze łatwo wchodziło ludziom w nawyk. – Niestety, nie odniosłam podobnych sukcesów w rozmowie z Richardem. To ślepy człowiek – westchnęła Lorraine, zabębniwszy z irytacją palcami o blat biurka, przy którym zasiadła, po tym jak przyniosła sobie i sędzinie kawę, czy raczej jej ostatek, wygrzebany z dna puszki – ślepy i głuchy, bo zaślepiony bólem, nie chce słuchać głosu rozsądku, bo rozsądek ma twoją twarz i twój głos. Wiem, że nad tobą czuwa wiele par oczu, Lorien, że patrzy na ciebie i przez ciebie wszystkowidzące oko Prewettów... Że masz wiele uszy w Ministerstwie, i nie tylko, że słyszysz echo słów, które padają na korytarzach Azkabanu. Ja także jestem twoimi oczami i uszami – uśmiechnęła się miękko do kobiety, przywołując tym uśmiechem wspomnienie delikatnego uścisku, którym przywitała ją, gdy ta stawiła się na progu Necronomiconu – jestem tu, jeżeli mnie potrzebujesz. Ale, powiedz mi, proszę, dlaczego, na przenajświętsze łono Matki, ten człowiek... Darzy cię taką nienawiścią? RE: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - Lorien Mulciber - 09.03.2026 “Mój ojciec zawsze stawiał na konie, które przegrywały" powiedziała jej tamtego wieczoru młoda dziewczyna, która nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lat. I choć różnica wieku była w gruncie rzeczy nieduża, a i sama Lorien jeszcze nie dobijała nawet trzydziestki, to poczuła żal jaki czują ptasie matki, gdy znajdują w swoim gnieździe podrzucone kukułcze jajo. Może dlatego nie skomentowała jak głupim wydał jej się ten cały wybór poety. W końcu do wyścigów konnych należało podejść z odpowiednim wyczuciem, taktyką. Opracowana strategia, analiza poprzednich dokonań i konia i człowieka, którego niósł, określenie nawierzchni i zestawienie ze sobą procentowego udziału zwycięstw do porażek - to był dopiero początek. Potem należało sprawdzić kto jeszcze danego wieczoru obstawiał. Na czyim stoliku stało najwięcej butelek z ledwo tkniętym alkoholem; do kogo kleiły się na wpół ubrane hostessy, licząc na łatwy zarobek. One znały już wynik nim strzelono na rozpoczęcie zawodów. Dopiero na koniec sprawdzano kto z kim rozmawia na samym torze. Kto komu podaje rękę, a w ręce łapówkę. Kto patronował ulubieńcowi tłumu, kto - tym skazanym na porażkę. Może dlatego nie chciała rozwiać dziecinnych marzeń białowłosej piękności, z którą wspólnie obstawiła konia o włoskich korzeniach i imieniu. Wybór poety nie miał żadnego znaczenia, gdyż wyborem w odczuciu Lorien nigdy nie był. Nie, gdy za kulisami wyścigu rozgrywała się krwawa polityka i jeszcze krwawsza analiza zysków i strat. Nawet jeśli czasem należało poświęcić czarnego konia zawodów. A może dlatego, że tymi mistycznymi Bogami zawsze okazywali się Prewettowie, trzymający za pysk wszystkie zakłady bukmacherskie w Wielkiej Brytanii? Mile łaskotało to kobiece ego. Równie beznamiętnie co w zaszlachtowane zwierzę wtedy, dziś czarownica wpatrywała się w śliczną twarz panny Malfoy. Bo czym różnił się zamordowany z mugolskiej broni potencjalny mistrz zawodów od spoczywającego w trumnie męża pani Mulciber? No może tym, że na zwycięstwie konia jej kiedykolwiek zależało. Robert Mulciber był tylko przegranym koniem, na którego Lorien Crouch postawiła zakład. I postawiła na niego najniższy zakład w swoim życiu. Więc dlaczego teraz zdawała się być tak nieobecną, gdy ten wreszcie wykrwawił się na zimnej posadzce? Skąpana w naturalnym dla siebie smutku i czerni, bo miłym zbiegiem okoliczności to czerń wybrano na kolor żałoby - pewnie dlatego, że wyszczuplał - Lorien z początku nie odzywała się wcale. Na spotkanie teleportowała się wprost z Ministerstwa Magii, unikając przejścia przez Nokturn wieczorową porą. Uścisnęła Lorraine, ucałowała ją w oba policzki. Ba, nawet zmierzyła ją matczynym, uważnym spojrzeniem, bo dziewczę jeszcze schudło! Wszystko to ze słabym, wymuszonym uśmiechem i ciszą. Na rozmowę przyszedł czas dopiero w gabinecie, gdy pani Mulciber dostała swoją filiżankę kawy. - Jestem ci bardzo wdzięczna, Lorraine.- Powiedziała, biorąc do ręki wieczorne wydanie Proroka. Dokładnie to czego chciała, dokładnie to za co zapłaciła. Bo wszystko dało się kupić. Wszystko. Oglądała przez chwilę tłoczone litery układające się w słowo “żona”. Żona. Smakowało to w jej ustach obco, zupełnie jak gdyby sam wyraz przesiąkł grobowym posmakiem Necronomiconu. Tak jak kawa, którą chyba trzymano tutaj w nieoczyszczonej urnie po jakimś mugolaku sądząc po posmaku sadzy i pyłu jaki osadzał się na języku. Nie skomentowała żadnej z tych rzeczy. Może to jej odbiło na dobre? Kto normalny czuje smak śmierci w zwyczajnej kawie? Wiedziała, że najgorsze jeszcze przed nią - będzie przecież musiała wrócić do kamienicy, do sypialni, której od dawna (o ile “dawno” można było użyć w kontekście ich jakże żałośnie krótkiego małżeństwa) nie gościła swojego męża. Wolał spać w gabinecie, a ten… ten pewnie stał się królestwem Richarda. Odłożyła gazetę na biurko swojej gospodyni. Dłonie jej drżały na porcelanowym spodeczku, gdy wpatrywała się niewidzącym spojrzeniem w czarną taflę mocnej kawy. Upiła kolejny łyk. Łatwo przychodziły ludziom czułe słowa i zapewnienia: “czuwam nad tobą”, “jestem tu dla ciebie”, “nie bój się, nic złego ci nie grozi”. Jeszcze łatwiej będzie im szeptać nad jej trumną: “po co tam wracała?”, “głupia kobieta!”, “wiedziała, że ją skrzywdzą”. Ale nie mogła przecież nie wrócić. Nie mogła pokazać, że się boi, bo Lorien Mulciber straciła prawo do strachu i wątpliwości, gdy przywdziała regalia sędziowskie. Mogła umrzeć, ale nie mogła uciec. - Nienawiść i pożądanie oddziela bardzo cienka granica, moja droga.- Głos Lorien w przeciwieństwie do jej dłoni nie drżał. Zmarszczyła delikatnie brwi, jak gdyby uświadomiła sobie co właśnie implikowała. Nie, kompletnie jej nie chodziło o to, że Richard Mulciber miał młodzieńczego crusha na młodszą żonę swojego brata, podczas, gdy jego - skądinąd jakaś daleka kuzynka lub ciocia Lorraine Malfoy, leżała od lat w ziemi. Uniosła wolną rękę, machając nią niemal lekceważąco. Chodziło raczej o…- Nie, nie mam wątpliwości, że mnie nienawidzi. Ale odnoszę wrażenie, że pożądał tego co miałam. Może wystarczyłoby, gdybym za życia mojego męża, odcięła sobie pukiel włosów i wręczyła je szwagrowi wraz z eliksirem wielosokowym. Dałby się zerżnąć bratu raz czy dwa i od razu zeszłoby z niego ciśnienie. Zamilkła. Odkaszlnęła, czując jak rumieniec oblewa jej policzki. No tak, niepotrzebnie dała się ponieść emocjom. Ale nie cofnęła swoich słów. Przecież każdy sędzia składał kiedyś śluby i obiecywał, że nie będzie opowiadał kłamstw. A potem… po sekundzie czy dwóch obezwładniającego milczenia, przerywanego tylko miarowym poruszaniem się wskazówek starego zegara… Lorien się po prostu zaśmiała. I śmiała się przez bardzo długi zdawałoby się jeszcze czas. - P-Prze-praszam.- Wydukała, nie potrafiąc powstrzymać chichotu, który targał jej ciałem. Nie przystawało to do wizerunku skąpanej w żałobie wdowy. Ale nie była w stanie powstrzymać łez, które spływały po jej bladych policzkach, drżenia ramion, przerywanego oddechu. Nie brzmiała jak ktoś w napadzie paniki. Nie było w jej ruchach żalu, nawet tego udawanego, bo na udawanie dziś Lorien nie miała siły. Miała za sobą ciężki dzień. Jeszcze cięższe lato pełne cierpienia, wyrzeczeń i poniżenia ze strony rodziny, której tak wiele poświęciła. - P-prze-przepraszam.- Machnęła dłonią.- Daj... daj mi dziecko eliksiru na us.. uspoko… jenie.- Zdołała z siebie wydusić szybką prośbę. Jej własna fiolka spoczywała zamknięta w szufladzie przy łóżku. No ale przecież na pewno musieli tu mieć jakieś drobne zapasy, prawda? Dla zrozpaczonych rodzin? Ona była właśnie taką zrozpaczoną rodziną, nie widać? Lorien łkała jeszcze przez moment, z trudem łapiąc kolejny dech. Nie chcąc zbić naczynia, odstawiła swoją filiżankę z kawą na blat biurka. Rozlała trochę na świeżutko wydrukowany nekrolog. Żona. Ukryła twarz w dłoniach, na przemian śmiejąc się i płacząc.- On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?- Zapytała w końcu. W jej głosie pojawiła się zwyczajna ulga. To prawda, smutna wdowa nie przyszła zatęchłego zakładu pogrzebowego po pocieszenie. Nie. Gdyby na tym jej zależało poszłaby prosto do Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego i poprosiła o spotkanie z szanownym panem Anthony’m Shafiqiem. Pozwoliłaby mu się zabrać - nie wiedząc nawet dokąd. Może do Jordanii, może do Włoch, może po prostu do biblioteki w jego rezydencji w Little Hangleton. Usiedliby przy gorejącym kominku, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona smakiem słodkiego wina słuchała historii o dogasających słońcach. Ale nie przyszła tu również po odzyskanie kontroli nad rodziną czy samą sobą- ta od niedawna przecież spoczywała w dłoniach obleczonych w cenniejsze niż jej pierścienie. Gdyby chciała kontroli zjechałaby windą do Departamentu Tajemnic. Poprosiła o spotkanie z szanownym panem Alexandrem Mulciberem. Pozwoliłaby mu się zabrać - wiedziała nawet dokąd. Pozwoliłaby mu się zabrać do posiadłości w Szkocji. Pozwoliłaby mu paść przed sobą na kolana, ucałować martwe dłonie, podłożyć ogień pod więzienie, którym był ten dom przez ostatnie miesiące. Usiedliby przy gorejącym domu, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona sierpniowym wiatrem słuchała historii o umierających gwiazdach. Lorien Mulciber przyszła tu po jedną jedyną rzecz - przyszła po pewność. A pewność mogło jej dać tylko i wyłącznie spojrzenie na zastygłą w stężeniu pośmiertnym twarz jej nieświętej pamięci męża. Tego nie mógł jej dać nikt inny jak Lorraine Malfoy - i choć nie chciała składać głowy na jej kolanach czy pozwolić zimnicy prosektorium otulać swojego ciała, to historii o śmierci miałkiego człowieka chciała wysłuchać jak żadnej innej. |