Secrets of London
[05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4331)

Strony: 1 2 3 4


[05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.01.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Jakimś cudem udało im się wyjść z jej mieszkania, okazało się to nie być wcale takie proste, jak mogłoby być, tyle, że nie powinno się oczekiwać cudów po dwójce osób, która przez miesiące tak bardzo pragnęła swojej bliskości i wreszcie ją dostała. Mieli wiele do nadrobienia, przez długi czas walczyli z uczuciem, które ich do siebie przyciągało. Na szczęście w końcu przekroczyli granicę.

Yaxleyówna czuła z tego powodu ogromną ulgę, ostatnio bardzo trudno było jej nad sobą panować w towarzystwie Ambroisa, wiedziała, że prędzej, czy później zdecyduje się na to, aby podzielić się z nim tym, co zaczęła czuć w stosunku do jego osoby. Bała się to zrobić, bała się odrzucenia, na szczęście to były zupełnie niepotrzebne obawy. Okazało się bowiem, że to uczucie opętało nie tylko ją. Odwzajemniał je. To napawało ją nadzieją na lepsze jutro.

Nie spodziewała się, że kiedykolwiek wpadnie aż po uszy, że znajdzie się ktoś kogo będzie w stanie wyobrażać sobie przy swoim boku za kilka lat. To nie było w jej stylu, najwyraźniej wystarczył jednak odpowiedni mężczyzna i bardzo szybko była w stanie zmienić swoje podejście. Cóż, znali się na wylot, spędzali ze sobą cały wolny czas, to od zawsze było coś więcej niż typowa przyjaźń, wreszcie sobie to wyjaśnili.

Nie miała pojęcia dokąd konkretnie się wybierali, szczerze mówiąc - średnio ją to obchodziło. Najważniejsze, że będą mieli szansę spędzić razem kilka dni, z dala od zatłoczonego Londynu, nikt nie będzie im przeszkadzał w odkrywaniu siebie na nowo. Bardzo dobrze, nie zamierzała bowiem wypuszczać Roisa ze swoich ramion na dłużej niż kilka minut, nie kiedy w końcu mogła sobie na to pozwolić.

Teleportowali się dość pospiesznie, bo czas ich naglił. Zbliżał się wieczór, a ponoć byli umówieni na w miare konkretną godzinę. Nie mogli się spóźnić, bo szlag mógłby trafić ich plany. Niby mogliby wrócić do Londynu, tyle, że chyba dużo bardziej podobała jej się wizja zaszycia gdzieś daleko.

Podczas teleportacji trzymała Roisa za rekę, właściwie to splotła ich palce ze sobą gdy opuścili jej mieszkanie. Podobało jej się to, że wreszcie mogła to robić, to było coś zupełnie nowego, do czego bardzo chciała przywyknąć. Była pewna, że szybko nie napawa się tą bliskością.

Znaleźli się w miejscu, którego nie znała. Nie miała pojęcia, czy kiedyś tu była. Dyskutowali zawzięcie o zbiornikach wodnych i nowych gatunkach, które mogli tu znaleźć i teraz nabrało to sensu. Poczuła morską bryzę na swoich policzkach i piach pod ciężkimi butami. Zabrał ją nad morze, w sumie to przecież wspominał na tej nieszczęsnej plaży, gdzie wyznała mu co czuje, że zna lepsze miejsce, zapewne chodziło o to.

Słońce powoli zaczynało zachodzić za horyzontem, niebo robiło się różowo-pomarańczowe, było całkiem malowniczo. Nie do końca jednak wiedziała, gdzie się zatrzymają, Ambroise jeszcze nie zdradził jej swoich planów. Spoglądała na niego przez dłuższa chwilę, wgapiała się w jego oczy, próbowała z nich coś wyczytać. - Tak właściwie, to gdzie jesteśmy? - Wolała się o to zapytać, bo nie potrafiła tego odgadnąć. Było wiele opcji, ale żadnej nie była pewna, nie, żeby było to szczególnie istotne, bo przecież najważniejsze było to, że obok niej znajdował się Greengrass, nic więcej się nie liczyło.




RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.01.2025

Jutro w istocie miało być lepsze. Tak jak następne godziny, dni, tygodnie, miesiące. Nigdy nie sądził, że powiedziałby to o sobie u czyjegoś boku czy czyimś u jego, ale nagle nie czuł się w żaden sposób źle z tym, aby patrzeć na to w kontekście lat. Nie czegoś jednorazowego, nie krótkotrwałej miłostki pozbawionej wszelkich głębszych uczuć i realnych emocji. Nie.
Jakkolwiek nie zapierałby się przed tym, twierdząc, że go to nie dotyczy, bo przecież miał już bardzo zwarty i ugruntowany plan na przyszłość, teraz nagle to nie było już takie zero jedynkowe. Tak właściwie to nie mógł o tym myśleć w ten sposób już od wielu miesięcy. I może w tym tkwiło sedno sprawy?
W macerowaniu się w wewnętrznej świadomości tego, ile się zmieniło, odkąd zostali swoimi przyjaciółmi. Od kiedy całkowity przypadek pchnął ich ku sobie tamtego wieczoru, później kolejnego podczas zimowego balu, następnie w znacznie cięższej, bardziej parszywej scenerii. Wielokrotnie na przestrzeni wielu miesięcy, podczas których mogli się poznać od niejednej strony.
To było dziwne i zaskakujące, zupełnie nieprzewidziane. To, co narodziło się między nimi i to, ile potrzebowali, aby znaleźć się w tym momencie życia. Teraz, gdy tak właściwie nie było już tak wiele stron, których by u siebie nawzajem nie dostrzegali. Dobrych, złych, średnich, wyśmienitych. Pozytywnych i negatywnych. Tych, które ich łączyły, ale także tych, które swego czasu były w stanie poróżnić ich ze sobą niemalże do szaleństwa.
Cokolwiek było między nimi, nigdy nie dało się zamknąć w zwyczajnych ramach. To nie było zauroczenie - tego mógł być pewien, będąc w stanie poręczyć za to głową, szczególnie że przez ostatnie miesiące i tak czuł się, jakby ją tracił, miotając się w ich niewłaściwym układzie.
To nie tak, że nie mogli być przyjaciółmi. Nie sądził, aby ten element miał ulec jakiejś horrendalnej zmianie. Zwłaszcza, że im dłużej spędzali ze sobą czas jako para (tym razem już właściwie) tym bardziej dało się dostrzec, że od samego początku wcale nie zachowywali się jak całkowicie platoniczni bliscy znajomi. Od samego początku było w tym stanowczo zbyt dużo ukrytych intencji, wieloznacznych gestów, niewypowiedzianych lub zawoalowanych słów.
Niewiele mylił się wtedy, gdy wydawało mu się, że leżenie na płaszczu na trawie z głową na kolanach przyjaciółki, jej palce ostrożnie wplątane w jego włosy, dłoń błądząca po policzku, wzrok uciekający w każdą inną stronę tylko nie na jego oczy... ...to nie było niewinne zaszycie się, by w spokoju popijać alkohol, rozmawiając o wszystkim i niczym, dobrze się bawiąc i tylko przypadkiem dochodząc do wniosku, że wygodnym wyjściem byłoby towarzyszenie sobie nawzajem na kilku następnych przyjęciach.
Zadziwiające, co niepewność i wewnętrzne obawy potrafiły robić z dorosłymi, pozornie poważnymi ludźmi. Jak bardzo niedomówienia i pokrętne interpretację mogły mieszać w życiu, oddalając coś, co było tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na dotyk splecionych palców, w zasięgu wzroku, miękkiego, cholernie szczęśliwego uśmiechu.
Tak, jasne. Być może teraz też wcale nie zachowywali się znacznie bardziej dojrzale, ale w tym momencie miał to głęboko gdzieś. Kiedy wreszcie udało im się opuścić mieszkanie, choć z pewnymi całkiem uzasadnionymi oporami, mury wcale nie wróciły. Nie było dystansu. Nie potrzebowali kryć się z niczym, co ich łączyło. Czymkolwiek to było, bowiem w tej chwili...
...chyba jeszcze nie mógł nazwać tego w ten sposób. Nie miał oporów, aby przyznać, że czuł się przy niej tak właściwie jak tylko mógł się czuć. Że nie spodziewał się, że przy kimkolwiek będzie zachowywać się w taki sposób, w który przy Geraldine robił to niemal bezwiednie, całkowicie instynktownie. Był zakochany, może nawet lekko ogłupiony tym stanem, poniekąd odkrywając to, na co zazwyczaj prześmiewczo machał ręką.
W zaledwie kilka godzin zrobili naprawdę gigantyczny krok w kierunku czegoś, co niektórzy osiągali po co najmniej kilku tygodniach, choć czy aby na pewno? Jednocześnie zajęło im to parę miesięcy. Dzień w dzień. Noc w noc. Wiele godzin wolnego czasu spędzonego razem. Kwiaty na urodziny i bez okazji. Niezobowiązujące spotkania poza domem, które chyba tylko dla kogoś desperacko zachowawczego (o ironio) nie byłyby randkami. Nie, przyjaciele nie zachowywali się w ten sposób.
Wszystko było łatwiejsze, gdy zrzucili okowy wymuszonego statusu. Niemal synchronicznie przeskakując kilka poziomów wyżej. Nie jeden, nie dwa. To było coś więcej. A teraz spędzali ze sobą pierwszy nie do końca weekend w samym środku majowego tygodnia. Poza sezonem, co gwarantowało im ciszę i spokój. Niezliczone możliwości spędzania czasu we dwoje.
Teleportując się w miejsce, które wydawało mu się najlepszą opcją po tamtej rozmowie na plaży, nie puścił dłoni Geraldine nawet po tym, gdy stanęli na piasku. Zamiast tego wolną dłonią zatoczył półokrąg, uśmiechając się przy tym z satysfakcją. Było równie ładnie jak zapamiętał z dawnych wypadów.
Tyle tylko, że teraz był tu ze swoją dziewczyną, nie z kumplami. A to czyniło to miejsce znacznie bardziej atrakcyjnym. Wraz z tym zachodem słońca, spokojną wodą i zadziwiająco ciepłym klimatem, nawet mimo słonej bryzy zawierającej od strony Morza Północnego.
Spodziewał się tego pytania, choć nie spieszył się z odpowiedzią.
- Whitby. Północno-wschodnia Anglia, North Yorkshire - był wyjątkowo informatywny, choć bez wątpienia było w tym coś zabawnego, o czym obecnie nawet się nie zająknął, spoglądając na Yaxleyównę z cwanym uśmiechem. - Najbliżej nam chyba do Newcastle, jakoś podobnie do Leeds, tylko w innym kierunku - wyjaśnił pokrótce, ale już bardziej obrazowo, aby nakreślić jakoś rejon, w którym się znajdowali. - Choć tak właściwie to Whitby jest pierwszym sensownym miasteczkiem, pod które podlegają te rejony. W innym wypadku mówimy o Hawsker... ...Hawsker-cum-Stainsacre - tak, to była ta pięknie niepoważna nazwa, wisienka na torcie dzisiejszych planów.
A mieli ich przecież całkiem wiele.


RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.01.2025

Jak widać plany mogły się zmienić bardzo drastycznie. Trafił swój na swego, czy coś w tym stylu. Gerladine zapierałaby się rękoma i nogami, że nikt nie będzie w stanie zatrzymać jej przy sobie na dłużej. To nigdy nie było coś, czego chciała. Ceniła sobie wolność i niezależność... jasne. Od jakiegoś pół roku zważała na wszystkie swoje decyzje, dostosowywała swój harmonogram tak, aby spędzić z nim jak najwięcej czasu. Zależało jej na tym, aby jakoś znaleźć swoje miejsce w życiu przyjaciela.

Dopiero teraz do niej docierało, że to od początku nie było typowe. Przyjaciele nie byli ze sobą, aż tak blisko, nie lgnęli do siebie, aż tak bardzo, nie czuli się źle, gdy nie wiedzieli się chociażby przez kilka dni, nie tęsknili ze sobą, aż tak mocno. Po tym, kiedy wyjaśnili sobie wszystko całość zaczęła jej się rozjaśniać, to od samego początku było coś więcej, tyle, że sami narzucili te niewygodne ramy, które w końcu zaczęły im przeszkadzać. Być może spodwodowało to nieco komplikacji, nieco zawirowań, ale warto było czekać, aż w końcu dojdą do tego, co faktycznie ich łączy. Wiązało się to z pewną lekkością, która jej teraz towarzyszyła, czuła, że jej życie wreszcie nabrało jakiegoś sensu. Dopuszczenie kogoś do siebie tak blisko wcale nie było takie złe, jak jej się wydawało.

Yaxleyówna nie spodziewała się, że może pojawić się w jej życiu ktoś, kogo będzie chciała zatrzymać w nim na dłużej, nigdy jeszcze tak naprawdę się nie zakochała, jasne przeżywała chwilowe miłostki, chociaż, czy w ogóle można to było nazwać miłostkami? Nie spotykała się z nikim regualrnie, nie nawiązywała stałych relacji, nie chciała tego. Nie myślała o tych wszystkich mężczyznach, którzy przez moment jej towarzyszyli. Zazwyczaj zresztą były to tylko krótkie noce, bo wymykała się od nich gdy przychodził ranek. Nie chciała patrzeć im w twarze i mówić o tym, że nic z tego nie będzie.

Tym razem było inaczej, wiedziała, że Ambroise znaczy dla niej więcej. Chciała, aby budził się przy niej i zasypiał, nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej. Widziała go w swojej przyszłości, w końcu zaczęła o niej myśleć, bo kiedyś raczej żyła wyłącznie chwilą, to się zmieniło. Nie sądziła, że ich życie będzie się jakoś specjalnie różnić od tego, kiedy się do siebie zbliżyli. Właściwie wypracowali pewną codzienność, mimo, że byli tylko przyjaciółmi, zresztą to też nie powinno się zmienić. Nadal mógł być jej przyjacielem w tym wszystkim, czyż nie? Może nawet w najlepszej, możliwej wersji. Znali swoje nawyki, wiedzieli, czego mogą się po sobie spodziewać, to sporo ułatwiało. Miała świadomość, że nie musi przed nim niczego ukrywać, rozmawiali ze sobą godzinami, potrafili się mocno pokłócić, ale o tym też wiedziała. Tutaj nie było żadnych wątpliwości, chciała brnąć w to dalej, żeby zobaczyć, co uda im się stworzyć razem. Była gotowa na to, co mógł im przynieść los, zresztą wydawało jej się, że są wyjątkowi. Mało kto miał szczęście trafić na osobę, która tak idealnie wpasowywałaby się do jej życia. Tak, gloryfikowała to, co między nimi było, może nie słusznie, ale czuła, że to naprawdę jest coś ponad.

Kiedy się odezwał próbowała wyobrazić sobie w głowie mapę Wielkiej Brytanii i umiejscowić na niej miejsce, w którym się znajdowali. Nieco jej się rozjaśniło, bywała kilka razy w okolicy, nigdy jednak nie w tym konkretnym miejscu. Zresztą Yaxleyównę dotychczas bardziej ciągnęło do gór, najwyraźniej i to mogło się zmienić, bo okolica była naprawdę malownicza.

Mrugnęła kilka razy, kiedy określił jej dokładnie gdzie się znajdują. Wyglądało na to, że wszystko dokładnie zaplanował, nawet nazwa tego miejsca była bardzo sugestywna. Cóż, powinna się tego spodziewać. - Widzę, że wszystko sobie bardzo dobrze przemyślałeś. - Starała się zachować powagę, ale wychodziło jej to raczej średnio. Wszystko by się zgadzało z ich planami, które mieli zamiar zrealizować podczas tego krótkiego wypadu.

Przeniosła wzrok w stronę horyzontu, aby się przypadkiem za bardzo nie zaczerwienić, musiała przywyknąć do tego, co aktualnie się między nimi działo. Cieszyło ją to oczywiście, tyle, że jeszcze nie do końca oswoiła się z tym, że przyszło im to tak łatwo. Jeszcze wczoraj przecież znajdowali się w zupełnie innym miejscu jeśli chodzi o ich znajomość, teraz miało być tylko lepiej, w końcu właściwie i tak, jak tego chciała.

- Co dalej? - Zapytała jeszcze, bo w sumie nie miała pojęcia, jak wygląda dalsza część planu, czy właściwie mieli jakiś plan. Ambroise na pewno miał, tyle, że ona nie została w niego do końca wtajemniczona, nie lubiła tracić kontroli nad tym, co działo się wokół niej, a aktualnie zupełnie przestała panować nad tym, co się wokół nich działo. Nie wiedziała nadal, jakie są konkrety i czego poza niewychodzeniem z łóżka powinna się spodziewać, tyle, że właśnie, gdzie miało znajdować się to łóżko? Kolejne pytanie, które pojawiło się w jej głowie, ale go nie zadawała.




RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.01.2025

Był przygotowany na okoliczność tego wypadu, nawet jeśli do dzisiejszego przedpołudnia nawet nie brał pod uwagę dojścia do tego, co się między nimi wydarzyło. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, jednakże nie zamierzał ukrywać, że to było coś, czego cholernie chciał.
Nie żałował ani sekundy, ani jednego wypowiedzianego słowa bądź gestu. Wszystko zaprowadziło ich tutaj do tej chwili. A ta była teraz dosłownie wszystkim. Tylko oni dwoje, plaża i zachód słońca. Cztery dni poza zasięgiem kogokolwiek innego, cztery dni dla siebie nawzajem. Czy mogli chcieć więcej? Pewnie tak. Czy potrzebowali? Nie, nie teraz.
- Jeden z moich przyjaciół ze szkolnych lat mieszkał godzinę drogi stąd - niby nie musiał tego mówić, ale uznał to za całkiem interesujące wtrącenie, tym bardziej, że w innym wypadku nie miał żadnego związku z tą okolicą, a jednak instynktownie zaproponował jej to miejsce.
Rejony Whitby zdecydowanie miały swój urok. Część, w której się znaleźli była tym lepsza, że znacznie dziksza od drugiej strony miasteczka. Było tu mniej długich, piaszczystych plaż a więc i turystów. Zdecydowanie przeważały tu strome klify i spadki wprost do morza z nielicznymi niewielkimi naturalnymi, częściowo modyfikowanymi przez ludzi zejściami na prywatne skrawki czegoś w rodzaju plaży. Dokładnie takimi jak ta, na której się teraz znaleźli. Domki były od siebie znacznie bardziej oddalone, co gwarantowało dużo więcej prywatności niż w bardziej turystycznej części regionu. A jednak jednocześnie z powodzeniem dało się dotrzeć wszędzie, gdzie tylko było to konieczne, bo cywilizacja wcale nie znajdowała się aż tak daleko.
W kilku słowach: wymarzone miejsce dla szczeniaków poszukujących miejsca na imprezy. Szczególnie, że nie należało do żadnego znanego mu czarodzieja, więc znacznie łatwiej było im wyskoczyć tu, szukając sobie wolnego domku i po prostu na chwilę go przejmując. Nie zawsze zostawiając wszystko w idealnym czy choćby nawet wyjściowym, uprzednim stanie, ale cóż - młodość rządziła się swoimi prawami. Przynajmniej tak wtedy uważali.
- Robiliśmy tu sobie wypady podczas niektórych przerw sabatowych, czasami też latem. Szczególnie latem, tak właściwie, bo wtedy był z tego większy przypał - a co innego uwielbiali młodzi chłopcy, jeśli nie szukanie praktycznie każdej okazji do tego, aby zaryzykować, poczuć przypływ adrenaliny na myśl o zostaniu przyłapanym przez właścicieli lokum i popisać się przed resztą grupy próbami wybnięcia z sytuacji?
To były zabawne czasy. Wspominał je naprawdę dobrze. Nawet po wielu latach, mimo świadomości, że cokolwiek wtedy odstawiali nie miało a nawet nie mogło się powtórzyć. Nie tylko dlatego, że wszyscy byli już dorośli czy odpowiedzialni, lecz z uwagi na to, że ich grupa wypadowa praktycznie już nie istniała. Kontakt częściowo się rozmył, po części go zatracili, zaś w przypadku pewnych osób nie było już możliwości spotkać się ponownie. Kiedykolwiek. No, chyba że za Zasłoną.
Jednakże to nie było coś, o czym zamierzał obecnie wspominać. W żadnym wypadku. Całkiem celowo wybierając dokładnie ten region, ale jedną z mniej znanych plaż tuż przy jednej z tych bardziej oddalonych chatek. Zdecydowanie nieatrakcyjnych dla młodych ludzi poszukujących imprezowni, za to chyba idealnie nadających się na tygodniowo-weekendowe miłosne gniazdko. Bo tym miało być, choć ta myśl sama w sobie w dalszym ciągu była nieco zaskakująca, lekko otumaniająca i przyprawiająca krew o wrzenie.
Jeszcze wczoraj wszystko wydawało się nieprawdopodobne, bardzo odległe, wręcz niemożliwe do zrealizowania. Teraz stali tu ze sobą nie jako ludzie unikający kontaktu wzrokowego a jako ci, którzy mogli bezkarnie pożerać się nawzajem wzrokiem. Nie rzucać zawoalowanych, niezręcznych sugestii a otwarcie mówić o tym, czego pragną, bo te plany były zbieżne. Być może nadal nie całkiem pozbawione wrażenia dawnej ostrożności, ale ona też z pewnością miała zniknąć. Mieli dla siebie cztery dni. Znacznie więcej czekało na nich przez następne tygodnie, miesiące czy lata, bo rezygnacja z nowej rzeczywistości nie wchodziła w grę.
Chciał tego. Patrząc na Geraldine wpatrującą się w horyzont, może odrobinę zmieszaną usłyszanymi słowami (co tylko go rozbawiło) oblaną miękkim światłem zachodzącego słońca. Bez wahania pociągnął ją za rękę, przyciągając dziewczynę ku sobie i zamykając ją w ramionach. Dokładnie tak jak to powinno wyglądać.
Nie krył uśmiechu, gdy odgadnął jej luźny kosmyk włosów z twarzy, zatrzymując palce na ustach Yaxleyówny, aby moment później obrócić się z nią na pięcie. Tak, że stała teraz tyłem do morza, przodem do nie aż tak dostrzegalnego stromego zejścia nad wodę.
- Dalej tam na górze - rzucił lekko, machając głową w tył, bo sam nie widział obecnie tego, co jej pokazywał. - To prywatna powiedzmy, że plaża jednego z budynków, które nie są zamieszkane poza sezonem. Ten tutaj zresztą w sezonie też raczej nie bywał zbyt oblegany - wyjaśnił pokrótce, brzmiąc w taki sposób, że kolejne luźne słowa brzmiały już wyłącznie jak formalność, nie konieczność. - Będzie nasz do czwartku - nie musiał mówić na jakiej zasadzie, prawda?
To wybrzmiało między słowami, przynajmniej tak mu się wydawało.


RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.01.2025

Nie miała pojęcia, jak właściwie się przygotował do tego wypadu, bo nie ma się co oszukiwać wszystko wydarzyło się dość spontanicznie. Jeszcze wczoraj przecież byli dla siebie tylko przyjaciółmi, a dzisiaj znajdowali się na tej plaży, nie wiadomo gdzie, gotowi spędzić ze sobą te cztery dni będąc dla siebie kimś zupełnie innym. Czy można było się do tego przygotować? Nie miała pojęcia, wierzyła jednak w to, że Roise wie co robi, nie zmarnowałby ich czasu, gdyby nie był pewien miejsca w którym mieli się zatrzymać. Nie miała problemu z tym, aby pozwolić mu zabrać siebie nawet na koniec świata. Ufała mu jak nikomu innemu, to mówiło samo za siebie. Poszłaby pewnie za nim do samego piekła.

- To by oznaczało, że znasz okolicę. - Cóż, skoro jego przyjaciel gdzies tutaj mieszkał, to pewnie bywał tu od czasu do czasu, nie zabrał ją więc w zupełnie nieznane sobie miejsce. Wszystko zaczęło jej się rozjaśniać. Wiedział na czym stał, nie, żeby zakładała coś zupełnie innego, ale teraz wiedziała z czego wynika ta pewność, że znajdują się w odpowiednim miejscu na spędzenie tych kilku dni razem.

Jako, że nie słyszała wcześniej o tym miasteczku zakładała raczej, że nie było jakieś ogromne. To spory plus, bo wiązało się to z mniejszą obecnością turystów, zresztą to i tak chyba nie był sezon, w którym ludzie wybierali się nad morze. Do lata brakowało jeszcze trochę czasu, więc nie powinni się przejmować tym, że ktoś może przeszkodzić im w rozkoszowaniu się swoim towarzystwem.

- Czy wszyscy to przeżyliście? - Zapytała unosząc przy tym brew. Cóż, miała świadomość, jak wyglądają spotkania młodych ludzi, a te klify nie wyglądały na szczególnie bezpieczne. Nie zdziwiłoby jej wcale, gdyby ktoś zupełnie niefortunnie z nich spadł i zrobił sobie krzywdę. Zresztą sama robiła podobne głupoty, jeszcze całkiem niedawno, zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto nie do końca radził sobie w takim otoczeniu, na szczęście ona nie należała do takich osób, więc nieszczególnie się tym martwiła.

Pociągnął ją za ręke dość niespodziewanie, tak, że niemalże zachwiała się na nogach, ale szybko zamknął ją w swoich ramionach. To było miłe, niewymuszone, zresztą pragnęła tego od dawna, nie musieli się już zastanawiać nad tym, na co mogą sobie pozwolić, bo przecież wyjaśnili sobie, że pragną tego samego. To było budujące, wpatrywała się w Roisa z ogromnym uśmiechem, który właściwie nie znikał z jej twarzy od kilku godzin. Nareszcie czuła, że wszystko dzieje się tak, jak powinno, a to był przecież dopiero początek ich wspólnej drogi, mogło być tylko lepiej.

Spojrzała w końcu tam na górę, o której wspomniał, żeby dostrzec to, o czym mówił, wreszcie wyjaśniło się, gdzie mieli spędzić najbliższe kilka dni. Cóż, faktycznie miejsce wydawało się być idealnym do tego, aby zaszyć się tutaj i nacieszyć sobą.
- Posiadasz obszerną widzę o tym miejscu. - Musiał często tutaj bywać, skoro miał świadomość, które z domów nie były szczególnie często odwiedzane. Nie, żeby jej to przeszkadzało, bo ją tu przyprowadził, czyli chciał się z nią podzielić tym swoim sekretnym miejscem.

- Brzmi dobrze, bardzo dobrze. - Tak, nie do końca interesowało ją, że najprawdopodobniej włamią się do czyjegoś domu, skoro nikt tutaj nie bywał poza sezonem, to nie było to szczególnie istotne, a chyba na tym to miało polegać, a przynajmniej to zrozumiała między wierszami. Nie była zbytnio moralnym człowiekiem, nikomu raczej nie przeszkadzało to, że mieli zamiar skorzystać z jego własności.

- Możemy już wejść do środka? - Była ciekawa, jak właściwie wygląda wnętrze tego domu. Wydawał się być nieco opuszczony, jednak zdecydowanie miał duszę, lubiła takie miejsca, nie miała jakichś wygórowanych oczekiwań co do tego, gdzie mieliby spędzić te najbliższe cztery dni, nie spodziewała się jednak, że Ambroise sprowadzi ją do takiego miejsca. Wydawało jej się być naprawdę idealne, morze, piasek, skały, nieboskłon na którym aktualnie odbywał się barwny spekatakl, było tutaj cudownie.

Tak naprawdę nie sądziła, że coś mogłoby ich powstrzymywać przed tym, żeby znaleźli się w środku, chyba, że zdecydowaliby się jeszcze skorzystać z w miarę przyjemnej pogody, usiąść na zewnątrz i nacieszyć się bliskością natury, to też była nie najgorsza opcja. - Chyba, że najpierw skorzystamy z tej prywatnej plaży. - Opcji było kilka, a ona chyba aktualnie nie do końca potrafiła się zdecydować, także postanowiła skorzystać z tego, że nie była tu sama, może Roise będzie potrafił to zrobić. Zresztą nie było dla Yaxleyówny szczególnie istotne, którą opcję wybiorą - najważniejsze, że byli tutaj razem i czekały ich cztery, wspólnie spędzone dni.




RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.01.2025

- Mniej więcej - odpowiedział bez oporów, wyjątkowo nie zamierzając pozować na całkowitego znawcę tych regionów, ale też nie przecząc, że znał tu sporą część terenu, wielokrotnie spędzając czas w okolicy. - Jak mówiłem, mają tu te swoje wyjątkowe magiczne ryby i tak dalej - mógłby skwitować to machnięciem ręką, ale zdecydowanie wolał trzymać za nią swoją dziewczynę, w dalszym ciągu splatając ich palce.
Robił to całkowicie bez zastanowienia. Trzymał ją za rękę, kciukiem rysując malutkie kreseczki na wierzchu dłoni Geraldine. To w jedną, to w drugą stronę. Ciesząc się tym drobnym dotykiem, pozornie niezobowiązującym. Tyle tylko, że nie dla niego. Nie tego popołudnia ani nie w najbliższej przyszłości.
Lubił ją dotykać. Nie tylko pod tym żarliwym fizycznym, naprawdę seksualnym kątem, pod którym mogli się odkrywać bez chwili dalszego zawahania. To, co mieli od samego początku było dużo bardziej złożone. Tak, bez pożądania mogliby pozostać wyśmienitymi platonicznymi przyjaciółmi, unikając wielu miesięcy pełnych trudów i wątpliwości, ale nie dało się tego tak po prostu od siebie oddzielić.
Byli przyjaciółmi - bez wątpienia mieli nimi być, nawet jeśli ich status już o tym nie mówił. Raczej nie miała mu na niego narzekać, co z pewnością miało wydarzyć się w przyszłości. Nie obrabianie mu z nim dupy - bez przesady, ale jakaś drobna upierdliwość, mała sprzeczka czy różnica zdań.
Znali się również od tej bardziej upartej, upierdliwej strony. Mieli okazję parokrotnie się ze sobą zetrzeć. Bardziej lub mniej. Przeżyć kilka trudniejszych chwil, pomijając już tamten niezręczny okres wrogości. A jednak zawsze jakoś dochodzili do rozwiązania, ostatecznie będąc w stanie ze sobą porozmawiać. To było najistotniejsze.
Szczególnie, że mimo tych różowych okularów, jakie tak ochoczo teraz nakładali, ani myśląc odrywać się od siebie na dłużej niż to całkowicie niezbędne, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że przy ich charakterach nie dało się uniknąć docierania się do siebie. Tyle tylko, że w przypadku Geraldine wcale go to nie odstręczało.
Może nie mówił o tym na głos, ale od wielu miesięcy miała nie tylko swoje miejsce w jego życiu, lecz także aktywnie (choć raczej nieświadomie) brała udział w modyfikowaniu jego rzeczywistości. Brał ją pod uwagę w swoim rozkładzie dnia. Jeśli coś obiecał, dostosowywał swój grafik, zamieniał dyżury w razie konieczności pojawienia się dla niej w jakimś miejscu. Byli przyjaciółmi zachowującymi się jak ktoś znacznie więcej. Teraz to było widoczne jak na dłoni.
Nie musiał pytać czy też to dostrzegła. Wystarczyło na nią spojrzeć, zatrzymując wzrok na niebieskich oczach teraz przypominających mu morze za jej plecami, aby kiwnąć do siebie głową. Nie zawsze potrzebowali słów. To nie był główny kanał ich komunikacji, nie zmieniło się to mimo upływu czasu. Ani wtedy, ani teraz.
To gesty takie jak ten miały prawdziwe znaczenie. Myślenie o niewielkich rzeczach. Drobne i większe ruchy. Nie tylko żar i namiętność. Odgadnięcie włosów z twarzy, przelotny uśmiech, pocałunek złożony na czubku głowy. Objęcie ramionami, poprawienie kołnierzyka koszuli. Niby nic takiego a jednak to było wyjątkowe, zupełnie inne niż cokolwiek, co kiedykolwiek przeżywał. Nie musieli się w sobie zatapiać, aby sycić się swoim wzajemnym towarzystwem. Nową, lepszą wersją teraźniejszości.
- Poza tym mają tu całkiem sporo ruin, ale nas interesują głównie plaże, nie? Może klify i wrzosowisko za domem, no i przede wszystkim to, że nikt nie będzie nam tu zawracać głowy - stwierdził zgodnie z tym, co sobie obiecywali.
To była naprawdę wspaniała wizja. Nie mogli wpaść na coś lepszego od tego, wcale nie uciekając od świata zewnętrznego a po prostu na chwilę robiąc sobie przerwę od tego całego pędu. Od zobowiązań i konwenansów. Po to, by napawać się nowoodkrytą zgodnością oczekiwań.
To, że wybrał akurat to miejsce nie było dziełem przypadku, było całkiem przemyślane jak na tworzenie wspólnych planów pod wpływem impulsu. W pierwszej chwili po wymianie zaskoczonych, trochę otumanionych pocałunków na jednej z plaż. Wypielęgnowanych, zadbanych, ale nawet w połowie nie tak ładnych jak ta tutaj. Ta była dzika, ta pasowała do wszystkiego, czego potrzebowali.
Tak samo jak chatka, którą od samego początku miał na oku, pamiętając ten skrawek terenu może nieco słabiej niż inne, ale to nawet było lepsze. Mogli budować tu swoje własne wspomnienia. Może nie był to szczyt luksusu, jednak w jego pamięci to było raczej właśnie takie miejsce, na jakie teraz zasługiwali. Gniazdko pełne poduszek, firanek powiewających na wietrze, mające ganek z widokiem na naturę, wrzosowisko, klif i kawałek plaży.
Nie nadawało się na dzikie imprezy. Raczej nie, ale zamierzali spędzać ten czas w nie mniej aktywny sposób. To nie oznaczało wielkiej straty.
Uśmiechnął się do Yaxleyówny na widok jej uniesionych brwi, słysząc to pytanie i bardzo nieznacznie kręcąc głową.
- Jakimś cudem nie, choć pewnie możesz sobie wyobrazić, co tu się działo. Dodaj do tego jeszcze kilka absurdów, pomyśl o jakichś mało prawdopodobnych głupotach i masz mniej więcej cały obraz tamtych czasów - bez oporów kląsnął językiem o podniebienie, posyłając jej jeszcze szerszy uśmiech.
Nie zamierzał wspominać o tych znacznie bardziej przykrych sprawach. O tym, że nawet, gdyby chcieli odwiedzić jego przyjaciela, mogliby to zrobić co najwyżej w okolicznym opactwie na cmentarzu. Może podczas ich imprez nikt nie zginął, ale życie czy śmierć i tak jakoś ich wszystkich dopadły. To nie był moment na takie tematy. Teraz chodziło o zabawne anegdoty.
O przyciągnięcie Geraldine do siebie, czym ją chyba zaskoczył. Zamknięcie jej w ramionach i w dokładnie taki sposób pokazywanie jej reszty otoczenia. W najlepszym możliwym wydaniu, bo blisko, ciało przy ciele. Nieskrępowanym dotykiem.
- W istocie - przytaknął. - Cieszę się, że tak to odbierasz, więc jasne. Nic nas nie goni, ale warto najpierw zrobić małe rozeznanie - jeśli potrzebowała potwierdzenia ich planów przywłaszczenia sobie domu na sam środek tygodnia, dostała je właśnie w tym momencie.
Nie oponowała. Nawet przez chwilę nie sądził, aby miała to robić. Zbyt dobrze się znali. Nie miał wątpliwości, że mogli to wspólnie zrobić. To i nie tylko.
- Możemy odnieść nasze rzeczy i wrócić tu, gdy zacznie robić się całkiem ciemno - zaoferował bez wahania. - Niebo tutaj jest inne niż w Londynie czy gdziekolwiek, nawet w Dolinie czy w górach - bo przecież znał i jej rodzinne rejony.
Tu mieli możliwość dostrzeżenia czegoś zupełnie innego, rozłożeni na kocu pod gwiazdami, zamknięci w swoich objęciach. Z butelką alkoholu, koszem piknikowym z kolacją. To naprawdę brzmiało jak doskonały plan.


RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.01.2025

- Morskie stworzenia nie są moją specjalnością, ale myślę, że będe w stanie coś tutaj znaleźć. - Cóż, o tym Ambroise mógł się przekonać. Może kelpie nie była morskim stworzeniem, ale również żyła w wodzie. Niestety miał wątpliwą przyjemność leczyć ją po bliskim spotkaniu z tym potworem, niemal przypłaciła je swoim życiem. Miała sporo szczęścia, że trafiła właśnie pod jego opiekę, mimo tego, że w tamtym momencie nie była z tego szczególnie zadowolona, bo był to chyba jeden z gorszych okresów, który przeżyli podczas swojej znajomości.

Ta bliskość, na którą mogli sobie pozwolic była czymś zupełnie nowym, czuła, że szybko nie przestaną sobie pozwalać na te drobne gesty, po które wreszcie mogli sięgać. Niby zwyczajne łapanie się za dłonie, splecenie ze sobą palców, ale wcześniej nawet do ograniczali. Pozwalali sobie czasem na odstępstwa, zdarzało jej się przecież do niego przytulić, czy dotknąć dłoni mężczyzny, ale teraz wyrażało to dokładnie to, co do niego czuła. Wcześniej raczej wolała, by nie domyślił się tego wszystkiego, bo wydawało jej się to być słusznym postępowaniem.

Zdążyli poznać się na tyle, że miała pełną świadomość tego na co się pisała. Trafiła na kogoś kto był bardzo podobny do niej, tak jak Geraldine nie umiał odpuszczać, co przynosiło drobne starcia, ale była pewna, że będą sobie w stanie z tym poradzić. Umieli ze sobą rozmawiać, nie było tematów, których nie byliby w stanie poruszyć, zresztą w przypadku Roisa Yaxleyówna była gotowa na pewne odstępstwa. Nie miała problemu z tym, żeby nie zawsze wszystko układało się tak, jak ona właśnie chciała, potrafiła odpuścić. Ceniła sobie jego zdanie, docierało do niej, umiał do niej dotrzeć, co nie zdarzało się często.

Już od jakiegoś czasu zaczęła brać pod uwagę to, co może sobie pomyśleć. Nie podejmowała irracjonalnych decyzji, które kiedyś były jej domeną, zaczęła dostosowywać się do niego. W końcu miał istotne miejsce w jej życiu, nawet jeśli byli tylko przyjaciółmi. Wcześniej jednak dla nikogo ze swoich przyjaciół nie robiła czegoś takiego, cóż, to dosyć szybko się rozjaśniło, nie była to typowa przyjaźń, od samego początku zmierzali ku czemuś więcej, wreszcie się to wydarzyło.

- Może ruiny zostawimy na inny raz? - Cóż, nie była jakąś szczególną fanką takich miejsc, a nie wiedzieć czemu wydawało jej się, że jeszcze kiedyś tutaj wrócą. Dopiero przecież zaczynali faktycznie wspólną drogę, takie wypady nie musiały być jednorazowe, na pewno mieli ich przed sobą wiele. - Plaże, wrzosowisko, klify też mogą być. - Nie sądziła, że uda im się faktycznie zahaczyć o te wszystkie atrakcje, które miało do zaoferowania to miejsce, ale plan brzmiał całkiem nieźle, tyle, że i tak wszystko zmierzało ku jednemu - mieli się w końcu nacieszyć swoją bliskością, nie wydawało jej się, że łatwo przyjdzie im eksploracja okolicy.

- Potrafię to sobie wyobrazić, bez mniejszego problemu. - Cóż, ona i jej znajomi również postępowali podobnie. Młodość rządziła się swoimi prawami, czy coś. Dawno zresztą miała to już za sobą, chociaż przecież wcale nie należała do szczególnie wiekowych osób, miała ledwie dwadzieścia trzy lata. Wyszumiała się jednak kilka lat wcześniej, tak wiodła naprawdę intensywne życie. W końcu jednak miała szansę nieco się ustabilizować i nie widziała w tym nic złego. Była gotowa na to, aby nieco zmienić swoje życie, zacząć myśleć o kimś więcej, niż tylko o sobie. To całkiem ciekawe doświadczenie, zważając na jej przeszłość. Nie czuła, żeby ta relacja na którą się zdecydowali mogłaby ją w jakikolwiek sposób ograniczać, Ambroise nie wydawał jej się osobą, któa chciałaby ją osaczyć, co zresztą pokazywał jej już wiele razy i wspierał w tym, na co się decydowała. Nie wydawało jej się, aby mogło się to zmienić, znali się zbyt dobrze, aby pojawiły się takie przemyślenia.

- W takim wypadku więc chyba czas się rozeznać. - To było całkiem niezłym początkiem na spędzenie czasu w tym miejscu, zresztą naprawdę była ciekawa, jak wyglądało wnętrze tej chatki. Z daleka wyglądała na całkiem przytulną, nie zastanawiała się jednak do kogo należy, to nie było istotne, grunt, że mogła być ich schronieniem przez najbliższe kilka nocy. Nie potrzebowali zbyt wiele.

- Doskonały pomysł, myślę, że warto jeszcze dzisiaj tutaj wrócić. - Może nie był to jeszcze typowo wakacyjny sezon, jednak pogoda wcale nie była najgorsza, mogli skorzystaż z tego, że znajdowali się w naprawdę malowniczej okolicy, pooglądać gwiazdy, położyć się na piasku i po prostu być tutaj razem. Niby nic, ale taki sposób na spędzenie wieczoru wydawał jej się być naprawdę atrkacyjny. Yaxleyówna doceniała takie chwile, to one bowiem najdłużej zostawały w pamięci. Nie wątpiła, że z tym wieczorem będzie podobnie, był to bowiem pierwszy wieczór, który mieli spędzić razem jako para. Coś nowego, niesamowitego, wzbudzającego w niej wiele pozytywnych emocji, a przede wszystkim ekscytację.

- Tak, zdecydowanie jest inne, podejrzewam, że to będzie moje ulubione niebo. - W końcu to on pokazał jej to miejsce, wpuścił ją do swojego świata. Nigdy wcześniej tutaj nie była, więc zawsze będzie jej się to kojarzyło z nim, nic już tego nie zmieni, a był to dopiero początek rzeczy, które robili razem pierwszy raz. Czuła, że rozpoczęła nowy etap w swoim życiu, może zupełnie niespodziewanie, ale bardzo jej się to podobało. Była gotowa na więcej.




RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.01.2025

- Czekaj, czekaj - powstrzymał ją w dosyć teatralny sposób. - Mówisz mi, że Geraldine Yaxley. Specjalistka od magicznych zwierząt. Ta Geraldine Yaxley nie zna się na morskich stworzeniach? Coś kręcisz. Moja Geraldine zna się na wszystkim, co nie wiąże się z pierdoleniem o roślinach, tylko je zżera - zmierzył ją wzrokiem, celowo wybierając dokładnie te słowa i ten ton głosu.
Bez wahania robiąc dokładnie to, czego pragnął tyle czasu. Nazywając ją swoją, bo to wreszcie faktycznie się ziściło. Należeli do siebie. Dużo dłużej niż od tego dnia, lecz teraz bez odrobiny wątpliwości, bez niedomówień i niedopowiedzeń.
- Plaże, klify i wrzosowisko, tak? Zero ruin - powtórzył po niej raczej powątpiewająco-kpiącym tonem, znacząco unosząc przy tym brwi i posyłając Geraldine niezbyt poważne spojrzenie. - Wanna, łóżko i kanapa. Jeśli będziemy wystarczająco skorzy do eksploracji, może nawet koc na plaży albo ogrodowa huśtawka - co prawda ta przedostatnia opcja wiązała się ze stanowczo zbyt dużą ilością szorstkiego i wszechobecnego piachu zaś ostatnia mocno zależała od stanu technicznego przydomowej infrastruktury, która raczej nie należała do najbardziej zadbanych, ale mieli sobie poradzić również z tym.
Co jak co, ale nie brakowało im kreatywności. Zwłaszcza przekierowywanej we właściwą stronę, już nie po to, aby ślizgać się pomiędzy niedopowiedzeniami, usiłując udawać, że przelotny dotyk jest w istocie wynikiem całkowitego przypadku. A pocałunek w policzek wcale nie znalazł się zbyt nisko przy szczęce, niemalże na szyi lub prawie przy ustach pochopnie poruszonej głowy. Że najlepsi przyjaciele w istocie oferują sobie splecione palce, kolana zamiast poduszki albo podnóżka na kanapie. Szykują się do wspólnego spędzania urodzin jednego z nich z tortem i kwiatami, ignorując znaczące uśmiechy współpracowników. Robią wiele z pozoru drobnych rzeczy, które w istocie nijak nie pasowały do tej łatki.
Raz po raz mimochodem odbiegając od niewinnych, neutralnych tematów, ostrożnie, acz płynnie przechodząc do zawoalowanego flirtu. Badając grunt i reagując nader alergicznie na wszelkie przejawy oraz sugestie, że ktoś inny mógł zająć ich miejsce czy nawet pojawił się na horyzoncie. Co właściwie właśnie w tej chwili sprawiło, że Ambroise zmarszczył czoło, mrużąc oczy i posyłając Geraldine milcząco badawcze spojrzenie.
Odruchowo uniósł wolną dłoń ku podbródkowi, zatrzymując na nim palce, mrugając i ponownie powracając do mrużenia oczu.
- Początek marca. A potem przez cały czas, każde odniesienie - w teorii w głosie Greengrassa pojawiło się pytające zabarwienie, jednak po prawdzie chyba nie musiał pytać o to, co nagle stało się całkowicie jasne. - O kurwa - musiał zamrugać, przejeżdżając zębami po dolnej wardze i z niedowierzaniem kręcąc głową.
To było jak błyskawica na naprawdę jasnym, niemal bezchmurnym niebie, na które mogli teraz patrzeć. Wschód słońca rozjaśniający wszystko swoimi promieniami, gdy w istocie słońce nad ich głowami właśnie zbliżało się ku granicy z horyzontem. Nie potrzebował nic dodawać ani pytać o nic więcej. Kląsnął językiem o podniebienie, posyłając spojrzenie w stronę nieboskłonu.
Przynajmniej mieli jakiś luźny, mniej żenujący, choć całkiem anegdotyczny temat tego miejsca. Głupich decyzji ze szczenięcych czasów. Durnych zachowań, których zdecydowanie nie brakowało podczas wypadów nad morze. Szczególnie na te same klify, o których zwiedzaniu rozmawiali dosłownie chwilę wcześniej.
Prawdę mówiąc on również nie miał pojęcia, czyje miejsce zamierzali sobie przywłaszczyć. Nie zastanawiał się nad tym zbyt głęboko. Zapewne mieli się tego dowiedzieć już na pierwszy rzut oka, ewentualnie po kilku chwilach od wejścia do środka. Takie miejsca nieczęsto były pozbawione personalnych akcentów. Przynajmniej nie w domkach, które zdecydowanie nie służyły pod wynajem a to bez dwóch zdań był jeden z takich. Świadczyły o tym firanki w oknach i wyblakłe od słońca, zniszczone od warunków atmosferycznych akcenty w dostrzegalnej części ogrodu. Prawdopodobnie nie mogli lepiej trafić.
- A więc tak zrobimy - przytaknął bez wahania, kolejny raz potwierdzając zgodność w założeniach, jakie tu sobie stawiali. - Szybkie rozeznanie i powrót. Później zobaczymy, co dalej - to bez wątpienia brzmiało jak dobry plan, wprost doskonały.
Tym bardziej, że pogoda mogła sprzyjać chwilom spędzonym pod gołym niebem. Może było poza sezonem. Ciepło, ale nie gorąco. Noc raczej miała być chłodniejsza a morska bryza mogła wręcz przynieść dodatkowe wychłodzenie, może nawet ziąb. Ale czego nie załatwiłby dodatkowy koc i ciało otulające drugie ciało? Oplecione ramiona, co rusz splatane oddechy?
No właśnie. To brzmiało jak wyśmienity wieczór pod gwiazdami. Innym niebem. Wspólnym, pierwszy raz tak naprawdę.
- Jeśli tak to ujmujesz, kim byśmy byli, gdybyśmy nie mieli tu wracać - mruknął, możliwe, że trochę na wyrost i bez zastanowienia, bo tak właściwie nie mieli jeszcze okazji spędzić tu zbyt wiele czasu, ale słowa Geraldine sprawiły, że się uśmiechnął, bo to w istocie mogło być ich ulubione niebo. Wspólne.
Odruchowo uniósł kąciki ust, czując falę ciepła rozlewającą się we wnętrzu piersi, przyjemne ciepło bijące nie tylko od jego dziewczyny, ale dochodzące też z samego środka. Z tych strun, które w nim poruszała. Jako pierwsza i jedyna, ostatnia. Tego nie stwierdzał już na wyrost. Po prostu to wiedział. Byli czymś więcej niż dwojgiem ludzi przeżywających letnie zauroczenie. Kimś więcej niżeli przyjaciółmi, więcej niż tylko młodą parą.
To było coś innego, trudnego do określenia, co z początku brali za skutek uboczny tamtych wydarzeń w dworku, jednakże tym nie było. To nie było przekleństwo. Sami się zaplątali, sami wszystko sobie utrudnili, tymczasem w istocie wszystko było tak łatwe jak objęcie jej mocniej i ten słodki, choć przelotny pocałunek pełen obietnic, zanim z oporem wypuścił Geraldine z ramion, ruchem dłoni wskazując jej schodki.
- A więc panie przodem - wcale a wcale nie chodziło o stromość wejścia i te ciasne, obcisłe spodnie, natomiast to był całkiem przyjemny dodatek w zupełności wynagradzający mu samowolnie przyjętą rolę tragarza ich rzeczy.
Na szczęście całkiem niewielu.


RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.01.2025

Przewróciła jedynie oczami, kiedy usłyszała jego słowa. - Nie, tego nie powiedziałam, nie słuchasz mnie uważnie. - Dodała z uśmiechem. - Nie powiedziałam, że się na nich nie znam, tylko, że to nie do końca jest moja nisza. Coś tam wiem, ale nie jestem wybitną specjalistką w tej dziedzinie. - Miała świadomość, że istnieją osoby dla których ten temat był zdecydowanie dużo bliższy, zamykali się głównie w tej części wiedzy o magicznych stworzeniach, a ona zawsze podchodziła do tego bardziej ogólnikowo. Liznęła nieco wiedzy i o morskich bestiach, ale nigdy nie interesowały ją na tyle, aby jakoś się w to zagłębiała.

- Chociaż podoba mi się to, jak pewny jesteś mojej wiedzy. Mów tak dalej, a szybko obrosnę w piórka. - Mrugnęła do niego nawet, a uśmiech nadal nie schodził jej z twarzy. Przy nikim chyba nie czuła się tak pewna siebie, Roise naprawdę wiedział, jak spowodować, żeby Yaxleyówna przestała mieć jakiekolwiek kompleksy.

- Twoje opcje są zdecydowanie lepsze, chociaż mogę wyrazić sprzeciw co do koca na plaży, piasek potrafi być bardzo irytujący, gdy znajduje się tam, gdzie nie powinien. - Miała pewne doświadczenie z tym związane i nieszczególnie chciała je powtarzać. Zapewne przez najbliższy miesiąc by im się wysypywał z różnych miejsc... Chociaż wolała nie poruszać za bardzo tych szczegółów.

To już dawno było za nią. Odkąd opuścili ten dworek nie zbliżała się do nikogo innego, nie chciała tego robić. Gdy zaczęli się przyjaźnić przestała szukać jakichkolwiek, chwilowych, zupełnie niepotrzebnych relacji. Liczyła na to, że prędzej, czy później dostanie to, na czym najbardziej jej zależało. Była w stanie poczekać, znosić te wszystkie niedopowiedzenia, tkwić w przyjaźni, którą sobie narzucili, chociaż bywało to trudne. Jak widać jednak cierpliwość popłaciła. W końcu nie musieli udawać, że te wszystkie drobne gesty po które sięgali były typowo przyjacielskie. Nigdy nie były. Nie zachowywała się jak przyjaciółka, gdy pozwoliła mu położyć głowę na swoich kolanach, a później wplotła mu palce we włosy. Nie zachowywała się jak przyjaciółka, kiedy zaczęła się z nim kłócić w swoje urodziny, zazdrosna o to, że mogłby chcieć pojawiać się w towarzystwie innych dziewcząt. Zdecydowanie od samego początku chciała czegoś wiecej.

- Trochę to trwało. - Najwyraźniej sobie to teraz uświadomił? Chętnie poznałaby jego wszystkie myśli, ale nie zamierzała go wypytywać o konkrety. Najwyraźniej każde z nich próbowało sobie to wszystko jakoś usystematyzować. Dobrze, że w końcu mogli to zrobić, wiedzieli na czym stali. To naprawdę bardzo ułatwiało przebywanie w swoim towarzystwie. Nie musieli się skupiać nad tym, co mogą, a czego nie mogą.

- Tak, nie ma sensu zakładać czegokolwiek. - W końcu nigdzie im się nie spieszyło, nie musieli planować każdej godziny, którą tutaj spędzą. Nie po to się tutaj znaleźli. Mieli w końcu nacieszyć się sobą w odpowiedni sposób, pozwolić się ponieść i poznać tak, jak nigdy wcześniej. Wypadałoby nadrobić ten czas, kiedy usiłowali zachowywać się przy sobie przyzwoicie, to też było już za nimi. Nareszcie mogli robić dokładnie to, na co mieli ochotę. Czuła, że odpowiednio spożytkują te cztery dni. Nie mogła się spodziewać niczego innego, nie kiedy od dawna tego pragnęli, a w końcu dostali swoją szansę od losu.

Pogoda była odpowiednia, może jeszcze noce nie należały do tych ciepłych, ale i w takich warunkach można było znaleźć sposób na ogrzanie. Wystarczyło tylko być nieco kreatywnym. Same ciała potrafiły dawać bardzo dużo ciepła, a nie sądziła, że będzie miała chęć go wypuścić z ramion chociaż na chwilę, gdy już znajdą się ponownie na tej plaży.

- Cieszę się, że jesteśmy co do tego zgodni. - Miała wrażenie, że ostatnio bardzo łatwo przychodziło im aprobowanie swoich decyzji. Nie dało się ukryć, że chcieli tego samego, że to, co się między nimi działo było czymś ponad. Z początku nie do końca potrafili to zrozumieć, przecież spędzili masę czasu na zastanawianie się nad tym, co się zminiło od kiedy znaleźli się w tym nieszczęsnym dworku. Szukali informacji, przeglądali księgi, tyle, że nie było odpowiedzi na ich pytania. Musieli to zaakceptować, teraz docierało do niej powoli, że może po prostu byli sobie pisani? Żadna magia się w to nie mieszała, po prostu wtedy, gdy musieli współpracować, kiedy pojawiło się zagrożenie obudziło się to w nich. Najwyraźniej tak miało być, chociaż próbowali dochodzić do tego, czy nie jest to jakaś klątwa. Trochę czasu im zajęło zorientowanie się, czym właściwie to było, chociaż czy faktycznie już byli w stanie to nazwać? Chyba nie. Wiedziała po prostu, że chce trwać u jego boku, coby się nie działo, nie jako przyjaciółka, a jako ukochana - to było jej miejsce.

Nie sądziła, że pocałunki mogą być takie słodkie i naturalne, jak widać, wiele jeszcze musiała się nauczyć. Nie, żeby jej to przeszkadzało, była gotowa zdobywać nowe doświadczenia w tej dziedzinie. - Oczywiście. - Nie do końca była zadowolona z tego, że musiała wymknąć się z jego ramion, ale wiedziała, że za chwilę znajdzie się w nich ponownie. Ruszyła więc przed siebie, całkiem szybkim tempem, aby znaleźć się przed ich tymczasową chatką jak najprędzej. Chwilę zajęło jej wejście pod dom, bo było tutaj naprawdę stromo. Zatrzymała się przed wejściem, bo wiedziała, że Ambroise miał pewne utrudnienia w postaci ich bagaży. Nie powinna była pozwalać mu dźwigać tego wszystkiego samemu, ale nie chciała też od razu pokazywać, jaka to nie jest samowystarczalna, nie musiała już dbać sama o siebie, co też było dla niej czymś nowym.




RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.01.2025

Miał ochotę... ...sam nie do końca wiedział, na co miał ochotę i to nie z powodu braku możliwości. Wręcz przeciwnie. Odkąd tak wiele zaczęło się zmieniać, miał naprawdę olbrzymi wachlarz opcji. Cały szereg rozwiązań do wyboru. W takich czy w innych sytuacjach. Na jej wywracanie oczami i zarzucanie mu, że nie słucha tego, co mu mówiła.
W istocie może nie do końca to robił? Był omotany, trochę otumaniony, wypełniony tymi wszystkimi odczuciami intensyfikującymi się wraz z każdą kolejną chwilą, w której uświadamiał sobie, że to była rzeczywistość. Naprawdę to wszystko zrobili. W dalszym ciągu szli do przodu.
A teraz miał ochotę albo ją pocałować, albo ugryźć w czubek języka. Przyłożyć usta do jej ust i pociągnąć ją zębami za wargę, ścierając ten wyraz z twarzy Geraldine. Sprawiając, że przestałaby wywracać na niego oczami, zdecydowanie zbyt zajęta czymś innym.
- Oczywiście, że cię słucham. Zawsze cię słucham - on również uniósł wzrok w kierunku nieba, z politowaniem kręcąc głową. - Zadaj mi jakiekolwiek pytanie o cokolwiek, co mi kiedykolwiek powiedziałaś. No, dawaj, skoro rzucasz takimi oskarżeniami - tak, prowokował ją do tego, żeby spróbowała go czymś zagiąć.
No i w istocie bywały przecież udokumentowane momenty (tak jak wtedy podczas jej urodzin), kiedy bez bicia przyznał się, że uciekł gdzieś myślami, ale to nie była ta chwila. I zamierzał jej to udowodnić. Choćby nawet miał się usrać.
- Poza tym dzięki za ostrzeżenie - kiwnął głową, susząc do niej zęby w całkiem szerokim, niezbyt poprawnym uśmiechu. - Będę mieć to na uwadze. Wolałbym, żebyś nie miała szans zbyt daleko mi kiedyś odlecieć - mrugnął do niej całkowicie bez powagi, choć jednocześnie wcale nie planował przestawać robić tego, o czym mu mówiła.
Podobało mu się jej zachowanie. Uskrzydlanie tego, co siedziało w niej gdzieś bardzo głęboko aż prosząc się o to, żeby uwolnić je na powierzchnię. Miała w sobie znacznie więcej potencjału niż sama zakładała. Więcej zawoalowanego czaru, znacznie więcej tego, czymkolwiek mógłby to nazwać, co czyniło z niej kogoś, na kogo od wielu miesięcy nie potrafił patrzeć inaczej niż teraz w tej chwili.
Tyle tylko, że pierwszy raz w naprawdę otwarty i nieskrępowany sposób. Po raz pierwszy bez jakichkolwiek wymuszonych oporów albo refleksji nad tym, że najpewniej nie powinien tego robić, bo może pochopnie coś między nimi popsuć. Nie. Teraz to było nawet wskazane.
Być może to w dalszym ciągu nie było coś, w co łatwo było mu uwierzyć, ale byli tu razem. Nie dało się zaprzeczyć temu, że dosyć łatwo im przychodziło niwelowanie kolejnych sztucznych granic i podejmowanie dalszych decyzji, gdy już doszli do jednorodnych wniosków.
- Myślę, że możemy sobie z tym jakoś poradzić - stwierdził po chwili zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i mrużąc jedno oko.
No, niby miała rację, ale za cholerę nie chciał odpuszczać sobie tego koca na piasku, szczególnie że była to opcja nawet na ten wieczór. W końcu już planowali spędzić co najmniej kilka godzin pod gwiazdami a szczerze wątpił, żeby przez ten cały czas mieli wyłącznie patrzeć na niebo. Nieważne jakie miało być ładne. Jego dziewczyna bezsprzecznie była piękniejsza. I przede wszystkim w zasięgu ręki. Teraz już tak.
Mógł położyć głowę na jej kolanach, powracając do tego, co już kiedyś robili, przerywając, bo obawiali się posunąć zbyt daleko. W tym momencie nie musieli już mieć takich obaw. Mógł sięgać ku jej skórze, rysując malutkie kółeczka na łydce albo przesuwać po niej wargami. Wszystko, czego by chcieli. A tu też raczej nie sądził, by zamierzali się miarkować. Nie po tym, co już sobie udowodnili i pokazali.
- Co najwyżej zdejmować - odparł bez mrugnięcia okiem, nie dopuszczając do tego, by zadrżał mu jakikolwiek mięsień na twarzy, więc chyba tylko błysk w oku zdradził kompletny brak powagi kryjący się w tych pozornie poważnych słowach.
W innym wypadku nie okazał tego ani tonem, ani gestem, cały czas bez zażenowania wpatrując się Geraldine prosto w oczy. To w teorii nie było coś, czego jeszcze nigdy by nie robił. Potrafił całkiem bezczelnie wypowiadać równie żenujące i komiczne, celowo tanie kwestie. A jednak przy niej to było inne. Zupełnie, zupełnie inne, szczególnie że jeszcze dzień temu nie byłby w stanie utrzymać przy tym kontaktu wzrokowego i prawdopodobnie zaraz wybrnąłby z tego jakimś głupim tekstem czy machnięciem ręki.
Tym razem nie do końca żartował. Nie mieli robić planów - jasne. O to im chyba chodziło w tym całym impulsywnym wyjeździe. Nie zamierzał nic z góry zakładać, no, może poza pewną wiadomą celowością ich odcięcia się od reszty świata na te cztery dni. Czyli dokładnie tego, o czym jej teraz powiedział. Zdejmowania. Pozbywania się nie tylko ubrań, ale też reszty oporów.
Byli tu razem. Mieli tu być. Po raz pierwszy, później może kolejny i jeszcze jeden, bo to, co zasugerowała Yaxleyówna całkiem mu się podobało. To była kusząca wizja. Ich drobny kawałek świata, pewna tradycja, pierwsze wspólnie odkrywane i zapamiętywane miejsce wraz z poznawaniem siebie nawzajem od zupełnie nowej strony.
Ich i tylko ich. Bez związku z jakimikolwiek klątwami czy innymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli miałby w to obecnie wątpić to cóż raczej nie mógł tego robić. Nie po tym, gdy przeznaczyli naprawdę dużo czasu na zgłębianie tego, co się między nimi wydarzyło. Tych wszystkich nieoczekiwanych odczuć i emocji.
Gdy się nad tym teraz zastanawiał, tak właściwie to całkiem sporo kwestii samo się wyjaśniało. Niektóre nawet wręcz żenująco jasno i klarownie. Tak, że sam już nie do końca dowierzał w to, ile czasu im zajęło dojście do wniosku, że chcą od siebie czegoś więcej niż przyjaźni.
- Może i tak, ale raczej nic nie przebije poszukiwania informacji na temat naszej klątwy, nigdy nie rozmawiając o tym, na czym tak właściwie polega - zauważył z przekąsem, chyba pierwszy raz tak gładko i błahym tonem wspominając o ich wspólnej głupocie.
Musiał, po prostu musiał to teraz powiedzieć. Z niedowierzaniem kręcąc głową. Pewnie sama też zdążyła to zauważyć i dostrzec, ale w ich prywatnej galerii manewrowania wokół tematu związku zamiast przyjaźni, to prawdopodobnie zajmowało naczelne miejsce. Wspólnie poszukiwali odpowiedzi, nie zadając sobie nawzajem najbardziej rzeczowego pytania:
Na co?
I każdego kolejnego sprowadzającego się do prostego:
Tak właściwie to co po tym czujesz?
Mogącego zapewnić im najprostszą możliwą odpowiedź:
Że cię pragnę, nie tylko fizycznie, nie tylko cieleśnie, nie tak jak kogokolwiek innego, zupełnie inaczej, właściwiej. Jakbyś zawsze powinna należeć do mnie a ja do ciebie.
Nie chciał tego już teraz zwalać na klątwy. Nie chciał też mówić przy tym o przeznaczeniu, bo to była ich decyzja. To oni doprowadzili do tego momentu. Oni byli odpowiedzialni za kreowanie rzeczywistości. Za to, po co wyciągali ręce i ramiona, którymi on sam teraz po prostu bez słowa obejmował swoją dziewczynę.
W obliczu tego słodkiego pocałunku niełatwo było mu ją z nich wypuścić. Tak samo jak skupić uwagę na pokonywaniu kolejnych ostrych stopni, gdy był tuż za nią, stanowczo zbyt rozproszony widokiem kołyszących się bioder opiętych skórzanymi spodniami, aby uważać na stawiane kroki. Co prawda nie stracił równowagi, ale panowanie nad sobą było inną kwestią.
Kiedy stanęli przed drzwiami domku, był już zdecydowanie rozkojarzony, dołączając do Geraldine przy jednoczesnym gryzieniu wargi w jednoznacznym uśmiechu. Raczej nie pozostawiał pola do zbyt wielu wątpliwości, nawet jeśli nic przy tym nie mówił.
Zamiast tego wystąpił o krok do przodu, równając się z nią a następnie sięgając do kieszeni.
- Chcesz odwrócić wzrok, żeby móc mówić, że nie widziałaś, że nie jest otwarte? - Spytał bez grama powagi, zniżając głos do porozumiewawczego szeptu, choć byli tu sami.
Zupełnie sami. Nareszcie.