![]() |
|
[późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn (/showthread.php?tid=4336) Strony:
1
2
|
[późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 02.01.2025 Celem była stajnia, w której wieczorem abraksany już ułożyły się do snu. Ktoś zakradł się do niej i podłożył ogień, twój wierny Alexander został zaalarmowany hałasem abraksanów i łuną ognia na tyle szybko, by zdołać go ugasić, nim stajnia spłonęła doszczętnie, nie na tyle jednak, by udało się ją zachować w całości. Abraksany, które tam mieszkały, zdołały jednak uciec, bo otworzył im wejście, gdy z boksami poradziły sobie same. Wyleciały w popłochu, musisz je teraz wszystkie znaleźć i wyłapać (a większość z nich wzbiła się w niebo…), część będzie poparzona i ranna, większość przerażona i obrażona, że nie zapewniłeś im należytej ochrony. Udało się to wszystkim prócz jednego. Jednego, który musiał zostać rażony jakimś zaklęciem i wykrwawił się w stajni, gdy znalazł go Alexander. Na szczęście nie był to twój wierny Michael. Dom był pusty. Nie mógł być pełny - Flynn przepadł w pracy, a może w międzyczasie nawet tutaj był, ale Laurenta od południa właściwie nie było. Wrócił po spotkaniu z Caroline dosłownie na chwilę. Opatrzył swoją dłoń, siadł do korespondencji i ledwo do niej usiadł - wyruszył znów. Więc dom był pusty, chociaż promienie słońca już schowały się na horyzontem. Piękna pogoda. Piękny wieczór. Tylko Laurent chwiał się na niepewnych nogach i kręciło mu się w głowie do stopnia, w którym nawet nie przejął się pyłem z kominka ani otoczeniem. Ciemnością wokół. Oparł się ręką o wezgłowie kanapy. Tam dalej grzmiał ogień. Trzaskały deski. A on? Stał tutaj... wiedząc o niczym. Tylko przez krótką chwilę. - Panie! - Migotek pojawił się przy jego ręce, opierając na niej swoje długie palce. Laurent rozchylił ciężkie powieki, chcąc się do niego uśmiechnąć. Strach na twarzy skrzata nie od razu była dla niego oczywista i zrozumiała. - Panie, stajnia płonie! - Nie dotarło to do niego od razu. Migotek zacisnął nieco mocniej palce na białym materiale koszuli. - Paniczu! Płonie stajnia, kazali mi panicza poinformować! - Powtórzył skrzat, usilnie starając się złapać jego uwagę i skupienie, bardzo chcąc, żeby blondyn pojął, że teraz nie będą mówić o tym, czy zjadł kolację, albo nie zapyta, czy zrobić mu kąpiel. Wzrok pełen niezrozumienia, pusty, nadal spoczywał na Migotku. Zrezygnowany skrzat po prostu mignął - i zabrał go ze sobą. Dym buchał wysoko w las, a czerwona łuna była jak malowane na horyzoncie słońce, które układało się już w pierzynie granatu do snu. Okrutny hałas bolał aż w uszy - krytycznie sprzeczny z ciszą, która rządziła w domu nieopodal. Kilku czarodziei biegało po terenie - ich ciemne sylwetki odcinały się na tle tej czerwieni. Wszystko tak błyszczało, tak nienaturalnie mocno lśniło, kiedy różdżki wydobywały z siebie kolejne fale wody w próbach ugaszenia wściekle wijących się płomieni. Węże w gnieździe, które wypełzły z podwoi Piekieł. Stajnia rzeczywiście płonęła. - Paniczu! Paniczu..! - Migotek teraz ciągnął za jego nogawkę. Chyba wołał tak od dłuższej chwili. Laurent słyszał pisk w swoich uszach. Nie słyszał tego świstu ognia, trzasku ciężkiej belki, która spadła w dół, wołania Migotka, ani krzyków pracowników, których musiał ściągnąć Alexander. Nie słyszał śpiewu feniksa, który krążył między płomieniami. Drgnął. Adrenalina uderzyła do jego głowy i serca. Już nie oddychał wolno, tętno przyśpieszyło mu bardzo szybko. Zrobił kilka szybszych kroków w kierunku stajni, a potem rzucił się do biegu. Wyciągnął różdżkę. Nie czuł, nie myślał, nie był. Słyszał nie słysząc. Zamienił się w te migoczące płomienie i tańczył razem z nimi, gdy gwałtownie zatrzymał się przed otworzoną bramą stajni. Pod jego butami wirowały pióra abraksanów, a przed tymi butami - wywarzone drzwi. Fuego zapikował w dół i wleciał do wnętrza - a on, jak pchnięty do działania, ruszył za nim. Do tego jasnego punktu leżącego na ziemi. Do tej plamy, w której płomienie migotały jak świetliki w środku boru. - Panie Prewett! - Głos Alexandra zatonął w wyciu dookoła niego. Szalony żywioł wyciągał swoje ramiona, chciał wydrzeć cały surowiec z tego miejsca. Machnął różdżką, chcąc wnieść kamienną posadzkę, zbudować ściany z kamienia odgradzając się od ognia, al różdżka nie była do końca skłonna go słuchać. Zamigotała sama, wybrzuszyła tę podłogę nieznacznie. Zakaszlał i zakrył swoje usta rękawem. Dym gryzł w płuca, kuł w oczy. Nie było tu czym oddychać. Lecz on zamiast zawrócić to padł na kolana, w tę kałużę krwi, przy leżącym abraksanie. Martwym. Puste oczy odbijały płomienie jak szklane kulki, którymi bawią się dzieci. Położył dłoń na jego szyi, rozmazując na białej sierści ciemną, gęstą krew. Nadal była ciepła. Ten abraksan nadal był ciepły. Jego palce szukały pulsu, ale na próżno. Żadnego nie mógł znaleźć. - LAURENT! Wyjdź stąd, ten abraksan już nie żyje! - Słyszał zza swoich pleców, gdzieś w głębi tego korytarza. Krztusił się. Bardzo mocno krztusił się tym dymem. Zacisnął palce na białej grzywie, kuląc się nad piękną, nieruchomą szyją, chyląc do ziemi. Ten jeden, jedyny pierścionek na jego palcu lśnił dokładnie tak samo jak jego ślepia. Czyjeś ramiona chwyciły go od tyłu i pociągnęły do siebie. To pewnie był Alexander, który usiadł z nim na trawie przed stajnią, ocierając osmoloną twarz. Flynn... Flynn... pomóż mi... Bo to wszystko płonie. Bo ktoś zmarł. Bo znowu wszędzie jest krew, a... A potem chyba zaczął krzyczeć. Chyba się nieskutecznie wyrywał, chyba ktoś go trzymał. Wszystko zlało się w jeden długi pisk. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - The Edge - 03.01.2025 Okrążył dzisiaj ten dom dwadzieścia siedem razy. Właściwie to więcej, ale po dwudziestu siedmiu przestał liczyć i oficjalnie postanowił, że przestanie się tym zadręczać. Czy to na pewno miało sens? Szeregi pytań, na które niekoniecznie znał odpowiedź, zadawane podczas wchodzenia po niewidzialnych schodach i uwieszaniu się na ścianach w celu obejrzenia widoku z wybranej wysokości. Obliczenia być może niemające żadnego sensu, bo jedno krótkie „nie” rujnowało resztę pomysłów, jakby Laurent stuknął palcem kostkę domina. To było męczące. Może przestałoby takim być, gdyby mógł kolesia dla którego to robił wreszcie porządnie stuknąć, ale zamiast tego powoli docierało do niego, w jaki sposób rozłożył karty. To lato było dla niego zabójcze jeżeli chodziło o emocje, ale fakty były takie, że od dawna nie czuł się tak spełniony seksualnie. Funkcjonowanie jako obiekt pożądania kogoś takiego jak Bletchley wywalało go z glanów w zupełności, a zbliżeń nie odmawiał mu też jego brat - przynajmniej do czasu. Może i smakowało to trochę poczuciem winy, ale wciąż wpisywał to w kategorie czegoś absolutnie fantastycznego. Teraz, dzisiaj, siedział na ganku faceta będącego jego bezgranicznym obiektem pożądania, noża wykutego w celu rozcinania ludzkich gardeł używał do odkrajania sobie kawałków jabłka i myślał o tyłku Laurenta w obcisłych gaciach, podświadomie narzekając na to, że nic z tego, bo typ wciąż pomijał posiłki, a jak już coś żarł, to wybierał liście jak jakaś jebana sarna. A on naprawdę nie chciał tego spierdolić i nie wiedział, czy chęcią dania mu swobody i poczucia bezpieczeństwa nie niszczył tego w kompletnie innym kontekście - pokazując mu, że najwyraźniej nie kręcił go już tak bardzo, albo że odrzucał go stan w jakim się znajdował. Czy to wszystko zawsze było takie skomplikowane? Miał wrażenie, że z innymi osobami takie rzeczy układały się swobodniej. Bez lęków. Jakby od razu wiedzieli czego od siebie oczekiwali. Mógłby z nim o tym porozmawiać, to pewnie było rozsądne. Na jego nieszczęście mógł też bawić się sam wspominając blondyna w tej ciemnej sukience i wyobrażając sobie, jak ściąga mu szpilki ze zmęczonych stóp. Później mógł siedzieć na tym jebanym ganku i kontemplować nad wszystkim, jedząc drugie jabłko i wypalając trzeciego (odkąd tu usiadł) papierosa. Kolejny dzień, w którym zapytany co robił kiedy był cholernie potrzebny w innym miejscu na mapie, zmieszany i zawstydzony odwróciłby wzrok i zbył rozmówcę typowym dla siebie milczeniem. Dobrze byłoby urodzić się kimś innym, ale wszechświat postanowił ofiarować mu tę durną historię. Niemożliwą do przeżycia na trzeźwo, a jednak jakimś cudem dzisiaj nie wziął nic. Danie mu zajęcia działało - tylko robił to wszystko sam, więc wciąż męczył się ze swoimi ponurymi myślami. Może niedługo one też odejdą w niebyt, przestanie się wszystkim zadręczać nie mając na to przestrzeni. Lęki rozpłyną się dokładnie tak, jak w tym momencie rozpłynęła się rzeczywistość. Słyszał swoje imię. Albo jedno z nich. Jak kto wolał. Zareagował na nie tak samo szybko jak na każde inne - gwałtownym podniesieniem się z ziemi, zaciśnięciem palców na rękojeści noża i upuszczeniem ogryzka, nim świst teleportacji poniósł go w kierunku wskazywanym przez zaklętą biżuterię. W sekundę wszystkie te problemy zniknęły - jakby za pstryknięciem palca. Cisza lasu przerywana szumem morza została wyparta przez dźwięk trzeszczących płomieni i nagle zamiast w bezpiecznej przestrzeni dającej mu komfort narzekania na absolutne pierdoły, znalazł się w potrzasku zagrażającym im obojgu i został częścią tego chyba. Chyba tam był, a może i był z całą pewnością, wyciągając go na siłę w kierunku bezpieczeństwa, bo koło chuja mu latał zdychający koń, kiedy spadająca z góry belka mogła uszkodzić łeb jego partnerowi. I nagle znalazł się na bardzo nieprzyjemnym rozdrożu - bo połowa jego ciała chciała rzucić się do pomocy ludziom gaszącym ten pożar i rozeznać się lepiej w sytuacji, a druga absolutnie umierała widząc Laurenta w stanie tak silnego ataku paniki. Nie miał czasu na rozważania, na kalkulacje, pokierował się sercem - odrzucił rolę nowego pracownika New Forest i pozostał w roli jego partnera - kogoś kto sprezentował mu ten pierścionek po to, żeby go w takiej chwili uratować. Rzucił więc: ogarnę go do tego biednego, przerażonego skrzata domowego i po okolicy znów poniósł się świst teleportacji, tym razem zabierając Prewetta gdzieś, gdzie nie przeszkadzał własnym pracownikom w ratowaniu swojego dobytku. Nagle pożar stał się jedynie bardzo dalekim tłem dla dwójki ludzi stojących na chłodnej plaży. Podmuch wiatru zaszczypał go w policzki, a on poluzował swój uścisk na blondynie, nie puszczając go całkowicie. Był na tym etapie gotowy na wszystko - na zawieszenie, na krzyki, na drapanie go pazurami, na biegnięcie w którymkolwiek kierunku, na skołowanie tym dlaczego w ogóle został przeniesiony, na kolejne dramatyczne omdlenie. I zamierzał to przyjąć, cokolwiek by to nie było. A później zamierzał doprowadzić do do porządku, bo ludzie walczący tam teraz z żywiołem nie powinni go takim widzieć. Ludziom słabym się współczuło, chciało się im pomagać, aż wreszcie bało się z nimi tego, co miało nadejść. Nie byli dobrymi liderami, bo inni w nich nie wierzyli. Pogładził go po twarzy doszukując się w jasnych oczach jakiejkolwiek reakcji i znaku obecności. Czegokolwiek innego poza atakiem kaszlu od wdychania tego cholernego dymu. - Skarbie? - Spróbował uczynić swój głos jak najbardziej miękkim. - Laurent, skarbie, strasznie mnie zastanawia dlaczego tak lubisz morze... - Dał mu czas na zastanowienie się, ale niekoniecznie oczekiwał odpowiedzi. Chciał widzieć jego obecność, zachodzące za ścianą strachu procesy myślowe. I zadawał coraz więcej dziwnych, nieadekwatnych do sytuacji pytań - o swój kolor oczu, o progi podatkowe, o to czy jak każda baba lubił ziemniaki - i skończył dopiero w momencie, w którym Laurent przypomniał sobie co się stało, lub nastał najwyższy czas na to, żeby poddać się, odstawić go do Waughy'ego i rozwiązać ten kataklizm za niego. Tylko, że to będzie dla niego kolejny cios. Więc pytał. Pytał tak długo aż wreszcie dowie się jak sprowadzić go na ziemię, albo pryśnie ostatnia iskra nadziei. - Twój rezerwat płonie. Wiesz, co musimy zrobić, prawda? Ty powinieneś tam stać i tym zarządzać, a ja będę odcinał od ognia tlen, żeby nie mógł palić się dalej. A później będziemy to po kolei sprawdzać i naprawiać, tak? Powiadamiać ludzi. Czujesz się gotowy, czy potrzebujesz, żebym zrobił to za ciebie? - A jeżeli ta iskra zgasła, skupił się na tym, żeby dobrze mu się oddychało, bo pamiętał o ucisku w klatce piersiowej, od którego zasłabł w cyrkowym wozie. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 03.01.2025 Wiatr był lodowato zimny. Przeszył go na wskroś, trafił prosto do serca. Trafiał do niego też szum fal i łkający śpiew feniksa, który rozbrzmiewał nad New Forest. Nastąpił zastój. Po tym krzyku i wyrywaniu się pojawiła się cisza przerywana tylko jego panicznymi próbami złapania oddechu. Nie próbował się utrzymywać o własnych siłach na nogach - osunął się w dół. Uczepił się Flynna palcami, chcąc złapać w pięści jakiś fragment materiału, próbując je na czymś (na kimś) zacisnąć. Zacisnąć się na nim, złapać się brzytwy, kiedy nie mógł złapać tchu, choć dym już nie wciskał się do jego płuc i nie próbował ich wypełnić. Teraz próbował je wypełnić wiatr - i zrobiłby to, gdyby tylko mu pozwolił. Gdyby tylko oddychanie nie było takie trudne... Dlaczego tak strasznie lubił morze. Jak to dlaczego? Ponieważ nie istniałby, gdyby nie ono. Może właśnie za to powinien je nie lubić? Ponieważ bez niego nie istniałaby taka piękna kobieta jak Zofia, którą zniszczył świat ludzi. Nie byłoby kołysanki, której nie rozumieli ludzie, cieni, w których można było się schować przed słońcem i słońca, które rozpraszało się na kryształach grzbietów fal. Odpowiedź rzeczywiście się nie pojawiała, choć Laurent spoglądał na Flynna tak, jakby był całym jego światem. Nie... jakby ten świat się do niego ograniczał. Miał rys kształtu jego ramion i zagięcia wszystkich kosmyków włosów układających się wokół jego twarzy, gdy rozwiewał je wiatr. Kolor tego świata przyjmował barwy brązu i czerni - jak rzęsy, które czasem przysłaniały te dwa okna na rzeczywistość. Nie zamykaj ich. Chyba gdyby stracił te oczy na sekundę dłużej to jego panika zamieniłaby się we wstrząs anafilaktyczny. Brutalną reakcję na odebranie żyletki, która w tym wydaniu miała formę ciepłych ramion i skupione spojrzenie czujnych, pieskich oczu zawieszonych nad nim. Czujny, uważny, wpasowany w rolę anioła stróża. W rolę partnera. Bohatera? Przyjaciela. W końcu zaczął dukać te odpowiedzi. Widać było, jak mocno się skupia, jak bardzo się stara je zwerbalizować i uspokoić oddech przy tym wszystkim, żeby nie przeszkadzał mu w normalnym formułowaniu pojedynczych słów. Podciągnął się na rękach, które próbowały mu pomóc dźwignąć się i otrząsnąć. Z tego pyłu. Z tej zaschniętej krwi na rękach, wsiąkniętej w spodnie. Jej metaliczny zapach ginął w woni jodu i piasku, który szybko ostygł po nagrzaniu go słońcem za dnia. Pokiwał głową, wpatrując się we Flynna szeroko otworzonymi oczami. Pokiwał twierdząco, bo dotarło do niego to zdanie, całkowicie oderwane od kontekstu emocjonalnego. Rezerwat płonie. Docierał do niego fakt, ale nie docierało to, co się z tym wiąże. Rzeka została ukojona w swoim szalonym, panicznym pędzie i mózg postawił na niej tamę. Zbudowana gwałtem, pośpiesznie, by poodcinać bodźce, które doprowadzały organizm do stanu tragicznego. - Nie. - Nie miał w zwyczaju wcinać się komuś w zdanie, wręcz przeciwnie - miał w zwyczaju milknąć i ustępować, kiedy ktoś koniecznie chciał sam się wtrącać. Ale tutaj odpowiedział od razu. W napięciu. Jeszcze nie zwerbalizował we własnej głowie tego, skąd ta konieczność zdecydowanej odpowiedzi, ale była. Szybsza niż myśl. Podniósł się z piasku. Trochę za szybko, trochę za gwałtownie - zachwiał się, ale podparty na ramieniu Flynna nie upadł. Wyglądał jak ktoś całkowicie nieobecny we własnym ciele. Tragicznie zmęczony, bo nawet się nie prostował, a nogi mu drżały. Przylądające się dwójce czarodziei mądre, czarne ślepia z niedaleka dostrzegały i rozumiały ten ból. Rozumiały też to, co robił Crow. Nawet jeśli sam proces był dla niego nie do pojęcia, to jego skutek i zamiary rysowały się tak samo wyraźnie, jak kwitły wyliczenia pod kopułą czarnych włosów. - Już dobrze... wracajmy tam. - Pokiwał głową jeszcze dwa razy, próbując przekonać do tego bardziej siebie tym gestem, niż jego. Nic nie było dobrze. Nie było dobrze tutaj i nie było dobrze tam. Może nie było dobrze już rano i z każdą mijającą chwilą niepewności i niedopowiedzeń. Potrzeba opieki i odpowiedzialność za drugiego człowieka potrafiła związywać losy ludzi bardzo mocnym węzłem. Tylko niekoniecznie ten węzeł był zdrowy. Puścił na chwilę Flynna tylko po to, by się upewnić, że jest w stanie ustać. By zmusić się do wyprostowania. Wyciągnął trzęsącą się ręką różdżkę, by oczyścić się z brudu, jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Nie miało. Kurwa, nie miało żadnego. A mimo to to zrobił, nim wyciągnął dłoń do Crowa znów, aby ich przeniósł na miejsce wydarzenia. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - The Edge - 03.01.2025 Bardzo drażniło go patrzenie na Laurenta w takiej rozsypce. Pierwszy instynkt człowieka w takich momentach mówił jasno - zabierz go stąd, zaopiekuj się nim, daj mu odpocząć, nabrać siły. Bo przecież ktoś tak słodki i kruchy nie zasługiwał na żadne cierpienie tego świata i pożarem powinny zająć się osoby do tego zatrudnione. Oczywiście, że mógł to zrobić. Jedno pstryknięcie palców, dwa trzaski drzwi i mogli jechać autem w dowolne miejsce, on zasnąłby w fotelu kierowcy i nawet nie wiedział kiedy przeniesiono go do czystego i pachnącego krochmalem pokoju hotelowego. Tylko że Laurent nie wybrał na partnera kogoś, kto się w takich sytuacjach ukrywał. Wybrał kogoś, kto sam siebie nazwał przytulanką, ale nigdy nie był długo przytulanką przypadkowych osób - wybierał przywódców, liderów, osoby niosące na barkach ciężar odpowiedzialności i każdy błysk w brązowych oczach wpatrujących się teraz w niego z miłością i troską manifestował to, że Laurent nauczy się pokonywać te lęki. Fontaine mogła być teraz kompletną jędzą, ale uciekłaby stąd tylko gdyby była pewna swojej porażki lub śmierci. Alexander zginąłby w tych płomieniach, gdyby nie odnalazł wszystkich swoich braci i sióstr. Nie wpisywał się w to jedynie Cain - ale znając go tyle czasu, był pewny, że i on nie porzuciłby tego, w co wierzy. Widok chłopaka radzącego sobie w okropnej sytuacji i pomagającego słabszym łatwo rozpalił jego serce. Dzisiaj New Forest płonęło. Jutro nastanie czas rozliczeń - i nie chodziło tu o rozliczenie się z kimś, kto doprowadził do katastrofy. Jutro Laurent rozliczy się z własnym sumieniem i będzie musiał zmierzyć z podjętymi decyzjami. Crow nie chciał, aby musiał nieść krzyż paniki w najgorszej możliwej sytuacji, bo będzie to sobie wypominał. Dźwignął go więc do pionu, poklepał po twarzy i pocałował. - Nic nie jest dobrze - powiedział, zaprzeczając jego stwierdzeniu. Bo nie zamierzał wracać z nim tam po to, żeby chłopak znów darł się, piszczał i szarpał rękoma ludzi chcących mu pomóc. - Nic nie jest dobrze, dlatego jesteś tam potrzebny. Bo jest tam bałagan - nie dobrał tego słowa przypadkowo - Laurent nie lubił nieporządku, kazał skrzatowi ścielić swoje łóżko ledwie minutę po wstaniu, bałagan był teraz magicznym słowem, które miało uzmysłowić mu, że to stan niepożądany, ale jednocześnie przejściowy - i trzeba go posprzątać. Ci ludzie na ciebie liczą. Ufają ci. A ja nie dam ci upaść. Czy jest coś, co powinienem wiedzieć, zanim tam wrócimy? - W gruncie rzeczy nie wiedział, co było powodem tego pożaru. Skoro któryś koń był martwy, to spodziewał się ataku, a nie rzuconego w stóg siana niedopałka. Ale ataku kogo? Czego? Widział w tym roku wiele... dziwnych rzeczy wykraczających poza normalne rozumienie świata. Schylił się jeszcze, żeby przełożyć nóż ukryty w bucie do zapięcia w pasku i dopiero wtedy pocałował go jeszcze raz, solidnie i odliczył do trzech, uważnie wczuwając się w to, jak silnie zaciskano na nim dłonie. Do obrania możliwych było kilka kierunków. Płonąca szopa, ale także wiele bezpiecznych miejsc, gdzie nie sięgnie go żadna iskra. Każde z tych rozwidleń kończyło się głośnym świstem teleportacji, a kiedy Prewett znów poczuł grunt pod nogami, znajdował się... RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 03.01.2025 Aż drgnął, kiedy poczuł to klepnięcie. Kilka lekkich klepnięć, które były niemym obudź się. Wstań, już czas. Mijały cenne minuty, a ty jesteś tu - na plaży drżącej w głuchej ciszy, kiedy wszystko powinno trzaskać i skowyczeć, błagając o odrobinę wody. Głuchość uciszono mocniej - pocałunkiem w nieruchome wargi. Wystarczyło je nacisnąć, by odpowiedziały. Instynktownie czy świadomie - to nie miało znaczenia. Bodźce naciskały, ściągały uwagę, skupiały. Flynn go na sobie skupiał. Chciał zaprzeczyć - a raczej mocno potwierdzić, że jest dobrze, ale tym razem nie wcisnął mu się w słowo. Unikał jego spojrzenia, ale po powiedzeniu słowa klucza znów go na czarnowłosego przeniósł. Bałagan. Panował tutaj bałagan, który trzeba naprawić. Jakież niedopowiedzenie a z drugiej strony jak powiedzieć to lepiej? Na wszystkie inne sposoby, bardziej dokładnie, dosadnie? Dla Laurenta to słowo brzmiało bardzo dosadnie. O wiele dosadniej w tym momencie niż słowo "pożar". - Stajnia jest pusta. Ogień nie może przejść na las. Stajnia stoi tuż przy nim. - Niech nawet mocniej pali się sama stajnia, niech się wypali, co może - budynek można odbudować. Ale nie można odbudować ot tak lasu. To było niemożliwe. Więc równie dobrze można wyciąć drzewa i pchnąć je do ognia, albo... albo zrobić cokolwiek innego. Las. Miejsce, które trzeba chronić. Zacisnął palce na dłoni Flynna, znów się w niego wpatrując. Oddychając głęboko, ale już nie nerwowo. Nie mogło być mowy o całkowitym uspokojeniu tego oddechu w tej sytuacji. To, jak bardzo był żałosny, dotrze do niego później. Jak zawiódł w pierwszej chwili i jak słabość zwyciężyła mimo całych tych tańców wokół prób zachowania twarzy przed ludźmi wokół. To, jak bardzo mu znów pomógł Flynn, jak mądrze się zachował i jak dzięki niemu zachował twarz i być może uratował resztę lasu też przyjdzie potem. Teraz były cyfry. 3, 2, 1... Resztki piór abraksanów nadal tańczyły na wietrze, gdy wrócili parę metrów dalej od miejsca, skąd Flynn go zabrał. Parę metrów dalej od groźnych płomieni. Ten sam pomarańcz zamieszał drugi raz w jego sercu. Nieco przygarbił ramiona, nieco zadrżał, a nawet w pierwszej chwili zadrżał jego głos. - Migotek! - To była ta pierwsza chwila. Już miał powtarzać, kiedy skrzat pojawił się tuż przed nim. Zmartwiony, ale bardziej dzielny od swojego właściciela. - Idź po Jackie Carrow. A potem po Vincenta. Powiedz im, że sytuacja jest kryzysowa i ich wzywam. - Dobrze, Paniczu. - Skrzat zniknął, a Laurent zawahał się tylko przez sekundę. Tylko przez sekundę mocniej zacisnął palce na różdżce, na palcach Flynna. Sekunda. Druga sekunda już przyniosła jego dwa kroki w stronę pożaru i podniesiony głos nawołując za Alexandrem. Próbę jego podniesienia. Pierwsza - znów źle. Jak ta sekunda. Druga? Lepiej. Trzecia... [roll=PO] [roll=PO] Nie miała skutku idealnego, ale Alexander w końcu załapał. Wielki, wysoki mężczyzna o silnych mięśniach i brązowej skórze, całkowicie łysy. Teraz osmalony dymem. Jego ciemne oczy były skupione i niepewne, kiedy spoglądał na maciupkiego przy nim Laurenta, a potem obejrzał się za Crowem, jakby pytająco. Ale żadnego pytania nie posłał do Laurenta. - Jestem, Paniczu Prewett. - Zameldował, ocierając pot z czoła. Adrenalina buzowała w jego żyłach. - Zamkniemy stajnię w kopule. Trzeba odciąć dopływ powietrza. - Nie miał tak silnego głosu, jakby chciał. Nawet nie wyglądał tak, jakby chciał - gdzieś tam wewnętrznie zdawał sobie z tego sprawę. Słyszał to. Czuł. To jednak nie sprawiało, by się zatrzymał. Zatrzymać mógł się dopiero, kiedy to wszystko zgaśnie. Potem rzeczy potoczyły się już całkiem szybko. Całkiem sprawnie. O wiele sprawniej niż chaos trwający do tej pory. Nabrało to celu, kierunku, sensu. Pojawiły się w końcu i dwie kolejne osoby i włączyły do całego przedsięwzięcia. Kolejno ugaszenia płomieni, by w końcu otworzyć stajnie, ochłodzić ją i spojrzeć na szkody, jakie się tam wydarzyły. Żar wygasałby powoli, gdyby nie magia, która dobijała szalony żywioł do gleby i nie pozwalała już z niej powstać. Ciało martwego abraksana wyniesiono. Laurent przyglądał się temu z bólem, drżąc, ale zaciskając pięści, by się opanować. Piękne ongiś futro i pióra, teraz osmalone wyglądały żałośnie. Potrzebne były czary, by to wielkie cielsko z jego skrzydłami stamtąd wytargać. Zostało na razie wyniesione do lecznicy, zabezpieczone i tam zostawione. Dnia jutrzejszego pochowają go tak, jak Laurent zwykł żegnać najbliższych - powierzając jego popioły morzu. Ale kiedy już upewniono się, że pożar został zażegnany, emocje opadły i zaczął pozostawać tylko pył i zmęczenie, Laurent kazał ludziom iść do domów. Wypocząć, wyspać. Bo jutrzejszego dnia czekały ich próby naprawy tego, co zostało zniszczone. Odprawiał każdego po kolei, choć nie każdy się wycofał - Vincent i Jackie pobiegli zbierać Abraksany na pastwisko obok, które nie odleciały daleko w knieję. Znów nastała cisza. Zbyt głucha, zbyt smutna. Nawet las wydawał się milczeć w obliczu tragedii. - Muszę napisać listy. Dużo listów. - Odezwał się, stojąc przy Flynnie i patrząc na tę smętną stajnię. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - The Edge - 03.01.2025 Nie został o nic zapytany, więc nie odezwał się wcale. Pomagał im milcząco, chociaż tak naprawdę wysunięcie go dzisiaj na prowadzenie zapewne okazałoby się dla tej sytuacji korzystne - nie od wczoraj musiał radzić sobie z różnymi kataklizmami i czasami to, że udało mu się kogoś uratować, można było zaliczyć do cudów. Crow jednak nigdy nie umieściłby się w pozycji lidera z własnej, nieprzymuszonej woli. Działał sam. W cieniu innych. To Laurent chciał mieć to wszystko i Laurent powinien brać za to odpowiedzialność. ...tak? Były takie chwile kiedy w to wątpił. Kiedy drżał mu głos albo zaciskał mocniej rękę na jego ciele. Kiedy zbywał pytające spojrzenia takim samym milczeniem jak on, chociaż gadatliwość i głos były tak ważnymi elementami jego egzystencji. Tak cholernie chciał to przerwać, nawet kiedy próby Laurenta, aby zachować zimną, krew się udawały, w nim narastał lęk. No bo co jeżeli to, co robił, to było zwyczajne chujostwo? Wiara we własne możliwości szybko u niego znikała, zwłaszcza gdy... [roll=Z] ...nie udawały się pierwsze próby. Kiedy translokowanie dymu, żeby zgnieść go i nie pozwolić ogniowi rozprzestrzeniać się dalej, spełzło na niczym, a utworzony klosz pękł jak bańka mydlana. Nie lubił przepraszać, ale tym razem to zrobił. I rzucił zaklęcie jeszcze raz, tym razem w jeszcze większym skupieniu i przy lepszym wsparciu. [roll=Z] Ogień się wreszcie wypalił. Podobnie jak energia Laurenta. Chłopak wypalił się jak zapałka. To dobrze, że nie kazał nikomu zostawać tutaj i ryzykować bezpieczeństwem, żeby znaleźć przepłoszone konie. Gdyby nie to, że nie miał pojęcia jak zagnać je na powrót w te zgliszcza rezerwatu, pewnie zrobiłby to za nich, ale kompletnie nie znał się na zwierzętach. Nie był tutaj żadnym wsparciem. - Mhm - mruknął w odpowiedzi, obejmując go ręką i pocierając po ramieniu. - Dałeś radę tutaj. To jest ten moment kiedy działasz dalej. - Następnie przyciągnął go do siebie bliżej i jednocześnie pociągnął w stronę domu - żeby zaprowadzić go do biura. Po drodze, którą oświetlał drobnym zaklęciem, doszukiwał się ewentualnych pułapek zastawionych na osoby pracujące w New Forest. Nic tu nie było? W domu na pewno nie. - Nie byłem w stanie wejść bez szyfru, więc nikt inny też tam nie wszedł - zapewnił go, jednocześnie wyjaśniając, dlaczego pracował gdzieś daleko, a nie tutaj. Gdyby został na miejscu, wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale całkiem sprawnie odgonił od siebie tę natrętną myśl. Wciąż pozostawał człowiekiem z mnogością wad, nie potrafił się roztroić. Przeprowadził go przez próg i pozwolił mu opaść na kanapę, świadom tego, że teraz albo za chwilę zejdzie z niego całe powietrze. Usiadł tuż obok, znów ujmując jego twarz w dłonie. - Laurent, powiedz słowo, a tutaj zostanę, ale wydaje mi się, że bardziej przydam się, sprawdzając ten teren i upewniając się, że twoi pracownicy są bezpieczni. - Przesunął palcami wzdłuż jego skroni, poprawił mu włosy. - Nie chcę zostawiać cię samego. - I nie wyglądał na szczęśliwego, mówiąc to. - Mój przyjaciel mógłby ugotować ci coś, po czym poczujesz się lepiej - zasugerował nieśmiało. - Czego potrzebujesz? - Oprócz kąpieli. Śmierdział dymem bardziej od niego. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 03.01.2025 Podważanie samego siebie było zadziwiająco proste, kiedy nie było obok podpory, która zapewniała cię w tym, że robisz dobrze. Morale zadziwiająco łatwo znikało, kiedy coś się nie udawało. Wszyscy byli na swoich miejscach, każdy rozumiał instrukcje i każda z tych osób spoglądała na niego oczekując, że ON wie, co robi. Że jeśli coś się nie uda to ON będzie wiedzieć, co zrobić. Był do tego przyzwyczajony. Tak samo był przyzwyczajony do niesienia odpowiedzialności. Nie był przyzwyczajony do tego, że jego życie było rujnowane z prędkością światła i to niemal na każdym możliwym poziomie. Gdziekolwiek tylko by się dało tam były kłody. Szczęście się kiedyś wyczerpie - i tutaj się wyczerpywało. Tak..? Pierwsza próba okazała się porażką - płomienie buchnęły tylko wyżej, mocniej, intensywniej. - Jeszcze raz! - Ty cofnij się tam, Ty się zatrzymaj, Flynn - ponownie! Nie uważał się za dowódcę. Za osobę, pod której komando wszyscy będą robić to, czego oczekuje. Owszem, był pracodawcą i oczekiwał skutków, oczekiwał wyników, ale to, co działo się tu? Zarządzanie kryzysami - nie był to pierwszy, ale na pewno pierwszy takiej natury. Pierwszy takiej skali. Gdyby ci ludzie dla niego nie pracowali - czy by go posłuchali? Chcieliby go posłuchać? Podważanie samego siebie było zadziwiająco proste, kiedy obok nie było podpory. Osuwała się jedna, druga... Laurent nie mógł się tutaj osunąć. Nie drugi raz. Nie mógł znowu polec i udowodnić wszystkim, że mieli rację, że nie ma w nim już siły. Nie było w nim wielkich myśli, ulgi, nie było w nim pocieszenia, że las jednak nie spłonął, że dokonali tego - powstrzymali pożar przed dostaniem się do New Forest. Było wielkie nic - pozostałość po tym dymie w płucach i we włosach, na policzkach i w kieszeniach. Działał automatycznie. Powinien coś czuć. Cokolwiek. Jak po tragedii tego statku. Powinien dalej czuć smutek za tym abraksanem, wdzięczność ludziom, którzy chcieli tutaj pomóc. Powinien właśnie obściskiwać Flynna, dziękując mu i wylewać łzy wzruszenia, że był jego bohaterem. A ledwo otulił go ramieniem na poziomie biodra, ledwo spojrzał na niego i skinął głową. - Przepraszam... powinienem zostawić ci ten szyfr, ja nie... nie pomyślałem. - Przymknął na moment oczy, ale to był zły wybór. Fałszywie mocno pociągnęło go w dół i musiał wysilić się do tego, by znów wrócić do pionu po tym jednym za niskim zgięciu nogi. Teraz mówił już tak, że gdyby nie byli tuż obok siebie to pewnie zagłuszyłby go wiatr. - I dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję, Flynn... - gdyby nie ty... Och, gdyby nie ty - tak wiele złego mogło się tutaj wydarzyć i mieć miejsce. Czy powinien sobie definitywnie powiedzieć, że to koniec? Złożyć broń i się poddać? Przyznać, że nie miał już do tego żadnej siły? Nie, nie salon. Zatrzymał się przy drzwiach swojego gabinetu - i tam oparł dłoń na klamce, by go otworzyć. Miejsce było rzeczywiście małe - nawet nie było tu za dużo przestrzeni, żeby swobodnie postawić komuś miejsca do siedzenia. Zastawione wysokimi, ciężkimi regałami z księgami, zeszytami, dziennikami. I pamiątkami. Obrazami na ścianach, pocztówkami, nawet był tu wycinek wiersza, którym obdarował go mugol. To tam osiadł ciężko na krześle. To tutaj spały dwie sowy, które, poruszone światłem, otworzyły ślepia. Jedna biała jak śnieg, druga malutka, brązowa, mieszcząca się w dłoni. Otworzył okno - i zaraz na parapecie usiadł Fuego, spoglądając znów na nich czarnymi ślepiami. Obrócił się na tym krześle tak, by być przodem do Flynna. - Nie ma potrzeby. Sprawdź okolicę, ale nie wchodź do New Forest. Nie wiadomo, co przyciągnęła ta nocna tragedia. - W rezerwacie żyły różne istoty - i nie wszystkie były pięknymi hipogryfami czy pięknymi memortkami. - Która godzina... - Spojrzał na zegar na ścianie. Powoli robiło się widno. - Musisz... musisz też odpocząć. Zajmiesz się dla mnie przypilnowaniem jutro tej stajni. Zostawię z tobą Vincenta i Alexandra. Trzeba się zorientować, czy nikt niczego nie widział. - Drżał mu głos, kiedy mówił, tak jak cały się zresztą trząsł. Mimo to zaczął wyciągać pergaminy i przysunął do siebie kałamarz... ale zatrzymał się w tym ruchu. Obrócił głowę w kierunku Flynna. - Crow... - wyszeptał swoje zaklęcie w postaci jego pseudonimu - dobrze się czujesz? Nic ci się nie stało? RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - The Edge - 03.01.2025 W ramach powrotu do względnej normalności jeszcze raz teatralnie wywrócił oczami. - Jeżeli kiedyś zrobisz coś, za co będą mi się należały przeprosiny, to ci o tym powiem. - Chociaż brak tej potrzeby wynikał głównie z tego jak nisko się cenił. Nie był pierwszą osobą w jego życiu, która wyznawała mu głębokie uczucia, a później trzymała go na dystans w wielu aspektach. Jasne, że to kuło w duszę, ale po jakimś czasie człowiek uczy się to ignorować. Bycie niewygodnym wiązało się z pęknięciami jeżeli chodziło o budowanie jakichkolwiek relacji. Sam zresztą nie był od niego dużo lepszy - wciąż nie powiedział mu o swoim daltonizmie i to właściwie tylko dlatego, że ktoś mógłby z niego te informacje wyciągnąć. Przed chwilą ciągnął go w górę na wyżyny jego wytrzymałości, bo wierzył w jego siłę, a jednocześnie... ha. - To jest moja normalna pora zasypiania - przypomniał mu. Dzisiaj, podobnie jak w większość dni kiedy nie musiał załatwić nic rano, spał do czternastej. A może dłużej? W przeciwieństwie do Laurenta zegarka nie posiadał. - I nie, nic mi nie jest. - Pokręcił głową. Uważnie, stojąc przed nim, obserwował to, jak Prewett odwraca się w stronę biurka i zaczyna coś pisać. Wpatrywał się teraz w jego plecy i ubolewał nad tym, że nie usiedli przynajmniej na moment na tej cholernej kanapie. Trzymanie go za rękę nie było wystarczające. Gubił się w tym jak był nazywany, ale nie zamierzał z tym walczyć. Ani z tym, ani z potrzebą znalezienia się blisko. Pochylił się nad blondynem, otoczył go rękoma i zatopił twarz w jego szyi, wpierw składając na niej delikatny pocałunek, ale tylko po to, by przymknąć oczy i przylgnąć do niego w bezruchu. Czuł, jak Laurent się trzęsie, powstrzymał się jednak od komentarza. - Kocham cię, ale... - Nie powinien mówić „ale”, kto kurwa w takiej chwili mówił „ale”? Zrobiłby to tylko kompletny idiota. Niespodzianka - był kompletnym idiotą. Ugryzł się w język, nie śmiał jednak tego poprawić. - Chodzi mi o to, że... mógłbyś nie czekać ciągle do ostatniej chwili? Nie chcę kiedyś teleportować się tylko po to, żeby nie móc nic zrobić. - Już nawet nie wspominał o tym, że zwyczajnie chciałby wiedzieć co się wokół niego dzieje. Ale gdyby wzywał go odrobinę wcześniej, zanim znajdował się w ostatecznym potrzasku... - Bezsilność... Ha. Nie muszę tego tłumaczyć. - Zacisnął te ręce mocniej, odetchnął głęboko, wdychając jego zapach wymieszany z popiołem. Tak pewnie by śmierdział, gdyby się upodlił jak Fontaine. Tak minus aromat uwędzonego konia. - Kocham cię. - Powtórzył. Wielkie słowo, a on nie lubił mówić. Brzmiało w jego ustach nieco zbyt swobodnie. - Bez „ale”. Jeżeli Laurent niczego więcej od niego nie oczekiwał, wkrótce po tym wyszedł i wrócił dopiero z porcją jedzenia. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 04.01.2025 Znów to pokiwanie głową. Nie potrafił się skupić na sobie, na nim, na tym, że jest "my", że to wszystko nie jest migotliwym światełkiem świecy wystawionym na wiatr. Jesteś tu? Jestem ja? Jesteśmy my, kochanie, ale nawet "my" zapisane na kartce wyjątkowo mocnym tuszem niknie, kiedy kartkę wrzucisz do płomienia. Flynn był żywym ogniem. Działało to na niego rozwijająco i destrukcyjnie. Więc brał czasem śliczne wazony i ciskał nimi o kamień. Albo o drewno? Drewno było życiem - wyrastały zeń zielone liście, które potem Ogień mógł zgniatać w swoich palcach. Doprowadzał do wrzenia ich soki, jak wrzała krew, kiedy rozpalał swoimi ustami skórę na udach. Albo niszczył wszystko, na co ciężko pracowałeś, zaledwie w kilka godzin. W kilka chwil. Nie, w tym chaosie nie było "my", bo nie odnajdował nawet "ja". Było "muszę", był cały spis imion i powinności kroków, jakie powinny zostać wykonane przed oczami, na które opadały ociężałe powieki. I było też zimno. Tylko w miejscu, w którym dotykał go Płomień było ciepło. Na dłoni, na której bandaż, teraz brzydko szary, nie zasłaniał pięknej pamiątki po Caroline. Mów mi o winach, a ja odwdzięczę się pocałunkiem. Albo całuj mnie, a ja nauczę się na nowo oddychać. Odetchnął i pozwolił, by to pióro wyślizgnęło się z palców. Dokąd? Dokądkolwiek. Plasnęło, piękne i ozdobne, o papier, powstał kleks, zrodził się fałszywy rys atramentu tam, gdzie powinna cieszyć oczy eleganckie pismo. Oparł się na krześle i oparł dłoń na ciepłym przedramieniu Flynna. Wszystko cuchnęło tym ogniem. W swędzący w nos sposób, ale miał go tak zawalonego dymem, że już tego nie czuł. Zamknął powieki razem z nim. Nie wyprowadziło ich to do lepszego świata, gdzie umykała odpowiedzialność i ból. Niepewność i niezgoda ustępowałaby tam miejsca możliwości rozmowy bez żadnych przeszkód. Veritaserum byłoby rzeką sunącą po lśniących kafelkach jak ozdobny wodospad w ogrodach wielkich rezydencji. Szlibyśmy gdzieś obok, nie bojąc się zdrady ani wypeplanych tajemnic. Z wiarą, nadzieją, napełnieni obsesyjną miłością pozwalającą zamknąć ten świat do tego wątku. Jednych realiów, w które sami chcielibyśmy wierzyć. Świat wyśniony - ideał, co skapnąłby z boskiego stołu. Zamiast tego była tylko niepewność i gorycz. A może nie..? Jeszcze mogliśmy tu mówić o miłości. Takiej bez ale. Znów pokiwał ugodowo głową. Twierdząco. Mógłby, chciałby, preferowałby. Na pewno? Zostawiałby sytuację znów do ostatniej chwili, by Flynn nie musiał ryzykować. Lecz może ryzykowałby mniej wiedząc o czymś wcześniej? Rozsypane ziarna fasoli prowadziły do jakiegoś rozwiązania - tylko jeszcze nie widział sam, dokąd zmierza ta droga. Gdzieś do niego - i może to mu wystarczyło. Jakikolwiek konsensus z prawdą zapodaną jak tani zestaw w barze - pochłaniasz ją, choć ci nie smakuje, tylko po to, aby dłużej przebywać z tą jedną osobą. Rozchylił powieki - bezsilność miał przed sobą. Biurko z atramentem, co chlapnął na pergaminy i już przejaśniające się niebo. Bóg miał wiele poczucia humoru, sięgając już po pędzel poranka. Humor miał też Flynn mówiąc o miłości z i bez 'ale'. Kocham Cię wypowiadane na głos nakładało się na myśli lepiej by tu było beze mnie. - Kocham cię. - Powtórzył, przymykając znów oczy. I tak trwając, w tej pozycji, opierając na nim głowę. Dopóki nie zniknął. Dopóki nie musiał znów spojrzeć na ten papier, wyrzucić pergamin z wierzchu i zająć się pisaniem następnych listów. Wszystkich? Nie. Niektóre sprawiły, że się zatrzymał, bo wymagały zastanowienia - a tego mu teraz brakowało. Ze zmęczenia wszystko mu się rozlewało, zlewało i wypaczało. Potrzebował snu. Potrzebował snu, kąpieli i jedzenia - i to dokładnie w tej kolejności według niego samego. - Dziękuję. - Wymamrotał, odsuwając niezdarnym ruchem ręki papiery. Nieve i małej sówki nie było. Za to miejsce Nieve zajął feniks, który wyglądał, jakby spał. Okno było zamknięte. - Dokładnie miesiąc temu prawdopodobnie coś takiego planowali Śmierciożercy. Nie udało im się, bo byłem przygotowany. - Wtedy stąd wyciągnął go Leviathan, wobec którego chyba toczyło się śledztwo. Teraz wyciągnął go Kieran. - Teraz sądzę, że był to Dante. - Zamknął jedną z kopert i zostawił ją, podnosząc się od biurka. Poustawiał koperty tak, by już były gotowe do posłania. Dopiero wtedy wstał od stołu, żeby szukając podparcia dotrzeć do salonu. - Kod, Flynn. Zapamiętasz, prawda? - I podał mu go. Usiadł na kanapie i podyktował mu kod, cyfra po cyfrze, przypatrując się jego twarzy, żeby się upewnić, że zapamiętał. - Muszę się przespać. Jutro będzie tu dużo ludzi. Zastanów się dla mnie nad jedną rzeczą... czy sądzisz, że powinienem w gazetach ogłosić to jako atak Śmierciożerców? - A Flynn jeszcze miał pozwiedzać okolicę - dlatego dobrze, by kod miał. By... czuł się zaproszony do tego miejsca. Zawsze. RE: [późny wieczór 21.08.1972] Pożar w New Forest | Laurent & Flynn - The Edge - 04.01.2025 Według Crowa ta kolejność była odwrotna, dlatego odsunięte papiery zrobiły miejsce sałatce z burakiem, serem, zielskiem którego nie potrafił zidentyfikować i słonecznikiem. I tak szczerze, to kiedy Levi mu to dawał, Edge pomyślał, że gdyby miał to zjeść, to wyjadłby z niej co najwyżej słonecznik. I naprawdę - modlił się o to, że nie zaliczył tutaj skuchy - bo gdyby mu teraz powiedziano o kolejności jaką wymyślił sobie Laurent, to zaśmiałby się gorzko. Wcale by nie zasnął i nie odpoczął, bo czuł się brudny. Ktoś by go obudził natrętnym pukaniem do drzwi, a on by wstał i zaczął załatwiać jakieś rzeczy zapominając o tym, że miał coś zjeść. Nie musiał żyć z nim długo żeby przewidywać takie scenariusze. - Smacznego - powiedział, dostawiając do tego kubek z naparem z ziół. Wszystko to ugotowane przez kucharza, który na widok żywego Crowa poczuł olbrzymią ulgę i ta ulga, radość wymieszana ze spokojem, napięcie uciekające z mięśni, to wszystko było w tym zawarte. Pocałował go w skroń. Wystarczyło kilka minut poza New Forest żeby zapach spalenizny irytował nawet jego, ale nie dał tego po sobie poznać. Już miał stąd wyjść żeby przygotować mu na siłę resztę rzeczy, ale Laurent mówił. To dobrze, że mówił. Paplanina z jego strony kojarzyła się Crowowi ze zdrowiem. - Masz na myśli wymierzenie ci ciosu z liścia czy konkretnie podpalenie stajni? - Uniósł w górę jedną z brwi. - Polityka - bo to nie było niczym innym - to nie jest moja mocna strona, ale Laurent... Mówisz o Śmierciożercach i o Dante jak o odrębnych bytach, ale wszystko co o nim pamiętam mówi, że codziennie podaje sobie z nimi rękę. Gdybyś tam został, to bzykaliby cię codziennie ludzie idący później mordować przypadkowych mugoli niemających nawet strzelby żeby się obronić. - Bo Śmierciożercy to przecież byli wspaniali, luksusowi klienci. Okej, nie znał nikogo kto biegał po Londynie z tą obciachową maską na mordzie, ale posiadał sprawnie pracujący mózg. Przyklejając na drzwi Ministerstwa takie postulaty jak Lord Voldemort koleś nie musiał mówić wiele - wszyscy wiedzieli, że nawet jeżeli nie jest z jednego z tych popierdolonych rodów, to te popierdolone rody go opłacają. I jeżeli nie chodzą do Rose Noire sami, to dają kasę na dziwki swoim wynajętym żołnierzykom. Wyrażał się o nich pogardliwie i nie bał się tego. - Co da ci ogłoszenie, że zrobili to oni? Z tego wszystkiego ten cholerny kod jakoś nie potrafił zapaść mu w pamięć, więc powtórzył go głośno stawiając na końcu znak zapytania w postaci zmęczonych oczu i pochylenia się nad nim, z nadzieją, że to się jakkolwiek udało. [roll=TakNie] - Skoro jutro będzie tu dużo ludzi, a ja dostałem jakieś zadanie - a tym samym nikt nie kazał mu stąd wypierdalać - kim jestem? - Pytał o to jak ma się właściwie przedstawić, co ma niby zrobić z jakimś sugestywnym spojrzeniem łysego typa, który jak na złość musiał nazywać się jak jego najbliższy brat. A może jednak miał sobie stąd iść? Nie obraziłby się o to i wcale nie budował wrażenia, jakby jakakolwiek odpowiedź miała go urazić. Ze wszystkich partnerów jakich posiadał w życiu, przyznawały się do niego chyba tylko Fontaine i Avelina. A później? Później zamierzał pokierować go do łazienki. Przynieść mu coś czystego do ubrania na na noc, żeby nie przywitał ewentualnego gościa z gołym tyłkiem. Przygotować mu obok łóżka cokolwiek w miarę poważnego co mógłby założyć, nawet jeżeli zamierzał przejść obok, zignorować to i wybrać coś sam. Ale teraz stał tu i czekał na odpowiedź. |