Secrets of London
[07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien (/showthread.php?tid=4416)



[07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien - Hati Greyback - 25.01.2025

Charakterystyczny świst, buchnięcie jasnego światła, które zniknęło tak szybko jak się pojawiło.
Miał szczęście, a może pecha, że tego dnia pojawił się w pizzerii. Wbrew pozorom nie przesiadywał tam tak intensywnie jak zaczęli zakładać niektórzy. Pedro świetnie sobie radził sam, nie potrzebował pomocy, a Greyback zajęty był bardziej przychodowymi interesami.
Jasne, dzikie tęczówki wyłoniły się spod rzęs, omiatając nieufnym spojrzeniem otoczenie. W myślach już słyszał pierdolenie Aseny i wręcz poczuł ukucie nostalgii. A przecież on nie popełniał tych samych błędów. Na tą myśl uśmiechnął się kpiąco, z lekkim trudem wychodząc z kominka, którego ścianki jeszcze chwilę temu nieprzyjemnie przyciskały jego ramiona. Małe, niekomfortowe gówno, a nie "przydatny system teleportacji". Otrzepał grantową marynarkę z sadzy jaką pozostawiła po sobie szczelina. Odziany we włoski, szyty na miarę garnitur w odcieniu ciemnego granatu i czerwoną koszulę, której górny guzik był rozpięty aby nie odbierał oddechu. Na jego wytatuowanych dłoniach spoczywały dwa sygnety, zaś na szyi złoty łańcuszek. Pachniał trawą cytrynową, słodką mandarynką, ale i czymś ciepłym, otulającym, niczym piżmo czy drzewo sandałowe.
Nie przypominał łajzy za którą uważał się cichu te 15 lat temu - mimo że dumnie nosił zadarty nos. W czasach gdy walczył i pałał się rozbojami, aby zebrać na kwiatki dla swojej lubej lub na nowe buty dla siebie. Jego sylwetka znacznie się rozrosła, samemu Greybackowi doszło z 10 cm - zarówno w wzwyż co i w szerz, a jego niegdyś jasną skórę w dużym stopniu przysłaniały tatuaże, które teraz zakrywało ubranie.
Blisko...
Niemal poczuł smak jej krwi na języku, chłód rąk i ciepło policzka. Zaciągnął się mocniej powietrzem, wręcz łapczywie.
Zbyt blisko...
Umysł wskoczył na wyższe obroty, a zapach wywołał serie wspomnień, które teraz niczym nieskończony film zaczął  wyświetlać się tuż przed jego oczyma. Obrazy których nigdy nie zapomniał, których nie był w stanie zapomnieć i przez swoją przypadłość - nigdy nie będzie w stanie.
Zbyt wyraźnie...
A teraz znów nurkuje w nicość. Jego oczy jakoby na moment zaszły mgłą. Na usta powoli wpłynął leniwy, szyderczy uśmiech.
Drapieżne spojrzenie krystalicznie jasnych tęczówek powoli przesuwało się po pomieszczeniu, które wyglądało jakby zatrzymało się w czasie dawno temu, tak jak i On w tym momencie, w tej chwili, gdy jego nozdrza wypełniał ciepły zapach szkarłatnego płynnego złota. Obrócił głowę w prawo, a jego wzrok osiadł na ciemnowłosej drobnej istocie, która zasiadała na fotelu. Zmrużył ślepia, wpatrując się w obraz kobiety, która zdawała się być jedynie senną marą, złudą, halucynacją.
Skierował kroki w kierunku tej, którą ostatni raz widział piętnaście lat temu. Gdy jeszcze dzielili wspólne dni, noce i plany -plany, które już wtedy wiedział, że nigdy nie będą jawą. Wtedy był nikim. Łajzą, chłopakiem z szemranej ulicy bez grosza przy duszy, a ją z jakiegoś powodu kręcili niegrzeczni chłopcy. A jednak... Byli piękni, młodzi i nierealni, niczym sen, który wtedy nie mógł stać się prawdą, a teraz był już tylko wspomnieniem z wygasłą datą. Wiedział, że nie była mu pisana, że zasługiwała na kogoś lepszego. Wiedział, że wtedy Asena miała racje za każdym jebanym razem, gdy opierdalała go za to co robił.
Nie potrafił oderwać oczu od alabastrowej skóry, wielkich pięknych ślepi i ciemnych włosów, które brutalnie kontrastowały z odcieniem skóry dodając jej mistycyzmu. Obraz tak znajomy, przywołujący kolejne klatki.
-Loricinaa - zamruczał melodyjnie niskim, chrapliwym głosem. -Tyle lat, a ciebie wciąż kręci piromania...


RE: [07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien - Lorien Mulciber - 12.03.2025

Pokój rozjaśnił zielony ogień towarzyszący teleportacji kominkowej, ale czarownica nie odwróciła głowy w jego stronę. Wpatrywała się w martwy punkt, pogrążona w swoich własnych przemyśleniach, balansując pomiędzy światem żywych a tym pełnym wspomnień. Wysłała list w pierwsze lepsze miejsce, nie bardzo zastanawiając się czy go odbierze - po prostu powiedziała do Paula “znajdź go.”, a ptak zrobił to co ptaki pocztowe robią najlepiej - znalazł odbiorcę.
Był moment, gdy nie spodziewała się, że Greyback w ogóle przyjdzie. Może nawet nie chciała, żeby przychodził. Ich rozdział był tak dawno zamknięty; bezpieczny w jej małym pałacu pamięci, za jednymi z wielu drzwi, które przygotowywała na czas, gdy tylko one jej pozostaną. Kiedy ludzka świadomość nareszcie będzie mogła śnić piękne sny i przeżywać swoje życie na nowo w głębi umysłu, pozwalając wilgowronowi spoglądać na realny świat.

- Czy wiedziałeś, że dopiero w 1916 roku wydano nakaz usunięcia żeliwnych krat i drzwiczek z kominków podłączonych do sieci fiuu? Ponoć zbyt często dochodziło do… wypadków.
Rzeczywiście - Lorien siedziała w fotelu przytarganym tuż pod okno. Jednym z niewielu mebli, które nie przykrywały przykurzone płachty materiału. Zasłony były szczelnie zasunięte jakby panią Mulciber mierziła wyjątkowo ładna jak na początek września pogoda. A może chodziło o rozciągający się widok na Regent’s Canal, od którego zdawało się ich dzielić jedynie cienka warstwa szkła i kilka metrów w dół. Przy fotelu ustawiono stolik; nań - kilka pergaminów, oficjalną papeterię Ministerstwa Magii, flakonik z tuszem i… jej własnym piórem, które używała do pisania.
Nie patrzyła na niego, metodycznie wyrywając płatki róży z bogom ducha winnego kwiatka. Jeden po drugim. Jak w dziecięcej zabawie w “kocha, lubi, szanuje” odrywała płatek, po czym zrzucała go na podłogę. Musiała się w pewnym momencie skaleczyć o kolce, bo zapach krwi kleił się do kwiatów.
Dopiero kiedy po róży pozostała sama łodyżka, którą też zresztą wypuściła z rąk, jak niechcianą zabawkę, kobieta podniosła wzrok na swojego towarzysza.
Czy się tak bardzo zmieniła od czasów szkolnych? Lorien lubiła uważać, że nie - w jej ciemnych lokach nadal lśniły złote spinki. Ciemn, ciężki makijaż pozwalał błyszczeć oczom w tym jedynym w swoim rodzaju, kobaltowym odcieniu. Ubrana w czarną szatę, którą sama jeszcze parę dni wcześniej określiła mianem “wdzianka godnego wyuzdanego elfa”. Zachowaniu przyzwoitości nie pomagał nawet półprzezroczysty woal, którym okryła ramiona. Jedynie pojedyncze zmarszczki w kącikach oczu i chorobliwa wręcz bladość przypominały, że Lorien nie miała już siedemnastu lat. Była starsza, wyraźnie o wiele bardziej chora. Nawet jeśli próbowała to ukryć w warstwach miękkich aksamitów i złotych nici, wystarczyło się tylko uważniej przyjrzeć. A jednak emanował od niej dziwny spokój. Jakby mała ptasia dusza pozostawała w uśpieniu, ululana cygańskimi kołysankami i baśniami.

Jeśli ją zaskoczył swoim wyglądem, wszystkimi zmianami, czy nawet tatuażami, których część zdołała dostrzec, to zdołała to sprawnie ukryć. Wyciągnęła ostrożnie szczupłą dłoń, gdy już zaczął iść w jej stronę. Trochę debatowała sama z sobą czy będzie w stanie się podnieść bez większych problemów, ale ostatecznie - udało się. Nie zwracała szczególnej uwagi na różnicę w ich wzroście.
- Hati Greyback we własnej osobie.- Ujęła się pod boki, kręcąc głową. Z każdym ruchem jej złote, długie kolczyki pobrzękiwały cichutko. Zadarła głowę, nawet nie próbując ukryć serdecznego uśmiechu. Takiego, który od lat praktycznie nie gościł na obliczu czarownicy.- Nie wiem co uznać za bardziej bezczelne. To że do mnie kompletnie nie pisałeś, to że wróciłeś czy to że najwyraźniej oświadczasz się korespondencyjnie. Panie Greyback, jestem przyzwoitą wdową. Uważam, że tydzień to minimum jakie przystoi odczekać, nim się zacznie rozglądać za potencjalnymi nowymi kandydatami na męża.
Zaśmiała się serdecznie, zupełnie na przekór swoim słowom. Wskazała jedną dłonią na stolik, na którym poza szpargałami do pisania stało również pudełeczko - to samo, które przysłał z kwiatami parę dni wcześniej.


RE: [07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien - Hati Greyback - 12.04.2025

Czy wiedziałeś, że dopiero w 1916 roku wydano(...) - już wiedział. Od tej chwili do momentu śmierci, pamiętając o tym fakcie za każdym razem, gdy jego oczy osiądą na kominku.
Zerknął za siebie, zupełnie odruchowo. Cóż, gdyby takowe żeliwne kraty zdobiły jej kominek prawdopodobnie jego też dosięgnąłby takowy wypadek. Już bez nich miał wrażenie, że pękną albo kominkowe cegły, albo jego ramiona - nie był to zdecydowanie najwygodniejszy środek transportu. A jednak nie miało to teraz znaczenia. Nic nie miało znaczenia, gdy spoglądał na jego przeszłość.
Zapach jej krwi uderzył o jego nozdrza, a wzrok się wyostrzył. Próbował zlokalizować ranę i szybko połączył ją z różą, której płatki bezszelestnie uderzały o starą podłogę.
Gdy wstała, delikatnie przechylił głowę w bok, wsłuchując się w jej melodyjny głos, którego nie słyszał na żywo przeszło 15 lat. A jednak mimo, iż na jej ustach gościł uśmiech, miał wrażenie, że jest go zbyt mało.
Nie pisał, była to prawda. Nie wiedział dlaczego tym razem było inaczej - czy uznał, że teraz jest godny aby stanąć naprzeciw niej? A może nostalgia przezwyciężyła wolę?
Dobył jej dłoni, którą przyciągnął do swoich ust, delikatnie muskając wargami zraniony opuszek.
-Mia dolce - szepnął niskim, mrukliwym głosem, skupiając się na gładkiej skórze na jej dłoni - Nie jestem aż takim masochistą
Nie wiedział dlaczego odezwał się teraz - może nekrolog jej męża, widziany ukradkiem w jednej z gazet było w pewien sposób zachętą. A może usprawiedliwieniem własnych pobudek? wymyślonym powodem, aby ich spojrzenia na powrót się skrzyżowały.
-Gdybym Ci się oświadczał, Loricina, uklęknął bym... Bo przed damą należy paść do stóp... Jak wtedy, na trzecim roku, gdy białe kwiaty wianka, przyozdobiły twoje lśniące loki, odbijając blade światło księżyca - powoli opuścił jej drobną dłoń. Jej oczy tamtej nocy skradły wszystkie gwiazdy, pozostawiając niebo opustoszałe.
-Acz mogę poczekać tydzień - dodał żartobliwie, a na jego usta wpłynął rozbawiony uśmiech, gdy pozwalał jej dłoni wysunąć się, umknąć jego palcom.
-Długo byliście małżeństwem? - zagaił. Kobieta nie wyglądała na szczególnie zrozpaczoną, acz wiedział, że to nie znaczyło nic. Ona potrafiła skrzętnie chować to co chciała skryć. Pokazywać to co chciała abyś widział. Życie z nią było istnym wyzwaniem, wieczną grą w ciepło zimno. Niezłe z nią miał szkolenie na temat kobiet i tego jak absurdalny jest to gatunek.
-Z żałobą Ci do twarzy - dodał, zjeżdżając wzrokiem z jej oczu na usta, kolejno na szyje, powoli zsuwając spojrzenie na jej ramiona, które skryty były za półprzezroczystą tkaniną.


RE: [07.09.1972] Melodia minionych lat | Hati&Lorien - Lorien Mulciber - 09.03.2026

Lorien Crouch czy tam Lorien Mulciber była wpierw dziewczyną, później kobietą przyzwyczajoną do adorowania. Do unoszenia jej dłoni do pocałunku niezbyt wysoko, by nie sprawić jej dyskomfortu, nawet kosztem łamania sobie karku; do słuchania tego co ma do powiedzenia, nawet, gdy słowa jej były przedłużeniem okrutnej i sadystycznej woli; do padania przed nią na kolana, tak jak to zapowiadał Hati.
Bo Lorien nie znała innego życia jak to, w którym była czystokrwistą panią, sędzią, katem i oskarżoną w jednym. Nie znała czasów, w których nie otaczano by ją miłością tak mocną, że jej brak pozostawiał za sobą pustkę w całym ciele.

Długo byliście małżeństwem?
- Z twojego punktu widzenia - niedługo. Z mojego - całą wieczność.- Odparła miękko, szczerze. Czas był pojęciem względnym, gdy zmieniał się punkt odniesienia, a długość życia malała drastycznie do niecałych czterdziestu lat. Czym był miesiąc? Tydzień? Rok? Jakie znaczenie zyskiwała lub traciła godzina?- Od stycznia. Jutro minęłoby równe osiem miesięcy. Ale nie płaczę po nim, był zbyt miałkim człowiekiem i mężem, żeby zasłużyć na mój smutek, w chwili, gdy tak po prostu umarł. W końcu… to zły obyczaj płakać po tych, którzy nas zostawili, prawda?
Spojrzała wprost w jasne ślepia Greybacka, nawet jeśli musiała przy tym zadrzeć odrobinę głowę. Nie kryla się z tą oczywistą igiełką. Nigdy się nie kryła, bo złośliwość leżała na niej jak doskonale skrojona szata.
Lata minęły odkąd Lorien rzeczywiście zastanawiała się czy byłaby dla nich jakakolwiek szansa. Wiedziała, że jej nie było, gdy siadywali popołudniami na błoniach, oglądając jak pierwszaki stają się ofiarą przerośniętej kałamarnicy z hogwarckiego jeziora. Ta łapała nieszczęsnych plażowiczów za kostki i podrzucała ich w powietrze przez co lądowali z głośnym pluskiem w wodzie. W pełnym szkolnym umundurowaniu. Wiedziała, że nie było dla nich żadnej przyszłości tamtego wieczoru, gdy złożono na jej głowie biały wianek. Queen of love and beauty. Cóż to była za głupawa tradycja między młodziakami jej czasów, gdy stawali w szranki pojedynku magicznego, uprzedniej dedykując swoje zwycięstwo wybranej pannie. Zdarzało się, że wybierano ją zawczasu, a ona wskazywała swoich “rycerzy” co by bronili jej honoru. Ale wtedy chcieli się czuć dorośli, wciąż jeszcze żyjąc na pograniczu fantazji i tęsknoty do czasów, gdy lojalność, oddanie i miłość miały jeszcze jakąś wartość. Czy ktokolwiek wtedy ją oceniał? Pewnie tak. Zazdrość prowadzi do pomówień; pomówienia do plotek, a plotki…
Nie myślała o tym teraz. To już nie miało znaczenia. Między nimi pojawiła się przepaść i milczenie, a uczucia… och, one zawsze pozostały zamknięte w szufladzie z tabliczką “młodość”.

Ale pozwoliła mu scałować krew ze zranionego opuszka palca. Jedna kropla krwi, nie więcej. W końcu zdrowym było dawkowanie sobie przyjemności. Mówiło się o tym, że krew Lestrange’ów, których dłonie przez wieki skąpane były w eliksirach i alchemii, przesiąkła magią do tego stopnia, że miała działanie odurzające. Przynajmniej takie słyszała plotki. Ale czy skażona klątwą krew smakowała inaczej niż ta “zdrowa”? Czy była cierpka? A może zaskakująco słodka?

Jednym machnięciem różdżki zerwała z antycznej kanapy pokrowiec. Chmura kurzu wzbiła się w powietrze, ale opadła gdzieś poza ich zasięgiem. A Lorien, jak gdyby nigdy nic, ujęła ostrożnie Greybacka za dłoń, prowadząc go w stronę miejsca, gdzie mogli na moment przysiąść. Kolejne machnięcie różdżką - zagotowała się woda w czajniczku, który przytargała z domu. Na tacy stały już dwie czyste filiżanki, gotowe do uzupełnienia parzącą się herbatą.
- Na szczęście dla mnie, przyjęło się nosić czerń w żałobie. - Uśmiechnęła się. Po co miałaby kłamać kogoś kto nawet nie znał jej nieświętej pamięci męża? Kogoś, z kim przecież była blisko. Nawet jeśli to było dawno.- Dlaczego wróciłeś z Włoch, Hati?
Zapytała, wreszcie przysiadając na kanapie. Stanie było uciążliwe, sprawiało ból w każdej części jej ciała. Siadając mogła udawać, że wszystko jest w porządku. Mogła sprawiać wrażenie, że wcale nie jest tak chora jak była w rzeczywistości.
- Jeśli potrzebowałeś pomocy… wystarczyło napisać. Dziadek zawsze chętnie przygarnia do swojego… biznesu… takich rosłych chłopców. Nie dba o krew czy przeszłość.- Ważyła na słowa. Bardzo ważyła na słowa, bo nigdy nie można było być zbyt pewnym komu co się mówi.
Dziadek Prewett był w końcu tym Prewettem od magicznej mafii sycylijskiej. Z drugiej strony nie wiedziała do końca czym Hati się zajmował przez te ostatnie lata. Może nie było mu po drodze z mniej legalnym… handlem pewnymi substancjami opioidowymi