Secrets of London
[13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren (/showthread.php?tid=4427)



[13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Woody Tarpaulin - 28.01.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Fh9x6pP.png[/inny avek]
13 czerwca 1943, późny wieczór, Hogwart
Clemens Longbottom & Julián Pepino

Julek, ja się tu czuję trochę jak zboczeniec.
Brygadzista Longbottom i brygadzista Pepino — dwóch młodzików, którym nikt by jeszcze nie dał poważnej roboty w ręce — wyznaczeni zostali, aby przeszukać pokój Marty Warren na okoliczność śladów mogących rzucić nowe światło na sprawę jej śmierci. Nie, żeby ktokolwiek z Departamentu Przestrzegania Prawa wierzył, że takowe tutaj będą. No ale cóż, służba nie drużba, detektyw każe, młodziki słuchają. Protokół się sam nie spisze.
Clemens Longbottom skończył tym samym na klęczkach w dziewczęcym dormitorium Ravenclaw, przetrząsając kuferek pełen porcelanowych koników, które zbierała nieboszczka Marta. Nie ruszali kwater pozostałych dziewczynek, skupili się tylko na tej należącej do ofiary, ale tak czy inaczej nie było Longbottomowi to przeszukanie w smak. Grzebać w rzeczach nastolatek — nieswojo, mimo że robił to w celach służbowych, a martwej dziewczynce już było wszystko jedno… prawda?
Młody brygadzista starał się zachowywać twarz i dowcip, ale jak na dłoni widać było, że cały jest jakiś taki nieswój, jakby nastroszony. I nie chodziło wyłącznie o to, że przed chwilą grzebał w pościeli nastoletniej dziewczynki. Całokształt tej sprawy wytrącił go z równowagi, a już szczególnie wieść o udziale Morpheusa. Gotów był bronić się rękami i nogami przed przyznaniem do tego, ale wstrząsnęła nim świadomość, jak blisko wydarzeń znalazł się jego mały brat — był drugą osobą na miejscu. I to wszystko ledwie kilka godzin temu. Po Hogwarcie krzątały się wciąż całe zastępy brygadzistów i aurorów, koroner, sędzia; mimo że godzina była już nocna, atmosfera wrzała i nikt jeszcze nie spał.
Wrzał i Longbottom. Mężczyzna wstał gniewnie i poprawił spodnie munduru.
Straszne to… że w Hogwarcie i taka śmierć. — Wzdrygnął się. — Ale przecież my tu nic nie znajdziemy. — Powiódł ręką dookoła pomieszczenia. Pozostałe łóżka były dość schludnie zasłane, tu i tam walał się jakiś babski bibelot czy pomoce szkolne. Jak okiem sięgnąć, nic podejrzanego. — Sami mówią, że to zabójstwo raczej nie było planowane, że to wygląda jak przypadkowa ofiara. Przetrząsamy ten burdel tylko po to, żeby się nie mogli dojebać, że uchybienia w śledztwie, a to tak naprawdę pic na wodę. Nie ma tu z nas pożytku. Wszyscy to wiedzą. Powinniśmy iść tam, zrobić coś… coś… coś, żeby, cholera, nikt więcej nie podzielił jej losu, a nie przegrzebywać kufry dziewczyńskich łaszków.
Teatralnie uniósł szarą szatkę należącą do nieboszczki, aby podkreślić swoje słowa, lecz w mig ją odłożył. Dotarło do niego, że trzyma w ręku coś, co jeszcze wczoraj mogła mieć na sobie żywa, oddychająca dziewczynka. Teraz Marta leżała zesztywniała na mokrej podłodze łazienki. Żaden z tych przedmiotów, które przejrzeli, nie zostanie już przez nią nigdy użyty. To nie był pierwszy raz, gdy Clemens miał do czynienia ze śmiercią, lecz pierwszy raz ze śmiercią tak tragiczną kogoś tak młodego. A choć w swojej karierze miał napatrzeć się jeszcze na setki zwłok, to morderstwa dzieci nie były czymś, na co kiedykolwiek miał nauczyć się patrzeć rutynowo.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Julián Bletchley - 11.02.2025

[inny avek]https://i.ibb.co/tTrrkVyV/lj8Z6VG.jpg[/inny avek]
Julian Pepino zboczeńcem nie był, a zadanie, które przydzieliła im góra w żadnym stopniu go nie ekscytowało. Z drugiej strony jeśli ktoś wszedłby do dormitorium dziewcząt Ravenclawu i zobaczył dwóch mężczyzn: jednego klęczącego przy kufrze pełnego porcelanowych koników i drugiego stojącego obok z durną miną, to mógłby mieć pewne wątpliwości. Westchnął ciężko i spojrzał raz jeszcze na porcelanową figurkę, którego Longbottom trzymał w dłoni. Delikatna, starannie pomalowana, może ulubiona. Prawdopodobnie ostatnia rzecz, którą Marta Warren dotknęła zanim… Zanim stało się to, co się stało.
— Nie żartuj, myślałem, że w każdy poniedziałek grzebiesz w kufrach martwych dziewczyn dla zabawy — odparł i pewnie mógłby tak rzucać uszczypliwościami do rana, ale prawda była taka, że obaj czuli się nieswojo od momentu, kiedy tylko przekroczyli próg dormitorium. Nie byli weteranami, którzy jednym spojrzeniem na miejsce zbrodni potrafili rozpracować całą sprawę. Byli młodymi brygadzistami, trudno stwierdzić, czy wystarczająco dobrymi, aby dostąpić zaszczytu pracy przy śledztwie, ale na pewno niewystarczająco ważnymi, aby ktoś liczył się z ich opinią. A przecież ktoś musiał przeczesać rzeczy ofiary w poszukiwaniu czegoś, czegokolwiek, co mogłoby rzucić nowe światło na sprawę, a że nikt im nie wierzył, że znaleźliby tu coś konkretnego, to wysłano właśnie ich. — I wiem, że to cholerna strata czasu — dodał. — Ale jakbyś miał wybór między byciem tutaj a… Nie wiem, przesłuchiwaniem rodziców ofiary, to nagle to grzebanie w porcelanowych konikach przestaje być takie złe.
Obserwował, jak Longbottom uniósł w górę kawałek materiału i mimo że sam miał w sobie więcej cynizmu, przez krótką chwilę dostrzegł w jego twarzy coś, co przypomniało mu, że to nie było tylko rutynowe przeszukanie. Marta Warren nie była kolejnym anonimowym trupem z raportu. Była dzieckiem. Julian odchrząknął i odwrócił wzrok.
— Spójrz na to z innej strony — powiedział w końcu, kiedy sięgnął po kolejną rzecz do przejrzenia. — Im szybciej skończymy, tym szybciej możemy zabrać się za coś, co ma większy sens — słabe pocieszanie, ale może rzeczywiście powinni po prostu odbębnić tę część zadania i iść zrobić coś, co dałoby im realne odpowiedzi. Problem polegał na tym, że jego kumpel nie był typem, który lubił odwalać robotę po łebkach, a Julek… Julek bardzo chciał zignorować fakt, że gdzieś tam w głębi suchej duszy czuł, że jest to winien tej dziewczynie, skoro i tak już musiał grzebać w jej rzeczach. Przesunął dłonią po twarzy i spojrzał raz jeszcze na kuferek pełen porcelanowych koników. Jeżeli kiedyś zaczęłoby go ekscytować grzebanie w rzeczach martwych dziewczynek, to powinien poinformować o tym Clemensa. Może jego dobry kolega zorganizowałby mu jakąś terapię. I kopa w ryj.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Woody Tarpaulin - 27.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Fh9x6pP.png[/inny avek]
Niewybredny żart miał, utartym zwyczajem Woody’ego, brutalnie przełamać atmosferę, zerwać decorum i zrobić miejsce na nieco swobody. Ta bowiem przydałaby się w napiętej sytuacji, w której znaleźli się młodzi funkcjonariusze. Nawet chichot pełen skrępowania w odpowiedzi na nieudany dowcip potrafił nieraz poprawić morale. Choć miał również potencjał do zaogniania spraw, toteż w gruncie rzeczy na dwoje babka wróżyła. Longbottom zaryzykował, ponieważ wolał mimo wszystko dyskomfort bezbectwa i braku smaku niż ciężkie widmo zbrodni.
Musiał przyznać więc Pepino rację w tym również, że zdecydowanie nie chciałby być delegowany na rozmowę z rodziną nieboszczki. Pomijając fakt, że Clemens Longbottom z natury był pajacem, a pod wpływem nerwów przechodził sam siebie w żenujących zagrywkach, to w samej idei wysyłanie do zrozpaczonych rodziców dwudziestoparoletniego szczawia nie licowało z powagą sprawy. Poza tym:
— Wiesz… chyba wystarczy mi, że rozmawiałem z Morpheusem. — Zamilkł na chwilę, aby przemielić raz jeszcze w pamięci ich krótkie spotkanie, nim do Hogwartu przybyli rodzice, aby zająć się pociechą. — Myślisz, że taki dzieciak sobie da z tym radę? Będzie miał jakąś traumę? Czy, no, to jest coś, z czym… no wiesz, przyzwyczai się do tego wspomnienia i jakoś pójdzie? Nie mogę się zdecydować, czy Morphy ma tylko czternaście lat, czy aż.
Pokręcił głową enegicznie, jakby chciał wytrząsnąć z niej te zmartwienia. Dlaczego to akurat jego mały brat musiał się przypałętać do tych zwłok, zanim się nimi zajęli dorośli? Taka chyba już była longbottomowa klątwa, że zawsze wpychali się wszędzie tam, gdzie coś się działo; nieważne, czy dobrego, czy złego.
Wzmianka o przejściu do czegoś, co ma większy sens, bez trudu wciągnęła Woody’ego, który czekał tylko na okazję do tego, aby wyrwać się z dormitorium.
Ja tam myślę, że już skończone. — Bo rzeczywiście przeszli przez większość rzeczy i nic absolutnie nie znaleźli. — Ale bym się tym przedwcześnie nie chwalił, bo nas wyślą do czegoś jeszcze nudniejszego — powiedział powoli, a w jego oczach Julián mógł zobaczyć ten błysk, który towarzyszył Longbottomowi, kiedy ten miał coś nieco chytrego na myśli. — Jak szliśmy, to jeszcze nikogo nie postawili do przesłuchiwania obrazów na drugim piętrze. A nuż któryś coś widział… Nie zaszkodzi zapytać w drodze na meldunek. I tak będziemy je mijać. — Wzruszył niewinnie ramionami.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Julián Bletchley - 07.03.2025

[inny avek]https://i.ibb.co/tTrrkVyV/lj8Z6VG.jpg[/inny avek]
Żaden wybór nie był ciekawy. 
— Mordzia, ja nie wiem, czy my sobie damy z tym radę, a co dopiero Morpheus — Julian westchnął zbyt ciężko, jak na sytuację, w której obecnie się znaleźli. — Wiesz jaki jest Hogwart. Jak nie masz traumy po siedmiu latach tutaj, to pewnie wcześniej miałeś tak zjebane życie, że szkoła wydawała ci się całkiem znośna.
No i można byłoby popatrzeć na ich dwójkę. Zostali brygadzistami, co oznaczało, że w którymś momencie uznali ściganie czarnoksiężników za świetny pomysł na życie. U Longbottomów możliwe, że było to rodzinne, ale on? Pepino chyba po prostu kiedyś wypadł z kołyski i upadł na głowę. Młody mężczyzna skrzyżował ręce na piersi, ponownie zerknął na swojego ulubionego pana po fachu. — Trauma to nie jest coś, do czego się pewnie przyzwyczajasz co? — ale ludzie byli zaskakującym gatunkiem, którzy posiadali w sobie całkiem niezłą zdolność adaptacji, więc kto tam wiedział? — Myślę, że jeśli młody będzie miał wsparcie, to sobie z tym poradzi. A jeśli będzie pozostawiony sam sobie, to może latami rozgryzać tę sprawę. Ale no, nie ma takiej samej receptury dla każdego — tak szczerze powiedziawszy, to nie wiedział. Być może młody kiedyś nauczyłby się patrzeć na to jak na jedną rzecz, która się po prostu zdarzyła, może stanowiłoby to dawne wspomnienie w jego głowie — coś, co się w niej odłożyłoby jak kurz na półce. Albo może pewnego dnia obudziłby się w środku nocy z zszarganymi nerwami i wtedy będzie musiał sobie z tym radzić. — Gówniana sprawa — skwitował elokwentnie własny elaborat i przetarł twarz dłonią. — On odnalazł to ciało, tak? Jak tam z nim w ogóle? — sięgnął do kieszeni po swoją paczkę fajek, po czym przypomniał sobie, że wciąż byli w Hogwarcie. Skrzywił się i schował ją z powrotem. 
— Czyli mówisz, że chcesz z własnej woli spędzić więcej czasu z rozhisteryzowanymi portretami arystokratów, którzy uważają, że samo rozmawianie z nami to obraza ich honoru? — uniósł brwi, przyglądając się Longbottomowi podejrzliwie. — Kolego, to nie w twoim stylu — przyłożył dłoń do piersi, bo Julek nie musiał nawet widzieć tego błysku w oku Longbottoma, aby wiedzieć, że jego kumpel właśnie wpadł na coś, co technicznie rzecz biorąc nie było nielegalne, ale zdecydowanie nie znajdowało się w podręczniku brygadzisty w dziale rzetelnych procedur śledczych. Coś w stylu miejmy kłopoty, ale takie, żeby się nikt nie kapnął, że to kłopoty. Przez chwilę patrzył na niego jeszcze głupkowato, a potem zerknął na kuferek porcelanowych koników. Dokończenie przeszukania (i tak by niczego nie znaleźli) było równie emocjonujące co składanie raportów o naruszeniach długości mioteł, więc... Cóż.
— Niech ci będzie. Skoro już musimy tamtędy przejść. Tak w ogóle to stawiasz mi piwo po tym — postanowił.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Woody Tarpaulin - 27.03.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Fh9x6pP.png[/inny avek]
Co ty gadasz. Czemu bym sobie z tym nie dał rady? — napuszył się Woody, który mógłby doktoryzować się w dziedzinie udawania, że nic go nie rusza. Martwa Marta była przecież tylko pracą, rutynowym zadaniem, może nieco makabryczniejszym niż te pospolite, ale wciąż zadaniem, którego oczekiwało się w ich zawodzie. To co on się będzie przejmował sprawami służbowymi? Co on? Praca jest praca, zostaje w pracy. Od drążenia tematu jeszcze by mu się mogło niedobrze zrobić, a to nikomu nie służy.
Czy był to zdrowy mechanizm obronny, czy też nie, przekona się być może pewnego dnia.
O Hogwarcie zaś lubił myśleć odwrotnie do tezy wysuniętej przez Julka: że to on zafundował szkole traumę, nie ona jemu. O jakże szybko zapomina się udręki szkolne. Gdy wrócił tutaj po tych kilku latach z głowy zdążyły mu wywietrzeć stresy piętrzących się w dzienniczku złych ocen, niedospane noce i kary otrzymywane regularnie od profesorów. Odżywały za to wspomnienia dowcipów, kolegów i najgłupszych pomysłów.
No żesz kurwa — wymamrotał pod nosem, gdy usłyszał, że do traumy się nie przyzwyczaja. Tym razem nie klął dlatego, że miał zdanie od Pepino odmienne, lecz dlatego, że słowa kolegi potwierdziły obawy, które krążyły gdzieś z tyłu jego własnej głowy. — Straszysz mnie, wiesz? Ludzie jakoś żyją dalej, normalnie, no. To nie aż taka wielka rzecz. Niech się młody zaprawia, jeszcze dużo koszmarów w życiu zobaczy.
Przyrodzoną wrażliwość i empatię Woody’ego zagłuszyła w tamtej chwili musztra ojcowskiego wychowania. Longbottomowie byli przecież silni, nieustraszeni, wszystkie te przymioty prawdziwego mężczyzny — oto synowie Godryka. Wszyscy się do tych nauk i wytycznych przystosowali, wszyscy prócz Morpheusa, ale być może ten incydent go zahartuje… może? Czy to tak działa?
— Nikt go nie zostawi samego. — W to nie musiał wątpić. Jeśli coś można było powiedzieć o tej rodzinie na pewno, to że nie brakowało u nich pomocnych dłoni. — Znalazł. Przyszedł jako drugi, zaraz za tą smarkulą, Hornby.
Temat zabił trochę atmosferę, ale młodzi ludzie nie potrzebowali wiele do poprawy humoru. Wystarczyło byle… gówno, które tym razem podrzucił Julian.
— Gówniana, bo miejscem zbrodni jest klozet? — Woody nie wytrzymał, choć początkowo próbował przełknąć ten żenujący żart i nie pozwolić mu na wydostanie się z jego ust. Daremnie.
Użeranie się z wapniakami z portretów nie było być może w stylu Longbottoma; chęć zabłyśnięcia — już jak najbardziej. Jeśli miał w zasięgu ręki ślad, którego nie zdążył jeszcze dopaść nikt inny, zamierzał to wykorzystać. Jeśli trafią na coś, będzie czekało ich chwalebne pięć minut oraz satysfakcja spełnienia brygadowego obowiązku. Potrzeba poczucia, że wykonuje się istotną społecznie pracę, leżała w końcu u podstaw tego, jak Clemens wylądował w ogóle w tej robocie. Dobrze mu to robiło na ego.
Nie zapominaj, że sam mam w sobie coś z arystokraty — oświadczył, jakby to miało wszystko wytłumaczyć, po czym kucnął przy stoliku nocnym Marty, gdzie zalegały ich notatki służbowe, na których podstawie później sporządzony będzie protokół. Jeśli młody funkcjonariusz miał mieć swoją chwilę chwały, musiał zadbać, aby nie poszła ona w parze z naganą za zaniedbanie zleconych obowiązków. Spisał więc ostatnie uwagi, zamknął teczkę i skierował się do wyjścia. — Raz-dwa to zrobimy, odmeldowujemy się i idziemy do mnie na zimny sześciopak. Papierologia? Jutro od rana, słowo. — Uniósł dłoń jak do przysięgi.
Brygadziści zaplombowali za sobą drzwi dormitorium — nie od młodzików bowiem zależała ostateczna decyzja o zakończeniu czynności w tym miejscu — i udali się na piętro z feralną łazienką. Kroczenie przez Hogwart w takim dniu w mundurze brygadzisty przyciągało zaciekawione spojrzenia. Dziesiątki oczu — starszych i młodszych — wpatrywało się w ich twarze oraz przede wszystkim niesione przez nich papiery, jakby uczniowie i personel próbowali prześwietlić okładki teczek i dobrać się do sekretów zbrodni skatalogowanych przez Ministerstwo. I choć Brygadziści nie mieli nic, musieli ubrać pokerowe twarze, jakby faktycznie w aktach przenosili klucz do rozwiązania zagadki.
Na szczęście piętro, na którym rozgrał się dramat, było zamknięte dla postronnych, toteż ledwo Woody i Julek wylegitymowali się przed strażnikiem, znaleźli się poza zasięgiem gradu świdrujących spojrzeń. Na drodze do łazienki, wokół której skupiona była większość funkcjonariuszy, rzeczywiście znajdowały się wspomniane portrety.
Pierwszym, którego mijali, był stary, uschnięty czarodziej o orlim nosie i rzadkich siwych włosach sięgających za ucho. Stał dumnie wyprostowany, w drogiej osiemnastowiecznej szacie, ze wzrokiem rasowego skurwysyna. Podpis pod obrazem głosił, że oto młodzieńcy mają do czynienia z lordem Liszardem Malfoyem.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Julián Bletchley - 18.05.2025

Panicz Longbottom wrócił do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie po kilku latach. Gdyby spojrzeć na to z innej strony, cała sytuacja wydawała się kompletnie niedorzeczna. Wysłano ich na miejsce zbrodni bez większego przygotowania i zaangażowano w śledztwo, które toczyło się w miejscu, w którym z kolei Julek zaledwie dwa lata wcześniej opuścił. Czy to nie powinien być powód, żeby się zatrzymać? Ktoś rozsądniejszy pewnie by ich powstrzymał.
— Zbrodnia kloaczna. Motyw: gówno. Sprawca: człowiek z poczuciem humoru na poziomie kałuży w ubikacji. Dobra tam, zapisuję — rzucił i udając, że notował coś bardzo ważnego, zrobił ruch w powietrzu. Nie mógł się powstrzymać. Nie wtedy i nie przy takim żarcie, bo był gorszy. Zdecydowanie gorszy. I jeszcze dumny z siebie, że nie puścił bąka śmiechem.

Powiedzieć natomiast, że miał nerwy zszargane, to jak nie powiedzieć nic. A to nie było coś, czego potrzebował w tamtym momencie! Na szczęście miał swoje sposoby. Nie były może zbyt wyrafinowane, ale działały przynajmniej na krótką metę. Piwo z Longbottomem, głupie gadki z Longbottem, wieczorne mordobicie z chłopakami z oddziału — oczywiście z Longbottomem u boku, bo inaczej się nie dało. Samotne przesłuchania starych obrazów, które z jakiegoś powodu zaczęli traktować jak sensownych rozmówców. Chociaż przynajmniej na razie (miało się przecież dopiero okazać, jak bardzo nie będą z nich zadowolone).
— Byle nie w kuflu po tych konikach — młody brygadzista wiedział, że papierologia sama nie zniknie, ale jeśli Clemens Longbottom mówił, że jutro, to jutro będzie. Zresztą zimny sześciopak w jego towarzystwie brzmiał jak coś lepszego niż awans. Nawet jeśli miałbym tylko siedzieć i słuchać. Kiwnął głową bez sprzeciwu, a następnie dodał: — Psujesz mnie, stary. Jak tak dalej pójdzie, to się ślubu nie doczekam. Miałem być grzeczny, odpowiedzialny, wieczory spędzać przy katalogach weselnych, a nie z tobą, nad truchłem i sześciopakiem.
To było kłamstwo… Albo raczej półprawda — najniebezpieczniejszy ze stanów, bo jeszcze pozwalał mu udawać przed samym sobą, że wszystko było na właściwym miejscu i wiedział, czego chciał. Że tamta wciąż była tą jedyną, jaką powinien wybrać. W tylnej kieszeni munduru czuł drobny ciężar pewnej rzeczy przez materiał spodni. Pudełeczko nie było duże, ledwie zmieściło się obok notatnika. Złoty pierścionek o cienkiej obrączce i kamieniu, który wybrał z takim przejęciem jakby miał nim naprawić coś więcej niż tylko własne zagubienie. Nosił go przy sobie od dobrych kilku tygodni.

Po co w ogóle go zabrał na dzisiejsze śledztwo? Na cholerę to komu? Longbottomowi? Przecież nie jemu będzie się oświadczał. Wzdrygnął się.

Kiedy dwójka chłopa dotarła do pierwszego obrazu, Julek poklepał teczkę, którą niósł pod pachą i zatrzymał się na sekundę, żeby bliżej przyjrzeć się detalom.
— No i jesteśmy. Ekscelencjo, szlachta wiecznie żywa — na obrazie postać wyprostowała się z godnością, a sama obecność dwóch młokosów w mundurach Brygady była policzkiem dla jego błękitnej krwi. Lord Malfoy zmierzył ich chłodnym, lodowato oceniającym wzrokiem.
— Przynajmniej ktoś jeszcze zna dobre maniery — odpowiedział wyniośle portret. — Chociaż nie sądzę byś ty był z jakiegoś rodu, o którym warto wspominać.
— Za to pan lord pewnie pamięta wszystko, co działo się tego dnia? — Julian odchrząknął i wyjął kajet. — Pytanie służbowe. Kto szedł korytarzem na krótko przed… Incydentem?
Liszard uniósł brew.
— Tłum, jak zwykle. Jeden szedł, drugi się czaił, trzeci szurał jak duch. Wszyscy bez kapeluszy, bez manier, bez celu.
Pepino westchnął.
— Konkrety, proszę. Imiona, opisy?
[inny avek]https://i.ibb.co/tTrrkVyV/lj8Z6VG.jpg[/inny avek]


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Woody Tarpaulin - 01.07.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Fh9x6pP.png[/inny avek]
Nie tak zupełnie bez przygotowania wysłano ich w to miejsce. Woody był już w Brygadzie czwarty rok i przeszedł odpowiednie przeszkolenie, więc można powiedzieć, że starczało mu kompetencji, aby dokonać rutynowego przeszukania pokoju niebędącego miejscem przestępstwa. Trudno o łatwiejsze i adekwatniejsze do ich pozycji zadanie. Nie posłano ich przecież do przetrząsania potencjalnie najeżonej śladami łazienki, w której legła Marta. Nie przesłuchiwali roztrzęsionych uczniów. Sprawdzić jedynie mieli, czy aby w pokoju ofiary nie znajdują się tropy wskazujące na to, że mogła ona pozostawać z kimś w konflikcie. Nie było tu czego zepsuć.
Gówniany żart Juliána wyrwał z Woody’ego warkoczący chichot, taki z granicy rozbawienia i wstydu za to, że śmiał się śmiać.
A żebyś ty w tym gównie zdechł, pajacu — parsknął, starając się z miernym skutkiem nadać słowom barwę nagany. Czy można było winić dwóch głupich jak but dwudziestoparolatków za podobne żarty w tak niegodnych okolicznościach? Pewnie tak, a już z całą pewnością objawił się w tych dowcipach powód, dla którego lepiej było nie dopuszczać ich w bezpośrednie pobliże świadków.
Pora była oczywiście za późna na papiery. Służba w elastycznych godzinach — jak najbardziej, ale wszystko ma swoje granice. Kto by zdawał oficjalne raporty we wtorek wieczorem? Byleby się odmeldować krótko u dowódcy ze swoimi znaleziskami (a raczej ich brakiem) i jazda do domu, pić szybciutko, żeby do rana bania zeszła.
Luką w tym planie mogły być jedynie kobiety — już-żona Woody’ego i jeszcze-nie-narzeczona Pepino. Longbottom nie wątpił, że Tessa nie będzie szczęśliwa, gdy nie dość, że mąż wróci z pracy później, niż zapowiadał, to jeszcze w środku tygodnia będzie siedział po nocach i walił browara z kumplem. Mimo że dziewczyna była młodsza od niego, to zawsze okazywała się tą doroślejszą i odpowiedzialniejszą. No i chodziła do regularnej pracy, więc z pewnością nie w smak jej było słuchanie wieczorem ich rechotu, gdy chciała wypocząć przed kolejnym dniem.
Dziewczyny się nie dowiedzą. Powiemy, że siedzieliśmy tu do nocy, to nie będą nam mogły nic zarzucić. Taka sprawa to nie przelewki. — Woody postukał się dumnie palcem w skroń, aby podkreślić, że główka pracuje. — Skitramy się w Warowni w chatce ogrodnika. Nie daj się przedwcześnie wykastrować, Juluś. Będziemy mieć jeszcze czas zdziadzieć. Leniwe wieczorki to za trzydzieści lat, a teraz trzeba wykorzystać, że wciąż potrafisz zachlać i iść następnego dnia do pracy.

Gdy stanęli pod portretem i Pepino odezwał się do Liszarda z pozdrowieniem szlacheckim, Woody — wciąż nieco pobudzony po wcześniejszych gównianych żartach — mało nie stracił nad sobą panowania. Szlachta wiecznie żywa nieomal wyrwała z niego kolejny spazm śmiechu. Nieomal, bo udało mu się zdusić to w sobie i jedynie mięśnie jego twarzy niebezpiecznie zadrgały, próbując złośliwie zdradzić tę wesołość.
Ledwie opuściło go ryzyko zaplucia obrazu niekontrolowanym parsknięciem, brygadzista — aby ułatwić Malfoyowi zadanie — doprecyzował:
Szczególnie nas interesują ci, którzy szli przed lub po dziewczynce w okularach.
— Po dziewczynce… — zadumał się portret, marszcząc twarz w wyrazie głębokiego niezadowolenia w związku z tym nużącym przesłuchaniem. — W rzeczy samej, był taki uczniak. Wysoki, ciemnowłosy.
— A coś więcej może o nim? — zachęcił Woody, ponieważ wysoki-ciemnowłosy było opisem pasującym do połowy męskiej populacji studenckiej. — Zachowywał się w jakiś sposób podejrzanie, skoro zwrócił lorda uwagę? Kiedy to było?
— Kiedy? Czy widzi pan tu aby zegar? — obruszył się gniewnie na to pytanie lord Malfoy.
Clemens pokwaśniał, ale nie zamierzał naciskać na uzyskanie tej odpowiedzi, aby przedwcześnie nie zamknąć sobie drzwi do innych informacji, jakie mógł zaoferować im Liszard.
Proszę się zastanowić. Potrafiłby go pan dokładniej scharakteryzować? — spróbował raz jeszcze brygadzista.
Wyglądało na to, że dobra wola Liszarda wyczerpała się jednak po ostatnich słowach. Jego brwi groźnie zeszły się nad oczami, a spomiędzy olejnych ust wyszło:
— Zdaje się, że był on tęgiej postury. Proszę się jednak zastanowić, czy uważa pan, że ta rozmowa prowadzona jest w sposób stosowny. Czy przedstawili się państwo? Z kim mam do czynienia?
— Brygadzista Cle…
— Ależ proszę sobie darować. Na to minął już czas! — fuknął lord Malfoy i znieruchomiał w ramach obrazu.
Woody stęknął gniewnie i odwrócił się do Julka.
— Przynajmniej… mamy coś? — Rozłożył bezradnie ręce. Dalsza walka zdawała się nie mieć sensu. — Pewnie przyślą tu potem jeszcze jakiegoś speca. Na razie to nam musi wystarczyć.


RE: [13/06/43] Śledztwo w sprawie śmierci Marty Warren - Julián Bletchley - 18.11.2025

— Kurwa… Czyli ktoś tam poszedł zanim ją…
Lord Liszard Malfoy westchnął w sposób, który jednoznacznie sugerował, że rozmowa z żywymi (albo Julianem, który do czystokrwistych paniczy raczej nie przynależał) była dla niego bardziej przykrym obowiązkiem niż jakąkolwiek formą współpracy ze śledczymi. Uniósł podbródek, jakby i pod tym kątem widział więcej oraz lepiej, a następnie zasiedział już nieruchomo. Każdy pociągnięty ruch farby przyjął jedyną właściwą pozycję milczącego obrazu.

Młody brygadzista westchnął ciężko, zamknął notes, wsuwając go do wewnętrznej kieszeni spodni. W powietrzu zawisła bezradność.
— Idziemy — mruknął Pepino dla zasady, mimo że wiedział, że Liszard i tak go już nie słuchał. Nie krył frustracji. — Dziękujemy za... pomoc.
Ostatnie słowa podzięki były gorzką kpiną, wciąż mieściło się natomiast w granicach służbowej uprzejmości. Tego właśnie oczekiwała od nich procedura, a etykietę, jak wiadomo, odgrywało się nawet wtedy, gdy nikt w nią nie wierzył. — No nic — dodał jeszcze. — Chyba zostaje nam jedyne, co działa w takich sytuacjach. Idziemy po Moody'ego?
Obaj ruszyli w dół schodów, udając, że śpieszno im było się do ważniejszych spraw magicznej wspólnoty i bezsensownie rozgraniczając między sobą, kto następnego dnia będzie pisał raport, a kto będzie udawał, że go nie miał.
[inny avek]https://i.ibb.co/tTrrkVyV/lj8Z6VG.jpg[/inny avek]
Koniec sesji