[10.10.1972 (noc)] I cut my uncle into pieces - Thomas Figg - 28.01.2025
10.10.1972
"Posiadłość" Morpheusa w Little Hangleton
tej nocy, kiedy wyszedł z jaskini i udał się do Millie, ta wspominał mu o Morpheusie, że z jego pomocą na pewno dojdą do sedna tego, co się działo z Thomasem. Tylko późniejszy wyjazd profety do Egiptu nie sprzyjał spotkaniom towarzyskim, a co dopiero zawracaniu głowy mężczyźnie problemami Figga. Sam zresztą powoli przechodził do porządku dziennego ze swoimi wewnętrznymi problemami, przecież o wiele łatwiej jest udawać, że wszystko jest w porządku, niż szukać odpowiedzi i błądzić po omacku.
Dlatego też, kiedy dostał sowę od Morpheusa, z prośba o późną wizytę to nie wiedział czego się spodziewać. Czy zapraszał go bo Millie coś mu powiedziała? Nie, ona by pewnie chciała być przy tym... A raczej Thomas by chciał, żeby tak było, łatwiej jakoś by mu było znosić wiadomości w towarzystwie.
Odetchnął poznając podniszczone drzwi strzegące wejścia do "dworku" Morpheusa. Był tu przecież całkiem niedawno, żeby przekazać mu jego zaklęty sygnet zmieniający się w rapier. Od tamtego czasu nie spędził w Little Hangleton ani trochę czasu. No jeśli nie liczyć późniejszego nakładania pieczęci w domu Anthony'ego.
No ale nie było co tego przedłużać, od stania przed wejście domu Longbottoma nie dowie się, czemu prosił go o spotkanie i to w tak późnych godzinach jeszcze. Dobrze, ze Thomas miał problemy ze spaniem, przecież to była nieludzka pora, tak po nocy ludzi niepokoić.
- Wujku Morpheusie? Już jestem! - zawołał przekraczając próg, a ciszej do siebie dodał. - Mam nadzieję, że ty też tu jesteś - dodał zamykając za sobą drzwi i wchodząc głębiej do środka domu i rozglądając się za jego właścicielem.
RE: [10.10.1972 (noc)] I cut my uncle into pieces - Morpheus Longbottom - 22.02.2026
Przysnął, w fotelu, nad książką, z zimym paleniskiem, bo nie mógł znieść widoku ognia. Nadal.
W jego snach znów spadł popiół, drobny i gęsty, niby śnieg piekielny, który nie chłodzi, lecz dławi. W mgnieniu oka dzień zamienił się w noc; pośród ulic rozległy się krzyki, modlitwy, przekleństwa. Matki tuliły dzieci do piersi, starcy padali na kolana, wyciągając ramiona ku niebu, które zasnuło się krwią purpurowych błyskawic. A wtedy ogień przemówił. Nie był on płomieniem domowego ogniska, przy którym opowiada się baśnie; był potworem o tysiącu języków, wijącym się i syczącym, pożerającym dachy, drzewa, ciała.
Podskoczył, słysząc głos. Odetchnął. Znał ten głos i wyszedł mu na powitanie.
— Thomas! — Morpheus wykrzyknął z entuzjazmem, wyłaniając się z jednego z westybuli. Morpheus nie sypiał, to normalne. Morpheus, jak na kogoś, noszącego imię bożka snu, spał zaskakująco mało i zaskakująco źle, jakby ten bóg miał mu za złe, że przejął jego imię i teraz osoba wieszcza była pierwszym skojarzeniem ludzi, a nie jego boska osoba. Longbottom często myślał, że był przeklinany wielokrotnie przez wielorakie bóstwa.
Hall zameczku nosił jeszcze rany Spalonej Nocy, wybite okna wpuszczały chłodne powietrze, pomimo zabicia, ale rozstawione rusztowania i pył szlifowanych ścian sugerowały powrót do prac remontowych. Zresztą, posiadłość przestawała powoli przypominać nawiedzone miejsce, a coś, co jest hobbistycznym projektem osoby o zbyt dużym budżecie.
— Już myślałem, że nie przyjdziesz. Dzisiaj wstawiono schody do mojego gabinetu, chcesz zobaczyć? — zaproponował Morpheus, nie bardzo wiedząc, jak rozpocząć rozmowę, którą chciał przeprowadzić z Thomasem i nie wyjść na kompletnego szaleńca. Wiedział, że jest niestabilny i wiedział, że inni tak właśnie go widzą, karty mu to dobitnie powiedziały w postaci odwróconego Księżyca. Jawiło się to prześlicznie, nawet gdy wyglądał tak zwyczajnie i miękko w magicznym świetle, wygodnej szacie magicznej i filcowych pantoflach, które nie wydawały żadnego dźwięku.
|