Secrets of London
[07.09.1972, wieczór] Supercalifragilisticexpialidocious || Ambroise & Cameron - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [07.09.1972, wieczór] Supercalifragilisticexpialidocious || Ambroise & Cameron (/showthread.php?tid=4448)



[07.09.1972, wieczór] Supercalifragilisticexpialidocious || Ambroise & Cameron - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.02.2025

Jak na szpitalne standardy był jeszcze całkiem wczesny wieczór. Ledwo po dwudziestej, może dwudziesta dziesięć lub dwanaście. Z pewnością nie później. Atmosfera panująca w szpitalu była całkiem przyjemna, przynajmniej jak na standardy tego miejsca. Zero nagłych przypadków, brak jakichkolwiek problemów z już przyjętymi pacjentami. Przynajmniej na oddziale Urazów pozaklęciowych i łamania klątw, co bez cienia wątpliwości było całkiem przyjemną odmianą od normy.
Za to położone piętro niżej Zatrucia eliksiralne i roślinne? Oj, bez wątpienia miały naprawdę ciekawy wieczór. Wystarczyło bowiem znaleźć się w części przedsionka należącego do oddziału, by przekonać się, że praca na nim szła wręcz śpiewająco. Nie uprzedzajmy jednak faktów, dobrze?
- Ty, ty, ty - zwielokrotnione słowo wydostawało się z ust magipielęgniarki truchtającej pustym korytarzem. - Ty, tak ty, młody! Zatrzymaj się na chwilę, jeśliś łaskaw! - Wydyszała nie przestając poskrzypywać klapkami o śliską, bez wątpienia niedawno umytą podłogę, jednocześnie decydując się zacząć machać ręką w powietrzu, aby jeszcze bardziej zwrócić na siebie uwagę. - Na łaskawą Morganę, przysięgam, macie coraz dłuższe nogi! - Sapnęła pod nosem, bardziej do siebie niż do młodego chłopaka, wreszcie doganiając Camerona, który wedle ogólnie przyjętych standardów może i był raczej średniego męskiego wzrostu, ale przy jej metrze pięćdziesiąt w kapeluszu mógł się wydawać długonogim gigantem.
Niziutka i jeszcze bardziej pulchniutka czarownica (taka z gatunku łatwiej przeskoczyć niż obejść jak zresztą lubiła żartować) zamilkła na ułamek sekundy. Machnęła ręką, ewidentnie dając Lupinowi do zrozumienia, że miał się nigdzie nie oddalać. Po czym pochyliła mocno lokowaną blond głowę, starając się odzyskać dech w piersiach. Była niemal tak samo soczyście różowa na twarzy, co na wręcz obrzydliwie świńskoróżowym kitlu. Zdecydowanie łamiącym przynajmniej część wytycznych odnośnie ubioru służbowego personelu Munga, jednak jakimś cudem uchodziło jej to płazem już od niemal dwóch dekad.
Identyfikator przyozdobiony akwarelowymi kwiatkami głosił: Barbara Pettigrew, Starsza Magipielęgniarka, Zatrucia eliksiralne i roślinne.
Potrzebowała co najmniej minuty, żeby unieść wzrok na młodego człowieka, jednocześnie niemalże uderzając go przy tym lokowaną głową. Fryzura, której mogłaby jej pozazdrościć sama Dolly Parton, nawet nie drgnęła. W przeciwieństwie do Barb, która zachybotała się na nogach, ledwo utrzymując równowagę.
- Urazy pozaklęciowe, tak? - Wyrzuciła z siebie głosem wprawionego konesera tanich wyrobów tytoniowych, nawet nie czekając na odpowiedź. - Wyśmienicie. Wybornie. Potrzebuję cię... ...ze mną. Najlepiej już teraz - zakomunikowała bez pardonu, jednocześnie rozglądając się dookoła.
Najwyraźniej uznała, że skoro ten młody człowiek mógł pałętać się po korytarzu, ewidentnie nigdzie nie spiesząc to miała święte prawo go zaczepić, zamierzając zaangażować go w coś, o czym nawet mu nie odpowiedziała. Jeszcze nie, bo z pewnością zamierzała to zrobić. Wyglądała na gadułę.
Jednak w tej chwili rozglądała się po oddziale, wypatrując kogoś jeszcze, a gdy dostrzegła jedną ze starszych uzdrowicielek, zamachała ręką w jej kierunku.
- Marlene, kochanieńka, pożyczam! - Zakomunikowała, jednocześnie machając ręką w kierunku Camerona, ewidentnie mając na myśli właśnie jego.
Nie pytała go o zdanie, nie wyglądała też na kogoś, kto przyjąłby jakąkolwiek odmowę czy wdawałby się w dyskusje na temat przedmiotowego traktowania stażystów. Zamiast tego obdarzyła go spojrzeniem, po czym bez słowa obróciła się na pięcie, zaczynając dreptać korytarzem - bez wątpienia w kierunku swojego oddziału.
- Chodź, chodź, nie stój tu jak słup soli. Zrób użytek z tych swoich długaśnych nóg - rzuciła w eter, nawet się nie odwracając; bez wątpienia uznała, że to wystarczy, by młodzieniec podążył za nią, bowiem niemal od razu zaczęła przechodzić do konkretów. - Mamy pacjenta. Podrzucili nam go BUMowcy po tym jak to go znaleźli gdzieś na skraju Nokturnu. Klasyczny przypadek łyknięcia jakiegoś świństwa, chciałoby się rzec. Tyle tylko, że biedaczyna jest zupełnie skołowany. Pokręcony jak świński ogonek. Nie reaguje na standardowe odtrutki. Nie jest w stanie nam powiedzieć, co przyjął ani jak się nazywa. To znaczy... ...mówi... ...na pewno mówi i to całkiem dużo. Na początku nawet sądziliśmy, że z sensem... ...prócz braku kluczowej informacji, co przyjął, rzecz jasna... ...ale potem poinformował nas, że nazywa się Mary i sprawa się trochę skomplikowała. Oczywiście, moglibyśmy uznać, że to skrót. Marcus, Martin, Marvin, Marshall... ...sam rozumiesz, mój drogi - trajkotała, zawzięcie przebierając krótkimi nóżkami. - Otóż nie. Nasz Mary to nie Marvin. To Mary. Mary Poppins - zakomunikowała, zdecydowanie nie zastanawiając się nad tym czy Lupin zrozumie odniesienie. - Nie ma dokumentów a różdżka, którą przy sobie miał zdecydowanie nie należała do niego, tylko do jakiejś czarownicy i to też nie żadnej Mary. Tym bardziej nie Poppins. Przynajmniej z tego, co nam zakomunikowano, bo Ministraki zarekwirowały ją w celu dalszych wyjaśnień - zakończyła zdyszanym głosem, samym jego tonem dając do zrozumienia, co sądzi o zabieraniu pacjentom różdżek (nawet nie ich) i podrzucaniu ich na oddział bez możliwości sprawdzenia ostatniego zaklęcia, jakie zostało rzucone.
Magipielęgniarka wreszcie pokonała wszystkie schody prowadzące piętro niżej, przystając zdyszana przy drzwiach i otwierając je przed Cameronem. Gestem dłoni zachęciła go, aby wszedł tuż przed nią.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! - Rozległo się niemal od razu, praktycznie od progu - głośne, radosne i zdecydowanie śpiewające.
Dochodziło od strony pierwszej sali tuż po wejściu na oddział, której drzwi były szeroko otwarte.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! Um-dittle-ittl-um-dittle...bllll...ech! - Nie trzeba było być zbyt spostrzegawczym ani nawet znajdować się w pomieszczeniu, by wiedzieć, co się stało.
Barbara posłała znaczące spojrzenie w kierunku młodego Lupina, ruchem ręki kolejny raz poganiając go do wejścia na salę, z której niemal w tym samym momencie rozległo się neutralne, choć może trochę zmęczone:
- Panno Sprout, poprosimy tu ponownie - to był naprawdę uroczy pierwszy wieczór po tygodniowym urlopie.
A co do uroczej Mary Poppins? Mary miała co najmniej metr dziewięćdziesiąt pięć, wytatuowane ramiona, mięśnie zapaśnika-wioślarza i łysą głowę. Siedziała w pościeli na łóżku, nic nie robiąc sobie z niedawnego zwrócenia kolacji, gotowa zacząć ponownie śpiewać na całe gardło.


RE: [07.09.1972, wieczór] Supercalifragilisticexpialidocious || Ambroise & Cameron - Cameron Lupin - 21.06.2025

Przez te kilka miesięcy stażu Lupin zdołał wykształcić całkiem dobry radar, który pozwalał mu unikać pielęgniarek. Biorąc pod uwagę, że już nie raz nie dwa był zaganiany przez nie do absolutnie najgorszych robót na oddziale, ostatnio robił co mógł, aby ponownie nie wpaść w ich sidła. Zwłaszcza, że od niedawna był członkiem zespołu badawczego Florence, który miał skupiać się na badaniu Klątwy Żywiołów. To była nadzwyczaj odpowiedzialna praca i nie mogła zostać odsunięta na bok tylko po to, żeby Cameron wrócił do czyszczenia magazynu czy pomagania na oddziale przy pomniejszych przyp...

Cholera, zdążył tylko pomyśleć, gdy koniec końców dopadła go Barbara Pettigrew. Pokiwał nieśmiało głową, uśmiechając się nerwowo. Uh, co to będzie tym razem? Jak tak dalej pójdzie, to niedługo zagonią go do sprzątania toalet. Albo do pracy w pralni lub kotłowni na niższych poziomach szpitala. A może Barbara była tylko wysłanniczką? Może miała go odeskortować do Bulstrode? Pobladł nieco na tę myśl. Chociaż dogadywał się z Florence coraz lepiej, tak dalej wzbudzała w nim strach. Poważny strach. Słuchał więc pielęgniarki, starając się skupić na jej słowach podczas drogi przez korytarze szpitala.

— Czyli co...? — wtrącił nieoczekiwanie Cameron, wbijając spojrzenie w tył głowy magi-pielęgniarki. — Marvin zmienił się w Mary? Mary zmieniła się w Marvina? Spontaniczna zmiana płci to szalenie rzadki fenomen. No chyba, że ktoś trafi na tutejsze poltergeisty z magicznej dzielnicy Londynu. — Wychował się w tym mieście, więc wiedział to i owo o ''niespodziankach'', które mogły czyhać na nieostrożnych odwiedzających. — Ministerstwo przejęło różdżkę, Mary Poppins, czy kogo?

Zmarszczył czoło. Im dłużej kobieta do niego mówiła tym większe odnosił wrażenie, że mało co rozumiał z tego wywodu. Z drugiej strony im dłużej odbywał staż w Szpitalu św. Munga tym częściej przekonywał się, że czasem lepiej było zadawać jak najmniej pytań i po prostu słuchać pracowników starszych stażem. Tak było z Florence; z nią lepiej było w ogóle nie dyskutować, a po prostu kiwać głową i modlić się o to, aby nie popełnić żadnego błędu w zasięgu jej sokolego wzroku. Wszystko się wyjaśni na sali, pomyślał Cameron, próbując dodać tym sobie otuchy.

Wejście do sali zabiegowej w najmniejszym stopniu nie rozwiało jego wątpliwości. Niestety.

— A więc teraz jest kobietą — mruknął pod nosem, zmniejszając dystans dzielący go z Ambroisem. — Ekhm, dzień dobry, h-hej. — Uniósł dłoń w geście powitania, rozglądając się uważnie po całym pomieszczeniu. — Potrzebowaliście pomocy. Podobno. To... O co w tym wszystkim właściwie chodzi? Chyba nie do końca załapałem... Jak to wszystko doszło do skutku.

Uniósł kąciki ust w bezradnym uśmiechu. Wygląd Mary nieco go zdziwił, chociaż... nie takie już osoby widział. Jeśli dobrze kojarzył to na wiosennym balu Longbottomów też była taka jedna całkiem wysoka kobieta. Zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć, czy była to ta sama czarownica, która walczyła z Rudą o sukienkę z licytacji. Może? A może po prostu były tam dwie gigantki? Tyle czasu już minęło od tamtego balu, zorientował się niespodziewanie. Równie dobrze mógł być teraz innym człowiekiem.

— P-pobraliście już jakieś próbki do badań? K-krwi? Śliny? — dopytał, stając za plecami Greengrassa. — Podobno nie wiadomo, co wzięła. M-moglibyśmy spróbować jakichś maści lub specyfików, które reagują z najpopularniejszymi składnikami wywołującymi takie... efekty. Czy... w-wpadłeś już na jakiś inny pomysł?

Cameron odchrząknął parę razy, próbując zapanować nad lekkim drżeniem głosu. Nie tylko przez swój dość niecodzienny wzrost, ale też przez jej spojrzenie. Jakby patrzyła na nich, a jednocześnie przez nich - na coś, czego oni nie widzieli. A to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Zwłaszcza w połączeniu z tym dziwnym śpiewem, jakiego musiała wysłuchiwać reszta personelu.

— D-dobrze, to... może zaczniemy od podstaw? — mruknął, zerkając na Ambroise'a, jakby szukał u niego potwierdzenia, że nie robi czegoś głupiego. Może był studentem Akademii Munga od dłuższego czasu, ale nie oznaczało to wcale, że w tym czasie stał się ekspertem od każdej gałęzi magimedycyny. — Czy ona... czy ona w ogóle reaguje na polecenia? Mówiła coś? Krzyczała? … Śpiewała na waszą prośbę?

Ostatnie słowa wypowiedział dużo ciszej, jakby obawiał się, że samo wspomnienie o śpiewaniu sprowokuje pacjentka do wejścia na wyższe obroty i zmienieniu sali zabiegowej w salę koncertową. Po uzyskaniu szczątkowych informacji na temat stanu zdrowia Mary od starszego uzdrowiciela Cameron zbliżył się do niej powoli. Ostrożność sugerował nawet jej wygląd, jednak w tym momencie bardziej obawiał się, że może zrobić komuś krzywdę ze względu na zbyt gwałtowne reakcje wywołane wpływem nieznanych substancji. A on naprawdę nie chciał, żeby po oddziale rozniosło się, że dał się walnąć w nos w trakcie diagnostyki i sam wylądował w gabinecie na konsultacji.

— M-mary? — spróbował łagodnie. — Czy możesz spojrzeć na mnie? Tylko na chwilkę. — Uniósł dłoń, wykonując powolny, uspokajający gest. — Ch-chciałbym tylko sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.

Spojrzenie dryblaski przesunęło się w jego stronę, ale nie zatrzymało. Jakby jego twarz była tylko jednym z wielu punktów w plątaninie bodźców, które do niej obecnie docierały. Cameron poczuł, jak coś zaciska mu się w okolicy żołądka. To nie wyglądało na zwykłe zatrucie. Może była to jakaś forma przebodźcowania? Wyjaśniłoby to poniekąd to śpiewanie, skomentował bezgłośnie. Jeśli w tym stanie nie potrafiła skupić się na tyle, żeby mówić do nich z sensem, to może podświadomie uznała śpiew za odpowiednią formę komunikacji?

Kobieta poruszyła się nagle, jakby coś ją szturchnęło. Lupin odskoczył o pół kroku, zerkając kontrolnie na Barbarę i Ambroise'a. Tymczasem Mary przestała zwracać na nich większą uwagę i odwróciła się w drugą stronę, mrucząc pod nosem coraz to mniej zrozumiałe sentencje. Chłopak wypuścił głośno powietrze przez usta, rozglądając się na prawo i lewo, jakby poprawna odpowiedź na całe to zamieszenie miała mu spaść z nieba.

— Moim zdaniem najlepiej by było podać jej wywar uspokajający. Ograniczymy w ten sposób ryzyko związane z jej nieprzewidzianymi reakcjami po tym, co zażyła na Nokturnie — zaczął powoli Cameron, wracając myślami do wykładów Florence w których brał udział. — Kiedy jej sytuacja się ustabilizuje, podałbym jej dożylnie płyny. To powinno rozcieńczyć toksynę we krwi i przyspieszyć jej wydalanie przez nerki.

Nie mówił teraz niczego odkrywczego. Podobne działania były dość powszechną praktyką, aby doprowadzić pacjenta do porządku przed kolejnymi etapami leczenia. Bądź co bądź, najważniejsze było pozbycie się z ciała szkodliwej substancji, żeby nie kolidowała z eliksirami, które mogliby zastosować na dalszym etapie terapii. Krzyżowanie ze sobą kilku wywarów mogło być szkodliwe w skutkach. Może gdyby dalej leczył rówieśników po znajomości, to zdecydowałby się na coś bardziej ''odważnego'', ale w tym momencie standardowa procedura wydawała się najlepszym rozwiązaniem.

Mary znowu poruszyła się gwałtownie; tym razem odchylając głowę do tyłu, gdy z korytarza dobiegł ich okrzyk jakiegoś dziecka zanoszącego się płaczem. Usta kobiety drgnęły, a Cameron mimowolnie napiął całe ciało w oczekiwaniu na kolejny popis muzyczny czarownicy. I chociaż bardzo liczył, że takowy nie nadejdzie, tak trajkotanie nadeszło, atakując nie tylko jego uszy, ale także te Greengrassa i pani Pettigrew. Lupin przymknął na moment oczy.

— W każdym razie... Eliksir powinien ograniczyć te... te mimowolne reakcje. — Wskazał na Mary, która zaczęła kołysać się lekko w rytm wyśpiewywanej przed chwilą melodii. — A płyny... No, płyny to standard, więc prędzej pomogą niż narobią dodatkowych szkód. Oczywiście, będziemy musieli przetrzymać ją trochę na oddziale, ale nie widzę obecnie lepszego rozwiązania. Wolę nawet nie myśleć, jaki szajs dostała na Nokturnie. I czy nie brała czegoś wcześniej.

Na powrót zbliżył się do szpitalnego łóżka, żeby przyjrzeć się pacjentce. Jej pokryta tatuażami skóra nie miała widocznych przebarwień, pęcherzy i żadnych charakterystycznych plam, które można by dopasować do najpowszechniejszych toksyn roślinnych. Jak na razie nie dostrzegł żadnych przeciwskazań sugerujących, że skupienie się na podaniu Mary środków uspokajających byłoby błędną decyzją. Wzrok chłopaka powędrował w stronę wózka pielęgniarskiego na którym była przygotowana tacka z podstawowym wyposażeniem; fiolki, ampułki, bandaże i zestawy do wkłuć. Wśród z nich dostrzegł znajomą, jasnozieloną buteleczkę. Cameron zważył eliksir w dłoniach, wodząc wzrokiem między Mary, a resztą personelu.

— M-myślę, że zaczniemy od t-tego... Ś-średnia dawka? — zasugerował, skupiając wzrok na Barbarze.

Kobieta skinęła ledwie zauważalnie głową; niemalże automatycznie, jakby spodziewała się po Lupinie podobnego zalecenia. To kazało mu myśleć, że faktycznie podążał właściwym tropem. Poza tym, gdyby robił coś kompletnie niezgodne ze sztuką lekarską, to zapewne Pettigrew byłaby pierwszą osobą, która by go o tym poinformowała... Bądź co bądź, sama pewnie przywykła do stosowania podobnych środków na wczesnym etapie leczenia pacjentów podobnych do Mary. Cameron wziął głęboki oddech i wrócił do pacjentki, siadając obok niej na łóżku.

— Mary... — zaczął powoli, modulując głos tak, aby ten brzmiał jak najspokojniej. — Za chwlę podamy ci coś, co pomoże ci się uspokoić. W końcu trochę... O-odetchniesz.

Nie odpowiedziała, ale jej głowa przechyliła się minimalnie w jego stronę. To musiało im wystarczyć. Cameron sięgnął po fiolkę i odkorkował ją jednym, zaskakująco pewnym ruchem. Barbara podała mu strzykawkę, a Ambroise - jakby wyczuwając, że mogą potrzebować asysty - ustawił się po drugiej stronie łóżka, gotów przytrzymać ramię Mary, gdyby ta nagle wierzgnęła.

— N-no dobrze — mruknął Cameron, dezynfekując skórę na ręce pacjentki przy pomocy odpowiedniego specyfiku. — N-nie martw się, t-to tylko drobne u-ukłucie.

Mary drgnęła, ale nie odsunęła ręki. Ambroise ustabilizował ją delikatnie, a Cameron podał lek powoli, kontrolując każdy milimetr tłoka. Widział, jak mięśnie Mary napinają się, potem rozluźniają.

— Powinno szybko zacząć działać — powiedział spokojnie, odkładając strzykawkę.

Barbara obserwowała uważnie, ręce splecione na piersi, gotowa reagować, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak. Cameron odczekał kilka sekund, patrząc, jak oddech Mary staje się głębszy, wolniejszy. Jej spojrzenie przestało błądzić — nie skupiło się jeszcze na nim, ale przynajmniej nie przeskakiwało chaotycznie z punktu na punkt, a po kilku minutach udało im się ułożyć ją w bezpiecznej pozycji leżącej.

— Najlepiej będzie odczekać z godzinę lub dwie. Jeśli wszystko będzie w normie, to przejdziemy do podania płynów — zdecydował, zerkając mimowolnie Ambroise'a, u którego szukał ostatecznego potwierdzenia, że dalszy plan działania był sensowny.

Udało mu się uzyskać takową zgodę i dopiero po takim czasie przeszli do dalszego punktu planu leczenia.

Koniec sesji