![]() |
|
jesień 1972, 6 września // saw you in a dream last night, you looked like a ghost - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: jesień 1972, 6 września // saw you in a dream last night, you looked like a ghost (/showthread.php?tid=4470) |
jesień 1972, 6 września // saw you in a dream last night, you looked like a ghost - Dægberht Flint - 11.02.2025 ogrody Maida Vale
szóstego września wieczorną porą Cain, Abel, Flint i Pani Księżyca Zaczarowany ogród rodziny Lestrange od zawsze był jego dobrym miejscem - otoczenie się zielenią w centrum miasta, graniczyło z cudem, ale Maida Vale również znajdowało się na granicy takiego cudu - w tym punkcie więc jego oczekiwania zbiegały się z rzeczywistością ponurej stolicy. Podobno ludzi, z którymi nie mamy się za dobrze, nie sprowadza się do miejsc, które mają dla ciebie wielkie znaczenie sentymentalne, ale Dægberht sam nie wiedział kim byli dla niego bracia Fawley. Jak widać miłość nie składała się jedynie z prostych, łatwych do odczytania i interpretacji elementów - budowały ją również cisza, niezręczność i niechęć zestawione z nieposkromioną sympatią i tęsknotą za kimś, kogo kochało się mimo bardzo sprzecznych idei kierujących czyimiś działaniami. Jakim byłby przyjacielem, gdyby nie próbował na przekór wszystkiemu odnaleźć wspólnej drogi? Nikt go tego dnia nie zaczepił, a i on nie był szczególnie skory do kontaktu z kimkolwiek - skrył się więc w rozarium, po dłuższym spacerze nieopodal sztucznego stawu. Stąpał po ogrodzie lekko, z nieludzką ostrożnością, bo oto rozkwitły tutaj one - spędzające sen z powiek Zarządczyni Ogrodów czarne jak smoła kwiaty, których Dægberht nie widział wcześniej mimo licznych podróży za ocean. Niby głośne kroki nie miały zbudzić tu nikogo prócz poukrywanych tu i ówdzie chochlików, ale... przezorność czasami popłacała - a teraz miał wrażenie, że Maida Vale przestało być częścią świata, jaki znał. Kto zechciałby nazwać go poetą na dźwięk myśli, że czarne kwiaty wydawały mu się czymś starszym, jakby wyszarpanym na złość osi czasu z jakiegoś mitu lub ballady, miałby rację, a jednak do głowy nie przychodził mu żaden rym. Bo to było spotkanie dedykowane im, a nie ogrodom, chociaż niewątpliwie napisze o tym co tutaj zobaczył Victorii. Kiedy bracia Fawley przekroczyli próg rozarium, znany im, delikatny chłopak wykuty z piasków pustyni i opadających nań promieni słońca, klęczał przy jednym z witraży zdobiących pustą altanę i spoglądał w niebo, zapewne modląc się do Matki. Nie zmienił się za bardzo. Może policzki nieco opalił i włosy mu urosły, więc je teraz związywał niedbale, ale to był wciąż ten sam Flint odziany jak do teatru, bo przecież Matka spoglądała na niego cały czas, dlaczego więc miały przestać się stroić. Spod podwiniętych rękawów wystawały znane tatuaże - runy będące zapisem pieśni pochwalnych Pani Księżyca, jakie nosił na sobie, jakby były echem dawno zapomnianych pieśni, a nie czymś, co napisał sam pod wpływem zdecydowanie zbyt dużej ilości alkoholu. Kiedy przeniósł na spojrzenie oczu na zbliżającą się do niego postać, było nostalgicznie wręcz miękkie - bo on cały był miękki, był człowiekiem, przy którym woda z konewek, którą ogrodnicy pozostawili na liściach krzewów wokół, błyszcząc się w świetle zachodzącego słońca, wydawała się szeregiem pereł. Te kwiaty do niego nie pasowały, bo były ciemne jak bezgwiezdna noc, a on błyszczał się, lśnił i choćby okalała go najbardziej aksamitna czerń, rozproszyłaby się pod jego dotykiem - mógł być wierny Matce, ale niewątpliwie należał do tych osób, które bogowie musieli wykuć w żarze bardzo gorącego dnia. - A więc zobaczyłeś, że dalej żyję - zaczął spokojnie, po czym odwinął łańcuszek ze swoich palców i odwiesił go tam, gdzie powinien się znajdować - na swoją szyję. Następnie wstał. Nie otrzepał kolan z piasku, jedynie wyprostował się nie dotykając czystymi dłońmi wilgotnego od podlewania podłoża. - Pisałem ten list w wielkiej obawie, że ktoś na kim mi zależy umoczył palce w destrukcji kowenu i wszystkiego, w co wierzę - a wiara miała dla niego ogromne znaczenie - a dziś kiedy umówiłem się z nim w ogrodzie pełnym kwiatów, zarosło go coś, co Lorelei nazwała intruzem, chwastem. Nie lubię kiedy wszystko daje mi takie oczywiste znaki, a ja i tak wchodzę w pajęczynę. - Wciągnął głęboko powietrze, karmiąc się gęstym, niemal duszącym zapachem róż. A później podał Fawleyowi rękę. To nie był uścisk oficjalny. To był uścisk ciepły, zdecydowanie zbyt długi jak na kogoś, z kim nie chciało się mieć nic wspólnego, ale nie przekraczający żadnych granic dobrego smaku. - Myślałem o was, dużo - przyznał, odwracając się na moment w kierunku altany - te myśli nie ustały, odkąd przybiłem do portu. RE: jesień 1972, 6 września // saw you in a dream last night, you looked like a ghost - Cain Fawley - 17.01.2026 Gabriel był tamtego poranka dziwnie cichy. Cain bał się jego ciszy bardziej niemal niż krzyków - przypominał mu wtedy obrażone dziecko, ducha rozwydrzonego nastolatka obróconego do niego plecami w trakcie kolacji, przypominającego mu okrutnie o tym, że już go nie kocha. Cain stał pół dnia w wąskim korytarzu swojego mieszkania i z poderwaną ku sufitowi głową nasłuchiwał w nadziei na jakikolwiek dźwięk. Strych był jednak spokojny, a Gabriel nie płakał, nie wzywał imienia Abla i wzmagał złośliwych porywów upiornego wiatru, który zwykł szarpać poluzowanymi deskami podłogi; nie było rozpaczań ni wściekłych przekleństw. Cisza stawała się lepka i nieprzyjemnie kleiła się do podniebienia. Cain przełknął powietrze, nagle nieznośnie świadomy własnych uczuć, tego dziwnie tępego kłucia w klatce piersiowej, które wzmagało się, ilekroć wracał wzrokiem do sufitu i ilekroć sięgał dłonią do kieszeni spodni, gdzie tkwił zwinięty w niedbałą kulkę list. Szóstego września, po dziesiątej, ogrody. Stał w korytarzu, gdzieś pomiędzy jedną martwą przyjaźnią a drugą — gdzieś pomiędzy cierpkim wspomnieniem tęsknoty a gniewem zdesperowanego dziecka. Czasem zastanawiał się, czy gdyby Dægberht nie zniknął z jego życia, to jego duch cierpiałby dziś na tym strychu. Abel, choć głupi i pozbawiony wyobraźni, nigdy przecież nie chciał zabijać Gabriela — zrobił to z miłości, Cain był tego pewien, bo w snach miłość ta zdążyła odcisnąć się też na nim. Czym więc byłaby kolejna taka śmierć, kolejna miłość przerwana przypadkowym dźgnięciem? Pamiętał, że gdy widzieli się ostatni raz, był na niego tak wściekły, że od krzyku rozbolało go gardło. Mimo to chciał go zobaczyć. Kiedyś wydawało mu się, że jego przyjaciel ma twarz człowieka z obrazu - twarz o miękkich oczach wpatrzonych wiecznie w horyzont. I chyba brakowało mu tego widoku, choć był to rodzaj sentymentalności, której usilnie starał się w życiu unikać. Zastanawiał się, czy tęsknota przystoi ludziom jego pokroju, czy stracił być może przywilej bolącego serca w dni, w którym pierwszy raz poczuł, jak Nokturn zamyka się za nim wąskimi wieńczeniami ulic, niczym drzwi do nowego domu. Młody Flint klękał jednak w obiecanym miejscu, nachylając się nad głowami czarnych róż, a on poczuł krótki dreszcz, drobny impuls nostalgii gdzieś pod ostatnim żebrem po lewej stronie. - Nadal nie jestem pewien, Flint. Widywałem już całkiem rozmownych nieboszczyków. Zdziwiło go to, jak obca wydała się jego bliskość. Gdy się wyprostował, Cain obrócił się ku niemu, chcąc stanąć z nim twarzą w twarz i skrócić choćby na chwilę dystans, który rósł między nimi od czasu, kiedy widział się ostatni raz. Zmienił się, choć żaden z nich nie był w stanie określić jak właściwie. Był być może starszy lub bardziej zmęczony, być może miał smuklejszą twarz lub o dwie blizny więcej. Oczy miał jednak wciąż takie same, a Cain postanowił, iż nie pozwoli im uciec. Wpatrywal się więc w nie niemal bezczelnie, mrużąc jedynie swoje na dźwiek kolejnych słów. Przez myśl przeszło mu, że Flint zawsze składał się z miękkich linii, podczas gdy on stanowił obraz samych kątów ostrych. Nawet teraz stanowił jego przeciwieństwo — w swoich prostych czerniach, wąskich rysach i gładko sczesanych z czoła włosach; w swoim zapachu kadzideł i dymu, w tej dziwnie sztywnej, przybrudzonej elegancji, która przywodziła na myśl ciemny dom jego rodziny. Nie kojarzył się z wolnością ni ze słońcem, nigdy też nie pachniał morzem w sposób, który zwykł otulać Dægberhta. - Tak o mnie myślisz? - wtrącił, gdy przyjaciel brał głębszy oddech. Jego głos brzmiał łagodnie, w lekki uśmiechu było jednak coś prześmiewczego, jakaś zgniła nuta - nie fałszu, lecz zepsucia. - Nie będę kłamał, mój drogi, zabolało mnie to - Kiedy odczytał jego list, irytacja rosła mu pod językiem. Prychnął więc i zwinął go w kulkę - kulkę którą nadal trzymał w kieszeni spodni. - Nigdy nie interesowała mnie bezsensowna destrukcja w imię cudzych ideałów - mówił cicho, powoli dobierając słowa. - Byłem pewien, ze ty bardziej niż ktokolwiek inny zrozumiesz, że to nie jest moja walka. Wahał się chwilę, nim podał mu dłoń. Uścisk był ciepły, lecz był w nim pewien dystans i Cain musiał przerwać go kolejnym, krótkim uśmiechem. - O nas - powtórzył z przekąsem. - Myślałeś o tym, ilu wiernych planujemy zabić? O tym, ile domów w Dolinie udało nam się spalić? - Przechylił lekko głowę, przyglądając mu się z ukosa. - A może to zwykła, marynarska tęsknota? [roll=Z] |