Secrets of London
jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows (/showthread.php?tid=4488)

Strony: 1 2 3 4


jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - The Edge - 16.02.2025

keswick w nocy z 2 na 3 września
laurent & fleamont
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rIWRzP9.png[/inny avek]

Po Ścieżkach krążyła niegdyś taka bajka opowiadana szeptem w ciemnych zakamarkach niedoświetlonych korytarzy i pełnych hałasu oraz muzyki łazienkach Krzywego Zwierciadła. To nie był ten typ bajki, od których dzieci ściskają w strachu dłonie rodziców - to była bajka dla dorosłych, mówiąca o czarnym jak smoła ptaku będącym obrońcą Pani Podziemi. Crow lubił narzekać na pompatyczność, na ujmowanie rzeczywistości w zbyt wzniosłe i poetyckie słowa, a jednak lubił ją - tę opowieść o tym, że jeśli ktoś śmie podnieść rękę na władztwo Madame Fontaine, pewnej nocy jego dom odwiedzi kruk. I nie będzie to zwykły kruk. W jego czarnych oczach, w jego pięknych piórach, we wszystkim, co robił, będzie lśniła pustka zaświatów, był jak taka czarna perła - nadchodząca kara nie była człowiekiem, tylko jakimś boskim bytem zasiadającym cicho na parapecie, jak cień nierzucający żadnego echa idealnie wyważonych ruchów. Ludzie szybko rozumieli, że to koniec. Było coś w takich legendach, było coś w nożach, było też coś w ciele wyćwiczonym do zabijania, aby ten kruk mógł odbierać ostatnie tchnienie momentami bez walki, krzyku - śmierć mogła trwać tyle, co mrugnięcie. Tych detali się nie opowiadało - nie pasowało, żeby w te głębokie noce mówić: a wiesz, on nie lubi, kiedy inni cierpią, więc uspokaja ich w ostatnich chwilach. Poza tym to nie miało znaczenia. Królestwo Fontaine rozciągało się wszędzie tam, gdzie nie sięgało światło, a on wypełniał jej szaloną wolę - żeby ktoś, kto nie powinien dostawać do swoich pełnych okrucieństwa rąk władzy, mógł zasypiać spokojnie. By nikt nigdy nie podniósł na nią ręki.

Ludzie pamiętający te bajki widząc czarną jak smoła postać, której kurtka i spodnie błyszczały w świetle księżyca, wkradającą się do ich sypialni przez okno, zamarliby w bezruchu albo krzyczeli, głęboko świadomi o losie, jaki ich czekał jeżeli nie uda im się pokonać nadchodzącego upiora. Dla Laurenta to również musiał być szok - dźwięk otwieranej okiennicy poniósł się po pomieszczeniu w akompaniamencie dźwięku przekręcającego się w drzwiach zamka i blokowanej klamki. Crow musiał rzucić na nie jakieś zaklęcie, żeby nikt nie wkradł się do środka, a do tego... zapewne wspiął się po gzymsie, po obserwowaniu budynku z zewnątrz, żeby upewnić się, w którym oknie powinien się pojawić. Zeskoczył z parapetu, okiennica zamknęła się cicho, a on wykonał kilka chwiejnych kroków w kierunku łóżka, z głową opuszczoną w dół, kaskadą loków zasłaniającą twarz. Nie miał na sobie koszulki, ani swojej kurtki, narzucił na siebie sweter czarodziejskiego kroju i materiałowe spodnie, które zapewne niesamowicie go irytowały, ale skoro stał tutaj, w Keswick (chociaż mieli się spotkać dopiero po weekendzie!), to coś się stało i ubiór miał tu najmniejsze znaczenie.

Miał zajebiście dużo godzin na to, żeby przygotować sobie jakieś słowa, które mógłby powiedzieć na wejściu, ale teraz nie próbował wydusić z siebie choćby jednego. Żadne słowa by go uspokoiły, nie istniało nic, czym mógłby zmyć z siebie ciężar olbrzymiego poczucia winy i głębokiego żalu. Nie istniało nic, co pozwoliłoby mu naprawić błędy ostatnich tygodni. Nawet gdyby z desperacji wynalazł wehikuł czasu, stworzyłby gigantyczny paradoks gwarantujący to, że nie uratuje ani Caina, ani siebie.

Jeszcze kilka smętnych kroków. Żadnego noża w dłoni, żadnej krwi na rękach. Crow pachniał czystością, lekami, maścią na rany. Miał z boku szyi świeży opatrunek. Wyglądało na to, że umył się i ktoś obejrzał go po walce, która wyciągnęła go pod koniec sierpnia z New Forest. Przeczesał te loki palcami, spojrzał na blondyna z góry. Światło księżyca bijące w jego plecy sprawiało, że twarz wydawała się wyjątkowo niewyraźna, ale i tak widać było brak łez spływających po policzkach, nie było nawet tych tlących się w kącikach oczu. A jednak ściągnął buty i bez słowa wpakował mu się w pościel, żeby się przytulić do jego brzucha, objąć go tymi silnymi rękoma w pasie i zamrzeć tak. Oddech mu drżał, poza tym nic.


RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Laurent Prewett - 16.02.2025

Nie lubił Keswick. Wielki, pusty zamek, po którym ludzie krzątali się jak cienie, zajęci zawsze swoimi sprawami, pośpiesznie chodzili po korytarzach i znikali w przepastnym ciągu drzwi. Gdyby piekło miało wygląd to pewnie miałoby wyraz jednego z korytarzy zamku. Długi, niekończący się korytarz, a w nim drzwi, drzwi, drzwi, drzwi za kolejnymi drzwiami. Korytarze byłyby tak samo wymuskane, tak samo jasne, raziłyby w oczy, ale niektóre przechodziłyby w otchłań całkowitej czerni i były zakończone tymi jedynymi, złotymi drzwiami, które prowadziłyby do gabinetu jego ojca. Nigdy nie spał tutaj dobrze. Przytłaczała go ta cisza. Nie słyszał morza, wrzasku mew. Przytłaczało go to, że nie budziło go poranne słońce o godzinie czwartej, czy piątej rano. Nie wstawał rano i nie witał go Migotek zapachem kawy, którą tak lubił, a nogi nie prowadziły go niemal od razu na taras po wyjściu z sypialni. Świeży podmuch powietrza, zapach jodu i od razu było jakoś lżej. Potem można usiąść od razu na fotelu, wyciągnąć nogi i ogrzać je na... Flynnie? Tutaj wstawał - było cicho. Otwierał okno - śpiewały ptaki. Przechodził przez długie korytarze i nie mógł sobie pozwolić na to, by iść w pidżamie i szlafroku. Musiał się ubrać i wyglądać jak najlepiej. Prostować się. Więc szedł i szedł, i szedł... w końcu po schodach mógł dostać się do jadalni, gdzie wszystko było wymuskane i lokaj podawał przygotowane przez skrzaty, albo kucharza - ciężko powiedzieć, kto grasował po kuchni w danej chwili - śniadanie. Wypadało przyjść na to śniadanie, kiedy matka i ojciec byli przy stole. Atmosfera, którą można było kroić nożem, więc nożem kroiłeś samego siebie. Mimo tego wszystkiego nadal było tutaj lepiej niż samotność w New Forest. Jakoś ostatnio tak tego nie odczuł - teraz naprawdę nie chciał tam siedzieć w samotności, chociaż nie bardzo wiedział, co się zmieniło. Może to te świeże odczucia po zamianie ciał. Wiedział za to na pewno jedno - jutro rano wraca do domu, nawet jeśli Flynn nadal nie wrócił. Ale może już tam był. Czekał. Wrócił z cyrku, czy z tych rzeczy, które miał robić razem z... nią. Upiorzycą imieniem Geraldine. Morderczynią bez żadnych skrupułów. Rzeczywistość weryfikowała wyobrażenia, jakie mieliśmy o ludziach.

Kiepsko spał. Śniły mu się kruki. Kruki krążące nad spalonym New Forest, głodne i hałaśliwe, kiedy on klęczał na mokrej od deszczu ziemi. Albo od krwi. Martwe ciała abraksanów leżały dookoła, a ich pióra pochłaniało błoto. Płakał. Płakał, bo nie mógł krzyczeć, a ręce miał całe we krwi - i deszcz ich nie zmywał. Nagle pojawiła się burza. Albo była tam od początku, tego nie wiedział. Piorun zagłuszył kruczy śpiew i sprawił, że poderwałeś głowę. Stał tam - wielki mężczyzna z nożem. Odróżnić sen od jawy? Nie sposób. Podrywasz się i biegniesz ile sił, ślizgasz, upadasz, podnosisz znów i oglądasz za siebie. Mężczyzna nie biegł - on szedł dalej. Chłodny, nocny wiatr prześlizgnął się po karku, nawet kołdra w łóżku nie dała rady przed tym uchronić. Trzask. To chyba gałąź pod twoimi nogami, ale kiedy spoglądasz przed siebie uzmysławiasz sobie - to nie kołdra. To drzwi tuż przed tobą. Na drodze ucieczki. Nie ma wyjścia. Uderzasz w nie dłońmi i wołasz ojcze! Ojcze! Te wielkie, złote drzwi, w których przekręcił się zamek. Proszę..! Pomóż mi! Przecież nigdy nie pomagał. Odwracasz się przodem do oprawy, unosi nóż.

Laurent zerwał się z łóżka z głośnym haustem powietrza, a sylwetka zbliżająca się do jego łóżka sprawiła, że krzyknął. Panika, przerażanie. Gwałtownie przesunął się na łóżku, przebierając nogami, sprawiając, że ta kołdra się zsunęła i pozostawiła go obnażonym - tylko w tej koszuli nocnej, której perłowy odcień wyznaczał szarość w oczach Flynna. Już sięgnął po różdżkę na stoliku, ale nigdy jej nie uniósł i do końca nie zacisnął na niej palców, bo ta sylwetka wcale nie była taka obca, jaką się wydawała z początku. Nie była nieznajoma. Nie było też noża, burzy, kruków... był jeden Kruk.

- F-flynn..? - Wydławił z zaciśniętego gardła, zastanawiając się, czy to jakaś dalsza część kuriozalnego snu, bo dlaczego niby Flynn miałby tutaj przyjść? Sięgnął do lampki i zapalił ją - wcale nie wierzył rozmytym cieniom w pierzynie nocy. - Co ty... co się... - Mężczyzna opadł na łóżko i wtulił się w niego. Uniósł ręce, zdekoncentrowany, ale w końcu je położył na nim, na jego plecach. Ostrożnie. Nieufnie. Nie do końca ufał temu, czy to, co widzi, jest realne i prawdziwe.

Pukanie do drzwi. Pukanie? bardziej jak - walenie.

- Paniczu Prewett! Wszystko w porządku? - Rozbrzmiał męski głos z drugiej strony.

- Tak! Tak, dziękuję... to tylko zły sen. - Zawołał od razu, chociaż wcale nie miał pewności, czy wszystko jest w porządku. Właściwie to wiedział, że nie jest w porządku. Nawet nie zastanowił się nad tym, co mówił.

- W razie potrzeby proszę wołać, paniczu. - Męskie kroki oddaliły się od drzwi, a Laurent znów spojrzał na Flynna. Flynna z białym bandażem na szyi, pachnącego medykamentami. Co się stało? Nie miał pojęcia. Zamiast jednak pytać pozwalał mu tak trwać. Głaskał go tylko czule po głowie, przesuwał delikatnie jego loki, muskał palcami jego twarz. I nucił cicho jedną z piosenek, która stworzyła wokół nich iluzję. Iluzję przesiadywania na plaży - tej, gdzie miał zostać wybudowany jego nowy dom. Szumiało morze. Słońce nie raziło, ale powoli chciało chować się za horyzont. Zamiast piasku pod sobą mieli miękki dywan ze stokrotek, a barwy stały się grą kontrastów - tylko tego Flynn widzieć nie mógł. Że trawa była czerwona, by białe kwiaty były bardziej wyraźne, że morze morze miało barwę zieleni, aby odbijające się na nim słońce i jego tarcza stała się bardziej wyrazista. Ale niektóre rzeczy w pamięci mogły być dokładnie takie, jakimi jawiły się w chwili ich zobaczenia.




RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - The Edge - 16.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rIWRzP9.png[/inny avek] Oddychał spokojnie i milczał, słysząc pukanie do drzwi. Mógł nie wiedzieć co mówić, ale całkiem dobrze ułożył plan na wypadek wtargnięcia do sypialni osoby nieproszonej, nawet jeżeli nie przewidział tego, że Laurent zacznie krzyczeć na jego widok. Nie próbował głęboko analizować tego jak głupie i niebezpieczne dla niego było włamywanie się do tak dużego obiektu po natrętnym wypatrywaniu w oknie niepasującej do reszty, blond czupryny - zrobił to automatycznie. Bał się go zobaczyć i potrzebował go zobaczyć. Przerażała go wizja przekazania mu prawdy o tym co zrobił i jednocześnie rozumiał, że jeżeli tego nie powie, sytuacja stanie się o wiele gorsza.

Trzy lata. W Fantasmagorii, kiedy jeszcze podróżowali po Anglii, zdążył zapomnieć, jak to jest codziennie ocierać się o śmierć. Rutyna mu pomagała. Ustabilizował się, zdziadział, wszystko po to, żeby to wszystko wróciło do niego wraz z nadejściem tegorocznego lata i nie puszczało. Zawsze po zmierzeniu się z czymś takim potrzebował... ulgi. I tak naprawdę powinien udać się w podróż do Keswick już tych kilka dni temu, zanim targnął się na swoje życie, ale niestety nawet mimo pięknych słów, jakimi karmił Prewetta od połowy sierpnia, wciąż pozostawał sobą. Słabym, bezużytecznym sobą. Okropnym sobą. To było oczywiste, dlaczego po powrocie z jaskini tego potwora, udał się do Islington - bo Cain nie zadawał pytań, Cain zwyczajnie rozumiał i zwykle dawał ze sobą robić co tylko Crow zechciał, albo sam wykorzystywał sytuację do tego, żeby sobie ulżyć. Z Laurentem nigdy nie łączyła go taka relacja. Zrobił mu to... raz. Tych pierwszych kilka razy... było przyjemnych, ale to, w jaki sposób Laurent o tym mówił, jak komentował różne pełne napięcia zbliżenia ze swojej przeszłości, nie mówiło mu, że powinien to powtarzać. Nie mogło tak być, tak? To był człowiek cieszący się z tego, że zapytano go o możliwość pocałunku, a on miałby go... Nie. Po prostu nie. Chciał, żeby Laurent czuł się kochany, próbował wymuskiwać z siebie to, co najlepsze. Ciągnąć go w górę, a nie w dół. Fakt, że czasami potrzebował czegoś innego niż słodkiego seksu, strzelania majtkami, mówienia sobie czułych słówek - to nie było coś, z czego był dumny, burzyło cały ten piękny świat, któremu udało mu się wylać już fundamenty.

Wcisnął pod niego rękę, żeby go bardzo szczelnie oplatać. Nie przesunął twarzy, bo to było najlepsze miejsce do tego, żeby czuć czyjś oddech. Przestrzeń pod żebrami unosiła się i opadała przy każdym, nawet najmniejszych westchnieniu. Jednocześnie nie musiał na niego patrzeć, bać się oceniającego, przerażonego albo zdenerwowanego spojrzenia. Kawałek ciała, palce na lędźwiach. A później poczuł jego dłonie na swoich włosach, skórze. Wydawał się oddychać stabilniej, ale nie stracił tego, z czym tutaj przyszedł.

Ciężkości. Często o tym mówił. O tym, że Laurent był sztywny, że potrzebował coś z tym robić, zachęcał go do ruchu, a teraz sam taki był - tak zastały, jakby miał nie zgiąć pleców w tył bez bolesnego stęknięcia, nawet jeżeli potrafił zrobić na zawołanie mostek ze stania. To było napięcie. Zimno wody, do której wpadł przeszywające go na wskroś. Stres, rozpacz. To było przerażenie, które wrosło w niego w jaskini Doppelgangera i najwyraźniej nie zamierzało dać za wygraną. Absurd na absurdzie - wtulić się w kogoś i trzymać go tak, wsłuchiwać się w melodię i czerpać z czyjejś czułości, być świadomym jego oddania i jednocześnie nie być w stanie poprosić go o więcej, nawet jeżeli ten ktoś wielokrotnie mówił, że pragnął czasem uczynić cię najważniejszym. Mylił się przecież - wcale na to bycie najważniejszym nie zasługiwał.

Był absolutnie, niezaprzeczalnie bezużyteczny.

Z pewnością zabiła go Fontaine. Czy Laurenta też zabije? Może... prawdziwym zawodem było to, że jeszcze żył. Że oddychał i mógł widzieć kolejne omamy, jakimi karmiła go śpiewająca selkie. Jak na złość samobójczym myślom, idylliczna scena była absolutnie wszystkim, czego mógł zapragnąć. Dom, do którego mógł wracać i w którym pierwszy raz w życiu czuł się jak u siebie, otoczony tym wszystkim, czego podświadomie pragnął, ale nie potrafił o to zadbać. Chciał mieć ładne firanki, czystą pościel, meble ustawione w jakimś porządku. Chciał mieć te wszystkie pierdoły na półkach, ozdoby. Chciał mieć ładny widok za oknem. Chciał mieć te wszystkie kwiaty, zwierzaki. I chciał mieć kogoś, kto o to dbał i cieszył się z tego, że to ma - te wszystkie piękne rzeczy i jego, który mógł się tym cieszyć. Ale on sam nie potrafił sobie tego zbudować. Ciągnęło go do Londynu, bo to przecież miasto możliwości, ale z tymi możliwościami była taka śmieszna sprawa - ludzi ciągnęły do nich perspektywy zmiany swojego życia na lepsze, a on poza pracą życia nie miał - atrakcyjne nie było to, co mogły mu te lepsze perspektywy dać. Atrakcyjne było to, że dawały mu jakieś zajęcie. Chyba dlatego przez tyle lat jego pracą było egzystowanie jako czyjaś własność.

- La... - zaczął cichutko, po czym kaszlnął jeszcze ciszej. - Ja... Czy mógłbyś... wrócić szybciej - do domu. Jeżeli tylko śmiał zabrać z niego te palce badające znane mu tereny, Crow napiął się jeszcze mocniej, jak pies, którego przestawało się głaskać.


RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Laurent Prewett - 16.02.2025

Czy mógł właśnie trzymać w swoich rękach jakiegoś Śmierciożercę, który przybrał wygląd Flynna? Albo po prostu kogoś... kogoś od Fontaine? O zgrozo, byłaby do tego zdolna. Kogoś od Dante? Byłby do tego zdolny. Jakąś podróbkę tej osoby, którą kochał. Ta myśl wydawała się mieć więcej sensu, dopóki Flynn nie runął na to łóżku i nie wtulił się w niego tak, jakby miało nie być jutro. A miało być. Słońce się miało obudzić, ptaki zaśpiewać, okno w tym pokoju, w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży, znów zostanie otworzone. Rozmyje się granat i ustąpi miejsca błękitowi.

Nie bardzo wiedział, co się stało, ale widok tego bandaża i zapach wcale nie były obiecujące. Ostatnim, co przyszłoby mu na myśl, to to, że Flynn próbował odebrać sobie życie. Nie popychał go, nie popędzał. Lekko bujał się, tak bez zastanowienia, nucąc tą samą piosenkę, którą śpiewał mu, kiedy tak bardzo pijany trafił do jego łóżka. Nawet nie zakładał, że ją pamiętał, że ją kojarzył. Był przecież wtedy ledwo przytomny. Rytm tej piosenki pozwalał się nieco uspokoić nawet jemu samemu - lecz tylko nieco. Co się stało? Dlaczego przyszedł aż tutaj? Co, jeśli ktoś wejdzie? Nawet domowy skrzat? Zobaczy ich tutaj? Nie wstydził się Flynna - za to bał się cholernie reakcji Edwarda. Nie był gotów na konfrontację z nim, popłakałby się i wpadł w panikę od razu. Wystarczyła ta wojna z nim po jego powrocie. O New Forest, o siostrę i jej... romanse. Z jakiegoś powodu był na siebie tak zły, że się w to wplątał, jak wiedział, że nie wybrałby inaczej. Przecież chciał pomóc Pandorze. Zawsze chciał jej pomagać. Zawsze... chciał wszystkim pomagać. I w końcu - chciał przede wszystkim pomóc sobie. Chciał się skupić na sobie. To chyba już najwyższy czas...

Flynn zawsze był ciężki, ale dzisiaj chyba ważył jeszcze więcej. Chwilowe uspokojenie? Ha, dobre sobie... było w ogóle takie? Niepewność była jeszcze mocniej rozbrajająca. Ktoś go musiał zranić, to oczywiste - tylko kto? I co oni robili z Geraldine? Czuł, że tak, jak nie pytał wtedy, tak nie powinien o to pytać teraz. Czy to tak działa? "Powie mi, jeśli sam zechce". Laurent bardzo chciał, żeby Flynn go pytał, bo wykrztuszenie samemu niektórych rzeczy wydawało się niemożliwe. Ale on... nie pytał. Chyba nigdy nie pytał o te rzeczy, o które powinien pytać najbardziej.

- Ciii... - Przerwał melodię, a krajobraz rozpadł się. Znów byli w ciemnym pokoju oświetlonym tylko księżycem i mdłym światłem nocnej lampki, która nie miała razić w oczy - miała pozwolić podnieść się późną porą i bezpiecznie trafić na korytarz. - Tak, Myszko, wracam jutro z samego rana. - Zapewnił go cichym, ciepłym głosem. Nie może tutaj zostać. Flynn nie mógł tutaj zostać, ale zupełnie nie miał serca go teraz wygonić. Nie mógł też tak po prostu stąd uciec razem z nim, bo ojciec wpadłby pewnie w furię. Obraziłby się, a Aydaya tylko potem docisnęłaby mocniej obcasem do ziemi. Miał ochotę zaproponować Flynnowi, żeby jednak tu został. Już chyba wolał w tę stronę niż uciekanie. Zabrał te dłonie od niego - ale tylko na moment. - Ciii... jestem tutaj, Słońce. Tylko poprawiam poduszkę, wiesz, że zaraz zdrętwieję. - Słychać było uśmiech w jego głosie. Chciał bardzo zapytać, co się stało, ale czy to było dobre pytanie? W momencie, kiedy Flynn czuł się... tak? Poprawił sobie poduszki, żeby mógł półleżeć, wyciągnął nogi i okrył ich kołdrą. A potem znów ułożył dłonie na jego ciele. Wyjątkowo Flynn wcale nie był rozgrzany. Był zadziwiająco chłodny jak na siebie. - Kiedy ciebie nie ma, wcale nie idzie mi tak dobrze jedzenie. Powinienem popracować nad samodyscypliną. - Właściwie to mówił, żeby mówić teraz cokolwiek. - Nie mówiłem ci tego, mam nadzieję, że nie będziesz zły, ale trochę czytałem o tej fizyce. Chyba nie jestem tak bystry, za jakiego chciałabym uchodzić, bo na razie energie kin...kine...tcznee... - Przymrużył jedno oko, ale jego miny pełnej zwątpienia Flynn i tak nie mógł widzieć. - Te energie, prace i wektory mnie przytłaczają. To brzmi jak jakaś starożytna dziedzina magii. - I w ogóle to po co to im było? Do czego oni to niby wykorzystywali? - Ach, wiesz, zapomniałem ci podarować lusterko dwukierunkowe. To przez tamtego poltergeista... wybił mnie. Chciałem ci je dać tego dnia. Powiedziałeś ostatnio, że bardzo tęskniłeś po tym weekendzie... to może dzięki lusterku tęskniłbyś trochę mniej? - Znów się uśmiechnął. Proszę, Flynn, powiedz, co się stało. Drżało to w jego wnętrzu.




RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - The Edge - 16.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rIWRzP9.png[/inny avek] Bycie nazwanym w tak słodki i niewinny sposób wywołało w nim okropnie dziwne uczucie, od którego aż skręcił mu się żołądek. Tak, Laurentowi bardzo łatwo przychodziło przypominanie o tym, dlaczego tak bardzo go pragnął. Nie istniała, przynajmniej zdaniem Crowa, osoba mająca czuć się źle w uścisku tych delikatnych dłoni. Nie istniał piękniejszy głos nucący melodie i plotący jakieś głupoty, żeby tylko w pomieszczeniu nie było cicho, bo cisza w takich chwilach przerażała.

Nie wierzył w bogów i miał nadzieję, że śmierć była ostatecznym końcem, a jednak w zetknięciu z tą delikatnością muskającego jego duszę tak, jak chmury muskały swoim jestestwem ostrze szczyty gór, miał wrażenie, jakby świat musiał być nieskończony. Bo ta energia zawsze będzie go przyciągać. Zawsze będzie pragnął tych palców sunących pomiędzy posklejanymi lokami, tych historyjek, wspólnie spędzonych chwil w fotelu na tarasie. Może gdyby się jednak zabił, to by wrócił, tak jak wracały niektóre upiory. Doczołgał się do Keswick choćby i poderżniętym gardłem i bez cienia życia w smutnych oczach, żeby zobaczyć go ten ostatni raz.

Cain tego nie zrobił.

Nie powinien myśleć o tym w ten sposób, a jednak...

- Chcę - wymruczał cicho, próbując jakoś zamaskować obecne w głosie rozedrganie. Jak niemal zawsze - bezskutecznie. - To lusterko - doprecyzował, nieszczególnie głośniej, a później bardzo głęboko odetchnął, w dokładnie taki sposób, w jaki robił to zawsze, próbując zebrać się na odwagę. Tą odwagą nie była fala wyznań, ani wyjaśnień, ale... ułatwienie mu tego wszystkiego. Podciągnął się wreszcie do góry, położył swoją głowę na poduszkę i wyciągnął własną rękę tak, żeby on mógł położyć się na niej. Przysunął do siebie jego ciało, sam wsadził drugą rękę pod jego kolano i położył na sobie nogę Laurenta tak, jak sam lubił to robić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jego oczy, tylko ten cholerny opatrunek przyciągną teraz największą uwagę, ale przecież nie mógł zniknąć na tydzień, żeby tylko nie pokazać mu rany na gardle. - Spałem w... Norze... U Nory Figg... I muszę tam wrócić, bo ona nawet nie wie, że wyszedłem, ale ja... Nie mogłem. Nie mogłem tam zasnąć, póki nie zobaczyłem, że jesteś cały. Jesteś bezpieczny w Keswick? Wszystko w porządku? - Szeptał. Przeniósł tę rękę z nogi na kołdrę, żeby go w nowej pozycji przykryć szczelniej i delikatnie odgarniał z jego twarzy pojedyncze kosmyki włosów. - Czytasz tu sobie książki i... - Znów odetchnął, ale to nie było to odetchnięcie przynoszące mu ulgę - on się jeszcze bardziej napiął. - Wszystko jest takie samo jak dawniej, nikt nie opowiada żadnych bredni o tym, że... Pojawił się ktoś jeszcze. - Nie podobało mu się, jak to brzmiało. Upiorność tych słów była jeszcze gorsza, niż myślał, bo przywracała najgorsze ze wspomnień, jakie sięgały go z czeluści dnia tej jaskini z... pierdolonego piekła, w którym widział jak trzech czarodziejów cenionych przez społeczeństwo i uchodzących może nie za wzór cnót, ale z pewnością za poczciwych ludzi... mordujących to coś z zimną krwią i robiących rzeczy tak dziwaczne, aby nie uchodziło jego wątpliwości ich głębokie szaleństwo. Niby to coś spłonęło, ale wciąż je pamiętał. Pamiętał dobre chwile spędzone z tym czymś na Ścieżkach, najpewniej fałszywe, ale niesamowicie rzeczywiste, gorące, słodkie jak miód. Pamiętał próbę gwałtu w Dziurawym Kotle, pamiętał to, w jaki sposób to coś pastwiło się nad nim, przypominając mu to w podziemiach i robiło mu się niedobrze na myśl o tym, jak bardzo chciało to urzeczywistnić. To nie był człowiek. Nie duch. Co to niby było?


RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Laurent Prewett - 16.02.2025

Nazywali go Trucizną, ale niektóre trucizny, w odpowiednich dawkach, potrafiły również leczyć. Mówili bajki o Kruku, który przychodził jak cień czający się w końcu oka, za którym nie chcesz się odwracać. Wtedy ciemność mogłaby spojrzeć prosto w Ciebie. Jak cieszyć musiała się Czarna Wiedźma, że ten Kruk przysiadał właśnie na jej ramieniu - i zlatywał z niego również na jej skinienie. Skrzywdzony przez życie mężczyzna, który nauczył się krzywdzić na proste rozwiązanie - wtedy sam skrzywdzony nie zostanie. Działało? Chyba nie. Chyba przybywało tylko ran, a te historią były płótnem jego ciała. Najgroźniejsze były te rany, których nie było widać. Te, które tkwiły głęboko w duszy.

- Zapakuję ci je w piękne wstążeczki i udekoruje kwiatkami, żebyś nie mógł się do niego dostać, bo będzie mi przykro, że burzysz dekorację. - Zażartował sobie z tego, chociaż akurat piękne opakowania były częścią prezentów. Nawet takich. Nie zawsze jednak poświęcał temu czas - co było widać, bo tego, co mu kupił i zostawił na stole, nie zapakował. Lusterka też nie zamierzał - chociaż zamierzał go przewiązać wstążką... miała być różowa. Wyglądałaby idealnie. Tylko co z tego, skoro Flynn nie widział kolorów? - Któregoś dnia usiądziemy i pozaplatam ci wstążki we włosach. Udekoruje je kwiatkami. Białymi - stworzą kontrast do czerni twoich włosów. - Peplał dalej, chociaż to akurat naprawdę chciał zrobić. Kiedy usłyszał ten charakterystyczny wdech - zamilkł. Pozwolił mu spokojnie znaleźć swój czas, swoją przestrzeń, do tego, żeby zacząć mówić. Naprawdę chciał go pogonić. Naprawdę chciał zadać to pytanie, a ten niepokój - cóż, mimo, że ukrywał go w głosie i mimice, był wyczuwalny w jego ciele. Napiętym ciele. W tym, jak nieco zmieniał się oddech.

- Oooch, Myszeczko... jesteś taki kochany. - Rozczulony głos można było przyrównać do miodu. Do mleka z miodem na obolałe gardło. Tego samego leku, którego Laurent naprawdę nie lubił, a jakoś nie miał wątpliwości, że Flynn był z niego zadowolony. - Nie ma chyba bardziej bezpieczniejszego miejsca niż Keswick - przynajmniej dla mojego ciała. - Bo z duchem i psychiką... już gorzej. - Nic niepokojącego się nie dzieje, jeśli o to pytasz. Nie przepadam za tym miejscem, źle na mnie działa. Tutaj muszę być... tym idealnym Laurentem. - A z tym wiązało się bardzo wiele przykrych rzeczy. Nie wspominając o tym, że przecież miał konfrontację z Edwardem - ale to nie był czas na to, żeby o tym opowiadać, takie miał wrażenie. Albo był? Może? Tylko nie w tym momencie? - Och... cóż... - Nie bardzo wiedział, jak zinterpretować słowa Flynna. Zabrzmiało to bardzo niepokojąco - szczególnie, kiedy łączył go z tym, że był robić coś z Geraldine, a miał już o niej bardzo mroczne mniemanie, a przechodząc przez fakt, że się tutaj włamał (kto, jak nie on, miał obejść ochronę tego miejsca), to, że miał ranę na szyi i jeszcze że w ogóle o to pytał. Co się stało? - Mam dużą rodzinę, przez Keswick zawsze przewijało się sporo osób. Nikt jednak niepokojący? Najbardziej straszną osobą tutaj jest mój ojciec, gwarantuję ci, że tylko samobójca chciałby tutaj zrobić mi jakąś krzywdę... z bardzo wielu powodów. - Hej, Flynn, a mówiłem ci, że mój ojciec jest szefem jednej z największym mafii Anglii? Nie? A widzisz, taka sytuacja... i co z tego, skoro Dante siedział tam, gdzie siedział. To zdenerwowanie tylko bardziej urosło. Przytulił się do niego bardzo chętnie i sam odetchnął. Chciał poczuć przez to ulgę - nie udało się. Serce już mu biło niespokojnie, już nieco zmarszczył brwi, spoglądając na ten sweter na klatce piersioej Flynna, na ten bandaż, potem patrząc w jego oczy. - Lubię Norę. To dobra kobieta. Tylko... dlaczego u niej spałeś? Czemu nie przyszedłeś? Przecież bym wrócił.




RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - The Edge - 17.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rIWRzP9.png[/inny avek] Uśmiechnął się delikatnie i to chyba było błędem. Bo pojawił się pomiędzy nimi uśmiech, który nie powinien zaistnieć. Uśmiechy rodziły się w różnych sytuacjach, niekoniecznie radosnych. Ten co prawda nie zawierał w sobie nic głębszego od smutku - żadnej rezygnacji, głębokiej rozpaczy ani strachu, ale sam ten smutek sprawiał, że Crow wyglądał przez moment, jakby chciał oszukać samego siebie. To nie była prawda. Nikogo nie oszukiwał - jego śliczna śnieżynka mówiąca kolejne głupotki o wstążkach, o ozdóbkach, o kwiatkach, chociaż oboje byli już tak naprawdę dorosłymi facetami, to była maść na całe cierpienie, jakie w sobie nosił. A jednak to nie był uśmiech pełen życia, ociekający ciepłem, ograny blaskiem jego serca. Stanowił cień - pusty gest, co osiadł na twarzy jak irytująca mucha, bo tak nakazywał instynkt. Laurent też to przecież znał. Zadrzyj podbródek, unieś kąciki ust, pokaż rząd białych zębów. Spraw, aby każdy wokół myślał, że wszystko jest w porządku. Tylko że Prewett potrafił udawać, a Crow niekoniecznie. Oczy mu się wreszcie zeszkliły. Nie popłakał się, daleko mu było do płaczu, ale oczy go zdradzały - w bezsilności wobec oczu ukochanego, który obserwował, patrzył, widział i domyślał się wszystkiego - niedopowiedzeń, którymi był teraz przepełniony, tajemnicami znajdującego ujście jedynie w słonej łzie w kąciku niżej ułożonego względem poduszki oka.

Oczy Crowa i to, co w nich błyszczało, dopełniały szereg niepokojących pytań i domysłów. Spotkało go tam coś strasznego. Coś, czego nie zmywały ciepła woda, opatrunki i eliksiry jednej z najlepszych alchemiczek, jaka mogła pomóc mu w takiej sytuacji.

- Kocham cię - szepnął do niego, w reakcji na te żarciki, których nie traktował do końca jak żarty. Chciał, żeby Laurent bawił się wszystkim, czego dotykał.

Pociągnął nosem.

- Nie niepokojący. Inny. Nowy. Ja... Zapisałem wszystko, co wiem o rodzinie Prewett na kartkach dziennika i wsadziłem go do mojej wsiąkiewki, żeby nikt nie miał do tego dostępu. To nie jest dużo, ale nie mogłem ryzykować. Laurencie, przynajmniej jeden z braci Geraldine nie jest człowiekiem. To potwór. To... ja... - zamarł, jakby zabrakło mu słów i powietrza. Sprytnie omijał odpowiedź na zadane mu pytanie, częstując go najpierw inną częścią opowieści, ale przecież kiedyś będą musieli do tego dojść. Tak, Nora była dobrą kobietą i dlatego wiedział, że nie zanurzy się z nim w żadną sieć kłamstw. Nawet gdyby namówił ją do tego w jakiś sposób, któregoś dnia by pękła. Nie kładło się takich ciężarów na ludziach niemogących ich udźwignąć.

Chwycił jego dłoń, zacisnął na niej palce zimnych rąk i obrócił palcami znajdujący się na niej pierścionek, następnie zbliżył ją do swoich warg i pocałował delikatnie zgięte knykcie.

- On nie istnieje, Laurencie. Nigdy nie istniał. Jest albo jakimś naszym urojeniem, bo nasze mózgi nie potrafią poradzić sobie z tym co widzą i muszą to jakoś... zinterpretować, albo... - Zacisnął usta w charakterystyczny dla siebie sposób - w wąską linię, pojawiającą się zawsze kiedy jego nastrój dominowały stres i zastanowienie. - Wrzyna się do nich i zostawia po sobie ślad. Nie wiem, ale wiem, że Geraldine od tego oszalała. - Wydał z siebie naprawdę nietypowy dźwięk, trochę jakby chciał się zaśmiać, ale zdusił to w sobie, żeby tylko nie przebić tonem granicy szeptu. - Kompletnie ją popierdoliło, prawie zabiła mnie, brata Nory i... - Tego trzeciego.


RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Laurent Prewett - 17.02.2025

Widział różne miny, które strzelał Flynn. Były pejzażem malowanym pędzlem szaleńca, były delikatnym wyszywaniem bawełnianą nicą, były miękkością marmuru, z którego rzeźbiarz próbował coś stworzyć i pomnikiem ze spiżu, w którym nie dało się już niczego zmienić. Wszystkie te obrazy, cała kolekcja przeróżnych mimik, a ciągle pokazywał, że miał coś w zanadrzu. To był najsmutniejszy uśmiech, jaki u niego widział, bo był jak cios w policzek. Dokładnie tak - coś, co nie powinno się pojawić między nimi. Wyciągnął swoją dłoń do jego ust i nakrył je swoimi palcami, lekko pokręcił głową. Nieme nie rób tak wyrysowało się w powietrzu. Zamarło na jego własnych wargach, nigdy niewypowiedziane. Nie musiał udawać. Mógł próbować - ale oczy go zdradzały. Pewnie zawsze będą to robiły. Ciepłe, pieskie oczy, które teraz były jak studnie. Prowadziły prosto do Piekła. Do tej jaskini, gdzie drzemał brat Geraldine. Gdzie pochowane zostały horrory, które zostały z uczestnikami tej historii na zawsze.

- Tak? A bardzo mocno? - Powiedział to tym trochę zaczepnym głosem, ale miał wrażenie, że jeszcze chwila i przegra z maskaradą, robiąc dokładnie to, czego miał nie robić Flynn - udając. Ktoś musiał trzymać fason, kiedy ta druga strona chwiała się w całych swoich posadach. Choć... Flynn chyba już nawet się nie chwiał. Chyba i na to nie było sił - więc po prostu leżał. Ociężały, w bezruchu, zupełnie jak nie on. Serce Laurenta z minuty na minutę przyśpieszało swojego tępa i zaczynało go już kłuć w klatce piersiowej. Zadziwiające, że emocje mogą przysparzać fizycznego bólu.

Kochał niewystarczająco mocno, żeby jedynym wyjściem z rozpaczy nie wydała się śmierć.

- Jaki... inny i nowy? - Niewiele z tego rozumiał. Nie bardzo to rozumiał. Tajemnica rosła i przybierała na sile. Ugniecione ciasto drożdżowe pozostawione przy odpowiednim cieple, które miało zamienić się w coś słodkiego, stawało się nagle obrzydliwe, zgniłe i nienadające się do spożycia. Lecz rosło. Zielono-biały meszek porastał je coraz szczelniej, a ciasto wylewało się z misy na blat. Śmierdziało. W zupełnym kontraście do tego, że Flynn nie śmierdział nawet fajkami. - I... jakie informacje, czemu zbierasz informacje o mojej rodzinie? - To też go zaniepokoiło. Szczególnie, że było wypowiadane tutaj - w tym domu. Miał pewność, że gdyby ktoś tu wpadł i przyłapał Flynna... to nie obyłoby się bez przemocy. Wcale nie miał pewności, czy jego wyjaśnienia i wstawiennictwo cokolwiek by zmieniły. W końcu Edward zawsze wiedział wszystko najlepiej. - Jaki potwór? Potwór to ty? - Podniósł się, żeby móc z góry spojrzeć w jego oczy. Nie krył już niepokoju. Nie potrafił go ukryć. - Flynn, zaczynam się bać. Co się stało? - Zadał to pytanie, którego próbował unikać, albo przynajmniej trochę je odsuwać, by nie zetknęło się z czarnowłosym od razu po jego pojawieniu się. Obserwował, jak całuje jego dłoń. Jakby chciał się upewnić, że ten pierścionek był na swoim miejscu. Był. - Co ty opowiadasz? Geraldine jest... brutalna... ale nie zabiłaby... - Człowieka? Na pewno? Kogo dalej - znajomego? Nie zaprzeczał dalej. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi. Co się dzieje. Brat Geraldine - na pewno nie Astaroth, on był prawdziwy i realny. - Thoran? Mówisz o Thoranie? - Tym samym, który mu narobił paskudnych szkód w New Forest?




RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - The Edge - 17.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rIWRzP9.png[/inny avek] To było za dużo pytań, żeby nie zgubił się w tej historii. Pokręcił głową, nie był potworem. A może był, ale na pewno nie był potworem tej opowieści. I tak - to był Thoran Yaxley, Laurent znalazł potwierdzenie w jego oczach i gestach.

A później kolejna przerwa na oddech. Nie potrafił mówić, opowiadać pięknie, przekazywać swoich myśli tak klarownie, żeby inni ludzie mogli zrozumieć od razu o co chodzi. Ale mógł przecież zrobić to chronologicznie. Mógł mu przekazać suche fakty w postaci osi czasu, zdarzeń przekazanych od początku do końca. Nie... Nie lubił tego. Spowiadać się z własnych decyzji, ale przecież tu chodziło o bezpieczeństwo kogoś, na kim mu niesamowicie zależało. Jego życie się nie skończyło. Jego życie było najpiękniejszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek widział, wtulonym w niego i wpatrzonym w jego załzawione oczy jak w obrazek. Na pewno nie zdobędzie się na pełną szczerość, ale Laurent powinien wiedzieć.

I jeszcze jedna, chociaż nic nie powiedział. Te głębokie westchnienia rozdzieliły momenty, w których mówił od tych, w których rozmyślał w ciszy i nie dzielił się niczym prócz swoją bliskością.

- W czerwcu - bo to mogło być istotne, że wszystko zaczęło się w to lato - Geraldine zostawiła mi w The Loft list. Napisała mi jakieś bzdury, że będę się dobrze bawił i mi zapłaci, jaja sobie robiła prosząc mnie o pomoc. Poszliśmy razem do Wiwernu i wszystko wydawało się być zwyczajne, póki mi nie powiedziała, że ma brata bliźniaka. To było zajebiście dziwne. Kiedy opuszczałem Ścieżki zostawiłem wielu ludzi za sobą i często o nich myślałem, ale o nim nigdy. I nagle przypomniałem sobie, że się stukaliśmy i to nie raz, obiecywał mi, że zabierze mnie kiedyś do Stanów. - Potarł palcami czoło, ale szybko wrócił do dotykania blondyna. Do dotyku dającego mu komfort. - Te wspomnienia nie miały sensu w zestawieniu z tym, że ja się wtedy spotykałem z Razielem. Były jak... Jakby sobie powybierał coś z mojej biografii, z tego co mówiły mi inne typy i skleił sobie z tego w miarę wiarygodną opowieść, którą mógł mi wcisnąć. W tamtym momencie... Wydawała mi się bardzo realna. Geraldine mówiła mi o tym, że jej ojciec i kilku znajomych w ogóle go nie pamięta i ja wtedy myślałem, że to działa na odwrót i typa coś wymazuje, zaczynając od Gerarda. Więc zapisałem co wiedziałem w dzienniku, żeby do tego wrócić. Notatkę z tego spotkania. Była idiotyczna. Kompletnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co może się dalej stać. Ona mnie poprosiła o to, żebym z nim poflirtował i wyciągnął z niego co mogę. Poszedłem do Dziurawego w dzień, kiedy on tam zawsze jest bo mają jakieś cykliczne wydarzenia i zaciągnąłem go do pokoju, żeby napić się czegoś i... - Przełknął ślinę, uciekając spojrzeniem. Mogło się wydawać, że wstydził się kolejnej próby zdrady, albo czegoś w tym stylu, ale prawda była gorsza. Nigdy przecież nie chciał tego robić, uprzedził Geraldine, że gdyby coś miało się stać to wyjdzie. - Rozmawialiśmy, ona słuchała tego przez okno. Wszystko wydawało się normalne. Zadawałem mu pytania, „nadrabialiśmy czas” pijąc jakieś paskudztwo, dowiadywałem się o tym czym się zajmował kiedy nie było mnie na Ścieżkach. A później coś się w nim zmieniło i zacząłem czuć się nieswojo. Zaczął prawić mi dziwne komplementy i moją pierwszą reakcją było wyjście, ale nie potrafiłem się ruszyć. Zaczął się na mnie kłaść i ściągać ze mnie ubrania. Wyglądał tak samo jak zawsze, ale... - Zacisnął palce na jego ubraniu. - Jednocześnie widziałem w swojej głowie jak wygląda naprawdę. To było obleśne, czarne, bezkształtne coś... Paskudne jak noc, jakby uczące się przybierać kształt ludzkiej twarzy. Testujące swoje możliwości. Próbował mnie tam zgwałcić. Mówiłem jej wcześniej, że tego nie zrobię i zrzygam się na niego winem albo coś, ale nie mogłem. Jak mi wróciło czucie w nogach, rozjebałem mu butelkę na głowie i stamtąd wybiegłem. Spałem u Raziela, pomagał mi później napisać do niej list. Wtedy wydawała mi się być normalna.


RE: jesień 1972, noc z 2 na 3 września // sing me a dream untouched by shadows - Laurent Prewett - 17.02.2025

Sięgnął palcem do kącików jego oczu, by kciukami zmyć je z jego rzęs i skóry. Jeszcze nie potoczyły się po skórze, jakby nawet one nie miały na to wystarczająco sił. Zupełnie jak ich nosiciel. Tragicznie patrzyło się na kogoś, kto zawsze był nabuzowany, kiedy leżał tak i... chyba nawet dłonie Laurenta zdołałyby go teraz udusić. Śledził zmarszczki mimiczne na tej twarzy, nie ważąc się dotknąć opatrunku na jego szyi. Był ranny - fakt, że zawlókł się taki kawał z Londynu tutaj... w środku nocy... czy on w ogóle spał? A jeśli tak - kiedy spał? Położył się ostrożnie znów na nim - tak, by spleść swoje palce i podłożyć je sobie pod podbródek. Chciał widzieć jego twarz, kiedy mówił. Chciał móc zareagować na chwilę kryzysu, jeśli coś miałoby się złego stać. Co? Niedopowiedzenie. Nie wiedział. Nie był już w ciele Laurenta, żeby mieć nieregularne napady paniki.

Słuchał. Z niepokojem, mocno bijącym sercem, które bolało, dyskomfortem, ale słuchał. Tylko czasami lekko kiwał głową na znak, że rozumiem, że "ah, tak to było..." Nie były potrzebne słowa - potrzebna była uwaga. Produkowanie z siebie tak długich opowieści również nie wliczało się w normy Flynna. Chyba wolałby usłyszeć tę historię... od końca. Od tego najważniejszego punktu, w którym CO byłoby oczywiste, a potem dopiero urzeczywistnilibyśmy SIĘ STAŁO. Dobrze, dobrze... mówi - niech mówi. Może być po kolei. Może nawet lepiej, nie będzie chaosu we wszystkim, co miał do powiedzenia.

Chyba nigdy nie pomyślałby, że mógłby postawić przy Flynnie słowo "gwałt". Z różnych powodów. Był taki sprawny, potrafił czarować bez magii, że poradzenie sobie z... kimkolwiek właściwie... wydawało się oczywiste. Druga sprawa - czy naprawdę bywały momenty (z tego, co opowiadał), że komuś by odmówił? Można dać niekiedy ciche pozwolenie, a i tak czuć, że wcale się tego nie chciało. Tego mistrzem akurat był sam Laurent. Płakać potem po kątach z żalu nad samym sobą. Bezkształtny potwór w połączeniu z gwałtem wywołał u niego wzdrygnięcie się. Wysunął jedną dłoń spod swojego podbródka, żeby pogłaskać czule Flynna po ręce, po ramieniu. Nieme jestem tu. Był. Leżał i wpatrywał się w niego z niepokojem.

- Miałem do czynienia z Thoranem. Przez tydzień kręcił się po New Forest, narobił dużych szkód. Nie wiem, czy chciał mi coś zrobić... ale zastawił na mnie sidła w lesie. Na szczęście ktoś mi pomógł. - To nie było takie oczywiste, że nie chciał wyrządzić krzywdy. New Forest wydawało się spokojnym miejscem do zwiedzania, ale tylko wtedy, kiedy potrafiłeś się po nim poruszać. Żyły tam różne istoty. W dodatku nie wiadomo, jak długo w ogóle Laurent by tam wisiał. - To było na początku sierpnia. Od tamtego czasu nie widziałem go, ani nic się nie działo takiego. - Nie chciał mu przerywać, ale chciał to jednocześnie powiedzieć teraz, skoro Flynn tak dopytywał wcześniej... jednocześnie może to nie był dobry pomysł? Może to go bardziej zaniepokoi? - Cieszę się, że nic ci się tam nie stało, Myszko... - Przesunął dłonią po jego policzku. - Co się działo dalej? Teraz, kiedy byłeś z Geraldine? - Trudno było mu to wszystko przyswoić. Opowieść wydawała się zwyczajnie wyrwana z jakiejś bajki... bajki o potworach i bohaterach, którzy ruszają go pokonać.