Secrets of London
[08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4521)

Strony: 1 2


[08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972, wczesny poranek
W przejmująco ciężkiej, niemalże martwej ciszy opuścili mokry dach budynku. Każdy ich krok odbijał się pomiędzy ścianami pustych przejść. Ominęli zamkniętą kafeterię, nawet nie próbując zastanawiać się nad tym, czy powinni przez nią przejść. Teraz nie było już sensu iść po kawę, gorącą czekoladę czy kanapki, prawda? Nawet jeśli rozmawiali o tym niespełna dziesięć czy piętnaście minut temu, teraz wszystko diametralnie się zmieniło. To był koniec. To naprawdę był koniec. To był koniec, który nadszedł już półtora roku temu, ale który mimo wszystko wciąż wydawał się niemożliwy do zaakceptowania.
Miał wrażenie, że każdy krok, jaki robił stawał się cięższy od wcześniejszego. Ona też wyglądała w ten sposób. Zapłakana i zasmarkana. Roztrzęsiona. On z zewnątrz jakoś się trzymał, nawet jeśli wewnątrz już dawno rozpadł się na drobne kawałki.
Byli wykończeni. Zmęczeni, przytłoczeni świadomością tego, że dali sobie zbyteczną nadzieję, mimo że zawsze wiedzieli, że ich drogi w końcu się rozejdą. W milczeniu, w ciężkiej i przytłaczającej ciszy zeszli boczną klatką schodową na piętro jego oddziału. Wokół nie było żywej duszy. Martwej też nie. Szpital był pogrążony we śnie.
Między nimi także panowała przytłaczająca cisza, w której wciąż dostrzegał widma ich ostatnich rozmów. Niewypowiedzianych, ale niemal namacalnych obietnic. Gestów, nie tylko słów. Tych i tych. Tym razem zadziwiająco gładko mieszali je ze sobą. Wszystkich nadziei, które okazały się puste.
Wchodząc na oddział, nie zastał nikogo z nocnej gwardii, ale i tak zgodnie z niepisanym zwyczajami głośno zapowiedział, że wraca do siebie. W odpowiedzi usłyszał dosyć zaspane burknięcie drugiego uzdrowiciela docierające do niego z uchylonych drzwi jednego z pozostałych pomieszczeń. Całe szczęście dzielił zmianę z kimś, z kim łączyły go naprawdę dobre stosunki. Nie zwykli zawracać sobie dupy bez potrzeby. Ich współpraca zawsze przebiegała wyjątkowo naturalnie, zwłaszcza że każdy zwykł po prostu robić swoje.
Otworzył drzwi kluczem, bez słowa wpuszczając dziewczynę do środka i wchodząc tuż za nią. Odruchowo zamykając drzwi na zamek, choć przecież nie było sensu tego robić. Geraldine miała wyłącznie zabrać swój płaszcz, oddając mu szpitalne wierzchnie okrycie i opuszczając Munga. Mimo to podjął wszelkie środki ku temu, aby nikt nie mógł im przeszkodzić.
W czym? Sam nie wiedział, bo przecież zaledwie kilka chwil temu sam oznajmił, że nie było sensu się żegnać. A jednak ponownie miał wrażenie, że cała ta sytuacja była zbyt skomplikowana. Za bardzo pogmatwana. Nazbyt trudna, by tak po prostu skończyć się w ten kurewsko banalny sposób. Mimo to nie mógł uciec przed myślą, że ta noc zdawała się być ich wspólnym tragicznym testamentem.
Robiąc dwa kroki wgłąb pomieszczenia, zatrzymał się na chwilę, próbując pozbierać myśli. Powinien wrócić do swoich zajęć, ale w tym momencie nie potrafił dłużej milczeć. Ta cisza zbyt wiele go kosztowała. Bycie zdystansowanym i odległym, trzymanie się tak bardzo w ryzach, że czuł się tak, jakby sam zaciskał sobie pętlę na szyi.
Poniekąd to robił, czyż nie? Od samego początku. Od wielu miesięcy. Tego wieczoru zaczął pękać.
Nie potrafił dłużej dusić w sobie reakcji na słowa, jakie padły na dachu. W końcu się odezwał. Jego głos był cichy, ale wypełniony przygnębieniem. Nawet nie próbował tego ukrywać, bo po co? Skoro w istocie był to ich ostatni wspólny moment. Skoro tej nocy serwowali sobie najcięższą, najgorszą, ale też najszczerszą prawdę, na jaką mogli sobie pozwolić nie będąc w domowym zaciszu... bo nie mieli już wspólnego domu, prawda?
Piaskownica nie była ich, nawet jeśli spędzali w niej niemal wszystkie ostatnie dni, nawet jeśli mimowolnie czynili plany w stosunku do tamtego domu, pozwalając sobie na to wszystko, co teraz kolejny raz okazywało się błędem. Zupełnie tak jak wszystko, co dotychczas robili. Zachowywali się tak, jakby wcale ich to nie dotyczyło. Jak gdyby ten moment nie miał nieuchronnie nadejść. Jak ludzie mający przed sobą przyszłość.
- Widzę - powiedział cicho, jednak w jego głosie brzmiała wręcz przytłaczająca gorycz - widzę wszystko. Dostrzegam więcej niż ci się wydaje. I wiesz, co w związku z tym? Nic. Zupełnie nic. Nie przez ciebie. Sam nie wiem, po prostu nie wiem jak sobie z tym wszystkim poradzić - pauza, zamilkł, czując jak jego słowa wypełniają przestrzeń między nimi.
Jak uderzają w pustkę, odbijając się od niewidzialnej ściany, która na nowo zaczęła pojawiać się między nim a Riną. Jak na moment zastygają w powietrzu tylko po to, by spaść w przepaść z głuchym łoskotem. Wiedział, że to nie zmieniało ich sytuacji, ale nie mógł tak po prostu dłużej trzymać tego dla siebie. Nie teraz. Nie dziś.
Cisza, która zapadła po jego słowach była gęsta i przytłaczająca. A to nie był przecież koniec. Jeszcze nie. Skoro i tak zmierzali ku nieuchronnemu, mogli chociaż posunąć się do tej ostatecznej formy szczerości.
- Czy ty wiesz, ile mnie to kosztowało? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, ile mnie to kosztuje, nie walczyć o nas? Walczyłem o nas, wiesz? Walczyłem przez kilka miesięcy, zanim to wszystko się stało - zawahał się, ściskając dłoń w pięść, czując jak emocje kipią w nim tak mocno, że po prostu wreszcie musiały znaleźć ujście.
Czy był to odpowiedni moment? Lepsze pytanie: czy jakiś w ogóle mógł istnieć?
To zawsze było trudne. Na zawsze miało być trudne. Ale nie chciał miotać się z tym do usranej śmierci. Nie chciał dusić tego w sobie w chwili, w której nie dało się już bardziej spierdolić sytuacji. Nie było też nadziei na to, by ją naprawić. Szans na nowe, lepsze jutro, ale zdecydowanie nie mógł nic tym pogorszyć.
Nie dało się bardziej zjebać. Tym razem był tego pewien. Powiedzieli sobie już wszystko, dosłownie wszystko, każde najgorsze słowo, na jakie było ich stać bez posuwania się do kłamstwa, a jednak w tym momencie coś w nim pękło. Cała reszta też wylała się na wierzch.
- Tak, to był błąd. Jeden z wielu. Powinienem był od razu powiedzieć ci jak jest. Nie powinienem wtedy odchodzić bez słowa, ale to nie zmienia faktu, że mi też jest ciężko. W tym momencie nic już nie wiem, ale nie chcę cię ranić - zaczerpnął powietrze głęboko w płuca, wykorzystując ten moment w próbie zebrania myśli, które wciąż mu umykały.
Stwierdzał fakty. Być może bez potrzeby, ale przynajmniej usiłował postawić sprawę jasno. Aż tyle i tylko tyle. Nie chciał brzmieć desperacko, ale słowa same cisnęły mu się na usta.
- Nie chcę wierzyć, że to był błąd. Czarnowidztwo. Jak zwał tak zwał. Bo przez to stracilibyśmy nie tylko półtora roku. Straciliśmy znacznie więcej. Już tego nie odzyskamy - urwał, wbijając wzrok w jej odbicie w ciemnej szybie.
Padło. Powiedział to. Pierwszy raz na głos. Pierwszy raz nazwał to wprost i co z tego?
Nie chciał pytać, czy wiedziała, co to tak naprawdę oznacza. Tak, to mogło być błędne podejście, nawet tego teraz nie kwestionował. Nie zamierzał, był zbyt wyczerpany, za bardzo rozbity i rozstrojony. Być może w ogóle nie powinien nic mówić, ale nie zamierzał milczeć.
- Nie pytam cię już o to, czy naprawdę mogłabyś mi to wybaczyć. Wiem, że mówiłaś szczerze. To koniec. Nie bagatelizuję twoich uczuć, nie neguję ich. Ale mi też jest ciężko. Na koniec dnia nie traktuj mnie jak kogoś, kto robi to z bierności - zamilkł, bo chyba wyczerpał już wszystko, co mógłby powiedzieć; to i tak były zbędne słowa, puste frazesy, prawda?
W tej martwej ciszy, która ich otaczała, było coś, co sprawiało, że wszystko wydawało się jeszcze bardziej przytłaczające. W głębi duszy pragnął, by jej odpowiedź przynajmniej na chwilę zburzyła na nowo budowane mury. Ale wiedział, że żadne słowa nie zmienią tego, co już zostało powiedziane. Granice zostały przekroczone.


RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

Nie sądziła, że da się jeszcze bardziej nie znosić tego miejsca, a jednak tak się stało. Teraz od zawsze Mung będzie jej się kojarzył z tą chwilą. Nie spodziewała się, że kiedyś wyprze to z pamięci. Nienawidziła szpitali i miała ku temu coraz więcej powodów. Nie zamierzała tutaj wracać, kolejny raz pewnie pojawi się tutaj dopiero, gdy nie będzie mogła sama zadecydować o tym, gdzie ma się znajdować jej ciało, cóż nie, żeby to nie było możliwe.

Wrócili się do jego gabinetu, bo tak, musiała zabrać swój płaszcz, jeszcze chwila i będzie mogła się stąd oddalić. Uciec, jak przystało na prawdziwego przegranego. Nie, żeby czuła się z tym dobrze, ale przecież nie miała innego wyjścia. Już się z tym pogodziła, a przynajmniej udawała, że tak jest. Pewnie proces będzie trwał dużo dłużej, ale nigdzie jej się w końcu nie spieszyło. Miała całe życie na to, aby sobie to ułożyć w głowie.

Otaksowała wzrokiem pomieszczenie, na podłodze jeszcze znajdowały się te papiery, jej bojowe zadanie do którego ją oddelegował. Zabawne, że minęła ledwie chwila, a już nie miało być tu dla niej miejsca. Wszystko działo się bardzo szybko, szczerość i prawda ich dzisiaj pokonały. Nie było już miejsca na kolejne złudzenia, nie po tym, co sobie powiedzieli. Bardzo wiele słów padło między nimi przez ten tydzień, szkoda, że doprowadziły je one tylko i wyłącznie do ich końca. Powinna się jednak była tego spodziewać, to nie był pierwszy raz, o czym wcale nie zapomniała. Wierzyła jednak w to, że teraz będzie inaczej, jej wiara jednak nie miała żadnych podstaw.

Zdjęła z siebie bez słowa jego kitel i powiesiła go na krześle. Pomysł z udawaniem asystentki Roisa wydawał się jeszcze przed chwilą być taki właściwy, gdyby tylko wiedziała, że lepiej było zostać tutaj, chociaż czy rzeczywiście byłoby lepiej? No nie do końca, to prędzej, czy później musiało eskalować. Nie ominęłoby ich to.

Przetarła dłonią oczy, które okropnie ją piekły, przestała już płakać, ale jej oczy nadal był zaczerwienione, podejrzewała, że tak samo wyglądała jej twarz, na szczęście włosy miała rozpuszczone, więc mogły zasłonić to jak chujowo się właśnie prezentowała.

Skrzyżowała sobie ręce na piersiach, kiedy obserwowała, jak zamykał drzwi na klucz. To miało być szybkie wejście i wyjścia, chyba jednak zmierzało ku czemuś innemu.

- Nie mówisz o tym, nie mówiłeś o tym, dajesz sprzeczne sygnały Roise, kurewsko sprzeczne. - Nie próbowała mu wyrzucić, że było mu łatwiej, tylko cholernie źle się czuła z tym, że to ona próbowała coś z tym zrobić. Jasne, miał swoje powody, ale nie umiała ich zrozumieć. Nie umiała rozgryźć tego, że postanowił pozwolić na to, żeby faktycznie pozostać przy tym niczym. To nie było w jego stylu, naprawdę nie potrafiła pojąć tego, że był wobec tego taki obojętny, a może próbował być.

- Nie mam pojęcia dlaczego wtedy mi o tym nie powiedziałeś, czemu wziąłeś to wszystko na siebie. - Nie powinna wracać do tego, ale chyba nie widziała innej możliwości. Skoro już dzisiaj postanowili mówić sobie wszystko, to dlaczego miałaby to przemilczeć. - Walka w pojedynkę nie ma sensu, szczególnie, kiedy masz obok siebie drugą osobę. - Nie, żeby teraz coś się zmieniło, kiedy sama wiedziała jak to wygląda, jednak nie mogła przestać myśleć o tym, co by było gdyby. Mógł jej wtedy o tym wszystkim powiedzieć, trzymał ją jednak od tego z daleka. Wziął na siebie tę rolę odpowiedzialnego za wszystko i nie do końca jej się to podobało.

- Na to też już jest za późno. - Nie zamierzała ukrywać tego, że ją to zabolało, że ją zranił, znowu. Nie mogli cofnąć czasu i ułożyć tego inaczej, mieli możliwość jedynie wpłynięcia na swoją ewentualną przyszłość, ale to też im nie wyszło.

- To był błąd. Nie wiem skąd Ci się wzięło to myślenie, dlaczego byłeś skłonny tak bardzo uwierzyć w to, że to miało jakiś większy sens. Nie chcę Cię za to winić, ale chyba nie umiem inaczej. To była Twoja decyzja, tylko i wyłącznie Twoja. Zresztą robisz to po raz kolejny, ale nie mam zamiaru Ci tego uniemożliwiać Roise. Widzę, że przegrałam, mam nadzieję, że jesteś zadowolony z tego powodu. Poddaję się, bo nie zamierzam dłużej walić głową w ścianę, nie da się tak żyć. - Wiedziała, że te słowa mogą go rozjuszyć, bo dawał jej do zrozumienia, że nie był z tego powodu zadowolony, ale w tej chwili zachowywał się jak niespełna rozumu. Nie mogła tego ignorować, uważać, że tego nie widzi.

- Pierdolenie, moglibyśmy to odzyskać, gdybyś tylko miał w sobie więcej odwagi, ale boisz się sięgnąć po to, na czym Ci zależy. Widzę to. - Ona też nie była ślepa, wbrew pozorom. Nie miała pojęcia, skąd wynikał ten strach, jasne, na świecie działo się sporo zła, wybory, których dokonał w przeszłości go przytłaczały, ale co z tego? Była gotowa w to z nim wejść, mówiła mu o tym, była w stanie mu pomóc, ale on zafiksował się na punkcie tego, że to było dla niej zbyt niebezpieczne, że zasługuje na coś więcej. Nie miało to żadnego sensu, nie dla niej, nie kiedy jedynym, czego chciała to to, aby znowu byli razem.

- To niby jak mam to traktować? Mogłeś postąpić inaczej, a powielasz swoje zachowania. Znowu to robisz, nam to robisz, nie tylko mnie, ale sobie też, po co? - Wiedziała, że jedno i drugie będzie cierpieć, i nie miało to dla niej najmniejszego sensu.




RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

Mógł się spodziewać każdego ze słów, jakie padło od strony Geraldine w odpowiedzi na jego własny gorzki wysryw. W końcu gdzieś tam nadal się znali. W dalszym ciągu wiedzieli, gdzie uderzyć, by zabolało. Ta noc była kolejnym dowodem tego jak bardzo potrafili wykorzystywać to, po co nigdy nie powinni sięgać. To, czego nigdy wcześniej nie wykorzystywali przeciwko sobie w taki sposób, w jaki robili to w tej chwili. Uderzali w siebie szczerością, jednocześnie zasłaniając się nią jak tarczą.
- A co mam mówić? - Tak, to było jedno z najbardziej bezsensownych pytań retorycznych, jakie mógł teraz zadać, tym bardziej, że właśnie: wcale nie oczekiwał na nie odpowiedzi.
Znał ją. Aż nazbyt dobrze orientował się w tym jak jeszcze chwilę temu wyglądało podejście Geraldine. I nawet jeśli teraz zaczęła zmieniać narrację, kolejny raz wywracając ją do góry nogami to nie zmieniało to faktu, że w dalszym ciągu cholernie mocno się rozmijali. Nie byli w stanie znaleźć wspólnego gruntu. Stali po dwóch stronach przepaści, w tym momencie uderzając we wszystko, co udało im się zbudować w ostatnich dniach.
Najwidoczniej pozornie, bo gdyby to w istocie było coś prawdziwego to czy w tej chwili byliby w stanie niszczyć to w taki sposób? Kruszyć to przy pomocy kolejnych słów, zasłaniając się tym najgłębszym rodzajem szczerości, która powinna przynieść im ulgę a w rzeczywistości wyłącznie coraz bardziej ich pogrążała?
Nie było z tego wyjścia. Nie miało go być, prawda? Nie po tym wszystkim, co zdążyli sobie powiedzieć. Nie po tym, co jeszcze z pewnością miało opuścić ich usta, bo oboje stopniowo przestawali panować nad sytuacją. Tak właściwie to chyba nigdy nie mieli nad nią jakiejkolwiek kontroli.
Trafiając wspólnie do Piaskownicy, podświadomie kolejny raz zamknęli się we własnej wersji świata. Tak jak przed dwoma laty, znowu zaczęli kreować sobie własny obraz rzeczywistości całkowicie sprzeczny z tym jak wyglądała faktycznie. Teoretycznie wcale nie chcieli tego robić, ale czym innym to wszystko było, jeśli nie zabawą w dom? Podświadomym przyjmowaniem dawnych ról. Wciskaniem się w zamierzchłe ramy.
Tyle tylko, że oboje już dawno do nich nie pasowali. Nie z tymi wszystkimi doznaniami. Nie z własnymi doświadczeniami, nie z wewnętrznymi i zewnętrznymi przeżyciami. Nie ze świadomością, ile w istocie kosztowałoby ich to, aby ponownie dostosować się do dawnych nawyków. Oboje byli już zupełnie innymi ludźmi a miłość...
...czasami miłość nie wystarczała, prawda? Nie miała wystarczyć. Nie mogła zalepić ran, wyleczyć ich wraz z upływem czasu. Niektóre obrażenia były zbyt głębokie. Niektóre ciosy padły zbyt precyzyjnie, naruszając tkankę organów wewnętrznych, wywołując podskórne krwawienie, którego nie sposób było zatamować bez jeszcze głębszej ingerencji w strukturę ciała. Bez pozwolenia sobie na coś więcej niż wyłącznie szczerość, którą się teraz zasłaniali.
Na słabość. Na odsłonięcie się. Na zaufanie. A tego już między nimi nie było, czyż nie?
Nawet teraz to sobie udowadniali.
- Słyszysz, co mówisz? - Spytał, starając się zachować ten sam cichy ton, co wcześniej, nie wchodząc w przesadnie gorzkie nuty. - Nie da się tak żyć. Sama tak twierdzisz.Nie chcesz mnie winić, ale chyba nie umiesz inaczej, więc jakby to wyglądało w twoich oczach? Na dłuższą metę? -[/b] W dalszym ciągu spoglądał w kierunku Geraldine, mierząc ją spojrzeniem w ciemnej, lekko zaparowanej szybie pokrytej od zewnątrz drobnymi kropelkami wody.
Deszcz za oknem rozpadał się na dobre. Mimo zamkniętego okna nie sposób było nie słyszeć szumu i podzwaniania starych metalowych rynien. To nie była pogoda, która zachęcałaby do wychylania się na zewnątrz. Wyjście na otwartą przestrzeń miało wiązać się z naprawdę nieprzyjemnymi doznaniami, nawet jeśli było się przyzwyczajonym do typowej londyńskiej aury.
Wręcz idealnie wpasowującej się w klimat panujący teraz pomiędzy nimi w gabinecie. Tu też powoli rozpętywała się burza, choć Ambroise w dalszym ciągu usiłował panować nad gorzkimi słowami opuszczającymi jego usta.
Powinni wrócić do tego, co robili jeszcze zaledwie chwilę wcześniej, zanim wyszli na papierosa. Usiąść przodem do siebie na podłodze, pochylając się ku rozłożonym na niej papierom, ale też mimowolnie ku sobie. Wymieniać zupełnie inne spojrzenia. Pozwalać sobie na ciepło tak bardzo kontrastujące z pogodą na zewnątrz, ale nie z tym jak to powinno wyglądać między nimi.
Ile jeszcze razy mogli uderzać w siebie słowami? Wylewać sobie wiadro lodowatej wody na głowę? Obdarzać się kolejnymi wypowiedziami wyłącznie pogłębiającymi dystans, jaki rósł między nimi? Z jednej strony dając sobie nawzajem do zrozumienia, że wcale tego nie chcą, z drugiej powtarzając to raz za razem?
- Do końca życia mam pokutować za błędy przeszłości? Tylko czekać na to aż znowu usłyszę od ciebie sugestię, że zwinę się z twojego życia, kiedy zacznie się robić trudno? Albo przeciwnie? Po prostu dostrzegać w tobie brak zaufania? - Skoro już obdarzali się tymi wszystkimi słowami to jakże mógłby tak to po prostu zostawić?
Szczególnie, że Geraldine nie miała nawet najmniejszych oporów przed tym, by zacząć wytykać mu te wszystkie rzeczy. Czy w ogóle musiał jej mówić jak bardzo bolały go tamte słowa, jak wiele go kosztowało, żeby w tamtym momencie tak po prostu spróbować jakoś je przełknąć? Żyć z nimi przez kolejne dni? Próbować dać jej do zrozumienia, że już nigdy nie zamierzał posunąć się do czegoś takiego? Że nawet jeśli oboje byli świadomi konieczności rozstania się, pójścia każde w swoją stronę to nie zrobiłby tego bez słowa? Nie zostawiłby jej w taki sposób? Nie chciał się żegnać, o ironio, właśnie tak jak to teraz robili? No cóż, ewidentnie los kolejny raz zadecydował inaczej.
A może to po prostu oni byli tak wyjątkowi. Wręcz wyśmienici w nowoodkrytym zakresie. W ranieniu się tak mocno, że nie miało pozostać między nimi nic, co byliby w stanie kiedykolwiek pozbierać. To też była pewna technika, prawda? Sposób upewnienia się, utwierdzenia się w tym, że już nigdy nie spróbują ponownie do siebie wrócić. Nie będą kręcić się wokół siebie, aż za dobrze pamiętając sposób, w jaki zakończyła się ich próba pożegnania.
- Nie jestem ślepy. Widzę to, w jaki sposób na mnie patrzysz. Widziałem to pierwszego dnia. Drugiego, trzeciego, czwartego. Wiesz, co? Piątego też - nie potrafił się uśmiechnąć, nawet jeśli to zdecydowanie zasługiwało na gorycz tego typu; zamiast tego po prostu stał w miejscu, spoglądając nie na dziewczynę a na jej odbicie.
Dzięki temu było łatwiej? Nie, nie było. Nie miało być, ale w tym momencie to on nie chciał patrzeć jej w zaczerwienione, załzawione oczy. To on świadomie wybierał unikanie jej bezpośredniego spojrzenia, jakby mogło doszczętnie go spalić.
Starał się, naprawdę się starał. Nie mógł jej tego zarzucić, ale nawet nie próbowała tego dostrzec, prawda? Narracja kolejny raz została wykrzywiona. Ponownie oboje mieli w tym swój udział. Znowu to sobie robili. Miał tego dosyć.
- Nie musiałaś tego nawet mówić - a on dodawać, że mimo wszystko i tak kilkukrotnie to zrobiła, czyż nie? - Nie ufasz mi. Przekroczyliśmy granicę, więc tak. To pierdolenie. To wszystko jest pierdoleniem o czymś, co nigdy nie będzie mieć miejsca - równie dobrze mogliby zakończyć na tym swoją rozmowę, bo w końcu doszli do jakiegoś porozumienia, prawda?
Zgadzali się co do tego, że nie było już sensu rozważać żadnych innych możliwości, że w istocie zrobili już wszystko, żeby całkowicie się pogrążyć, że to była jego wina. Wygodna narracja, która wreszcie zaczęła otwarcie jej pasować. Cudownie, naprawdę wyśmienicie, przecież o to mu chodziło.
Więc czemu teraz prawie parsknął?
- To nie jest kwestia mojej odwagi - kolejny raz czuł się jak czarny charakter tej historii, ponownie dawała mu do zrozumienia coś, co w jego oczach nigdy nie było prawdą; powinien się do tego przyzwyczaić, ale nie zamierzał, szczególnie nie dziś, był zmęczony. - Naprawdę po tym wszystkim, co się stało, zamierzasz mi zarzucać, że jej nie mam - nie pytał, stwierdzał fakt, odzywając się w naprawdę śmiertelnie poważny sposób.
Nie próbował łagodzić sytuacji. Nie wyciągnął do niej ręki, nie starał się ruszyć z miejsca. Po prostu stał tam, gdzie się zatrzymał, patrząc na odbicie dziewczyny i starając się nie mrugać. Zachować twarz nawet w momencie, w którym miał wrażenie, że już dawno ją stracił. Tak właściwie to kilkukrotnie na przestrzeni ich wspólnego życia, prawda? Jakże wygodnie, że o tym nie pamiętała. I to on nie walczył, tak?
- Nijak - odpowiedział wprost, przenosząc na nią coraz bardziej zdystansowane, coraz chłodniejsze spojrzenie. - Traktuj to jak chcesz - tak, mogła mu zarzucić bierność czy przerzucanie na nią ciężaru odpowiedzialności; w końcu i tak zamierzała to zrobić, więc jej na to pozwalał, szedł na kompromis. - Myślę, że już mamy pełną jasność - nie próbował tego zmienić, kolejny wyjaśniać jej swojego punktu widzenia, bo to nie miało nawet najmniejszego sensu.
Było za późno. Zbyt późno, by cokolwiek naprawić. Za późno, żeby coś zmienić. Walenie głową w ścianę rzeczywiście nie mogło ich w żaden sposób uratować.
- Skoro żadne z nas nie widzi sensu o to walczyć - rozłożył ręce, wzruszając ramionami.
To koniec, tak? To naprawdę był już koniec. Za późno. Było za późno.


RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

Nie da się ukryć, że potrafili sobie dopierdolić, jak nikt inny. To, że się do siebie zbliżyli powodowało, że znali wszystkie swoje strony, te dobre i te złe. Wiedzieli gdzie uderzyć, aby faktycznie zrobić sobie krzywdę, a wiadomo, że słowa często raniły bardziej od najbardziej ostrych noży. Zresztą robili to ostatnio, też mieli to odhaczone.

- Najlepiej by było, jakbyś w ogóle się nie odzywał. - Mruknęła cicho, do siebie, może nie powinna tego powiedzieć, ale cóż. Była już na takim etapie, że nie do końca panowała nad słowami, które opuszczały jej uroczą buzię.

Tego chyba chcieli, tak, mieli być ze sobą szczerzy, więc właśnie to robiła. W ogóle się nie zastanawiała nad tym, co wypadałoby powiedzieć, najwyraźniej znowu była gotowa przekroczyć wszelkie granice. Wspaniale, na pewno będzie z tego dumna, kiedy w końcu dotrze do niej jak to wyglądało. Grunt, że to nie miało się stać teraz. Teraz byli gotowi znowu zacząć w siebie uderzać i wyrzygiwać sobie wszystkie swoje gorzkie żale.

Nie powinni byli udawać, że nic się nie zmieniło, że to jakimi ludźmi się stali przez te dwa lata nie miało na to wpływu. Cóż, ignorowali to i to musiało w końcu się na nich odbić. Mogli udawać, że nadal jest tak samo, jednak ich doświadczenia niestety na to nie pozwalały. Geraldine przestała szukać kompromisów, na siłę próbowała przepchnąć swoje zdanie, bo wydawało jej się, że tutaj nie ma innej opcji. Jak w ogóle mieliby coś z tym zrobić, gdy stali po dwóch, zupełnie przeciwnych stronach barykady. Zresztą już kilka razy na niej wymuszał to, by zachowywała się jak ktoś inny. Przystawała na to, chociaż pod skórą wiedziała, że to nie zadziała. Chociażby jak wtedy, gdy obiecywała mu, że jeśli coś mu się stanie to go nie pomści, to była gówno prawda, bo poruszyłaby niebo i ziemię, aby znaleźć osobę, która byłaby winna. Zrobiła by z tego bardzo osobistą sprawę, nie było innej możliwości. Mogła udawać, że udało mu się zgasić to, co w niej siedziało, akceptować takie podejście, ale teraz? Teraz, gdy nie miała już nic do stracenia, kiedy stawali na szczerość to nie było tutaj miejsca na kolejne kompromisy.

- Tego nie powiedziałam. - Znowu się nie zrozumieli, ostatnio to stawało się zbyt często. Mijali się, niby próbowali ze sobą rozmawiać, ale z marnym skutkiem. Te rozmowy im niczego nie przynosiły poza kolejnymi dramatami.

- Nie chodzi o błędy przeszłości, a o to, że po raz kolejny do tego doprowadzasz, chcesz zrobić to samo. Jak mam niby nie sądzić, że prędzej, czy później znikniesz, skoro już to robisz, już chcesz się dystansować, znowu decydujesz o tym, że tak będzie lepiej, chociaż to gówno prawda i sam bardzo dobrze zdajesz sobie z tego sprawę. Wiesz, jak to wygląda, wiesz jak silna jest ta więź, a i tak postanowiłeś nie dać nam tej szansy. - Od samego początku września wiedział, że tak się to skończy, w przeciwieństwie do niej, zdawał sobie sprawę, że nie zmieni zdania. Nie miała pojęcia dlaczego więc w to brnął, po co tak do niej lgnął? Oszukiwał i siebie i ją, to było w tym najgorsze.

Tak, chyba zupełnie przypadkiem znowu zrobiła z niego czarny charakter, ale nie próbował nawet z tym walczyć, jak mogła widzieć go inaczej. Nie mieli jasności, wręcz przeciwnie wydawało jej się, że każde z nich zapętla się w swojej własnej wizji, i co najgorsze nie mogli nic z tym zrobić. Chyba naprawdę byli straceni.

- Jeśli Twoim zdaniem, to, że próbowałeś odebrać sobie życie było odważnym posunięciem, to nie mam pytań Roise, naprawdę. - Nie wyciągała tego jeszcze podczas żadnej z ich rozmów, tym razem jednak postanowiła to zrobić. - Wolałeś posunąć się do tego, niż zaangażować mnie w to wszystko, niż razem przez to przejść, jak myślisz, jak to wygląda z mojej perspektywy? - Szczególnie, że dowiedziała się o tym ledwie kilka dni temu. Pozwolił jej wierzyć w to, że zostawił ją bo mu się znudziła, nic z tym nie zrobił, zamiast tego posunął się do ostateczności.

Zaczęła się irytować, nie był to pierwszy raz podczas ich ostatnich rozmów, kiedy dostrzegała, jak bardzo się od siebie oddalają. Nie miała pojęcia czym było to spowodowane, bo przecież chcieli tego samego, tyle, że mieli zupełnie inną wizję świata. To, co działo się wokół nich popsuło to wszystko, co kiedyś udało im się osiągnąć. Nowe doświadczenia, dramaty miało wpływ na to, co im się przytrafiło. Była wkurwiona, na siebie, na niego, na cały świat o to, że musieli w ogóle przeprowadzać po raz kolejny tę rozmowę. Ona nie miała najmniejszego sensu.

- Chuja mamy, a nie jasność. - Chociaż jeszcze chwilę temu twierdziła inaczej. Jak zawsze była kurewsko zdecydowana w swoich opiniach.

- Chciałam o to walczyć, to mi na to nie pozwoliłeś, dalej mam to robić? W jakim celu? Wiesz, że to do niczego nie doprowadzi, bo nie chcesz tego, nie, nie nie chcesz, bo chcesz, ale nie możesz, tak to właściwie szło? Naprawdę chcesz, żebym była tą osobą, która będzie Cię błagała o to, żebyś w końcu zdecydował się skończyć z tym pierdoleniem, czego ode mnie oczekujesz? Widziałam w tym sens, ale mi go odebrałeś. - Nie do końca potrafiła ubierać myśli w słowa, szczególnie, kiedy była taka rozemocjonowana i było to widać, sama nie miała pojęcia, co właściwie chciała mu powiedzieć, zresztą nie sądziła, że cokolwiek, co wyjdzie z jej ust mogłoby zmienić jego nastawienie.




RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

W pierwszej chwili miał ochotę odgryźć jej się za ten komentarz, jednak w dalszym ciągu panował nad sobą na tyle mocno, aby jakoś stłumić te słowa. Zamiast tego wbił spojrzenie w jej odbicie w szybie, podejmując ten dialog. Próbując zrobić...
...co tak właściwie? Nie mieli tu jakiegokolwiek pola do dyskusji. Być może rzeczywiście najlepszą opcją byłoby tak po prostu się zamknąć, bo może wtedy aż tak bardzo by sobie nie dopierdalali. W imię czego? Na do widzenia? No, właśnie. A jednak oboje to robili zamiast odpuścić.
- Nie musiałaś tego mówić, Rina - odbił niemal dokładnie tym samym tonem, co ona, wcale nie kłopocząc się ukrywaniem tego, co kryło się pod jego niewerbalnym przekazem.
Znam cię.
Aż nazbyt dobrze wiedział, że prędzej czy później znowu by mu to wyciągnęła. Najpewniej w nerwach, nie dla rozrywki czy nie po to, żeby celowo go podkurwić, ale to padło już raz, odkąd zaczęli przebywać w swoim towarzystwie. Miał niemal stuprocentową gwarancję, że wręcz musiało zdarzyć się ponownie. Tym bardziej, że sama powiedziała coś bardzo zgodnego z tymi założeniami.
- Bo nie zniknąłem. Jestem przy tobie. Cały czas. Byłem przy tobie w tamtym gównie i jestem teraz. Gdybym zamierzał tak po prostu zniknąć, nie uważasz, że dawno bym to zrobił? - Tak, mówili o tym, ale mijały dni a ten moment nie nadchodził.
Czy to nie świadczyło same o sobie? O tym, że oboje potrzebowali tego czasu? Możliwości. Sposobności przemyślenia wszystkiego, co się dzieje bez tego poczucia?
Tak, zdawał sobie sprawę z własnego zachowania. Z tego, w jaki sposób zachowywał się w stosunku do Geraldine. Pytanie, czy ona była świadoma tego, czym mu odpowiadała? Bowiem miał nieodpartą wrażenie, że przez ten cały czas raz za razem stawali przeciwko sobie zamiast za sobą. I jej komentarze zdecydowanie nie pomagały.
Nie wybaczyła mu tamtego błędu. Nie wiedziała, czy mogłaby to zrobić. Próbowała, ale wciąż nosiła to w sercu. Czy się temu dziwił? Wcale. Ani trochę. Nie miał nawet najmniejszych oporów, aby to przyznać. Tak, zranił ją. Tak, popełnił błąd. Tak, zachował się niewłaściwe, choć przecież wcale nie chciał być egoistą. Wręcz przeciwnie: ten jeden raz w życiu próbował nie myśleć wyłącznie o sobie.
I co im z tego przyszło? Był z nią szczery. Przynajmniej teraz. Ten jeden raz zupełnie się przy tym nie powstrzymywał, dając jej dokładnie to wyjaśnienie, które w dalszym ciągu powstrzymywało go przed zmianą narracji. Nie chciał uważać tamtej decyzji za najgorszy błąd swojego życia. Za coś, co zupełnie nie miało sensu. Za coś, co niczemu nie służyło. Co wyłącznie ich skrzywdziło.
Wolał wierzyć w to, że postąpił słusznie. Że dzięki temu stali tu przed sobą. Być może nie mając już niemal żadnych szans na wspólną przyszłość. Doszczętnie pozbawiając się ich tu i teraz przez to, co sobie wyrzucali, ale za to przynajmniej w istocie mógł odpowiadać. Z tym mógł jakoś żyć. Tak sądził i tak twierdził.
Przynajmniej dopóki nie wysrała mu tego, co momentalnie sprawiło, że wpierw pobladł przybierając na twarzy barwę jednej z kartek papieru leżących na podłodze. Zaś moment później, niemal w mgnieniu oka poczerwieniał. Pierwszy raz od dawna okrywając się tak wyraźną purpurą. Dostrzegalną nawet pod naprawdę mocną letnią opalenizną.
Nieczęsto zdarzało się, by emocje tak mocno odznaczały się na jego twarzy. Żeby jego oczy tak wyraźnie ciemniały. W tym momencie tracąc swoją zwykłą leśną zieleń i zamieniając się w dwa naprawdę nieprzeniknione punkty świdrujące Geraldine na wskroś. Jeśli wcześniej starał się nad sobą panować, teraz był już tylko wkurwiony.
- Nigdy. Nie. Waż. Się. Wyciągać. Przeciwko. Mnie. Tej. Karty - mimo, że jednocześnie cedził z ust tę odpowiedź, każde kolejne słowo bardzo wyraźnie odznaczało się od drugiego.
Tak, nie poruszyli tego tematu. Nigdy nie chciał go z nią poruszać. To, że ten fakt w ogóle wypłynął na wierzch było dostatecznie trudne, parszywe i druzgocące. Nie chciał jej w to mieszać. Nie potrzebował się przed nią uzewnętrzniać. A nader wszystko nie chciał jej się tłumaczyć. Nie zamierzał tolerować tego, co starała się zrobić w tym momencie. Wyciągania mu tego tylko po to, aby cisnąć mu tym prosto w twarz.
Istniało wiele argumentów, których mogła użyć. Części z nich zapewne nawet by wysłuchał. Tym bardziej, że mogła mówić, co chciała. Nie mógł powstrzymać Geraldine przed niczym, co chciała mu zarzucić. Nie zamierzał zamykać jej ust ani zatykać swoich własnych uszu. Mogli prowadzić tę rozmowę na tysiące różnych sposobów, nawet jeśli w dalszym ciągu chyba powinni się zgodzić, że najlepiej byłoby nie prowadzić jej wcale.
Mieli się rozstać. Zmierzali do tego od wielu dni. Podświadomie dążyli do tego od samego początku tego wieczoru. Powinni uznać swoją klęskę. Tym bardziej, skoro już uzgodnili, że nie było sensu o nic walczyć. Byli zmęczeni, wyczerpani, pozbawieni wszelkich nadziei. Dawanie sobie złudzeń już nie działało. Nie miało zadziałać, skoro w rzeczywistości oboje zgodzili się, że nie dadzą sobie kolejnej szansy.
I tak by to spaprali. W ostatnim czasie pierdolili wszystko. Niszczyli wszystko na swojej drodze. Nie powinni podążać nią razem. Byliby w tym wyłącznie jeszcze bardziej niewłaściwi, zdecydowanie zbyt niszczycielscy. Nie dla otoczenia. Dla siebie nawzajem.
Tylko to tak naprawdę miało znaczenie. Z resztą być może faktycznie jakoś by sobie poradzili. Przez ostatnie dni coraz bardziej skłaniał się ku temu, by przestać tak zupełnie to wykluczać. Być może mówił coś innego. Powtarzał to raz za razem, trwał przy swoich pierwszych kwestiach, nie zmieniając słownej narracji, ale...
- Nie. Do kurwy nędzy, nie. Nigdy, nigdy bym tego od ciebie nie oczekiwał. Znasz mnie, Geraldine, a może tylko mi się tak wydawało. Nie wiem, co usiłujesz teraz udowodnić. Bo osiągnąć tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co chcesz... ...czy tam chciałaś, bo przecież teraz już nie chcesz... ...osiągnąć - nie unosił głosu.
Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu cedził każde kolejne słowo, mimowolnie coraz bardziej zaciskając szczękę. Unosząc podbródek i napinając przedramiona. Prostując się wręcz do fizycznego wrażenia dyskomfortu. Nie ruszył się jednak z miejsca, nawet jeśli w pierwszym odruchu chciał to zrobić. Zamiast tego wciąż świdrując Geraldine ciemnym spojrzeniem.
- Zafiksowałaś się na jednym, nawet nie próbując widzieć drugiego. Ja ci na coś nie pozwalam? Ja cię przed czymś powstrzymuję? W którym momencie tak było, co? Wskaż mi taki moment. Pokaż mi, gdzie w ostatnich dniach zachowywałem się w ten sposób - czekał, naprawdę na to czekał, bo sam jakoś nie był w stanie przywołać z pamięci takiej chwili.
No, praktycznie aż do tej nocy, bo teraz wszystko wróciło do normy.
- Poza tym, o czym my w ogóle dyskutujemy? Skoro nie widzisz w tym sensu i ja też go już nie widzę. Jeśli oczekujesz, że będę przed tobą skomleć na kolanach - potrząsnął głową, nawet nie próbując kontynuować tej bezsensownej wypowiedzi, bo nie.
Doskonale wiedział, że tego nie chciała. Ona zaś zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamierzał tego robić. Ani wcześniej, ani teraz. Zwłaszcza teraz. Szczególnie po tym, co zaczęła mu zarzucać, a co nie miało żadnego związku z faktyczną sytuacją. Była ślepa. W tym momencie była dla niego bardziej ślepa niż on sam. W innym wypadku od samego początku dostrzegłaby realia i to, że tak...
...może robił część z tego, co mu zarzucała. Pierdolił. A potem zachowywał się zupełnie inaczej niż twierdził, że zamierza się zachować. Miotał się, gubił się, ale głównie w tą jedną przeklętą stronę. Naprawdę chciał jej przyznać rację, inaczej nie ulegałby jej niemalże za każdym razem, gdy tylko znaleźli się tuż obok siebie.
Wyrzucała mu słowa. Nie zwracała uwagi na gesty. Była ślepa. Oboje byli. Nie mieli żadnych szans spotkać się w połowie, błądząc każde po swojej stronie. To było jasne jak słońce. Przytłaczająco ciemne i ponure.


RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.02.2025

Dobrze, że chociaż jedno z nich jeszcze w miarę nad sobą panowało, bo ona po raz kolejny straciła zupełnie kontrolę. Ostatnio zdarzało jej się to bardzo często, zbyt często i nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, ale też jakoś specjalnie z tym nie walczyła. Taki jej urok, czyż nie? Niewyparzona gęba...

- Wiem, w końcu niczego nie muszę, prawda? - Sięgnęła po tę niską zagrywkę, którą często się przerzucali, bo aktualnie nie miała już niczego do stracenia, nikt nie mówił, że to, co mówi będzie szczególnie wyszukane. Wręcz przeciwnie chyba zupełnie się nie miarkowała i nawet w tej rozmowie sięgała dna.

- Powinnam Ci dziękować za tę łaskę? Jaśniepan Greengrass tym razem postanowił zostać, na chwilę, bo przecież nie na stałe, kiedy stwierdzi, że wystarczy, odwróci się na pięcie i będzie po wszystkim? Jeszcze może powinnam być Ci wdzięczna za to, że teraz tu jesteś, co? - Oczywiście, przecież tym razem nie zniknął, przynajmniej jak na razie. W końcu ustalili, że to tylko chwilowe, pozostawało jej więc czekać na nieuniknione, nie mogła mieć innego nastawienia, jak zacząć się po prostu wkurzać o to wszystko.

Nie szła im ta rozmowa, zupełnie, miała wrażenie, że jeszcze bardziej się będą przez nią mijać, ale nie mieli niczego do stracenia, to miał być ich koniec, więc dlaczego by właśnie nie wyrzygać sobie tego wszystkiego? Naprawdę wspaniale, dojrzale zachowanie.

- Nie, najlepiej dalej będę udawać, że o tym nie wiem, co nie? Że się tego nie dowiedziałam, zresztą nawet nie od Ciebie, bo jakoś nie byłeś szczególnie skory o tym mówić. - Zdecydowanie nie powinna poruszać tego tematu, ale to zrobiła. Zresztą, gdyby nie Corio to nie miałaby pojęcia o tym, co się wydarzyło te półtora roku temu, żyłaby w błogiej nieświadomości, tak - zyskała kolejną rzecz, za którą się mogła obwiniać, naprawdę wspaniale.

Wydawało jej się, że zasługuje na jakieś wyjaśnienia, jednak raczej niezbyt często dowiadywała się o tym, że jej były chłopak, postanowił się zabić po rozstaniu. Tak naprawdę to był pierwszy raz (podejrzewała, że też ostatni), więc nie do końca wiedziała, w jaki sposób się powinna zachować. Chciała, żeby jej to wyjaśnił, chciała poruszyć ten temat, ale póki co nie nadarzyła się ku temu okazja, więc aktualnie sama ją znalazła. Idealny moment na to sobie wybrała, czyż nie?

Niby byli zmęczeni tą całą sytuacją, a jednak nadal mieli siłę, aby sobie dopierdalać, jakże to było urocze... Szkoda, że nie potrafili w ten sposób działać na jednym froncie, ale to nie był ten moment, zdecydowanie znajdowali się teraz po dwóch, różnych stronach tej samej historii.

- Nie masz pojęcia, czego chcę. - Od tego było warto zacząć. Znaczy niby dała mu to do zrozumienia, bo te słowa padły z jej ust, jednak to były tylko słowa, prawda? Tylko słowa, nic więcej. - No jasne, teraz stwierdź, że Cię nie znam, nigdy nie znałam i chuja o Tobie wiem, tego jeszcze nie odhaczyliśmy. - Raczej skłaniali się ku narracji, że bardzo dobrze się znają, teraz jednak mogli pójść w inną stronę, bo jeszcze nie zaliczyli tej wersji.

- To wszystko co mówiłeś, uparłeś się, że to co się między nami dzieje nie może mieć żadnego znaczenia, od samego początku powtarzałeś, że nic tym nie osiągniemy. Nie pozwalasz mi się do siebie zbliżyć w taki sposób, jakbym chciała, ciągle mam z tyłu głowy to co mówiłeś, że nie ma dla nas żadnej przyszłości, że to niemożliwe, żebyśmy znowu byli razem. Mówisz jedno, robisz drugie. Nie zachowywałeś się w ten sposób, ale o tym mówiłeś do chuja Morgany. Jak mam zweryfikować co było prawdziwe? - Gesty mówiły jedno, słowa drugie. Gubiła się w tym wszystkim. Wydawało jej się jeszcze przed chwilą, że dużo łatwiej będzie jej przyjąć narrację, że faktycznie to miał być ich koniec, ale jak widać mieli sobie do wyjaśnienia kilka naglących spraw. Nie spodziewała się tego, że znowu dojdzie między nimi do kłótni.

Zabawne było to, że Yaxleyówna podczas tej wymiany zdań chyba ani razu nie uniosła głosu, starała się być spokojna, przynajmniej poprzez ton jej wypowiedzi, bo w oczach dziewczyny już dawno Roise mógł dostrzec te specyficzne kurwiki, które pojawiały się tam za każdym razem, kiedy się denerwowała.

- Nie, moim zdaniem to Ty oczekujesz, że ja będę Cię błagać o to, żebyś dał nam kolejną szansę, nie odwracaj kota ogonem, bo to nie ma żadnego sensu. - Zdecydowanie nie mogli się aktualnie dogadać, szło im to gorzej niż źle. Każde było zafiksowane na swoim własnym punkcie widzenia, z którym nie mogli nic zrobić. Kłócili się o coś, tyle, że właściwie nie do końca wiedziała o co, ale nie miała zamiaru odpuszczać, skoro już postanowiła się zaangażować w tę kłótnię.

- Od początku dawałeś mi sprzeczne sygnały, po co? Dlaczego? Liczyłeś na to, że ulegniesz? Określ się w końcu. - Nie przestawała uderzać w niego słowami, chociaż przecież za tym nie przepadała i była naprawdę chujowym mówcą, jednak wyjątkowo wybrali właśnie ten sposób komunikacji, zresztą wydawało się jej, że to było błędem. Nie umieli ze sobą rozmawiać.




RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.03.2025

Uderzali w coraz niższe tony. Zarówno w przenośni, jak i w rzeczywistości. Fizycznie też coraz bardziej na siebie syczeli. Coraz trudniej było im utrzymać jakiekolwiek pozory spokoju, którego od dawna między nimi nie było. Niby przeżyli kilka naprawdę dobrych dni, lecz co z tego? Skoro to wszystko i tak miało się skończyć w ten sposób.
- Trudno byłoby, żebyś była mi wdzięczna za to, że pracuję tu, gdzie pracuję - odparował bez chwili namysłu, o ironio, również w dalszym ciągu zachowując przy tym wręcz przesadnie spokojny ton głosu.
Przynajmniej to jeszcze w nich pozostało. Nie kłócili się tak jak większość ludzi. Nie krzyczeli, nie podnosili na siebie głosu, nie przechodzili w wysokie dźwięki. Nie, niemal nigdy tego nie robili, czyż nie? Mógł być na nią bardzo dostrzegalnie coraz bardziej poirytowany, praktycznie bez dwóch zdań wkurwiony tak, że w tym momencie pod opalenizną naprawdę zaczął przybierać wszelkie odcienie szkarłatu powoli zataczającego już nawet w jakże królewską purpurę (no, bo w końcu nazwała go Jaśniepanem, nieprawdaż?).
- Paniczu, nie jestem Jaśniepanem. Jeśli chcesz korzystać z tytułów to przynajmniej używaj właściwych - mógłby parsknąć, a jednak nawet nie próbował podnieść tonu. - Paniczyku, jeśli chcesz mnie tym urazić - był aż zbyt łaskawy podsuwając jej nowe opcje, czyż nie?
Nie unosił głosu. Wręcz przeciwnie. Żarli się w znacznie bardziej wyrafinowany sposób. W końcu byli wyjątkowi, czyż nie w ten sposób zwykli się określać? Tyle tylko, że swego czasu w zdecydowanie dużo cieplejszym, znacznie bardziej przyjemnym, bardzo radosnym kontekście. Mając na myśli coś, co przynosiło im satysfakcję. Nie to, co tak dogłębnie ich teraz raniło, nie pozwalając im odnaleźć wspólnego gruntu.
A więc trudno było nie sądzić, że to wszystko, co zrobili sobie przez ostatnie dni czy wprost miesiące nie było jedną gigantyczną pomyłką. W teorii wywodzili się bowiem z jednego środowiska. W praktyce? Już na samym początku raz na jakiś czas zdarzało mu się dostrzegać uśmiechy gawiedzi czy też słyszeć mniej lub bardziej jawnie głoszone teorie, że prawdopodobnie nie mogli się gorzej dobrać.
Pochodzili z dwóch rodów charakteryzujących się zupełnie innym podejściem w stosunku do otaczającego ich świata. Dwóch zupełnie innych gruntów, innych miejsc oddalonych od siebie na tyle, że można je było uznać za ze wszech miar różne. A jednak jednocześnie byli do siebie tak cholernie podobni. Może zbyt podobni?
Nigdy nie chciał patrzeć na to w ten sposób. Teraz także wolałby tego nie robić. Nie myśleć o tym w takim kontekście, szczególnie po tym wszystkim, co usłyszeli o sobie w ostatnich dniach. O nich, o ich powiązaniu, o łączącej ich relacji.
A przecież nie miało ich być. Od samego początku końca stawiali sprawę naprawdę jasno. Najpierw się w tym zgadzając, ustalając między sobą, że doppleganger będzie ich ostatnią wspólną sprawą. Później jednak wszystko coraz bardziej komplikując.
Może nie powinien mówić Geraldine o tym, co kierowało nim, gdy odchodził półtora roku temu. Być może w pewnym sensie byłoby łatwiej, gdyby tak po prostu w dalszym ciągu nie naruszał przyjętej przez nią narracji. Tej, z którą nigdy się nie zgadzał, której nie tolerował, ale z którą jednocześnie nie starał się walczyć.
Być może, gdyby nadal trwał przy tym postanowieniu, nie byliby tu i teraz, stojąc naprzeciwko siebie i kolejny raz ciskając w siebie gromami. Ba, z pewnością by tu nie byli. Rina nie musiałaby cierpieć, on jakoś przetrawiłby pozostawanie tym czarnym charakterem w życiu jedynej kobiety, na której kiedykolwiek tak bardzo mu zależało. Bezsprzecznie, bez dwóch zdań, bez chwili zawahania.
Ale musiał się wahać. Nawet jeśli zazwyczaj robił dokładnie to, co ona serwowała mu w tej chwili i nic nie musiał, czuł się w obowiązku w dalszym ciągu trzymać gardę. Być tym, który nie giął się niczym trzcina na wietrze, bo to jego czyny, nie jej jak na ten moment przynosiły im najgorsze konsekwencje.
Tyle tylko, że teraz wszystko zaczęło stawać się zbyt skomplikowane. Coraz bardziej i bardziej zagmatwane. Zbyt trudne nawet dla niego. Miał wrażenie, że zapada się w podłogę, kolejny raz próbując wziąć na siebie ciężar tych wszystkich słów. Tym razem wypowiedzianych. Bowiem teraz, o ironio, najwyraźniej zaczęli mówić sobie dosłownie wszystko.
- A po cholerę miałbym ci o tym mówić, Panienko Yaxley? - Tak, odbił jej wcześniejszą uszczypliwość, nie miał z tym nawet najmniejszego problemu, zwłaszcza że ona też ewidentnie przestała jakkolwiek się miarkować.
Wyrzucała mu coś, co nigdy nie powinno paść między nimi. Ani w ten, ani w żaden inny zbliżony sposób. Nie teraz, nie tak. To był trudny temat. Naprawdę ciężki do udźwignięcia nawet po tak długim czasie, choć czym tak właściwie był lekko ponad rok wobec perspektywy życia z tą świadomością aż do usranej śmierci?
Nigdy nie sądził, że to wszystko tak bardzo zacznie obracać się przeciwko niemu, że jedyna osoba, u której naprawdę pragnąłby móc szukać zrozumienia, zrobi sobie z tego miecz. Włócznię do dźgania go tym w sposób, którego nie zamierzał tolerować. W miejscu, w którym te słowa nigdy nie powinny wydostać się z czyichkolwiek ust. W sposób, który sprawiał, że Ambroise coraz bardziej się odcinał.
Ale przecież właśnie tego teraz chciała, nieprawdaż? Z każdą kolejną wypowiedzią wyłącznie coraz bardziej zabijali to, co zdążyło się między nimi na nowo wytworzyć. Zabijali siebie. Ich. Zgodnie z narracją, że w istocie nie było dla nich wspólnego miejsca.
Nie teraz, nie nigdy. Nie za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat.
- Nic. Nic nie było prawdziwe - najprostsza I zarazem najtrudniejsza odpowiedź na to wszystko, co opuszczało usta Riny.
Czego więcej chcieć? Jeśli ona nie wiedziała, co się wtedy działo. Jeśli on nie potrafił tego określić. To chyba znaczyło, że wszystko było w jakiś sposób błędne. Każde zachowanie było iluzją. Każde słowo kłamstwem. Poza tym, po co miała chcieć cokolwiek powtórnie weryfikować, skoro sama przyznała mu, że granice zostały przekroczone i to koniec?
To był koniec. Po cholerę próbowali reanimować trupa, którego duch już dawno uciekł za Zasłonę? Z doświadczenia wiedział, że to nie miało się skończyć dobrze. Nawet jeśli to wszystko ponownie na chwilę by ożyło, oboje wciąż nie umieli znaleźć wspólnego punktu. Rozmijali się nawet wtedy, kiedy oboje skłaniali się ku zmianie stanowiska.
- Jeśli naprawdę tak sądzisz to chyba rzeczywiście możesz mi przypisać tę wyśmienitą narrację - syknął z całą perfidią, na jaką było go teraz stać.
Nie musiał powtarzać przy tym jej własnych słów. Był niemal całkowicie pewien, że już i tak słyszała je w swojej głowie. Miała je w uszach od momentu, gdy padły. Zupełnie tak jak on.
Bo w końcu właśnie to robiła. Sama sugerowała mu, że zupełnie go nie zna. Skoro przez tyle wspólnie spędzonych lat nie doszła do tego, że nigdy nie posunąłby się aż tak nisko, żeby oczekiwać od niej upokarzania się w ten sposób. Zawsze powtarzając jej zupełnie coś innego. Za każdym razem wypowiadając te same kwestie. Jak zacięta płyta. Obecnie, gdyby to zrobił, pewnie niemal do porzygu, bo już zrobiło mu się ciężko.
Ciężko w przełyku, ciężko na żołądku, ciężko na umyśle, głowie, barkach. To wszystko coraz bardziej go przygniatało, ale Geraldine zupełnie tego nie dostrzegała, nieprawdaż?
Przyjęła nową wersję narracji. Zupełnie odświeżoną. Jakże dogodną i wygodną. Teoretycznie taką, która powinna usatysfakcjonować ich oboje. Oto naprawdę nie było już między nimi nic, co mogłoby się jeszcze ułożyć.
Koniec. Zupełny koniec. Dokładnie w taki sposób, w jaki to niegdyś przewidział.
- Powinienem był odejść bez słowa. Tam w lesie. Wybacz, że dałem ci mieszane sygnały - tylko to z sykiem wydostało się spomiędzy jego warg.
Tylko tyle, nic więcej. Bo w końcu i tak nie uwierzyłaby mu w nic innego. W tym momencie zaczynał wątpić, czy w ogóle ufała w cokolwiek dobrego, co padło z jego ust.


RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.03.2025

- Jasne, w końcu Twoja praca była dla Ciebie zawsze najważniejsza. - Powinna zamknąć paszczę, ale tego nie zrobiła. Nie wspomniała o tym, o którą pracę jej chodziło, ale mógł się domyślić, że nie o Munga, a raczej o tę jego własną, prywatną działalność przez którą nie mogli być razem, bo przecież jej o tym powiedział. Jego interesy na Nokturnie im to utrudniały, a nadal (przynajmniej z tego, co zrozumiała) nadal w je brnął, bo nie mógł się z tego wycofać, cokolwiek to oznaczało. Zachowywał się tak, jak nigdy nie mógłby zrezygnować z raz już podjętego wyboru.

- Przecież wiesz, że my, Yaxleyowie chuja się znamy na tytułach. Jeśli tak Ci zależy może być i paniczyk, chociaż sama nie posiłkowałabym się tym, bo chyba jesteś na to trochę za stary. - Skoro już sięgali po takie wysokie argumenty, to nie zamierzała się miarkować. Zdecydowanie przekroczyła granicę, ale niespecjalnie ja to martwiło, aktualnie przecież nie miała niczego do stracenia, była to kolejna kłótnia po którą sięgnęli, jakby mogło to zmienić jeszcze cokolwiek. Nie miarkowali się w słowach, mówili wszystko to, na co mieli ochotę. Znajdowali się w dziwnym miejscu, bo kiedyż, chociaż przez chwilę zastanawialiby się nad tym, co właściwie mieli do powiedzenia. Teraz między nimi tego nie było, wręcz przeciwnie, starali się jak najbardziej zranić poprzez słowa padające z ich ust.

Potrafili się ranić, tego nie dało się nie zauważyć. Umieli korzystać z tego, że bardzo dobrze się znali. Zresztą byli do siebie kurewsko podobni, chociaż mogło się wydawać zupełnie inaczej. Jednak ich charaktery? Cóż, były idealnym odbiciem, zresztą nie raz powtarzała to, że byli wyjątkowi, że pasowali do siebie idealnie. To też nie wzięło się bez przyczyny.

- Nie wierzę, naprawdę nie jestem w stanie uwierzyć w to, co słyszę. - Po cholerę miał jej to mówić? Naprawdę, czy nic dla niego nie znaczyła, czy sądził, że ją to obejdzie, nie zasługiwała na prawdę? - Nie sądzisz, że zasługiwałam na prawdę? - Nie mogła zrozumieć tego, co do niej mówił, niby mówili w tym samym języku, ale jego słowa były dla niej zupełnie niezrozumiałe. - Po cholerę? Bo byłam przy Tobie przez jakieś siedem lat? Nie zasługiwałam na to? - Nie mogła tego znieść, to ciągle do niej wracało. Nie poruszali jeszcze tego tematu, to był pierwszy raz, ale okropnie ja bolało to, że to przed nią ukrył, że nie wiedziała, co się wtedy wydarzyło, nic nie mogła z tym zrobić, nie było jej przy nim gdy potrzebował jej najbardziej. Jakim cudem nie umiał tego zrozumieć?

- Pierdolisz, nie zachowywałbyś się tak, gdyby to nie było prawdziwe, czekam na to, aż się do tego przyznasz. - Tylko i wyłącznie o to jej chodziło, chciała usłyszeć te słowa, chciała, żeby powiedział jej iż miała rację. Mimo, że przecież miała podstawy, aby tak myśleć, bo jego gesty mówiły same za siebie, to jednak słowa padające z ust mężczyzny były mylące. Zdecydowanie w tej chwili zależało jej przede wszystkim na tym, aby przyznał się jej do tego, że dla niego to też nie była tylko iluzja. To pozwoliłoby się jej w jakikolwiek sposób pogodzić z tym, co się między nimi wydarzyło.

- Już dawno przypisałam Ci odpowiednią narrację, liczyłam jednak na to, że w końcu przyznasz się do tego, co faktycznie uważasz za słuszne, jak widać się przeliczyłam, bo nadal grasz, nadal się pogrążasz. - W końcu widziała te wszystkie gesty, widziała jak na nią patrzył, a co najważniejsze usłyszała od niego trochę słów wyjaśnień, kiedy dolała mu do herbaty tego śmiesznego eliksiru. Nie miała pojęcia dlaczego nie chce się z nią podzielić tym, co było prawdziwe, bo niby sięgał po gesty, które wyrażały wiele, ale później nie miał problemu z tym, aby mówić, że nic z tego nie będzie. Niby jakim cudem mogła się w tym nie zgubić? Chyba każdy normalny człowiek zacząłby wątpić w to, co działo się między nimi.

Yaxleyówna wyprostowała się słysząc jego kolejne słowa. Jej ręce nadal były skrzyżowane na piersiach, właściwie niemalże nie zmieniła swojej pozycji. Wyglądała jak skała, której nie dało się ruszyć, chociaż nieco poturbowana, bo przecież jej policzki nadal był czerwone, tak samo jak oczy, kilka minut wcześniej płakała, a teraz wypełniała ją ta okropna irytacja.

- Nie zrobiłeś tego z jakiegoś powodu, dlaczego nie potrafisz się przyznać z jakiego? - Skoro byli w stosunku do siebie tacy szczerzy i otwarci, to miała zamiar drążyć temat. Zresztą nie miało jej już aktualnie co powstrzymać. Razem znaleźli się w Whitby, razem podjęli decyzję o tym, żeby się tam zaszyć, dać sobie czas, mimo, że on sugerował, że to tylko chwilowe, później dawał jej nadzieję, nie wyznaczył konkretnej daty ich rozejścia, to też nie było przypadkowe. Dlaczego nie potrafił powiedzieć wprost tego, że zaczęło mu to pasować, że też się w tym zatracał? Zamierzała to z niego wymusić, chociaż to też nie było szczególnie dobrym pomysłem.




RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.03.2025

Nie spodziewał się czegoś takiego. To zdecydowanie była nowość w ich repertuarze. Całkowita świeżynka pośród samych klasycznych hitów ich kłótni i sprzeczek, ale przecież zdecydowanie mógł się spodziewać, że prędzej niż później Rina zacznie sięgać również po kolejne całkowicie wyciągnięte z dupy argumenty, byleby tylko udowodnić mu jak wielkim gnojem był na przestrzeni już nie wyrywku a całej ich historii.
Najwyraźniej w tym momencie ich osobista Czara Ognia postanowiła wypluć z siebie kartkę z napisem twoja praca. Gdyby nie to, że zdecydowanie nie było mu teraz do śmiechu, pewnie nawet spróbowałby docenić kreatywność Yaxleyówny. Tym razem nawet całkiem trafną, bo przecież nie mógł zaprzeczyć, że w tym wszystkim zawsze chodziło o jego pierdolone interesy.
Tak. Nie musiała wysrywać mu tego na głos ani tym bardziej wprost, żeby wiedział, do czego piła w tym momencie. Jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, co miała na myśli. Jeszcze lepiej rozumiejąc, czemu to robiła i co zamierzała tym osiągnąć. Kolejny raz uderzali w swoje najsłabsze, najbardziej bolesne punkty. Niewykorzystanie czegoś tak wyśmienitego byłoby naprawdę poważnym niedopatrzeniem.
- Może być i waszmość. Waść. Łatwiej zapamiętać, choć tak właściwie to jeśli już sięgamy do waszej nomenklatury, nie musisz się kłopotać. Używaj swojego standardowego repertuaru. Gnida, lowelas, kanalia, babiarz. Egocentryk to nawet mi się podobało, lepsze od egoisty. Fanfaron to też ładne określenie. Oryginalne - skoro już posuwali się do takich wypowiedzi, mogli korzystać przy tym z jak najszerszego zasobu słownictwa, nieprawdaż? - Ładnie się komponują z nadgorliwcem i pracoholikiem - w końcu już to ustalili, tak?
Praca zawsze była dla niego najważniejsza. Zawsze była ważniejsza niż cokolwiek. Poza pracą nie miał nic innego, nawet wtedy, kiedy sam sądził, że dostatecznie mocno angażował się we wszystko inne, powoli wycofując się do niezbędnego minimum. Najwidoczniej i tu był w błędzie.
Jak zwykle, prawda?
Nic przed nią nie ukrywał. W tej kwestii też zdecydowanie nie mieli nawet odrobinę zbliżonego punktu widzenia. Kiedy zarzucała mu milczenie, nieświadomie coraz bardziej się spinał, dostrzegalnie usztywniając kark i ramiona, prostując kręgosłup i raz za razem starając się nabrać powietrza przez nos. Nie chciał otwierać ust zaciskanych w tym momencie w naprawdę wąską linię. Naprawdę usiłował tego teraz nie zrobić, ale od słowa do słowa coraz bardziej przekraczali wszelkie granice.
Już samo poruszenie z nim tego tematu w ten sposób zasługiwało na to, aby tak po otworzył te drzwi, przy których w dalszym ciągu stał i wskazał Geraldine drogę do wyjścia. Pierwszy raz w życiu posunąłby się do czegoś takiego. Później zapewne tego żałując, ale w tym konkretnym momencie nie mogąc przecież samemu opuścić stanowiska pracy, więc co innego mógłby zrobić?
Tym bardziej, że w żadnym wypadku nie zamierzał tłumaczyć się Yaxleyównie ze swoich decyzji dotyczących tego, co stało się na długo po tym, gdy nic ich już ze sobą nie łączyło. No. Z pozoru ich ze sobą nie łączyło, bo przecież tu też poniekąd kryła się istota wszystkiego, co miało wtedy miejsce. A jednak fakty mówiły same za siebie: nie byli wtedy razem, nie łączyły ich jakiekolwiek stosunki, nie widywali się, nie rozmawiali. Ich historia zakończyła się po raz pierwszy.
Teraz robiła to po raz drugi. Trzeciego nie miało już być. Ambroise był tego pewien jak niczego innego w swoim życiu. Nawet tak poplątanym i pokręconym, nawet tak trudnym i niepewnym, przepełnionym kolejnymi decyzjami podejmowanymi wbrew sobie. Stając dziś twarzą w twarz, musieli dokonać wyboru. Wóz albo przewóz.
Wybrali jeszcze na dachu. To, że usilnie ciskali w siebie kolejnymi słowami nie było niczym więcej niżeli coraz mniej wysublimowaną formą tortury. Zarówno tej wewnętrznej, jak i zewnętrznej, bo przecież robili to sobie nawzajem. Geraldine posunęła się naprawdę daleko. Wyjątkowo daleko. Bardzo głęboko.
A on? On chyba nie potrafił już przejść obok tego tak obojętnie jak usiłowałby to zrobić w każdej innej chwili. W momencie, w którym usiedliby ze sobą jak ludzie, rozmawiając a nie rzucając w siebie rozgoryczonymi wyrzutami.
- Nie było cię - wiedział, że ją to zrani, że uderza w jedne z najgorszych tonów, do których mógł się posunąć w odpowiedzi na te zarzuty, ale one...
...słowa, jakimi obdarzała go Rina. Te wszystkie pasywno-agresywne pytania. Wyciągnięcie tego tu i teraz. Pękł. Po prostu pękły, spoglądając na nią w taki sposób, jakby on sam też nie wierzył w to, co usiłowała mu zarzucić.
- Byłaś ze mną siedem lat i co w związku z tym? Nie było cię wtedy. Wolałaś zlać to, co ci napisałem i przyjąć tą swoją jakże wygodną narrację. To ja nie wierzę w to, co słyszę - tak, on zdecydowanie też nie mógł przetrawić tego całego gówna, jakie się teraz na niego wylewało i to tylko dlatego, że nie poleciał do niej w podskokach pochwalić się czymś, z czego nigdy nie był dumny.
Abstrahując od tego, w jaki sposób nie wyglądała wtedy ich relacja, czy naprawdę była sobie w stanie wyobrazić moment, w którym tak po prostu przyszedłby do niej z tą informacją? Poinformowałby ją o swoim ostatecznym upadku? O tym, że już niżej nie był w stanie pierdolnąć? O byciu tak żałośnie słabym, że sam się sobą brzydził?
On. Człowiek, który zapierał się, że jest w stanie przetrwać wszystko? Za wszelką cenę, niezależnie od ponoszonych kosztów? Miał pójść do jedynej osoby, w której oczach nader wszystko nie chciał być tak żenująco żałosną imitacją prawdziwego mężczyzny? Nie wierzył, po prostu nie wierzył w to, że mogłaby oczekiwać od niego czegoś takiego. Wiedząc (a może wcale nie?) jak bardzo by go to złamało.
Było wiele rzeczy, których nie chciał jej mówić. W większości dla jej własnego dobra. Ta jedna była dla niego. Jeśli nie mogła tego uszanować, o czym w ogóle jeszcze mówili? Czuł się upokorzony, zdradzony, wyszydzany za coś, co jego samego tak mocno zwaliło z nóg, że nieomal wcale by się z nich nie podniósł.
Tak, niepotrzebnie jej o tym powiedział. Wtedy też pękł, teraz ponosił konsekwencje tamtej sytuacji. Powinien je przyjąć, ale nie spodziewał się po niej takiej reakcji. Zarzucenia mu, że nie powiedział jej o tym wcześniej.
Niby kiedy miał to zrobić? Jeśli nie rok temu to kiedy? Przed walką z dopplegangerem, gdy ciskali w siebie gromami? W trakcie, kiedy mieli zupełnie inne problemy? Czy po, gdy usiłowali dojść do siebie i ostatnią rzeczą, którą chciałby wtedy zrobić było robienie jednoosobowego przedstawienia?
Zamiast tego starał się kurwa starał się zaradzić wszystkiemu innemu. Z jednej strony słuchając teraz tego, że Geraldine zdawała sobie sprawę z jego zachowania, dostrzegając to wszystko. Z drugiej? W kolejnej sekundzie dostając w twarz wyrzutami o to, że nic nie robił i o nic nie walczył.
Tak. Był chaotyczny. Tak, miotał się i plątał, tego wieczoru pierwszy raz tak otwarcie to przyznając. Tyle tylko, że ona wcale nie była lepsza. Też nie mogła się zdecydować. Bujała się to raz w jednym, to raz w drugim kierunku. Niby zmieniła narrację, ale jednocześnie jej nie zmieniła? Ale ją zmieniła, jednocześnie jej nie zmieniając?
To, co robili w istocie nie było żadną wspólną walką, bo nie angażował się w to, żeby coś naprawić, lecz zarazem wyrzucała mu teraz brak obojętności?
- Wyśmienicie - wyartykułował z całkowitą premedytacją, wcale nie zamierzając spełniać oczekiwania, o którym mu teraz powiedziała.
No to sobie poczekasz nie było czymś, co zamierzał odpowiedzieć na wycelowane w niego słowa, jednak prawdopodobnie wcale nie musiał tego robić. Wybrzmiało dostatecznie dosadnie w tym jednym, wręcz banalnie prostym (i jakże wkurwiającym dziewczynę! to też doskonale wiedział) określeniu, którego użył.
Tak, mierzył bardzo nisko. W tym momencie celował, aby uderzać ją już nawet nie po kostkach. Jego odpowiedzi odbijały się od podeszw jej ciężkich buciorów, za którymi tak bardzo nie przepadał, gdy wracali do domu po jednej z tych naprawdę szczęśliwych chwil mających przemienić się w prywatne szczęście. I jednocześnie tych, które naprawdę w niej lubił. Kochał. Tak, był kurewsko pogubiony...
- Najwidoczniej taki już jestem. Tak już mam. Prosta sprawa - spróbował skwitować to wzruszeniem ramion, co zdecydowanie mu nie wyszło; zamiast tego wzdrygnął się tak, jakby coś cholernie mocno uszczypnęło go w zesztywniały kark.
Pogrążał się, tak? Zadziwiająco łatwo przychodziło jej plucie mu tym w twarz. Ilość jadu, jaką produkowali tego dnia (a jeszcze nie zaczęło nawet świtać) zdecydowanie przekraczała wszelkie logiczne normy. Powinni przestać, skoro nie prowadziło ich to nigdzie dalej. Skoro cofało ich to do tak zamierzchłych czasów, że w tym momencie wydawały się zupełnie innym życiem. Wspólna przeszłość też nim była. Innym życiem, innym światem. Oni byli innymi ludźmi.
Wtedy by się do tego nie posunęli.
- Dlatego, że nigdy tego nie ukrywałem? - Teraz nie miał już siły, po prostu nie miał siły, nie posuwając się przy tym dalej niż do tego jednego, bardzo prostego pytania.
Retorycznego. Wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Miał już swoją własną. Powtarzał ją tyle razy, że tego wieczoru, tego poranka nie była już w stanie opuścić jego ust. Czy miała jakiekolwiek znaczenie?
- Dobrze wiesz, czemu - stwierdził zamiast tego, próbując rozluźnić przy tym ramiona.
Markotniejąc, przynajmniej na ten moment. Kręcąc głową i przymykając oczy. Biorąc głęboki oddech jakimś cudem przedostający się przez zaciśnięte gardło. I tyle. Tylko tyle. Aż tyle. Za cholerę nie wiedział.


RE: [08.09.72] bleeding out || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.03.2025

Kiedyś potrafiła się w jakikolwiek sposób powstrzymywać, aktualnie? Zupełnie nad sobą nie panowała, nie hamowała się wcale. Zapewne wynikało to z tego, że nie sądziła, że cokolwiek może jeszcze zdziałać, że jest jakakolwiek nadzieja, więc mogła sobie pozwolić na wszystko. Nawet na te chamskie i bardzo niskie zagrywki. Całkiem szczere, czyż nie, bo przecież zrobili sobie noc prawdy, więc czemu miałaby się powstrzymywać.

Nie spodziewała się, że ten wieczór potoczy się w taki sposób. Miała tu przyjść na chwilę, upewnić się, że Ambroise nadal wie kim jest, a później stąd wyjść, aby mu za bardzo nie przeszkadzać. Nie miała w zwyczaju nawiedzać go w pracy, zawracać mu czasy, kiedy wykonywał swoje zawodowe obowiązki. Nie uważała, żeby było to słuszne, bo wiadomo, każdy miał jakąś pracę jedni mniej inni dużo bardziej absorbującą. Ta jego wydawała się być dużo bardziej odpowiedzialna od tego, czym ona się zajmowała. Zazwyczaj podchodziła do tego z odpowiednim szacunkiem, zdawała sobie sprawę, że powinien mieć czystą głowę, bo w końcu to on mógł uratować czyjeś życie, nie powinna go wkurwiać w tym miejscu. Dzisiaj jednak jakoś nie specjalnie się tym przejmowała.

- Będę korzystać z takiej nomenklatury na jaką mam ochotę. - Zmarszczyła nos i wpatrywała się przez niego dłuższą chwilę. Jeszcze tego brakowało, żeby w tym względzie spełniała jego życzenia, dobre sobie. Mógł dostrzec, że oczy jej błyszczały, bardzo intensywnie, tęczówki również nieco się przyciemniły - była wkurwiona.

Nie zakładała, że doprowadzą dzisiaj do kolejnej kłótni, nie sądziła, że przyjdzie im się tej nocy ze sobą żegnać, i że to pożegnanie będzie takie drastyczne i połączone z rzucaniem w siebie pomyjami. Ostatnio ciągle się zaskakiwali.

- Nie było mnie, bo nie chciałeś mnie obok siebie. - Mruknęła cicho i chłodno. Nie zdawał sobie sprawy, jak kurewsko tego żałowała, że go wtedy nie szukała, że nie postanowiła się z nim skonfrontować, że sobie odpuściła. Tym bardziej po tym wszystkim, czego się dowiedziała w ostatnim tygodniu. Otworzyły się jej oczy, przynajmniej po części.

- Sam do tego wszystkiego doprowadziłeś, na własne życzenie, ale nie ma sensu do tego wracać prawda, ciągle twierdzisz, że to była właściwa decyzja, że tak trzeba było zrobić. - To też udało im się już ustalić. Nie było po co do tego wracać, miał swoje powody, które jej nie dotyczyły, znaczy właśnie jej dotyczyły, tyle, że nie mogła się na ten temat wypowiedzieć, bo on podjął tę decyzję sam. Pojebana sprawa.

Nie powinna mieć żalu o to, że trzymał to przed nią w tajemnicy, bardziej bolało ją to, że dowiedziała się o tym zupełnym przypadkiem i to od osoby trzeciej. Nie tak powinno być. Jasne, nie do końca umiała sobie aktualnie zwizualizować kiedy miałby się z nią tym podzielić, ale przecież tyle słów między nimi padło w tym tygodniu, że pewnie nadarzyłaby się ku temu okazja. Zresztą nadal chyba do końca nie przetrawiła tej informacji, jak bowiem mogłaby się pogodzić z tym, że ktoś kto był miłością jej życia postanowił odejść z tego świata. To było naprawdę wiele, a aktualnie działo się w jej życiu dosyć sporo, więc póki co nie miała zamiaru do tego wracać, jakoś tak wyszło jednak, że kiedy przestała nad sobą panować, to to wyciągnęła. Standard, w nerwach zupełnie nie miała wpływu na to, co padało z jej ust.

Prychnęła, gdy z jego ust padło jej ulubione słowo. Oczywiście, musiał jeszcze bardziej ją podkurwiać, na pewno zrobił to z premedytacją, bo wiedział, wiedział jak na nią ono działało. Znał Geraldine jak nikt inny.

- Taki już jestem... Jasne, prosta sprawa, więc sobie bądź, tylko później bierz odpowiedzialność za swoje czyny, Ciebie też to dotknie, nie wiem, jak później spojrzysz w lustro. - Nie powinna była tego mówić, ale miała świadomość, że on też chciał tego samego co ona, tylko zafiksował się na punkcie tego, że nie mogli po to sięgnąć. Teraz, przed nią próbował udowadniać jej, że to miało sens, ale co będzie później? Nie sądziła, że łatwo będzie mu się z tym pogodzić, na pewno stanie się wręcz przeciwnie.

Sięgali po coraz niższe zagrywki, wiedziała o tym. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, żeby sprawić mu ból poprzez te słowa, które padały z jej ust. Być może wydawało jej się, że dzięki temu się obudzi, że coś do niego dotrze? Tyle, że już przecież próbowała tej drogi i ona też niczego im nie dała. Widać była bardzo zagubiona w tym, co się między nimi działo, naprawdę starała się korzystać ze wszystkich możliwych metod, ale one nie pomagały. Wręcz przeciwnie, chyba ich wspólny dół robił się coraz głębszy, czuła, że łatwo się z niego nie wydostaną. Przecież jej na nim zależało, najbardziej na świecie, dlaczego więc tak łatwo przychodziło Yaxleyównie wypluwanie tego wszystkiego? Nie miała pojęcia. To nie był dla niej dobry czas, ale nie powinna się była na nim wyżywać, na wszystkich innych jak najbardziej, ale nie na nim.

- Najwyraźniej niczego nie wiem, ciągle próbujesz mi to przecież udowodnić. - Niby wiedziała, niby miała tego świadomość, ale aktualnie nie do końca mogła sobie ufać, mogła coś nadinterpretować, albo źle zrozumieć, nie zdawała sobie przecież sprawy na czym stali. Jej domysły do tego doprowadzały. Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby od samego początku byli ze sobą zupełnie szczerzy. Słowa świadczyły o jednym, gesty o czymś innym, a było między nimi jeszcze ta nienaturalna więź i przywiązanie, które również wszystko komplikowały.