![]() |
|
[19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? (/showthread.php?tid=4550) Strony:
1
2
|
[19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Robert Albert Crouch - 04.03.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/14/d0/d8/14d0d8a1a540db0fb0ac83b1e22279ea.jpg[/inny avek] Wycieczki do biura aurorów zawsze były dla Roberta potwornie stresujące. Mogłoby się oczywiście wydawać, że powinny być raczej ekscytujące. W końcu uważano tych ludzi za bohaterów, mnóstwo dzieciaków w Hogwarcie marzyło o tym, by zostać jednym z nich. Tyle, że z tą sławą zazwyczaj wiązały się oczekiwania, które w konfrontacji z rzeczywistością zdawały się wzięte... właściwe znikąd. Dotychczas Robert był tam raz i nie miał zbyt dobrych wspomnień. Potraktowano go tam, lekko mówiąc, z buta, a jeszcze dostał ochrzan za to, że jego przełożony nie skompletował dokumentów. Dlatego teraz, niosąc w rękach chwiejącą się niebezpiecznie górę papierów, miał duszę na ramieniu. Przygotowywał się psychicznie na kolejny opierdziel. A myślał, że nauczyciele w Hogwarcie byli surowi! W porównaniu z Ministerstwem wydawali się aniołami. No i nie było jego przyjaciół... Chyba za nimi Robert tęsknił najbardziej. Bez nich nie miał się przed kim wydurniać, musiał być poważny i pilny. Recepcjonistka powiedziała mu, żeby zaniósł dokumenty do funkcjonariusza Bletchleya. Robert nigdy nie miał z nim do czynienia, jednak nie otrzymał żadnych wskazówek, jak go znaleźć. Musiał, więc, prześledzić tabliczki na biurkach. Bletchley, Bletchley... Nie, musiał zagłębić się dalej w przestrzeń między biurkami. A przechodząc, ściągał na siebie krzywe spojrzenia innych aurorów, jakby robił coś złego, po prostu będąc tu i przeszkadzając im w pracy. Może chodziło im też o to, że przychodził tu jako stażysta w dziale Wizengamotu? Wreszcie zobaczył biurko z nazwiskiem Bletchley. Przez pilnowanie, by dokumenty nie spadły, początkowo nie patrzył na aurora. – Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale... – zaciął się, bo wreszcie podniósł głowę i spojrzał na Bletchleya. Gość wyglądał świetnie... Tylko głupiec by temu zaprzeczył. Robert poczuł, że mimowolnie wstrzymał powietrze. Czuł się podobnie wtedy, gdy koledzy zaciągnęli go do mugolskiego kina, by zobaczyć Audrey Hepburn w "Rzymskich wakacjach". Tyle, że wtedy, uwagę Roberta przykuwał raczej Gregory Peck, który stał się natychmiast dla chłopaka ideałem... do którego, rzecz jasna, trzeba było dążyć samemu. Bletchley był właśnie trochę, jak tamten mugolski aktor, tylko miał też w sobie więcej... właśnie, czego? Nieokrzesania? Nie, no, gość był przecież bardzo zadbany. Po chwili Robert domyślił się. Bletchley był jeszcze bardziej kowbojski. Może nie był tak doskonały, jak Peck, ale wciąż... Sprawiał, że Robert przez chwilę znalazł się w sytuacji, w której nie był w stanie wydusić słowa. – Przyniosłem dokumenty, panie Bletchley – odezwał się po chwili, a jego głos brzmiał dziwnie głucho. Policzki za to, zapewne ze wstydu przed postawioną w hierarchii wyżej osobą, płonęły mu rumieńcem. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Julián Bletchley - 05.03.2025 [inny avek]https://i.ibb.co/cSdFzFM9/IMG-7139.jpg[/inny avek] Architektoniczne kuriozum. W taki sposób można by było opisać sterty akt piętrzących się na biurku pana Julka, które lada moment mogłyby runąć i pogrzebać go pod lawiną biurokratycznego chaosu. — Jeśli Halinka znowu przysłała mi dokumenty w sprawie tego cholernego przemytu ogórków, to przysięgam, że osobiście nie zdzierżę — fuknął. Bletchley nawet nie podniósł wzroku znad raportu. Z długiej listy rzeczy, które go tamtego dnia nie interesowały, na pierwszym miejscu była ta nieszczęsna sprawa. — Wizengamot już umorzył postępowanie, nie będę po raz trzeci wertował ustawy karnej tylko po to, aby… I wtedy wreszcie spojrzał, bo ogromna góra dokumentów prawie się zachwiała w rękach osoby stojącej przed nim. Konstrukcja była równie imponująca co niestabilna. Ale no, nie była to ani pani Halinka z recepcji, ani Kevin, którego zwykle wysyłano z dostawą ministerialnej makulatury. To był ktoś nowy. Młody mężczyzna o wyraźnie spiętej postawie przyciskał do siebie stos dokumentów prawie jakby od tego zależało jego życie. Julian zmrużył oczy i przyjrzał mu się z rosnącym zainteresowaniem. Czy przypadkiem nie miał dostać na praktyki jakiegoś świeżaka? Tak, coś mu świtało… Dostrzegł rumieniec. O i masz ci los, jeszcze go zestresował. Auror sięgnął po kubek kawy i upił łyk. W końcu odchylił się w fotelu, rzucił niedbale: — A więc to ty jesteś tym nowym, co ponoć nawija w każdym języku? Doskonale. Bo jeśli mamy się dogadywać, to szybciej pójdzie nam po hiszpańsku. A mamy sporo do roboty, więc jeśli chcesz stąd wyjść przed szesnastą, to siadaj i słuchaj — Julek po prostu zaczął mówić. Po hiszpańsku. Bez żadnego ostrzeżenia. — To twoja pierwsza wizyta w biurze aurorów i nadal stoisz. Więc już lepiej niż ostatni stażysta. Tamten wszedł, spojrzał na mnie i wybiegł. Mówię do ciebie po hiszpańsku, ale pewnie nie masz pojęcia, o czym bredzę co? — zapytał z udawaną niewinnością. — No właśnie, bo sobie tego praktykanta wymyśliłem. Chyba że rzeczywiście rozumiesz, co mówię. Wtedy będę musiał przyznać, że oto nadszedł najlepszy dzień w mojej pracy — jeszcze żeby dobić młodzika, sięgnął do papierowej torby, którą miał obok i położył ją na stosie dokumentów, nie przejmując się, że papiery ledwo się trzymały w pionie. W środku był pistacjowy pączek. — Masz, dla ciebie. Może cukier trochę da ci więcej energii. Wyglądasz jakbyś zaraz miał mi tutaj upaść, młodzieńcze. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Robert Albert Crouch - 07.03.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/14/d0/d8/14d0d8a1a540db0fb0ac83b1e22279ea.jpg[/inny avek] Sytuacja wydawała mu się z lekka abstrakcyjna. Ten auror, którego obecność, nie wiedzieć czemu, odbierała mu mowę, zaczął nawijać po hiszpańsku. Musiał go z kimś pomylić. Robert, choć próbował uczyć się innych języków, kompletnie nie potrafił opanować żadnej obcej gramatyki. Ledwo nauczył się przecież tej ojczystej. Tyle, że był to moment, w którym mógł zaimponować aurorowi. To nagle stało się jego naczelnym celem: sprawić, by Bletchley miał o nim wysokie mniemanie. Może mógł wyczuć to po tonie? Auror wydawał się zadowolony, choć trudno było to stwierdzić, zważywszy na to, że mówił bardzo szybko. Robert nie rozumiał ani słowa, ale może... gdyby udawał, że zrozumiał... Rzut na Charyzmę: [roll=PO] – Si, senior. Gracjas – powiedział z tak karykaturalnie paskudnym akcentem, że chyba obraziłby tym każdą hiszpańskojęzyczną osobę, jaka istniała. I dostałby zakaz wjazdu do Hiszpanii, Meksyku i dużej części Południowej Ameryki. Po chwili zorientował się, że przecenił swoje możliwości.– Przepraszam, próbowałem... Nieważne. Chyba nie wypadało, żeby teraz brał tego pączka, prawda? A może przeciwnie? Powinien go przyjąć i zmyć się w podskokach? Była to wprost żałosna okoliczność. Żenująca dla obu stron. Choć było też coś paradoksalnie ekscytującego w tym, że ten niesamowicie przystojny mężczyzna mógł się na Roberta wkurzyć... Chłopak poczuł jeszcze większy wstyd, gdy to pomyślał. Widział przecież w tym nieznajomym mężczyźnie coś w rodzaju wzorca. Choć paradoksalnie nie wiedział, czy by chciał być właśnie taki, jak on. Uczucie to wydawało się tak skomplikowane, że sam do końca nie umiał go skonceptualizować. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Julián Bletchley - 07.03.2025 [inny avek]https://i.ibb.co/cSdFzFM9/IMG-7139.jpg[/inny avek] Język hiszpański w wykonaniu stojącego przed nim młodzieńca… Nie był w życiu Juliana najgorszą rzeczą, jaką miał okazję usłyszeć. Ale tylko dlatego, że kiedyś przesłuchiwał pewnego Brytyjczyka, który twierdził, że znał hiszpański biegle, a młody mężczyzna co prawda nie kaleczył języka aż tak bardzo, ale nadal wystarczająco, żeby w niektórych kręgach mogło to zostać uznane za akt wojny. — Weź. Może cukier pomoże ci zapomnieć o tym, co właśnie zrobiłeś mojemu rodzimemu językowi — powtórzył już w angielskim i podsunął mu papierową torbę jeszcze bliżej. Julek podparł się na łokciu, spojrzał na niego uważnie. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że to może wcale nie był żaden praktykant. Może chłopak zabłądził, trafił tu przypadkiem. Prawdopobnie w rzeczywistości był jakimś tajnym inspektorem z departamentu kontroli pączków, kto wie? Ostatnio słyszał plotki o planach utworzenia nowych departamentów, biur oraz działów… Westchnął ciężko i przewrócił oczami. — Słuchaj, señor, nie zjadam ludzi. Nie jestem wilkołakiem. Jeszcze. Jak posiedzę w tej robocie trochę dłużej, to niewykluczone, że coś mi zacznie rosnąć, ale póki co spokojnie możesz jeść przy mnie — odparł i sięgnął po własnego pączka, demonstracyjnie wgryzł się w niego na potwierdzenie, że to nie trucizna. — No i daj mi te papiery zanim ci się na łeb zwalą i zabiją cię na miejscu. Byłoby miło, gdybyś przeżył swój pierwszy dzień— wyciągnął rękę po dokumenty, a potem rzucił: — To skąd cię przysłali? — zabrzmiał łagodniej. Właściwie to wciąż nie wiedział, czy chłopak w ogóle był do niego! RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Robert Albert Crouch - 09.03.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/14/d0/d8/14d0d8a1a540db0fb0ac83b1e22279ea.jpg[/inny avek] Wziął pączka od Bletchleya, dziękując uprzejmie, tym razem w swojej rodowitej angielszczyźnie. Może dało się jakoś rozładować sytuację, żeby nie było tak niezręcznie? Robert zorientował się, że najlepszą opcją było pozwolenie na spontaniczny rozwój tego spotkania. Auror nie nastawił się w końcu do niego negatywnie. Nawet, jeśli nie potrafił zupełnie mówić po hiszpańsku. — Z biura Wizengamotu, sir. Jestem tam asystentem — wyjaśnił. — Wiem, że tutaj średnio lubicie osoby z naszego działu. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że jest w tym dużo racji. Nawet się nie podlizywał, by zyskać przychylność Bletchleya. W Wizengamocie rzeczywiście duża część pracowników była okropnie nadęta, szczególnie wśród samych sędziów. Jako asystent, Robert nawet nie bardzo miał prawo się do nich odezwać. Nie odpowiadali na "dzień dobry", patrzyli na niego, jakby był irytującą przeszkodą na ich drodze. A jedyne słowa, które w jego stronę wypowiadali to polecenia typu: "Ty! Idź po kawę". — Właściwie, to też nie jest mój pierwszy dzień. Już wcześniej tu byłem, ale nie zostałem tak wyrozumiale potraktowany. A od pana nawet pączka dostałem — uśmiechnął się. Jednak samego pączka nie miał odwagi porządnie ugryźć. Jedynie skubnął nieco tak, że ledwie poczuł smak. Coś w jego wnętrznościach kotłowało się. Szczególnie, gdy Bletchley wgryzał się w swojego pączka, jakby rzeczywiście był wilkołakiem... Matko — pomyślał Robert, karcąc się w duchu. — O czym ja właściwie myślę? RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Julián Bletchley - 10.03.2025 [inny avek]https://i.ibb.co/cSdFzFM9/IMG-7139.jpg[/inny avek] „Z biura Wizengamotu, sir.” Pączek z pasztecikiem stanął mu w gardle. No jasne, jeszcze tego kurwa brakowało. Przysłali mu jednego z tych młodocianych paragrafiarzy, co to chodzą z aktówkami pod pachą od pierwszego roku prawniczych studiów i pięcioma kodeksami wciśniętymi tak głęboko, że nawet uzdrowiciel na urazówce nie dałby rady po nie sięgnąć. Nie no, co za świetna ekipa, Julek nie miał do tego wątpliwości. Wszyscy w biurze aurorów uwielbiali, kiedy Wizengamot wpadał i oznajmiał, że robota, którą wykonywali miesiącami jednak nie spełniała standardów prawa czarodziejów. — Rzadko kiedy którekolwiek z was stamtąd jest tego świadome — ni to burknął, ni to fuknął. Nie był to przytyk w stronę młodzika, a raczej ogólna refleksja aurora, bo proszę asystent Wizengamotu zachowujący się jak człowiek. Miła odmiana. Powstrzymał się jednakże przed dalszym wygłoszeniem swojego osądu, a to głównie dlatego, że chłopak nie brzmiał jakby sam był przekonany do instytucji, dla której pracował. — Nie ufam ludziom, którzy odmawiają darmowego jedzenia — dodał losowo. Następnie Julek westchnął ponownie tak ciężko, że prawie się sam nad sobą zasmucił. Wyrozumiale potraktowany? Że niby on, jak na dzień dobry wrobił go w rozmowę po hiszpańsku? No nie, to już było smutne. Jakie oni tam w tym prawniczym pierdolniku mieli standardy, że to kwalifikowało się jako wyrozumiałość? — No dobra, to powiedz mi, kto ci się tu tak naraził, że wracasz do nas jakbyś szedł na własną egzekucję? — zapytał. — A i młody, nie musisz mi tu panować. Julian jestem. Możesz tak do mnie mówić. Jeśli chcesz. Bo ciebie zwać mam jak? — i tym samym sięgnął po stos papierów. Co to właśnie było? Papito był zmęczony. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Robert Albert Crouch - 11.03.2025 Robert poczuł lekką zgrozę, gdy dostrzegł, że pączek należący do aurora nadziany był czymś, co przypominało bliżej nieznany wyrób mięsny. Przez to narosła w nim nieufność do pączka, który należał do niego. A co jeśli on też był z pasztetem? A na domiar złego, Bletchley sam wygłosił ten tekst o braku zaufaniu do ludzi, którzy odmawiają jedzenia. Wreszcie chłopak zebrał się na odwagę i ugryzł śmielej podarowaną mu przekąskę. Niemal odetchnął z ulgą, gdy poczuł słodki, pistacjowy smak nadzienia. Żadnego boczku, żadnego mielonego mięsa... Może nie był wegetarianinem, ale wychował się na nieco bardziej... dystyngowanej kuchni. — Nazywam się Robert Crouch — przedstawił się, omijając pytanie o nieprzyjaznych aurorów. Po chwili, jednak, zorientował się, że może Bletchley mógł mu pomóc. — Ostatnio miałem... dość nieprzyjemne spotkanie z Geraldusem Bonesem. Mimo, że przyniosłem mu dokumenty jedynie z powodów moich obowiązków, ochrzanił mnie, że miałem czelność przerwać mu czytanie gazety. Dodam, że zauważyłem, że za kartami Proroka Codziennego ukrywał jakieś kolorowe pisemko. Właściwie tą część z dodatkową gazetką (można było się domyślić, że to wcale nie tygodnik Czarownica, lecz coś bardziej... pikantnego) była zwyczajnym kłamstwem. Robert uznał, że skoro mógł jakoś spowodować, że auror poniesie konsekwencje swojego zachowania, mógł równie dobrze zostać upokorzony. Wiedział, że nie bardzo ktoś mógł przeszukać Bonesowi biurko bez istotnego uzasadnienia, dlatego nie było zbyt dużo szans na zweryfikowanie, czy mówił prawdę. A plotka potrafiła działać cuda. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/14/d0/d8/14d0d8a1a540db0fb0ac83b1e22279ea.jpg[/inny avek] RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Julián Bletchley - 13.03.2025 [inny avek]https://i.ibb.co/cSdFzFM9/IMG-7139.jpg[/inny avek] Młodzik z Crouchów wspomniał o podejrzanej działalności pana Bonesa, akurat w tym samym momencie, kiedy obok przechodziła pani Halinka. A pani Halinka, jak to pani Halinka, miała szósty zmysł do podsłuchiwania rzeczy, których nie powinna. Zatrzymała się na moment tuż za Robertem, otworzyła szerzej oczy, a potem ruszyła przed siebie szybciej niż można by się tego spodziewać po kimś w jej wieku. Tak, najwyraźniej w ten sposób rodziły się plotki. Julian uniósł brew i pośledził starszą kobiecinę wzrokiem. — Pani Halinka to kurwa informacyjny odpowiednik sowy pocztowej na mefedronie. Do końca dnia cały departament będzie wiedział, że Geraldus Bones trzyma na biurku świerszczyki — spojrzał na młodszego mężczyznę z rozbawieniem. Co z tego, że informacja mogła być nieprawdziwa? W tamtym momencie nie miało już to znaczenia. — W tej chwili to już prawda objawiona. A jak znam Bonesa, to nawet jak mu podsuną dowody pod nos i tak będzie się wszystkiego wypierał. Ale nie szkodzi. Teraz każda osoba, która zobaczy go z gazetą, zastanowi się dwa razy, co tam naprawdę czyta — Julek postanowił zamilknąć na dłuższą chwilę. Dla efektu, aby ironia sytuacji osiagnęła szczyt. Wgryzł się w paszteciastego pączka z spokojem. — Crouch co? — powtórzył i spojrzał na młodego uwazniej. — Crouch Crouch czy jakiś dalszy Crouch? Bowiem zdawał sobie sprawę z ciężaru takiego nazwiska jako kolejnego odbicia starych elit w ministerialnym kalejdoskopie. Nie miał nic przeciwko czystokrwistym, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale pewne granice były dla niego nieprzekraczalne. To kwestia mentalności, pomyślał, i tego czy ktoś naprawdę potrafił zostawić za sobą przekonania, które wdeptywały w ziemię tylko dlatego, że nazwisko dobrze brzmiało. Auror zacisnął szczękę, spróbował zgasić swoje uprzedzenia, bo nei na to przecież była pora. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Robert Albert Crouch - 13.03.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/14/d0/d8/14d0d8a1a540db0fb0ac83b1e22279ea.jpg[/inny avek] Uśmiechnął się z satysfakcją. W zemście tkwiła ogromna satysfakcja, nawet można było stwierdzić, że to ona była jej przyczyną, nie jakaś potrzeba wyrównania rachunków. Uczucie pierwotne, tkwiące w jakimś dziwnym hedonizmie. Niemcy nazywali to Schadenfreude. Robert tylko żałował, że nie zobaczy miny starego Bonesa po tym, jak słowa nieważnego statysty z Wizengamotu rozwaliły mu reputację. Na tym polegała moc Crouchów. Zadzieranie z nimi było błędem. Jednak Robert miał na tyle przyzwoitości, by nie upominać Bletchleya o brak szacunku do jego rodziny. Nie był przecież jakimś nadętym Malfoyem pierdolniętym na punkcie własnej arystokratyczności. A i sam miał w szkole przyjaciół półkrwi, a nawet i mugolaków. Byli takimi samymi czarodziejami, jak on. — Crouch z tych Crouchów — wyjaśnił, brzmiąc jednak jak buceria. — Wiem, co pan sobie myśli: dostałem pracę ze względu na rodzinę, owszem. Ale staram się pracować jak najciężej. Właściwie... to robię, nie powiem, by było łatwo. Nie chcę być jednym z tych, który dostał pracę tylko z powodu wszechobecnego nepotyzmu i przez to nie wie, co robi. I... tłumaczę się, prawda? A przecież nikt od niego tego nie oczekiwał. Tyle, że nie chciał, by ludzie myśleli, że był jakiś gorszy przez to, że nie zdobył stanowiska samemu. Zresztą... zdał dobrze egzaminy. Zasłużył na to. RE: [19.10.1954, Robert & Julian] Co ja robię tu? - Julián Bletchley - 14.03.2025 Papito podarował młodemu Crouchowi z tych Crouchów pobłażliwe spojrzenie. Chłopak najwyraźniej nie był świadomy tego, że w ministerstwie nikogo to raczej nie obchodziło. W większości przypadkach liczyło się, kto miał jakie plecy. — Ano — przytaknął, bo dziecina rzeczywiście nieco się tłumaczyła, ale nie było to znowu jakaś najgorsza rzecz. — Nikt tu nie da ci medalu za starania. Nikogo nie obchodzi, czy zapierdalasz dwa razy więcej niż inni. Ludzie będą patrzeć na twoje nazwisko i to będzie dla nich cała historia — wygodna. Prosta. Właściwie sam złapał się przecież przed chwilą nad tym, że był gotów chłopaka zaszufladkować. Auror podejrzewał, że problem z nepotyzmem polegał na czymś innym. Nawet jeśli ktoś faktycznie zasłużył na dane stanowisko, to i tak zawsze znalazłby się ktoś, kto by się z tym nie zgodził. — A ja, Crouch, mam tę przewagę, że to wszystko mi zwisa, serio. Nie interesuje mnie, jak bardzo próbujesz udowodnić swoją wartość. Jeśli robisz swoją robotę i nie jesteś kompletnym kretynem, to mnie to wystarczy. Więc możesz sobie darować te przemówienia o ciężkiej pracy, bo nie jestem twoim szefem ani twoją matką — odparł. Jednakże młody Robert miał w sobie coś, co mu się szczególnie spodobało: zdolność strategicznego przypierdolenia się do ludzi. Ta cała akcja z Bonesem? To było podłe, manipulacyjne i bezczelne. I bardzo skuteczne. Ale jakie korzyści by sam Julek miał z takiego myślenia? No kurwa żadne. Na ile nawet szczerze doceniał próbę wytłumaczenia się, i tak by nie pisnął ani słowa. Jeszcze godność miał. — Jeśli chcesz być kimś więcej niż tylko tym Crouchem, który załapał się na fuchę, musisz nauczyć się jeszcze jednej rzeczy. Nie przepraszać. Nie tłumaczyć się. Bo jeśli dasz ludziom powód, żeby w ciebie wątpili, to nie będą się zastanawiać, czy masz rację i po prostu uwierzą, że jesteś słaby. [inny avek]https://i.ibb.co/cSdFzFM9/IMG-7139.jpg[/inny avek] |