![]() |
|
18.11.1970 | Nastał Czas Ciemności - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: 18.11.1970 | Nastał Czas Ciemności (/showthread.php?tid=4575) |
18.11.1970 | Nastał Czas Ciemności - Anthony Ian Borgin - 11.03.2025 Anthony siedział w pustym już gabinecie, który dzielił z dwoma współpracownikami i trzymał w ręku nową gazetę, przyglądając się zdjęciu widniejącemu na okładce. Czy sądził, że mu się uda? Tak. Zaskoczony był tylko, jak szybko Voldemort zdołał osiągnąć cele, o których mówił. Rodzina Borgin wspierała go od samego początku i nie miał nic do powiedzenia, bo zarówno Stanley, jak i sam dziadek chcieli walczyć o lepsze dla osób czystego urodzenia czasy. Musiał to zaakceptować. Starał się nie myśleć o Brennie i tym, jaka mogła być jej dzisiejsza reakcja na wiadomości. I o tym, że teraz to w ogóle na niego spojrzy z niczym, poza pogardą. Zerknął na zegar w momencie, w którym wskazówka pokazała godzinę osiemnastą. Znów robił nadgodziny — nie tylko dlatego, że chciał jak najszybciej awansować i piąć się w hierarchii, uzyskując własny gabinet i miano komornika, ale też przez to, że miał do wykonania pracę, którą zleciła mu organizacja. Przesunął palcami po włosach, dopił zimną już kawę z kubka i wstał, chcąc upewnić się, że drzwi były zamknięte. Zrzucił marynarkę, przewieszając ją na oparciu wygodnego krzesła, a następnie wyjął z dolnych szuflad biurka kilka teczek, rzucając je niedbale na uporządkowane biurko. Twarz z gazety wciąż na niego patrzyła, jakby Mistrz sprawdzał, czy godnie wykonywał obowiązki. Nigdy nie był czarodziejem stworzonym do walki wprost, ale miał inne talenty. Przypominał lisa. Był doskonałym fałszerzem, jeszcze lepiej radził sobie z inwestowaniem i pozyskiwaniem galeonów, a do tego wszystko miał dobry wygląd, był czystej krwi i jak każdy Borgin, był po prostu lojalny, jeśli do czegoś się zobowiązał. O hipnozie wciąż jeszcze nie wspomniał, ale miał nieodparte wrażenie, że Voldemort i tak o tym już wiedział — od momentu, w którym ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą. Pierwszy raz spotkał się z czymś takim, uczuciem, jakby mężczyzna przejrzał jego duszę i całe jestestwo, dowiedział się o nim absolutnie wszystkiego. Jakby nie mógł mieć przed nim tajemnic. Towarzysząca mu aura była silna, dominująca i czarna — na swój sposób odbierająca oddech, nieznosząca sprzeciwu. Trochę straszna. Mroczny znak nie mógł czekać, co trochę utrudniało mu życie. Nie mógł się przyzwyczaić do noszenia go na skórze, chociaż miał już inne tatuaże. Przyszedł czas zmian do Ministerstwa, na szali była jego cała przyszłość — przed nim było spotkanie z Ministrem, Aurorzy mieli sprawdzać każdego i z pewnością nie byliby zachwyceni, gdyby znak znaleźli. Musiał jednak ufać temu, że zamaskowany był prawidłowo lub po prostu nie będą go szukać, bo na dobrą sprawę, dopiero wszystko miało się zacząć. Od sukcesu tego spotkania zależała jego podwyżka, a zarówno jemu, jak i Voldemortowi było na rękę mieć kogoś wysoko postawionego w Departamencie Skarbu. Brunet usiadł i otworzył teczkę, przeglądając tabelki pełne kwot pozyskanych od dłużników, jak i w formie darowizn. Ze stosu wyglądały również raporty, na których złożył już doskonale podrobione podpisy innych pracowników, a które miały pomóc osobom zaangażowanym w sprawę wojny. Miał w szufladzie pieczątki ludzi z całego ministerstwa, a wprawiona dłoń umiała odtworzyć w sposób niemożliwy do odróżnienia sygnatury osób, które widział. Wystarczyło kilka powtórzeń, dostrzeżenie charakterystycznych ułożeń literek lub skosów, raptem jeden wieczór i mógł żonglować dokumentami, wizami, ubezpieczeniami, inwestycjami i księgami podatkowymi tak, jak Voldemortowi było to na rękę. Tego wieczora korzystał z siedzącego po jego lewej stronie Christophera, nieco starszego mężczyzny pół krwi o flegmatycznym usposobieniu. Wyjął pióro, rozgrzewając się minutę lub dwie na czystym pergaminie, a potem gdy kolejny raz przemknął spojrzeniem po tabelce, poprawił kwoty, wpisał odpowiednie daty i złożył podpis. I tak przez następną godzinę, przekładając kolejne papiery z teczki na właściwy stos, aby potem podłożyć je w odpowiednie segregatory lub foldery, pochowane w głębokich, szarych szufladach. Westchnął, odkładając pióro i przetarł dłonie, przyglądając się schnącemu leniwie atramentowi. Nigdy nie miał wyrzutów sumienia, jeśli chodziło o pieniądze. Raz ich było dużo, drugim razem ich brakło i właściwie całe życie polegało na wzbogacaniu się i traceniu tego, co się miało, a poza śmiercią, pewne były tylko podatki. Jeśli można było zmienić świat z ich pomocą, to było warto, a Riddle właśnie do tego potrzebował tych wpływów i darowizn, które mu Anthony zapewnił. Udało mu się też pozyskać kilka obiektów — domów, czy nawet stary zakład fryzjerki lub magazyn w dokach z licytacji komorniczych, lub w formie darowizny, którą zdobywał za pomocą hipnozy od ludzi, którzy nie mieli żadnej przyszłości. Byli sami, chorzy, przed śmiercią. Starał się wybierać lokacje odpowiednio rozsiane, obejmujące cały Londyn oraz jego przedmieścia, ale na oku również miał niewielką posiadłość oddaloną godzinę drogi od stolicy, która mogłaby okazać się przydatna, gdy nadejdą trudne czasy. Taką, którą można byłoby przepisać na typowego słupa — nieświadomego nieszczęśnika, który nie miałby o tym pojęcia, a jednak płaciłby za to podatki. Ryzykowne było dawanie dobór materialnych bezpośrednio na ludzi wybranych przez Mistrza. Nagłe wzbogacenia się mogły wzbudzić podejrzenia, zachęcić pracowników departamentu aurorów do bliższego przyjrzenia się aktom i rodom, które wcale tego nie potrzebowały. Zanurzył końcówkę w atramencie i przewrócił stronę notesu, dopisując kolejne adresy, kwoty oraz wrzucając złożone karteczki z kodami, którymi oznaczał sobie, jak znaleźć dokumenty, których akurat potrzebował. Każda dzielnica miała inną liczbę początkową, a każda przekazana kwota inną literkę przy tytule. Musiał trzymać to wszystko w kupie, zorganizowane tak, aby się nie pogubić. Kolejny raz spojrzał na zegar i wstał, przeciągając się. Złapał jeden ze stosów papierów i skierował się biurka kolegi, korzystając z dorobionego kilka tygodni wcześniej kluczyka, o którym oczywiście nikt inny nie miał pojęcia. Otworzył szufladę, wyjmując teczki i przysiadł na krawędzi blatu, przeczesując je w poszukiwaniu pergaminów, które musiał podmienić. Te niekorzystne dla organizacji niszczył, podkładając te, które były dobre. Pismo Chrisa było niechlujne, jak jego pochodzenie i nie mógł powstrzymać wywrócenia oczami na widok kilku plamek po kawie znajdujących się na krawędzi folderu. Ktoś taki pracujący w departamencie skarbu nie mógł dojść daleko, tego był pewien. Upewnił się, że wszystko odłożył we właściwy sposób. Krzesła nie ruszał, więc było dokładnie w tej samej pozycji, co współpracownik je zostawił. Zgniótł dokumenty, wrzucając kulki do swojej torby, aby spalić je gdzieś w posiadłości Borginów lub w swoim mieszkaniu. Przyglądał się chwilę zgniecionym papierom, kolejny raz powtarzając w głowie to, co zrobił i uśmiechnął się pod nosem. Akurat o taką robotę mógł być spokojny. Czy nie tak działała wojna? Czy nie zmieniała w pył marzeń ludzi, gdy Ci silniejsi byli płomieniem? Voldemort chciał być iskrą rewolucji, przywrócić świat do starego porządku, wygłaszając monologi o tym, że przez plątanie się z osobami niegodnymi, ich magiczna moc oraz potencjał osłabły. Miał rację, z tym że czarodzieje chowali się niczym szczury przed mugolami, jakby musieli się wstydzić tego, że byli silniejsi i w ten sposób chcieli ich chronić. Jaki wyższy gatunek pozwala sobie na takie traktowanie? Na wygnanie w cień? Minister rozmawiał z Ministrem niemagicznych i tylko, być może też ta ich Królowa wiedzieli o magii w otaczającym ich świecie. O magicznym Londynie. Czym mogli im grozić, że trzymano to wszystko w ryzach? Tego akurat młody Borgin nigdy nie mógł zrozumieć, co więcej, uważał to po prostu za niesprawiedliwe. Zawsze miał problem z podporządkowaniem się i zasadami, Stasiek trzymał go w ryzach i troska o młodsze rodzeństwo, bo nie chciał, aby oni musieli znosić to, co znosił on. Poczuł jedną z blizn przecinającą plecy i pokręcił głową, chcąc odgonić myśl o ojcu niczym natrętną muchę — chociaż on też popierał to, o czym mówił czarnoksiężnik, tylko że własnego syna wrzucał do worka osób niegodnych. Takich, które powinny usługiwać szanującym się czarodziejom. Sam Antek nie potrzebował akurat usługiwania, głównie przez upór i olbrzymią niezależność, ale zdawał sobie sprawę i zawsze mu powtarzano, że był lepszy. Jego krew nie była zbrukana, jego ród nie miał wątpliwych znajomych i nie zapraszał mugoli do magicznego społeczeństwa. Nie było ich wielu wśród czarodziejów, bo niegdyś również to tępiono. Magiczni trzymali się swoich, pokazywali osobom bez mocy, gdzie było ich miejsce. Panował inny porządek. A teraz? Teraz był czas pokoju, równowagi i równouprawnienia. Czas wolności i akceptacji, których celem było posłanie ich wszystkich tradycji i wierzeń do diabła. I z tym nie mógł się pogodzić. Zawsze pilnowali swojego dziedzictwa, chronili je, a obecny Minister i młode pokolenia, które dopiero co kończyły Hogwart, chciały to wszystko zmienić i zaprzepaścić. W imię czego? Słabości. Słabość była czymś złym, niechcianym. Skazą. Zupełnie jak on. Voldemort nie patrzył na niego w sposób, w który przypuszczał, że spojrzy. Nie patrzył jak ojciec. Nie miał pojęcia, co mężczyzna w nim dostrzegł i jakie miał względem niego plany, ale go zaakceptował razem z tymi nietypowymi talentami, które miał. Nigdy nie był dobry w rozumieniu i określaniu emocji, czuł je niezwykle intensywnie i teraz mógł po prostu przyznać, że był poniekąd wdzięczny. Dlatego chciał się postarać. Wrócił do biurka i sprzątnął blat, chowając w szufladzie pustą teczkę po tym, co podmienił koledze. Dziennik wsunął do kieszeni marynarki, nigdy by go nie zostawił w Ministerstwie. Folder, który został, należał do niego i zawierał jego aktualną pracę, którą musiał przejrzeć, aby upewnić się, czy nie było tam nic, co byłoby dla nich dobre. Przydatne. Nie był w tym sam — miał Lou, miał Staśka, miał Rudiego i nawet przewinął się mu Rookwood, drugi brat Borgina seniora. Oni wszyscy poza Atreusem wybrali drogę — lub też zostali zmuszeni do wybrania drogi, która prowadzić miała znów do wielkości. Przysiadł na krześle, znów łapiąc w dłonie gazetę. Nie czytał artykułu, przyglądał się jedynie twarzy mężczyzny i jego ciemnym oczom. Jeszcze rano weszło słońce, teraz miał nastać czas ciemności. Tylko ilu z nich przeżyje do następnego wschodu słońca? Nie sądził, że to będzie on. Palce zacisnęły mu się na papierze i uśmiechnął się łobuzersko, czując nagły przypływ adrenaliny. Koniec sesji
|