Secrets of London
[08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine (/showthread.php?tid=4584)

Strony: 1 2 3


[08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.03.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972 południe, mieszkanie przy Horyzontalnej
[inny avek]https://images3.imgbox.com/2a/b0/hUCRCqM4_o.png[/inny avek]
Nie miał zielonego pojęcia, o której godzinie obudził się ze swojej podyżurowej drzemki, ale nie było jeszcze wyjątkowo późno. Prawdopodobnie mogło być około południa, może chwilę po dwunastej. Słońce nadal znajdowało się stosunkowo wysoko na nieboskłonie, ale jego jasne promienie nie przebijały się już przez osłonę z coraz ciemniejszych chmur. Niebo za oknem było wręcz stalowoszare. Trudno byłoby dopatrywać się na nim choćby nawet niewielkiego przebłysku błękitu czy ani odrobiny mlecznej bieli.
Nadciągała burza. Jeszcze nie błyskało, ale to była tylko kwestia czasu. Dało się to wyczuć w powietrzu. W podmuchach wiatru poruszających tymi wyjątkowo wstrętnymi firankami w kuchennym oknie, których Ambroise jeszcze nie miał okazji ściągnąć.
Charakterystyczny zapach, gęsia skórka na przedramionach, włoski stające dęba na karku i specyficzna aura nie do pomylenia świadczyły o tym, że już wkrótce miała rozpętać się wichura z piorunami. Gdyby tylko ktokolwiek z nich zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę miało ogarnąć Londyn już zaledwie za kilka godzin...
...ale tak nie było. Ze wszystkich wyjątkowych zdolności, które Ambroise mógł odziedziczyć po wyśmienitym rodzie matki, niestety nie był prekognitą. A może raczej stety? Czasami lepiej było nie wiedzieć, co los ma w zanadrzu, aby móc tak po prostu cieszyć się bieżącą chwilą.
Zaś on bez wątpienia był teraz całkiem szczęśliwy. Zdecydowanie czuł się znacznie lepiej niż jeszcze poprzedniego wieczoru, gdy rozstawał się z Geraldine, wychodząc do pracy. Mając z tyłu głowy myśl o tym, że to najprawdopodobniej oznaczało rozpoczęcie wdrażania powolnego procesu rozchodzenia się każde w swoją stronę.
W końcu przeciągali to już od tygodnia. Coraz bardziej się gubili, miotali, motali. Nie mogli trwać obok siebie przez kolejne dni, łudząc się, że cokolwiek z tego będzie a jednocześnie raz po raz powtarzając sobie nawzajem, że powinni się rozstać...
...prawda?
Prawda?
Otóż bujda, bowiem wystarczyło zaledwie kilka godzin, żeby znowu znaleźli się tuż obok siebie, obejmując się nawzajem ramionami i prowadząc pierwszą z wielu rozmów. Tę zadziwiająco spokojną. Wtedy jeszcze całkiem przyjemną. Później było wyłącznie coraz gorzej.
W przeciągu zaledwie dwunastu godzin, może nawet mniej, padło między nimi naprawdę dużo słów. Mało kto byłby w stanie poradzić sobie z intensywnością tych wszystkich dyskusji. Zajebiście spokojnych, pozbawionych krzyków, ale jednocześnie uderzających w bardzo niskie tony.
Co dopiero mówić o wyjściu z nich nie tylko obronną ręką, ale także wspólnie. Pierwszy raz od praktycznie dwóch lat mając całkowitą jasność: chcieli być obok siebie. Ze sobą. Wrócić nie do tego, co mieli przed laty, bo to już nie było możliwe, ale do siebie nawzajem. Zbudować życie na nowo.
Nie spróbować ponownie. To nie miała być jedynie próba. Ze strony Ambroisa była to niewypowiedziana deklaracja. Znacznie bardziej zdecydowana niż kiedykolwiek. Tym razem nie zamierzał spierdolić sprawy.
To było naprawdę parszywe półtora roku. Zarówno dla niego, jak i dla jego dziewczyny. Teraz już na powrót oficjalnej. Jego kobiety. Te słowa brzmiały naprawdę dobrze. Zwłaszcza w jego głowie, gdy przebudził się z drzemki, odnajdując się u jej boku w sypialni, którą dzielili przed laty. Kiedyś to był jego dom, to było jego miejsce, jego mieszkanie. Teraz sytuacja nadal była skomplikowana, ale chyba powoli zmierzała ku dobremu.
Wszystko, co mogło pójść źle prawdopodobnie co najmniej zboczyło w tym kierunku. Nie potrzebował za bardzo tego analizować, aby zdawać sobie sprawę z tego, że jego decyzja o odejściu dla dobra Riny w istocie nie przyniosła niczego dobrego. To było całkowicie bezsensowne poświęcenie, nawet jeśli w dalszym ciągu nie chciał patrzeć na to w tych kategoriach.
Może jeszcze nie mieli okazji prowadzić głębszych rozmów na temat tego, w jaki sposób miało wyglądać ich wspólne życie. Co powinni zmienić, dostosować, zrobić, aby rzeczywiście odbudować ich bezpieczną przystań. Zostawili to na trochę później, wracając do domu ze spaceru z psami i dając się ponieść chwili.
Byli zajęci zdecydowanie bardziej satysfakcjonującymi czynnościami. Takimi nie wymagającymi zbyt wielu dialogów. Pierwszy raz od naprawdę wielu miesięcy spędzili ze sobą prawdziwie błogie chwile, zasypiając w swoich ramionach. A gdy obudził się, jak zwykle jako pierwszy, tuż obok Geraldine, jakoś wyjątkowo nie spieszył się do tego, żeby wstać.
Jeszcze przez pewien czas leżał w łóżku tuż obok niej, zanim pocałował dziewczynę w czubek głowy, okrywając ją kołdrą i wymykając się z sypialni. Rano po powrocie z Munga nie zdążył wziąć prysznica, teraz zamierzał to nadrobić. Mimo wszystko, nie lubił mieć świadomości, że pachnie tymi wszystkimi powszechnie wykorzystywanymi eliksirami albo środkami do dezynfekcji. Niby miał świadomość, że i tak nie dało się tego uniknąć. Gdzieś tam zawsze trochę dawał szpitalem. Dawno temu trwale przesiąknął wonią medykamentów, której sam nie czuł, ale Geraldine już bez wątpienia tak. Nie zwracała mu na to uwagi, jednak był tego całkowicie świadomy.
Na tyle, że tego dnia wziął wyjątkowo dokładny prysznic. Jeden z gatunku tych, które przestał brać praktycznie dwa lata temu. Bardzo długi jak na niego, metodyczny, mający zapewnić, że zdecydowanie nie śmierdziałby już eliksirem wiggenowym albo szkiele-wzro. Miał na to czas, bo nie spieszył się na kolejny dyżur. Rina jeszcze nie wstała, więc mógł swobodnie umyć się i zacząć przygotowywać późne śniadanie (czy tam wczesny obiad).
Tak jak to obiecał: bekon. Naprawdę dużo bekonu, jajek, puszystych placuszków zamiast tostów czy zwykłego chleba. Do tego trochę warzyw, bo mimo wszystko zamierzał wrócić do przemycania ich w posiłkach.
Kręcił się boso po kuchni, gwiżdżąc pod nosem niedawno zasłyszaną melodię. Z mokrymi włosami luźno puszczonymi na ramiona i na plecy, praktycznie niemal w całkowitym negliżu, bo przecież to było jego terytorium, tak? Nie zamierzał kłopotać się powrotem do sypialni, aby założyć na siebie coś więcej niż bokserki i nieco przykrótki (bo nie swój) kuchenny fartuszek. Te pierwsze zgarnął wychodząc z pokoju. Raczej odruchowo niż celowo, bo zupełnie zapomniał o tym, że nie mieszkali już sami. Drugi znalazł na wieszaku obok paleniska. Najpewniej należał do niesławnej Kimi, która rozpierdoliła mu jego perfekcyjny układ pomieszczenia. Toteż Roise raczej nie miał problemu z rozciągnięciem pasków jej fartuszka. I tak nie byli kwita.
Nie chciał budzić Geraldine przed posiłkiem. Zamiast tego zajął się przygotowywaniem wszystkiego na tip top. W końcu zamierzał się wykazać...


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 16.03.2025

Żywy trup? Taaa… Jeśli wcześniej śmiałem posądzać siebie o bycie chodzącym nieumarłym, to teraz… teraz mogłem sobie swobodnie pluć w brodę. Teraz byłem prawdziwym trupem. Nie myślało mi się. Nie czuło mi się. Wszystko we mnie było otępiałe, rozmazane jak farba rozpuszczona w brudnej wodzie.
Nie mogłem wyklarować żadnej myśli, nie mogłem zmusić umysłu do czegokolwiek, więc wstałem. Machinalnie. Z rozpędu. Jakbym nie miał nic do powiedzenia w sprawie tego, co robi moje własne ciało. Nie było mnie.
Stanąłem i poczułem na swoich barkach ciężar tych wszystkich nocy. A właściwie – przespanych dni i nocy, które nie przynosiły niczego poza kolejną dawką nicości.
Żaden z tych snów nie był regenerujący. Ten ostatni również nie, chociaż odpływałem najedzony. Najedzony, a jednak… byłem pusty. Wewnątrz jakby rozległa dziura, ziejąca, czekająca, żądna…
Czy dziś miało być znowu tak samo? Przebieżka po domu, zakręcenie się, by chwycić kolejną fiolkę, i powrót do obrazów podsyłanych mi prosto z mojej podświadomości. Koszmar. Codziennie ten sam. Mord? Przeze mnie? Czy na mnie? Już było mi wszystko jedno, kto umrze. Po prostu umrze.
Śniłem dziś o Geraldine. Było w tym śnie za dużo Geraldine. Nasza rozmowa, która jednak nie kończyła się moją i jej kapitulacją, tylko… KRWIĄ. Smakiem jej krwi na moim języku. Obrzydliwie, obezwładniająco słodkim. Dającym poczucie rozkwitającego życia.
Ugh.
Aż przeszedł mnie dreszcz na tę myśl, chociaż przecież jadłem… wczoraj. Ale ta myśl nie utrzymała się długo, bo myślenie w ogóle szło mi dzisiaj ciężko. Jakby ktoś zatopił mnie w żywicy, spowolnił każdy ruch, każde słowo, każdy impuls w moim mózgu. Może faktycznie pływałem w żywicy?
Z trudem skupiałem się na czymkolwiek – przynajmniej dopóki mój wzrok nie padł na czyjś tył.
Męski. Nagi.
I już w tym momencie wiedziałem, że dzień właśnie stał się jeszcze gorszy.
To był Ambroise.
Kurwa.
Ambroise.
Były facet mojej siostry. Aktualny facet mojej siostry? Obiekt jej jebanego uwielbienia.
Był tu. Stał. Półnagi.
Półnagi w MOIM polu widzenia. Na Merlina, czy on, do kurwy nędzy, musiał świecić mięśniami w naszej kuchni?!
- Co ty tu, do cholery, robisz?! - Może chciałem zabrzmieć ostro, ale bardziej przypominało to zbulwersowane mruczenie niż pewne podniesienie głosu.
Czyli może wcale nie rozbudziłem się tak mocno, jak sądziłem?! Albo po prostu miałem problem z uszami.
- Geraldine wie…? — zapytałem, rozglądając się za nią. Może jednak się nie zeszli? Miałem przeogromną nadzieję. Nie chciałem, żeby znowu przez niego cierpiała.
Przetarłem twarz i powstrzymałem mdłości. Może bardziej wyimaginowane niż faktyczne, ale jednak widocznie się skrzywiłem.
Serio? Mógłby się z łaski swojej ubrać. CZY TO JEST JAKIŚ RYTUAŁ, ŻE MUSI PRZY MNIE ŁAZIĆ PÓŁNAGO?! Miałem już wystarczająco zjebane poranki. O ile w ogóle można było to nazwać porankiem.
Odwróciłem wzrok i wbiłem go w okno. KTO, DO CHOLERY, JE ODSŁONIŁ?! Chociaż… i tak było pochmurno. Trochę światła mi nie zaszkodzi…?
O ile żywy trup nie miał wyglądać przy dziennym świetle jeszcze bardziej jak trup.


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.03.2025

[inny avek]https://images3.imgbox.com/2a/b0/hUCRCqM4_o.png[/inny avek]
Prawdę mówiąc zapomniał o tym, że nie są tu już całkowicie sami. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, czyj słodki głosik dotrze do jego uszu od strony wejścia do kuchni. Niby nie drgnął na jego dźwięk, ale jednocześnie mimowolnie wykrzywił kącik ust w niezbyt zadowolonym grymasie, stojąc tyłem do drzwi.
A. No tak. Astaroth.
Przynajmniej zatrzymał się w pewnej odległości od niego i nie postanowił klepnąć go w dupę, czego Ambroise (w pierwszej chwili, później wyczuł obcą obecność) spodziewał się po kimś wchodzącym do kuchni. Brat Geraldine odezwał się przy tym na tyle szybko, że Roise nie zdążył skierować ku niemu żadnego niewybrednego komentarza. Takiego ze swojego zwyczajowego repertuaru mogącego zgorszyć Yaxleya jeszcze bardziej niż kawałek pleców i krągłe męskie poślady. Wtedy dopiero byłoby niezręcznie.
Astarothowi. Nikomu innemu.
- Śniadanie - odpowiedział tak prosto i bez zająknięcia jak tylko mógł, jednocześnie nawet nie kłopocząc się tym, żeby spojrzeć przez ramię na rozmówcę - tak właściwie to już pewnie wczesny obiad - poprawił się niemalże odruchowo.
W dalszym ciągu tym samym raczej swobodnym tonem. Lekkim i nieskrępowanym. Niespecjalnie poruszonym faktem, że ktoś... ...no... ...niezupełnie ktoś, bo drugi z oficjalnych domowników przyłapał go na smażeniu bekonu i placków w kuchni, która nomen omen należała do niego przez jakąś jedną czwartą życia Astarotha. Jedną czwartą z kawałkiem, bo dzieciak nie miał już dwudziestu lat, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Nie Ambroise.
Roisa w ogóle niespecjalnie cokolwiek obecnie ruszało. Miał naprawdę dobry humor. Lepszy niż jakiegokolwiek innego dnia przez te wszystkie ostatnie tygodnie. Nie była mu go w stanie popsuć nawet ta raczej nieoczekiwana interakcja (choć w gruncie rzeczy chyba powinien się tego spodziewać?), do której podszedł zdecydowanie luźniej niż ostatnim niechlubnym razem.
- O? - Tym razem łypnął w stronę Yaxleya, taksując go wzrokiem.
Spojrzał na niego od góry do dołu, całe szczęście nie napotykając nazbyt niechcianego widoku. Łowcy bywali...
...specyficzni. Dostatecznie dobrze zdał sobie z tego sprawę podczas swojego pierwszego weekendowego pobytu w Snowdonii jako chłopak Geraldine. Już przed laty miał okazję przejść nieoczekiwany chrzest bojowy, wychodząc na teścia, który (w przeciwieństwie do niego teraz) nie miał na sobie spodni od piżamy, bokserek ani nawet slipów.
Natknął się na niego w korytarzu w skrzydle domu, do którego Gerard nie miał powodu zawędrować. I pewnie zresztą najstarszego Yaxleya wcale by tam nie było, gdyby nie fakt, że najzwyczajniej w świecie lunatykował, robiąc cholernie dużo hałasu. Jeszcze więcej niż Ambroise swoimi patelniami. A warto dodać, że nie był wyjątkowo cicho, choć bez wątpienia starał się nikogo nie obudzić.
Zajęty i dający ogarnąć się wrażeniu, że był w miejscu, w którym może sobie na to pozwolić, po prostu nie do końca zwracał uwagę na otoczenie. Błąd. Prawdopodobnie nie powinien bagatelizować faktu, że to już nie jest wyłącznie mieszkanie ich dwojga. On tu już nawet w ogóle nie mieszkał. Jeden z pokojów, które przed laty pozostawały wolne teraz zajmowała osoba, co do której Greengrass miał dwojakie odczucia. Z jednej strony kiedyś lubił małolata. Z drugiej zaś już raz niemal został przez niego wyssany.
Trzecia strona poniekąd też była?
Interakcja w związku z wyprawą na Ścieżki nie pasowała ani do ich wcześniejszych stosunków sprzed czasów, gdy Astaroth został wampirem. Ani do tego nieszczęsnego wieczoru pod koniec czerwca, gdy Ambroise odstawił pijaną Geraldine do domu. Wtedy w bardzo szarmancki sposób (do czasu) nie mając żadnych innych intencji niż zadbanie, aby znalazła się bezpiecznie w swoim łóżku.
Tego dnia sam też się z niego podniósł. Wyplątał się z wymiętej pościeli, ziewnął raz czy dwa, potargał sobie włosy ręką, ponownie wydobył z ust bardzo głośne ziewnięcie i poniekąd odstawił Gerarda Yaxleya w pełnej krasie. Na szczęście dla młodszego potomka wspomnianego rodu, wyłącznie w drodze pod prysznic do pobliskiej łazienki. Wtedy nawet przez myśl mu nie przeszło, że nie powinien tego robić, bo nie są tu całkowicie sami.
Prawdę mówiąc, teraz też nie czuł jakiegokolwiek skrępowania. Założone bokserki i fartuszek po dziewczynie Astarotha najdroższej, najlepszej przyjaciółce brata Geraldine nie miały z tym wiele wspólnego. Prawdę mówiąc, prawdopodobnie nie odczuwałby zażenowania nawet wtedy, gdyby świecił gołą dupą i całkiem opalonymi pośladkami (nie jak dwa księżyce w pełni, co było raczej wymowne w kontekście tego, że musiał jakoś opalać swój czcigodny zad).
Tak czy inaczej, nie odczuwał skrępowania. Nie czuł go również wtedy w Snowdonii. Był uzdrowicielem. Nie był pruderyjny. Nie mógł być. Nie w tym zawodzie, nie prowadząc także prywatną praktykę po domach naprawdę przeróżnych osób. Przy okazji nie dało się ukryć faktu, że i bez tego prawdopodobnie w dalszym ciągu byłby jaki był: cholernie bezpruderyjny.
Tak. Robił śniadanie nie nosząc spodni. Nie. Przecież nie robił tego całkowicie na waleta. Jakiś problem? Nie widział żadnych.
Choć może?...
...może widział? Całkiem duży, prawie dwumetrowy, gapiący się na niego tak, jakby właśnie zobaczył coś naprawdę niesmacznego. A to był tylko talerz placków, sterta bekonu i kawałek pośladka okrytego czarną bawełną. Grubą, dobrej jakości, zdecydowanie nie prześwitującą. No litości.
- Geraldine śpi. Pewnie niedługo wstanie - zdecydował się dopowiedzieć, jednocześnie obracając głowę z powrotem w kierunku patelni.
Nie chciał spalić ostatnich porcji jedzenia. W końcu miał jeszcze jedną dodatkową gębę do łaskawego obsłużenia, tak?
Nie? Być może?
Za chuja nie znał się na wampirach.


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 16.03.2025

Zamiast poczuwać się za intruza, Ambroise po prostu był – spokojnie odpowiadał, jak gdyby nigdy nic, i sobie smażył, a co! Bo to było całkowicie normalne, szczególnie w tym fartuszku, w którym zawsze robiła kuchennego bałaganu Kimi, bo była śmieszna, roztrzepana, ale też pogodna i urocza. A teraz jej nie było. Czułem, że to przez mnie, choć zapierała się, że to jej matka i jej specyficzna rodzina.
Ambroise rozdrapywał kolejne rany. Nieświadomie albo świadomie. Przynajmniej nie niósł sobą na kilometr zapachu czosnku i innego badziewia... Jeszcze tego brakowało, by zostawił to w moim i Geraldine mieszkaniu. Nie życzyłbym sobie tego, niezależnie od tego, ile byłem mu winien i co obiecałem.
Oby wstała szybko, bo inaczej nie zdążysz zjeść tego obiadu – stwierdziłem z lekką – albo cięższą? – groźbą, chociaż wcale nie byłem głodny. Bardziej irytował mnie fakt, że olewczo odwracał się do mnie plecami, chociaż doskonale wiedział, z własnego doświadczenia, na co było mnie stać. I POZA TYM BYŁ NIEPROSZONY W NASZEJ KUCHNI. Było co prawda południe… Chyba, ale to i tak wydawało się być nie na miejscu. Zresztą, dla mnie to był poranek. Chore to było.
Jebnąłem ręką we framugę drzwi, a spomiędzy warg wydobyło mi się coś w stylu wściekłego syknięcia… Nie przepadałem za tymi zwierzęcymi odruchami – inaczej nie potrafiłem ich nazwać. Były dzikie i pierwotne.
Tak, i teraz niech mi ktoś powie, że wampiry miały prawo żyć.
Przełknąłem ślinę, nie spuszczając wzroku z Ambroise’a. Z tyłu głowy, oczywiście z opóźnieniem, zaświtało mi, że raczej powinienem być dla niego miły, bo miał dostęp do medykamentów. Było jednak za późno? Czy może nie...?
Wiesz może... czy Geraldine robiła jakieś zakupy, wracając do domu? – zapytałem delikatnie, zmieniając jednak taktykę. Mówiło się nuż widelec, no nie? Nie podobało mi się, że naruszył mój teren bez zapowiedzi i jeszcze olewczo traktował moje wzburzenie, ale… wyższe sprawy, priorytety, inne takie.
Ech, niechybnie zwariowałem, skoro zamierzałem się kajać przed taką mendą. Wolałem starego Ambroise’a od tego fleta.
A może ty masz coś pod ręką...? Jakiś eliksir nasenny? Nie spałem za dobrze – przyznałem, odwracając od niego wzrok i niemrawo stukając we framugę palcem, jakbym chciał wydziobać w niej dziurę albo przejście do krainy eliksirów nasennych. Zrobiłem umęczoną minę, chociaż moja twarz… raczej i tak wyglądała na zmęczoną.
Jestem podirytowany, bo nie sypiam dobrze. A ty jeszcze pojawiasz się tu i hałasujesz... Rozumiesz, prawda? — dodałem w ramach swojej małej manipulacji. Cel uświęcał środki. W tej drobnej sprawie dawałem sobie wybaczenie.


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.03.2025

Geraldine spała dość długo, właściwie była to raczej drzemka, bo chyba tych kilku godzin snu nie można było nazwać pełnym snem. Noc spędziła w Mungu, była zmęczona, więc udało jej się na trochę zmrużyć oczy, zresztą przy Roisie tak już miała, nie dręczyły ją koszmary, kiedy znajdował się tuż obok niej.

Poranek spowodował zmiany, wreszcie udało im się ustalić jakąś jedną wspólną wersję, trochę to trwało, ale w końcu czuła, że są na właściwej drodze. Nie musiała się przejmować tym, że nagle zniknie z jej życia. Być może nie mieli szansy przedyskutować wszystkich szczegółów, ale mieli na to czas, bo zadecydowali o tym, że czeka na nich wspólna przyszłość. Uspokoiło ją to, nie ma się co dziwić, od kiedy wrócili z jaskini demona to był problem, który próbowała rozwiązać. Musiała jakoś ogarnąć siebie i swoje życie, aby móc ruszyć dalej. Powoli chyba wszystko zmierzało w odpowiednim kierunku, a przynajmniej tak się jej wydawało.

Yaxleyówna obudziła się przez to, że usłyszała głosy dochodzące w wnętrza mieszkania. Odruchowo sięgnęła na drugą stronę łóżka, niestety było ono puste. Tyle by było z wspólnego poranku, a właściwie to południa? Nie miała pojęcia, która jest godzina. Westchnęła nieco zrezygnowana, bo to świadczyło o tym, że chyba czas najwyższy się podnieść, a najchętniej spędziłaby cały dzień w pościeli.

Leżała jednak jeszcze chwilę w łóżku wpatrując się w sufit i uśmiechając sama do siebie. Humor jej dopisywał, bo być może ten poranek był dosyć ciężki, sporo sobie powiedzieli, ale zakończył się całkiem miło, do tego miał być nowym początkiem. Był to więc całkiem dobry dzień. Nie sądziła, że cokolwiek teraz mogłoby to spierdolić.

Yaxleyówna podniosła się z łóżka, zrobiła to dość szybko, przez co zakręciło się jej w głowie, co było dość dziwne jak na nią, raczej nie miewała takich problemów, jednak ostatnio jej życie było pełne stresu, więc jakoś specjalnie się tym nie przejęła. Nachyliła się jeszcze, aby zgarnąć którąś z koszul rozrzuconych na podłodze, w jej ręce trafiła koszula Ambroisa, ale nie przejęła się tym jakoś specjalnie. W przeciwieństwie do Greengrassa pamiętała o tym, że nie byli tu już sami, bo mieszkanie aktualnie stało się domem również jej młodszego brata. Narzuciła ją na siebie, w pośpiechu zapięła wszystkie guziki, po czym dopiero opuściła swoją sypialnię.

Skierowała się do kuchni, wiedziała, że to tam znajdzie swojego chłopaka, bo do jej nozdrzy dochodził zapach bekonu. Obiecał jej śniadanie i najwyraźniej dotrzymał słowa. Dobrze było wiedzieć, że znowu się to działo, zresztą miało się też szybko nie skończyć. Postanowili przecież, że czeka ich wspólna przyszłość.

Nie usłyszała całej rozmowy, jaka toczyła się w kuchni, ale do jej uszu dotarły słowa Astarotha. Zmrużyła oczy, analizując to co powiedział. Przystanęła nawet na chwilę w korytarzu, nie do końca wiedziała, czy jest mile widziana w tej nieszczęsnej kuchni, ale przecież była u siebie. Nie powinna im przeszkadzać podczas tej miłej pogawędki.

Rzuciła jeszcze okiem na psy, które najwyraźniej nadal słodko spały, cóż, całe szczęście, bo jeszcze tylko ich brakowało w tej nieszczęsnej kuchni.

Odchrząknęła gdy znalazła się za Astarothem. - Czy Ty mu grozisz? - Tak, wolała się upewnić, że właśnie to robił. Nie powinien się zachowywać w ten sposób w stosunku do jej gościa, zresztą powinni chyba z nim ustalić, że to będzie się powtarzać, o ile Roise na stałe nie wróci do tego mieszkania. O tym jeszcze nie rozmawiali, ale istniała taka możliwość, zdecydowanie wolałaby, żeby właśnie ją wybrali, bo nie chciała dłużej budzić się bez niego, zmarnowali dwa lata przez te bezsensowne powody, nie mogli tego robić dłużej.

- Nie próbuj niczego, Roise wie, że masz problem. - Dodała z uśmiechem mijając brata w drzwiach. Zadbała o to, żeby Greengrass dowiedział się o wszystkim, bo jak nikt inny znał się na takich przypadkach. Zresztą ustalili sobie już nawet plan działania. Niedługo Astaroth się o nim dowie.

- Ładnie pachnie. - Powiedziała jeszcze zbliżając się do Ambroisa, usiadła sobie tuż obok niego na blacie, na który wsunęła się jednym zgrabnym ruchem. Była głodna, kurewsko głodna po tym dość intensywnym poranku.




RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.03.2025

[inny avek]https://images3.imgbox.com/2a/b0/hUCRCqM4_o.png[/inny avek]
Gdyby tylko pamiętał o tej drobnej zmianie w sytuacji mieszkaniowej, pewnie zaopatrzyłby się co najmniej w wodę kolońską na bazie repelentu na komary. Niestety tego nie zrobił. Był wyjątkowo czysty i pachnący, choć właściwie niemal nigdy nie zdarzało mu się tak naprawdę śmierdzieć. Tak, nie uznawał tamtego wypadu za dzień, w którym śmierdział. W końcu sam szybko przyzwyczaił się do tamtej woni a po prostu chronił wtedy swoje żyły i tętnice.
Teraz musiał być świadomy tego, że niestety nie miał już tej ochrony. Jednakże nie znaczyło to, że słowa Astarotha robiły na nim jakiekolwiek wrażenie. Miał zbyt dobry nastrój, aby traktować te groźby poważnie. Zresztą już raz udało mu się spacyfikować wampira abstrahując od tego, że zrobiła to Geraldine, więc raczej był pewien swego.
- Doskonale się składa, że ty przeszedłeś na dietę płynną - odpowiedział bez większego wysiłku, raczej nie brzmiąc tak, jakby specjalnie przejmował się groźbą tkwiącą w słowach Yaxleya.
Wręcz przeciwnie. Aktualnie był dużo bardziej zaangażowany w przewracanie placków na patelni w taki sposób, aby je zarumienić, ale ich nie spalić aniżeli w prowadzoną rozmowę. Nie zamierzał pozwolić byle szczylowi popsuć mu naprawdę dobrze zapowiadający się dzień. Miał już swoje dużo lepsze plany, które na żadnym etapie nie uwzględniały obecności Astarotha.
Być może musiał lekko je zmodyfikować, bo chłopak sam z siebie pojawił się w kuchni i tym samym już wywrócił do góry nogami część założeń. Naturalną konsekwencją było to, że należało trochę je zmienić, ale to nie było nic, czego nie dałoby się wyklepać. Szczególnie, że już od samego poranka dawał popis tegoż klepania. Ciekawe, na ile wkurwił tym ich trzeciego lokatora, skoro ten ewidentnie był tak niewyspany.
- Do picia krwi z torby nie potrzeba zębów - zauważył bez mrugnięcia okiem, wzruszając ramionami i zsuwając resztę bekonu z patelni.
Całkiem ciężkiej. Żeliwnej. Nieźle leżącej w dłoni i w przeciwieństwie do tej, którą Nora próbowała go bić, wyjątkowo poręcznej. Gdyby nie zmiana narracji, zdecydowanie mógłby zareagować dostatecznie szybko, żeby nie tylko walnąć nią Yaxleya, ale także oparzyć go gorącym tłuszczem. Ciekawe jak skwierczą wampiry.
Oczywiście, brał pod uwagę to, że później obaj musieliby tłumaczyć się przed Geraldine. Zresztą wcale nie nie lubił jej młodszego brata. Po prostu jakoś ostatnio nie byli w stanie dojść do porozumienia. Nawet wtedy, gdy ich rozmowa zaczynała przebiegać całkiem wyśmienicie.
- Robiła - kiwnął głową, jednocześnie zabierając się za wyciąganie talerzy z szafki i (po szybkim spojrzeniu na ich stan) przecieraniu ich szmatką.
Nie był głupi. Oczywiście, że wiedział, do czego mogli zmierzać. Wyłącznie nie spodziewał się, że dojdą do tego tak szybko. Praktycznie od razu. Bez większych ogródek przechodząc do tematu, o którym już został poinformowany. Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał tak po prostu o tym teraz mówić.
Zresztą nie zdążył nawet dobrze otworzyć ust zanim do jego uszu dotarł już zdecydowanie bardziej pożądany głos. Ten, który sprawił, że Ambroise praktycznie od razu spojrzał w kierunku drzwi. Mimowolnie ogarnął Geraldine spojrzeniem. Tym razem także znacznie bardziej błyszczącym i uśmiechniętym niżeli w przypadku jej brata, po czym niemal odruchowo wzruszył ramionami.
- Twój brat wyłącznie sugeruje, że bekon szybko stygnie, prawda? - Odparł gładko, wbrew pozorom wcale nie zamierzając bronić Astarotha; no, raczej nie wskazywała na to kpina w głosie, z jaką się odezwał. - Zimny to nie to samo - skwitował gwoli wyjaśnienia, jednocześnie uderzając językiem o podniebienie.
Tym razem całkowicie obrócił się przodem do reszty osób w pomieszczeniu. To także samo w sobie było raczej bardzo wymowne. Dostatecznie dostrzegalne, czego miał pełną świadomość, żeby nie pozostawiać pola do domysłów. Nie zrobił tego, gdy zaczął rozmowę z Yaxleyem. Miał go... ...no cóż... ...prawdopodobnie w dokładnie tej samej dupie, którą tak bezpardonowo mu pokazywał.
Nie miał z tym najmniejszego problemu. Z jego perspektywy ta cała rozmowa szła im całkiem dobrze. A że przy okazji miał pod ręką cały zestaw drewnianych łyżek i mieszadeł, nóż do krojenia warzyw i całkiem ostre szczypce do przewracania bekonu? No tak. To też miało całkiem dużo sensu, dosyć mocno wpływając na to, że był raczej rozluźniony.
Nie musiał mieć ze sobą różdżki. Wyjątkowo nie zabrał jej z sypialni, bo nie miał takiej potrzeby. Czuł się dostatecznie pewnie na pozycji, którą zajmował. To nie tak, że zupełnie nie spodziewał się ataku ze strony Astarotha. W tym momencie, gdy chłopak już się ujawnił, Ambroise zachowywał czujność. Tyle tylko, że nie musiał robić tego całkowicie otwarcie, prawda?
Znaczną część swojej kariery zawodowej opierał na byciu neutralnym. Ze wszech miar profesjonalnym. Opanowanym. Sprawiającym dobre wrażenie, nie wzbudzającym żadnych wątpliwości czy podejrzeń. Umiał udawać. Zachowywać się zupełnie tak, jakby nic go nie ruszało. Czy to jako magomedyk, czy też przy swoich bardziej pokątnych interesach.
Teraz też mógł dawać wrażenie zupełnie bezbronnego. Nieuzbrojonego, pozbawionego różdżki. Tyle tylko, że miał pod ręką dostatecznie dużo akcesoriów, żeby móc zareagować. Nie potrzebował robić z tego wielkiej sprawy. Chcieli zjeść śniadanie czy tam obiad, nie odstawiać szopkę, czyż nie?
Tym bardziej, że mieszkanie nie potrzebowało więcej zniszczeń.
Nie dotarli jeszcze do tego, w jaki sposób zamierzali rozwiązać kwestię spotykania się ze sobą. Czy planowali obrać znaną ścieżkę, czy tu także zmienić stare ustalenia i schematy. Nie mieli okazji poruszyć praktycznie żadnych tematów związanych z tym jak będzie wyglądać ich nowa rutyna. Zresztą niemal zawsze płynęli z prądem, gdy chodziło o tego typu sprawy. Poprzednim razem nic nie ustalali. Wszystko przyszło im samoistnie. Po prostu wiedzieli, w jaki sposób chcą postąpić. Cała reszta sama się ułożyła.
Nie minęło zbyt dużo czasu zanim przeniósł się między mieszkaniem, które wtedy wynajmował przy Pokątnej a tym tutaj. Wyjątkowo szybko zamierzał przy Horyzontalnej. Szczególnie, że nie miał zbyt wielu rzeczy do przeniesienia. Poza tym przeprowadzka z Londynu do Londynu była praktycznie bezproblemowa.
Rzeczy z Doliny Godryka zabierał stopniowo, raczej niespiesznie. Przenosił je przy okazji na długo przed tym zanim oficjalnie zamieszkał z Geraldine. W efekcie po ich wypadzie nad morze praktycznie nie wrócił już do siebie na dłużej. Ani do skrzydła w rodowej posiadłości, ani na Pokątną.
Spędzili tam może jeszcze kilka dni, skacząc między dwoma mieszkaniami. Tylko po to, żeby dojść do niewypowiedzianego na głos wniosku, że na dłuższą metę to miało być dla nich zbyt męczące. Zwłaszcza, że już i tak podświadomie wybrali wspólne miejsce zamieszkania. To logiczniejsze od ciasnej kawalerki czy Doliny Godryka, która nawet przez chwilę nie wchodziła w grę.
Później sprawy potoczyły się dosyć szybko. Któregoś ranka przyszedł do Geraldine po dyżurze, żeby przespać się w tej samej sypialni, z której wyszedł tego ranka. Później spędzili razem kolejne godziny przechodzące w dni. Został na długi weekend, ustawił kilka kwiatków na parapetach, znalazł miejsce na swoje książki, zabrał się za porządkowanie i wyposażanie kuchni.
Dokładnie tej kuchni. Miejsca, które przez lata pozostawało utrzymywane w niemal idealnym porządku. Zupełnie tak jak w przypadku jego gabinetu w Mungu, jakimś cudem udawało mu się nie bałaganić tu tak bardzo jak wszędzie indziej. To było jego miejsce. Nie salon, nie sypialnia, nie gabinet. Kuchnia. Jego kuchnia, więc nie, nie zamierzał czuć się w niej jak intruz.
Jeżeli ktoś nim był to właśnie Astaroth.
Abstrahując od tego, że mówili o jej mieszkaniu, Geraldine była tu zdecydowanie milej widziana. Szczególnie w tym wydaniu, siedząc obok na blacie i prezentując długie nogi. Bez tych cholernych skórzanych spodni. Za to nosząc jego koszulę, co samo w sobie wzbudziło w nim naprawdę dobre wrażenie.
- Mówiłem, że będzie Panienka zadowolona - odmruknął z błyskiem w oku, może odrobinę nazbyt mocno wychylając się w kierunku Yaxleyówny, żeby musnąć wargami jej usta.
Tak. Być może lubił być nieco teatralny w zaznaczaniu swojej obecności, swojej dominacji w tym miejscu. To była jego kuchnia, jego udany poranek, jego powrót do domu. Nikt nie miał mu tego popsuć. Tym bardziej wampir z problemami.
- Poza tym tak - zaczął odzywając się na nowo - zostałem o tym uprzedzony, więc chyba możemy rozmawiać szczerze - nie pytał, stwierdzał, posyłając przelotne spojrzenie w kierunku Riny, po czym przenosząc je na Rotha. - O tym, co faktycznie da się zrobić - nie brzmiał tak, jakby miał odmówić pomocy.
Wręcz przeciwnie. Miał w tym swój cel. Liczył na to, że Geraldine zorientuje się w jego podejściu zanim zaprotestuje. Szczególnie, że sytuacja raczej sprzyjała ich planowi.


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 17.03.2025

Złożyłem niepocieszony ręce na piersi i odwróciłem się w kierunku Geraldine. Ta, rodzina najważniejsza… Chyba tylko na zdjęciach, a w następnym akcie niech się pierdoli.
Wcale nie mam żadnego problemu. Wy macie i to poważny — stwierdziłem podirytowany, a przy tym również zmęczony. Łatwo było osądzać, kiedy tak naprawdę nie wiedzieli, co było na rzeczy. Ale nie potrzebowałem ich. Miałem jeszcze dwie fiolki eliksiru nasennego od Victorii. Jutro pójdę do apteki sam. Nie potrzebowałem niczyjej łaski…
Swoją drogą, ciekawe, czy Geraldine również wyliczała sobie wypity alkohol. Ja byłem zdecydowanie łagodniejszy w szczerej rozmowie z nią.
Pragnę zauważyć, że on też mi grozi. Poza tym TY i ON to miał być koniec, a ty znowu włazisz do tego samego bagna, więęęc... zaraz sam stracisz zęby, Ambroise, jeśli znowu się rozejdziecie — stwierdziłem śmiertelnie poważnie, jak na swój stan, irytację postawą Geraldine oraz denerwującą pewność siebie Ambroise’a.
Chociaż nie… Bardziej zadowoli mnie, gdy połamię ci kości — poprawiłem się, zerkając to na jedno, to na drugie.
Wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Niespodziewane. Nie dawałem im błogosławieństwa… A może jednak dawałem?
Mi samemu brakowało Kimi, chociaż nie byliśmy razem. Przynajmniej nie w sensie partnerskim. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a jednak… Było mi bez niej bardzo pusto. Przyzwyczaiłem się do jej obecności. Aż za bardzo. Teraz traciłem grunt pod nogami… Chociaż sypał się on już o wiele wcześniej, więc to wcale nie wina braku jej obecności. Po prostu zjebałem. Byłem niewystarczająco ostrożny. Raz, drugi, trzeci. I mało co nie zabił mnie własny brat. Thoran. Nie dziwić się, że jego śmierć też mi się śniła.
Chyba powinienem z nim porozmawiać o tamtym dniu… To wcale nie było zabawne. Ani trochę. Teraz bałem się nawet marzyć o ujrzeniu słońca.
Skrzywiłem się odruchowo na ich czułości. Zakochanie nie pasowało mi do Geraldine. Była raczej nakierowana na wieczną walkę i problemy z samą sobą, a tu… nagłe zaskoczenie. Może, tak na dobrą sprawę, to nie była rzeczywistość, tylko sen?
To by wyjaśniało widok pośladków Ambroise’a w obcisłych gaciach i uśmiech na wargach Geraldine.
To wy zjedzcie, a ja idę się umyć — stwierdziłem, chcąc przetestować ten sen. Może zasnąć pod wodą. Utopić się. A potem obudzić się we własnym łóżku? To było możliwe.
Tylko że tak odpłynąłem we własnych myślach, że nie zauważyłem, iż wciąż stałem z rękami skrzyżowanymi na piersi. Może spałem na stojąco? Czy tak się dało? A może po prostu śniłem o spaniu na stojąco...?


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.03.2025

Być może nie powinna stawiać młodszego brata w takiej sytuacji. Takiej? No jakiej? Była dorosła. Mogła mieć swoje życie, prawda? Tak właściwie to przecież nie robiła niczego złego. Zeszła się z Roisem. Przeżyli razem wiele lat. Jego widok w tym mieszkaniu nie powinien być dla Astarotha żadną nowością. Faktycznie zdarzyło jej się w jego towarzystwie narzekać na swojego byłego chłopaka, ale wtedy miała ku temu powody, wtedy nie wiedziała, co właściwie spowodowało ich rozstanie. Teraz, gdy dostrzegła pełny obraz już nie była tak negatywnie nastawiona, wręcz przeciwnie, przecież inaczej nie zabiegałaby tak bardzo o to, aby wrócił do jej życia.

Łączyła ich więź, która była bardzo silna. Nie potrafiła wyobrazić sobie swojego życia bez niego. Jasne, jakoś udało im się trzymać z dala od siebie przez te półtora roku, jednak uważała ten czas raczej za smutną egzystencję, to nie było życie którego pragnęła, na które zasługiwali. Nie do końca miała szansę wyjaśnić swój punkt widzenia bratu, może kiedyś znajdzie na to czas, póki co zresztą nie była pewna, czy zrozumiałby to, co miała mu do powiedzenia, może by o tym zapomniał? Nie miała pojęcia, nie był w końcu w najlepszym stanie. Zamierzała się tym zająć, zresztą w niedalekiej przyszłości. To był jej kolejny cel, a ostatnio wyjątkowo trzymała się swojej listy rzeczy do zrobienia. To też było czymś zupełnie nowym dla panny Yaxley.

Mniejsza o to wszystko, bo postawiła go w takiej sytuacji, więc teraz wypadało tylko jakoś wybrnąć z tego z twarzą. Zresztą to było jej życie, nie miała zamiaru po raz kolejny wysłuchiwać komentarzy przez niego rzucanych. Nie powinien jej mówić, w jaki sposób miała postępować. Do kurwy nędzy była dorosła i wiedziała, co jest dla niej najlepsze. W końcu uzyskała spokój, którego szukała od lat. Nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Roth musiał się z tym pogodzić, nie miał aktualnie innego wyjścia, bo ona i Roise w końcu podjęli jedyną słuszną decyzję, mieli być razem, do usranej śmierci, a jakże.

- My właśnie pozbyliśmy się wszystkich naszych problemów. - Najwyraźniej chciała wyjaśnić bratu sytuację, pokazać, jak to wyglądało z jej strony. Nie sądziła, żeby to miało wiele zmienić, ale musiała spróbować.

- Nawet zimny bekon jest dobry, chociaż nie tak jak ten ciepły. - Rzuciła jeszcze, jakby faktycznie rozmawiali o tych kawałkach mięsa. Cóż, przynajmniej ona miała dostać śniadanie, co niesamowicie ją cieszyło, bo faktycznie była głodna. Z tego głodu, aż zaczęło jej się robić niedobrze, nie miała pojęcia dlaczego, rzadko jej się przytrafiało coś takiego. Może po prostu faktycznie była wymęczona tym wszystkim, co działo się wokół niej, ostatni czas nie był dla niej łaskawy, na szczęście w końcu wszystko miało się zmienić. Nowy początek, tak ten dzień był wyjątkowy.

Nie sądziła, że powinni brać groźby Astarotha na poważnie. Naprawdę nie był to odpowiedni moment na demonstrowanie swojej siły, powinien zauważyć, że Ambroise znajdował się tutaj dlatego, że tego chciała. Westchnęła głośno, kiedy usłyszała kolejne słowa swojego brata. Nie brzmiały one szczególnie pokrzepiająco. W sumie to mu się nie dziwiła. Widział ją wtedy, kiedy została sama, miał świadomość, jak czuła się po ich rozstaniu. Nie ukrywała nawet tego, że cierpiała wtedy okrutnie. Zdawała sobie sprawę, że mogło to wyglądać tak, jakby była w tej chwili niespełna rozumu, tyle, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co im się wydarzyło, jak to wszystko wyglądało. Może kiedyś mu to wyjaśni, teraz zdecydowanie nie była na to odpowiednia pora, nie kiedy sam był w rozsypce.

- Nigdy nie był nam pisany koniec. - Rzuciła całkiem filozoficznie jak na siebie, ale nie była mu w stanie tego dokładniej wyjaśnić. - Nie będziesz nikomu łamał kości Roth. - Dodała jeszcze, bo nie podobała jej się taka narracja. Zresztą, gdyby spotkała ją jakaś krzywda byłaby w stanie sobie sama poradzić. Nie należała do tych bezbronnych dziewcząt, których bracia musieli się za nimi wstawiać. Geraldine potrafiła przecież o siebie zadbać.

- Przy Tobie zawsze jestem zadowolona. - Mruknęła cicho mierząc przy tym wzrokiem Roisa. Kurewsko dobrze prezentował się w tym fartuszku, chociaż zdecydowanie nie był w jego rozmiarze, może właśnie dzięki temu tak wspaniale wyglądał? Brakowało jej tego widoku, jego w ich kuchni, przygotowującego im śniadanie. Tak, bardzo, ale to bardzo za tym tęskniła. Jak dobrze było do tego wrócić. Nie mogła się oprzeć temu, aby przygryźć jego dolną wargę, kiedy postanowił musnąć jej usta. Cóż, mieli wspaniały poranek, gorzej dla Astarotha, bo czuła, że miał ochotę wydrapać sobie oczy, kiedy na to wszystko spoglądał.

Nie spodziewała się, że tak szybko przejdą do tematu związanego z pomocą, którą mieli zaoferować jej bratu. Właściwie to nawet nie była oferta, miała zamiar zmusić go do tego, aby wziął się za siebie. Nie bez powodu opowiedziała o wszystkim Greengrassowi, on miał większe doświadczenie w podobnych przypadkach (właściwie to miał jakiekolwiek doświadczenie, bo ona nie miała żadnego).

- To idziesz, czy zostajesz/ Zjesz z nami? a raczej Ty się napijesz, a my zjemy? - Nie umknęło jej to, że Astaroth nadal wstał w miejscu, mimo, że wspomniał o tym, że pójdzie pod prysznic. Chciała wyciągnąć do niego rękę, zaproponować mu wspólny posiłek, jego picie krwi nie robiło na niej wielkiego wrażenia, a zależało Yaxleyównie na tym, żeby mężczyźni się dogadywali. W końcu nie ominie ich wspólne mieszkanie, naprawdę liczyła na to, że nie będą ciągle mówili o tym, że mają ochotę sobie zrobić krzywdę. Nawet nie musieli się lubić, wystarczyło, aby w miarę tolerowali swoją obecność, przecież i jeden i drugi byli dla niej ważni.




RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.03.2025

[inny avek]https://images3.imgbox.com/2a/b0/hUCRCqM4_o.png[/inny avek]
Spojrzenie Ambroisa było wyjątkowo wymowne. Na tyle jasne, że prawdopodobnie nie potrzebował otwierać ust i uzupełniać go o słowa. Tak, oboje zdecydowanie mieli problem. Tyle tylko, że nie ten, do którego ewidentnie pił Astaroth. Ten kryzys już zaczęli zaliczać do coraz dalszej przeszłości. Być może jeszcze nie zażegnali go aż tak doszczętnie. Nie do samego końca, ale byli zdecydowanie bliżej tego niż jeszcze dzisiejszego poranka.
Jeżeli był moment, w którym interwencja Rotha mogła mieć jakikolwiek sens, była nim ich wcześniejsza kłótnia. Z pozoru całkiem banalny spór. Awantura niby o nic, która przybrała bardzo nieoczekiwany, jeszcze bardziej intensywny obrót. To właśnie wtedy z parapetu poleciały dwie osłonki (nie doniczki - istotna różnica; osłonki, do których posadzono rośliny bez zapewnienia im drenażu, przez co tak czy siak już nie dało się ich odratować), wraz z nimi padły naprawdę nieprzyjemne słowa.
Może nie wrzeszczeli na siebie tak, żeby obudzić umarłych. Czy tam umarłego. Liczba pojedyncza. Raczej ciskali gromami z oczu, sycząc I burcząc kolejne słowa. To było dla nich całkiem typowe, nawet po tylu miesiącach rozłąki. Oboje nie zwykli podnosić głosu na siebie nawzajem. Ambroise zawsze uważał, że krzyk był ostateczną formą okazywania przejawów desperacji. Zaczynał się tam, gdzie kończyły się prawdziwe argumenty.
- Mamy problem - zaczął, nawet jeśli jego dziewczyna dosłownie sekundę wcześniej zaprzeczyła tej narracji; Ambroise tylko wzruszył ramionami - ale nie ze sobą. Lepiej przywyknij do tego bagna - bo nigdzie się nie wybierał, tak?
Już nie. Nie potrzebował podobnych tekstów na miłe powitanie z powrotem w rodzinie. Bo poniekąd tym to było, prawda? Dostał groźną aprobatę, miał się z nią nie rozstawać. Astaroth był zbyt łaskawy.
- Ja cię ostrzegam, ty usiłujesz mi grozić - nie musiał mówić nie jesteśmy tacy sami, nie?
On nie szczekał, gdy nie zamierzał upierdolić. A siebie nie planował dawać gryźć. Rachowanie mu kości albo wybijanie zębów także nie wchodziło w grę. Nie był bezbronny. Nawet w fartuszku w kwiatki, trzymając mieszadło w jednej ręce a talerz z bekonem w drugiej.
- Zimny traci na walorach smakowych. Zrobiłbym ci drugi - oznajmił bardzo spokojnie, bo przecież zimny bekon wcale by się nie zmarnował.
Mógłby (tak czysto teoretycznie) wylądować na rozszczekanej gębie Rotha razem z całą żeliwną patelnią. Później pewnie pozbierałyby to psy. Prócz facjaty Yaxleya, nic by się nie popsuło. No, bo właśnie tak...
...tu był wampir niestety nie pogrzebany. Ich wspólny problem miał się względnie dobrze (abstrahując od uzależnienia). Stał przed nimi w całej swojej okazałości. Ponad metr dziewięćdziesiąt, jeszcze wciąż kły, podkrążone oczy, bladą skórę i wahania nastrojów godne przeciętnego trzynastolatka. Tyle tylko, że sam tych lat miał o co najmniej dekadę więcej. Dokładnie o dekadę? Roise bardzo przelotnie złapał się na tym, że nie ma zielonego pojęcia o tym, ile lat skończył jego wieloletni pacjent.
Nie, nie dlatego, że nie znał daty urodzenia najmłodszego Yaxleya. Dlatego, że nie wiedział jak to działa w stosunku do wampirów. Czy liczy się te lata od nowa? Czy robi się podwójne urodziny i inne sranie w banie?
Same daty nigdy nie sprawiały mu kłopotu. Miał takie rzeczy w jednym paluszku. Stosunkowo szybko przyswajał konieczne szczegóły. Nie potrzebował ich wykuwać na pamięć, bo same zagnieżdżały się w jego głowie. W tym wypadku to był osiemnasty maja tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego roku. Dziesięć lat różnicy. Byk.
Młody byczek. Obecnie trochę zbyt mocno rozjuszony jak na to, co zastał w kuchni. W końcu nie działo się tu nic zdrożnego, prawda? Ot, Ambroise kręcił się po swoim pomieszczeniu, swojej kuchni. Nieważne, że przez ostatnie miesiące użytkowanej przez kogoś innego. Bardzo ważne, bo Kimi zrobiła mu tu naprawdę mocny pierdolnik.
Odrobinę zdrożnie dopiero się robiło. Zrobiło się w momencie, w którym nachylił się, żeby pocałować Geraldine a ona zaczepnie pociągnęła go zębami za wargę. Oczywiście, że odpowiedział drugim, głębszym pocałunkiem. Oparciem się o blat na rękach tuż przy jej udach i kolejnym przeciągłym buziakiem.
- Miód na moje uszy - odmruknął, zdecydowanie lubiąc słyszeć takie rzeczy.
Momentalnie jeszcze bardziej poprawiał mu się nastrój. Na tyle, że nawet nie próbował wykluczyć propozycji składanej Astarothowi przez Geraldine. Skwitował to wzruszeniem ramion.
Z jednej strony czuł irytację. Nie był w stanie zdzierżyć, gdy ktoś rzucał mu tak wymowne teksty prosto w twarz. Zdecydowanie nie zamierzał brać ich do siebie, ale pozwalanie komuś na podobne odzywki nie było w jego zakresie tolerancji. Momentalnie zaczynało go drażnić, nawet jeśli usiłował tego nie okazywać. Miał dobry dzień, tak? Oboje z Riną go mieli.
Ponadto nie mógł ukryć, że Astaroth w pewnym sensie mógł mieć podstawy do tego, żeby reagować w ten sposób. Jakby to ohydnie nie brzmiało, było żałosne, godne pogardy i tak dalej. W pewnym sensie, od tej drugiej strony, istniało wiele przesłanek ku czemuś takiemu. Zbyt wiele.
Roise mógł być cholernie pewny siebie. Niespecjalnie samoświadomy, co w gruncie rzeczy bardzo mu odpowiadało. Nie czuł skrępowania, nie odczuwał zażenowania, poczucia winy też nie czuł. Nie w stosunku do młodszego Yaxleya.
A jednak sam miał siostrę. W zasadzie to kilka sióstr. Same młodsze. Jedną biologiczną, ale nie rozgraniczał tego aż tak bardzo. Patrzył na to w prostych kategoriach. Bardzo zero-jedynkowo. Sam także byłby kurewsko niezadowolony, gdyby ktoś odstawił podobną szopkę do tej, która wydarzyła się przed półtora roku. Nawet miał w tym całkiem praktyczne doświadczenie. Tyle tylko, że w tamtym wypadku w grę wchodziło również samotne macierzyństwo.
Oni nie dotarli do tego momentu. Przed kilkoma dniami wyrzucili sobie, że oboje mieli co do tego swoje oczekiwania. Ich plany w tym zakresie były wtedy wyjątkowo zbieżne. Zdecydowanie zmierzali do momentu, w którym mieli przeprowadzić tę rozmowę. Tyle tylko, że wtedy świat zaczął płonąć. Oddalili od siebie tę wizję.
Na szczęście a może nie? Miał swoje standardy, bardzo określone przekonania. Wtedy z pewnością by nie odszedł, nawet jeśli nie widział innego wyjścia z sytuacji. Pewwnie musieli jeszcze kiedyś wrócić do tego tematu. Tak jak do wielu innych trudnych kwestii.
Tylko po to, żeby ustalić coś, co było dla niego bardziej niż jasne: może za kilka lat, gdy wojna przygaśnie. Może wcale, bo ich życie było i miało być  skomplikowane. Nie musieli prowadzić tej rozmowy, aby układać sobie nowe życie. Szczególnie, że Ambroise tym razem zdecydowanie nigdzie się nie wybierał.
No, może do siebie do mieszkania po środki nasenne, jeśli ustaliliby taki przebieg planu.
- Jasne. Usiądź, zjedz coś... ...czy tam wypij. W końcu to wspólne śniadanie - był całkiem miły, wzglednie kulturalny, pomimo spiny sprzed chwili.
Jednakże nie zamierzał podgrzewać krwi bratu Geraldine w inny sposób niż w żyłach, gdy się spinali. Nie był kuchareczką Astarotha. Nie zamierzał nią być. Był nią tylko dla jednej konkretnej osoby. W jeden bardzo konkretny sposób.
Wydrapanie sobie oczu przez Astarotha raczej nic by nie dało. Wtedy musiałby uszkodzić sobie również słuch, który przy ślepocie pewnie samoistnie jeszcze by mu się wyostrzył... ...a wampiry chyba już miały coś w rodzaju nadsłuchu, tak? Nie wiedział, ale to wydawało mu się prawdopodobne. Natomiast, gdyby posunął się już tak daleko, wciąż pozostałby wrażliwy na wibracje. Z dużym prawdopodobieństwem tak jak w przypadku nadwrażliwości słuchowej - jeszcze mocniej niż przedtem.
Zaś oni... ...no cóż. Raczej nie należeli do najcichszych i najspokojniejszych ludzi. Do najdyskretniejszych też nie. Rzadko kiedy zdarzało im się pilnować. Raczej w dosyć gwałtowny, intensywny sposób sięgali po wszystko, czego pragnęli w danym momencie. Po siebie nawzajem, po swój dotyk i nie tylko. Nie byli najbardziej subtelnymi ludźmi.
Zresztą nie dało się tego nie dostrzec nawet w tym momencie. Tak, miał na sobie bieliznę i przykrótki, przyciasno zawiązany fartuszek, który zakrywał mniej niż więcej. Kończył się stosunkowo wysoko, zakrywał mu cześć klatki piersiowej, ale był to raczej sam środek, bez boków.
Ponadto materiał w jaskrawożółte słoneczniki nie sięgał nawet do połowy uda Ambroisa. Jednego i drugiego podrapanego, choć nieco mniej niż plecy zdecydowanie świeżo przeorane damskimi paznokciami. Naznaczonego śladami ust i zębów widniejącymi również na jego szyi oraz kawałku klatki piersiowej. Nie zamierzał krępować się z tego powodu. Był zupełnie świadomy tego, co biło od nich obojga. Nie dało się ukryć, że mieli wyjątkowo żarliwy poranek...
...i co? Byli z tego powodu niezmiernie szczęśliwi. Nic nie mogło im tego popsuć. Mieli mieć naprawdę udane wczesne popołudnie, prawdopodobnie także wieczór i noc, bo miał dziś pierwszą przerwę między dyżurami. Rano musiał wyjść do pracy, ale do tego czasu mogli zachowywać się dokładnie tak jak chcieli. Astaroth czy nie Astaroth.
Tak. Pewnie należało, aby wyrobili sobie jakąś rutynę również biorąc pod uwagę trzeciego lokatora, jednak w tym momencie przeżywali coś, co dało się nazwać drugim miesiącem miodowym albo jakimś równie eleganckim określeniem na to, że byli po prostu niewyżyci. Jak para nastolatków podczas burzy hormonów. Choć patrząc z doświadczenia, po pewnym czasie wcale nie robili się bardziej opanowani.
Jakoś to miało być, prawda? Wbrew pozorom, Ambroise wcale nie zamierzał dążyć do pozbycia się Rotha z mieszkania. Niezależnie od tego, czy i jak szybko sam miał tu wrócić w roli pana na włościach. Gdzieś tam głęboko w duchu naprawdę lubił tego dzieciaka. Tyle tylko, że ten dzieciak ewoluował nie jedynie w krwiopijcę, lecz także w wyjątkowego gnojka.
Lepiej byłoby im zjeść we dwoje, ale nie zamierzał nikogo wyganiać. Prysznic mógł poczekać. Tym bardziej, że Roise z dużym prawdopodobieństwem zużył niemal całą ciepłą wodę, o czym rzecz jasna nie zamierzał wspominać. Nie Rothowi. Wampirom chyba to i tak nie robi różnicy, nie?


RE: [08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 20.03.2025

Świat wokół mnie falował, jakby ktoś rozmył kontury rzeczywistości i zapomniał je poprawić. Może śniłem. A może znów spałem, tym razem na stojąco, co zdarzało mi się coraz częściej. A może po prostu się zamyśliłem i nie zauważyłem, kiedy rzeczywistość przestała mieć sens. Geraldine… czy mogła być szczęśliwa? Tak po prostu, bez żadnych warunków, bez ukrytych haczyków? Próbowałem to sobie wyobrazić, ale im bardziej się starałem, tym bardziej mi umykało. Jak ślad krwi na deszczu, jak obietnica, której nikt nie zamierza dotrzymać. Istne wariactwo.
A potem dotarło do mnie, że Ambroise naprawdę stoi w kuchni. I że jest prawie nagi. Majtki i fartuch – jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby gotowanie w takim stanie było czymś, nad czym nikt nie powinien się zastanawiać. Zamrugałem, próbując uporządkować myśli, ale to nie pomogło. Spojrzałem na własne dłonie, jakby miały mi dać jakąś odpowiedź, ale nie były one dłońmi śmierci. Chyba. Bo nie były też dłońmi osoby żywej. Mógłbym dotknąć Geraldine i sprawdzić, czy przeżyje starcie z moją skórą, ale nie miałem ochoty oglądać, jak osuwa się martwa w ramiona Ambroise’a, więęęc… powinienem stąd uciec. Zwiać jak najdalej. Ale był dzień. Słońce było za chmurami, ale mogło mnie złapać w połowie drogi gdziekolwiek. Może nawet po wyjściu z kamienicy. Koszmar.
Tylko… czy to nie byłoby lepszym rozwiązaniem?
Z zamyślenia wyrwała mnie Geraldine. Proponowała wspólne śniadanie…?! Zamrugałem kilka razy, przetwarzając jej słowa, oczywiście doszukując się w tej propozycji jakiejś niezgodności. Tylko coś mi w tym nie grało bardziej od logiki.
Śniadanie. Ja się napiję… W jednej chwili otrzeźwiałem, przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mi moje ograniczone skupienie. Coś mi się tu kompletnie nie stykało – sposób, w jaki traktowała picie krwi. Picie krwi przeze mnie. W ich towarzystwie. Jak gdyby nigdy nic.
Nie będę pił przy was krwi — wymamrotałem zbyt szybko, krzywiąc się przy tym.
Dla mnie to wciąż był odrażający proceder, do którego zostałem zmuszony. Musiałem spożywać krew, by przeżyć. Krew – zwykłą, nieprzetworzoną krew. W żaden sposób nie zamierzałem porównywać tego do normalnego jedzenia śniadania czy też obiadu w rodzinnym gronie. Rodzinno-przyjacielskim. Ani nawet udawać, że tak to mogłoby wyglądać w przyszłości.
Przywyknij do tego bagna… Dobre sobie. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że faktycznie zachowuję się w tej chwili jak przerośnięty, rozwydrzony dzieciak bogatych rodziców, ale zepchnąłem tę myśl w najdalszy kąt umysłu i starłem ją z powierzchni ziemi gumką stworzoną z nienawiści do zarozumiałości Ambroise’a. Ten to zdecydowanie miał problem z wyczuciem czasu, bo raczej oczekiwałem, że będzie stał i sztucznie się uśmiechał, bo Ambroise’y i ryby głosu nie miały, a jednak…
Niech się migdalą, a ja stąd spadam.
Zrobiłem w tył zwrot i ewakuowałem się do łazienki, by zmyć z siebie te ostatnie noce, dni, wszystko. Cóż, niezależnie od zaangażowania, nie mogłem zmyć z siebie wampiryzmu. Ani z pamięci pocałunków Geraldine i Ambroise'a.