![]() |
|
[08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4602) Strony:
1
2
|
[08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.03.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy pozwolili sobie pogrążyć się w tej błogiej ciszy. Kiedy tak właściwie ostatecznie poddali się pożądaniu, osiągając nie tylko fizyczne, ale także duchowe spełnienie. Jednak nie czuł potrzeby, aby to sprawdzać. Nie, gdy czuł się tak właściwie, tak dobrze, że wcale nie chciał wstawać z łóżka. Nie zamierzał tego robić, pozwolić, aby cokolwiek zakłóciło ich spokój. Leżał na boku z ramieniem pod głową ukochanej, kątem oka dostrzegając jak jej klatka piersiowa unosi się i opada. Delikatnie, spokojnie i subtelnie. Coraz spokojniej, kontrastując z tym, w jaki sposób zachowywały się ich ciała chwilę wcześniej. Milczał pozwalając im obojgu pogrążyć się w jeszcze głębszej ciszy. Niemal nieprzeniknionej, ale jednocześnie tak błogiej, że przerwanie tego momentu jakimikolwiek słowami byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa. Profanacji ich wspólnego miejsca, czasu i przestrzeni. Nie potrzebował bezcześcić tej ciszy, która na powrót zapadła w pomieszczeniu po tych żarliwych chwilach, gdy dawali sobie wszystko, czego potrzebowali. Lgnęli ku sobie. Sięgali po swoje ciepło. Po to, by teraz móc tak po prostu leżeć otuleni ramionami. Pogrążeni w milczeniu, w myślach, w poczuciu bezpieczeństwa. Tym razem mieli pewność. Coś na kształt ostrożnej stabilności. Harmonii pośród chaosu. Mogli delektować się sennym porankiem, nigdzie się nie spiesząc. Nie rozmawiając o niczym szczególnym, tak właściwie wcale nie potrzebując tego robić. Mogli tak zwyczajnie leżeć, wpatrując się w sufit i rozkoszując się tym momentem bez wrażenia, że jest to cisza przed burzą. Słyszał jak jej oddech staje się coraz bardziej regularny, bicie serca powoli spowalnia swój szaleńczy rytm. Zza okien docierał do niego bardzo cichy, stłumiony szum miasta. Niemal niesłyszalne dźwięki Londynu, ulicy Horyzontalnej, na której nadal kwitło życie. Nic dziwnego. Było wcześnie, większość ludzi zapewne dopiero niedawno zaczęła wychylać się ze swoich domów i mieszkań, żeby załatwić sprawy w centrum. Drobinki kurzu tańczyły w jasnej smudze światła padającego na podłogę pomiędzy rozsuniętymi zasłonami. Słońce schowało się za jasnymi chmurami, które całkowicie zasnuły niebo, jednak nie mogło być jeszcze dwunastej. Po długości cienia padającego na przykurzone deski, Ambroise wyrokował, że w rzeczywistości mogło być może w okolicach dziesiątej trzydzieści. Raczej nie później niż jedenasta. Nie był jednak ekspertem. Mógł pomieszkiwać w mieście, ale wyrokowanie na temat położenia słońca najłatwiej przychodziło mu na łonie natury. W lesie czy na łące, we własnym ogródku, na ich przydomowej plaży. Nie miało być inaczej. Lubił Londyn, ale to miasto nie było wszystkim, z czym chciałby na stałe związać swoje życie. W przeciwieństwie do dziewczyny, po której skórze bardzo powoli i bezwiednie przesuwał teraz palcami. W dalszym ciągu pieścił ciało Geraldine, jednak tym razem robił to raczej bezwiednie. Wodził opuszkami palców pomiędzy wzgórkami jej piersi, muskając obojczyki i zatrzymując się w okolicach załamania szczęki. Później znowu sunąc w dół i powtarzając tą samą ścieżkę w drugą stronę. Zamyślony, pogrążony we własnych myślach, ale nie tylko w swoim świecie. Już nie. Myślał o nich. Nich, choć jeszcze kilka godzin temu zarzekał się, że nie mieli istnieć na dłużej niż miniony tydzień, który dali sobie na pożegnanie. Jakże szybko zmieniały się okoliczności. Oto byli tutaj w Londynie, odzyskując to, co sądzili, że utracili. Budując je na nowo. Tym razem inaczej. Nie zamierzając zamykać się w swojej bańce, ale zdecydowanie nie mogąc też przez cały czas kontynuować tego chaotycznego życia, jakie oboje wiedli bez siebie w Londynie. Potrzebował czegoś innego. Miejsca, w którym bez chwili wahania mógłby założyć zupełnie wszystko. Przewidzieć pogodę, wskazać godzinę. Własnego domu, cichszego, całkowicie swojego... ...choć teraz już na powrót ich. To zaś oznaczało, że ich bezpieczna przystań już istniała. Nie mieli jeszcze okazji rozmawiać o tym, co powinni zrobić z tym faktem, ale to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie prawdopodobnie musieli poruszyć. Może nie teraz, raczej dopiero po zajęciu się wyjazdem z Astarothem, jednak z pewnością niedługo. Mieli dom. Musiał na nowo rozsmakować się w tej myśli. Poniekąd już to robił. Pozwalając sobie na to, myślał o tym, co przyniesie im przyszłość, jednak nie sięgał przy tym zbyt daleko. Nie miał zbyt wygórowanych, rozwiniętych założeń. Na razie chciał tak po prostu zatrzymać ten moment. Napawać się nim do momentu, gdy oboje w końcu zasną, zmożeni snem po długiej nocy i żarliwym poranku. Znał to miejsce. Znał to mieszkanie. Sposób, w jaki światło odbijało się od olejowanej podłogi, w jaki padało na stare deski. To jak przenikało przez okno. Przedostawało się przez lekko przybrudzone szyby, przez szparę między kotarami. Czuł się tu dobrze, mimo praktycznie dwóch lat, jakie minęły od ich ostatnich chwil przy Horyzontalnej. Był u siebie. Przez wiele lat wspólnie zajmowali tę samą sypialnię, w której teraz leżeli pośród wymiętej pościeli. Nadzy, rozgrzani, zaledwie częściowo przykryci cienką kołdrą. Właściwie to niemalże samą poszewką. W powietrzu unosił się zapach ich poranka. Zmysłowe nuty bliskości, cielesnego zapomnienia, zatracenia w czasie i przestrzeni, w sobie nawzajem. Kilku ostatnich godzin przeznaczonych na sycenie się sobą nawzajem. Teraz, gdy zaspokoili te najbardziej pierwotne pragnienia, mogli pozwolić sobie na to, żeby nic nie robić. A więc leżał. Wpatrywał się w sufit, pozwalając sobie na chwilę refleksji. Wyłącznie na chwilę spuścił wzrok na okno, słysząc głośniejszy dźwięk dochodzący z ulicy. Żarliwą kłótnię, kilka oddalających się krzyków. Po chwili jednak przeniósł go na twarz ukochanej, unosząc kąciki ust. Kilka pasm jasnych splątanych włosów opadło na twarz jego dziewczyny, przy okazji łaskocząc go za każdym razem, gdy Rina tylko choć odrobinę się poruszała. Ogarnął je wolną ręką. Trzymał ramię pod jej głową, ignorując sztywnienie mięśni. Nie zamierzał zmieniać ich pozycji, odsuwać się ani na krótką chwilę, robić czegokolwiek, co mogłoby zaburzyć ich błogość, ich spokój. Tak było idealnie. Patrzył na nią miękko, łagodnie... ...ckliwie? Był ckliwy? Już kiedyś to usłyszał... ...zupełnie inaczej, szczególnie jak na to, co działo się między nimi przez ostatnie dni. Tym razem w jego spojrzeniu nie krył się żal i smutek. Teraz było po prostu czułe. Spoglądał na nią znacznie bardziej uczuciowo, nawiązując kontakt wzrokowy i wpatrując się w niebieskie tęczówki Geraldine, jakby chciał wyczytać z jej oczu wszystko to, co ją nurtowało. O czym myślała w tej chwili, co czuła. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.03.2025 W końcu osiągnęli upragniony spokój. Czuła, że wreszcie znaleźli wspólną drogę. Cisza, która ogarnęła pomieszczenie nie była męcząca, wręcz przeciwnie nie wydawało jej się, aby teraz coś powinno przerywać to milczenie. Gesty mówiły więcej niż słowa, świadczyły o tym, co faktycznie czuli. Nie odczuwała nawet najmniejszej potrzeby, aby się odzywać. Zamiast tego po prostu przymknęła oczy i cieszyła się bliskością jego ciepłego ciała. Tak miało być już zawsze, zaczęli kolejny, zupełnie nowy etap ich relacji, chociaż właściwie, czy był on nowy? Nie, już kiedyś to mieli, po prostu wrócili do tego, co ich uszczęśliwiało. Nie sądziła, że nic się nie zmieniło, na pewno coś między nimi musiało się zmienić po tym co ich spotkało, tyle, że miłość, która ich łączyła była stałą. Zapewne będą musieli przerwać to milczenie, ułożyć jakoś sobie to wszystko, ale mieli na to czas, bardzo dużo czasu, zważając na to, że ustalili, że to miał być ich nowy początek. Nie spieszyło jej się do tego, aby zacząć ustalać, jak to miało wyglądać. Wiedziała, że to będzie potrzebne, bo musieli ustalić nowy porządek tego, co między nimi było. Miała też świadomość, że nie zadziała odcinanie się od świata i życie w swojej bańce, bo już raz nie udało im się działanie w ten sposób. Na pewno czekało na nich wiele rozmów, ale nie musieli odbywać ich teraz. To był moment na odpoczynek i cieszenie się tą wyjątkową chwilą, która w końcu nadeszła. Aktualnie nie przejmowała się szczególnie tym, co działo się wokół nich. Znowu znaleźli się w swoim małym, wyjątkowym świecie. Póki mogli wykradać ten czas rzeczywistości, to zamierzała to robić, później jakoś się w niej odnajdą, nie mieli przecież innego wyjścia, co też ją cieszyło, bo jeszcze tego ranka to wszystko nie było takie proste. Ten poranek jednak zmienił wszystko, pozwolił im sięgnąć po to, na czym najbardziej im zależało. Być może jeszcze nie mieli pojęcia o tym, jak miało to wyglądać, ale na pewno uda im się razem wybrać najlepszą drogę. Grunt, że nie zamierzali już z tym walczyć, tylko postanowili dać sobie kolejną, ostatnią szansę. Nie zamierzała bowiem dopuścić do tego, aby Roise znowu wymknął się jej z rąk. Nie tym razem, nie po tym, co przeżyli, nie gdy wiedziała, że niszczy ich osobne życie. Zawsze przecież chodziło tylko o ich szczęście, nic więcej. Wiedziała, że podjęli najlepszą decyzję, nie bez powodu nie dawała mu spokoju, wracała do tematu, próbowała go przekonać do zmiany zdania, szczególnie, że wiedziała, że to co robił było spowodowane jakimiś dziwnymi przekonaniami. Próbą trzymania jej z dala od problemów, która nie miała żadnego sensu, bo przecież i bez niego potrafiła sprowadzać na siebie ich całą masę. Nie miała pojęcia, która jest godzina, nieszczególnie ją to teraz interesowało, bo przecież nigdzie się nie spieszyła, nie miała do zrobienia nic ciekawszego od tego, niż spędzania z nim w łóżku tego poranka. Od dawna marzyła o tym, aby znaleźli się tutaj właśnie w ten sposób. Bez niepotrzebnych rozważań na temat tego, czy w ogóle powinni to robić, to było już za nimi. Na szczęście, bo na dłuższą metę mogło okazać się być bardzo męczące. Nie było sensu tracić sił na dalsze kłótnie, rozmowy, które nie prowadziły ich do nikąd. Zresztą miała pewność, że w końcu dotarłoby do nich to co było dla nich właściwe. Właśnie to mieli. Teraz, kiedy leżała wtulona w jego ciepłe ciało, mogła w końcu wyrzucić z siebie te wszystkie negatywne myśli. Czuła się błogo, po prostu błogo, dawno nie ogarniały jej takie emocje. To był całkiem przyjemny nowy początek, oby tak dalej. W końcu otworzyła oczy, wyczuwała na sobie jego spojrzenie, wpatrywał się w nią, był o tym święcie przekonana. Gdy otworzyła powieki uśmiechnęła się do niego ciepło. Naprawdę była zadowolona z tego, że w końcu znaleźli się tutaj, w ten sposób. Można było to porównać do tego, kiedy poprzednio przekroczyli wszystkie granice, kiedy dotarło do nich, że chcą być dla siebie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi. Jakby po raz kolejny udało im się dojść do czegoś wyjątkowego. Sięgnęła dłonią do jego policzka, nie mogła powstrzymać się przed tym, żeby go dotknąć, chociaż wiedziała, że nigdzie się nie wybiera, mimo wszystko ponownie chciała poczuć pod opuszkami palców ciepło jego skóry. Był tutaj, nigdzie się nie wybierał, miał z nią zostać. Znowu byli razem, to było naprawdę wspaniałym uczuciem, najwłaściwszym z wszystkich innych. Najwyraźniej życie miało znowu nabrać większego sensu. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.03.2025 Odpowiedział kolejnym z tych długich spojrzeń, nie mrugając przy tym ani razu, tylko wbijając wzrok w błękitne oczy Geraldine i posyłając jej jeszcze jeden uśmiech. Tak właściwie, po prostu się do niej uśmiechał. Nie potrafił tego powstrzymać i nawet nie próbował, tym bardziej, że robił to podświadomie. Dokładnie tak jak teraz otulał ją spojrzeniem. Mimowolnie unosił kąciki ust. Wyginał wargi w tym całkiem promienistym uśmiechu. Czymś, czego nie robił od tak dawna, że niechybnie miały go rozboleć mięśnie twarzy. Łapiąc się na tym dopiero w momencie, w którym dziewczyna dotknęła palcami jego twarzy. Praktycznie w tej samej chwili, w której on odruchowo jeszcze bardziej się ku niej pochylił. Chciał skraść jej pocałunek. Zamierzał to zrobić. Nie dało się tego ukryć ani przeoczyć. Reagował swobodnie i bez zawahania. Nie ukrywał swoich intencji. Tego, że w tym momencie był po prostu szczęśliwy. Nie musiał myśleć o tym, czy to, co robią jest słuszne. Mógł powrócić do tego, co przychodziło mu najbardziej instynktownie. Sięgnąć po to, czego chciał. W tym wypadku był to pocałunek. Jeden z tych znacznie mniej żarliwych niż chwilę wcześniej. Bardziej leniwych, powoli smakujących wargi ukochanej, nie zmierzający do niczego innego. Tylko do tego. Choć może jednak? W końcu mogli dać sobie czas, aby sycić się sobą na wiele różnych sposobów. Gwałtownie i chaotycznie, ale także powoli, sennie, bez pośpiechu. Mogli dawać sobie wszystko, czego tylko chcieli, wcale nie musząc patrzeć przy tym w przyszłość. To było najlepsze. Najsłodsze. Najbardziej upragnione. A jednak ostatecznie tego nie zrobił. Nie zamknął jej ust kolejnym pocałunkiem. Zamiast tego przycisnął policzek do miękkiego wnętrza dłoni Yaxleyówny. Bardziej niż to konieczne drapiąc ją zarostem, bo nie miał jeszcze okazji doprowadzić się do porządku. Do tego standardowego stanu, który sam w sobie też chyba wymagał drobnych zmian. W końcu już zdążyła mu zarzucić, że zapuścił się jak yeti. Doskonale o tym pamiętał. Jakże mógłby zapomnieć uwagę tego typu? Szczególnie, że tamten dzień też ostatecznie ułożył się naprawdę dobrze. Może nie tak błogo jak ten teraz, gdy mieli już całkowitą pewność tego, na czym stoją. Jednakże wciąż było to jedno z tych bardziej idyllicznych popołudniów, jakie przeżyli w ostatnim czasie. Nawet nie wiedząc, na czym dokładnie stoją, potrafili znaleźć w sobie to coś. Czułość i ciepło. Umieli dać sobie namiastkę dawnego spokoju. W dalszym ciągu chowali ją w sobie, teraz mogąc ponownie dać ujście dawnym odruchom. Instynktom, emocjom, nawykom. Tym, które już kiedyś mieli, nawet jeśli prędzej niż później musieli wprowadzić zmiany w dawnej rutynie. Dostosować ją do swojej nowej rzeczywistości. Czegoś, czego oboje chcieli. Nie miało być łatwo. Wiele się zmieniło. Dało się to dostrzec nawet gołym okiem, bez rozmawiania na ten temat. W przeciągu ostatnich kilku dni, Ambroise parokrotnie miał okazję dostrzec w Geraldine coś, co czyniło z niej zupełnie inną osobę niż ta dziewczyna, którą doskonale znał. W znacznej mierze pamiętał ją z innych, prostszych czasów. Tak jak ona jego, nie wiedząc o części rzeczy, o której jej nie mówił. To była inna rzeczywistość. Wtedy, kiedy jeszcze sam nie przyłożył ręki do tego jak mocno dojechało ich życie. Tak, zdawał sobie sprawę z faktu, że sam częściowo ukręcił na nich bicz. Jednakże nie chciał tego nadmiernie analizować. Wolał nie wnikać zbyt głęboko w to, jak bardzo przy tym zawalił, jak mocno się mylił. Odpuścił. Złożył kapitulację na te same ręce dziewczyny, do których teraz przytulał policzek, ale nie chciał już dłużej wracać do tego, o czym wielokrotnie mówił. Miał nadzieję, że nie będzie to konieczne. Wolał przyjąć wersję, wedle której żadne z nich nie było pewne, co stałoby się, gdyby tego nie zrobił. Gdyby się nie rozstali, gdyby ich historia potoczyła się inaczej. Czy byłoby gorzej, czy byłoby lepiej - nie mogli tego wiedzieć, prawda? Nie musieli w to wnikać. Najważniejsze, że teraz byli przy sobie. Obejmowali się ramionami, leżąc nago w łóżku. Skóra przy skórze, delektując się swoim wzajemnym ciepłem. Obecnością, niczym więcej. Tym, że znaleźli się tutaj razem, odnajdując w sobie to wszystko, co wcale nie zniknęło. Było zbyt silne, nie mogli tego stracić, nawet posuwając się tak daleko i tak nisko jak przez te wszystkie ostatnie miesiące. Tego też nie mieli więcej powtórzyć. Nie musieli. Cokolwiek się stało, przyniosło im znacznie więcej niż wyłącznie ból i cierpienie. Być może nie było dobre. Z pewnością takie nie było. Sprawiło, że oboje ponownie znaleźli się na krawędzi, zbaczając z właściwego kursu, gubiąc cel z oczu. A jednak zarazem zyskali coś w rodzaju pewności. Świadomość tego, że istniała dla nich wyłącznie jedna właściwa ścieżka. Gdziekolwiek miała ich zaprowadzić. Jeszcze nie otwierał ust, jeszcze nic nie mówił. Zamiast tego przekrzywił głowę, muskając wargami dłoń dziewczyny i składając pocałunek na jej skórze. Kurewsko ją kochał. Nigdy nie przestał. Wiedziała to, prawda? Tym razem ostatecznie. Widział to w jej oczach. Wrócili do domu. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.03.2025 Pozbyła się dzisiaj ogromnego ciężaru, który przez kilka ostatnich dni bardzo mocno na nią naciskał. Nie wiedziała do końca na czym stoi, próbowała odnaleźć się w tej nowej sytuacji, ale nie do udawało jej się. Wreszcie to wszystko odeszło. Nie musiała się niczym przejmować. Niby wiedziała, że więź między nimi istniała, ciągle, nie dało się jej pozbyć, ale była niepewna, nie miała pojęcia, co przyniesie kolejny dzień, nie kiedy przecież mówili, że nie mogą być w tym razem, że to niedopuszczalne. Wyznali sobie wiele przez ten tydzień, padły między nimi niezbyt przyjemne słowa, ale również i takie, które świadczyły o stałości tego, co między nimi było. Nigdy się sobą nie znudzili, zawsze mieli mieć specjalne miejsca w swoich życiach. Potrzebowali tego czasu, aby jakoś sobie wszystko ułożyć, jakoś się w tym odnaleźć. Nie był to łatwy, miły i przyjemny tydzień, wręcz przeciwnie, istotne było jednak jedynie to, że doprowadził ich do tego najważniejszego momentu, w którym w końcu doszli do porozumienia, w końcu zrozumieli, że nie potrzebują nic więcej poza sobą. Teraz, gdy znajdowali się tak blisko siebie, wiedziała, że to wszystko było tego warte. Wyrzucanie i wysłuchiwanie tych nie do końca przyjemnych słów, to trwanie przy sobie mimo tego, że nie mieli pewności, że faktycznie coś im to da. Ona czuła, czuła, że będzie w stanie coś dzięki temu osiągnąć, a teraz leżała w swoim łóżku, szczęśliwa, w ramionach miłości swojego życia. Nic więcej się nie liczyło, tylko i wyłącznie to, że dostała to, na czym najbardziej jej zależało. Wpatrywał się w nią, nie była temu obojętna, nie przestawała bowiem na niego spoglądać. Próbowała odczytać, co siedzi mu w głowie, jednak wychodziło jej to raczej średnio, chociaż wydawało jej się, że czują się podobnie. W końcu miała pewność, że darzą się tymi samymi uczuciami, nie potrzebowała żadnych innych zapewnień, nie gdy wszystko było jasne. Nie przeszkadzała jej szorstkość jego policzków, chociaż już zwróciła mu uwagę na to, że wyglądał jak nie on. Nie widziała jednak w tym niczego złego, nigdy nie miała problemu z tym, że nosił się dokładnie tak, jak chciał. Kochała go takiego, jakim był, po prostu, to, jak aktualnie się prezentował nigdy nie miało szczególnego znaczenia. Liczyło się coś więcej, już ona wiedziała co dokładnie. - Wiesz, że Cię kocham? - Ktoś w końcu musiał przerwać tę ciszę, może było to zupełnie niepotrzebne, ale chciała to z siebie wyrzucić po raz kolejny, szczególnie gdy znajdował się tak blisko niej. Zupełnie nagi, ciało przy ciele. Czuła ciepło jego skóry na swojej. Chciała, żeby o tym wiedział, chociaż przecież powtarzała mu o tym od lat. Nie mogła się jednak powstrzymać przed tym komentarzem, gdy poczuła ciepło jego ust na swojej dłoni. Zależało jej na tym, aby nigdy nie miał wobec tego najmniejszych wątpliwości. Wszystko wydawało się zmierzać we właściwym kierunku, czuła lekkość, która ostatnio jej nie towarzyszyła, musiała chyba do tego przywyknąć, chociaż te dwa lata były dla niej dość ciężkie. To było już za nimi, znowu znalazła się dla nich nadzieja, znowu mieli zacząć wspólne życie, mieli dom, to wszystko wydawało jej się być okropnie niewiarygodne, szczególnie, że przez ten tydzień przeżyli tak wiele... To był chyba najdłuższy tydzień w jej życiu, nie miała pojęcia do czego ich zaprowadzi, ale skończył się najlepiej, jak tylko mógł. Nie przestawała dotykać jego policzka, właściwie to powoli przemierzała kciukiem jego skórę od góry kości policzkowej, do dołu. Nie mogła przestać, dawno nie mieli takiego momentu, w którym mogliby się zupełnie skupić na sobie, zupełnie nie przejmować się tym, co działo się wokół nich. W końcu go dostali, nie miała zamiaru szybko opuszczać tej sypialni, nie, gdy wreszcie pozwolili sobie sięgnąć po to, co faktycznie im się należało. Zasługiwali na to wszystko, szczególnie po tym, co przeżyli przez te ostanie półtora roku. Nie zamierzała zastanawiać się nad tym, co by było gdyby wybrali wtedy inne rozwiązanie, bo to nie miało żadnego sensu. Istotne było tylko i wyłącznie to, że do siebie wrócili, że znowu mieli to, co ich połączyło. To nigdy nie miało zniknąć. To było ich. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 Dawno nie zaznał takiego spokoju jak tego poranka. Bez konieczności zrywania się z łóżka i niemal momentalnego zajmowania się naglącymi sprawami, których lista zdawała się nie mieć końca. Nie kurczyła się nawet wtedy, gdy miał wrażenie, że przez cały czas coś robi. Wychodził z domu wczesnym rankiem, wracał późnym wieczorem. Zajmował się wszystkim i niczym. Poniekąd sam wypełniał tym sobie dni. To były jego własne decyzje, które go do tego doprowadziły. Pokłosie jego uczynków albo wręcz przeciwnie: tego, że zaniechał działania wtedy, kiedy miał możliwość to zrobić. Praktycznie nieustannie musiał myśleć o swoich kolejnych posunięciach. Bez ustanku prowadził w głowie bilans zysków i strat. Ostatnio szala niepokojąco mocno przeważała się na tą drugą stronę. Tak naprawdę już dawno nie zaznał chwili, w której mógł nie myśleć o konsekwencjach własnego postępowania. Zamiast tego zyskiwał wyłącznie kolejne tematy, następne zadania, obowiązki zawodowe, rodzinne, towarzyskie... ...wszystko to, co sam na siebie ściągał. Robił to naprawdę świadomie. Chciał tego, bo nie mógł pozwolić sobie na to, żeby znowu pogrążyć się w marazmie. Aż nazbyt dobrze wiedział, że bez tego nie byłby w stanie radzić sobie ze wszystkim, co działo się dookoła. Potrzebował czegoś, co zajmowałoby mu zarówno ręce, jak i myśli. Jakiegoś celu. Czegoś, co sprawiałoby, że czułby się nieco bardziej odpowiedzialny. Tak, jakby faktycznie miał nad czymś kontrolę. Usiłował nadal ją mieć. Szczególnie teraz, kiedy raz po raz czuł się zatrważająco bezsilny, próbując wyprzeć to wrażenie, bo nie niosło ze sobą nic dobrego. Nienawidził być słaby, polegać na kimkolwiek prócz siebie, żalić się ludziom z własnych problemów i oczekiwać, że rozwiążą je za niego. Prędzej stawiał się w pozycji oprawcy aniżeli ofiary, nawet wtedy, gdy teoretycznie wcale nie należało tego robić, bo w istocie niczemu to nie służyło. Wolał czuć się winny niż pokrzywdzony. Tak już miał. Nie zamierzał tego zmieniać. Nie był człowiekiem, który uciekał przed odpowiedzialnością. Wręcz przeciwnie. Ponosił konsekwencje tego, co robił i mówił. Brał je na siebie. Czasami mniej, czasami bardziej podświadomie, jednak w ostateczności zawsze. Za każdym razem. Mimo wszystko nie był aż takim ignorantem, żeby nie wiedzieć, że każda akcja musiała być związana z reakcją zaś każda reakcja wiązała się z akcją. Nawet nie być może, bo zdecydowanie w ostatnim czasie trochę za bardzo w tym zabłądził. Zbyt mocno zamotał się w potrzebie ponoszenia kosztów swoich decyzji. Na własnych zasadach. Dokładnie wtedy, kiedy sądził, że jest w stanie udźwignąć ten ciężar. Zanim zrobi to za niego los, który przecież już dostatecznie dużo razy udowodnił mu, że nie lubi braku harmonii. Prędzej czy później należało zapłacić za to, co się robiło. Tyle tylko, że oboje już to zrobili. Ponieśli dostateczne koszty. Chyba mogli pozwolić sobie na to, aby już dłużej tego nie robić. Tak. Tak mu się wydawało. Potrzebował uwierzyć w słowa Geraldine, więc to zrobił. W końcu jej ufał. Czasami nawet bardziej niż sobie. W tej chwili nie musiał myśleć o niczym szczególnym. W myślach mógł powrócić do tego okresu, kiedy wcale nie potrzebował zajmować się czymkolwiek szczególnym, bo leżenie w łóżku nie oznaczało przewracania się z boku na bok. Już nie. W tym momencie było całkiem przyjemnym spędzaniem czasu z ukochaną osobą. Wpatrywaniem się w nią, wbijaniem wzroku w jej twarz i błyszczące, choć nieco zmęczone oczy. Nic dziwnego. W końcu oboje przeżyli naprawdę trudną noc. Wszystko, co wydarzyło się między nimi przez ostatnią dobę, choć teraz powoli zaczynało tracić swój negatywny wydźwięk, nie było łatwe. Powiedzieli sobie wyjątkowo dużo. Niektóre słowa wyryły się głęboko w pamięci, pozostając tam w ciszy. Inne doprowadziły ich do pęknięcia i wylania frustracji na zewnątrz. Ale musieli to zrobić, prawda? Nie mogli przez cały czas uciekać przed tą ostateczną konfrontacją. To było im potrzebne, szczególnie po tym wszystkim, co przeżyli przez ostatnie miesiące. Potrzebowali podjąć decyzję, ruszyć z miejsca, do którego nigdy nie pasowali, bo to, co działo się między nimi przez te wszystkie tygodnie nie było właściwe. Była wyłącznie jedna jedyna możliwość. Dokładnie ta, którą teraz wybrali. Poddanie się, kapitulacja, pogrążenie się w cieple i błogości. Mieli sobie poradzić. Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób, ale w tej chwili nawet nie próbował tego analizować. Po prostu pozwolił sobie na to, aby przycisnąć wargi i policzek do dłoni Geraldine, dając jej robić z nim to wszystko, co napawało go tym naprawdę przyjemnym uczuciem. Z opuszkami palców dziewczyny pieszczącymi jego skórę i oczami cały czas wpatrzonymi prosto w jej własne. Była piękna. - Być może? - Odpowiedział z błyskiem w oku, zdecydowanie nie zamierzając ukrywać tego, że po prostu lubił brzmienie tych słów. Być może oboje nigdy tego nie ukrywali. Mówili to sobie wtedy, gdy nadarzała się ku temu okazja, jednak nigdy nie czuli potrzeby powtarzania tego tak często jak przez ostatni tydzień. W przeciągu tych kilku dni padło między nimi znacznie więcej miłosnych wyznań niż kiedykolwiek wcześniej. Skłaniał się nawet ku stwierdzeniu, że gdyby spróbowali policzyć te wszystkie słowa, wynik byłby raczej bardzo jasny: gubiąc się pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi głębokimi pragnieniami, powtórzyli to sobie więcej razy niż przez siedem lat ich wspólnej historii. To mówiło samo za siebie. Cholernie tego potrzebowali. Być tu i teraz, powoli odzyskując stabilność i nie martwiąc się o wspólną przyszłość. Nie stojąc już na skraju przepaści, która mogła, ale nie musiała stać się jeszcze głębszą wyrwą pochłaniającą ich oboje. Zdecydowali się zrobić krok. W tym momencie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że właściwy. Dokładnie ten, który należało, by zrobili. Nic innego nie miało w tej chwili znaczenia. Liczyli się tylko oni dwoje. - Zastanawiam się - zaczął po chwili namysłu, korzystając z tego, że przerwali ciszę. Być może była błoga i nie niosła ze sobą wrażenia ciężkości, jednak skoro oboje nie byli jeszcze w stanie całkowicie się w niej pogrążyć i pozwolić sobie na sen, nie musieli milczeć. Lubił słyszeć głos Geraldine, zniżając przy tym własny do szeptu niemal na granicy słyszalności. - Trondheim? - Kontynuował, przywołując już raz poruszony temat; tyle tylko, że wtedy mający zupełnie inny wydźwięk niż teraz. - Jeżeli do tego czasu uda nam się naprostować sytuację, może zabrałabyś się tam ze mną? Przedpołudnia mogą być dosyć nudne - zaznaczył, nie dodając, że dla niej, choć było to raczej jasne - ale później mielibyśmy praktycznie pół dnia dla siebie... ...no i wieczory. Całą noc - to była wyjątkowo dobra wizja, prawda? Zmiana otoczenia mogłaby im dobrze zrobić a niespecjalnie wyobrażał sobie teraz wyjeżdżać praktycznie na tydzień bez niej. Nie, gdy dopiero zaczynali budować wspólną rzeczywistość. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 Mimo tego, że wiedziała, że nie będą mogli sobie pozwalać póki co często na takie lenistwo, bo czekało na nich sporo spraw do ogarnięcia, to był całkiem przyjemny początek nowego etapu w ich wspólnym życiu. To przynosiło nowe spojrzenie na to, co działo się wokół nich. Yaxleyówna bowiem czuła, że teraz będzie tylko lepiej, zawsze prościej było ogarniać bagno we dwójkę. Mogli liczyć na swoje wsparcie i pomoc, a zdawała sobie sprawę, że sporo działo się w ich życiu i musieli jakoś sobie z tym poradzić. Wiele razy działali w ten sposób, w końcu o to też chodziło w relacji jak ta, mieli być dla siebie oparciem, a w ich przypadku mogli sobie służyć też swoimi wyjątkowymi umiejętnościami, bo każde z nich było biegłe w zupełnie innych dziedzinach. To również sporo zmieniało, kiedy mieli u swojego boku kogoś, kto miał nieco inne spojrzenie na świat. Razem zdecydowanie łatwiej było im sobie radzić ze wszystkim co działo się wokół nich. Zresztą może to był właśnie moment, w którym powinna spasować, ściągnąć ze swoich barków większość spraw, które wzięła na siebie po to, aby czymś się zajmować. Nie znosiła mieć zbyt wiele wolnego, bo to niosło ze sobą tendencje do podejmowania głupich decyzji, znajdowanie się w miejscach, w których nie powinno jej być. Wiedziała, że ostatni czas w jej życiu nie należał do najlepszego, bo robiła wszystko, żeby zapomnieć. Chciała czuć cokolwiek, żeby mieć świadomość, że jeszcze żyła. Nie zawsze były to same przyjemne emocje, ale przynajmniej wiedziała, że nadal coś tam jest w stanie do niej docierać. Nie musiała już brać na siebie wszystkiego, zdecydowanie powinna w końcu odpuścić, chociaż miała tendencje do tego, żeby przejmować się tym, co działo się wokół niej. Tyle, że znowu miała dla kogo żyć, był to odpowiedni czas na to, żeby przemyśleć, czy faktycznie musi się angażować w te wszystkie palące sprawy, chyba nie. Kiedyś już nauczyła się odpuszczać, był to dobry moment, na to by wrócić do tych nawyków. Czuła, że należało jej się nieco odpoczynku. Szczególnie po tym wyczerpującym dla niej lecie, które naprawdę okropnie ją zmęczyło. Dawno tak naprawdę nie miała dnia dla siebie, takiego, żeby spędzić go zupełnie na spokojnie. Niby znaleźli się w Whitby, gdzie mieli odpocząć, jednak jej myśli ciągle krążyły wokół tego, co mogło, ale nie musiało się wydarzyć. Teraz było zupełnie inaczej, chociaż przez chwilę w pełni mogła nacieszyć się tą ich wyjątkową chwilą. To zupełnie zmieniało podejście do życia, do przyszłości. Czuła, że wreszcie będzie przepięknie, tak jak mówiła. Nie przejmowała się wojną, bo dlaczego mieliby się powstrzymywać tylko przez to, że ktoś postanowił zmieniać układ władzy, szkoda było marnować najlepsze swoje lata życia tylko i wyłącznie przez sytuację polityczną. - Być może? - Pówtórzyła jeszcze za nim kręcąc przy tym głową. Cóż, powinna się spodziewać po Roisie podobnej odpowiedzi, to też było dla nich typowe. Mimo wszystko wiedziała, że to raczej znowu to typowe dla nich droczenie się. Udowodniła mu na pewno przez ostatni tydzień wszystkie swoje uczucia. Powtarzała mu te słowa częściej niż kiedykolwiek indziej, do tego dochodziły gesty, które również o tym świadczyły. Jasne, w między czasie wylewała na niego wiadro pomyj, ale było im to potrzebne do oczyszczenia atmosfery, dzięki tym wszystkim rozmowom bowiem znaleźli się w tym miejscu. Najbardziej właściwym, ponownie razem. Nic nie było w stanie teraz tego spierdolić. - Hmm? - Przyglądała mu się uważnie, wpatrywała się w te jego zielone oczy starając się przewidzieć nad czym się tak zastanawiał. Nie miała pojęcia do czego zmierzał, pozostawało więc poczekać, aż w końcu powie jej co wymyślił. - Chcesz zabrać mnie ze sobą do Norwegii? - Najwyraźniej ku temu zmierzał. Oczy jej się zaświeciły niemalże od razu. Wspominał o tym, że czeka go ten wyjazd. W sumie miło jej się zrobiło, że o niej pomyślał. Cóż, trudno byłoby jej znieść teraz jego nieobecność, nawet jeśli miałaby być tylko tygodniowa, bo przecież dopiero co go odzyskała. - Będę mogła szukać smoków. - Każde miejsce niosło ze sobą dodatkowe atrakcje, a akurat Yaxleyówna potrafiła sobie zorganizować czas. Właściwie to nie był taki głupi pomysł, wspólny wyjazd dobrze im zrobi. - Jeśli uda nam się ogarnąć Astarotha, to nie widzę żadnych przeciwwskazań. - Nie mogła zapomnieć o bracie, który aktualnie nie do końca radził sobie ze swoim nieżyciem. Obiecała mu przecież, że się nim zaopiekują, ale była szansa na to, że faktycznie uporają się z jego małym uzależnieniem szybciej. - To brzmi naprawdę dobrze, przyda nam się taki wyjazd. - Tak, z dala od tego wszystkiego, co działo się w Wielkiej Brytanii, będą mogli faktycznie złapać oddech, przestać się przejmować. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 Dawno nie czuł się w ten sposób. Tak swobodnie i lekko. Szczęśliwie. Ni mniej, ni więcej jak tylko cholernie dobrze. - Być może - przytaknął, tym razem starając się przegryźć wnętrza policzków i powstrzymać uśmiech, żeby wypaść poważniej. W końcu to był bardzo istotny temat, o którym należało mówić całkowicie na serio. Bez unoszenia kącików ust w taki sposób, w jaki w jego przypadku odruchowo same to robiły. Bez chęci parsknięcia śmiechem na wyraz twarzy Geraldine. Jej dosyć dostrzegalne uniesienie brwi przy jednoczesnym kręceniu głową oraz to, że z całą pewnością w tym momencie zaczęła zastanawiać się nad sensem jego odpowiedzi, nawet jeśli z pewnością wiedziała, że próbował ją teraz podpuszczać. Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę. Zbyt dobrze go znała, żeby uznać to wszystko za wyraz jego niepewności. Wahanie, co do prawdziwości jej deklaracji. Tym bardziej, że jednocześnie z całą świadomością wiedział, że mógł na moment powstrzymać drżenie kącików ust, zachować pokerową twarz i tak dalej. Natomiast w żadnym razie nie był w stanie przestać wbijać w Geraldine spojrzenia, które i tak mówiło dosłownie wszystko. Nawet nie próbował tego robić. W ostatnich miesiącach zdecydowanie zbyt wiele razy musiał ukrywać swoje prawdziwe odczucia. Odwracał wzrok, uciekał nim w inny punkt, żeby nie patrzeć w błękitne oczy dziewczyny. Uporczywie zapierał się przed tymi instynktami w stosunku do niej, jakie były w nim naprawdę głęboko zakorzenione. Usiłował myśleć o czymś innym, nie ulegać własnym emocjom. Na dłuższą metę to było naprawdę męczące. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiał tego robić. Nie w stosunku do niej. Przy Yaxleyównie zachowywał się swobodnie. Był swoją najbardziej szczerą i naturalną wersją. Nie nosił żadnych masek, nie usiłował być kimś kim nie jest. Jasne, czasami odrobinę ją wkręcał. Podszczypywał ją, zaczepiał, nieco wodził za nos, żeby wzbudzić u niej reakcję. Zazwyczaj usiłując wywołać szerszy uśmiech na twarzy dziewczyny, jaki zazwyczaj widniał tam po wywróceniu oczami na jego niereformowalne zachowania. - Być może zdaję sobie sprawę z tego jak mocno mnie kochasz, ale to raczej bardzo subiektywna interpretacja oparta na podstawie tego jak bardzo ja kocham ciebie - odezwał się, usiłując nadać tym słowom wyjątkowo oficjalne, może wręcz naukowe brzmienie; naukowy bełkot, pompatyczny i przesadnie skomplikowany na to, co dodał zaledwie ułamek sekundy później. - A ja cię kurewsko kocham - tak, tyle byłoby z podniosłości tej chwili. Parsknął. Parsknął cichym śmiechem, nie ukrywając już rozbawienia ani tego, że naprawdę nie potrzebował kolejnych zapewnień o miłości. Były miłe. Cholernie miłe, kurewsko miłe, ale nie musiał tego słyszeć. Gesty mówiły same za siebie. Słowa były jedynie niewielkim, choć całkiem słodkim dodatkiem. Nigdy nie były ich głównym sposobem komunikacji. - Chcesz zabrać się ze mną do Norwegii? - To jasne, że nic nie musiał, ale w tym wypadku po prostu musiał odpowiedzieć pytaniem na pytanie. Znów gryząc wnętrza policzków. Ponownie odbijając spojrzenie jego dziewczyny. Raz jeszcze utrzymując z nią naprawdę przeciągły kontakt wzrokowy zanim bardzo powoli kiwnął głową. Nie proponowałby tego, gdyby nie widział jej tam u swojego boku, prawda? Nie chciał się teraz rozdzielać, nawet jeśli chodziłoby wyłącznie o niecały tydzień rozłąki. Tym bardziej, że przecież jego sprawy zawodowe nie miały mu zająć aż tylu pełnych dni. Tak właściwie to nie było inaczej niż już zdążył zakomunikować Geraldine. Dostał rozpiskę, miał w domu plan godzinowy całego wydarzenia. Był zajęty pomiędzy ósmą a maksymalnie trzynastą trzydzieści. To sprawiało, że mieli mieć możliwość spędzania praktycznie połowy dnia na tym, co chcieli robić. Poza tym dostawali naprawdę dobre zakwaterowanie w całkiem wygodnym, jakby luksusowym miejscu. Wyżywienie także było po stronie organizatora. Mogli mieć namiastkę całkiem miłych wakacji. Coś, czego nie robili od bardzo dawna. Oczywiście, że parsknął pod nosem na wspomnienie o szukaniu smoków. Był to jednak całkiem szczery stłumiony śmiech. Odruchowa reakcja towarzysząca pobłażliwie-czułemu spojrzeniu. Jasne, że mógł się spodziewać podobnych deklaracji. W żadnym razie nie zapomniał o tym, w jaki sposób wyglądały ich poprzednie wyjazdy. Zawsze musieli robić coś, co wymagało łażenia po lesie, wspinaczki górskiej, okazjonalnej kąpieli w jeziorze, przedzierania się przez jakieś chaszcze. Rzecz jasna mogła to robić wtedy, kiedy on był zajęty swoimi sprawami, tyle tylko, że raczej nie w tym wypadku. Tu był haczyk, o którym poniekąd zaczął uprzedzać Rinę, ale ewidentnie był w tym niedostatecznie jasny i klarowny. Zdecydowanie musiał poprawić swoje niedomówienie. Tyle tylko, że wpierw należało, aby odniósł się do jej kolejnej, niemal natychmiastowej odpowiedzi. Astaroth. Tak. Nie mogli zapominać o młodszym Yaxleyu. Tym bardziej, że jeszcze dzisiejszego poranka zaczęli rozmawiać o tym, co powinni zrobić w tej sprawie. Razem. Oczywiście, że nie zamierzał pozwolić sobie na to, żeby wymigać się od tej części obowiązków. Tym bardziej tylko dlatego, że miał gdzieś jakieś inne propozycje, wyjazdy, plany, które chciał zrealizować, ale wcale nie musiał tego robić. Skoro był tutaj. Byli tuż obok siebie, przy sobie, ze sobą. Skoro podjęli decyzję o tym, aby na nowo budować wspólne życie. Na dobre i na złe, tak? Może jeszcze nie rozmawiali o tym, co tak naprawdę zdążyło się zmienić, ale przyjmowali się z całym dobrem inwentarza. To było bardziej niż jasne, toteż... ...nie dało się ukryć, że Roth bez wątpienia był częścią tego nowego pakietu, prawda? Ambroise nie zamierzał kwestionować swojej roli. Wbrew temu, o co pokłócili się w Mungu, już wcześniej usiłował ingerować w sytuację. Interesował się. Mógł mieć spinę z młodszym bratem Yaxleyówny, ale to nie oznaczało, że zamierzał być olewaszczy. Tym bardziej również po tym, co zdążył już usłyszeć. Nie chciał, aby praca była dla niego najważniejsza. Kiedyś nie była. Był taki moment w życiu, kiedy naprawdę starał się ograniczyć zobowiązania zawodowe do niezbędnego minimum. Obecnie znowu powrócił do starych nawyków, musiał być tego świadomy. Zmiana narracji nie była tak prosta i nie miała nastąpić z dnia na dzień. Oboje potrzebowali czasu, ale przecież już ustalili, że im go nie brakuje. Mieli przyszłość. Zamierzali ją mieć. Nie mogli kontrolować otoczenia, ale mogli korzystać z całego czasu, jaki był im przeznaczony. Zresztą zawsze to robili. Nie zwykli zaprzepaszczać godzin na coś, co nie było dla nich ważne, wartościowe czy konieczne. W tym wypadku chodziło o wszystkie trzy czynniki. - Wyjedziemy tylko, jeśli do tego czasu uda nam się zająć twoim bratem - podkreślił spokojnie, ale dosyć zdecydowanie, kwitując to dodatkowym kiwnięciem głową. - W innym wypadku odwołam udział. Na moje miejsce znajdzie się kilka osób - to także zamierzał podkreślić, nie dając przy tym wrażenia, że nie jest zadowolony z takiej możliwości. Wiedział, na co się pisze. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeżeli nie ta konferencja to inna. Jeżeli nie inna, to żadna. Miał do tego naprawdę jasne podejście. - Na twoje zresztą też - dodał bez mrugnięcia okiem, powracając do tego, gdzie był pies pogrzebany. - Bo muszę cię wtedy zgłosić bardziej formalnie niż jako moją osobę - ale przedsmak tego miała poniekąd wczoraj w Mungu, prawda? Była całkiem dobrą stażystką. Wyjątkowo ponętną... ...pojętną uczennicą. To była stosunkowo niska cena za udany wyjazd. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 Wpatrywała się w niego, nie mrugając ani razu. Cóż, nadal podążał za tą narracją, być może. Ciekawe, jak długo uda mu się utrzymać pozory tej powagi, nie spodziewała się, że może to zająć zbyt wiele, chociaż Roise potrafił grać i udawać, jak nikt inny. Tyle, że nie przy niej. Ona wiedziała, czego mogła się po nim spodziewać, zdawała sobie sprawę, gdy brał ją pod włos. To był jeden z takich momentów. Znali się bardzo dobrze, mogli próbować się zmylać, ale wcale nie tak łatwo było im oszukać drugą stronę, przecież spędzili ze sobą wiele lat. Umiała go rozgryźć, a on potrafił zrobić to samo w stosunku do niej. To nie było żadną nowością. Kolejne słowa, które padły z jego ust zabrzmiały okropnie pompatycznie, co też nie było dla nich raczej typowym zachowaniem, bo między sobą byli raczej całkiem prości i konkretni. Nie mogła się więc oprzeć temu, aby szeroko się uśmiechnąć. Cóż za podniosła chwila. Nie miała pojęcia, kiedy doszli do wyrażania swoich uczuć w taki sposób, ale było to całkiem zabawne. - Tak lepiej. - Zdecydowanie wolała ten bardziej przystępny sposób na wyrażanie emocji. On do nich pasował. Nie byli mistrzami w składaniu pięknych zdań, ale to nie było istotne. - Kurewsko idealnie odzwierciedla również moje uczucia. - Nie raz ujmowała to właśnie w te słowa. Właściwie i on i ona to robili. - Chcę, bardzo chcę. - Musiała w końcu jasno odpowiedzieć na to pytanie. Była to propozycja z serii tych nie do odrzucenia. Oczywiście, że chciała się tam znaleźć przy jego boku, szczególnie teraz, kiedy na nowo rozpoczynali swoją wspólną drogę. To mogło być dla nich dobre, zmiana otoczenia, zupełnie inne miejsce, inni ludzie, właściwie to brak ludzi. Naprawdę mieliby szansę spożytkować w odpowiedni sposób ten czas. Tak samo jak wtedy, kiedy znalezli się nad morzem po tym, gdy w końcu wyznali sobie co naprawdę czują. Zmarszczyła nos, kiedy parsknął śmiechem, gdy wspomniała o smokach, przecież powinien się tego spodziewać. Nie była w stanie zbyt długo usiedzieć na tyłku, leżeć bezczynnie, to nigdy nie był jej sposób na odpoczynek. Zdecydowanie wolała znajdować się w ciągłym ruchu. Mogłaby całkiem nieźle wykorzystać ten czas, który spędzałby bez niej. W Norwegii można było spotkać wiele ciekawych gatunków magicznych stworzeń, dla kogoś jak ona, to była całkiem niezła okazja do tego, aby uzupełnić swoją wiedzę, dlaczego miałaby z tego nie skorzystać? Całą resztę czasu mogłaby poświęcać tylko i wyłącznie jemu. Plan naprawdę wydawał się być idealnym, oczywiście, o ile w ogóle uda im się go zrealizować. Niestety miała te sprawy, które wypadało doprowadzić do końca. Nie mogła bawić się gdzieś w Norwegii, wiedząc, że jej brat nie ma odpowiedniej opieki, że sobie nie radzi. Czuła, że jej obowiązkiem było zadbanie o to, aby w końcu zebrał się do kupy. Wtedy i ona będzie miała spokojniejszą głowę. To była jedna z tych rzeczy, które musiała doprowadzić do końca. Wiedziała jednak, że Roise to zrozumie, wiedział ile dla niej znaczy jej rodzina. Nie mogła wybierać między nimi, musieli znaleźć jakiś złoty środek. Zresztą, gdy wspomniała mu o tym, co działo się z jej bratem od razu zaczął szukać sposobu w jaki mogliby mu pomóc. Roise nie był obojętny, nigdy na problemy jej, czy jej rodziny. Dobrze było wiedzieć, że ma jego wsparcie na każdej płaszczyźnie. To było naprawdę budujące. - Jasne, rozumiem, dziękuję. - Miała chęć powiedzieć, że nie powinien patrzyć na nią i jej problemy, skoro miał swoje plany, ale powstrzymała się przed tym. Nie zamierzała brnąć w taką narrację, naprawdę doceniała to, że wybierał ją i jej rodzinę. Zresztą zupełnie niepotrzebnie wyrzuciła mu wcześniej to, że praca była dla niego zawsze najważniejsza. Dostała swoje potwierdzenie, że wcale tak nie było. - Jeśli tego właśnie chcesz, to niech tak będzie. - Wcale nie tak prosot było wypluć z siebie te słowa, bo dużo łatwiej przyszłoby jej stwierdzenie, żeby nie patrzył na nią, że nie musiał tego robić, ale wiedziała, że tego chciał, Ambroise zawsze przecież robił dokładnie to, na co miał ochotę. - Czy to moment w którym stałam się oficjalnie Twoją osobistą asystentką? - Cóż, nie mógł lepiej trafić. Właściwie to chyba najbezpieczniej by było, żeby w takim wypadku nie wychodziła z pokoju, bo przecież mogłaby mu narobić wstydu swoją niewiedzą. Będzie musiała się trzymać z daleka od tych oficjalnych spotkań, oczywiście o ile uda im się trafić do tego Norwegii. Póki co nie było sensu się nastawiać, bo mogliby się niepotrzebnie rozczarować. Taki tydzień w zupełnie innym miejscu mógł być dla nich naprawdę przyjemnym doświadczeniem, ale najpierw wypadałoby sobie poradzić z tym, co znajdowało się w domu, a problem który mieli z jej bratem, nie wydawał się należeć do najłatwiejszych. Mieli pod dachem młodego wampira uzależnionego od środków nasennych, nie miała pojęcia ile może im zająć doprowadzenie go do względnego porządku. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 - No popatrz - odmruknął zupełnie tak, jakby w jakikolwiek sposób go to dziwiło - naprawdę mamy wyjątkową zgodność - tym razem nie miał już potrzeby nazywać tego wyśmienitym, bo naprawdę zgadzali się ze sobą. Ich oczekiwania były zbieżne. Uczucia tak samo. Powoli dążyli do osiągnięcia spokoju. Być może musieli liczyć się z koniecznością przeprowadzenia dogłębnych porządków w dawnych ustaleniach. Wyrzucenia części z nich, dostosowania pozostałych, być może wprowadzenia nowych. Mimo to, był do tego całkiem pozytywnie nastawiony. Zwłaszcza jak na siebie. Szczególnie jak na to, co ostatnio słyszał. Tym razem nie usiłował być realistą. Teraz zachowywał się po prostu błogo. Patrzył na swoją dziewczynę, leniwie sunąc opuszką palca wskazującego po jej klatce piersiowej i powoli oddychając. Rozkoszując się tym spokojem. Senną atmosferą. Słowami padającymi spomiędzy warg jego miłości. - Ja też - niby nie musiał tego robić, ale chciał. Naprawdę chciał zabrać ją ze sobą na wyjazd. Pragnął to zrobić jeszcze wtedy w Mungu, powiedzieć jej, że o niczym tak nie marzył jak o powrocie do wspólnego spędzania czasu. Do wyjazdów, bycia tuż obok siebie. Wtedy czuł się naprawdę właściwie. W tym momencie nawet nie zamierzał kwestionować tego, że znalazł się na właściwym miejscu. Należeli do siebie. Nikt inny tego nie miał. Nikt inny nie rozumiał niektórych spraw. Między innymi tego, co padło z ust Ambroisa w kolejnej chwili. Nawet się nie zawahał. - Nie dziękuj mi za to - upomniał Geraldine, posyłając jej pobłażliwe, choć poniekąd karcące spojrzenie. - Wiesz, jakie mam podejście do tematu - nie wydawało mu się, żeby musiał przypominać to, co tak właściwie nigdy się u niego nie zmieniło. Zawsze, od zawsze, na zawsze miało być dokładnie tak samo. Nie lubił słyszeć zbytecznych podziękowań za coś, co w istocie było dla niego wyłącznie niezbędnym minimum zaangażowania. Nie zamierzał akceptować bezcelowej wdzięczności za to, że zamierzał robić to, co bez wątpienia po prostu należało do jego obowiązków. W końcu byli partnerami, tak? Nie po to powiedzieli te wszystkie słowa, przechodząc przez naprawdę wiele pomniejszych dyskusji, żeby teraz skapitulował, przyjmując narrację o budowaniu czegoś od nowa, ale jednocześnie migał się przed pełnym zaangażowaniem we wspólne życie. Nie był człowiekiem tego typu. Rina nie musiała mu za nic dziękować. Nie wtedy, gdy zwyczajnie starał się wziąć na siebie część należytej odpowiedzialności za poprawę sytuacji. Bądź co bądź był to winien Astarothowi. Jego także poniekąd porzucił. Odchodząc z dnia na dzień, porzucił nie tylko wspólne życie ich dwojga. Jego i Geraldine. Zupełnie odizolował się ze wszystkiego, co było związane z nimi. Zrezygnował z kontaktu z jej rodziną, wycofał się ze wszystkich zobowiązań związanych z byciem prywatnym (choć od lat bezpłatnym) medykiem Yaxleyów. Przy pierwszej możliwości wysłał do nich kogoś innego, mając w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie olać ich tak całkowicie. Porzucił większość wspólnych kontaktów, szczególnie tych, których nie musiał utrzymywać, bo nic już nie znaczyły. Nie, gdy nie było już ich dwojga. To oznaczało również to, że nie miał zielonego pojęcia o większości wydarzeń z życia jego byłej dziewczyny. Jasne, słyszał plotki i pogłoski. Czasami musiał stanąć z nią twarzą w twarz. Tak jak wtedy podczas urodzin Fabiana. Od czasu do czasu orbitowali z dala od siebie podczas wydarzeń towarzyskich. Nie licząc tego jednego razu okrytego zasłoną milczenia. Nie był w stanie całkowicie odciąć się od dopływu informacji. Zresztą doprowadziło to do sytuacji, w której przez wiele miesięcy zupełnie bezsensownie irytował się o i na Erika Longbottoma. Nie zamierzał za to przepraszać. Tak właściwie wyrzucił to z głowy już kilka minut po tym jak wyjaśnili sobie całe nieporozumienie. Lekkie, całkiem łagodne słowo jak na to, co w rzeczywistości wtedy czuł. No cóż. Nie wiedział o tym, co stało się Rothowi. Dowiedział się tego w wyjątkowo wymowny sposób, prawie okupując to kilkoma litrami krwi wyssanej wprost z tętnicy. Od tamtego wieczoru instynktownie na powrót zaangażował się w sprawę. Może samowolnie. Zdecydowanie ku irytacji Yaxleyówny, ale w tamtym momencie był skory stwierdzić, że nie chodziło o nią. On też miał relację z jej bratem. Tyle tylko, że sytuacja była dużo bardziej skomplikowana. Oczywiście, że chodziło o Geraldine. W dalszym ciągu robił to wszystko głównie dla niej. Przynajmniej taką narrację zamierzał teraz przyjąć wewnątrz własnego umysłu, bo litowanie się nad młodym wampirem nie byłoby w jego stylu. Tak samo jak bezinteresowne okazywanie sympatii komuś, kto żywił w stosunku do niego antypatię. Ambroise wolał nie wnikać zbyt głęboko we własne odczucia dotyczące Astarotha. Nie zamierzał przyznawać, że w dalszym ciągu w pewnym sensie żywił w stosunku do niego jakiekolwiek ciepłe odczucia. Nie będące wyłącznie zwykłą towarzyską sympatią, jaką odczuwa się w stosunku do starego znajomego albo dawnego pacjenta. Gdzieś tam z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ten okres, kiedy niemal stali się rodziną. Poniekąd praktycznie już nią byli. Pierścionek czy nie, obrączki, formalności. Wielka biba na miarę czystokrwistej elity, której wyjątkowo nie chciał, ale bez której nie byliby wtedy w stanie się obejść. W pewnym sensie to właśnie to było dla niego największym mimowolnym blokerem. Ryglem w drzwiach do wspólnej oficjalnej przyszłości. Potrafił brylować na salonach, umiał zachować się w towarzystwie, teoretycznie nie miałby najmniejszego problemu ze znalezieniem się w centrum uwagi. Tyle tylko, że nie chciał tego dla nich. Ich związek zawsze był zupełnie inny. Nie kryli się z nim. Nawet nie pomyślałby o tym, żeby chować się z byciem razem. Przynajmniej po tym jak wydostali się poza te sztuczne ramy, bo wcześniej zdecydowanie zachowywał się jak jej chłopak, tyle tylko, że nazywali się najlepszymi przyjaciółmi. Od samego początku jasno przedstawiał Rinę jako swoją dziewczynę. Kogoś, z kim planował wspólne życie. To, aby jasno się określić nie było problemem. Poniekąd było nim to, że Ambroise nigdy nie potrzebował publicznego poklasku. Nie w przypadku jego związku. Nie chciał robić szopki wokół tego, co ich łączyło. Udawać, grać, zachowywać się tak, żeby cieszyć gawiedź. Zabawiać towarzystwo podczas jednego z najważniejszych dni w ich życiu. Nie życiach otoczenia. Przy Geraldine zawsze był szczery i podświadomie nader wszystko pragnął taki pozostać wtedy, kiedy ostatecznie mieliby łączyć swoje życie. Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić jednocześnie starając się dopasować do oczekiwań stawianych młodym podczas wydarzeń towarzyskich tego typu. To go irytowało, to sprawiało, że przez wiele lat zwlekał. Nie chciał przyjęcia zaręczynowego, kolejnych lunchów, balów, wielkiej fety zwieńczonej jeszcze większą ślubną szopką. Zdecydowanie wolałby to zrobić dużo bardziej kameralnie. W bardzo wąskim gronie istotnych ludzi. We dwoje. Bez potrzeby pilnowania się, zachowywania konwenansów. Tym bardziej, że już i tak nie żyli zbyt standardowo. Nie postępowali zgodnie z tradycją. Przez wiele lat dzielili mieszkanie, sypiali w jednym łóżku, zajmowali się sobą w ten najbardziej intymny sposób. Nie czekali z tym do zaręczyn ani do ślubu. Teraz też bez chwili wahania znaleźli się w swoich ramionach. Leżeli nago w łóżku. W dalszym ciągu obdarzali się tymi wszystkimi drobnymi pieszczotami. Dotykiem palców, ciepłem oddechu, czułym spojrzeniem. Byli blisko. Tak blisko jak to możliwe. Nie chciałby musieć udawać, że nie wzbudzała w nim tych wszystkich uczuć. Pilnować każdego ruchu i słowa, żeby nie popełnić żadnego faux pas. Nie daj, Merlinie, gorsząc towarzystwo niewłaściwie sformułowanym zdaniem w przesadnie pompatycznej mowie weselnej. Byli swoi na długo przed tym. W ostatnich latach mniej fizycznie, ale w dalszym ciągu ją kochał. Tęsknił za nią. Szukał jej wzrokiem w tłumie. Nawet, jeśli chwilę później słali sobie przez to lodowate spojrzenia. Tak zupełnie inne od tych teraz. - Chcę - odpowiedział bez większego zawahania, pozwalając sobie na to, aby postawić sprawę bardzo jasno. - Jesteśmy w tym razem. Może tylko bez usranej śmierci. Wolałbym pominąć ten fragment - tak, teoretycznie to też było ich. Ten fragment bez wątpienia dosyć często przewijał się w deklaracjach, jakie sobie składali, ale w tym momencie, skoro już wprowadzali zmiany, mogli pokusić się o wyrzucenie tego dodatku. Po tym wszystkim, co się stało raczej zasługiwali na całkiem spokojne, niezłe życie (no, na tyle, na ile) i przyzwoitą śmierć w podeszłym wieku. Tak, to zdecydowanie lepiej by mu pasowało. A przecież teraz nie musieli myśleć w logicznych kategoriach. Teraz tak zwyczajnie leżeli w dwóch ramionach w miękkiej pościeli i snuli bardzo powolne, raczej dosyć mile brzmiące plany. Przynajmniej z wyłączeniem tych dotyczących Astarotha. Tu musieli przygotować się na całkiem sporo wyzwań. Mimo to, Ambroise liczył, że uda się to zrobić przed datą wyjazdu do Norwegii. Naprawdę chciał mieć dla nich ten tydzień. Zajmować się realizacją planów, ale też przede wszystkim móc pokręcić się po tamtejszych lasach. Tak. Nawet szukając w nich smoków. Wszystko, żeby uszczęśliwić Geraldine. Szczególnie, że i ona szła mu przecież na rękę z tą asystą. - Kiedy tak to ujmujesz, brzmi to... ...kontrowersyjnie - odmruknął, unosząc przy tym brew i przesuwając palcem wolnej dłoni przez sam środek piersi dziewczyny; zatrzymując się na chwilę i wiodąc nim ponownie w dół. - Podoba mi się - nie musiał mówić, czemu, prawda? Nie dalej jak kilka dni temu również padło między nimi coś bardzo zbliżonego. Tyle tylko, że w stosunku do niego. Wtedy zareagował dokładnie tak samo. Zdecydowanie mogła być jego asystentką, szczególnie w takim wydaniu. To nie było przecież aż tak niecodzienne. - Choć nie wiem, czy nie cofną mi licencji - dodał cicho, posyłając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Yaxleyówny i mrugając do niej jednym okiem. - Więc cichosza, wiesz. Będziesz musiała trzymać ręce przy sobie - zaznaczył zupełnie tak, jakby to ona miała z tym naczelny problem. No, bo w końcu on go nie miał, prawda? Jego ręce były na bardzo właściwym miejscu. Najwłaściwszym. RE: [08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.03.2025 - Całkiem lekko nam to przychodzi. - Przynajmniej jak na razie, faktycznie byli wyjątkowo zgodni póki co. No, przez te ostatnie kilka godzin. Wiedziała, że nie zawsze tak będzie, nie przy ich charakterach, bo lubili stawiać na swoim, ciężko im było coś wybić z głowy, kiedy się na coś usrali, tak już mieli. Byli do siebie pod tym względem cholernie podobni. Nie wątpiła w to, że pojawią się schody. Mieli do przeorganizowania wiele dotychczasowych naleciałości, aczkolwiek chyba zdawali sobie z tego sprawę. Nie udało im się to w ten sposób, w który już raz próbowali ze sobą być. Musiało dojść do jakichś zmian, jeśli tym razem miało być inaczej. Założyła sobie, że już nie będzie stała z boku, chciała wiedzieć o wszystkim, nie spodziewała się, że jakoś szczególnie to się Roisowi spodoba, ale miała to gdzieś. Zmienili się, ona teraz też była dużo bardziej świadoma, niż na samym początku ich relacji, więc nie było szansy, aby zgadzała się na takie ustępstwa, jak wcześniej. Składała obietnice, których nie była w stanie spełnić. Tylko po to, żeby wydawało mu się, że przystaje na to, czego od niej oczekiwał. To nie miało się więcej powtórzyć. Uśmiechnęła się do niego szerzej, gdy wspomniał o tym, że również chce, aby z nim pojechała. Nie musiał tego mówić, bo przecież, gdyby tego nie chciał to by jej tego nie zaproponował. To było całkiem jasne, ale dobrze było wiedzieć, że faktycznie mu na tym zależy. To nie był taki głupi pomysł, naprawdę chciałaby się tam znaleźć z nim. Zdarzały im się wspólne wyjazdy, właściwie dość często, te bliższe i dalsze. Lubiła spędzać z nim czas, właściwie kiedy byli razem to nie opuszczali się niemal na krok. Nie licząc ich pracy, wolne chwile zazwyczaj mijały im wspólnie. Lubiła to, tę świadomość, że nie potrzebowali nikogo więcej do szczęścia, wystarczała im ich własna obecność. - Tak wiem, tylko muszę znowu się do tego przyzwyczaić. - Przez ostatni czas musiała przecież sobie radzić sama, przynajmniej w większości przypadków, odzwyczaiła się od tego, że miała wsparcie, że wszystko nie było tylko i wyłącznie na jej barkach. Musiała znowu odnaleźć się w tej sytuacji. Zapewne zajmie jej to trochę czasu. Jak na nią i tak zareagowała całkiem niewinne. Nie broniła się rękoma i nogami przed pomocą, nie mówiła, że poradzi sobie sama. To był spory postęp jak na to, co ostatnio robiła, w jaki sposób się zachowywała. Musiała wrócić do pewnych przyzwyczajeń, nauczyć się tego, że już nie była sama, że miała kogoś, kto zamierzał ją wspierać, we wszystkim co robiła. To nie było coś nowego, ale ona całkiem szybko przystosowywała się do tego, co działo się w jej życiu, przynajmniej do tego złego, dlatego też będzie musiała na nowo nauczyć się dzielić tym, co faktycznie ją gryzło. To nie powinno być trudne, zresztą już zaangażowała Roisa w sprawę, która nie dawała jej spokoju. Jasne, nie łatwo jej było mówić o tym, że nie radziła sobie z bratem wampirem, ale nie miała przed tym żadnych oporów, nie jeśli chodziło o Greengrassa, wiedziała, że się tym zainteresuje, że da im wsparcie, bez którego zdecydowanie nie uda jej się zrobić z tym porządku. Miała to szczęście, że miał doświadczenie, akurat w takich sprawach, to na pewno ułatwiało wszystko. Tym bardziej, że obawiała się tego, że Roth w swojej obecnym stanie nie miał szans już sobie poradzić bez pomocy specjalisty, a dziwnym trafem ktoś taki znajdował się właśnie w jej łóżku. Cóż za zbieg okoliczności. Astaroth nie był zupełnie obcy dla Ambroisa. Kiedy razem byli zdarzało im się spędzać razem czas, faktycznie jej brat był wtedy jeszcze podlotkiem, ale zawsze kręcił się gdzieś wokół. Zresztą byli już niemalże rodziną, właściwie to, co razem tworzyli można było nazwać pełnoprawną rodziną. Mieszkali razem, pokazywali się razem, wszyscy wiedzieli o relacji, jaka ich łączyła, to nie było tajemnicą. Nigdy nie miało być. To, że nie udało im się doprowadzić tego do końca, do tej jednej decyzji, która miała zostać podjęta na całe życie niczego nie oznaczało. Szczególnie, że wiedzieli o tym, że zostali dla siebie stworzeni. Omijali te całe oficjalne dyrdymały, nigdy jej na nich nie zależało, chociaż kiedy od niej odszedł miała pewne przebłyski. Zastanawiała się, czy gdyby podjęli wcześniej odpowiednie kroki, to by tego nie zrobił. Nie zamierzała jednak do tego wracać, bo aktualnie to niczego nie zmieniało. Pogodziła się z tym, że przyszło im przetrwać tę dość trudną dla nich próbę, grunt, że udało im się odnaleźć drogę do siebie. Teraz nic innego się nie liczyło. - To jasne, bez usranej śmierci, żadnej śmierci nie będzie, znaczy kiedyś na pewno przyjdzie, ale za wiele lat, jak przeżyjemy razem całe życie. - Długie, pełne przyjemnych chwil. Faktycznie powinni zrezygnować z tego powiedzenia, bo nie do końca pasowało do tego, co się aktualnie działo na świecie, do tego, że śmierć właściwie czaiła się za każdym rogiem, szczególnie w ich przypadku, bo mieli tendencje do pakowania się w kłopoty. Nie miała więc najmniejszego problemu z tym, aby faktycznie zacząć pomijać ten fragment, bo nie brzmiał on specjalnie optymistycznie. Zbyt wiele złego wydarzyło się w ich życiu, aby ściągali na siebie kolejne niepowodzenia, czy nieszczęścia. Sam wyjazd mógł być naprawdę przyjemnym czasem, naprawdę liczyła na to, że uda im się go zrealizować. Nawet jeśli musiałaby udawać jego asystentkę, chociaż to zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Na pewno od samego początku wzbudzałaby zainteresowanie swoją niewiedzą, mogła nadrabiać swoją aparycją, na pewno zrobiłaby nią dobre wrażenie. Tak, zdecydowanie. - Jeszcze tego brakuje, żeby przeze mnie cofnęli Ci licencję. - Tak, to byłaby wisienka na torcie problemów, które na niego sprowadzała. Wtedy wygrałaby wszystkie możliwe nagrody w rozwalaniu komuś jego stabilności. - Mogę sobie nie poradzić z takim trudnym zadaniem, ale o tym wiesz, nie umiem przy tobie trzymać rąk przy sobie. - Nie musiał daleko szukać dowodów, bo przecież ciągle do niego lgnęła, szczególnie teraz, gdy już wiedziała, że mieli wspólną przyszłość i nie musiała się przejmować tym, że jest to niewłaściwe. |