[12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Shafiq - 20.03.2025
—12/08/1972—
Szkocja, okolice Edynburga
Anthony Borgin & Anthony Shafiq
Out there on a sunny day,
With a bass to chase the blues away.
Playing chords and singing words
Just to find you.
Darkness lives inside my head,
Thoughts that I'll be better dead,
But with a bass in hand, I know
That I will find you.
Ah, now I sing my song.
Ah, now I play it loud.
Od momentu gdy Erik zaprosił go do Szkocji, jakoś tak łatwiej i naturalniej Anthony'emu teleportowało się tam, gdy szukał spokoju. Wspomnienie niedawno przeżytej eutierii w niewielkiej szkockiej chatynce towarzyszyło mu niezmiennie, gdy przechadzał się odludnymi szlakami, zbierając myśli po ciężkim dniu.
Umowa Kambodżańska wchodziła w ostatnią fazę planowania i wiele rzeczy było już dopiętych, w miarę stabilnych. Był od krok od przełomu w magii bezróżdzkowej a spędzona wspólnie noc pod gwiazdami razem z Erikiem, choć nie nosiła ze sobą zbyt wiele romantycznych gestów napełniała serce nadzieją na więcej. Droga zdawała się jasna i przyjemna, a Anthony absolutnie nie był świadom, że te spacery to ostatnie godziny spokoju.
Teraz jednak był wewnętrznie spójny i stały, szumiący jak pola po których biegały upojone latem owce, szumiąca jak lasy pokrywające szkockie wzgórza. Ubrany był jak mugol, który by na bakier z bieżącą modą. Biała koszula, sztruksowa kamizelka i spodnie, w ręku szata, którą zdjął z powodu ciepła. Wieczorne spacery dobrze mu robiły, dotleniały go, pozwalały myśleć o szybowaniu pośród chmur mimo wojny, mimo trwającego konfliktu, podczas nich, to było daleko poza nim. W Londynie. W zgiełku i smrodzie miasta.
Nie tutaj.
Jakieś było jego zdziwienie, gdy obok malowniczego czarciego kręgu, który właściwie był celem dzisiejszej wędrówki, dostrzegł znajomą sylwetkę młodzieńca tak sprawnie obracającego cudzym pieniądzem. Jego imiennik zdawał się również pogrążony w rozmyślaniach, Anthony więc w pierwszej chwili zawahał się, czy jest sens do niego podchodzić, finalnie jednak postanowił nie tracić okazji - czarodzieje dawno się nie widzieli, w sumie nawet nie byłby w stanie powiedzieć cóż takiego teraz zajmuje młodemu Borginowi głowę.
– Uszanowanie Anthony, nie spodziewałem się tu zastać kogokolwiek, z tego co mi wiadomo, nie jest to już miejsce mocy od dwóch wieków, a jednak widać że magnetycznie działa na pobłogosławionych magią. – Uśmiechnął się życzliwie do młodzieńca. – Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za pomoc z dokumentacją i tą scenę przed moim przyjacielem w którym udawałeś przedstawiciela prawowitych "właścicieli". Oczywiście Morpheus zorientował się w całej szaradzie, jego uśmiech jednak wart był tego zachodu, a także fakt, że między innymi dzięki Tobie, będę mógł nazywać go sąsiadem.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/9b/38/b0/9b38b04091824e53428e8f016bab7a20.jpg[/inny avek]
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Ian Borgin - 25.03.2025
Szkocja była słodko — gorzka. Dusiła go przez natłok obowiązków, ale i dawała mu zaczerpnąć oddechu podczas długich przejażdżek, które urządzał sobie wieczorami. Było coś w tej ciszy, pełnym gwiazd niebie i w malujących się na horyzoncie górach, które zdawały się spowalniać czas. Było zupełnie inaczej niż w głośnym i zatłoczonym Londynie, pełnym szarych ludzi. I chociaż kochał ten pęd życia, działo się tyle, że samotne i wolne popołudnia doceniał. Przeszła mu przez myśl obawa, że się po prostu starzeje.
Stał oparty o swój motor, mając skrzyżowane na klatce piersiowej ręce, spoglądając gdzieś w punkt, którego tak naprawdę jasno nie dałoby się wskazać. Niedługo musiał wracać, co było dobre i złe — tęsknił za pracą, martwił się o Rosie, która nie dawała znaku życia, ale oznaczało to też użeranie się z całą resztą. Z rodziną, która wymagała od niego więcej, niż był w stanie dać i z organizacją, której sprawy weszły na właściwe tory, a Czarny Pan tylko przyśpieszał. Gnał do celu, który Tonyemu wciąż wydawał się zamglony. Może przez to, że nie mógł sobie znaleźć miejsca i czuł na nadgarstkach kajdany, a może rozmazywał to fakt, że osoby, na których mu również zależało, były wśród ludzi z przeciwnej strony. Kurwa. Nie sądził, że to wszystko tak daleko zajdzie.
Odwrócił głowę na dźwięk zbliżających się kroków, unosząc brew i przyglądając się badawczo znajomej jednostce, uśmiechnął się lekko, gdy dostrzegł znajomą twarz. Poruszył się niespokojnie, rozpięta kurtka z miękkiej skóry zakołysała się na szerokich ramionach, kontrastując z czarną koszulką włożoną pod spód. Daleko było mu od eleganckiego komornika w drogich garniturach, którym był w Londynie. Włosy miał roztrzepane, poliki delikatnie zaróżowione od podmuchów tutejszego wiatru, który czasem zdawał się wyć, jak jakiś pies. Najpewniej rudy.
- Witaj Anthony. Twój widok tez jest dla mnie zaskoczeniem. - wyznał szczerze, mimowolnie rozluźniając dłonie i wskazując na okolicę, co miało znaczyć tyle, że nie była często odwiedzana. Przyglądał mu się z ciekawością, odgarniając na bok wcześniej kłębiące się w jego głowie myśli. Ukłonił się teatralnie z łobuzerskim błyskiem w oczach. - Nie ma sprawy, zawsze pomogę, gdy będę mógł. Czy rezydencja odpowiada? Wszystko w Ministerstwie już jest chyba domknięte, ale mogę się upewnić, gdy wrócę do Londynu.- zamilkł na chwilę, sięgając dłonią do kieszeni, aby odnaleźć zagubioną tam paczkę papierosów. - I co sądzisz? Podoba Ci się Szkocja?
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Shafiq - 26.03.2025
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/9b/38/b0/9b38b04091824e53428e8f016bab7a20.jpg[/inny avek]
Motor. Skórzana kurtka.
Anthony wyglądał nader korzystnie, ale w żadnej mierze Shafiq nie nazwałby tego entourage'u przynależnym do ich magicznego świata, a co dopiero czystokrwistym. Bynajmniej, nie przeszkadzało mu to. Sam będąc poza granicami kraju, często przywdziewał mugolskie ugrania i zatapiał się w świecie zakazanej, czy może ośmieszanej propagandą technologii z zacięciem naukowca, które wpojono mu lata temu, nim w pełni poświęcił się pracy polityka.
Zaśmiał się na wzmiankę o rezydencji.
– Zdecydowanie, nie byłeś tam nigdy, prawda?– myśl o nowym domu Morpheusa jak zawsze wprawiła go w wesołość. Oczywiście nie chciał, żeby jego najdroższy przyjaciel, jago bliźniacza dusza mieszkała w sypiącej się ruinie, ale... Odmienność postrzegania rzeczywistości przez Longbottoma sprawiała, że łatwiej było go nakłonić do kupna przeklętego domostwa niż wybudowania przyjemnej posiadłości na wolnym terenie obok. Było to tym bardziej zabawne, że o ile domownik Warowni szukał ucieczki od przaśności Doliny, o tyle mieszkaniec Little Hangleton coraz częściej myślał o przeprowadzce w okolice Kniei, nawet jeśli ta była obecnie przeklęta. – To dość zabawna historia, ten obdarty z okien i godności zameczek był tam te dwadzieścia lat temu, jak kupowałem tą ziemię przed ślubem. W pierwotnym planie chciałem go odnowić i uczynić z niego coś na kształt domku myśliwskiego, finalnie jednak jego nastrój pasował mi do milczących spacerów, zwłaszcza listopadowymi popołudniami. Jest w nim pewna nieuchwytna nastrojowość, ale jeśli popatrzyć na to miejsce bez poetyckiego zadęcia, podejrzewam, że łatwiej byłoby to zburzyć a z odzyskanych kamieni zbudować coś bardziej praktycznego.– Westchnął uśmiechając się łagodnie – Co raczej nie jest planem w tym konkretnym przypadku...
Rozejrzał się przez moment i dostrzegłwszy kamienną ławeczkę opodal, kiwnął głową Borginowi zapraszającym gestem, samemu zaś przysiadł na niej, dając ciału odrobinę odpocznienia.
– Nigdy w pełni nie doceniałem uroków tego miejsca. Wolę przestrzenie dużo cieplejsze, zwykle o tej porze roku uciekałem do swojej winnicy, albo jeszcze bardziej na południe do Calabrii. Jest tam uroczy kurort prowadzony przez boczną gałąź McGonagallów pewnie, choć oficjalnie mówi się, że to syreny zbyt wiele w nich jednak ludzkich cech, zbyt duża łatwość, aby te same syreny później przechadzały się korytarzami dla pracowników. Ale w tym roku... mam gorące postanowienie rozruszać trochę stare kości a w tym przypadku im chłodniej tym lepiej. A Ty Anthony? Przyznam, że zaskoczyłeś mnie swoim... rumakiem?– nie było w jego głosie przygany, raczej lekko zdystansowane zaciekawienie, dalekie od protekcjonalnego zadęcia. To był dobry czas dla Shafiqa, miał w sobie dużo przestrzeni zwłaszcza tego dnia i ciekawości, której być może zbrakłoby mu, gdyby ich spotkanie nastąpiło ledwie tydzień później.
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Ian Borgin - 21.04.2025
To była jego największa słabość, jeśli chodziło o świat brudu i szlam — motory. Zafascynowały go już za dzieciaka, ale stary nie chciał o tym słyszeć i tak musiał ukrywać się ze swoją pasją. Poruszał się nimi tak, aby nie rzucić się w oczy. I kto posądziłby sztywniaka z Ministerstwa, który nosił drogie koszule z kaszmirem lub dobrej bawełny o skórzaną kurtkę? Wszystko było grą pozorów. Obecnie była to jego największa forma buntu, odrobina dla samego siebie. Czasem było dobrze być po prostu facetem z motorem, a nie Anthonym Borginem. To sprawiało, że miał lepszą perspektywę.
Uśmiechnął się, kręcąc głową. Nie zamierzał nawet kłamać, bo i po co?
- Nie. Zwykle po prostu załatwiam dokumenty i rozliczam podatki, niezbyt często odwiedzam licytowane posiadłości. Komornicy nie są w takich miejscach witani zbyt serdecznie. - wyznał z delikatnym wzruszeniem ramion, poprawiając się i przystępując z nogi na nogę. Gdy zaczął mówić, brunet wbił w niego spojrzenie, ignorując na chwilę widoki na piękną, dziką Szkocję.
Wydał z siebie ciche mruknięcie, świadczące niewątpliwie o zamyśleniu. Sprawy z takimi domami były skomplikowane, bo teraz powstawało ich tak wiele, ale wydawały się martwe i bez charakteru. Taki zameczek miał z pewnością mnóstwo tajemnic do odkrycia, nieopowiedzianych historii. - Jeśli byś go zburzył, to mógłby stracić duszę i swoją nastrojowość. Remont jest cięższą przeprawą, ale może być grą wartą zachodu. Zwłaszcza jeśli coś Cię w nim ujęło. Lepiej wracać do takiego miejsca niż do ścian bez znaczenia. Tak sądzę.
Odparł w końcu, odszukując spojrzenie jego oczu. Antek był wciąż młody i głupi, był tylko pionkiem Borginów, ale bardzo cenił swoje malutkie mieszkanie na Horyzontalnej. Jego miejsce, gdzie mógł po prostu być sobą, bez oczekiwań i presji, które zostawały za drzwiami. Nie sądził, że Anthony weźmie pod uwagę rady takiego gówniarza.
Ruszył za nim, wsuwając ręce w kieszenie kurtki i usiadł wygodnie, chociaż nie czuł się na tyle swobodnie, aby wysunąć nieelegancko nogi. Odetchnął głębiej, gdy kolejny podmuch chłodnego powietrza musnął jego twarz, jakby próbował zabrać ze sobą część męczących go myśli.
- Szkocja jest niedoceniona. Jej dzikość potrafi chwycić za serce, a noce są tu wyjątkowo przejrzyste. - odparł w końcu, odwracając głowę w jego stronę. Chłopak uśmiechnął się w charakterystyczny, zawiadiacko — łobuzerski dla siebie sposób. - Nigdy nie byłem w Calabriii. I przyznam szczerze, nie słyszałem o kurorcie, ale syreny brzmią dobrze. Intrygująco. Mamy tutaj posiadłość rodową, dziadek często tu bywa i moja młodsza siostra uwielbia tutejsze drogi, idealne do jazdy konnej lub na pegazach. Odwiedziłem rodzinę, korzystając z urlopu. Każdy musi czasem uciec od zgiełku Londynu, grubych akt w Ministerstwie. - wyjaśnił w odpowiedzi, ukrywając kilka prawdziwych powodów, dla których tu tkwił, niczym w areszcie. Na wzmiankę o rumaku roześmiał się i powędrował wzrokiem do motoru. Był trochę zajechany, miał rysy i skórzane akcesoria były wytarte, ale naprawdę go lubił. - Każdy ma jakieś wady. Próbowałeś kiedyś jazdy na motorze, Anthony? To niezwykle odświeżające, zwłaszcza gdy mkniesz wśród gór i wrzosowisk, a nie po zatłoczonych ulicach.
Powrócił do niego wzrokiem, zaciekawiony. Nie wyglądał mu na takiego, który miał jakiekolwiek doświadczenie z jednośladami.
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Shafiq - 25.05.2025
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/9b/38/b0/9b38b04091824e53428e8f016bab7a20.jpg[/inny avek]
Długość życia czarodzieja była dłuższa niż u szaraczkowego mugola, toteż kryzys wieku średniego winien przypadać dopiero w okolicach siedemdziesiątki, gdy włosy na głowie pokrywały się kurzem, którego nie dało rady zmieść żadne translokujące zaklęcie. Anthony jednak borykał się z nim od kilku lat, zaśniedziały osiągnięciem sukcesu, który nie był bynajmniej jego osobistą aspiracją, a udowadnianiem ojcu... Że go stać. Że jest lepszy niż brat i siostra, którym zawsze było wolno zbyt wiele. Że go stać, choć wszyscy najbliżsi uważali go za najsłabszego z pokolenia. Mizernego. Niewartego uwagi. Zbyt sztywnego, by zrobić karierę w polityce. Za mało utalentowanego. Osiągnął co miał osiągnąć, osiągnął próg więcej. A teraz osiadł pośród znaków zapytania co dalej i... nudził się. Świat uczuć, świat niedawnych wzlotów, które poprzedzały sromotne upadki zdawał się skutecznym odwróceniem uwagi od prawdziwego syreniego śpiewu ambitnego serca. To co teraz? - zdawało się nucić swoją smętną pieśń.
Dlatego lubił przebywać z młodymi, którzy częstokroć byli podobnie do niego zagubieni, ale wciąż ta różnica doświadczeń czyniła go mężczyzną zasłaniającym się maską mistrza. Mędrca znającego odpowiedzi i zachęcającego do samodzielnego ich odkrycia. Patrząc z perspektywy, patrząc z zewnątrz było łatwiej. Było wygodniej. Było przyjemniej. Ale też - nierzadko - było skuteczniej znajdować odpowiedzi, gdy cudze pytania były filtrowane przez jego percepcje, wiedzę i doświadczenie. Nie rościł sobie monopolu do posiadania racji i wiedzy wszelakiej. Lubił jednak dawać rady. I lubił, gdy młodość lśniła mu jaskrawym światłem prosto w twarz. Dlatego też nie odrzucał słów młodego Borgina jako nie wartych uwagi. Wolał to niż opieszałość starości, wolał niespokojny wiatr choć oczywiście w odpowiedniej dawce.
– To prawda. Budynki potrafią mieć swoją duszę. Zawsze przez to ciągnęło mnie do gotyckich katedr. A o zameczek się nie martw... dzięki Twoim dokumentom żart się udał i przeszedł w ręce tego, który wydobędzie jego piękno w wielkim szacunku do ducha, którego odnajdzie w starych murach. Zamierzam za miesiąc dwa wyprawić tam powitanie swojego nowego sąsiada, może chciałbyś się pojawić? – zaproponował. Dbał o kolegów z society wyprawiając regularnie bardzo ekstrawaganckie przyjęcia na terenie ogrodu letniej posiadłości w Little Hangleton, selekcjonując gości ze skrupulatnością doświadczonego winiarza. Czasem dobrze było dać temu oddech. Czasem było wpuścić nowy szczep i patrzeć jak się przyjmie. Dać szansę.
– Uważam, że Departament Skarbu powinien chociaż raz do roku pozwolić sobie na dobrą delegację w tamte okolice, choć rzeczywiście, to chyba specyfika mojego piętra, że nieco częściej pozwala swoim pracownikom na pracę w terenie poza granicami kraju. Jak zwykle nie dasz się namówić na przeniesienie, prawda?– ta propozycja zapewne stała się już powracającym żartem w ich rozmowach. Kurtuazja, budowanie wspólnego języka na korytarzach ministerstwa, na kawie, przyjęciach. Spokojna agitacja, młodszy czarodziej był energiczny i spragniony zasięgu własnych wpływów. Shafiq lubił ten głód. Odbicie siebie z czasów młodości. Potrafił to rozpoznać na kilometr.
Słuchał z uwagą o rodowej posiadłości, o rozrywkach rodzinnych, nie dzieląc się swoimi powodami dla których się tu znalazł. Pozwalał tez rozmowie płynąć w niespiesznym tempie spaceru, dalekim od brawurowej jazdy na metalowym diable. Na wspomnienie o wadach zaśmiał się jednak swobodnie, z estymą spoglądając na swojego rozmówcę?
– Wady? Och, absolutnie wykluczone! Osoby noszące tak szlachetne imię jak my, szczycą się tylko szczyptą egzaltacji doprawioną mgiełką intrygującego ekscentryzmu – zawyrokował z przekonaniem. – Nigdy nie jeździłem, ale chyba nawet Ty nie będziesz w stanie mnie przekonać. Nie żebym nie miał zaufania do Ciebie, ale ta... maszyna. To nie jest naturalne, aby coś tak ciężkiego poruszało się tak szybko... – Cieszył się, że surowy klimat Szkocji i miniony spacer wśród wzgórz lekko zaczerwienił mu policzki, bo łatwiej było odegrać to zdystansowanie, które powinno być właściwe człowiekowi o jego pozycji. Jako podróżnik zaintrygowany przejawami kultury wszelakiej, technikalia były częstym obiektem jego obserwacji i podziwu. To miało jednak tylko w zaufanym gronie, a z Borginem łączyły go mimo wszystko głównie interesy, nici znajomości wciąż były zbyt blade, aby mógł dać upust kłębiącej się ciekawości o tym ile tłoków wprawiało w ruch borginowego rumaka.
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Ian Borgin - 22.06.2025
Anthony słuchał swojego imiennika z lekkim, ledwo zauważalnym uśmiechem, który był raczej wyrazem rezygnacji niż prawdziwego rozbawienia. Kryzys wieku średniego, rozmowy z młodszym pokoleniem… Czuł się trochę niezręcznie w roli jakiegoś młodego mędrca, podczas gdy sam próbował po prostu utrzymać głowę nad powierzchnią wody w morzu rodzinnych i organizacyjnych obowiązków. Nie był pewien, czy będzie umiał dać Anthonyemu jakąś ulgę w dręczących go problemach. Nie znał uczucia, które towarzyszyło temu, że ojciec w niego wierzył, bo zawsze był ze swojego rodzeństwa najgorszy i niewątpliwie był czarną owcą w rodzinie. Nie spełniał oczekiwań, wszystko było nie tak. Gdy spoglądał na Shafiqa, w jakiś sposób widział w nim kogoś, kogo społeczeństwo mogłoby chcieć słuchać — był szarmancki, miał w oczach taką iskrę, która niby była rozbawiona, ale w odpowiednich warunkach, mogła również świadczyć o czających się w nich mroku. O niebezpieczeństwie. Borgin nie wiedział w sumie sam, co o nim myślał. Odetchnął głębiej, czując, jak Szkockie powietrze wypełnia jego płuca, odrobinę słodkie i jednocześnie z nutą goryczy.
- Cieszę się, że doceniasz naszą rozmowę. Zawsze to jakaś odmiana od londyńskich formalności – odparł Anthony głosem, który nieco się różnił od tego codziennego, używanego w towarzystwie. Był bardziej rześki, zadziorny. Przeniósł na moment spojrzenie na otaczającą ich zieleń. – Co do budynków, w pełni się zgadzam. Niektóre miejsca mają więcej duszy niż ludzie, którzy w nich mieszkają. Dobrze, że zamek uniknie losu sterty kamieni. Byłoby szkoda.
Skinął głową, ale na wzmiankę o parapetówce brew drgnęła mu ku górze. Czy nie uciekł też trochę od tego typu wydarzeń, od ludzi? Przyzwyczajony był do noszenia maski, ale trzeba przyznać, że coraz trudniej było mu trzymać język za zębami, zawsze był trochę bezczelny, trochę głupkowaty i zbyt szczery w swoich wypowiedziach, co nie cieszyło się sympatią tłumu i radością jego matki. Anthony przez chwilę milczał, jakby rozważał wszystkie za i przeciw. – Parapetówka, mówisz... – mruknął w zamyśleniu. – Właściwie, czemu nie? Przyjdę. Sam czy z osobą towarzyszącą? Przynajmniej będę miał okazję ocenić, czy nowa sąsiadka ma gust pasujący do okolicy. – dodał jeszcze z ledwo zauważalnym, ironicznym uśmieszkiem.
- Jakbym się dał namówić, mielibyśmy konflikt interesów. Obydwoje mierzymy wysoko. - wzruszył delikatnie ramionami, odwracając twarz w jego stronę i przyglądając mu się, wciąż zaczepnie się uśmiechał. Kilka kosmyków włosów zakołysało się na wietrze, uderzając o czoło chłopaka i pogrążając się w chaosie. Lubił dynamikę ich rozmów, trzeba przyznać. Shafiq sprawiał, że druga osoba czuła się przy nim swobodnie, co było trochę niebezpieczne.
Dopiero, jednak gdy Shafiq wyraził swoją niechęć do motocykli, coś w Anthonym drgnęło na poważnie. To nie była kwestia zwykłej różnicy gustów. To była różnica w postrzeganiu świata. W jego głowie na moment pojawił się obraz – on sam, na stalowej maszynie, pędzący przez opustoszałą, nocną drogę. Wiatr, który zagłuszał wszystkie myśli, wibracje silnika rezonujące w całym ciele, i to poczucie absolutnej, niezakłóconej wolności. Poczucie bycia nikim. Nie Borginem, nie Lynksem, nieczyimś kuzynem czy pracownikiem. Tylko anonimową sylwetką w mroku. To było jego prywatne katharsis.
– Rozumiem – powiedział, a jego głos był teraz cichszy, bardziej osobisty. – To nie jest po prostu środek transportu. To coś zupełnie innego. Większość ludzi szuka w życiu stabilności, solidnego gruntu pod nogami, przewidywalności. – jego spojrzenie na chwilę stało się odległe. – A motocykl to obietnica czegoś przeciwnego. To balansowanie na krawędzi. Nie ma tam miejsca na nic poza tobą, maszyną i drogą. Musisz ufać sobie, swoim instynktom, musisz czuć każdą zmianę wiatru i każdy kamyk pod kołami. To nie jest zaufanie do chaosu, to... ostateczna forma kontroli, ale tylko nad sobą i tą jedną, pędzącą chwilą. Wszystko inne przestaje istnieć. To uzależniające. Ta wolność.
Potrząsnął lekko głową, jakby budził się z transu. Wiedział, że Shafiq tego nie zrozumie. Dla niego to były tylko hałas i ryzyko. A przynajmniej dopóki nie sięgnie po to rękoma, dopóki nie przełamie strachu.
- Zapewniam Cię Anthony, warto spróbować.
RE: [12.08 Anthony & Anthony] Out there on a sunny day - Anthony Shafiq - 11.07.2025
– Och tak formalności... – uśmiechnął się nieco krzywo, bo i nawet bez rozterek sercowych był zmęczony trochę szarpaniem się o każde źdźbło uwagi publicznej. Mały skandal z Kambodżańską Księżniczką okazał się być mało interesujący później, gdy nie pokazał się z nią finalnie na żadnym większym evencie. Większy skandal wokół umowy został zażegnany, cóż może zbyt dobrze dobierał ludzi do zespołów, które rozpracowały tę umowę na czynniki pierwsze. Teraz brakło skandali i tylko kojący uśmiech Shafiqa spoglądał na czarodziejów z plakatów reklamujących garnitury, czy też plakiet wina... Część mogła nawet nie kojarzyć go jako polityka, część mogła wspominać wylane wino na weselu Blacków, choć tam to bardziej cyrkowcy zwracali na siebie uwagę i czarne kwiaty. Cóż, z tym nie mógł konkursować.
Stał mimo wszystko na rozdrożu, w wewnętrznej sprzeczności pragnienia poklasku i chęci ucieczki od niego. Teraz w Szkocji, mógł być turystą, podróżnikiem, osobą, która próbowała pośród zgniłej żółci odnaleźć spokój. Cóż... jeśli o żółty chodziło, pustynia bardziej sprzyjała mu tego typu poszukiwaniom, nie zamierzał jednak narzekać, nie mógł teraz opuścić kraju, gdy pańskie oko umowę międzynarodową tuczyło.
– Daj mi znać tylko, kogo byś widział na towarzystwo dla siebie, lista jednak będzie zamknięta – Przyjmował słowa młodszego Anthony'ego i reagował na nie niespiesznie - gestem i mruknięciem, kilkoma słowami porządkowymi. Dopiero wspomnienie o konflikcie interesów rozbawiło go w widoczny sposób, może nieco protekcjonalny, udało mu się powstrzymać odruch mierzwienia włosów młokosa, który przecież był już w pełni ukształtowanym mężczyzną, w gruncie rzeczy niewiele młodszym od niego samego.
– Ambicja nigdy nie powinna być przeszkodą w rozeznaniu najlepszego interesu. Ja wolę trzymać się nieco na uboczu, z resztą sam wiesz jak wyglądała moja droga. – Nie wątpił w to, że Borgin prześwietlił go już lata temu, po ich pierwszej rozmowie, przynajmniej takiej, która bardziej zapadała w pamięć. Sam miał podobne strategie, nie miał więc nic przeciwko nim u innych, dbając o to, by znajdowali tylko te informacje, które sam by chciał przekazać. – Poza tym jaki konflikt interesów moglibyśmy chcieć? Czy nie zależy nam na możliwie szerokich wpływach, aby móc zagwarantować sobie święty i błogosławiony spokój? – pytał leniwie, pytał sennie, jak sennie przemykał wiatr pomiędzy zielonymi źdźbłami. Pytał niezauważalnie nawet dla siebie samego tkając sieć powiązań i skojarzeń. Sieć w którą chciałby złowić kogoś, sieć z której łatwo byłoby wypuścić kogoś kto nie powinien się w niej znaleźć...
Początkowo myślał, że rozmawiają o motocyklu. W kaprysie bogatego dzieciaka, który w ramach buntu wobec konserwatywnej rodziny, decydował się na mugolski środek transportu, który w żadnej mierze mu nie przystawał. Z każdym słowem jednak, każdą perłą zszytą nicią cichego i osobistego tonu, Borgin zyskiwał uwagę Shafiqa, który zdał sobie sprawę, że jest tam kolejne i kolejne dno. Bardzo nie chciał się przejechać. Bardzo był zaintrygowany pasją i może - czy dobrze to widział? odrobiną lęku przed oceną własnych miłości. Ostatecznie nie mógł wiedzieć, że Anthony z rozmiłowaniem śledził mugolską kulturę nie tylko w sztuce, ale przecież też technologii, która wyzbyta magii nadal mogła zachwycać. Zmrużył oczy w zastanowieniu. To było ryzyko. To było wyciągnięcie ręki.
– Ile ma cylindrów Twoja bestia? Jak szybko możesz przemierzać tę krawędź? Jak bardzo naginać zaufanie, gdy pęd powietrza uderza o Twoją twarz? Jesteś wtedy jeszcze sobą, czy stajesz się duchem wrośniętym w skórę i metal? – odpowiedział mu tym samym tonem, wsuwając się w myśl jak pasmo warkocza, które udawało, że od zawsze było w tym splocie. Borgin miał rację - starszy czarodziej nie rozumiał tego uczucia, nie prowadził nigdy mugolskich pojazdów, nie lubił nawet latać na miotle. Ale miał w sobie dostatecznie dużo słów i tyleż wyobraźni, by znaleźć wspólny mianownik pasji, która nie mogła zostać odsłonięta przed wszystkimi... I nagle zamek, parapetówka, nagle wszystko sprowadziło się do tego intymnego momentu dwóch czarodziejów, którzy w Londynie, którzy przed swoimi rodzinami nigdy nie powinni interesować się czymś tak... nieczarodziejskim. Przeczącym tezom o niższości rasy pozbawionej magii. Kiedyś, dużo wcześniej niż teraz musieli obaj niezależnie zrobić ten krok. Ale dziś? Czy złapią ten moment, czy pozwolą mu umknąć bezpowrotnie wraz ze szkockim wiatrem przeczesującym pola i owczą wełnę?
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/9b/38/b0/9b38b04091824e53428e8f016bab7a20.jpg[/inny avek]
|