![]() |
||||||||
|
[1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence (/showthread.php?tid=4627) |
||||||||
[1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Elias Bletchley - 23.03.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Prudence Fenwick - 23.03.2025 Obiad z bratem był idealną okazją do tego, aby wyrwać się z domu. Liam miał dzisiaj służbę, więc wspaniale się złożyło, nie musiała się niczym przejmować, mogła poświęcić czas swojemu bliźniakowi. Starali się spotykać cyklicznie, może byli od siebie bardzo różni, ale nie zmieniało to faktu, że łączyła ich ta wyjątkowa więź. Nie spodziewała się, że faktycznie na marszu pojawią się takie tłumy. Mieli po prostu znaleźć się w jakimś lokalu, usiąść spokojnie, porozmawiać i zjeść posiłek. Najwyraźniej to też nie mogło być takie proste. Bletchleyówna nie była przystosowana do tego, żeby przemierzać drogę w takich warunkach. Jej nogi były krótkie, ona była malutka, więc łatwo mogła się zgubić między tymi ludźmi, a zdecydowanie tego nie chciała. - Eli, nie marudź, proszę cię, jeszcze chwila i się stąd wyrwiemy. - Naprawdę w to wierzyła. Marzyła tylko i wyłącznie o tym, żeby posadzić swój kościsty tyłek na krześle i zjeść coś ciepłego. Miała rano zmianę w Mungu, ledwie znalazła się w mieszkaniu, a musiała je opuścić, nie zdążyła nic wsadzić sobie do ust. Naprawdę była okropnie głodna. - Dolina jest daleko, a chciałabym wrócić do domu przed powrotem Liama, przecież wiesz. - Mówiła mu dlaczego nie chciała wybywać poza miasto. Mieli zaplanowany wieczór, ona i jej narzeczony, bardzo zależało jej na tym, aby wszystko poszło po jej myśli. - Nie bądź takim pesymistą, na pewno gdzieś się coś znajdzie, Londyn jest przecież ogromny. - Próbowała mówić pewnym tonem głosu, tak jakby naprawdę wierzyła w to, że znajdą coś otwartego. Poczuła, że żołądek jej się zaciska, głód nie opuszczał, naprawdę była okropnie głodna. Prudence przystanęła na moment, nie powinna tego robić, ale nie mogła się opanować. Tak już działał jej mózg. Zastanawiała się ile osób jest w tym tłumie, czy mogła to policzyć, szybkie spojrzenie w lewo i w prawo, jakieś dziesięć osób szerokości, ile było takich rzędów? Nie wiedziała, nie miała pojęcia, mrugnęła więc dwa razy, właśnie wtedy też poczuła, że ktoś nadepnął jej na stopę. Jej liczenie nie miało najmniejszego sensu. - Oczywiście, że się tego nie spodziewałam, inaczej jadłabym właśnie obiad w domu. - Nie musiał nawet specjalnie ciągnąć ją za język, aby mu się do tego przyznała. Prue nie znosiła tłumów, nie potrafiła się w nich odnajdywać. Tak właściwie, to dlaczego nie zaprosiła Eliasa do nich na obiad? Nie miała pojęcia, wszystko byłoby prostsze... - Jakieś czterysta metrów stąd jest zaułek, możemy w niego wejść i przemknąć do mugolskiej części Londynu. - Nie miała pojęcia, ile im to zajmie, tym bardziej, że wokół nich zaczęło pojawiać się coraz więcej osób, krzyki były coraz głośniejsze. Czuła się tutaj coraz bardziej zagubiona. - Nie możemy się od siebie oddalić, to nie wygląda najlepiej. - Miała nadzieję, że Eli weźmie jej słowa na poważnie i faktycznie będą się trzymać razem. Nie chciałaby go zgubić. RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Elias Bletchley - 25.03.2025
RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Prudence Fenwick - 27.03.2025 Najwyraźniej Elias nie do końca zrozumiał, o co jej chodzi. Nie byłby to pierwszy raz. Często zdarzało im mówić do siebie w zupełnie obcym języku, a niby byli bliźniakami, szkoda, że nie do końca było to widać poprzez ich sposób komunikacji. Niby mówiono, że ten rodzaj rodzeństwa miał specjalną więź, rozumiał się bez słów... Ta, jasne, w ich przypadku coś się nie zgadzało, może byli wyjątkiem potwierdzającym regułę? Morgana jedna mogła to wiedzieć. - Jasne, ale to nie jest jedyna główna ulica. - Naprawdę musiała mu tłumaczyć teraz swoje skróty myślowe? Mogli zaszyć się w niemagicznej części miasta, zniknąć z dala od tego tłumu, to wcale nie wydawało się być takie trudne do realizacji. No, może odrobinę, bo musieli się przepchnąć przez tych ludzi. Nie wydawało się to wcale takie proste, ale też nie byli skazani na porażkę. Wierzyła w to, że zjedzą ten obiad. Tak, dawno nie było tutaj takiego zbiegowiska. Prudence nie sądziła, że kiedyś tyle osób w jednym miejscu, no w tym miejscu. Nawet podczas jarmarków w sabaty nie oblegały okolicy, aż takie tłumy, a może inaczej - rozchodziły się wtedy między stoiskami i nie blokowały głównej ulicy. Nie będzie łatwo się między nimi przepchać, czuła to w kościach, nie mieli jednak innego wyjścia, szczególnie, że już dołączyli do protestujących. - Nie przesadzaj. - Jasne, nie wyglądało to szczególnie kolorowo, ale nie wydawało jej się również być nie do ogarnięcia. Kto jeśli nie oni? Razem zdarzało im się już przecież działać cuda. - Musieliby mnie dosięgnąć tym barkiem, na szczęście ledwo odrosłam od ziemi. - Próbowała nawet zażartować, a to nie zdarzało się często. Można było więc domyślić się, że Prue nie czuła się zbyt dobrze. Cóż, nie znosiła tłumów. Nie odnajdywała się w takim gęstym towarzystwie. Robiło się coraz głośniej, bo ludzie zaczęli skandować swoje hasła. Jeszcze chwila, a rozboli ją głowa, tego wolałaby zdecydowanie uniknąć. Wcale nie tak łatwo było jej przyznać się do tego, że potrzebowała pomocy brata. To nie przychodziło jej naturalnie, bo Bletchley miała tendencje do radzenia sobie ze wszystkim sama. Tyle, że potrafiła spoglądać na problem z boku, wiedziała, że w tym przypadku bardzo łatwo mogliby się zgubić wśród ludzi. Nie chciała przemieszczać się bez niego między nimi, obawiała się, że ktoś mógłby ją zdeptać. Zdecydowanie go potrzebowała do tego, aby wyjść stąd w jak najmniej problematyczny sposób. Pokręciła jedynie głową słysząc jego komentarz, ale nie oponowała. Wyciągnęła dłoń w stronę brata, dzięki czemu mógł spleść ze sobą ich palce. Poczuła się pewniej, przynajmniej nie stracą się z oczu. Normalnie pewnie zaczęłaby swój wyrzut na temat tego, że wcale nie jest młoda, bo dzieli ich tylko piętnaście minut, tyle, że nie miała szczęścia i urodziła się rok po nim, mimo takiej drobnej różnicy czasowej. Tym razem jednak tego nie zrobiła. Wiele razy przemieszczali się w podobny sposób. To było dla nich naturalne, przynajmniej kiedy byli dziećmi. Spędzili ze sobą całe życie, no, przynajmniej tę część kiedy nie byli dorośli. Później ich kontakt nie był, aż tak częsty, chociaż nie przestali się spotykać, nadal gościli w swoich życiach i nie sądziła, że miałoby to się kiedykolwiek zmienić, w końcu mieli tylko siebie, byli bliźniakami, to była naprawdę silna więź. - Tak, trzymajmy się od nich... - Nie zdążyła dokończyć, bo poczuła szarpnięcie swojej dłoni. Tłum na nich napierał, przez co jej brat się potknął i poleciał. Nie puściła jednak jego ręki, nadal się jej kurczowo trzymała, chociaż nie było w niej zbyt wiele siły, nie była w stanie mu pomóc, przed ewentualnym upadkiem. Jedyna nadzieja w tym, że jego nogi okażą się silniejsze. Próbowała się zaprzeć na swoich stopach, aby na niego nie wpaść. [roll=O] sprawdźmy, czy Pru wpadnie na brata RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Elias Bletchley - 31.03.2025
RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Prudence Fenwick - 01.04.2025 Byli niczym dzień i noc, ale to nie zmieniało faktu, że kiedy dochodziło do najbardziej dyskomfortowych sytuacji była dla niego w stanie zrobić naprawdę wiele. Myślała o swoim bracie, może nie była szczególnie wylewna w tym, aby przypominać mu o tym, jak bardzo go lubi, jak cieszy się że go ma, że nie kroczy po tym świecie zupełnie sama, to jednak nie zmieniało faktu, że tak uważała. Zresztą nigdy jakoś szczególnie nie lubiła się dzielić swoimi przemyśleniami na takie tematy. Co by nie mówić rodzina była najważniejsza, nie zamierzała nigdy zmienić tego zdania. Musieli trzymać się razem mimo tego, że byli skrajnie różni. Chyba wolałaby nie wiedzieć, co siedzi w głowie jej brata, nigdy też nie wpuściłaby go do swojej, na szczęście żadne z nich nie interesowało się szczególnie dziedzinami magii z tym związanymi, w przeciwieństwie do tego jego koleżki, który z tego, co wiedziała został magipsychiatrą, nie miała pojęcia, jak do tego doszło, wolała nie wnikać, a jego unikać, bo kto wiedział do czego może się posunąć, nie ufała mu jakoś szczególnie, zresztą nie tylko jemu. Cała grupa przyjaciół Eliasa wzbudzała w niej raczej mało ciepłe emocje, pamiętała, jak ja wkurzali, gdy chodzili do szkoły. Całkiem zabawne było to, że ze z kilkoma z nich wylądowała w Akademii, a później na stażu. Nie, żeby szczególnie łaknęła ich towarzystwa. Zawsze uważali się za lepszych, ona wiedziała, gdzie jest jej miejsce. Zresztą nadal nie do końca rozumiała dlaczego przyjęli jej brata pod swoje skrzydła, skoro nie byli jak oni - nie należeli do elity, nie byli bogaci i czystokrwości. Bliźniak musiał mieć im coś do zaoferowania, bo z tego, co się orientowała to ich przyjaźń nadal trwała, czego nie zakładała w ogóle w swoim szacowaniu. Jak widać i ona czasem mogła się mylić. - Kto by się spodziewał, że masz takie wysokie wymagania. - Nie zamierzała jednak sprawdzać tego, jak bardzo faktycznie jego żołądek był delikatny. Zrozumiała sugestię, mieli się stąd oddalić. Nie było to wcale głupim pomysłem, bo też wolałaby odsunąć się od tego tłumu, kto wie, czy nie dojdzie tutaj zaraz do jakichś zamieszek, ludzie mieli raczej średnie nastroje, pozostawało tylko czekać, kiedy kogoś naprawdę wkurzą ci protestujący charłacy. Wolałaby nie być tutaj wtedy. - Cieszę się, że podchodzisz do tego tak optymistycznie. - Nie spodziewała się po nim takieog czarnowidztwa, to była raczej jej domena. Tak, miała świadomość, że była drobna, niska i raczej mogła mieć problem z tym, aby przepchnąć się przez tłum. Potrafiła oszacować swoje szanse na przetrwanie ewentualnego wmieszania się między tych ludzi. Nie były one zbyt wielkie, jednak nie za bardzo mieli inne wyjście. Z każdej strony bowiem znajdowali się już ludzie, musieli po prostu opuścić to miejsce, tyle. Zamiast dyskutować powinni byli się ruszyć, o czym świadczyło to, co wydarzyło się chwilę później. Elias został popchnięty, omal się nie wywrócił i pociągnął ją za sobą. Prawie się wywrócili, na szczęście jakoś udało im się utrzymać równowagę, bo nie sądziła, że łatwo byłoby im się podnieść. Jakoś udało im się ponownie pewnie stanąć na nogach, kamień z serca, jeszcze nie mieli zostać chyba zdeptani. - Będę za tobą. - Jak już zauważyli to jej brat mógł więcej zdziałać w tym przypadku, nie puściła jego ręki, bo obawiała się, że tłum mógłby pociągnąć ją w innym kierunku. Trzymała się więc jego - szła bardzo blisko, ale jednak nie wysuwała się przed szereg. RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Elias Bletchley - 05.04.2025
RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Prudence Fenwick - 05.04.2025 To nie tak, że ta opinia Prudence na temat przyjaciół jej brata wzięła się znikąd. Bardzo chętnie weszłaby w podobną dyskusję. Miała wrażenie bowiem, że Elias nie zdawał sobie sprawy ze wszystkich faktów, które brała pod uwagę przy swoim osądzie. Chętnie by mu je przedstawiła, chociaż czuła, że i tak nie łatwo byłoby go przekonać do zmiany zdania. Jego koledzy skutecznie uprzykrzali jej życie podczas edukacji w Hogwarcie. Wszyscy po trochę, ale najbardziej zapadł jej w pamięć Rookwood, który w każdej możliwej sytuacji korzystał z momentu, aby jej dowalić. Nie miała pojęcia, czymże mu, aż tak zaszła za skórę, skoro tylko i wyłącznie spełniała swoje obowiązki prefekta, ale skoro nadal pamiętała jego osobę, to nie mogło być szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Swoją drogą naprawdę dziękowała Morganie za to, że zniknął z Wielkiej Brytanii, wyprowadził się do Australii, gdzie dzięki swoim koneksjom rodzinnym (jakżeby inaczej) rozwijał swoją karierę naukową. Przynajmniej nie było szansy na to, że spotka go gdzieś przypadkiem. Resztę towarzystwa miała przyjemność spotykać podczas swojego stażu w Mungu, bo pozostała trójka przyjaciół brata wraz z nią wylądowała w Akademii. Okazało się, że byli całkiem bystrzy, w co na początku nie mogła uwierzyć. Przywykła jednak do ich obecności (może poza Romulusem, którego nie mogła znieść do dzisiaj). Jej brat podążył zupełnie inną ścieżką, co w sumie też niespecjalnie ją zdziwiło. Elias od zawsze chodził z głową w chmurach, był oderwany od rzeczywistości, sztuka była mu bliska. Wybrał więc ścieżkę związaną z ich rodzinną profesją, no, może nie konkretnie ich rodziny, bo tutaj raczej wszyscy skłaniali się ku magimedycynie, ale nie widziała w tym żadnych kontrowersji. - Po co chodziłeś do gabinetów lekarskich, wystarczyło przyjść do mnie, a bym Cię zdiagnozowała. - Nie mogła zrozumieć tego, że jej brat tak bardzo lubił komplikować sobie życie. Przecież miał ją, a jeśli nie ufał jej to mógł skorzystać z pomocy swoich wspaniałych przyjaciół, mimo to wolał korzystać z dobrodziejstw systemu, który zdaniem Pru był dosyć wątpliwy. Jego wybór... - Kto by się spodziewał tego, że kiedykolwiek będziesz się przejmował tym, jaki język preferuję. - No jasne, najłatwiej było zwalić to na nią. Nie dało się nie dostrzec, że Prudence raczej podchodziła do oceny sytuacji dosyć rzeczowo, jednak nie spodziewała się, że spowoduje to taki pesymizm u jej brata. Byli tak cholernie różni jeśli chodzi o swoje osobowości i podejścia, że czasem zastanawiała się nad tym, jak to właściwie możliwe, że byli bliźniakami. Jakoś razem udało im się utrzymać równowagę, a nawet poruszyć do przodu. Niesamowite, nie spodziewała się tego, że będzie ich stać na podobne osiągnięcie, zwłaszcza, że żadne z nich (w tym przypadku byli akurat zgodni) nie wykazywało szczególnego zainteresowanie jakąkolwiek aktywnością fizyczną. Czuła, że z tego całego marszu, może jeszcze wyniknąć coś niedobrego. Słyszała coraz więcej nieprzyjemnych epitetów, ludzie byli gotowi do zamieszek, chociaż nie do końca zdawała sobie sprawę z kim właściwie mieliby walczyć. Dość szybko dostała odpowiedź na to pytanie, bo na niebie pojawiło się kilka wstęg, które kojarzyła. Ktoś postanowił rozgonić towarzystwo. Może to i lepiej, naprawdę nie chciała tutaj być. Marzyła tylko i wyłącznie o obiedzie ze swoim bratem. Zaklęcia rzucone nad nimi spowodowały jednak jeszcze większą panikę. Ludzie przestali zupełnie panować nad tym, w którą stronę szli, raczej każdy zaczął podążać zupełnie bezwiednie przed siebie. - Elly, musimy stąd spierdalać. - Powiedziała całkiem konkretnie, zresztą przeklęła, co robiła bardzo rzadko, więc te słowa mówiły same za siebie. Musieli stąd znikać, jak najszybciej, bo nie wątpiła w to, że za chwilę naprawdę zrobi się tutaj gorąco, a wolałaby tego uniknąć. RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Elias Bletchley - 07.04.2025
RE: [1969] Marsz Praw Charłaków || elias & prudence - Prudence Fenwick - 08.04.2025 To, że należeli do domu Godryka Gryffindora nie tłumaczyło tego, że w czasach nauki w Hogwarcie byli idiotami, pewnymi siebie, zadzierającymi nosa, po to aby udowodnić, że mogą wszystko. Ktoś musiał im pokazać, że wcale tak nie było. Padło na nią, bo musiała dzierżyć to wspaniałe miano prefekta. Nie, żeby szczególnie jej na tym zależało, ale skoro już trafiła w to zacne grono, to wypadało, aby spełniała swoje obowiązki. Mimo, że dużo bardziej wolałaby siedzieć w bibliotece między książkami i niczym się nie przejmować. Nie musiałaby się wtedy obawiać tego, że wpadnie na któregoś z ich bandy. Wtedy byli naprawdę okropni. Nie sądziła, że utrzymają ze sobą kontakt na dłużej, nie wyglądali jej na osoby dla których takie więzi nawiązane w szkole były dość istotne, jednak tutaj źle ich oceniła. Miała świadomość, że brat nadal utrzymywał kontakt ze swoimi przyjaciółmi, może poza Rookwoodem, który zniknął, to znaczy z tego, co słyszała to rozwijał swoją karierę naukową w Australii, oczywiście, że musiał dostać jakąś niesamowitą ofertę, gdzieś bardzo daleko. Rodziny jak jego miały koneksje na całym świecie. Dużo łatwiej było tym chłoptasiom z bogatych domów robić wielką karierę. Nie powinna im zazdrościć, ale nie miała wątpliwości, że tacy jak oni mieli dużo prościej. Wystarczyło szepnąć słówko odpowiednim osobom, a bardzo szybko mogli zacząć piąć się po szczeblach kariery, gdy ona na wszystko zapracowała sama. - Dziwi mnie to, że się im dałeś. - Właściwie, czy, aż tak powinno? No, Elias był niby dorosły, tylko trudno było się uchronić przed podobnymi metodami w domu pełnym medyków, czy farmaceutów. Nie mógł uciec przed czujnym okiem ich rodziców. - Cieszę się z tego, że zdajesz sobie sprawę, iż nic nie ukryje się przed moim czujnym okiem, znalazłabym Twoje wszystkie przypadłości, szkoda, że nie chciałeś skorzystać z okazji. - Jego wybór, jeśli wolał chodzić po obcych lekarzach, jeśli nie ufał jej na tyle, to nie była jej sprawa, była przecież wyłącznie jego młodszą siostrą, to nie tak, że większość swojego dorosłego życia spędziła lecząc innych... Prudence podchodziła bardzo profesjonalnie do swojego zawodu, może mogłaby nieco nastraszyć swojego brata, ale tylko przez chwilę, tylko odrobinę, szybko wróciłaby do stawiania właściwej diagnozy, ale nie było o czym dyskutować, bo wolał chodzić do obcych, jego strata. - Nie wydaje mi się, żeby to był mój szczęśliwy dzień Elias. - Zwłaszcza, że znaleźli się w samym centrum manifestacji, w którym zdecydowanie wolałaby nie być. - Podziękuję za takie szczęśliwe dni. - Nawet jeśli jej brat miał akurat dzisiaj dzień dobroci dla Prudence, czy coś, co też nie zdarzało się zbyt często. - Dobry pomysł.- Nie miała w zwyczaju tak po prostu akceptować tego, co mówił. Tym razem zgadzała się z nim w stu procentach. Musieli stąd spadać, zwinąć się, jak najszybciej, nie dać się porwać temu tłumowi manifestujących ludzi. Tym bardziej, że gdzieś z tyłu zaczęły się zamieszki. Widziała na niebie zaklęcia, które zaczęły fruwać w powietrzu. Powinni jak najszybciej stąd zwiać. Trzymała mocno dłoń brata, nie chcąc go zgubić, całkiem nieźle szło mu przepychanie się przez wszechobecny tłum. W końcu dotarli do bocznej alejki, z której szybko się teleportowali. Mieli przecież obiad do zjedzenia. Na szczęście nie okazało się to aż takie trudne, dzięki temu, że niemalże całe życie spędzili w tym miejscu. Bardzo dobrze znali Londyn. Koniec sesji
|