[08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Anthony Shafiq - 24.03.2025
—08/09/1972—
Anglia, Londyn
Lorien Mulciber & Anthony Shafiq
Your blue eyes hold a truth
that my scars are still learning to trust,
and your stick-straight hair falls into your face,
a chaos I can’t help but adore.
Mógł wybrać dowolnie inne piętro, ale okazja była na tyle istotna, że nie zamierzał rozmieniać swoich uczuć na drobne. Kameralne piętro numer trzy, w którym nieskończone gwieździste niebo okraszone pięknem migotliwej nomen omen zorzy zazwyczaj wypełniało się wieczorami, aby rozkochane w sobie pary mogły podziwiać niebo, jak i siebie nawzajem w kameralnej atmosferze, surrealistycznej nieskończoności kosmosu. Nie do końca pasowali do tego odpisu, wciąż poszukując właściwej drogi porozumienia, właściwych słów, w których mogliby się odnaleźć w tej dziwacznej zupełnie nowej dla obu sytuacji.
Minęło tyle lat od czasu, gdy pośród wrzących piasków pustyni dość ciasno splecione ścieżki rozsupłały się warkoczem, pozwalając kłosowi zgubić się gdzieś na wydmach ich szumiących losów. Teraz to się zmieniało, każdy dzień, każda godzina zdawała się na nowo rozkwitać palcami skłonnymi do złapania za krnąbrne włosy i ponownego usytuowania ich w miejscu sobie właściwym. Czy tak rzeczywiście było? Nie dało się wejść dwukrotnie do tej samej wody, z oczywistych względów oboje byli inni po tych latach, odmienni doświadczeniem, odmienni marzeniami i aspiracjami. A jednak wciąż, ciągnęło ich do siebie i nie była to tylko kwestia wspólnego mieszkania, czy kota, którego Anthony w pokorze serca zaakceptował, jako element pomagający na nerwy pogrążonej w żałobie wdowy.
Śmierć nie negowała życia i nie było słów, żeby wyrazić jak Anthony żałował, że nie mógł być z nią w dniu urodzin, gdy oboje gnani zawodowymi sprawami rozjechali się po świecie. Zorza, nie była co prawda Islandzkim obrazem, nie była Norweską podniebną arabeską, ale była wystarczająco blisko i wystarczająco pięknie czy elegancko, aby móc na moment pogrążyć się w ułudzie, że są gdzieś bardzo, bardzo daleko, gdzieś z dala od całego konfliktu, od kłótni, od słów wypowiedzianych w gniewie. Anthony potrzebował tego równie mocno, będąc w sumie prosto po zwięzłej rozmowie z Ministrą. Zapodziany, niepewny w dziwnych szlakach i okolicznościach oferowanych mu przez los. To były jednak jej urodziny, odsunął więc swoje sprawy na bok, by skupić się na kobaltowych oczach w których można było zobaczyć odbicie świata.
Pojedynczy stolik został przygotowany do wykwintnego lunchu, subtelnie uregulowanie magicznych świateł dawało iluzję, ze na piętrze nie ma żadnego innego stolika, choć oni nie byli jakoś drastycznie wyeksponowani. Czekały kwiaty białe magnolie skute magią tak, aby ich płatki nie rozpadły się w żałości i niezgodzie na kwitnienie o tej porze roku, czekał pakunek z egipskim podarkiem dla jej spragnionego wiedzy umysłu, oraz niewielkie puzderko kryjące szmaragdowe cuda zaspokające głodne świecidełek oko. Przybył punktualnie i wziął ją pod rękę by mogli wspólnie wejść na piętro i zająć przygotowane miejsca. Muzyka płynąca z zaczarowanych lewitujących iskier dopełniała tego obrazu, zamykając ich w objęciach snu, z którego być może oboje nie chcieliby się obudzić. Z pewnością tez uznaliby to za kuszącą propozycję, mając świadomość tego co wydarzyć się miało za ledwie kilka godzin. Żadne z nich szczęśliwie nie dysponowało trzecim okiem, a nieświadomość zaiste była definicją szczęścia.
– Dobrze jest wrócić do kraju – podjął, gdy usiedli, choć ciało jeszcze musiało się oswoić z myślą, że siedzą, więc można się rozluźnić. On jednak wciąż czuł wewnątrz napięcie wynikające z tego delikatnego próbowania się wzajem, którego doświadczali od momentu, gdy zaprosił ją pod swój dach. Znali się tyle lat, a jakby znów mieli szansę poznawać się na nowo. Odetchnął głęboko, z lekkim uśmiechem powątpiewania odkrywając to dziwne stremowanie wewnątrz siebie. Trema jednak nie była niczym nowym, wobec wyzwań, które od maleńkości stawiało przed nim życie. Trema była czymś z czym mógł sobie poradzić.
– Jak Ci minął ten tydzień? Myślałem, że odejdę od zmysłów, gdy okazało się, że nie dotarłaś na wyznaczone miejsce Twojej delegacji. – zaśmiał się lekko otwierając samemu butelkę wina, bo wolał aby mogli jak najwięcej być sami, niż żeby kręcił się dookoła nich ktoś z obsługi. Dania był już zamówione, mała degustacja włoskich dań oferowanych przez restaurację. Teraz mogła to być przyjemna anegdotka, dławiący strach mógł zostać przyjemnie spacyfikowany opowieścią. – Jak to się właściwie stało? Wadliwy świstoklik, czy źle wypełnione przez sekretarza okienko w formularzu zgłoszeniowym?
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/72/71/0a/72710adbdc08bffbc8c3eeed73ddd04c.jpg[/inny avek]
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Lorien Mulciber - 01.04.2025
Czym różnił się ten 8. września od wszystkich innych, które dotychczas przeżyła? Niczym. Wszystkim. Teraz jeszcze nie wiedziała co wydarzy się za parę godzin; jak wielka tragedia rozsypie dobrze im znany świat. W całym swoim okrucieństwie Bogowie łaskawie poskąpili jej trzeciego oka, wręczając w wątłe dłonie klepsydrę. Teraz mogła myśleć o innych rzeczach - o wizycie u Donalda w Lecznicy Dusz, o spotkaniu ze starym przyjacielem, o obiecanym lunchu.
Na miejscu pojawiła się chwilę przed czasem. Dosłownie minutę czy dwie przed Anthonym, więc przezornie zaczekała na niego na zewnątrz; nerwowo zaciskała palce na elegancko żłobionej laseczce, o którą się oparła, przygładzała raz po raz materiał dość starej sukienki - tej, którą Anthony mógł widzieć raz czy dwa razy w życiu. Gdy była młodsza, gdy świat wydawał się prostszy, a wieczności nie liczyło się w miesiącach. Była różna od wszystkich ciężkich czarnych kreacji, którymi czarownica otulała się jak bezpiecznym całunem. Delikatniejsza, w odcieniach granatu, zszyta złotą nicią. Mała perełka zapomnianej dawno kolekcji, która przeleżała w jej kufrze ponad dziesięć lat. Nawet włosy, zazwyczaj robiące co im się żywnie podoba, dziś układały się w miękkich falach/ Wyglądała młodziej. Łagodniej. Jakby w dniu urodzin łaskawie cofnięto wskazówki zegara o kilka lat.
Ale wszystkie delikatne tkaniny podkreślały jak drobna i słaba była pani Mulciber. Jej ramiona okryte półprzezroczystym szalem drżały z zimna, choć w restauracji zdawało się być przyjemnie ciepło.
Lorien zawsze uważała, że powroty bywają równie trudne co odejścia. Może nawet bardziej.
Cieszyła się z powrotu do kraju, nie chciała zaprzeczyć. Ale czy Londyn był jej ulubionym miejscem na świecie? Nie. Nie potrafiła rozgryźć dlaczego, skoro wracała do domu. Nawet jeśli w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że tylko się okłamuje.
Dom. Włochy były domem za którym tęskniła tęsknotą wręcz fantomową. Wychowana w Anglii znała kraj matki głównie z opowieści i krótkich młodzieńczych wizyt. Anglia była domem, bo tu się urodziła, tu spędziła dzieciństwo pod zaczarowanym drzewkiem pomarańczowym swoich rodziców. Z technicznego punktu widzenia każde jedno miejsce, w którym trzymała swoje cenne drobiazgi mogło zasłużyć na status domu - w tym rezydencja w Little Hangleton. Ale koncept domu był jej momentami kompletnie obcy; wszędzie była tylko gościem. Trochę jak bezpański kot, który potrafi się odnaleźć w cudzym fotelu, na kanapie, w małżeńskim, zimnym łożu.
- Nie miałeś nawet chwili zawahania? Wiesz… Żeby zostać w Egipcie?- Zapytała. Ot żeby jakoś zacząć rozmowę, chociaż całkiem niedawno odkryła, że wcale nie przeszkadza jej cisza. Nawet teraz, gdy wsłuchiwała się w dźwięki muzyki pyłu wszechświata, nie mogła pozbyć się wrażenia, że powinni milczeć, by nie zgubić gdzieś całego sensu.
Zajęła swoje miejsce, odwiesiła torebkę na oparcie krzesła. Nawet jeśli Anthony był poddenerwowany, Lorien sprawiała wrażenie oazy spokoju. Cokolwiek zadziało się w Rumunii zdjęło jej z ramion ogromny ciężar; zmyło z twarzy brud smutku i żałoby. Ale przede wszystkim, oczy kobiety nie były zasnute mgłą jak u topielicy, za którą tak długo sama się uważała. Lorien Mulciber żyła. Może po raz pierwszy od lat. Może po raz ostatni. Tego nie mogli wiedzieć.
- Dlaczego się martwiłeś?- Odpowiedziała pytaniem na pytanie, z jakże prostym niezrozumieniem w oczach. Nie była nauczona, że ktokolwiek czeka aż wróci; nikt nigdy się nie martwił o małą Lorien. Mała Lorien zawsze miała sobie dawać radę sama i tak zresztą było. Może przy niewielkiej pomocy rodzinnego skarbca, ale sama.
Przechyliła głowę w ptasim odruchu. Tym, któremu zawsze towarzyszyło potrząśnięcie włosami i lekkie ściągnięcie brwi. Przypominała zaskoczoną papużkę, a może i gołębia z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w niego bez mrugnięcia. Zaintrygowana na tyle, żeby zrozumieć. Nie na tyle, żeby spróbować samej połączyć fakty.- Przecież byłam z Alexandrem.- Powiedziała jakby za tymi prostymi słowami ukryła się cała tajemnica wszechświata. Anthony nie mógł wiedzieć, że pozostawiona karteczka była czymś więcej na co zwykle potrafiła się zdobyć. Dotknęła opuszkami palców miękkiego płatka magnolii. Nie powinny kwitnąć o tej porze roku.
Jak ci minął tydzień?
Jej oczy pojaśniały; usta rozchyliły się we wdzięcznym uśmiechu. Chciała opowiedzieć mu o wszystkim - o tym jak wiązali jej włosy w warkocze i ubierali w kolorowe spódnice, żeby za bardzo się nie wyróżniała; o tym jak oglądała wschód słońca nad wrzosowiskiem; może o tym jak próbował jej się oświadczyć jednego wieczoru stary cygan i dostał drewnianą łyżką od swojej żony po łbie; jak tańczyła, pozwalając sobie na moment zapomnieć, że to może być ostatni taniec w życiu; jak Alexander próbował po cichu zaklęciem naprawić i uruchomić coś co mugole nazywali traktorem - i jak oczywiście to rozpieprzył; albo jak pozwolono jej pogłaskać jagniątko, albo…
Nagle zawstydziła się tych wszystkich wspomnień. Dziecinnych. Z pogranicza magii i zwyczajności. Tak niepasujących do niej - do sędzi. Crouchówny. Mulciber. Drgnęła, spuszczając na moment wzrok.
- To jedno z tych wartych pielęgnowania wspomnień. - Odpowiedziała zamiast tego.- Ostatni raz widziałam tak zachwycające niebo jak tam... sama nie wiem, chyba w Jordanii. Pamiętasz je?- Jej głos uderzył w miękkie tony. Zadarła ostrożnie głowę, tylko na tyle by móc przyjrzeć się zaklętemu sklepieniu.- To moja ulubiona sala. - Dodała jeszcze.
Nie odpowiedziała na pytanie o świstoklik, bo sama nie znała odpowiedzi. Przyczyn mogło być mnóstwo i jeszcze więcej. Nie chciała tego roztrząsać.
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Anthony Shafiq - 09.04.2025
Była nie tylko piękna — była genialna w sposób, który go obezwładniał. Z pozoru skromna, a jednak każda jej wypowiedź była jak uderzenie dzwonu pod wodą: nieoczywiste, głębokie, rezonujące jeszcze długo po tym, jak umilkło. Dobierała słowa z chirurgiczną precyzją, jakby każde miało znaczyć więcej niż tylko to, co mówi. I może rzeczywiście miało. Może to wszystko, co mówiła — i jak wyglądała — było jedną wielką wiadomością, zagadką, do której on, przez lata odsunięty od jej orbit, teraz nie miał klucza. Chciał skomplementować jej suknię, lecz powstrzymał się, świadom, że Lorien uzna to za zbyt błachą, wręcz tanią z jego strony zagrywkę. Nie mógł jednak nie wstrzymać oddechu w mimowolnym zachwycie. Kreacja, którą dziś założyła, miała delikatny połysk, niemal niedostrzegalny — jak zorza, jak tajemnica. Jedwabisty materiał w kolorze wieczornego nieba spływał po niej bezszelestnie, poruszając się z każdym ruchem bioder, jakby sam chciał coś powiedzieć, coś zasugerować. Westchnienie, które zdołał w sobie stłumić, pojawiło się gdy splotły się ich ramiona i było odczuwalne w całym jego ciele — jak zbyt ciepłe światło na skórze, które nie parzy, ale przypomina, że się żyje. Nie śmiał myśleć, że ubrała się tak dla niego. W końcu celebrowali jej święto. Ale z pewnością to nie był przypadek. Ona nigdy nie robiła niczego przypadkiem. Czy chciała mu coś powiedzieć? Przekazać, że pamięta? Że żałuje? A może wręcz przeciwnie — że przeszła dalej, a jego obecność traktuje już tylko jako cień dawnego błędu? Czasem wydawała mu się aż nazbyt spokojna, jakby zadowolona z tej kolejnej, nowej dynamiki między nimi. Jakby to była jej gra. A on — pionek na szachownicy, mimo całego doświadczenia, które zebrał, wciąż nie mógł pojąć zasad tej gry.
– Ani przez moment. Prędzej Hiszpania, Włochy byłyby dla mnie pokusą. Egipt pozostał dziecięcym marzeniem, ogrodem strzeżonym ognistym mieczem, który teraz, gdy jest otwarty, nie stanowi dla mnie już takiej... wartości– odpowiedział jej gładko, ciesząc oczy jej rozchodzącym wkoło, promieniującym pięknem. Duch jego jednak pozostawał niespokojny, co skrzętnie dusił w swojej piersi. Była wdową. Nie minął jeszcze nawet miesiąc, a on już pozwolił sobie na tak bliską obecność. Gościł ją w swoim domu pod pozorem przyjaźni — lecz to słowo wydawało się teraz zbyt blade, nieostre, nijakie wobec tej przejmującej, miękkiej intensywności, która między nimi zaległa. Odsuwał od siebie myśl, że przekracza granice, których sam przecież przez całe życie pilnował z nabożnym rygorem. Zasada była prosta: nie dotykać, nie zbliżać się do tych, którzy ślubowali innym. Ale Lorien nie była już żoną. Była sama. A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że wciąż należy do kogoś innego — do wspomnień, do przysięgi złożonej komuś, kto teraz milczał sześć stóp pod ziemią. To czyniło jakiekolwiek podszepty własnego pragnienia nieprzyzwoitymi, niegodnymi i bolesnymi. Nawet jeśli to on ją karmił, to on ofiarował jej dach nad głową, to on znał rytm jej kroków, bezmyślne głaskanie kociego łba i inne drobne gesty, którymi próbowała ukryć rozpad. Co mu było wolno? I co właściwie ona robiła w jego kuchni o świcie, w jego fotelu z książką, w jego życiu? Jak długo w nim pozostanie? Niewiadoma, brak kontroli... Nie chciał, żeby go opuszczała, ale nie rozumiał, nie potrafił nazwać, a jego domagający się kontroli nad wszystkim umysł krwawił.
Po chwili usłyszał jego imię i zadrżał od środka, choć na zewnątrz pozostał nieruchomy. Aleksander. Naturalnie, że była tam z nim, więc nie on, Anthony, nie musiał się martwić. Z wszystkich ludzi na świecie musiała znaleźć ukojenie właśnie przy nim. Mulciber był dla Anthony’ego wszystkim, co niegodne zaufania — Niewymowny udowadniający na każdym kroku skłonności do używek, skłonności do patologicznych zachowań, niestabilny, o skruszałym ego i pełni pogardy dla tych, którzy wierzyli w jakiekolwiek zasady. Ale najwyraźniej Lorien widziała w nim coś innego. Przyjaciela. Kogoś, kto był blisko w tamtym czasie. Kogoś, kto prawdopodobnie... dał jej coś, czego Anthony nigdy nie mógłby. Myśl o ich fizycznej bliskości — choć nie miał na to żadnych dowodów — została zasiana jeszcze wtedy, gdy pokazała mu dziwaczną fotografię z okresu dzieciństwa. Gdy nie pozwoliła mu przejść przez bramę swojej wielkiej z Mulciberami zażyłości, której on i tak by pewnie nie zrozumiał. Niewyrażona, domyślna, a przez to jeszcze bardziej dojmująca.
A jednak teraz była tu, z nim. Więc czego chciała? Czego on chciał? Towarzystwa? Pocieszenia? Bezpieczeństwa? A może...
– Cieszę się, że udało mi się trafić – uśmiechnął się łagodnie podnosząc ku niej wzrok znad kieliszka, nie wracając już do tematu swoich zmartwień, nie wracając też do tematu wyjazdu w którym przytłaczająca obecność jej Aleksandra, była zbyt dojmująca by ją znieść. – Powinniśmy przychodzić tu częściej. – Sposób w jaki wypowiadała słowo "Jordania" był bolesny w nostalgii, która momentalnie zalewała go swoim bladoniebieskim światłem. Mógł zapytać, mógł zapytać chociaż raz, czy żałowała kiedykolwiek tego, że się nie zgodziła. Mógł zacząć fantazjować z nią na temat życia, które mogliby mieć. Pogrzebu, który nie obszedłby ich wcale, jakiegoś nieznanego wyrobnika z Nokturnu. Przełknął gorycz zebraną w ustach. Mieli jedno życie. Jedną ścieżkę. Jej świeca zgaśnie szybciej niż jego. Nie było warto tracić czasu, na rzeczy, które porwał pustynny wiatr.
– Powiedz mi, gdybyś miała szansę wpłynąć na kształt Magicznej Akademii, w której nie tylko uczy się medycyny, na co byś położyła nacisk? – zapytał możliwie swobodnie, próbując nakierować ich rozmowę na inne tory, bardziej znajome, lżejsze w wymiarze, w czuciu.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/72/71/0a/72710adbdc08bffbc8c3eeed73ddd04c.jpg[/inny avek]
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Lorien Mulciber - 10.04.2025
Nie musiał jej mówić, że docenia jej kreację. Anthony Shafiq, którego znała gustował tylko w rzeczach najdroższych, najpiękniejszych i najbardziej niedostępnych. Lorien wpisywała się w każdą z tych kategorii. Może dlatego po prostu uśmiechnęła się znacząco, a ujęta pod ramię, wygładziła mankiet koszuli mężczyzny, choć ów wcale wygładzenia nie wymagał.
Wszystko było ukryte w gestach. Tych drobnych, szalenie trudnych do interpretacji, przypominających spisane na kolanie przez jakiegoś stażystę prawo - pełne luk czekających na wykorzystanie przez wprawnego polityka.
Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic nie jest dziełem przypadku.
Zawsze lubiła powtarzać jedną z ulubionych maksym ojca. Nie było przypadku, w tym że wybrała kolor, który Anthony mógł widzieć, choć sama gustowała w głębokich czerwieniach. Dziś nawet jej zazwyczaj burgundowe paznokcie, przypominające zakrwawione ptasie szpony, błyszczały głębokim granatem. Pod kolor sukienki, czy może towarzystwa? Fakt, że po raz pierwszy pozwoliła mu się zobaczyć ze swoją laską, odsłoniła wyraźnie zmęczone chorobą ciało - to nie było zwyczajnym, ludzkim przeoczeniem.
Dziś, pierwszy raz od miesięcy, nie była panią Mulciber. Nie była nawet sędzią Wizengamotu. Była po prostu Lorien Crouch. I to też nie było dziełem przypadku.
- Hiszpania… Mała winnica odcięta od świata i magicznej technologii, gdzieś w pobliżu rzeki Ebro? Z winem nieskażonym komercją? - Pamiętała. Oczywiście, że pamiętała jego opowieść sprzed zaledwie miesiąca o nowym, zrujnowanym przybytku, który miał smakować jak nadzieja, ale w tamtym czasie pozostawił w jej ustach zwyczajną gorycz przykrytą zaledwie aromatem wanilią. Uśmiechnęła się do swoich słów, obserwując spadającą gwiazdę. Może powinna pomyśleć życzenie?
Nie potrafiłabym tak żyć.- Przyznała w duchu, gdy tamtego dnia wprost od Anthony’ego wróciła do znajomej, pogrążonej w ciszy kamienicy Mulciberów. Do swojej sypialni, gdzie na stoliku stał bukiet czerwonych róż z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia od Alexandra i Diany. Tamtego dnia zrozumiała, że Anthony kocha swoje słońce miłością tak niezwykłą, jaką ona dotychczas potrafiła kochać tylko wspomnienia piaskowych ścian Al-Karak. Tak jak kochała małą wyspę na Morzu Północnym, która miłości była zwyczajnie w świecie pozbawiona. Nie miała wtedy do niego żadnych praw.
Jak długo dalibyśmy radę tak żyć?- Zapytała Roberta tamtego poranka w Lourmarin, gdy stwierdził, że mogliby żyć jak te bezpańskie, francuskie koty, wylegujące się w ciepłym słońcu, pozbawione zmartwień. Zbyt krótko. Zabawne, że nie dane im tak było pożyć wcale. Anthony nie mógł tego wiedzieć, ale jej Kot pachniał tym maleńkim miasteczkiem, śmieszną wizją domku z białym płotem, preriowej sukienki i pieczonej co niedzielę szarlotki. Że był pierwszym i jedynym prezentem od człowieka, którego sprowadziła do roli swojego męża. Roli tak ważnej, że pozbawiła go nawet imienia, a gdy doszło co do czego, wydarła to imię na zawsze z ust głowy rodu.
Mogłabym tak żyć.- Powiedziała zaledwie dwie noce wcześniej do Alexandra, siedząc pośród kwitnących kwiatów i dzikich wrzosów, zapatrzona w rozciągający się przed nią bezmiar nieba. "Mogłabym, ale nie z tobą. Nie tutaj." To już pozostało niedopowiedziane, a mimo to Mulciber wiedział. Może dlatego, że czuł to samo? Byli tylko straconym na kartach historii rodzeństwem bez własnego miejsca w świecie. Nikogo nie obchodziła Lorien, gdy mógł ucałować dłoń Sędzi. Nikogo nie obchodził Alexander, gdy widziano jedynie maskę Proroka.- Wyruszyłabym tam, gdzie mówią po włosku, I poszła jeszcze trochę dalej. Kiedy nareszcie przestaną - wiedziałabym, że jestem na miejscu.
Ale jak Lorien chciałaby żyć?
Wpierw musiałaby przyznać przed sobą, że chciałaby w ogóle żyć, a tego pewna nigdy nie była.
Nie odpowiedział jej na pytanie, a ona nie drążyła dalej sprawy. Dopiero teraz odwróciła głowę od zaczarowanego sklepienia i wyciągnęła w jego stronę dłoń. Ułożyła ją na białym obrusie. Dziś ze wszystkich pierścionków miała na sobie tylko jeden - ten który przypadkiem zabrała z jakiegoś stoiska na Lammas.
Każdy jeden gest był równocześnie pytaniem i zaproszeniem. Kolejne gry pełne niedopowiedzeń, zadania rozdzielane w milczeniu. Chciała, żeby ją złapał. Żeby splótł ich palce razem i zapewnił ją, że nie jest sama. Tak jak ona próbowała go zapewnić, że nie ma powodu do niepokoju.
Anthony nie musiał się martwić, ale gdy się martwił sprawiał, że Lorien czuła się przez kogoś chciana. I żadne inne uczucie nie powodowało u niej podobnego, niewytłumaczalnego lęku.
Dlatego choć w chwilach kompletnej bezradności, kierowała swoje spojrzenie ku Alexandrowi, to Anthony miał wątpliwą przyjemność znajdować jej wsuwki do włosów w najdziwniejszych miejscach rezydencji; słuchać nucenia starych włoskich melodii, gdy o świcie szykowała się do pracy, pijąc pierwszą tego dnia mocną kawę; odkrywać, że kompletnie wykończona zasnęła po raz kolejny w miękkim fotelu, przytulona do kota.
- Powinniśmy tu częściej przychodzić.
- Nie boisz się?
Pytanie wyrwało jej się szybciej niż zdołała się nad nim zastanowić. Prześlizgnęło się po języku, umknęło przez wargi. Zamrugała parokrotnie, wręcz zaskoczona dźwiękiem własnego głosu. Pozwoliła ciszy zapaść na parę długich, nieznośnych sekund.
- Anthony Shafiq coraz częściej jest widywany z pozbawioną wszelkiego wstydu wiedźmą, która dla niego już wcześniej ignorowała swoje małżeńskie obowiązki, pozostawiając na kiermaszu potrzebującego opieki męża samemu sobie po tym jak ów chwilę wcześniej odtrącił jej pomoc. Nie mówiąc o tym, że zaledwie dwa-trzy tygodnie później bezczelnie zrezygnowała z towarzystwa swojego szwagra, który udawał wtedy jej męża, bo świętej pamięci Mulciber nie miał ochoty fatygować się na coś tak trywialnego jak wieczorek u Agnes Delacour. - Powiedziała tonem tak pozbawionym emocji, jakby recytowała fragment kroniki plotkarskiej w Czarownicy.- Opinia społeczna jest kruchą zabawką, Antonio. Nie boisz się?- Powtórzyła nieco mocniej, choć jedynym indykatorem, że targały nią jakiekolwiek emocje było lekkie drżenie warg.
Lorien nigdy nie mówiła na głos o Jordanii. Nauczyła się, że niektóre wspomnienia powinny być pielęgnowane w milczeniu. Gdyby ją zapytał czy żałuje swojej decyzji = odpowiedziałaby mu szczerze, bo szczerość była najcenniejszą rzeczą jaką czarownica mogła komukolwiek podarować.
Gdybym mogła przeżyć ten dzień jeszcze raz, podjęłabym taką samą decyzję.
Anthony Shafiq nie zasłużył na wyrok jakim było małżeństwo z nią. Nie zasłużył na sprowadzenie do roli bezimiennego męża sędzi Wizengamotu, tak jak ona nie zasłużyła na stanie się małą ozdobą uwieszoną mu na ramieniu. Tamtego dnia miałeś wybór - mogłeś zostać lub odejść. Oboje wiemy, że też nie zmieniłbyś swojej decyzji.
Ludzie tacy jak oni byli więźniami własnej dumy - jej ulubionymi dziećmi.
Postukała paznokciem o dolną wargę, zastanawiając się moment nad tym dość niespodziewanym pytaniem. Magiczna Akademia?
- Na historię.- Odpowiedziała bez wahania.- Ludzie zbyt mocno skupiają się na tym, żeby dostatecznie dobrze machać różdżkami, że w końcu zapominają po co nimi machają. Świat w kształcie, który jest nam teraz znany to tylko wynikowa zmiennych, które zdarzyły się przed naszymi narodzinami. Gdy o nich zapominamy, zapominamy równolegle o naszej kulturze, tradycjach, zbyt zapatrzeni w przyszłość i jakąś taką nadzieję, że ta tym razem będzie inna. A tymczasem historia się powtarza. Raz za razem. Konsekwentnie. I za każdym razem nas to szalenie zaskakuje.
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Anthony Shafiq - 17.04.2025
Opowieść, które nie zaistniała, milczenie, które musiało zapaść po wspomnieniu Aleksandra. Perspektywa Anthony'ego była oczywista, znał Mulcibera jako protegowanego jego anam cary, jego szaleństwa i grzechy nie były mu obce. Nie było mu obce również własne zagubienie w tej oczywistości zaszytej w głosie Lorien, która dla niego w żaden sposób oczywistością nie była. Anthony nie próbował wracać do tematu, który z resztą nieudolnie przecież próbował podjąć tydzień wcześniej – nie z braku odwagi, lecz z szacunku do tego jak właśnie przed ich wyjazdami jego towarzyszka ucięła temat. Istniała granica, której nie chciał przekraczać, granica niepostawiona słowami, ale wyczuwalna w drobnych zmianach tonu i napięcia mięśni. W słowach, których nie było. Znał takie granice – budowały świat, w którym oboje potrafili oddychać. Lorien nie powiedziała wiele, ale powiedziała dość. Jej sposób milczenia nie był pustką, był decyzją. I nawet jeśli coś w nim, może ordynarna ludzka ciekawość, może ledwie cień zaniepokojenia, lęku o nią, domagało się więcej... zatrzymał to w sobie. W tych sprawach zaufanie miało większą wagę niż wiedza.
Zaśmiał się pozornie lekko, lecz nie kryjąc goryczy na wspomnienie Hiszpanii. Jakże odległa teraz zdawała się ich rozmowa! W poprzednim życiu, nim poznał prawdę o swoich przyjaciołach... Były to te cienie przeszłości, które wydłużały jego szczupłą twarz. Ten moment, gdy Jeźdźcy dopiero się formowali, ale on nie był zaproszony. Trzech prefektów i biegający za nimi patykowaty chłopiec. Shafiq miał teorię, w myśl której dom Slytherina znajdował się w podziemiach, aby możliwie upodlić znajdujące się tam osoby. Ciemność i wilgoć, kanałowe wręcz warunki miały zasiać w dzieciach wolę walki i dostania się na szczyt, na którym nigdy nie będzie pachnieć stęchlizną i grzybem. To była siedmioletnia lekcja pokory i dumy, zaszczepienie niegasnącego ognia tlącej się i tak w piersi ambicji. Lęk, przed powrotem do ciemnicy. Anthony nie został przydzielony do domu węża, ale jego ojciec zadbał, aby Slytherin nie był miejscem, a stanem umysłu. Zawsze gorszy. Słabszy. Mniej utalentowany. Drugi. Słońce Hiszpanii tylko z pozoru niosło ukojenie. Winica, którą kupił była symbolem jego straty, goryczy po odrzuconych awansach, zbyt zawoalowanych, by być interpretowanymi jako umizgi, które należało poważnie potraktować. Hiszpania zaś, mugolska lepianka miała być kryjówką przed światem. Ale Anthony siedząc tutaj wraz z Lorien pod roziskrzoną zorzą magicznie przywołaną w sklepieniu restauracji wiedział, że obecnie jego jedyną kryjówka obecnie może być tylko spokojny cień krypty. Nie mógł uciec. Już nie.
Teraz też bowiem, jego prefekci biegali wieczorami z osłoniętymi twarzami, jego szlachetni vigilanti... a on? Kim był on? Kim chciał być? Kim mógł być? Pomysł formował się dopiero. Kształcił w słowach, w przepływach informacji, w klarowaniu ideałów z martwych powstałych marzeń opieszałego serca. A wtedy dostrzegł pierścień na jej palcu i cień przeminął. Metal zalśnił, niczym słodkie wspomnienie czegoś, co było tak bliskie i odległe jednocześnie. Subtelny, a jednak niemożliwy do przeoczenia. Lammas — święto plonów, pełni i wdzięczności. W pierwszej chwili pomyślał o ich przechadzce, o Mulciberze, o Mulciberach ale ten impuls minął równie szybko, jak się pojawił. Jakby Lorien chciała obwieścić zdjęcie swojej żałoby. Ale to było coś bardziej złożonego — może afirmacja życia, może próba odnalezienia znaczenia w ruinach. Anthony miast pytać, ujął wyciągnięte ku niemu dłonie. Z jakiegoś powodu ten drobny detal poruszył go głębiej niż większość słów wypowiedzianych między nimi dziś i wcześniej. Bo i na jego palcu ciążył sygnet zakupiony tamtego dnia. Nierealnego dnia, z którego finału został okradziony podczas krótkiej wizyty w krainie po drugiej stronie lustra. Dziwny impuls powędrował po karku, a mężczyźnie coraz trudniej było rozeznać przyczynę, w intensywności skutku.
Mógłby to zignorować, skupić się na czymś innym. Ale nie potrafił. Patrzył na nią, a jego wzrok zatrzymywał się na drobnych detalach — miękkim blasku jej skóry, na zarysach obojczyków, które znów wydawały się zbyt ostre, zbyt widoczne. Myślał o tańcu, o ich ostatnim wspólnym kroku, nim zdrowie odmówiło tej akceptowalnej społecznie przyjemności. Myślał o tańcu, który odległy coraz bardziej w czasie, zacierał się i był bardziej sennym marzeniem niż realnym wspomnieniem. Ale czy nie tańczyli dalej, właśnie tu, między słowami? Każda ich rozmowa była jak figury walca — krok w przód, krok w bok, zawahanie, powrót. I choć jej ciało mogło już nie unieść muzyki, dusza zdawała się ją słyszeć. A on — ku własnemu zaskoczeniu — to on musiał za nią nadążyć. Nigdy odwrotnie. Była delikatna — oczywiście. Krucha. To widać było w cieniu pod oczami, w ostrożnym ruchu dłoni, w tym, jak długo zastanawiała się, zanim uniosła kieliszek. Ale była też niesamowicie silna, taką siłą, która nie potrzebuje imienia. Nie przyjmowała pomocy, nie pragnęła litości. Trwała — z dumą, ze spokojem, który mógłby złamać słabszego człowieka. I Anthony, który znał wiele rodzajów odwagi, chłonął ten zbyt łatwy do przegapienia, pominięcia. Cichą, codzienną, nieubłaganą. Tę, która nie mówi: „przeżyję”, ale: „nie pozwolę, żebyś widział, że cierpię”. On chciał to widzieć. Chciał być przy niej. Chciał, by nie czuła się sama w niemożliwości pogodzenia pragnień i dumy.
– Lęk? – pochylił się, by ucałować szczupłe palce i uśmiechnął ciepło. – Czegóż mam się lękać przyjaciółko moja? Opinia społeczna zaiste ma teraz ciekawsze sprawy na głowie, niż para starych przyjaciół pragnąca w spokoju zjeść ze sobą obiad. – Pomimo swobody, jej słowa padły na podatny grunt, którego jednak nie chciał odsłaniać, bowiem nie Erik i nie czas spędzony z nim były jakimkolwiek tematem do podjęcia, gdy mowa była o lęku i opinii publicznej. Skalę wyznaczała odmienność, głęboki, rudymentarny strach przed odkryciem pragnień plugawych w oczach wspomnianej społeczności. TO mogłoby przekreślić wszystko. Tymczasem Lorien, czystokrwista dama, której nie raz, nie dwa służył ramieniem... Gdzie tu plotka, która mogłaby mu jakkolwiek zaszkodzić, bardziej niż zwykle punktując jego słabości do zamężnych kobiet?
Gdy zeszli na temat akademii, rozluźnił się wyraźnie, odprężył, odpłynął w znane przestrzenie dysput i tyrad, które prowadzili przed laty. Znajome poruszenie, jakby w starym, zniszczonym gabinecie ktoś znów zapalił światło. Miał rację: historia była zaniedbywana. Spychana na margines, traktowana jako zbiór dat, nie jako przestrzeń do myślenia. Gdy mówiła o dawnych runach i opowieściach ukrytych w przedmiotach, poczuł niemal dziecięcą złość — że to wszystko tak łatwo lekceważono, zbywano, nie uczono młodych szacunku do przeszłości, nie we właściwy sposób. Historia magii? Gdzież socjologiczne elementy? Gdzież zrozumienie przyswajanych treści. Przytaknął jej entuzjastycznie, . Tak, to był ich wspólny język. Nawet jeśli od czasu Jordanii nie mówili nim tak często, oboje go znali zbyt dobrze. Zbyt łatwo mogli wchodzić w te wydeptane i bynajmniej nie zarośnięte ścieżki.
– Absolutnie się z Tobą zgadzam. Poziom nauk humanistycznych w tej tak zwanej szkole jest karygodny. Daty i formułki przykrywane parsknięciem stereotypu dzielącego ludzi na przydatnych i humanistów. Rozwój i wzrost uzależniony jest od dobrze osadzonych korzeni i szacunku do myśli z której się wyrosło. Zbyt wielu młodych chce burzyć zastany ład. To nasza natura, jednak rolą starszych jest adekwatne kierunkowanie tej energii, kolejnych gałęzi, które z czasem staną się konarami, filarami zdrowej społeczności. – Westchnął ciężko na myśl o orce, na którą się zgodził. Kambodżańska umowa była dzieckiem kaprysu. Akademia zdawała się prawdziwym testem wszystkiego, czym nasiąkał, na co pracował. – Jenkins zaproponowała mi nadzorowanie powstania Akademii Magicznej. Teraz, kiedy umowa z Kambodżą jest podpisana, a aparat nadzorujący i ewaluujący jej trwałość i przebieg ustanowiony – dodał wyjaśniająco, wciąż jeszcze ważąc ten kamień w dłoniach. Spotkanie z Ministrą skończyło się ledwie dwa kwadranse temu.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/72/71/0a/72710adbdc08bffbc8c3eeed73ddd04c.jpg[/inny avek]
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Lorien Mulciber - 17.04.2025
Nie wiedziała o żadnej paramilitarnej, dziwacznej, stworzonej pod nosem Ministerstwa armii czy innej grupie nocnych mścicieli, do których należała część jej przyjaciół. I może ta niewiedza ratowała ich wszystkich?
Ale niestety ta sama niewiedza pozostawiła ją ślepą na tak wiele problemów z jakimi musiał się borykać Anthony.
Ale wiedziała jedno o domu Salazara Slytherina - nigdy nie pachniało w nim stęchlizną i wilgocią. Pachniał bogactwem i hebanowym drewnem. Jego wychowankowie byli dumni, bo mieli z czego. Bo historia ich rodzin sięgała najstarszych zapisków, a umysły pozostawały wierne wpajanym tradycjom. Dziedzice fortun, panny których posagi były warte więcej niż życia ludzkie. Banda rozpieszczonych, egocentrycznych bachorów, którym wszystko podsuwano na srebrnej tacy.
Ale fakt - spędzenie większości młodości tak głęboko w trzewiach zamku sprawiało, że Ślizgonów zdawała się łączyć jeszcze jedna rzecz - nie bali się swoich własnych grobów.
Nie rozwinął tematu winnicy, a szkoda - chciała o niej porozmawiać. O Hiszpanii. To nie brzmiało źle. Zresztą jeśli jej nie chciał, mogłaby ją od niego odkupić i wyjechać i… Zatrzymała się w rozmyślaniach. Cóż ona mogłaby robić w zrujnowanej winnicy przez następne miesiące? Mieć kurczaka? Och, to był uroczy pomysł. Albo ogród z kwiatami. Uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak się hoduje kwiaty. Skrzywiła się do własnych myśli. Nie znała się też szczególnie na remontach. I winnicach. I co najgorsze nie znała hiszpańskiego, więc nawet nie wiedziałaby jak się z tamtejszymi mugolami porozumieć. Jak w ogóle stał teraz kurs hiszpańskiej pesety? Zmarszczyła brwi. Mhm, jednak kiepska logistycznie sprawa.
Zamrugała parokrotnie słysząc odpowiedź Shafiq'a na kwestię plotek. A raczej to z jaką nonszalancją do tego wszystkiego podszedł.
- Oh.- Odparła szalenie elokwentnie, ale tym razem uśmiech był nieco bardziej wymuszony.- Wybacz. To rzeczywiście głupstwo.- Odpowiedziała mu lekko. Może odrobinę zbyt lekko, minimalnie urażona z jaką łatwością przychodziło mu odrzucenie tego czym nie tak dawno żyła spora część ministerstwa. I jej rodzina. No ale oczywiście. Skąd mógł o tym wiedzieć, skoro nie bywał w pracy? To nie było coś co mogło dotknąć kogoś takiego jak Anthony Shafiq. To nie on wychodził na niewiernego. Nie on musiał znosić wszystkie ukradkiem wymieniane spojrzenia z sędziowskich ław, bo jak ktoś taki miał czelność dyktować innym jak moralnie żyć.
Czasem się nawet zastanawiała - dlaczego spędzał czas właśnie z nią. Mógł wybrać sobie każdą inną zamężną damę. Jeśli rzeczywiście próbował zatuszować plotkami inne, o wiele brudniejsze sekrety, które Lorien nigdy nie interesowały - rozegrał to fantastycznie. Wiedziała tyle ile zdradził jej przed laty - wiedziała i nigdy nie zrobiła mu z tego powodu wyrzutu.
Ale nic nie przygotowało jej na tą zmianę postawy Anthony’ego gdy zeszli na temat Akademii. Widziała, czuła (bo nadal nie przestał przecież trzymać jej dłoni, w swojej), jak się rozluźnił. Twarz Lorien z kolei wyrażała przez parę sekund czyste niedowierzanie, a jedyne na co się zdobyła w odpowiedzi to zaskoczone parsknięcie śmiechem - proste “heh” i pokręcenie głową.
- Wow.- Mruknęła.
Więc to tak? Nie odpowiadał na jej pytania, nie włożył nawet minimum wysiłku, żeby się czegoś dowiedzieć, ale nie widział problemu, żeby rozwodzić się o jakiejś… Akademii. Ugryzła się w język, ale pytanie "Dlaczego miałaby mnie obchodzić jakaś nowa szkoła?" tknęło mocno.
Nie rób sobie tego. Nie warto.
Umieram, a ty rozprawiasz o swoich wielkich sukcesach?
Nie mów tego. On na pewno tak nie myśli. To facet, oni nie rozumieją.
Zapraszasz mnie, żeby chwalić się tym, że pozwalasz się wywalić Jenkins z Ministerstwa na zbity ryj pod płaszczykiem wielkich możliwości, bo chyba uznała cię za wielkie zagrożenie?
Nie nakręcaj się Lorka.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, ciężko powiedzieć czy zła na głosik rozsądku w głowie czy na Anthony'ego; odwracając głowę na tyle szybko, aby zdążyć ukryć przed spojrzeniem czarodzieja pierwsze łzy zbierające się w kącikach oczu. Wdech wydech. Uspokój się. Po prostu pozwól mu mówić o tym co go uszczęśliwia.
Poczuła nagłą, dziwną gorycz w gardle. Dlaczego by miała? To było nie w porządku. Zaprosił ją tu, żeby spędzić razem jej urodziny. Jej ostatnie urodziny. Nie będzie już miała żadnych innych, a on… Przygryzła wargę czując jakby znowu miała te dziesięć lat i ojciec nie przyszedł na przyjęcie, bo zasiedział się w Wizengamocie. Ale nie była już dzieckiem. A Anthony nie był jej ojcem.
Cofnęła rękę, a gestu tego nie dało się pomylić z niczym innym jak tylko dziwacznym odebraniem przywilejów, o których istnieniu pewnie Shafiq nawet nie wiedział. Po prostu wyszarpnęła ją z czułego uścisku. Ot jak łatwo było stracić Lorien Crouch na rzecz persony, z którą najwyraźniej czuł się o wiele bardziej komfortowo.
- Nie rozumiem dlaczego brzmisz, jakbyś się wahał.- Powiedziała sucho, robiąc to co robiła najlepiej. Wycofała się w najgorszy dla nich obojga sposób - zdusiła kompletnie emocje. Sięgnęła po kieliszek, który wcześniej Anthony napełnił winem. Upiła, próbując stłumić wszelkie nieprzyjemne myśli. Zignorowała, że pewnie ślad łzy na policzku lekko rozmazał jej dopieszczony specjalnie na tą okazję makijaż.- Sam mówiłeś, że twój gabinet w Ministerstwie jest dla ciebie zbyt mały. To brzmi jak okazja jedna na milion.
Nie patrzyła na niego, a Lorien Mulciber nie miała zwyczaju uciekać spojrzeniem. Jak pisklę, które wypadło z gniazda i nie do końca wie co ze sobą zrobić. Nie wypadło uciekać, więc siedziała. I najwyraźniej czekała na degustację dań. Gdzie do cholery był ten kelner?!
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać…- Powiedziała chwili. Nie wiedziała jak podejść do tematu, więc podeszła w pewnie najgorszy z możliwych sposobów.- I wybacz, ale jakkolwiek fascynującym wydaje się ta cała…zabawa w szkołę… - Cmoknęła, zaciskając usta w wąską kreskę. Machnęła lekko ręką. Każda komórka w jej ciele buntowała się przed tym co podpowiadał mózg, ale nie potrafiła inaczej. Spędziła ostatnie dni na kompletnym wypizdowie, pracowała nad sobą, była z siebie tak szalenie dumna! A ten pierdolił o jakiejś Akademii. Nic nie dopytał. Nawet się nie postarał! A ona tak bardzo chciała mu opowiedzieć... Wdech wydech.
Nie, to nie był ich wspólny język.
To była pochodna wszystkich lat, gdzie Lorien słuchała jego opowieści, a Anthony nawet nie silił się by zgłębić tajemnic, które ukrywała pod swoimi półsłówkami. Jak na kogoś kto potrafił mówić w tylu językach - nadal ją zachwycało, że potrafił pieprzyć o sobie w każdym z nich.
Wiedziała. Lorien Mulciber naprawdę wiedziała, że nie jest najważniejszym elementem, wokół którego kręciłby się wszechświat Anthony’ego. Nie próbowała nim być. Nie chciała nim być, dla jego własnego dobra. Ale to miały być jej urodziny. Miała ochotę parsknąć, że nawet pierdolony Greyback miał na tyle taktu, żeby poświęcić raz jeden całą uwagę jej. Nie zrobiła tego. Może powinna.
- Widziałam się z Basiliusem.- Powiedziała za to, tym samym niemalże znudzonym tonem, którego używała z reguły na sali sądowej. Kolejny plaster, który musiała zedrzeć z wciąż świeżej rany.- Jeszcze przed twoim wyjazdem do Egiptu. Ale uznałam, że to nie był dobry czas. Teraz kiedy pojawiła się to.. coś… Akademia? Dobrze zrozumiałam?- Pytanie było tak retoryczne jak retorycznie mogła je zadać wyraźnie podirytowana kobieta.- Well… Może nie być dobrego czasu.- Wzięła głęboki oddech. Upiła jeszcze trochę wina, choć rosnąca gula w gardle utrudniała każdy łyk.- Według Basiliusa zostało mi... sama nie wiem, z pół roku? Mniej więcej i to tylko jeśli ograniczę stres związany z pracą i rodziną do minimum, albo wyjadę gdzieś na długie wakacje, a jak oboje dobrze wiemy, nie jestem w sytuacji, w której mogłabym sobie na to pozwolić.
Kolejne ciche, nieco bardziej nerwowe parsknięcie śmiechu. Odsunęła się na krześle na tyle, by pod żadnym pozorem nie mógł jej dotknąć, nawet jeśli by się położył na stole. Dobrze że bukiet kwiatów to uniemożliwiał.
- Nie mówię Ci tego, bo czegokolwiek od ciebie… oczekuję. - Odetchnęła głęboko, choć żal w głosie przebił się na główny plan.- Po prostu uważam, że to byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy.
Przygryzła wnętrze policzka, zaciskając palce na materiale sukienki na kolanach.
I po raz pierwszy tego dnia poczuła się jak kompletna idiotka. Powinna była zostać w czerni. W czerni zawsze było jej najbardziej do twarzy. Zrobiła mentalną notatkę, żeby po drodze do pracy kupić czerwony lakier do paznokci. Pomaluje je sobie na popołudniowym posiedzeniu, akurat zapowiadało się kilka nudniejszych przemówień.
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Anthony Shafiq - 05.05.2025
Rzeczy podziały się szybko. Zbyt szybko, a może to jemu brakło refleksu? Nie. Nie była to kwestia refleksu. Był to kwestia spalonego mostu. Spalonego słońcem Jordanii. Żar tamtych dni niejednokrotnie odbijał się na jego twarzy, niejednokrotnie wytapiał stalowe łzy.
Kieruj się tam, gdzie mówią po Włosku i idź jeszcze trochę dalej. Kiedy nareszcie przestaną - odkryjesz, że jesteś na miejscu.
I byli na miejscu. Tkwili w tym miejscu od siedmiu długich lat, spoglądając na siebie z dwóch odległych krańców urwiska, które niegdyś zdawało się być żyzną doliną.
Brakło mu tchu, czuł jak policzki bledną, z każdym ruchem rozumiejąc coraz mniej. Kiedy rozmowa o jej relacji z rodziną Mulciberów była pożądana, a kiedy wzbudzała chłód i bezwzględne traktowanie ciszą. A teraz powinnam się już położyć.
powiedziała znad nietkniętej kolacji i zniknęła. Dlaczegóż miałby się martwić? W końcu spędziła wyborny czas z Aleksandrem, który przywrócił uśmiech na bladą twarz. Uśmiech, który on teraz tak brutalnie gasił, czując z każdą sekundą odmierzaną ziarnem pustyni piasku, że kamienne ściany są coraz bliżej, że zaraz go zgniotą. Piasku w klepsydrze, która od dawna była pusta, popękana jednym pytaniem. Jedną odmową.
Mógł oczywiście zapytać jak ona czuje się z tymi plotkami, jego usta już otwierały się w pytaniu, gdy wymuszona lekkość jej głosu, smagnęła go po policzku jak bicz arabskiego poganiacza wielbłądów. Znając pogardę z jaką Lorien spoglądała na opinie innych, z jakim rozbawieniem podchodziła do plotek per se i jaką butą podchodziła do plotek na własny temat, nie zakładał, aby było to dla niej jakkolwiek dotkliwe, skoro sama kilka miesięcy temu postanowiła spowinowacić się wbrew wszystkiemu z przedstawicielem rodziny uważanej bardzo nisko, nie tylko przez wzgląd na historię rodu, ale profesję, którą parał się jej wybranek. Nie pytał wtedy, nie pytał później, szanując jej decyzję, będąc jedną z nielicznych osób, która nie tylko nie wypominała jej tego w towarzystwie, ale otwarcie stawała w jej obronie. Był świadkiem na jej ślubie. Był jej przyjacielem. Był tym, któremu nie pozwoliła ogrzać się w cieniu boleśnie zaklętego serca, ale pozwalała być na tyle blisko by mógł czuwać obok.
Z drugiego krańca przepaści, patrząc na popiół rozwiewany przez pustynny wiatr.
Nie zdążył zapytać, patrząc jak kolejna nitka rozmowy jest ucinana niczym zaschnięta gałąź.
Odsunęła ręce, gdy zdawało mu się, że podzielił się z nią wieścią, która obu mogłaby uszczęśliwić. Wszak to był bezpieczny teren ich dawnych dysput, to była przestrzeń, którą nigdyś dzielili bez zaciśniętego gardła, bez bielących się kostek, bez spojrzenia pełnego wyrzutu.
Lorien potrzebuję Cię. Chciałbym, żebyśmy pracowali nad tym razem, Akademia to projekt Ministerialny, będziemy mogli spędzać więcej i więcej czasu, nie tylko w domu. Będziemy mogli razem jeździć, zbierać ekspertów z całego świata, pracować i mieć czas na to by móc odbudować most, który został spalony... – Okazja jedna na milion. Prawda. Szansa na wybranie specjalistów również z kadry poszczególnych departamentów... Jej wkład zdawał mu się niezastąpiony w jasnej i ciemnej stronie tej samej toczącej się monety. Przenikliwy umysł korygujący kierunek sylabusów, kształtujące akademickie regulaminy i granty. Przenikliwy umysł tworzący z nich cielaka do upłynniania ministerialnych zasobów, badań, których potrzebowali oni, niekoniecznie państwo. Budowanie siły, gromadzenie ludzi. Mieli idealną przykrywkę i mogliby, mogliby być w tym razem.
Mogliby odbudować most.
Jego oczy zaczerwieniły się nim jeszcze w ogóle wspomniała o rzeczy, którą musiała mu powiedzieć. Zabrała dłoń i choć najwidoczniej nie był najmądrzejszym mężczyzną w tym pomieszczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego co to znaczy.
Opuszczasz mnie...
Ścięgno na skroni delikatnie napinało się i rozluźniało, w miarę jak zagryzał i rozluźniał zęby słuchając jej następnych słów, jakby byli w najgorszym z możliwych koszmarów. Jej słowa wstrząsnęły nim do głębi i nie był w stanie wewnątrz własnej agonii rozpoznać do końca konkretnego powodu, konkretnych punktów jej wypowiedzi, które doprowadziły go do tego stanu. Jeszcze przed twoim wyjazdem...byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy... ale w końcu niczego od Ciebie nie oczekuje odbijało się zniekształconym echem niczego od Ciebie nie chcę słowa drażniły umęczony koszmarami i bezsennością mózg, wszystko blakło wobec dojmującej myśli powtarzanej przez umysł jak mantra.
nie chcę Cię
nic nie jesteś w stanie zrobić
nie potrzebuje Cię
nie chcę
nie
Poderwał się od ich stolika niemal przewracając zastawę, czując, że w tym miejscu w tym konkretnym miejscu pod tym konkretnym niebem nie jest w stanie utrzymać oddechu. Zatoczył się jakby był pijany, czując jak gniew i rozczarowanie rozsadzają mu gałki oczne. Tępy ból w skroni przypomniał, że może przespał dzisiaj dwie godziny. Tępy ból w sercu opłakiwał resztki nadziei na to, że ten urodzinowy obiad przyniesie jakiekolwiek im błogosławieństwo spokojnego czasu.
W końcu nie był Aleksandrem, by dawać jej uśmiech. Mógł przynosić tylko suchy, śmierdzący popiół spalonego mostu.
Oparł się o drugi stolik oddychając ciężko, dusząc łzy w chwili żenującej słabości. To w końcu ona umierała, nie on.
– Prewett nie jest dla mnie wyznacznikiem czegokolwiek. Dostał ode mnie wszystko czego potrzebował żeby znaleźć lekarstwo, żeby złamać tę klątwę i zawiódł – warknął kierując swój gniew w stronę krewniaka Lorien, co pewnie nadwątliłoby sznur trzymający kilka desek mostu, który tak rozpaczliwie nieudolnie starał się stworzyć za każdym razem gdy ją widział, gdy okazywał jej swoją atencję, afekt, miłość... Nie było żadnego mostu. Spłonął żarem jordańskiego słońca. Trochę dalej za miejscem w którym mówią po Włosku. On zawsze mówił po włosku. Nigdy nie mógł dotrzeć w to miejsce. W to właściwe miejsce. – Może siostra mojego chrześniaka byłaby lepszym typem, to mocna kandydatka na ordynatora. Bulstrode. Obiecujące nazwisko. A jeśli nie to... to dowolne inne. Choćbym miał sprowadzić tutaj wszystkich, którzy mogliby wyciągnąć z Ciebie tego ptasiego demona... – cedził przez zęby, jakby chciał ze śmiercią dobić targu. Odwrócił się ku niej gwałtownie, ale jego spojrzenie nie złagodniało ani trochę. – Sprowadzę ich i w trzy miesiące! Sprowadzę każdego! – Obietnica zawisła w powietrzu. Nie mógł zrobić nic więcej, w szale, w rozedrganiu, w bezsilności szarpiącej człowiekiem, którego ukochana osoba podała mu datę ostatecznego rozstania. W kolejnym i kolejnym odrzuceniu. Ranili się na tysiące różnych sposobów, a w Anthonym urosło przekonanie graniczące z pewnością, że Lorien nie lubi nawet z nim przebywać, a co dopiero ufać, czynić z niego powiernika. Przekonany był też, że nie wierzy w jakąkolwiek siłę sprawczą z jego strony, a w ostatnich dniach była to zaropiała rana, która teraz łamała go w pół posypana solą jej tonu i gestów, gdy raz za razem wybierał znów i znów złe odpowiedzi. Tyle mógł zrobić. Mógł obiecać. Mógł w końcu przełknąć wszystko, mógł przełknąć spalony most, uśmiech, którego nigdy więcej nie zobaczy, skoro nie był w stanie utrzymać go choćby kilku minut na jej umęczonej twarzy. Mogli nie mieć mostów, mogli żyć na przeciwległych urwiskach. Mogli żyć. Cel zdawał się jasny.
Pochylony, opierający się dłońmi o stolik na którym bezceremonialnie siedział, dyszał ciężko, przytłoczony faktem, że kamienne ściany wykreowane przez jego wyobraźnię bynajmniej nie rozsuwają się po tej szumnej deklaracji podjęcia kolejnej walki o zachowanie istnienia Lorien w świecie żywych. Jego twarz zroszona była potem trawiącej go furii, słabości, plugawych emocji, które spaliły jakiekolwiek jego zdolności retoryczne. Wiedział że krzyczał, ale przecież stali na dwóch krańcach przepaści. A on, zdawało mu się, niemalże widział kościstą dłoń położoną na jej ramieniu. Robert umarł, oto nowy narzeczony. Wskazujący palec gładził materię najpiękniejszej sukienki, którą na niej widział, a z czeluści czarnego rękawa niemalże wysypywały się wilgowronowe pióra. Czy znów poprosi go o bycie świadkiem? Zgodził się na jeden ślub. Na drugi nie było jego zgody.
Powietrze na moment zaiskrzyło, zielona zorza na chwilę zamigotała przed magicznym wyładowaniem. Na stole pojawiły się antipasti. Białoczerwone caprese pyszniło się obok krwistego capraccio. Miniaturowe bruschetty ociekały oliwą opruszoną przeróżnymi barwnymi dodatkami, w których królowały siekane pomidory, soczysta bazylia i chrupiące orzeszki piniowe. Fikuśne lewitujące miseczki wypełnione były przeróżnymi gatunkami oliwek, czekających na towarzystwo zwiniętych w ujmujące kwiecie cieniuchnych plasterków prosciutto i parmeńskiej szynki. Choć oczywiście jeśli taka była wola degustatorów, mogli sięgnąć po kawałki fig i melonów zdobiących talerz soczystym, ujmująco słodkim aromatem. Osobnym dziełem sztuki była patera serów imitująca kiść winogron, której grona ułożone były tak z prawdziwych winogron, ale też kulek mozzarelli, pecorino czy gorgonzoli. Grassini czekały tylko na zatopienie w nich zębów, dopełniając słońce stołu wżerającą się w nos wonią świeżo upieczonego, drożdżowego chleba. Buteleczki z oliwami skrywającymi w swoich tłustych przestrzeniach to rozmaryn, to chilli, czy nawet czosnek czekały na odkorkowanie w przeciwieństwie do schłodzonego białego wina wprost południowych zboczy lazurowego wybrzeża.
Anthony bez słowa podszedł do stolika i długimi palcami przeczesawszy włosy ujął butelkę z wprawą winiarza, kciuk ukrywając we wklęsłym denku, a jedynie dwoma opuszkami dotykając wilgotnej od różnicy temperatur butelki. Nalał najpierw jej, a potem sobie.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/72/71/0a/72710adbdc08bffbc8c3eeed73ddd04c.jpg[/inny avek]
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Lorien Mulciber - 07.05.2025
Rzeczy zawsze działy się zbyt szybko. Zwłaszcza dla tych, którzy czekali zbyt długo. Kiedy ich rozmowy zamieniły się w monologi, którymi próbowali zatkać ciszę. Kiedy w ogóle odkryli, że cisza zaczyna ich uwierać jak źle zawiązany gorset czy przyciasna kamizelka.
Jordania była bliska jej sercu. Od niemal ośmiu lat nie ruszyła się o krok, wciąż uparcie stojąc przed kamienną ścianą w mugolskiej świątyni i raz po raz czytając zapomniane przez czasu i świat słowa wyryte przez jednego z krzyżowców.
"Vita brevis, amor longus, libertas aeterna."
To co dla Anthony’ego było urwiskiem, dla Lorien przypominało mur. Choćby rozbijała się o niego dłońmi, łkała i padała na kolana - monument pozostawał głuchy na jej modlitwy. Może po prostu zapomnieli, że włoski ma tak wiele dialektów? A może żadne nie potrafiło mówić jedynym potrzebnym - tym którym szeptano słowa przebaczenia.
Widziała w jego oczach, że nie rozumie. I to bolało ją jeszcze bardziej. Znał pogardę, ale nie rozumiał wszystkich niuansów. Może była niesprawiedliwa - trudno. Przestała się tym zamartwiać, gdy uświadomiła sobie z jaką lekkością podchodzi do całej sprawy. Do niej.
Była drobna różnica między pełnymi politowania plotkami o tym, że zechciał ją co najwyżej mierny świeczkarz, z podupadającego rodu, a zostaniu wprost określoną kurwą bez honoru, bo śmiała spędzić miło czas na sabacie.
Była maleńka różnica między wżenieniem się w rodzinę, z którą jeszcze przed ślubem dzieliła długą historię, a zostaniu w oczach ludzi pieprzoną damą do towarzystwa człowieka, który owej damy potrzebował, tylko po to żeby ukryć przed światem to za co świat by go wyklął.
Temat Akademii był tylko gwoździem do trumny tego co próbowali odbudować.
Nieważne jak Anthony próbował to ubrać w słowa. Nieważne zdawały się też być jego intencje, bo wystarczyło jedno spojrzenie w głębokie oczy Lorien, żeby wiedzieć czyja krew krąży w jej żyłach. Była Crouchem, a miejsce Crouchów od pokoleń było w zimnych murach Ministerstwa Magii. Czy nie wystarczyło częściej pojawiać się w swoim własnym biurze, żeby móc z nią spędzać czas w godzinach pracy? Czy naprawdę konieczne było wyrwanie ją z miejsca, które jako jedyne mogła określić mianem swojego dziedzictwa? Chciał jej sprawić przepiękny prezent urodzinowy - wolała dostać Azkaban.
Tam też mogliby być razem.
Ale tam nie miałby kontroli. A kontrolę Anthony Shafiq kochał ponad wszystko - i nie ważne jak się próbowała oszukiwać, kochał mieć kontrolę bardziej niż kochał ją.
W Ministerstwie nie mógł jej związać dłoni i patrzeć jak mości sobie miejsce w kolejnej złotej klatce, której nadałby jakiś dumny tytuł. Sędziów było tak wielu, a ona jedna w swoim rodzaju. Tylko co zrobiłby, gdyby cenne złoto jego Akademii nagle zaczęło fundować granty i badania nad czystością krwi? Co by zrobił, gdyby pod płaszczykiem pięknie utkanej biurokracji okazało się, że procent niemagicznie urodzonych w Akademii jest zaskakująco niewielki? Co by zrobił, gdyby lekturą podstawową stały się książki jej przybranej babki Philomeny? Kiedy kierunek przestawał być tym odpowiednim, a jej przenikliwy umysł o wiele niebezpieczniejszy niż chciał to dostrzec?
Więc może i lepiej, że nie doszli do sedna tej rozmowy? Może lepiej, że nie do końca pojęła co ma na myśli, gdy zaczął temat. Może lepiej, że ta żona martwego świeczkarza nie zdążyła usłyszeć szalonych idei człowieka, który chyba zapomniał jak działa ich świat - bo z tego co jej było wiadomo żyli w świecie prawa i sprawiedliwości. Nawet jeśli wypaczonej. Nawet Wizengamotowi chodziło przede wszystkim o kontrolę.
Złość nie trzymała się nigdy Lorien zbyt długo. Zresztą jak wszystkie inne emocje. Z bogatego wachlarza pozostawał z reguły smutek, który witała jak zimnego towarzysza swojej życiowej podróży. Wtedy ponoć była najpiękniejsza. Otulona bezpiecznym uczuciem samotności jak własnym pogrzebowym całunem.
Uśmiechnięta i szczęśliwa - była po prostu ludzka. Pełna wad, bolączek, słabości. Anthony mógł zrobić tyle rzeczy, a nie zrobił żadnej z nich, pchany zazdrością o której nie miała pojęcia. Jak pieprzony pies ogrodnika.
Nie, nie był Alexandrem.
To prawda.
Był po prostu jej Anthony’m, którego tak rozpaczliwie potrzebowała, gdy świat stawał się odrobinę zbyt przytłaczający, a rzeczywistość rozmazana jak w sennym koszmarze. Jak mógł sądzić, że nie lubi z nim przebywać, skoro mając wszelkie możliwości na świecie - hotele, mieszkania do kupienia od ręki, dom rodziców w Londynie, Mulciber Manor, czy nawet zapewne jakiś pokój gościnny u Prewettów w Keswick - Lorien nie zawahała się sekundę, by skierować kroki do Little Hangleton.
Był przecież Anthony’m, którego kochała całym sercem, wiedząc że nigdy nie będzie jej. Bo go kochała. Nie tak jak kochała w młodości Hati’ego, nie tak jak Alexandra czy nawet Achillesa. Kochała Anthony’ego w milczeniu i pokorze, patrząc jak rozkwita przy każdym awansie, każdej podróży, a ostatnio miłości do swojego Słońca. Każda miłość Lorien była różna - ta akurat najbardziej bolesna z nich wszystkich.
Był Anthony’m, który… zdecydował się właśnie na nią nawrzeszczeć w jej ulubionej restauracji. Bo gniewu, kierowanego w stronę Basilliusa jej kuzyn nie słyszał, spędzając dzień w Mungu czy może kasynie. Ale ona - owszem.
Gdy przestał warczeć i rzucać się niczym zamknięte w klatce zwierzę i wreszcie odwrócił się w jej stronę, mógł dostrzec, że Lorien nie patrzy na niego z tym pozbawionym emocji, niemal narkotycznym spokojem; ani nawet z bólem, który czuła, gdy zaczął obrażać jej rodzinę. Nie. Lorien wpatrywała się w jego twarz z czystym strachem.
Nie był Alexandrem, który sprawił, że przez jeden pierdolony moment poczuła się szczęśliwa. Ale w życiu nie pomyślałaby, że będzie Anthony’m, który ją przestraszy.
Poczuła jak łzy zbierają się w jej oczach. Zbyt długo hamowane, spłynęły po jej policzkach, brudząc je rozmazanym tuszem i makijażem. Nie miał prawa tak jej traktować.
Sprowadzę ich i w trzy miesiące.
Więc odejdę za dwa.
Milczała. Po prostu patrzyła, pozwalając brudnym łzom kapać na sukienkę i szyję.
Cel był od zawsze jasny! Ale Anthony pomimo lat nie potrafił tego zrozumieć. Bo celem nie było jak najdłuższe życie. Nie było złamanie klątwy. Dlaczego na bogów miałoby nim być, skoro wilgowron był nią, a ona wilgowronem? Nikt nie odcinał sobie ręki tylko dlatego, że była pokryta bliznami, skąd pomysł, że mogłaby chcieć dokonać takiej aborcji na własnej duszy?
Dlatego jego wściekłość na Basilliusa nie powinna mieć w ogóle miejsca. Była żałosna. Bezpodstawna. I zwyczajnie w świecie głupia, gdy nie rozumiało się roli medyka w tym wszystkim. Prewett nigdy nie miał Lorien wyleczyć. Miał tylko sprawić, że proces przemiany będzie na tyle łagodny, by mogła go przeżyć z godnością. Słabnąć bez agonii. Zasnąć na własnych warunkach. Tam gdzie Anthony widział mariaż ze śmiercią, Lorien widziała przejście do świata wspomnień i snów - tych, w które tak bardzo mocno wierzyła,że stały się jej małym pałacem pamięci.
Lubiła wieczorami wpatrywać się w upstrzone gwiazdami niebo i myśleć, że przyjdzie czas, gdy ją odnajdą - dziwaczny twór natury - odnajdą ją w pośród pachnących wrzosów, a ptasia pieśń utknie na wieki w jej gardle; przestanie opowiadać jaskółkom i krukom swoje baśnie; przestanie czuć ciepło dnia i krople rosy na ptasim łebku. Wtedy owiną jej małe, ptasie ciało w bogate, czarne atłasy i złożą w pustym porośniętym bluszczem grobie w samym rogu rodzinnego cmentarza. Grobie tak zapomnianym jak jej własna historia. Ale dzisiaj jeszcze żyła. Obracała w ludzkich palcach swoje czarne pióra. W powietrzu unosił się słodki zapach wieczoru, księżyc tkwił zawieszony na angielskim niebie jak scenografia dziwacznego przedstawienia, a gwiazd zdawało się być niemal dwukrotnie więcej niż zazwyczaj. I Lorien nie do końca wiedziała gdzie kończy się jedna dusza, a zaczyna druga, ale nie miało to dla niej znaczenia. Bo obie patrzyły na bezmiar nocy z podobnym zachwytem.
- Dlaczego tak bardzo nienawidzisz tego czym jestem?- Zapytała tylko, gdy nachylił się, żeby uzupełnić jej kieliszek. Dlaczego próbujesz to zabić?
Tak jak Anthony nie był Alexandem tak samo Lorien nie była Edith. I gdyby się nad tym dłużej zastanowić… to chyba było jej największym grzechem. Tylko, że Lorien nie mogła nic poradzić na to, że nie urodziła się taką kobietą jak Edith - nawet jeśli teraz zajmowała jej sypialnie, spała w jej łóżku, czesała długie loki przed jej lustrem przy toaletce. Nie była kobietą, którą musiała uciekać pod kontrolę opiekę Shafiqa; nie potrzebowała od niego nazwiska, pieniędzy, dziedzica oparcia. A już na pewno nie była kimś kto pozwoliłby się po przemianie zamordować uwolnić.
Bo na nieszczęście całego świata Lorien urodziła się sobą.
Dlatego właśnie siedziała na swoim miejscu, obserwując swoje zniekształcone odbicie w kieliszku. Starała się nie myśleć jak się zniekształca. Wyciągnęła rękę i przez sekundę zdawało jej się, że widzi jedynie pokrytą liszajami rękę dementora. Zrobiło jej się niedobrze. Nie cofnęła jej jednak tylko nałożyła sobie jedną bruschettę na talerz. Zanim jednak cokolwiek zjadła wyciągnęła z torebki fiolkę eliksiru przeciwbólowego i przelała trochę do szklanki na wodę. Upiła. Tylko tyle mogła aktualnie zrobić, żeby jakkolwiek ułatwić sobie resztę lunchu.
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Anthony Shafiq - 14.05.2025
Jej pytanie wstrząsnęło nim do głębi, a zaskoczenie odbiło się nie tylko w oczach, ale i na całej twarzy, w całej jego postawie. Wysoko uniesione brwi, znieruchomiałe wargi rozchylone w niedowierzaniu. I wtedy w końcu zobaczył to. Zobaczył w jej oczach strach i prawdę, której próżno było szukać pośród wypowiedzianych i niewypowiedzianych słów. I może ten wstrząs, może ten wybuch, może on w końcu był zdolny przełamać tamę, mur wzniesiony przed laty.
Przypadł do niej nie dbając o konwenanse, o to czy podłoga jest na tyle czysta by nie zostawić śladu na jego kolanach.
– Na bogów Lorien, w żadnej mierze! Nigdy Cię nie nienawidziłem. Ja... byłem przekonany, że mamy jeszcze tak wiele czasu, Twoje wieści wstrząsnęły mną do granic, nie wiń mnie za to, że nie chcę, abyś odeszła, abyś mnie zostawiła samego... – drżącymi dłońmi szukał jej dłoni, głównie po to, by przycisnąć w przepraszającym geście jej paliczki do drżących od emocji warg. Odszukać ją, zapewnić o tym, że nie ma w nim nienawiści do niej. A czy była nienawiść do klątwy? Cóż... Była to choroba i to bardzo śmiertelna, ograniczająca żywot do szokujących jak na możliwości czarodziejów liczb. Ale czyż nie kochał jej właśnie takiej? Lorien-wilgowrona, Lorien, która miała w sobie bystrość i grację ptasiej istoty, wszelkie przyruchy, obrzydliwe dla innych, tak właściwe jej i przyjemne dla niego?
– Przepraszam Cię, przepraszam... wybacz mi moja miła, moje serce... przemówiła przeze mnie słabość i tęsknota za wspólnym czasem, za chwilami, które kradliśmy światu i świadomość, że moje szczęście przebywania z Tobą za moment się skończy. Przemawiała przeze mnie zazdrość, bo ileż bym dał, by zagubić się z Tobą w Europie, by móc usiąść z Tobą przy ognisku, wsłuchać się we wszystkie opowieści zaszyte wewnątrz Twojej pięknej duszy i wspólnie zapatrzyć się w niebo... – Spróbował podnieść na nią pełne poczucia winy oczy, choć nie był pewien czy jakiekolwiek słowa będą w stanie naprawić wyrządzoną wybuchem szkodę. – Ale teraz już wiem, już rozumiem i dziękuję Ci za to, że mi powiedziałaś i chciałbym... chciałbym bardzo, żebyśmy wykorzystali ten czas najlepiej jak to byłoby możliwe. Najpiękniej. – Czy rozumiał? Być może. W głowie zaświtała mu dawna maksyma buddyjska, podług której kochać prawdziwie to pozwolić odejść. W jej słowach usłyszał to i pojął, że ona i wilgowron to jedno, a jej ciało, jej dusza gotowe są do tranzycji. Pogodzone z losem, w przeciwieństwie do niego. On nie był pogodzony, on potrzebował czasu, aby przyjąć fakt, że ze śmiercią nie da się dobić targu, zwłaszcza wtedy, jeśli ukochana osoba nie ma na to ochoty. Ale nie musiał tego rozważać przy niej, nie musiał kazać jej ze sobą nieść tego ciężaru. W końcu kochać, to znaczy dawać odejść. Kochać to cieszyć się z tego co jest, w pełni świadomości, że następnego dnia może już tego nie być.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/72/71/0a/72710adbdc08bffbc8c3eeed73ddd04c.jpg[/inny avek]
RE: [08.09 Lorien & Anthony] Your blue eyes hold a truth - Lorien Mulciber - 17.05.2025
Nie cofnęła się przed dotykiem, bo w głębi duszy wiedziała, że nie ma powodu. Nie skrzywdziłby jej. Nie on. Drgnęła, gdy upadł przy niej na kolana - z zaskoczenia i gwałtowności czynu. Ale nie potrafiła oderwać od tego wzroku.
- Nigdy Cię nie nienawidziłem…
- Wiem, przepraszam.- wydukała cicho, pozwalając ująć swoje roztrzęsione dłonie. Ucałować je.
- Byłem przekonany … Tak wiele czasu.
Słowa Anthony’ego docierały do niej z opóźnieniem. Jak przez cienki filtr jej własnego udręczonego umysłu, który nie dopuszczał do siebie wielu myśli.- Nie wiń mnie…
- Nie winię.- Odpowiadała wręcz mechanicznie, wchodząc mu w słowo. Myślami zdawała się być jednak daleko poza małą salą w małej restauracji w równie małym Londynie.
- Nie chcę, abyś odeszła…
- Nie odchodzę.
- Abyś mnie zostawiła samego.
Dopiero teraz spojrzała mu ponownie w oczy. Nie odpowiedziała. Zamiast tego, zbliżyła się do niego bez pośpiechu, cicho, jakby starała się nie poruszyć powietrza, które zamarło wokół nich; z tą samą łagodną powściągliwością, nieco rozedrganym spokojem, bo choć z każdym słowem i gestem czarodzieja - Lorien odzyskiwała grunt pod nogami, tak nadal przypominała spłoszonego ptaka. Nawet jeśli w jej oczach nadal połyskiwały łzy, których nie zdążyła jeszcze otrzeć, a nos i powieki pozostawały zaczerwienione od płaczu, to jednak nie uciekała od dotyku.
Nachyliła się nie po to, by przyjrzeć się z bliska, a po to by poczuć, że wciąż tu jest. Istnieje. Został z nią. Takim chciała go zapamiętać - z cieniem wyciszonej złości, sprzeciwu, z zawieszoną między nimi szczerością, której zazwyczaj jej skąpił. Wreszcie z odrzuconą maską; tak przepięknie ludzki i prawdziwy w bólu, od którego nie potrafiła i nie chciała go uwolnić. Była w niej ta namiastka egoistycznego pragnienia, by pamiętał. Pamiętał o niej już zawsze.
- Nie przepraszaj.- Poprosiła jeszcze cichutko.
Pochyliła się jeszcze odrobinę, pozwalając lokom wypaść z eleganckiej fryzury. I tak długo wytrzymały. Zbliżyła swoją twarz do jego, aż dzieliły ich zaledwie oddechy. Jeden. Drugi. Bez słowa złożyła delikatny pocałunek w zewnętrznym kąciku jego ust; tam gdzie gest był wciąż zatrważająco bliski, ale nie rościł sobie prawa do niczego więcej. Krótki dotyk, ledwie muśnięcie, chłodne i czyste - takie jaka była Lorien. Pozbawione większych namiętności, stonowane. Pocałunek taki jaki złożyłoby się na policzku przyjaciela po długiej rozłące, albo na dłoni kogoś, kogo pragniesz czcić. Zaraz potem uniosła dłoń i delikatnie otarła opuszką palca ślad swojej szminki ze skóry czarodzieja, jakby usuwała coś, co nie powinno tam być. Jej ruchy były uważne, a pociągnięcie kciuka nie zatrzymało się na ustach czarodzieja; przesunęła go na policzek Anthony’ego na ułamek sekundy, starając się by sam dotyk był wyrazem podziękowania. Wciąż na niego patrzyła, jakby próbowała ocenić, ile z tych słów było prawdą, a ile potrzebą zachowania twarzy. Bo potrafił mówić pięknie. A jeszcze piękniej Anthony potrafił kłamać. W końcu jednak uznała, że w słowach czarodzieja nie ma fałszu, odetchnęła z ulgą.
- Jestem tutaj i… nie chcę się znów gubić. Nie chcę, żebyś musiał mnie szukać, kiedy jestem tuż obok.- Powiedziała wreszcie, z każdym kolejnym słowem wahając się czy mój kolejne. Zwłaszcza, że przechodziły jej z trudem przez ściśnięte dziwnym wzruszeniem gardło.- Chciałabym…- No właśnie. Czego chciała? Mieli swoje ognisko. Mieli dom w Little Hangleton, z jego miękkimi fotelami, ogrodem, obszerną biblioteką, ze wszystkimi dziwactwami i tajemnicami. Czy potrzebowali dalekich podróży, skoro niebo wszędzie zdawało się równie piękne i odległe? Czy naprawdę musieli znów uciekać w nieznane, wierzyć, że gdzieś tam wrzosy rozkwitają piękniej, a gwiazdy błyszczą jaśniej?-... żebyś wstał z kolan, mio sciocchino.- Uśmiechnęła się łagodnie, splatając ich dłonie razem i wcale przez to mu nie ułatwiając zadania zebrania się z podłogi. Oh well, jakoś musiał sobie poradzić; nie zamierzała go puszczać - przynajmniej na razie. Z drugiej strony jej uścisk był na tyle lekki, że gdyby Anthony zechciał się uwolnić, z pewnością nie miałby z tym żadnego problemu.
- Jeśli nie masz planów na wieczór… Spróbuję wyjść wcześniej z posiedzenia Wizengamotu i możemy posiedzieć przy ognisku. W naszym ogrodzie. To co prawda nie są bezdroża Europy...- Powiedziała jak najbardziej poważnie, nie zwracając nawet uwagi, że nieświadomie przywłaszczała sobie coś co wcale do niej nie należało. Little Hangleton. Dom. Anthony'ego. Ale gdy tylko słowa opuściły jej usta, zrozumiała jak irracjonalnie to brzmi. Jakby byli uczniakami z Hogwartu i planowali potajemny piknik w Zakazanym Lesie, a nie dorosłymi, poważnymi ludźmi. Zaśmiała się cicho, odwracając delikatnie głowę, ale i tak jej drżące ramiona zdradzały, że powstrzymuje chichot.- Wiesz, dostałam od Alexandra piszczałkę na urodziny, więc… to p r a w i e jak muzyka ludowa.- Zrobiła minę świadczącą jasno, że nie, nie potrafi jeszcze zagrać niczego co nie nie brzmiałoby jak żałobna pieśń dogorywającego, wyjątkowo rannego (ewentualnie nawiedzonego) strzygła i raczej powinni się ograniczyć do którejś z płyt, której kolekcja zalegała w jej sypialni. Dzięki bogom za gramofon.
W końcu jednak spoważniała, a na jej twarz powrócił cień tak dobrze znanego smutku. Zmęczenia, które starała się ukrywać, otępiona eliksirami i lekami.
- Przepraszam Anthony, że nie powiedziałam ci wcześniej. Naprawdę nie chciałam, żebyś o tym myślał w Egipcie.- Westchnęła cicho, bawiąc się przez moment sygnetem na jego palcu.- I nie złość się na Basiliusa. Nie ma najprostszego zadania, wiesz? Ta jego pacjentka to jakaś wyjątkowo uparta baba, w dodatku z kompletną obsesją poufności lekarskiej. I w ogóle taka zołza z charakteru. Ale jednak rodzina. A wiesz... rodziny się nie wybiera.- Uniosła słabo kącik ust.- Na jego miejscu zamknęłabym mnie w klatce dobrych kilka lat temu.
|