![]() |
|
[08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4657) |
[08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Astaroth Yaxley - 27.03.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Około południa zażyłem eliksir na bezsenność. Powoli przestawał działać – pewnie to dlatego zaczęło mnie wybudzać. To… i dziwny, nietypowy, naglący ruch. W duecie z piskliwym głosem. – Triss? – zapytałem zaspany, powoli łącząc fakty. Skrzatka budziła mnie, choć nie powinna tego robić. Wyrywała mnie ze snu, mimo że wyraźnie jej zastrzegłem, by tego nie robiła. No, chyba że świat by płonął… ale nie płonął, więc chciałem spać. Przegoniłem ją drugą dłonią, bo uparcie pociągała za rękaw mojej koszulki. – O co chodzi?! – rzuciłem zirytowany, ale odpowiedź mi się nie spodobała. Ponoć Londyn na serio płonął. Nie śniło mi się… A może właśnie mi się śniło? Stanąłem niepewnie na nogach, przemknąłem niczym żywy trup do salonu i sięgnąłem do okna. A właściwie chciałem to zrobić. Za szybą panował półmrok. Dym – gęsty, ciemny – zasłaniał całe niebo. Coś było bardzo, bardzo nie tak. Czułem to. To nie mógł być sen. Nie zdążyłem przetworzyć tego w pełni, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Zareagowałem instynktownie – uchyliłem się. Sekundę później cegła, która leciała prosto w moją twarz, roztrzaskała szybę i wpadła do środka. Za nią, przez wyrwaną dziurę, zaczęły wpełzać kłęby dymu. W ułamku sekundy się rozbudziłem. – Triss, bierz psy do Snowdonii. Sprawdzę, czy ktoś potrzebuje pomocy – rzuciłem polecenie, jednocześnie sięgając po różdżkę i pędem wypadając z mieszkania. Za plecami usłyszałem znajome pyknięcie i szczekanie psów urwało się jak nożem uciął. Triss posłuchała – dobrze. Pędziłem po schodach, po drodze waląc w drzwi sąsiadów. Nie byłem pewien, czy reszta się już ewakuowała, ale na wszelki wypadek tłukłem pięścią i krzyczałem o ewakuacji, o pożarze, zanim popędziłem niżej, kontynuując swoje działania. Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Ulica, która na co dzień była spokojną, zaciszną aleją, teraz tonęła w panice, dymie i ogniu. Jakaś kobieta pochylała się nad nieruchomą postacią. Płakała rzewnie. Przeszedł mnie dreszcz. Było już za późno. Mimowolnie rozejrzałem się, próbując namierzyć winowajcę, zrozumieć, co tu się, do cholery, stało. Ale im bardziej oddalałem się od kamienicy, tym było gorzej. Ruszyłem w stronę innej kobiety, chcąc sprawdzić, czy mogę pomóc, gdyż ewidentnie była w szoku, ale drogę zagrodził mi jakiś czarodziej. Był wzburzony. Zaczął coś wykrzykiwać, obwiniając mnie. Krew przelana dzisiaj to twoja wina! – wręcz wypluwał te słowa z pogardą. Kojarzył mnie jako Yaxleya, czystej krwi czarodzieja. Zmarszczyłem brwi. Moja wina...? Nie ugryzłem nikogo. Nawet nikogo nie tknąłem. Zerknąłem na swoje dłonie, jakby spodziewając się na nich plam, ale były czyste. Przynajmniej dopóki czarodziej nie oblał mnie czerwoną farbą. Wstrzymałem oddech, oszołomiony. Chwilę docierało do mnie, co widzę. Tego się nie spodziewałem. Teraz… teraz naprawdę miałem dużo krwi na sobie. Zacisnąłem dłonie w pięści. Mężczyzna źle to odebrał. Cofnął się gwałtownie, a chwilę później rzucił się do ucieczki. | Na początku odgrywam zawadę bezsenności. Podczas uniku przed cegłą używam AF. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.03.2025 Wypadając z kamienicy z powrotem na ulicę, w przebłysku przytomności umysłu zdążył jeszcze chwycić torbę, którą rano zostawił w kuchni. Nie sądził, aby mieli możliwość wrócić do mieszkania. Prawdopodobnie nie przez najbliższe godziny, jeśli nie dni. W głębi serca wiedział, że czas nie był ich sprzymierzeńcem. Poza tym nie byli w stanie stwierdzić, co i kiedy mogło im się przydać. Potrzebował mieć przy sobie choć podstawowe środki medyczne. Poza tym zaopatrzył się jeszcze w dwa ostrza i ponownie upewnił się, że ma przy sobie jedno z lusterek dwukierunkowych. Zemlął pod nosem przekleństwo związane z myślą, że kolejny raz mógł przestawić się na plecak. Racjonalnie rzecz biorąc: to było niemożliwe. Musiałby kupić sobie jeden z tych turystycznych, który zupełnie nie odpowiadał jego potrzebom. Poza tym był niepraktyczny pod wieloma innymi względami. Natomiast taki ze skóry wsiąkiewki kosztował majątek. Mógł prosić ojca o sprezentowanie mu czegoś takiego. Miał pewność, że dostałby go bez jakichkolwiek pytań, ale nie zamierzał tego robić. Nie znosił nie być samowystarczalny. Dlatego w tym momencie przełożył sobie pasek przez ramię, zaciskając go tak, żeby przylegał jak najciaśniej na ukos piersi i nazwał to dniem. Poniekąd miało to jeszcze drugie, znacznie bardziej makabryczne znaczenie. Gdyby nie wszechobecne kłęby dymu i popiół spadający z nieba, na zewnątrz byłoby przejmująco jasno. Tak jasno, że dałoby się pomylić dzień z nocą. Zatrzymali się u szczytu schodów. Na ulicy panował nieopisany chaos. Horyzontalna nie przypominała już spokojnej ulicy, którą szli jeszcze kilka godzin wcześniej. Przechodnie biegli w panice. Niektórzy padali na ziemię, nie mając siły, by w dalszym ciągu stawiać opór przetaczającej się fali skłębionych ciał. Tej, która parła w kierunku Pokątnej. W samo epicentrum paniki. Szanse na to, że ci, którzy upadli jeszcze kiedykolwiek wstaną były nikłe. Zaraz po wyjściu z budynku, jego wzrok umiótł także otaczające ich płonące budowle. Niektóre kamienice wciąż stały, ale inne już się zawaliły. W tym momencie dało się dostrzec ich faktyczny stan techniczny. Wszechobecny żywioł odsłaniał najsłabsze punkty miasta. Budynki, których właściciele byli na tyle zamożni, aby dbać o swoje nieruchomości. I wręcz przeciwnie: te, które tylko z pozoru trzymały się dobrze. Miały względnie zadbane fasady, lecz naruszone fundamenty, struktury przeżarte zębem czasu, spróchniałe deski i spękane cegły nie wytrzymujące tak ekstremalnych temperatur. Horyzontalna była pełna obu obrazów. Postępująca magiczna wojna odbijała się na głębokości sakiewek i pojemności skrytek w Banku Gringotta. Nawet, jeśli większość czarodziejów wciąż usiłowała sprawiać wrażenie, jakby bieżąca sytuacja nijak ich nie dotknęła. Było to dla niego dostrzegalne już wcześniej. Zarówno w oficjalnej, jak i nieoficjalnej działalności. Stracił kilka całkiem lukratywnych kontraktów jako prywatny uzdrowiciel. Wiedział, że nikt nie przejął po nim roli. Na Ścieżkach i Nokturnie interesy także nie szły już tak gładko. Często gęsto naprawdę mocno usiłowano negocjować ceny. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. W zależności od tego, po której stronie się stało. Kupcy chcieli kupować jak najtaniej. Sprzedawcy dorobić się małej fortuny na każdej przeprowadzanej transakcji. Dla pośredników zostawały skrawki. A przecież to tacy ludzie jak on w teorii ryzykowali najbardziej. W tym momencie zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne, co by się działo; nie mogli już ponownie skorzystać z wcześniejszych dróg. Wąskie alejki pomiędzy Horyzontalną a Nokturnem musiały zacząć zmieniać się w śmiertelne pułapki. To tam budynki były najbardziej zniszczone i niestabilne. Już wcześniej mieli cholernie dużo szczęścia, że udało im się nie zginąć pod gruzami. Skorzystali z praktycznie ostatniej szansy. A przecież i tak było blisko. Naprawdę blisko. Wciąż musieli porozmawiać o tamtych wydarzeniach, tyle tylko, że teraz mieli inne zadanie. Jeden bardzo jasny cel: znaleźć Astarotha. W powietrzu unosił się smród dymu, palonego drewna, topniejącego plastiku i ten piekielny swąd. Smród czegoś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Zapadające się konstrukcje zmieniały się w stosy pogrzebowe, pochłaniając kolejne ofiary i trawiąc ich ciała. Nie brzmiało to dobrze, nawet we wnętrzu jego własnej skołowanej głowy. Jednak tylko niektórzy byli tak dużymi szczęśliwcami, by zginąć na miejscu pod stertami gruzu. Inni płonęli żywcem. Wrzaski ludzi mieszały się z odgłosami pękających szyb, trzasku ognia i skwierczenia. Brzmiącego gdzieś na granicy słyszalności, ale wdzierającego się przy tym w najgłębsze zakamarki umysłu. Wszędzie wokół widać było budynki stojące w ogniu. Ich płonące fasady odznaczały się czerwienią i pomarańczem na tle ciężkich chmur, które wisiały nad miastem jak złowroga zasłona. Całun pogrzebowy. W oddali na tle niskich chmur, które zdawały się przytłaczać wszystko, co jeszcze zostało, pojawiały się czerwone iskry. Inne niż ogniste snopy wyrzucane w górę przez zapadające się drewniane stropy dachów kamienic. Te nie były naturalne. Ich szkarłatny odcień był wręcz przytłaczająco jednoznaczny. Vermillious. Przypominał blask neonów. Makabryczne fajerwerki raz po raz rozświetlające czarne niebo, z którego nadal sypał się popiół. Jeszcze gęstszy i bardziej duszący. Niemożliwy do uniknięcia. Zamierając na ułamek sekundy na samym szczycie schodów kamienicy, zawiesił spojrzenie na niebie. Zamiast szukać wzrokiem Astarotha w tłumie ludzi, Ambroise przez chwilę wpatrywał się w te znaki. Nie mógł nic na to poradzić. To był odruch. Spaczenie zawodowe. Przeszkolenie, przeszłe doświadczenia. Jak zwał tak zwał. Odruchowo reagował na takie sygnały. Tyle tylko, że obecnie zdawał sobie sprawę z ich bezcelowości. Wiedział, że nikt nie zareaguje. Zacisnął mocniej dłoń na ręce ukochanej. Dopiero wtedy przeniósł wzrok na tłum, usiłując zignorować wszystko, co nie było ich zadaniem. - Widzisz go? - Spytał, starając się zachować względnie zimną krew i jednocześnie przekrzyczeć tłum. Nie liczyło się nic poza tym jednym celem. Później mieli myśleć dalej. A jednak w pewnym momencie jego wzrok znów skierował się ku niebu. Dostrzegł kolejne rozbłyski, które rozświetliły chmury zaledwie kilkanaście metrów dalej. Mniej więcej za rogiem dwie kamienice dalej. Mimo finalnego koloru, doskonale wiedział, że te iskry były niebieskie. To był jasny sygnał. W chwilach takich jak ta, cywile raczej nie myśleli o tym, by nie używać standardowych sygnałów. Nie byli przeszkoleni z innych dostępnych opcji. Nie dostawali wytycznych mających pomóc im określać rodzaj sytuacji przy pomocy koloru fajerwerków. W Hogwarcie uczono ich wyłącznie rzucania podstawowego zaklęcia. Cała reszta była pomijana, uznawana za nieważną, bo czerwony kolor powinien być doskonale widoczny w każdych warunkach. Otóż nie tym razem. Gdy szkarłatne iskry nie przyciągały spojrzeń, niebieski odcień tych tutaj był doskonale widoczny. Nawet jeśli mieszał się z czerwienią płomieni i efekcie przybierał barwę fioletu. Zaklęcia tego typu były domeną tych, którzy mieli doświadczenie w obliczu kryzysu. Wszystko wskazywało na to, że powstały z różdżki kogoś z organów szybkiego reagowania. Najpewniej Pogotowia Magicznego. Mung miał inne wytyczne. W pierwszej chwili pomyślał, że przynajmniej jakaś część Ministerstwa nareszcie znalazła się na miejscu. W kolejnej, że równie prawdopodobnie mogło chodzić o kogoś po dyżurze. Wszystko wskazywało na to, że ta osoba była równie bezradna, co pozostali. W innym razie ten ktoś nie wzywałby teraz pomocy. Nie mógł zareagować. Był świadomy tego, że znaleźli się całkiem blisko, ale mrowie ludzi było zbyt gęste. Nie mogli udać się w tamtym kierunku. Poza tym mieli zupełnie inny cel. W tej chwili liczyły się priorytety. Nie mogli się rozdzielić. Nie byli w stanie pomóc wszystkim. Wpierw musieli zadbać o bezpieczeństwo najbliższych. Brutalna, szczera prawda. Gram pod przewagę Leczenie (III) - doświadczenie medyczne. Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.03.2025 Geraldine spakowała swoje największe skarby do woreczek ze skóry wsiąkiewki, który okazał się być całkiem niezłą zdobyczą. Był niewielki, a można było do niego zapakować całą masę rzeczy z racji na to, że ktoś magicznie go zaczarował, dzięki czemu można było mieścić w nim tyle samo, co w sporej wielkości plecaku. Całkiem przydatna rzecz, mogła mieć dzięki niemu przy sobie wszystko, czego potrzebowała, na wyciągnięcie ręki. Wyszli na zewnątrz, nie spotkało ich po drodze nic nadzwyczajnego, co było dość miłym doświadczeniem. Nie spadła na nich żadna belka, ogień nie pojawił się znikąd, tak samo jak żadni czarodzieje, którzy chcieli zrobić im krzywdę. To była całkiem miła odmiana. Czyż nie? Mieli jasno określony cel. Musieli znaleźć Astarotha, wtedy będę mogli ruszyć dalej, sprawdzić, czy inne ważne dla nich osoby mają się dobrze. Przystanęli na schodach, skąd mogli obserwować chaos, jaki dział się na ulicy. Nie wyglądało to dobrze. Spanikowani ludzie nadal nie przestawali się tratować, płomienie tańczyły na okolicznych kamienicach, w zasadzie to je pochłaniały. Dym nadal unosił się w powietrzu. Nie wyglądało to szczególnie budująco. Nie wydawało jej się, aby to miało przejść w miarę szybko, wręcz przeciwnie obawiała się, że ten ogień może zmieść to miasto z powierzchni ziemi, że nie będą mieli do czego wrócić. Yaxley przemierzała wzrokiem tłum, starała się wyłapać w nim znajomą sylwetkę. Roth nie mógł oddalić się daleko, słońce całkiem niedawno zaszło, pewnie nie wyszedłby z domu gdyby nie był pewny, że nie spłonie. Znaczy, w tej chwili, tak, czy siak mógł spłonąć, ale nie spowodowałyby tego promienie słoneczne, a ogień. Nie spoglądała w niebo, była skoncentrowana na tym, aby dostrzec w tłumie znajomą sylwetkę. Miała szczęście, że jej brat był wysoki, nie tak łatwo było go zgubić. Ścisnęła mocniej dłoń Ambroisa, zupełnie nieświadomie. Wiedziała, że mieli do pogadania po tym, co się wcześniej wydarzyło, na szczęście zdążą nieco ochłonąć przed tym, jak dojdzie między nimi do tej konfrontacji. Zresztą noc była młoda, kto właściwie wiedział, co może im się jeszcze przydarzyć. Naprawdę chciała wierzyć w to, że gładko pójdzie im odnalezienie bliskich i przeniesienie się na wieś, ale póki co plan zaczął się sypać, zapewne dalej też sprawy się nieco skomplikują, nie mogła zakładać, że wszystko pójdzie po ich myśli, już nie. Usłyszała swoje nazwisko, gdzieś w oddali. Odruchowo się przesunęła, żeby nie dostać po raz kolejny zaklęciem, tyle, że tym razem nie chodziło o nią. Nikt nie próbował jej zabić. Kamień z serca, chociaż, czy aby na pewno? W okolicy znajdował się jeszcze tylko jeden Yaxley i tak się składało, że był on jej bratem - Kurwa. - Mruknęła właściwie do siebie. - Gdzieś tam. - Pokazała wolną dłonią kierunek w którym powinni się udać. Dopiero wtedy zobaczyła jego. Swojego brata, który wyróżniał się na tle tłumu kolorem szkarłatu. Czerwień, niemożliwe. Czyżby jej założenia okazały się prawdziwe? - Nie, nie, nie, nie. - Mówiła do siebie, spanikowała. Stało się najgorsze. Roth skorzystał z okazji i kogoś ugryzł, właściwie to wyglądało, że nie ugryzł, bo cały był umazany we krwi. - Zabił kogoś, on kogoś zabił. - Mruczała cicho przez zaciśnięte zęby. Musieli się przy nim znaleźć, zabrać go stąd, bo to mogło się powtórzyć. Wyrwała się do przodu, nie puszczała przy tym jednak ręki Roisa, zamiast tego korzystała ze swoich całych sił, aby znaleźć się przy bracie. Nie przejmowała się tym, że może kogoś zdeptać, czy uderzyć. Musiała go stąd zabrać. // korzystam z percepcji, aktywności fizycznej; do tego zawada skrzat półkrwi - muszę pomóc bratu RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Astaroth Yaxley - 28.03.2025 Nie potrafiłem pojąć tego wszystkiego własnym umysłem. Czy mogło dziać się jednocześnie aż tyle złego? Wpatrywałem się w swoje dłonie. Spływała z nich farba, przerażająco przypominająca krew. Podniosłem wzrok na uciekającego mężczyznę. Odwaga go opuściła. Już nie krzyczał oszczerstw, ale zostawił tę biedną kobietę samą sobie... Która zresztą gdzieś zniknęła. Poszła? Rozejrzałem się zdezorientowany, a kiedy nie wypatrzyłem jej w okolicy, mój wzrok padł na najbliższe płomienie. Właśnie tak bym płonął, gdyby Geraldine nie okazała się wystarczająco szybka...? Wzdrygnąłem się ponownie. Zacząłem usilnie ścierać farbę z rąk, ale całe moje ubranie było nią przesiąknięte. Nie posunąłem się nawet o krok do przodu. Miałem wrażenie, że farba wsiąknęła w moją skórę i nie chciała puścić, nawet kiedy mocno tarłem. Musiała być jedną z tych lepszych, magicznych, nowej generacji. Miałem ochotę ryknąć ze wściekłości, ale powstrzymałem się. Wtedy już na pewno cała aleja uznałaby mnie za winnego tej katastrofy. Powstrzymałem również odruch, by dotknąć włosów… Inaczej i one stałyby się czerwone. Przetarłem twarz wnętrzem koszulki, gdyż musiałem wyglądać przerażająco, ale nie miałem jak sprawdzić efektów. Trudno. Zakląłem. Ostatni raz spojrzałem z niesmakiem na swoje dłonie i podniosłem wzrok. Zatrzymał się na biegnącej w moim kierunku, zatroskanej Geraldine. – Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę – poprosiłem zbolałym głosem, wpatrując się w jej oczy z ogromną nadzieją, że potwierdzi, iż to tylko paskudny sen. Pragnąłem teraz śnić, a potem obudzić się z tego koszmaru. – Jesteście cali? – dopytałem, bo dobiegał do nas również Ambroise. Przeszło mi przez myśl, że dobrze, iż farba nie śmierdziała krwią. Inaczej byłoby jeszcze gorzej. – Wybili okno w mieszkaniu... Wszędzie pełno tego duszącego dymu, a mnie jeszcze jakiś mężczyzna oblał farbą. CZERWONĄ farbą. Twierdził, że to wina czarodziejów czystej krwi – zrelacjonowałem, będąc na skraju załamania. Może gdybym nie był cały mokry od tej czerwonej mazi... Miałem wrażenie, że nie pozbędę się jej ze swojej skóry. Tak jak win za swoje prawdziwe przewinienia. – Triss zabrała psy do Snowdonii. Obudziła mnie… Obudziła mnie – dotarło do mnie. To mógł być sen we śnie, ale było to mało prawdopodobne. Tak nieprawdopodobne jak cała ta sytuacja rozgrywająca się wokół. Wziąłem głęboki wdech, żeby chociaż trochę mi ulżyło, ale powietrze było przesiąknięte czymś… czymś, czego raczej nie chciałem wdychać na dłuższą metę. – Myślę, że powinniśmy się stąd ewakuować. Coś jest nie tak z tym dymem – stwierdziłem, marszcząc nos. Znów powstrzymałem się przed dotknięciem twarzy, bo miałem na dłoniach pełno farby. Potrzebowałem jak najszybciej ją z siebie zmyć. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.03.2025 Gdy Geraldine zakomunikowała mu, że widzi brata, Ambroise nie od razu przeniósł wzrok w tamtym kierunku. Jeszcze dosłownie ułamek sekundy spoglądał w niebo, walcząc z wszechogarniającym wrażeniem bezradności. Dopiero w następnej minucie zwrócił uwagę na to, co wskazywała mu jego dziewczyna. W pierwszej chwili zamarł. Roth wyglądał jak dosłowne uosobienie krwawej śmierci. Blady, zlany czerwienią. Cienie i światła rzucane przez szalejący żywioł tańczyły na jego twarzy i na monumentalnie wysokiej sylwetce. Krew. Ludzka posoka. W pierwszej chwili naprawdę można było tak pomyśleć. To, co miał na sobie Yaxley wyglądało naprawdę myląco. Tyle tylko, że krew nie wyglądałaby w ten sposób? Takie widoki można było zobaczyć wyłącznie w tanich mugolskich filmach. Takich jak ten, który oglądali tego popołudnia w kinie, całkiem nieźle się przy tym bawiąc. Tyle tylko, że Greengrassowi już nie było do śmiechu. Dobry nastrój wyparował. Pozostało rozbicie i zdenerwowanie. - To nie krew - stwierdził odruchowo, znacznie bardziej do siebie niż do Geraldine, bo nie sądził, żeby była go w stanie usłyszeć. Mówił zbyt cicho. Jego słowa były stłumione przez materiał zawiązany wokół ust i nosa. W dodatku dookoła nich niosły się setki, jeśli nie tysiące dużo głośniejszych dźwięków, które odbijały się echem pomiędzy ścianami blisko położonych kamienic. Ulica, która w każdych innych okolicznościach należała do tych dostatecznie szerokich, żeby stawiać na niej stragany, niewielkie podesty czy inne konstrukcje zajmujące miejsce. Ta sama ulica, która z powodzeniem była w stanie pomieścić tłumy ludzi świętujących w kolorowych korowodach. Aleja Horyzontalna, która ostatnim razem nie stała się areną śmierci i wytrzymała natłok spanikowanych ludzi przy okazji tragicznych wydarzeń na marszu charłaków. Ich ulica w tym momencie stała się stanowczo zbyt wąska. A oni musieli wrócić w tłum i przepchnąć się do chłopaka. Niech im Merlin i Morgana, i cała reszta sprzyjają. To mogło być samobójstwo. Tłum u podnóża schodów był najgęstszy. Mrowie ludzi zwiększało się z minuty na minutę. Panika porywała ich w kierunku Pokątnej. Oni musieli zmierzać pod prąd. Ścisnął dłoń dziewczyny, wyczuwając nagłe zimno jej skóry. W dalszym ciągu była blada. Może nie tak jak Roth, ale bledsza niż zwykle. - Nie krew - powtórzył znacznie głośniej, tym razem na tyle stanowczo, żeby mieć jakiekolwiek szanse na to, by jego słowa dotarły do Geraldine. Niezbyt entuzjastycznie założył, że zapewne sama także zorientowała się, że nie patrzą na wampira dosłownie przesiąkniętego ludzką posoką. W końcu oboje mieli z tym doświadczenie. Tyle tylko, że to jego, nie jej w znacznej mierze dotyczyło leczenia ludzi. A więc i bycia w stanie dostrzec, że czymkolwiek był oblany jej brat, to nie była krew. Nawet, jeśli na pierwszy rzut oka wyglądało w ten sposób. Ta zachowywała się w inny sposób. Nie była aż tak gęsta. W inny sposób przesiąkała ubranie, inaczej spływała po skórze. Miała inny kolor, choć akurat ten zależał od wielu różnych czynników. Choćby takich jak pochodzenie krwi, ale także jej świeżość bądź stopień utleniania. Ni mniej, ni więcej: ludzka posoka zazwyczaj nie prezentowałaby się w ten sposób w tym świetle. Z dużym prawdopodobieństwem byłaby bardziej karmazynowa (jak to krew żylna) albo szkarłatna (krew utlenowana). Ta była bardziej rubinowa. To było coś innego. Czy lepszego? Niekoniecznie. O tym było ciężko wyrokować na odległość. Raczej nie mogło chodzić o żaden powszechnie dostępny niebezpieczny eliksir, bo po pierwsze i najważniejsze: Astaroth raczej nie byłby w stanie ustać wtedy w miejscu. Byłoby po nim widać jakiekolwiek oznaki cierpienia. Obrażenia na skórze, cokolwiek. Szczególnie, że wcale nie znajdowali się daleko od niego. Stali wysoko. W dobrym punkcie obserwacyjnym. Z pewnością byliby to w stanie wychwycić. Natomiast po drugie: wszelkie takie substancje raczej także zachowywałby się jak znacznie bardziej wodnista ciecz. Spływałyby. To, czymkolwiek to było, nie kapało na ziemię. Ruszyli. Nie mogli czekać. Brakiem reakcji również zbyt wiele by ryzykowali, więc bez chwili namysłu dał się pociągnąć w dół po schodach a następnie w mrowie ludzi. Przynajmniej widzieli dokąd idą. Byli razem, mieli jasny cel. Co mogłoby pójść nie tak. Nie wiedział jak to się stało. Naprawdę mocno trzymali się za ręce. W jednej chwili splatał palce z palcami Yaxleyówny, znajdując się dosłownie jedną trzecią kroku za nią. Niemal przyciskał pierś do jej pleców, choć tym razem nie poruszali się tak jak przedtem. Może, gdyby trzymał ręce na jej talii, nie poczułby tego gwałtownego szarpnięcia? Z pewnością nie stałoby się to, do czego doszło. Już raz udał się im ten manewr. Przecisnęli się wspólnie przez spanikowany tłum. Schematy wyniesione z zadymy na marszu charłaków były sprawdzone. Trzymanie się za rękę? Nie. W teorii wiedział wręcz, że zostawianie jakiejkolwiek przestrzeni między nimi mogło wiązać się z tym, że ktoś postanowi się w nią wcisnąć. Dokładnie tak jak w ułamku sekundy, w którym jeszcze trzymał dłoń Riny, prąc do przodu. W następnym mógł tylko poczuć jak jakiś równie wysoki, za to grubszy mężczyzna wpada między nich, uderzając w splot ich palców i prawie wywracając całą trójkę. Ambroise musiał odruchowo puścić uścisk, by do tego nie doszło. - Idź - spróbował przekrzyczeć kakofonię chóru masowej histerii, jednocześnie bez ostrzeżenia przepychając gościa na bok. Tyle tylko, że w przestrzeni zdążyły już pojawić się inne osoby. Zostali rozdzieleni, więc najlepszym rozwiązaniem było, by Geraldine nie oglądała się za siebie tylko parła do przodu. Punkt zbiórki miał ponad metr dziewięćdziesiąt i był bardzo czerwony. Nawet w świetle wszechobecnych języków ognia, które wszystko zabarwiały na makabryczne ciepłe kolory. Dopchanie się do reszty zajęło mu kilkadziesiąt sekund. Kilkadziesiąt naprawdę długich sekund zanim ponownie stanął przy Geraldine, ciężko oddychając, ale praktycznie bez zastanowienia łapiąc ją w pasie, żeby nie zaliczyć powtórki z rozrywki. Może teraz stali w luce, jaka musiała stworzyć się na widok Yaxleya oblanego krwią, ale tłum szybko wracał do dawnego stanu. Nie odpowiedział na pytanie o stan zdrowia. Tak właściwie, milczał praktycznie przez całą opowieść, próbując nie zanieść się kaszlem. Radzenie sobie w tych warunkach było trudne nawet dla kogoś, kto nie był najsłabszy fizycznie. Nie chciał wiedzieć jak będzie wyglądać Mung, co go tam zastanie a zdawał sobie sprawę z tego, że upewniając się co do stanu reszty, musiał udać się do szpitala. Tyle tylko, że teraz starał się o tym nie myśleć. - Popiół - rzucił krótko, dodatkowo kwitując to machnięciem głową w kierunku nieba. - Nie tylko dym. Popiół. Pojawił się przed dymem - po wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce na przestrzeni wielu miesięcy, mogli mieć niemalże niezmąconą pewność, że wobec tego byli w jeszcze większym bagnie. Jeżeli pył nie pochodził z płonących budynków, tylko sypał się wprost z nieba, cholera wie, co to zwiastowało. Mogło mieć wpływ, z którego jeszcze nie zdawali sobie sprawy. Zostawanie tutaj ani chwili dłużej niż to było wymuszone okolicznościami było skazywaniem się na śmierć. Może rychłą, może odroczoną. Nieważne. Zdecydowanie potrzebowali ruszyć się gdzieś dalej. Przecież całe Wyspy nie mogły płonąć. - Fabian i cała reszta - w tym momencie nie zwracał uwagi na to, że nie formułuje pełnych zdań; przekaz był prosty. - I Lilia - kota tym bardziej nie mógł zostawić w samym środku pożaru, lubił tego sierściucha a byli naprawdę blisko drugiej kamienicy. Później? Pomyślą o tym później. Gram pod przewagę Leczenie (III) - doświadczenie medyczne. Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.03.2025 Yaxleyówna była oszołomiona takim widokiem. Wszystko przez to, że pomyślała o tym, że tak może się wydarzyć, że jej brat faktycznie postanowi skorzystać z okazji, że krew rannych wzbudzi jego zainteresowanie, że przekroczy granicę, że nie będzie się obawiał konsekwencji, że kogoś tutaj zeżre. W końcu taka była natura wampirów. Żywiły się krwią, to nie powinno być zaskakujące, prawda? Ciągle wierzyła jednak w to, że Roth jest ponad to, że uda mu się odnaleźć jakiś złoty środek, substytuty, cokolwiek. Może się oszukiwała? To było możliwe, była zaślepiona tym, że tak bardzo chciała mieć go przy sobie, że nie chciała go stracić. Krew. Dużo krwi. To była jej pierwsza myśl. Co innego mogła sobie wyobrazić? To wydawało się być oczywiste. Naprawdę chciała wierzyć w samokontrolę swojego brata, ale w tej sytuacji trudno jej to przychodziło, zwłaszcza, że miała świadomość, że nie był aktualnie w najlepszej formie. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie mogła oderwać oczu od czerwieni, która zdobiła jego ciało. Nie wyglądało to dobrze, wręcz przeciwnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że Geraldine zamierzała go stąd zabrać, dla niej nadal przede wszystkim był młodszym bratem, a nie bestią, którą miała zabić - to pewnie nigdy się nie zmieni. Nie usłyszała słów padających z ust Roisa, przynajmniej nie wtedy, gdy odezwał się po raz pierwszy. Głosy, krzyki, piski dochodzące z wszystkich stron skutecznie go zagłuszyły. Robiła krok w stronę tłumu, z którym mieli się ponownie mieszać, gdy dotarły do niej słowa Roisa. Przeniosła na niego swój wzrok, na krótką chwilę. Nie krew. Tyle, czy na pewno? Znał się na tym bardziej od niej, ale czy z tej odległości mógł mieć pewność, że jej brat nie był wytaplany w krwi? Naprawdę chciała w to uwierzyć, naprawdę liczyła na to, że to nie była krew, ale dopóki do niego nie dotrze i nie będzie przekonana, że faktycznie to coś innego to nie będzie spokojna. Słowa Ambroisa jednak spowodowały nadzieję, że jednak z Rothem nie było, aż tak źle jak jej się wydawało. Nie zwlekała. Wskoczyła w ten tłum niczym w rwącą rzekę, musiała płynąć pod prąd, aby dostać się do Astarotha. Nie brała jeńców, nie przejmowała się nikim innym, po prostu przepychała się, aby dotrzeć do niego jak najszybciej, póki jeszcze dostrzegała jego sylwetkę w tłumie. Nie mogło być zbyt prosto? Prawda? Poczuła, że ktoś w nich wpadł, w zasadzie trafił idealnie w ich zaciśnięte dłonie, przez co rozluźniła uścisk. Wypuściła dłoń Roisa ze swojej, zdążyła się jednak odwrócić na kilka sekund, aby sprawdzić, czy nadal był gdzieś za nią. Był. Mówił, żeby ruszyła do przodu. Czy powinna to robić? Obawiała się, że się nie znajdą, że straci go z oczu. Nie wybaczyłaby sobie tego. Mimo wszystko kiwnęła jedynie głową i ponownie zaczęła brnąć przed siebie. Obawiała się, że Ambroise zniknie, ale nie mogła zostawić Astarotha. Nim w ogóle się odezwała, bez zastanowienia rzuciła się bratu na szyję. Musiała go przytulić, naprawdę cieszyła się, że w końcu go odnaleźli. Był cały, przynajmniej wyglądał tak, jakby nic, poza tym czerwonym czymś mu się nie stało. Ściskała go krótką chwilę, bo nie mieli czasu na zbyt wylewne przywitanie. Gdy odsunęła się o krok poczuła dłoń zaciskającą się na jej talii. Ambroise do nich dotarł. Byli tutaj we trójkę, bezpieczni, no względnie bezpieczni. Ulżyło jej. Udało im się odnaleźć, może jednak nie było aż tak źle? Jasne, Londyn płonął, ogień pochłaniał miasto, ale część z jej najbliższych była bezpieczna, to było najistotniejsze. - Przykro mi, ale nie mogę tego powiedzieć. To się dzieje, naprawdę się dzieje. - Nie chciała być osobą, która go w tym uświadomi, ale chyba padło na nią, ktoś musiał to zrobić. - Też nas zaatakowali. - Kamień spadł jej z serca, gdy dowiedziała się, dlaczego Roth był taki czerwony. To była farba, a ona głupia bała się tego, że mógł z kogoś wyssać krew... Cóż, powinna chyba bardziej ufać swojemu bratu. - Tak, popiół i dym. - Ogień, wszystko, co działo się wokół nie miało na nich dobrego wpływu. Czuła ciężar w płucach spowodowany tym, co działo się wokół nich. Zresztą przed chwilą, w mieszkaniu zasłabła, co zapewne było spowodowane tym, czego się nawdychała. - Musimy dotrzeć do domu naszego przyjaciela, Fabian... - Na pewno wspominała Astarothowi o swoim chrześniaku, nie miała pojęcia, czy teraz połączy fakty, ale musieli z Roisem sprawdzić, czy ich pierwsze wspólne dziecko jest bezpieczne. Nie wiedziała, czy Cornelius jest w pracy, czy dzieciak był z ciotką Ursulą, co się z nim właściwie teraz działo, ale musieli to sprawdzić. - Zajmiemy się też kotem. - Tak, nie dziwiło ją wcale to, że Ambroise martwił się o tą słodką różową kotkę. Musieli zająć się zwierzętami i ludźmi, lista robiła się coraz dłuższa. - Idziemy? To chyba nie daleko? - Przynajmniej tak się jej wydawało. Yaxleyówna całkiem nieźle radziła sobie z określeniem drogi. Może podczas swoich wypadów do lasu nie musiała sobie radzić z oszalałym tłumem, jednak nawet tutaj była w stanie odnaleźć charakterystyczne punkty i określić ich położenie. // AF, percepcja RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Astaroth Yaxley - 30.03.2025 – O nie! Uważaj na farbę... Ona się tak łatwo nie ściera! – chciałem uprzedzić, ale było już za późno. Geraldine wtuliła się we mnie, a ja mimowolnie odwzajemniłem uścisk, szczególnie że, o dziwo, cholernie tego potrzebowałem. Nie byłem pewny, kiedy w nas, Yaxleyach, pojawiły się te ludzkie, emocjonalne odruchy, ale stało się. Najwyraźniej dramaty ostatniego czasu wyrobiły w nas uczuciową troskę o siebie nawzajem. To, że wciąż żyliśmy – względnie – było czymś wyjątkowym, co musieliśmy sprawdzać poprzez dotyk. Faktycznie tu byliśmy. Prawdziwi. – Postaram się ograniczyć oddychanie do minimum. To nawet mnie dusi od środka – stwierdziłem w ramach ostrzeżenia, ale chyba byli na to przygotowani. Roise miał zasłoniętą twarz materiałem, więc zapewne Geraldine również? Mnie, odkąd umarłem i trzymałem się przy życiu dzięki magii, niewiele rzeczy ruszało. Ten dym stanowił jeden z wyjątków. – Myślicie, że to czarna magia? – zapytałem jeszcze, ale zaraz machnąłem ręką, by ruszyli w stronę kamienicy Roise'a. Nie było czasu. Tłumy i panika działały na naszą niekorzyść, podobnie jak popiół. Ambroise mówił, że pojawił się pierwszy, jeszcze przed dymem, więc w każdej chwili mógł podpalić kolejne budynki. Podążyłem za Geraldine i Ambroisem. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie on mieszkał, więc trzymałem się ich blisko – raz zostawałem w tyle, raz byłem znacznie bliżej. Może i byliśmy wysocy, co pomagało nam w znajdowaniu siebie nawzajem w tłumie, ale gorzej było ze zwinnością między całą tą masą ludzi. W tym chaosie niewiele się zdawała. Niektórzy odsuwali się na mój widok – pewnie przez moją czerwoną, upiornie wyglądającą twarz – ale większość pędziła na oślep, przepychając się i wpadając na siebie. Nawet przestałem ich ostrzegać przed farbą. To i tak nie było tak straszne jak spłonięcie żywcem. Ta myśl dodatkowo napędzała moje ciało do zatwardziałego przeciskania się między tłumem. Za wszelką cenę musieliśmy ocalić to dziecko, więc starałem się ich nie spowalniać. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem Kimi. Czy była w tym czasie w Londynie, czy może poza jego granicami? Wyjechała, więc jeśli miałaby wrócić, pewnie by się do mnie odezwała, prawda? A skoro miała nie wracać szybko, istniało duże prawdopodobieństwo, że nic jej nie było. Zacisnąłem dłonie w pięści. Znów. Miałem nadzieję, że jest bezpieczna. Mogła być w towarzystwie innych przyjaciół, ale oby była bezpieczna. | przeciskam się - AF, zwinność dzięki szermierce i percepcja; wspominam o Kim - zawada zazdrość RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.03.2025 Czarna magia? Zmarszczył brwi, przy czym odruchowo wyraźnie kiwnął głową. - Prawdopodobnie - stwierdził, ograniczając w tym momencie wypowiedzi do minimum, bo może w tym momencie miał już chustę na twarzy, ale wcześniej przez dłuższy czas wdychał ten przeklęty popiół. Aktualnie bolał go przełyk, paliło go wysuszone gardło i z ledwością powstrzymywał się przed nieustannym kasłaniem. Nie chciał, żeby ktokolwiek interesował się jego stanem. W tym momencie nie było im to dodatkowo potrzebne. Mieli ważniejsze sprawy do załatwienia. Naglące, wymagające natychmiastowej interwencji. Poza tym to Geraldine niemal nie omdlała w mieszkaniu. On trzymał się na nogach. - Co prawda, potrzeba byłoby kurewsko dużej siły. Nie tylko, żeby to wywołać, ale też podtrzymać, ale - no, właśnie: ale dla niektórych byłby to pikuś, niektórzy dysponowali znacznie większą siłą. To byłby zaledwie drobny popis ich czarnomagicznego potencjału. Trudno było to stwierdzić ze stuprocentową pewnością, choć z drugiej strony? Spróbował przelotnie wrócić pamięcią do momentu, w którym pierwszy raz dostrzegł pył sypiący z nieba niczym szary, makabryczny śnieg. Czy w tamtym momencie czuł charakterystyczny swąd czarnej magii? Przy tak rozległych chmurach, jakie niemalże momentalnie zasnuły całe niebo, nie dałoby się nie wyczuć tego smrodu. Z drugiej strony, mgliście pamiętał, że już wtedy jeden z pobliskich budynków płonął żywym ogniem. Smród spalenizny zaczynał przebijać się na wietrze pomiędzy zapachami z pobliskiej piekarni. To Geraldine pierwsza dostrzegła płomienie. Znajdowały się za jego plecami, więc nie od razu zwrócił na nie uwagę. Nie dało się ukryć, że swąd był pierwszym, na co zwrócił uwagę. Im dłużej o tym myślał (choć w rzeczywistości nie zajęło mu to dłużej niż pół minuty), tym bardziej był przekonany, że tak. To była czarna magia. Całkowicie jak w przypadku wszechobecnego ognia ogarniającego okoliczne budynki, to nie mógł być nic nie znaczący szczegół. Dym z jednego budynku nie zasmrodziłby okolicy w takim tempie. Tak bardzo. Tak intensywnie. Jednak to nie był czas na zbędne analizy. - Tak. Jesteśmy blisko - odpowiedział na słowa Yaxleyówny, gotowy ruszyć z miejsca. W pierwszej kolejności musieli dotrzeć do budynku, w którym mieszkał, gdy musiał spędzać większość czasu w Londynie. Całe szczęście dzieląc go z resztą naprawdę bliskiej mu grupy, co minimalnie ułatwiało im sprawę. Dzięki temu przynajmniej istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że uda mu się wpaść na kogoś, o kogo cholernie się teraz martwił. Mieszkając praktycznie na kupie, pozornie mieli jakieś szanse. Choć trochę mniej dramatyczną sytuację w obliczu szalejącego żywiołu. Tyle tylko, że równie dobrze wszyscy mogli już zdążyć rozpierzchnąć się w inne strony. Wypaść na ulicę, ewakuować się z miasta. Jasne, mieli swoje sposoby na to, aby zapewnić się nawzajem o tym, że są bezpieczni. Tyle tylko, że żeby to zrobić, Ambroise wciąż musiał wpaść do swojego mieszkania. W tym momencie naprawdę pluł sobie w brodę za to, że nie uznał noszenia tego przy sobie za konieczne. Zwłaszcza przy tak znaczącym natężeniu kolejnych kryzysów. Dramatów wybuchających co rusz w magicznym świecie. Powinien być mądrzejszy. Nie był. W tej chwili nie mógł już nic na to poradzić. Znów czuł się zatrważająco bezsilny, żenująco bezradny, co sprawiało, że z sekundy na sekundę coraz bardziej się denerwował. Usiłował tego po sobie nie pokazywać, jednak przy pierwszej możliwej okazji wstrząsnął głową, tłumiąc napad kaszlu, po czym pociągnął Geraldine za rękę. Mimo tego, że potrzebował w tym momencie skupić się na tym, żeby nie wypluć płuc, dosyć jasno dając jej do zrozumienia, że musieli ruszyć. Bez słowa, bo w innym wypadku pewnie rzeczywiście ledwo cokolwiek by wydyszał, przeniósł dłoń dziewczyny na jego plecy, wysuwając się do przodu. Tym razem także zamierzał prowadzić. Zupełnie jak wtedy, gdy wychodzili z Nokturnu na Horyzontalną. Liczył na to, że Astaroth będzie w stanie pilnować się ich w tłumie. Wszyscy byli dostatecznie wysocy. Mogli znaleźć się w razie potrzeby, ich głowy wystawały ponad mrowie ludzi. Tyle tylko, że przepchanie się do siebie nawzajem zmarnowałoby im kolejne cenne minuty. Nie powinni się rozdzielać. Musieli ruszyć. Nie było wyjścia. Nie mieli czasu stać i teoretyzować. W końcu, Ambroise zaczął przepychać się w kierunku, w którym (liczył, że nadal) stała kamienica. Fabian, Cornelius, Elias, Romulus, dwa koty, jeden skrzat domowy. Cholera wie, kto jeszcze, bo przyjaciele mieli tendencję do spraszania gości w najbardziej randomowych momentach dnia i nocy. Zupełnie tak, jakby nigdy nie pracowali. Poniekąd nie musieli, dla większości szumnej elity było to coś w rodzaju hobby. Na nieszczęście nie informowali się o grafikach, bo mieszkali dookoła siebie, nie w jednym gospodarstwie domowym. Nawet jeśli czasami wydawało mu się, że jest zupełnie inaczej, bo Potter żył niemal wyłącznie na jego zapasach cukru. Zresztą, Roise miał nieodparte wrażenie, że nie tylko tego. Płyny do kąpieli też kończyły mu się podejrzanie szybko a od któregoś kolegi co rusz pachniało przeróżnymi ziołami. Ostatnio ze szczególnym naciskiem na geranium, bergamotkę i lawendę z nowego nabytku. Czy na kadzidłowiec i drzewo sandałowe - stałe połączenie. Trzasnęło. Łoskot, jaki rozległ się tuż obok nich - na tyle blisko, że dźwięk tłuczonego szkła przebił się przez wszechobecny hałas, zarezonował w uszach Ambroisa na tyle mocno, że Greengrass mimowolnie przeniósł wzrok w stronę, z której doszedł odgłos. Pierwszy, drugi, trzeci. Nie były to dotychczasowe huki szyb pękających od zbyt wysokich temperatur. Nie, to było coś innego. Coś, co niechybnie sprawiłoby, że na jego twarzy pojawiłyby się dziesiątki drobnych ranek, gdyby nie instynktowna reakcja. Odruchowo pochylił głowę, wciskając podbródek w szyję i kuląc barki. Moment później został zasypany gradem bardzo drobnych, ostrych i paląco gorących kawałków szkła. Fragmentów butelki wypełnionej łatwopalną mieszanką, do której ktoś wcześniej wcisnął kawałek sznurka oraz podpaloną szmatę. To nie był przypadek. Ktoś z rozmysłem rzucał domowymi bombami w elewacje budynków, które jeszcze nie płonęły. Uniósł głowę, gdy wydawało mu się, że niebezpieczeństwo na chwilę zniknęło, bo kolejna butelka nie trafiła w ścianę przez kilkadziesiąt sekund. Jego wzrok ponownie skierował się w stronę grupy kobiet i mężczyzn. Większość z nich miała prowizorycznie przysłonięte twarze. Tyle tylko, że nie wyłącznie po to, żeby nie wdychać dymu. Ich zamiary były jasno dostrzegalne. Wyrysowane na nielicznych odsłoniętych twarzach. W pustych oczach odbijających płomienie ognia. W grymasach wykrzywionych ust i zębach odsłoniętych w uśmiechu. W uniesionych dłoniach zaciśniętych na różdżkach. W stercie pustych butelek obok nóg kilku osób stojących w głębi wąskiej alejki. Właściwie to nawet w przesmyku ledwo mieszczącym półtorej szerokości standardowej osoby. Potencjalnej drodze ucieczki. Tyle tylko, że nikt nie miał na tyle mało rozsądku, nawet w sercu wszechobecnej paniki, żeby zbliżać się do tej grupy. Licznej zbieraniny ludzi ewidentnie chcących przyłożyć rękę do kreacji chaosu. Musieli się stąd oddalić. Nie było sensu interweniować. Grupa była za duża. Gram pod statystykę AF (III) - przepychanie się przez tłum. Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.03.2025 Miała gdzieś to, czym był wysmarowany Astaroth, nie obchodziło jej to zupełnie. Najważniejsze było, że stał przed nią całkiem żywy nieżywy, i nikogo nie skrzywdził, bo to czerwone coś, czym był umazany nie było krwią. Naprawdę ucieszyła się z tego, że udało im się go znaleźć. Był przecież jej bratem, miała się o niego troszczyć, już się bała, że po raz kolejny go zawiodła. Nieco jej ulżyło, no oczywiście na tyle, na ile mogło ulżyć w podobnej sytuacji. Londyn przecież nadal płonął, nadal dym nie przestawał drapać ich w płuca, ludzie ciągle panikowali. Nie sądziła, że skończy się to szybko - nic tego nie zapowiadało. Wręcz przeciwnie, wydawało jej się, iż zamieszanie było coraz większe. - Masz wyjątkowe szczęście, że nie musisz za bardzo oddychać. - Bo przecież nie był żywy, prawda? Yaxleyówna nadal miała przykrytą twarz szalem Ambroisa, chociaż nie wydawało jej się, aby to zbyt wiele jej dawało. Ten dym był okropny, wdzierał się do jej ciała, czuła, że gryzł ją od środka, to nie wróżyło niczego dobrego. Wiedziała o tym, mimo, że jej wiedza medyczna praktycznie nie istniała. - Być może? - Nie miała pojęcia, czy to była czarna magia. Nie wydawało jej się jednak, aby zwykły dym, aż tak bardzo drażnił drogi oddechowe, mogła tylko i wyłącznie spekulować. Cóż, podejrzewała kto za tym wszystkim stoi, to było raczej bardzo jasnym przekazem. Śmierciożercy ponownie chcieli pokazać, że mają władzę. - Są tacy, którzy mają taką siłę. - Skomentowała jeszcze słowa Ambroisa, miała wrażenie, że myślą o tych samych osobach. Nie miała pojęcia, na ile ich założenia były prawdziwe, nie była w końcu czarnoksiężniczką, chociaż zdarzało jej się sięgać po zaklęcia z tej dziedziny magii. Zapewne dowiedzą się tego w przyszłości, na pewno wiele osób będzie chciało poznać przyczynę tego, co się wydarzyło. Szkoda jednak, że póki co nie widziała zbyt wielu przedstawicieli służb między tymi biednymi ludźmi. Jak zawsz Ministerstwo niedomagało, to po raz kolejny potwierdzało tylko jej opinię na temat tego urzędu. Powinni byli już się ruszyć, nie mogli sobie tak tutaj stać i gawędzić, bo czas płynął. Musieli dotrzeć do tych, na którym ich zależało. Najwyraźniej Roise myślał o tym samym, bo pociągnął ją w końcu za sobą. Znowu się ruszyli, po raz kolejny musieli przepychać się przez spanikowany tłum, tym razem, aby dotrzeć do jego mieszkania. Właściwie całkiem dobrze się złożyło, że wszystkie bliskie im osoby mieszkały w jednej kamienicy, to sporo ułatwiło. Tylko czy zastaną ich na miejscu? Bez względu na to uważała, że słuszne jest to, że tam zmierzali. Musieli sprawdzić, czy Fabian jest bezpieczny, to była chyba najszybsza opcja, bo ich kamienice wcale nie znajdowały się jakoś bardzo daleko od siebie. Zrozumiała co robił, nie oponowała, wyjątkowo nie miała problemu z tym, żeby trzymać się za Ambroisem, trzymała się jego, razem poruszali się przed siebie - może dosyć topornie, ale jednak, brnęli do przodu. To było najważniejsze. Odwracała się jeszcze co chwila, aby sprawdzić, czy Astaroth jest za nimi, czy nie porwał go ten tłum ludzi, który zachowywał się jak rwąca rzeka. Usłyszała huk, łoskot, właściwie sama nie wiedziała co to było. Odruchowo schowała się za Ambroisem, który znajdował się przed nią, właściwie to naparła na jego plecy i się zatrzymała. Przeniosła wzrok w stronę, z której dochodził ten dźwięk. Cóż, nie próżnowali. Dostrzegła grupę osób, dosyć sporą, która zamierzała skorzystać z okazji, jakby to, że miasto i bez nich płonęło nie było wystarczające. Najwyraźniej chcieli mieć swój własny wkład w tym wszystkim. Było ich zbyt wielu, aby wyrwała się przed szereg i próbowała z nimi walczyć. Miała w sobie odrobinę rozsądku, wiedziała, że nawet we trójkę nie będą w stanie z nimi walczyć. - Chodźmy. - Dostrzegła, że Roise również spoglądał w ich stronę, więc delikatnie popchnęła go do przodu. Powinni się ruszyć, bo znajdowali się już całkiem niedaleko miejsca, które ich interesowało. Jeszcze chwila, a w końcu będą mogli sprawdzić, czy Fabian był bezpieczny. Na pewno był, Cornelius nie pozwoliłby, aby stała mu się krzywda, mimo wszystko musieli się przecież upewnić, że faktycznie tak było. RE: [08.09.1972] World on Fire - Astaroth, Geraldine & Ambroise - Astaroth Yaxley - 01.04.2025 Geraldine z Ambroisem nie wyglądali najlepiej... Znaczy, może z zewnątrz było z nimi w porządku, ale coś w ich ciałach wyraźnie szwankowało. Obstawiałem, że wcześniej nawdychali się tego dymu w większych ilościach, zanim mnie znaleźli. Ambroise starał się powstrzymać kaszel albo przynajmniej tłumić go tak, by nie zwracać na siebie uwagi, a oddech Geraldine brzmiał coraz bardziej rzężąco. To mnie motywowało, żeby się nie odzywać. Mówienie oznaczało, że będę potrzebował powietrza. Już czułem delikatne pieczenie w płucach, więc nie chciałem tego pogarszać. Może jednak moja wampirza natura nie była aż taka doskonała...? Skinąłem tylko Geraldine w odpowiedzi. Faktycznie, dobrze, że nie musiałem za bardzo oddychać. Mógłbym nawet komunikować się za pomocą fal, ale ona nie miała tej umiejętności, więc moje myśli odbiłyby się od nicości. Pozostawało mi więc milczenie… I może właśnie ono uratowało mi skórę, kiedy mijaliśmy grupę szemranych typów. Szczerze? Przez chwilę poważnie rozważałem, żeby ich porządnie otłuc. Przyjrzałem im się uważnie, szczególnie że miałem ochotę ruszyć na nich za to, że Ambroise oberwał deszczem szkła. Nie kojarzyłem żadnego z nich, więc obstawiałem, że to mało istotne opryszki – tacy, co chcieliby się przypodobać elicie Voldemorta i awansować w jego hierarchii. Naiwni. Zacisnąłem dłonie w pięści. We trójkę mielibyśmy spore szanse w walce, ale oprócz różdżki i kłów nie miałem przy sobie nic więcej. Gdy usłyszałem słowa Geraldine – zachrypnięte, wystarczająco słabe, by przypomnieć mi o jej stanie – zawahałem się, a potem powstrzymałem swój instynkt bohatera. I dobrze. Wściekły tłum jeszcze uznałby, że jako czystokrwiści jesteśmy w to zamieszani. A nie byliśmy. Cóż, zawsze mogłem zgłosić to później do Ministerstwa Magii. Jeszcze nie straciłem w nie wiary tak bardzo jak Geraldine. Przy dobrych wiatrach mogłem trafić na funkcjonariusza, który faktycznie zrobi z tym coś sensownego, zamiast tylko skreślić kolejny raport i wrzucić go do przepastnych archiwów. – Daleko jeszcze? – zapytałem po kilkunastu krokach. Ta przeprawa trwała zbyt długo, a każda sekunda skracała nasze szanse na wydostanie się stąd żywymi. Już jedno z nas oglądało śmierć drugiego. Nie zamierzałem tego ponawiać. | rzucam na percepcję by dostrzec jak najwięcej szczegółów u oprychów [roll=N] |