![]() |
|
[08.09.1972] And there are many paths to tread || Ambroise, Prudence & Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] And there are many paths to tread || Ambroise, Prudence & Benjy (/showthread.php?tid=4684) |
[08.09.1972] And there are many paths to tread || Ambroise, Prudence & Benjy - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.04.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I 08.09.1972, po zmierzchu, okolice zachodniej części Alei Horyzontalnej
Londyn płonął. Łuna bijąca od szalejącego żywiołu ciągnęła się aż po horyzont. Sprawiała, że ciemne niebo było jednocześnie przeraźliwie stalowo-czarne i nienaturalnie jasne: zabarwione przebłyskami żółci, pomarańczu i czerwieni. Płomienie trawiły dosłownie wszystko, co napotykały na swej drodze. Dachy kolejnych kamienic zapadały się z głuchym trzaskiem. Echo wrzasków, panicznych błagań o ratunek, czasami o zbawienie albo o odkupienie niosło się pomiędzy ciasno upchniętymi budynkami. Pośród krzyków nie dało się jednak rozróżnić większości słów. Zlewały się w jeden głośny chór przerażenia. Wszechotaczający, bo trudno było stwierdzić, z której strony dobiegał najintensywniej. Aleja Horyzontalna stanęła w ogniu. Nie było budynku, który nie ucierpiałby w taki albo inny sposób. Niektóre paliły się mocniej, inne słabiej. Były miejsca, gdzie elewacje zostały wyłącznie okopcone przez ogień. Fragmenty niektórych kamienice jedynie się żarzyły. Nie płonęły niczym łebki zapałek. Jeszcze nie. Prawdopodobnie była to jedynie kwestia czasu. W końcu nikt nie był w stanie przerwać ściany ognia. Nie było takiej ilości wody, która byłaby w stanie stłumić tak gwałtownie rozwijającą się pożogę. Co gorsza, podsycaną przez popleczników Voldemorta, którzy pojawili się pośród tłumu. Gdzieniegdzie dało się dostrzec pojedyncze osoby usiłujące walczyć z falą ognia. Rzucające zaklęcia, tworzące strumienie przy pomocy wysoko uniesionych różdżek. Tyle tylko, że ich działania były bezskuteczne. Może nawet wręcz niebezpieczne, bowiem tak wąskie strużki szybko przemieniały się w gorącą parę, której kłęby uderzały w ich własnych twórców. Nie było jednak sensu wyrzucać z siebie kolejnych ostrzeżeń. Pośród makabrycznego chóru masowej histerii nie dało się już przemówić komukolwiek do rozsądku. Równie dobrze można byłoby spróbować przekrzyczeć sztorm. Fala dźwięku przekraczającego się przez ulicę w pewnym sensie przypominała łoskot morza obijającego się o klify w momentach gniewu natury. Tyle tylko, że w żywiole, który trawił Londyn nie było nic naturalnego. To nie mogło być dzieło przypadku. Gdy wychodzili z Geraldine z domu, niebo było zachmurzone, mżyło, ale nie zapowiadało się na burze. Było już zresztą po sezonie. Prawdopodobieństwo, że gdzieś uderzył zbłąkany piorun równało się praktycznie zeru. Nie był to także wynik zaprószenia kołdry żarem z papierosa. Nie chodziło o pękniętą latarnię uliczną, z której wydostałby się zaczarowany płomień. Ambroise już to wiedział. Podpalacze pojawili się później, pierwszy był popiół. Czarna magia? Znajdując się na ulicy w momencie, w którym panika jeszcze nie wybuchła na dobre, był świadkiem rozwoju sytuacji. Widział. Widział naprawdę wiele. Tłum nie ograniczał mu zasięgu wzroku. Patrzył ponad większością głów, nawet jeśli w pewnych momentach wcale nie chciałby musieć tego robić. Wtedy, gdy pył dopiero zaczynał sypać się z nieba niczym makabrycznie szary, duszący śnieg. Kiedy płomienie nie sięgały jeszcze nieba. I teraz. Teraz też miał wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju możliwość zajmowania jednej z najmniej ograniczonych widokowo pozycji pośród tłumu. Wysoki wzrost jeszcze nigdy nie był dla niego tak dużym przekleństwem. Już wcześniej przysparzał mu wielu niedogodności, jednak teraz Greengrassowi wydawało się, że patrzy na wszystko z góry, jednocześnie samemu znajdując się tak nisko. Nie będąc w stanie zrobić nic, by zapobiec większości wydarzeń, które mógł przewidzieć z wręcz zatrważającą pewnością. Dostrzegał ludzi, którzy parli przed siebie z różdżkami w dłoni, gotowi torować sobie drogę po trupach. Wpadających na osoby usiłujące gasić ogień z zewnątrz kamienic. Zauważał iskry lecące w niebo, wzywające pomocy. Te słabsze jednostki zagubione w mrowiu ludzi i przez ten sam tłum porywane w kierunku, z którego nie było już ucieczki. Jeśli Ministerstwo pojawiło się już na ulicy, przedstawiciele organów rządowych nie byli widoczni pośród spanikowanych mas. Nie wyglądało na to, aby ktokolwiek zarządzał ewakuacją. Nawet jeżeli ktoś usiłował kierować stłoczoną falą czarodziejów i czarownic, ewidentnie nic to nie dawało. A w obliczu szalejącego kataklizmu ujawniały się najbardziej obrzydliwe oblicza zewu przetrwania. Lecz nie tylko one. Niestety nie. Nie chodziło wyłącznie o te pierwotne instynkty, choć bez wątpienia dało się je spostrzec pośród dwóch głównych typów zachowań. Jedni rzucali się do ucieczki, gotowi miażdżyć i tratować wszystkich na swojej drodze. Inni zamierali w miejscu. To oni prędzej niż później napotykali spody podeszw butów i ciężar spiętrzonych ciał przelewających się chodnikami. Ale był też trzeci typ. Ten, z którym zetknęli się już na samym początku w alejce w pobliżu Nokturnu i w momencie powtórnego znalezienia się na ulicy. Wtedy, kiedy udało im się odnaleźć Rotha. W większości zamaskowani ludzie przyczyniający się do jeszcze większych zniszczeń. Podpalający budynki, miotający zaklęciami w elewacje albo po prostu bezpośrednio w wybrane przez siebie ofiary. Nie można było ich powstrzymać. Interwencja skończyłaby się tragicznie. Tej nocy w Londynie w ludziach budziły się najgłębiej ukryte instynkty. Tej nocy można było dostrzec ich prawdziwe twarze. Nawet, jeśli ukrywali je pod kapturami, chustami czy maskami. Jego załzawione, zaczerwienione od dymu oczy napotkały znajomą sylwetkę. Charakterystyczny nastroszony czubek głowy. Ciemne, prawie czarne włosy zebrane w kitkę. Osmoloną kurtkę, której klapy poruszały się wraz ze zdecydowanymi, energicznymi ruchami postaci, która parła na ukos przez tłum z tylko sobie znanym zamiarem, w tylko przez siebie zrozumiałym kierunku. Nie tam, gdzie kierowali się inni. Cokolwiek kierowało Aloysiusem, nie była to panika. Roise zawiesił wzrok na postaci przyjaciela, usiłując zrozumieć, do czego zmierza Benjy. Przyglądając się jego sylwetce. Jego sylwetce? Jednej, wysokiej... ...dwóch? Ta druga też była mu znana, choć z początku niemalże nie zwrócił na nią uwagi. Była tycia, niska. Gdyby nie znacznie wyższy i bardziej postawny mężczyzna, najpewniej zniknęłaby w tłumie. Możliwe, że już na zawsze. Drobniejsze osoby znacznie szybciej stawały się ofiarami masowego obłędu. Niestety tak wyglądały realia. Nie sposób było im zaradzić. A jednak niektórzy ewidentnie próbowali to robić. W najbardziej osobliwy, ale chyba jednocześnie najskuteczniejszy sposób. To miało zadziwiająco dużo sensu. Prudence była lekka. Niesienie jej na barana z pewnością nie sprawiało Loysowi większego problemu. Przyjaciele... ...przyjaciele?... ...czy Pru była jego przyjaciółką? Po tym wszystkim, co razem przeszli i robili, powinien bez wahania móc to określić, ale w tym momencie nie potrafił tego zrobić. Najważniejsze, że trochę ulżyło mu na jej widok. Całej i najpewniej względnie zdrowej. A więc... ...przyjaciele... ...przyjaciele usiłowali przepychać się wspólnie przez kolejne metry żywych barier. Przeciskali się pomiędzy ludźmi. Torowali sobie drogę. Cholera wiedziała, gdzie dokładnie, bo nie było nawet najmniejszych szans, żeby porozumieć się w tym hałasie. Krzyknąć tak, aby zostać usłyszanym. Zwrócić na siebie uwagę. Sformułować wypowiedź albo chociażby rzucić kilka głośnych słów będących w stanie przedrzeć się przez kakofonię paniki i śmierci. Zastygnięcie w miejscu, próba pomachanie a następnie makabryczna pantomima również nie miała sensu. Wyłącznie zmniejszyłaby szanse przeżycia obu stron. Tych, które teraz mijały się po przeciwnych stronach ulicy. Zmierzały w zupełnie innym kierunku. Łączyło ich wyłącznie to, że nie byli w tym wszystkim sami. On miał Astarotha i Geraldine, Benjy miał Prudence. Kuriozalne połączenia. Szczególnie w wypadku tego drugiego, które w tym całym braku sensu miało go dziwnie dużo. W końcu kto jak kto, ale Ambroise nie był głupi. Już w czasach młodości potrafił łączyć kropki. Zauważał mniej oczywiste związki przyczynowo-skutkowe. Zwracał uwagę na drobne detale. Tyle tylko, że wbrew pozorom, nawet jako wyjątkowo pyskaty, wygadany szczeniak miał w sobie na tyle zdrowego rozsądku i przyzwoitości, aby nie poruszać niektórych spraw. To, że łaskawie nie wypowiadał się w pewnych kwestiach nie znaczyło, że dostrzegał więcej niż sugerował. Po prostu nic nie mówił. Szczególnie odnośnie tematów, które mogły zaszkodzić jego bliskim. A zauroczenia osobami przybrudzonej krwi, gdy samemu było się z jednego z najbardziej konserwatywnych rodów czystokrwistych zdecydowanie mogły to zrobić. Nie warto było mówić o tym na głos dla kilku minut żartów z zażenowania tych osób. Wieść o tym mogłaby dotrzeć za daleko, huknąć zbyt mocno. Tak jak to zresztą zrobiła, ale w przypadku jeszcze gorszej decyzji. Na tym jednak kończyłaby się lista jego zalet w tym zakresie. Tudzież domniemana wyrozumiałość. Jasne: nie wyciągał niektórych spostrzeżeń na wierzch. Zamiast tego całkiem bezczelnie wykorzystywał swoją wiedzę, żeby czerpać z niej więcej rozrywki niż ktokolwiek byłby w stanie zauważyć. Żeby mieszać i podpuszczać. By prowokować kolejne wyjątkowo bawiące go sytuacje, jednocześnie udając, że nie ma pojęcia o jakimkolwiek drugim dnie. Dokładnie tak było w przypadku Aloysiusa i jego absurdalnych, zdecydowanie godnych pożałowania ciągot do interesowania się dziewczętami spoza ich klasy społecznej. Rosie bardzo celowo podpuszczał go do tego, by wbijał Prudence kolejne szpile. W końcu wkurwiała ich wszystkich, więc zasłużyła sobie na kolejne dowody niezadowolenia. Jego przyjaciel zawsze miał tendencję do bardzo intensywnych zachowań. Do nieustannych prób przekraczania granic i naruszania ogólnie przyjętych schematów. Był pierwszy do całkiem zabawnego reagowania w bardzo, bardzo barwny sposób. Czasami wywołując tym poklask (tak jak w przypadku znęcania się nad bliźniaczką Eliasa) innym razem wyłącznie zmieszane spojrzenia albo gorzki śmiech otoczenia (jak przy próbach podrywania cholernej Alice Farley). Pod tym względem Ambroise nigdy nie był w stanie całkowicie go zrozumieć. Nawet wiedząc to wszystko, co wiedział. Będąc świadomym tego, co działo się u Rookwoodów w domu. Tego, że zewnętrzna persona Rookiego diametralnie różniła się od tej prezentowanej pośród krewnych. Szczególnie przed ojcem. Tego, że na dłuższą metę młodemu chłopcu nie mogło udać się rozgraniczanie tych dwóch światów. I się nie udało. Trwało przez wiele lat, ale ostatecznie wciąż doprowadziło do czegoś, czego Roise nie życzyłby nawet najgorszemu wrogowi. Cholernie trudno było żyć w ten sposób. Jeszcze trudniej było zostać przymuszonym do śmierci dla jednego i drugiego świata. Tułać się, nie mogąc zagrzać miejsca. Po to, by po drodze zostać jeszcze wykorzystanym i zdradzonym. Na sam koniec wracając do punktu wyjścia. Do ojczyzny ogarniętej chaosem. Prawie od razu w sam środek pożaru. Wcześniej w przenośni, teraz dosłownego. Żywiołu trawiącego resztki tego, co znane. Nad ranem ich świat miał wyglądać już zupełnie inaczej. Nie dało się nie mieć tego przekonania. Tej nocy miało zginąć wielu ludzi. Z dużym prawdopodobieństwem także ich własnych znajomych. Członków rodzin? Roise nie zamierzał po tym wszystkim pytać, co sprawiło, że akurat ta dwójka postanowiła towarzyszyć sobie tej przeklętej nocy. Z jego perspektywy to, w jaki sposób przemierzali wspólnie tłum mogło być wyłącznie wyjątkowo wymowne i jednoznaczne. W tym wypadku planował być jednak tak samo milczący jak w czasach szkolnych. To nie była jego sprawa. Liczyło się to, że ten widok w pewnym sensie chociaż trochę go uspokoił. Trzy osoby. Astaroth był z nim i z Geraldine. Ta dwójka ze sobą. Pozostało zatrważająco wielu innych ludzi. Zbyt wielu, aby upewnić się, co do bezpieczeństwa wszystkich. Los części z nich miał być im znany dopiero po tym jak siła żywiołu wygaśnie. Londyn kiedyś w końcu ucichnie. Pożar bez pożywki sam się wypali. Wtedy będą mogli liczyć straty. Teraz? Mogli wyłącznie wykorzystywać daną im przewagę orientacji w terenie i siły fizycznej, żeby wydostać się z tłumu. Niestety, zmierzając w zupełnie przeciwnych kierunkach i nie mogąc tego zmienić. W końcu musiał jeszcze bardziej zdecydowanym ruchem przepchnąć się w kierunku kamienicy, którą zajmował wraz z Corneliusem, Eliasem i Romulusem. Ludźmi, o których nic jeszcze nie wiedział. Nie miał pojęcia, czy tam zostali. A jeśli nie, to gdzie znajdują się w tym momencie. Czy Bletchley wiedział coś na temat swojej siostry. Tej, której wzrok Ambroise chyba wreszcie pochwycił w tłumie. Przynajmniej tak mu się wydawało. Odruchowo uniósł rękę. Moment później huk przedarł powietrze. Gwałtowny i niespodziewany. Szyby pobliskiej kamienicy wybuchły. Z nieba posypał się deszcz szkła rozgrzanego niemal do czerwoności. Drobne szklane konfetti. - To kawałki czegoś, co mogło być, ale już nie jest. Fragmenty czegoś, co kiedyś było całością, przeszłe odbicia teraźniejszości - nie wiedział, czemu przyszło mu to na myśl, ale w tym momencie całkowicie odruchowo sięgnął do wspomnienia słów, które usłyszał przed laty. Pasowało. Cała reszta tamtej wypowiedzi także nagle stała się znacznie bardziej zrozumiała, klarowna, choć nie napawająca optymizmem. Nie była pozytywna. Nie w kontekście, jakiego okazała się dotyczyć. Część maciupeńkich szklanych odłamków połączyła się z popiołem bezustannie sypiącym z nieba. Mogłoby się zdawać, że tłum na ułamek sekundy zastygł, wpatrzony w iskrzący śnieg. Zaraz potem ponownie zawrzało. Wszyscy dookoła jak jeden rzucili się do ucieczki, całkowicie odcinając mu widok na przyjaciół. Spychając ich wszystkich jeszcze dalej od siebie. Tak daleko, że zupełnie stracili się z oczu. Tak. W momentach takich jak ten zatrważająco łatwo było nazywać ich przyjaciółmi. W końcu mogli nie przeżyć tej nocy. - To jest chwila, gdy ścieżka się rozdwaja a ty musisz wybrać, co zabrać ze sobą. To będzie twój ostatni moment. Zamknięte drzwi, gdy otworzą się ponownie, nie będą prowadzić w to samo miejsce - nie chciał znać dalszego sensu, czuł się dostatecznie obciążony. Miał przeczucie, że nie był to jednak jego wybór. On mógł tylko ruszyć dalej, przepychając się przez tłum i życząc reszcie powodzenia. Tej piekielnej nocy miało przydać się im wszystkim. Postać opuszcza sesję
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków. Poza tym nie używam nic więcej. RE: [08.09.1972] And there are many paths to tread || Ambroise, Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 07.04.2025 Trwał mały koniec świata. Wszystko co znała, zaczęło obracać się w pył. No, może nie wszystko, ale przynajmniej część znajomych miejsc. Kolejne kamienice zajmowały się ogniem, którego nic nie mogło powstrzymać. Zamiast gasnąć ogień wydawał się rozprzestrzeniać. Jasna łuna pojawiała się na horyzoncie, docierała do nich z każdych stron, nawet kiedy zmieniali swoje położenie. Tak właściwie to on zmieniał ich położenie. Prudence nie miała tutaj nic do zaoferowania. Od kiedy znalazła się na plecach mężczyzny praktycznie się nie poruszała. Przylgnęła do niego i dawała się nieść. Wiedziała dokąd zmierzają, poprosiła go w końcu o to, aby dostarczył ją do kostnicy, na co przystał. Mimo, że nie miała mu nic do zaofiarowania w zamian. To było dziwne, ale trochę też niesamowite. Zupełnie obcy człowiek zainteresował się jej losem, splótł ich ścieżki na tę wyjątkowo paskudną noc. Nie oponowała, wręcz przeciwnie, wydawała się być wyjątkowo ugodowa. Bez mniejszego zawahania wdrapała się na jego plecy, oparła swoją głowę o ramię mężczyzny i pozwalała mu decydować o wszystkim. To nie było dla niej zupełnie typowe, ale okazało się być całkiem rozsądne, bo zdecydowanie wiedział co robi. Bardzo płynnie poruszał się między tłumem ludzi pogrążonych w chaosie, jakby faktycznie wiedział co robi. Z tego, co jej powiedział, z tego co udało jej się wydedukować, to mógł mieć doświadczenie w takich, nietypowych sytuacjach. Był najemnikiem, tak? Na pewno kiedyś został poproszony o podobną przysługę - przerzucenia kogoś w jedno miejsce z drugiego, tyle, że nie sądziła, aby okoliczności były podobne. Zresztą w tym przypadku nie chodziło o żadne zlecenie, sam zainteresował się losem, chociaż spotkali się tylko jeden raz wcześniej, chociaż czy, aby na pewno? Te jego brązowe oczy nadal nie dawały jej spokoju, miała wrażenie, że go zna, nie mogła się pozbyć tego dziwnego uczucia, może w końcu dojdzie do jakichś wniosków, póki co jednak nie były one wcale takie oczywiste, bo tylko jego oczy wydawały się jej znajome. Nie powinna jednak ich znać, nie kiedy doszła do tego, że nie był stąd, przynajmniej tak o tym mówił. Założyła, że pochodził ze Stanów, to wydawało się być oczywistą odpowiedzią. Nie mogła się jednak wyzbyć uczucia, że coś jej umykało, że nie dostrzegała całego obrazu. W tej chwili to jednak nie było istotne. W końcu była bezpieczna. Poprawiła chwyt na jego ramionach, właściwie to teraz zawiesiła się na szyi mężczyzny, dość ostrożnie - nie chcąc, przypadkiem go poddusić. Nie, żeby sądziła, że faktycznie może to zrobić. Przedramiona zaczynały jej drętwieć, nie było to bowiem naturalne ułożenie rąk, nie mogła jednak się puścić, to mogłoby się dla niej skończyć źle, najpewniej stratowaniem przez tłum, który ich otaczał. Wypadało więc, by dała chociaż tyle od siebie, było ją na to stać, mimo, że jej ciało nie należało do szczególnie wysportowanych, czy przystosowanych do podobnych sytuacji. Nie chciała się wiercić, czy opuszczać to jednej, czy drugiej ręki, bo wiedziała, że to mogłoby się skończyć w jeden sposób, ten nie do końca mile przez nią widziany. Nie miała pojęcia dlaczego mężczyzna, jak on przejął się jej losem. Wyglądał na kogoś, kto miał odpowiednio ustawione priorytety, kto wie, czego chce. To było dla niej zastanawiające, szczególnie w takiej sytuacji, w której wszyscy myśleli o sobie. Czy to była litość? Tylko dlaczego akurat w stosunku do jej osoby, nie miała pojęcia, może nie powinna za bardzo się na tym skupiać. Gdyby chciał zrobić jej krzywdę, to mógłby ją tam po prostu zostawić, musiało być zupełnie przeciwnie. Inaczej pewnie nie transportowałby jej teraz do kostnicy, jakby naprawdę mu na niej zależało, niby o tym wspomniał, niby mówił, że nie powinna się bać, informował ją o tym, że ją obroni, gdyby zaszła taka potrzeba, ale dlaczego miałby to robić? Brakowało jej logiki w tym całym dziwnym myśleniu. Może nie zawsze wszystko musiało być logiczne? Jej postępowanie nie było, jego również mogło nie być. Cała ta sytuacja, w której się znaleźli nie należała do typowych. Trafili na siebie podczas klęski żywiołowej, właściwie to może nawet bardziej tragedii, która dotyczyła wszystkich mieszkańców Londynu. Miasto zapłonęło, pożar pochłaniał wszystko wokół, wydawało się, że szybko nie zostanie opanowany. Naprawdę była wdzięczna za to, że nie musiała znajdować się tutaj sama, co raczej byłoby dla niej normalne. Poza bratem nie miała zbyt wielu przyjaciół, nie trzymała się z nikim na tyle blisko, aby ich drogi mogły się skrzyżować podczas czegoś takiego. Zamiast tego stanęła twarzą w twarz z zupełnie obcym mężczyzną, który wyciągnął do niej dłoń, gdy znajdowała się w najbardziej chujowe z możliwych sytuacji. Jej choroba się odezwała, zupełnie nie panowała nad swoim ciałem, zamiast reagować po prostu wpatrywała się w ogień. Zapewne uznał ją za wariatkę, to nie byłoby wcale takie dziwne, co innego mógł zrobić? Mimo wszystko postanowił zainteresować się jej losem. Miała świadomość, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ona. W końcu widziała już na własne oczy, że niektórzy ludzie podczas tych wydarzeń zaczęli korzystać z okazji, dołączali się do tych, którzy chcieli krzywdzić. Widziała tego chłopaka, który bez mniejszego oporu zabił zupełnie niewinnego człowieka. Przymknęła oczy, co wcale nie było najlepszym pomysłem, bo ponownie zobaczyła jego twarz przed sobą, mimo, że bardzo, ale to bardzo chciałby ją zapomnieć. Czuła, że szybko to się nie stanie. Jej choroba potrafiła być naprawdę upierdliwa, pamięć fotograficzna miała swoje zalety, ale nie tylko. Jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić, pewnie z czasem to minie, musiało minąć, prawda? To poczucie niepewności nie mogło jej towarzyszyć niewiadomo ile. Na pewno po nią nie przyjdą, na pewno nie będą wiedzieć, gdzie mieszka. Tylko dlaczego tak trudno jej w tej chwili było w to uwierzyć, mimo, że przecież było to kurewsko absurdalne. Mogła nie patrzeć w tamtą stronę, mogła, tylko, czy faktycznie dało się ignorować zupełnie wszystko, co działo się wokół? Z każdej strony dochodziły krzyki, które świadczyły o tym, że ludziom wokół działa się krzywda. Chciałoby się pomóc wszystkim, tyle, że przecież jednostka nic nie mogła zrobić, nie miała żadnej szansy powodzenia. Nawet we dwójkę, musieli walczyć o to, aby wydostać się z tego centrum chaosu. W ministerstwie mogła się na coś przydać, może będzie miała szansę komuś pomóc, może jak znajdzie się w większym gronie... Tyle, czy aby na pewno? Póki co nie widziała nigdzie przedstawicieli służb. Czy mieli wystarczająco rąk do pomocy niewinnym? Nie wydawało jej się. Tyle, czy w ogóle dałoby się to zmienić? Zapewne nikt nie przewidział opcji, w której Londyn miał się cały zająć ogniem. Na pewno sporo osób nie przeżyje tej nocy, na pewno wielu straci życia. Nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Ona jednak miała mieć szczęście, już na samym początku przecież jej się poszczęściło, ktoś zainteresował się jej losem. Czuła, że dzisiaj nie umrze. Uniosła w końcu głowę, nie mogła się ciągle mazać. Może po raz kolejny będzie w stanie coś zaobserwować, zwróci uwagę na jakieś szczegóły, może uda jej się zapamiętać coś istotnego i wrócić tutaj ze swoimi współpracownikami. Wiedziała, że nie będą siedzieć w kostnicy, w tę noc będą musieli znaleźć się znowu w tym chaosie. Może i wolałaby tego nie robić, ale czuła, że jej to nie ominie. Musiała wykonywać rozkazy, co nie zawsze jej się podobało, taka już była rola szeregowego urzędnika. W pewnej chwili zawiesiła spojrzenie na znajomej twarzy, czy na pewno była znajoma? Mrugnęła, jakby chciała przetrawić ten obraz, dostrzegła uniesioną rękę - tak dobrze jej się wydawało. Dobrze było dostrzec, że przyjaciel jej brata żył. Właściwie z czasem stał się dosyć bliski i jej, no, na tyle bliski na ile była w stanie kogokolwiek do siebie dopuścić. Nie lubiła się spoufalać, ale wiadomo, że wspólne zainteresowania potrafiły zbudować całkiem bliską relację, może raczej z tych bardziej oficjalnych, ale nie dało się ukryć, że poznali się nieco przez te kilka ostatnich lat. Zmieniła nieco swoją opinię zbudowaną na jego temat w Hogwarcie, kiedy to raczej nie darzyła sympatią nikogo z grona swojego bliźniaka. Zabawne, że nawet w tej chwili o tym pomyślała. Od razu również zaczęła się zastanawiać nad tym, gdzie właściwie był Elias, czy był teraz bezpieczny, czy jeszcze go spotka? Powinien sobie poradzić, był nieco bardziej przystosowany do spontanicznego działania od niej, reagował szybciej. Na pewno nie pozwoli sobie zrobić krzywdy, musiała w to uwierzyć. Na pewno jakoś uda mu się uciec z tego piekła. Nie miała jednak zbyt wiele czasu na to, aby się nad tym zastanawiać, bo do jej uszu dobiegł huk. Ponownie. Znowu odruchowo skuliła się na plecach mężczyzny, starając się schować od tych drobnych, szklanych odłamków, które sypały się z nieba jak popiół. Skutecznie przerwało to jej proces myślowy, w którym zaczęła się zagłębiać. Wtedy też zgubiła gdzieś tę znajomą sylwetkę w tłumie, zniknęła tak szybko jak się pojawiła, pozostawało wierzyć w to, że Ambroise sobie poradzić, tak właściwie nie musiała nawet jakoś specjalnie w to wierzyć, wiedziała, że kto jak kto, ale on na pewno znajdzie drogę ucieczki. RE: [08.09.1972] And there are many paths to tread || Ambroise, Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 09.04.2025 Miasto płonęło. Droga przez ulice Londynu była niczym koszmar, z którego nie dało się obudzić. Wszystkie drogi prowadzące w każdym możliwym kierunku były pełne ludzi, którzy walczyli o przetrwanie. Każdy krok stawiałem ostrożnie, zdając sobie sprawę, że w każdej chwili mogę potknąć się o kogoś lub coś. Niebo nad nami było czarne jak smoła, a popiół opadał w dół, wirując w powietrzu, jak brudny śnieg, i zasypując świat dookoła. Tam, gdzie nie sięgały płomienie, wszystko było pokryte szarą warstwą. Zacisnąłem ręce na kolanach nieznajomej, czując, jak jej ciało drży. Jej oddech był krótki i nieregularny. Mój - ciężki i urywany, charczący, ale miarowy. Wiedziałem, że powinienem uciekać, szukać bezpiecznego miejsca, najlepiej dołączyć do rodziny Corneliusa w domu w lesie, ale obiecałem kobiecie, że ją odprowadzę. Jak na ironię - do kostnicy w Ministerstwie Magii, jej bezpiecznego miejsca. Nie wiedziałem, dlaczego się na to zdecydowałem. Może to była instynktowna chęć pomocy, a może coś znacznie głębszego, co zrodziło się w moim wnętrzu pod wpływem okoliczności. Nie potrafiłem wyzbyć się uczucia, że to, co robię, jest nie tylko aktem odwagi, ale także jakimś irracjonalnym obowiązkiem. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w tym momencie nie byliśmy tylko dwiema przypadkowymi osobami w tłumie. Byliśmy czymś więcej - sojusznikami w walce o przetrwanie. W chwilach takich jak ta, umysł staje się jakby odcięty od rzeczywistości, a jednocześnie skupiony na otoczeniu. Nie myślałem o sobie, o swoim bezpieczeństwie. Moje oczy były wbite w tłum, szukały drogi, ścieżki, która mogłaby zaprowadzić nas do miejsca, które brunetka nazywała bezpiecznym. W moim sercu tliła się wątpliwość co do tego, co tak naprawdę oznacza to „bezpieczne“ w obliczu takiego piekła, ale nie miałem czasu na analizowanie słuszności jej osądu. Musiałem iść naprzód, szukać drogi wśród plątaniny ciał i płomieni. Ulice Londynu, które kiedyś znałem jak własną kieszeń, teraz były chaotycznym labiryntem paniki i ognia, który tańczył wokół, rzucając przerażające cienie na twarze zdesperowanych ludzi. Niektórzy z nich byli ranni, inni w szoku - ciała zderzały się ze sobą, czarodzieje pchali się nawzajem, krzycząc i walcząc o przestrzeń, a ja próbowałem odnaleźć między nimi ścieżkę, która prowadziłaby nas do celu. W pewnym momencie usłyszałem krzyk, który nagle gwałtownie ucichł - ktoś w tłumie upadł, inni go zadeptali. Sytuacja wydawała się coraz bardziej niebezpieczna - to miejsce, które kiedyś było pełne życia, teraz stało się jednym wielkim grobem. Niebo było ciemne od nisko wiszących chmur, a powietrze gęste od popiołu i dymu - coraz trudniej było coś zobaczyć. W takim momencie nawet najmniejszy błąd mógł kosztować życie. Kobieta na moich plecach była cicha, ale czułem, że trzymała się mocno, nie chcąc dać za wygraną. Ceniłem to bardziej niż zamierzałem mówić - szczególnie, że niemal całkowicie wysiadło mi gardło i każde zbędne słowo było... No, właśnie - zbędne. Oszczędzałem siły na moment, w którym musiałbym ją przed czymś ostrzec, ale, całe szczęście, on nie nadchodził. Szliśmy dalej, nie zatrzymywaliśmy się. Dookoła słychać było wybuchy, a płomienie wznosiły się w niebo wokół nas, podsycane wiatrem, który przynosił ze sobą zapach dymu i spalenizny - to było niczym surrealistyczny spektakl, w którym ciemność nocy splatała się z jasnością pożaru. Byliśmy w centrum chaosu, otoczeni spanikowanym tłumem, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieprzewidywalny. Krok za krokiem przedzierałem się przez tłum, który zdawał się nie mieć końca. Czułem, jak moje nogi zaczynają się męczyć, ale nie mogłem się zatrzymać. Popiół unosił się w powietrzu, a duszący dym drażnił moje gardło, wdzierając się w płuca z każdym oddechem. Szedłem przed siebie, przeszukując wzrokiem zgliszcza, które kiedyś były znane, ale teraz stanowiły jedynie płonące ruiny. Patrzyłem na twarze w tłumie, szukając znajomych, jednak wszyscy byli obcy. Było po zmierzchu - nie wiedziałem, ile minęło, odkąd ruszyliśmy w drogę, ale niewiele wskazywało na to, że jeszcze kiedykolwiek nastanie dzień. Ogniste języki tańczyły w popękanych szczelinach budynków, dźwięk krzyków i paniki wypełniał przestrzeń, tworząc symfonię chaosu. Ulice były pokryte popiołem, który zasypywał każdy zakątek. W pewnym momencie prawie zderzyłem się z człowiekiem, który biegł w przeciwnym kierunku. Nasze spojrzenia się spotkały, a w jego oczach dostrzegłem zwierzęcą desperację. Nagle z boku dobiegł mnie gromki śmiech, na którego dźwięk poczułem, jak przeszywa mnie dreszcz. To były odgłosy ludzi, którzy czerpali przyjemność z całego tego chaosu. Niektórzy próbowali wykorzystać tragedię do swoich własnych celów - dla własnej zabawy i satysfakcji. Gdzieś w oddali rozległ się wybuch, a ziemia zadrżała pod moimi stopami. Ludzie wokół mnie zaczęli krzyczeć jeszcze mocniej, niektórzy przewracali się nawzajem, inni zamierali w miejscu, rozglądając się dookoła - starali się znaleźć bezpieczne miejsce tam, gdzie już go nie było. Wszystko stało w ogniu, nic nie było już bezpieczne. Nie mogliśmy się zatrzymywać i myśleć o tym, co to oznaczało. Dlatego tego nie zrobiłem - przedzierałem się przez tłum, czując, jak chaos narasta, ale starając się nie być jego częścią. Kostnica w Ministerstwie Magii. Obiecałem kobiecie na moich plecach, że doprowadzę ją tam, gdzie będzie bezpieczna, i mimo wszystkich przeszkód, zamierzałem dotrzymać swojej obietnicy. Nie miałem pojęcia, dlaczego zdecydowałem się jej pomóc, ale to uczucie, że nasze losy się splatają, było zbyt silne, by je zignorować. Moje ramiona były już zmęczone, ale nie mogłem się poddać - musiałem iść dalej. Zacisnąłem zęby i jeszcze szybszym krokiem ruszyłem naprzód, wciągając powietrze, które było przesycone dymem. Moje nogi działały automatycznie, stawiając pewne kroki wśród rozszalałego tłumu. Ciemność nocy wydawała się jeszcze bardziej przytłaczająca w obliczu tej nienaturalnej jasności, jaka emanowała z pożaru, który zniszczył już wiele. Nie wiedziałem, dlaczego zaproponowałem towarzyszce, by się do mnie przytulała, jakby nie wystarczyło to, że mnie obejmowała. To było dziwne, bo nigdy nie pozwalałem nikomu być tak blisko siebie - szczególnie w pozycji, w której nie widziałem twarzy tej osoby. To była intuicja, która podpowiadała mi, że w tej sytuacji to jedyne, co mogę zrobić, by pomóc jej poczuć się bezpieczniej. Pozwoliłem jej się na sobie uwiesić, co w normalnych okolicznościach byłoby dla mnie nie do pomyślenia. Tak bliskie fizyczne połączenie z kimś, kogo ledwie znałem, wydawało się dziwne, ale w obliczu tego szaleństwa, było jednocześnie nienaturalnie naturalne. Przypomniałem sobie, jak łatwo było mi kiedyś ufać - no, w porównaniu do teraz, bo już wtedy byłem nieufnym dzieciakiem, który przede wszystkim udawał lekkoducha - i jak postrzegałem świat. Kiedyś byłem inny, teraz, w tym piekle na ziemi, nie mogłem nie pomyśleć o tym, co się stało z moim życiem, z moimi marzeniami - poszły w pizdu. Roztrzaskały się o szklany sufit, albo o niewidoczną ścianę w miejscu, w którym powinno być wyjście z tunelu. Niezależnie od tego, co to było - prawda jest taka, że normalnych okolicznościach nie odsłoniłbym pleców, ani nie pozwoliłbym nikomu trzymać mnie w pobliżu karku, a już na pewno nie dawałbym się przytulać, ale to była inna sytuacja - inny świat, inny porządek rzeczy. Mimo, że nie lubiłem, gdy ktoś dotykał moich słabych punktów - cios w potylicę i po mnie - to w tej chwili wszystko wydawało się inne. Trzymałem zupełnie mi obcą osobę za kolana, co wydawało się najwygodniejszym rozwiązaniem, lecz co chwilę musiałem poprawiać chwyt, aby upewnić się, że nie zsuwa się z moich pleców. Ruchy te stały się dla mnie automatyczne, niemal instynktowne. Czułem, że gdybym ją teraz upuścił, pewnie dotarłaby do kostnicy, ale nie tak, jak chciała. W pewnym momencie lekko ją podniosłem, czując, jak jej ciało mocniej przylega do moich pleców, a ona sama zmienia pozycję, by lepiej mnie objąć. Dobrze - najwidoczniej potrafiliśmy współpracować bez słów. Gdybym pozwolił jej za mocno się zsunąć albo ona sama za bardzo by się osunęła, to nie tylko złamałbym dane słowo, ale także skazałbym ją na śmierć. Obiecałem jej, że ją odprowadzę, że pomożemy sobie nawzajem - lizak za przysługę, chociaż nie rozumiałem, dlaczego w ogóle to zrobiłem. W powietrzu unosił się duszący zapach spalenizny, a ogień tańczył na ruinach budynków, oświetlając chaos, który zapanował na ulicach. Czułem, jak popiół osiada na mojej odsłoniętej skórze, ale jednocześnie wdziera się też pod chustę z niedostatecznie nieprzepuszczalnego materiału, próbując odebrać mi oddech. Zupełnie tak, jakby nie wystarczył do tego widok rozpościerający się przed moimi zaczerwienionymi i załzawionymi oczami - zgliszcza, które kiedyś były domami, teraz stawały się tylko ruinami. Z każdą chwilą ogień pochłaniał kolejne fragmenty przeszłości. Mijałem płonące szkielety budynków, które kiedyś były mieszkaniami, sklepami, miejscami, gdzie ludzie żyli i marzyli. Patrzyłem na nie, idąc szybkim krokiem aż do momentu, kiedy mój wzrok przykuła jedna z tych ruin - dawno temu mieściła się tam pasmanteria, którą kiedyś znałem. Pamiętałem ten sklep doskonale - jego jasną elewację, kolorowe materiały ułożone wewnątrz na półkach, zapach świeżej kawy, dźwięki ciętych tkanin i uśmiech starszej właścicielki, która zawsze stała za ladą. Staruszka, która prowadziła sklep, zawsze miała dla mnie uśmiech i ciepłe słowo. To tam kupiłem wstążkę do bukietu dla dziewczyny, z którą impulsywnie się ożeniłem. W moim umyśle kłębiły się obrazy przeszłości, wspomnienia wspólnych chwil, które nie miały prawa się skończyć w taki sposób. Pamiętałem tamten chłodny dzień. Jej szaro-niebieskie oczy wpatrzone w moje, wiatr rozwiewający jej włosy w kolorze piaskowego blondu. Tamten dzień był zimny, lecz w sercu czułem ciepło. Perłowo-biała wstążka, która jednak nie trafiła do bukietu - akt buntu i sprzeciwu ze strony wiadomej osoby mającej załatwić kwiaty - ozdobiła włosy Alice. Londyn wydawał się nagle przyjazny i pełen obietnic. Świat był pełen kolorów, a my wierzyliśmy, że możemy osiągnąć wszystko. Wspomnienie tamtego rześkiego wiatru było dalekie, jakby miało miejsce w innym życiu. Wspomnienia wróciły do mnie jak fala, a obrazy przeszłości zderzyły się z brutalnym tu i teraz. Poczułem, jak ból i tęsknota wracają razem z nimi, ale te wszystkie sceny, pełne koloru i radości, rozmyły się pod wpływem spotkania z rzeczywistością, w której przyszło mi żyć. Stopiły się, jak podpalona klisza filmu i chociaż coś we mnie chciałoby je uratować, to jednak chaos wokół nas nie pozwalał na dłuższe zatrzymywanie się w przeszłości. Teraz to, co pozostało po tym miejscu, to były zgliszcza, popiół i płomienie - sterta gruzu i cegieł, i nic więcej. Prawie nie zauważyłem, że zatrzymałem się na chwilę, przypominając sobie tamten moment, ale zaraz potem obudziłem się z zamyślenia, gdy usłyszałem imię mojego przyjaciela, które padło z ust kobiety, którą niosłem. Serce zabiło mi mocniej, a wzrok automatycznie powędrował w tłum. W morzu twarzy, w mroku i ogniu, usiłowałem dostrzec kogoś, kogo znałem - bezskutecznie. Przez dym trudno było cokolwiek dostrzec, szczególnie, że w moich myślach w dalszym ciągu kłębiły się natrętne obrazy z przeszłości, które były tam, chociaż jednocześnie wydawały się coraz bardziej nierealne w momencie takim, jak ten. Te wspomnienia wydawały się tak odległe - zupełnie abstrakcyjne w porównaniu z tym, co teraz przeżywałem. Próbowałem je wypierać, ale co chwila coś mi o nich przypominało - jakiś budynek, uliczka, kawałek muralu na ścianie. Myślałem o tym, mimo, że to nie była właściwa chwila i wiedziałem, że powinienem coś z tym zrobić... „Zamiast być wsparciem, Aloysius, jesteś jak kamień u szyi, który ciągnie mnie w dół.” „Ciekawe, ile jeszcze będziesz próbował udowodnić, że jesteś kimś, kim nigdy nie byłeś.” „Czasami zastanawiam się, czy twoja ambicja to naprawdę pasja, czy po prostu chęć samounicestwienia.” „Nie wiem, co gorsze - twoje milczenie, czy to, co mówisz, Louis.” „Czyżbyś w końcu zdał sobie sprawę, że nie masz nic wartościowego do powiedzenia?” „Przy tobie czuję się jak w pułapce - twoja obecność jest bardziej przeszkodą niż pomocą.” „Zawsze myślałeś tylko o sobie, Lou, więc nie wiem, dlaczego teraz udajesz, że zależy ci na kimkolwiek innym.” „Czyżbyś znowu nie miał nic do powiedzenia? Nic nowego, Lou.” „Mogłam być szczęśliwa, ale czekałam, aż w końcu zrozumiesz, że nie jesteś nieśmiertelny.” „Ciesz się, że nie musisz już udawać, że wszystko, co robiłeś, miało sens.” „Nigdy nie sądziłam, że ulga, jaką poczuję po odejściu, będzie tak intensywna.” „Ciekawe, że najpierw nie umiałeś zamknąć ust, a teraz nie potrafisz ich otworzyć.” Więc zrobiłem... „Kocham cię za to, kim jesteś, i za to, co razem tworzymy.” „Pamiętasz, jak myślałeś, że jesteś niezastąpiony? Cóż, znalazłam kogoś, kto nie wymaga ciągłego ratowania.” „Zawsze będę przy tobie, bez względu na wszystko, niezależnie od okoliczności.” „Nie mogę już dłużej stać z boku i patrzeć, jak sabotujesz własne życie. Nie jestem twoją pielęgniarką.” Nie mogłem myśleć o tym, co się stało, ani o tym, co może się wydarzyć. Liczyło się tylko to, co było teraz. To, że byłem tutaj, niosąc obcą mi osobę na plecach, chyba udowadniając, a może udając, że wciąż miałem w sobie odrobinę człowieczeństwa. Zgubiłem wiele tych pożądanych cech charakteru w ciągu ostatnich lat, ale nie mogłem pozwolić, by to była jedna z nich. Wciąż chciałem być ludzkim człowiekiem. W dodatku chyba nie zawsze byłem tylko „nabzdyczonym egoistą” - a przynajmniej nie dziś. To była dziwna konkluzja i nie wiedziałem, co powinienem o niej myśleć. Tak samo, jak o mojej nowej znajomej, której wciąż nie znałem z imienia. Jej obecność na moich plecach wydawała się paradoksalna w tym momencie. Czułem, że nasze losy splatają się w dziwny sposób. Znałem ją, mimo, że do tego tygodnia nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Zacisnąłem zęby, starając się nie stracić równowagi w tym szaleństwie. Patrzyłem dookoła siebie, mając nadzieję, że kobieta miała rację z tą kostnicą i zamiast w pułapkę, do której zmierzało pół miasta, uda nam się utorować drogę do bezpieczeństwa - przynajmniej dla niej, ja nie miałem zamiaru wchodzić do gmachu ministerstwa. Próbując utrzymać równowagę na nogach, z całych sił zacisnąłem ramiona wokół nieznajomej, którą niosłem na barana. Ciemne niebo kontrastowało z blaskiem płomieni, które tańczyły w powietrzu, rzucając niepokojące cienie na twarze ludzi, którzy w panice próbowali znaleźć ratunek. Szukałem wzrokiem znajomej sylwetki, a gdy ją wreszcie dostrzegłem, naprędce poprawiłem sobie na plecach kobietę, którą niosłem na barana. Chwyciłem mocniej nieznajomą jednym ramieniem - drugą ręką uniosłem wysoko, starając się przyciągnąć uwagę przyjaciela. Nie wiedziałem, czy mnie zauważył, bo w tym momencie znów coś wybuchło, kawałki szkła kolejny raz poleciały w powietrzu. Wybuch, który rozdarł powietrze, sprawił, że ziemia zadrżała, a dookoła nas rozległ się jeszcze głośniejszy, zbiorowy krzyk paniki. Mocniej złapałem kobietę obiema rękami, starając się nie dać się zepchnąć przez falę przerażonych ludzi. - Poladzą sobie! - Rzuciłem głośno, nie do końca pewny, czy moje słowa dotarły do kobiety w tym chaosie. Z każdym krokiem musiałem mocniej trzymać ją przy sobie, by nie dać się przewrócić przez szalejący tłum. Ruszyłem naprzód, przez mrowie ludzi, w stronę rzekomego bezpieczeństwa, nie mając innego wyboru. Nieważne, gdzie zniknął mój przyjaciel - wiedziałem, że sobie poradzi, teraz liczyło się tylko to, byśmy przetrwali. Przesuwałem się wśród ciał, nie zatrzymując się ani na chwilę. W mojej głowie na nowo zagościł już tylko jeden cel - wydostać się z tego piekła, nie patrząc wstecz. Nie mogłem się zatrzymać, nie mogłem się cofnąć. Koniec sesji
|