![]() |
|
[08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine (/showthread.php?tid=4715) |
[08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.04.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II 08.09.1972, Aleja Horyzontalna
Ogień nadal rozprzestrzeniał się po okolicy. Nie wydawało się, aby to miało się szybko zakończyć. Na niebie widać było łunę światła, która unosiła się nad Londynem. Dym nadal nie opadał, unosił się w powietrzu niczym mgła. Popiół nie przestawał sypać się z nieba. Aura która panowała wokół nich przypominała taką kojarzącą się z końcem świata. Tłum ludzi nadal przepychał się przez główną ulicę, każdy chciał znaleźć się w bezpiecznym miejscu, tylko, czy gdziekolwiek faktycznie było bezpiecznie? Wydawało się, że całe miasto zajęło się ogniem. Pozostawało szukać przystani gdzieś poza nim. Najwyżej wrócą na zgliszcza, czy faktycznie Londyn miał zostać spalony do ostatniej kamienicy? Aktualnie nie znała odpowiedzi na to pytanie, wszystko wokół wydawało się o tym świadczyć. Znaleźli się w końcu w miejscu, w którym powinni. Tuż przed kamienicą w której mieszkali Ambroise i jego przyjaciele. Mogli więc sprawdzić, czy ich bliscy byli bezpieczni. Astaroth był z nimi, dzięki czemu już niedługo Yaxleyówna mogła mieć pewność, że wszyscy na których jej zależy opuszczą miasto. To było najważniejsze, musieli stąd jak najszybciej spieprzać. Powinnością wydawało się być sprawdzenie tego, czy ich chrześniak jest bezpieczny. Wiedziała, że Cornelius nie pozwoliłby na to, aby stała mu się krzywda, jednak nie mogli tego odpuścić. Musieli to sprawdzić. Wiedziała, że czeka ich pogawędka o tym, co stało się po drodze. Ona i Astaroth, cóż zachowali się całkiem naturalnie dla siebie, co na pewno nie obejdzie się bez komentarza Roisa, jednak tym będzie się martwić później. Miała jedynie nadzieję, że nie zawiodła go tak bardzo postępując instynktownie, najwyraźniej nigdy nie miała się pozbyć tych swoich odruchów. Udało im się umknąć przed mężczyznami, którym nie do końca spodobało się to, że próbowali odwrócić ich uwagę. Na szczęście każde z nich było zwinne, bez mniejszego problemu więc opuścili ich pole widzenia, dotarli w końcu do kamienicy, w której mogli być ich najbliżsi. Gdy znalazła się przed drzwiami odwróciła się jeszcze, aby skontorlować, że faktycznie Ambroise i Astaroth są tutaj z nią. Nie mogłaby sobie wybaczyć, gdyby zgubiła któregoś z nich w tłumie. Wyciągnęła dłoń w stronę Ambroisa, zupełnie bez słowa, chciała, aby razem weszli do środka. Musieli sprawdzić, czy faktycznie wszystko było w porządku. - To tutaj. - Rzuciła jeszcze w stronę brata, chociaż pewnie zdołał się już tego domyślić, bo nie bez powodu zatrzymywała się akurat przed tym budynkiem. - Chyba możemy wejść do środka, nie wygląda jakby miała się zaraz zawalić. - Płomienie może i pojawiły się również przy tym budynku, chyba jednak nie zdążyły go jeszcze całego pochłonąć, to oznaczało, że mieli czas, aby skontrolować sytuację. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.04.2025 Pożar ogarnął dosłownie cały Londyn. Trawił wszystko dookoła, wyłącznie przybierając na sile. Ambroise mógł mieć chustę osłaniającą dolną połówkę twarzy (mocno zawiązaną, w przeciwieństwie do tamtej na gębie jednego z agresorów), ale noc dookoła była na tyle jasna, że Geraldine z pewnością mogła wyłapać jego spojrzenie, gdy wyciągnęła ku niemu rękę. Zaś ono w dalszym ciągu było ostre i nieprzejednane. Był zły. Poirytowany, podkurwiony, tak bardzo zawiedziony jak tylko mógł być. Jeszcze tego dnia rano oboje doszli do porozumienia. Później nieoczekiwanie, ale wyjątkowo skutecznie przedyskutowali ze sobą całkiem spory kawałek wspólnych problemów. Mieli naprawdę dobry dzień. Jeden z takich, które w przeciągu ostatnich dwóch lat nie zdarzyły się ot tak. Nie było to coś częstego. Naprawdę był zadowolony i szczęśliwy. Dopóki nie przestał taki być. Na skali irytacji, jaką dziewczyna z pewnością stworzyła sobie przez ich wspólne lata życia, mieścił się mniej więcej na szóstej kropce z dziesięciu. I w żadnym wypadku nie zamierzał ukrywać prawdy odnośnie tego jak bardzo jest zły o to, co się stało. Nawet jeśli rzadko kiedy w swojej irytacji dochodził do ósmego czy dziewiątego poziomu, a dziesiąty praktycznie w ogóle mu się nie zdarzał. Nawet jeśli bez wątpienia bywał już znacznie bardziej wkurwiony. Nawet jeśli nie zamierzał rozmawiać w tej chwili o tych dwóch wydarzeniach, jakie miały miejsce zaledwie w przeciągu niespełna godziny, bo to nie była odpowiednia pora. Wciąż mógł emanować irytacją. Typowym dla siebie żarliwym chłodem, który w obliczu szalejącego żywiołu mógł zdawać się jeszcze bardziej lodowaty i oceniający. To, że Ambroise jednocześnie nie powiedział ani słowa, odkąd opuścili tamten fragment ulicy, wyłącznie podkreślało jego podminowanie. Nigdy nie był kimś, kto otwierał gębę, gdy nie miał takiej potrzeby, ale całkowity brak komentarza z jego strony mógł wydawać się dosyć wymowny, nawet jak na niego. Nie zamierzał nic mówić. Tak po prawdzie, praktycznie nie czuł się w stanie. Uciekanie przez zatłoczoną ulicę po nawdychaniu się kłębów dymu nie było dla niego łatwe. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, ale to nie zmieniało faktu, że wobec zawodowej łowczyni i wampira był najsłabszym ogniwem. Co kurewsko mu się nie podobało, bo w tym momencie miał tego pełną świadomość. Cholera wie, ile czasu szedł bocznymi alejkami, wdychając pył, dym i opary bijące od płonących przedmiotów. Trzymał się z Yaxleyówną, której oddał swój szalik, nie mając możliwości zatrzymania się i zasłonięcia sobie twarzy golfem, dopóki nie znaleźli się we względnie spokojnym miejscu. Później znowu pchali się przez tłum, pokonywali schody po kilka stopni na raz, na szybko zgarniali konieczne przedmioty. Dźwigał torbę medyczną, uskakiwał przed klątwami, ponownie kolejny raz przeciskał się przez mrowie ludzi, uciekał przed agresorami... ...a miał kurwa trzydzieści trzy lata, nie siedemnaście. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, być w dosłownie najlepszej formie w swoim życiu, jeśli chodzi o stan fizyczny, ale nie mógł konkurować z kimś, kto żyje z pracy mięśniami. Z kimś, kto z tego nie żyje też nie. Nie zamierzał o tym mówić, ale czuł się zmęczony. Raz za razem tłumił kaszel, starając się nie sapać. Przynajmniej nie dosłownie, bo emocjonalnie jak najbardziej się sapał. Tyle tylko, że milczał, polegając na wrażeniu irytacji. Bez słowa chwycił dłoń dziewczyny, lekko ją przy tym ściskając zanim przeszedł do otwierania ciężkich drewnianych drzwi, które jeszcze jakimś cudem pozostały względnie nietknięte. Na pierwszy rzut oka kamienica stała jeszcze całkiem stabilnie. Elewacja była osmolona, ale nie wyglądało na to, żeby budynek ucierpiał na tyle mocno, że mógł w każdej chwili runąć. Wręcz przeciwnie: był jednym z najmniej zniszczonych w okolicy. Analiza sytuacji w głębszym stopniu nie była jednak tym po co tu przyszli, więc Roise nie zamierzał stać na zewnątrz, wpatrując się w miejsce, w którym mieszkał przez ostatnie półtora roku. Jasne, łączył z nim na tyle dużo przyjemnych wspomnień, że patrzenie na to, co się dzieje w pewnym stopniu go bolało, ale nie mieli już żadnych cennych sekund do zmarnowania. Mimo wszystko, mógł być skrajnie rozstrojony I podminowany, ale pchając drzwi na klatkę schodową, zrobił przy tym instynktowny krok w bok, przepuszczając Yaxleyównę przed nim. Astaroth musiał mu to wybaczyć albo i nie, bo dzieciak też miał swoje humory, z którymi Ambroise nie czuł potrzeby walczyć, bo w dalszym ciągu trzymając rękę Geraldine, nie mógł zaczekać aż Yaxley wejdzie jako drugi. Zrobił za nią krok na zadziwiająco chłodny korytarz, wolną ręką przytrzymując drzwi. Nie puścił ich prosto w mordę Dobrego Obywatela™, nawet jeśli miał na to ochotę, zamiast tego bez dalszych rozmów ruszył w kierunku pierwszych drzwi, nawalając w nie pięścią, zanim nie zdecydował, że prawdopodobnie obudziłby tym umarłego nie, nie chciał tak myśleć i mógł tylko iść dalej. Na górę po schodach. Mieli zadanie do wykonania. W końcu byli bohaterami. Mhm. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 15.04.2025 Adrenalina powinna huczeć w moich żyłach, ale jej nie było. Zamiast niej rozlewała się we mnie dziwna pustka, tak głęboka, że byłem niemal pewien, iż nic nie jest w stanie jej wypełnić. Nic... oprócz ciepłej krwi, o której z kolei nie chciałem myśleć. A skoro tak, to naprawdę NIC nie mogło jej zapełnić. Obserwowałem Geraldine i Ambroise’a, którzy wciąż guzdrali się przy wejściu do kamienicy. Powinniśmy już dawno stąd zniknąć, uciekać z Londynu tak szybko, jak się dało. Myśli same uciekały ku Snowdonii i powrotowi do rodziców... przynajmniej na jakiś czas. Nie spieszyło mi się, ale to była w tej chwili moja jedyna ewentualność. Przynajmniej znałem tam zapach powietrza, nie duszącego dymu. Jednocześnie nie spuszczałem wzroku z Ambroise’a. Po tym wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, nie miałem pojęcia, co o nim sądzić. Przez długi czas widziałem w nim przykładnego obywatela, wykształconego medyka, który zawsze starał się pomagać. Idealny kandydat na zaufanego towarzysza. Jakże łatwo było się pomylić. To wszystko okazało się maską – ładną, drogą, idealnie dopasowaną do potrzeb prywatnej klienteli i bogatych Yaxleyów. A to, co skrywało się pod nią... było znacznie bardziej złożone. I niepokojące. Potrafił walczyć, kłamać, znał zakazane rejony Londynu aż nazbyt dobrze i – co najgorsze – znów kręcił się blisko Geraldine. Za blisko. Chciałem wierzyć, że może to dobry krok dla niej, jakaś odskocznia od tego całego pijano-romansowego trybu życia, ale coraz bardziej wyglądało to na wymianę jednej katastrofy na drugą. Pytanie brzmiało, kiedy poczuje pierwsze krople tej nowej burzy na własnej skórze? I czy wtedy ktoś będzie obok niej, by wyciągnąć rękę...? Bo wątpiłem, by trzymała mnie wystarczająco blisko, abym mógł ją chronić albo pomóc jej wrócić do siebie. Nie chciała mnie wtajemniczać w swoje sprawy. – Nie lepiej wyważyć drzwi...? – rzuciłem. Sam przecież nie raz waliłem w drzwi i krzyczałem w naszej kamienicy, ale to było, miałem wrażenie, całe wieki temu. Teraz mogło być zupełnie inaczej. Może za tymi drzwiami leżeli nieprzytomni czarodzieje...? A może to w ogóle nie były te drzwi, bo zaraz potem ruszyli dalej...? Ostatecznie postanowiłem trzymać się z tyłu. Miałem na oku nasze plecy, ale też Ambroise’a. Nie ufałem mu. Ani trochę. Nie zapominajmy, że dziś rozdziewiczył albo też chciał rozdziewiczyć nasz kuchenny blat. Bleh. Aż zrobiło mi się niedobrze na tę myśl. Może to jednak dobrze, że Londyn płonął? – Róbcie swoje – mruknąłem, nie kryjąc niechęci. Ambroise pewnie i tak wciąż gromił wzrokiem. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.04.2025 Potrafiła odczytać to spojrzenie i nie świadczyło ono o niczym dobrym. Wiedziała, że szybko mu nie przejdzie. Cóż, naprawdę starała się zrozumieć punkt widzenia swojego chłopaka, ale nie do końca jej to wychodziło. To nie był pierwszy raz, gdy czekała ich dyskusja o czymś podobnym. Już to przerabiali, najwyraźniej jednak nadal mieli odmienne podejścia, naprawdę starała się patrzeć tylko na siebie, ale chyba nie do końca jej to wychodziło. Jej porywczość po raz kolejny się dzisiaj odezwała, zareagowała całkiem naturalnie, najpierw działała, później myślała. Tyle, że w tym przypadku nie przyniosło to ze sobą żadnych konsekwencji, powinien jej to wybaczyć, prawda? Nie byłaby sobą, gdyby zupełnie zignorowała to, co działo się wokół nich. Rano mieli wyjątkową zgodność, co do wszystkiego, o czym rozmawiali. Całkiem lekko im to przyszło, gorzej, że ledwie parę godzin później znowu pojawił się zgrzyt. Cóż, powinni do tego przywyknąć, prawda? Widziały gały co brały, czy coś. Nie byli w stanie przewidzieć, że ich błogi spokój tak diametralnie przestanie istnieć. Londyn zaczął pochłaniać chaos, a oni musieli się w nim jakoś odnaleźć. Wyznaczyć priorytety, zrobili to, tyle, że nie tak prosto było myśleć tylko o nich, kiedy widziało się cierpienie innych na własne oczy. Nie umiała być obojętna, musiał jej to wybaczyć (wiedziała, że to wcale nie będzie takie proste). Na szczęście mimo tych komplikacji, które pojawiły się na ich drodze udało im się jakoś dotrzeć do kamienicy, którą zamierzali teraz sprawdzić. Musieli się upewnić, że najbliżsi są bezpieczni, prawda? Nie, żeby nie potrafili sami o siebie zadbać, mimo wszystko czuła, że będą spokojniejsi, jeśli zobaczą to na własne oczy. Yaxleyówna również odczuwała lekkie zmęczenie, jednak z jej sprawnością, cóż, wiedziała, że wystarczy kilka głębszych oddechów i znowu będzie gotowa do drogi, nie ma się co oszukiwać. Sprawność fizyczna była dla niej wyjątkowo ważna, to od niej często zależało jej życie, lub nieżycie, więc naprawdę przywiązywała wagę do tego, aby jej ciało było w doskonałej formie. Przez to lato przykładała do tego jeszcze większą wagę, pracowała nad tym bardzo ciężko, wiedziała, że mało kto ma szansę jej dorównać. Nie pomyślała o tym, że Roise może złapać większą zadyszkę przez tempo narzucone przez nią i Rotha. Swoją drogą jej brat, cóż - pewnie też jakoś szczególnie tego nie odczuwał, nawet gdy nie był wampirem był w wyśmienitej formie. Yaxleyowie już tak mieli. Weszła do środka, po tym, jak Ambroise otworzył przed nią drzwi, nawet wkurwiony przywiązywał wagę do takich drobnostek. Czuła, że nie jest zadowolony z tego, co odjebali, zbyt długo milczał, ale jakoś przetrawią te jego humorki, prawda? - Chyba nie ma takiej potrzeby. - Odpowiedziała cicho bratu. Zdawała sobie sprawę, że w tej kamienicy mieszkają najbliżsi przyjaciele Ambroisa, swoją drogą uważała to za całkiem niezły pomysły. Kupić mieszkania w jednym miejscu, aby trzymać się blisko siebie. Sama mieszkała kilka domów obok Florence, dzięki czemu mogły utrzymywać dosyć częsty kontakt, mimo tego, że każda z nich raczej prowadziła zupełnie inne życia i raczej oczywiste byłoby, że prędzej, czy później ich relacja ulegnie osłabieniu. Tak się jednak nie stało, podejrzewała, że sporo wspólnego z tym miało to, że były sąsiadkami (no i że dosyć często potrzebowała pomocy medycznej, przez co lądowała w mieszkaniu przyjaciółki czasem i kilka razy w tygodniu). Geraldine ruszyła schodami w górę, by znaleźć się w końcu przed drzwiami Corneliusa. Jeszcze kilka dni temu przyjaciel wysłał im rachunki za nieco przez nich zniszczone podłogi, czy tapety, ciekawe kogo tym razem poprosi o rekompensatę po tych pożarach. Warto było poczekać, nie musiałby wzywać ekipy remontowej kolejny raz. Swoją drogą podejrzewała, że akurat on miał wykupione całkiem spore ubezpieczenie, jeśli ktoś z jej znajomych miał być w ten sposób przezorny, to na pewno był on. Zastukała w drzwi trzy razy dość głośno, czekając na jakąś odpowiedź. Miała nadzieję, że mieszkanie faktycznie będzie opuszczone i że Fabian nie będzie musiał być świadkiem tego chaosu panującego na zewnątrz. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.04.2025 Nie to, żeby nie zwrócił uwagi na nagłą zmianę w zachowaniu Astarotha. Po prostu miał to daleko gdzieś. Był okres, w którym naprawdę lubił tego małego gnojka. Czasy, kiedy wydawało mu się dosyć jasne, że darzą się czymś więcej niż tylko profesjonalną sympatią na linii uzdrowiciel-pacjent. Tym bardziej, gdy zaczął spotykać się z Geraldine i niemal od razu wszedł do rodziny. Z całym pakietem zalet i wad tej nowej pozycji, bo nie dało się ukryć, że pozostał wtedy dokładnie tym samym medykiem tylko darmowym i zaczepianym podczas niedzielnych obiadków. Przyjął ten stan rzeczy. Zaakceptował to, bo poniekąd od samego początku wiedział, że tak będzie. Zachowywał się za to znacznie luźniej, mniej ze wszech miar poprawnie. Gdyby zdawał sobie sprawę z tego, co wewnętrznie zarzuca mu najmłodszy Yaxley, najpewniej by go teraz wyśmiał. Podsumowałby to w dosyć prosty i jednoznaczny sposób: nigdy nie próbował czarować nikogo z Yaxleyów. Nie czuł takiej potrzeby. Nie był przy nich swoją całkowicie naturalną wersją, ale tylko dlatego, że po prawdzie nie był nią nigdy, gdy znajdował się poza domem. I to tym tworzonym z jego dziewczyną, bo w rodowym także przybierał adekwatne maski. Takie a nie inne wychowanie nie pozwalało mu zachowywać się niepoważnie. Pokazywać się od miękkiej, niemęskiej strony. Szybko przyjął na siebie odpowiedzialność związaną z byciem jedynym mężczyzną na stałe przebywającym w domu Greengrassów. Później z wykonywanym zawodem. Wpierw oficjalnym, następnie także tym drugim. Nie mógł być miękki. Zawsze brać wszystkich pod uwagę. Okazywać empatii wobec każdego w każdym możliwym momencie. Musiał rozgraniczać od siebie różne przypadki. Dokonywać oceny sytuacji. Priorytetyzować. Gdyby robił to przez pryzmat dobroci serca, do niczego by nie doszedł. Prawdopodobnie załamałby się już na początkowym etapie kariery w Mungu, bo doskonale pamiętał swój pierwszy śmiertelny przypadek. Później drugi, trzeci, czwarty i czterdziesty piąty. Niezliczone rozmowy prowadzone z rodzinami. Czasem z umierającymi pacjentami. Przekazywane wieści. Do tego także ciemną stronę pracy czarnorynkowego pośrednika i rzeczoznawcy. Tam też nie należało kierować się tym, co słuszne. Znaczenie miało tylko to, co było rozsądne, logiczne i zgodne z założeniami. Później także to, co pozwalało mu wrócić w jednym kawałku do jego dziewczyny. Nie przynieść kłopotów do domu. Nie narażać nikogo ze swojego otoczenia. Oczywiście, że zakładał maski. Oczywiście, że był zarazem wyjątkowo przyjazną, jak i wzbudzającą antypatię personą - w zależności od tego, co chciał osiągnąć. Sam natomiast miał się za dosyć wypośrodkowanego. Nigdy nie uważał się za dobrego człowieka. Nie był przesadnie moralny. Podjęcie vendetty (jak to sugerował Roth w swoich planach wobec podpalaczy) nawet niekoniecznie zazgrzytałoby z przekonaniami Roisa. W swoim życiu zrobił to parokrotnie. Tyle tylko, że za każdym razem miał ku temu prywatne powody. Umotywowanie czymś, co faktycznie było skierowane przeciwko jego najbliższym albo niemu. Skupianie się na jednej z najpewniej wielu grup chuliganów, bo tak i dla zasady? To było skrajnie głupie. Wręcz debilne. Szczególnie, gdy mieli inny cel. Ważniejszy, bardziej logiczny, bliższy. Choć może nie Rothowi? No właśnie. W momencie, w którym brat Geraldine ciął mu plecy spojrzeniami (tak, Ambroise zdecydowanie to czuł; ponownie: miał na to wyjebane) i monologował wewnętrznie na temat najgorszych cech faceta siostry, tenże facet robił dokładnie to samo w stosunku do niego. Nie zamierzał ukrywać, że poczuł jeszcze większą antypatię do Astarotha. Dokładnie taką jak podczas ich pierwszego spotkania po półtora roku, nawet jeśli kolejne przebiegło znacznie lepiej. Ewidentnie Yaxley był jak chorągiewka na wietrze (bo on sam nie, oczywiście, że nie), tyle tylko, że dodatkowo z niszczycielskimi zapędami. Tymi, które nakazywały mu sugerować wyważanie drzwi ludzi w momencie, w którym nie było to konieczne. Zresztą to nawet nie były te drzwi. Nie to mieszkanie. Parter należał do kogoś innego z grupy, Ambroise po prostu skorzystał z okazji, by spróbować porozumieć się jeszcze z Eliasem. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, bez wahania podążył za Geraldine wyżej, pozostawiając jej pukanie. Bez reakcji. - Mam klucze u siebie - stwierdził wreszcie po niecałej minucie, może półtorej minuty czekania na odpowiedź. Zazwyczaj nie miałby najmniejszego problemu z tym, żeby po prostu zaczekać jeszcze przez kilka chwil. Brałby pod uwagę to, że skrzata domowego mogło nie być na miejscu. A jego przyjaciel mógł być pod prysznicem albo z kobietą, albo może nawet z kobietą pod prysznicem, nawet jeśli nie wydawało mu się to wielce prawdopodobne. Odczekałby kilka chwil a potem poszedłby do swojego mieszkania, żeby wrócić za jakiś czas. Tyle tylko, że to nie była taka sytuacja. W tym momencie liczył się czas, którego z wiadomych względów już praktycznie nie mieli. Powinni jak najszybciej zająć się wszystkimi sprawami, które spoczywały na ich barkach, po czym przejść do podejmowania dalszych kroków. Tych, o których jeszcze nie mieli sposobności porozmawiać. Na to także zabrakło im momentu oraz przestrzeni. Nie mogli tego robić pośrodku krzyczącego tłumu. Ani w mieszkaniu Yaxleyówny, skąd dosyć szybko wyrwali się dalej na poszukiwania Astarotha. Zaś później także nie mieli nawet kilku chwil, aby rozwinąć swoje plany. Teraz też nie uważał, by to był najlepszy czas. - Idę - stwierdził bez dłuższego wahania, puszczając rękę Yaxleyówny i ruszając w górę, jednocześnie posyłając Astarothowi spojrzenie. - Załomoczesz do reszty - nie, to nie było pytanie. To była konieczność reakcji a nie stania jak kołek upaćkany w ostrzegawczej czerwonej farbie. Mógł się na coś przydać, tak? Wyśmienicie. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 16.04.2025 Wzruszyłem ramionami. Niech robią, co chcą. Zresztą, od dawna już przestałem mieć złudzenia, że ktokolwiek naprawdę się słucha. Każdy tu grał na własnych zasadach, udając, że wszystko jest jeszcze pod kontrolą. Że istnieje jakiś plan. Że cokolwiek ma sens. My. Oni. Czy tylko ja. Chyba każdy z nas z osobna. Ja miałem swój plan. Wyłamię te drzwi bez wahania, jeśli tylko usłyszę coś niepokojącego – krzyk, szelest, jęk, cokolwiek. Nie zamierzałem przechodzić z krzywdami innych do porządku dziennego tak, jak robił to Ambroise. On już zdążył pokazać, że potrafi wzruszyć ramionami, nawet kiedy wokół wszystko się wali i tylko od niechcenia pomóc mi i Geraldine. Albo samej Geraldine. Może to kwestia doświadczenia, a może... jego granice po prostu leżą gdzieś indziej? Dużo dalej? Moje są bliżej. Wciąż. Jeszcze. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to tylko złudzenie? Doskonale pamiętałem siebie, to, jakim byłem, kiedy władzę nade mną przejmowało pragnienie. Podsumowanie: nikim dobrym. Nie robiłem tego jednak tylko po to, żeby odkupić swoje własne grzechy. Robiłem to, bo tak mnie wychowano. Wiem, jak to brzmi. Banalnie. Ale czasem właśnie te najprostsze rzeczy zostają z człowiekiem najdłużej. Mama nauczyła mnie, że jeśli coś można naprawić, trzeba przynajmniej spróbować. Że jeśli słyszysz, że ktoś woła o pomoc, to nie odwracasz się plecami, tylko reagujesz. I mimo tego, kim teraz jestem... Wciąż chcę wierzyć, że ona jest ze mnie dumna. Choć może tylko próbuję się tym łudzić, żeby nie oszaleć? Nic jednak się nie wydarzyło. Żadnego krzyku, żadnych dramatów. Cisza. Ciężka, nieprzyjemna, pełna napięcia. Ale jednak cisza. Więc ruszyłem za nimi po schodach. Geraldine przodem, Ambroise zaraz za nią. A ja na końcu. Jak cień. Jak ktoś, kto nie do końca wie, po co właściwie tu jest, ale skoro już się znalazł w tym miejscu, to nie ma odwrotu. W pewnym momencie Ambroise rzucił mi polecenie. Nic szczególnego, jakieś zwykłe wal w te drzwi. Normalnie odpyskowałbym. Może nawet dość szczeniacko, trochę dla zasady, trochę dla ulgi. Ale nie tym razem. Zdusiłem w sobie wszystko – złość, obawy o Geraldine, potrzebę postawienia się jemu i całemu temu układowi. Zrobiłem, co kazał. Dla dobra sprawy. Dla szybkości. Im szybciej skończymy, tym szybciej się stąd wydostaniemy. A może nawet szybciej się rozdzielimy. Może w końcu znikniemy sobie z oczu. Jakby nie patrzeć, to on czuł się najgorzej. Geraldine – tylko trochę lepiej. A ja? Też nie byłem w najlepszej formie. Dym, albo raczej pył, drażnił mi gardło i oczy. Coś chropawego osiadało w płucach. Nieprzyjemne uczucie. Ale chyba nie tylko o to chodziło. Było w nim coś niedobrego, coś czarnomagicznego, skoro ruszało nawet mnie. Obawiałem się, że mógł robić więcej szkód niż myśleliśmy. Co by było, gdyby osiadał też na myślach? Na sumieniu? Zasypywał wszystko tym swoim szarym, obojętnym kurzem, aż nie byłoby wiadomo, co naprawdę ważne, a co tylko się takim wydaje? Zastanawiałem się, czy ten pył nas kiedyś przykryje całkowicie. Czy zapomnimy, kim byliśmy przed tym wszystkim. Czy obudzimy się któregoś dnia i nie będzie już w nas niczego poza chłodem, funkcjonalnością, pustką? Ja już byłem blisko. Tak blisko, że czasem w dzień, jeśli w ogóle śpię, budzę się i przez chwilę nie pamiętam swojego imienia. Nie wiem, co mnie różni od tych, których pogrzebaliśmy pod ziemią. Patrzyłem na plecy Geraldine. Jej sylwetka, nadal dumna, choć wyraźnie zmęczona, przypominała mi czasy, gdy byłem jeszcze kimś. Gdy jeszcze pozwalała mi być blisko... a może po prostu tak mi się zdawało. Chyba całe życie byliśmy jak dwie planety, które kiedyś miały pozornie wspólną orbitę, ale tak naprawdę od zawsze dryfowały w przeciwnych kierunkach. Zdarza się, że się mijamy. Zdarza się, że na siebie spojrzymy. I tyle. A Ambroise? Nadal nie potrafiłem go rozgryźć. Wciąż nie wiedziałem, czy on naprawdę tak dobrze udaje, czy po prostu już dawno przestał udawać i stał się tym, kogo gra. Umiał wydawać rozkazy. Umiał wyglądać, jakby wszystko rozumiał. Ale ja wiedziałem, że pod tym chłodem coś się czai. I nie byłem pewien, czy chcę to odkrywać. Może lepiej nie wiedzieć... Tak jak o zdarzeniach, które miały miejsce na naszym kuchennym blacie? Chciałem stąd wyjść. Z kamienicy. Z Londynu. Z tej sytuacji. Z tego wszystkiego. Ale nie było jak. Nie było gdzie. Świat się kurczył, a powietrze gęstniało. I nawet jeśli dziś uda się przeżyć, to jutro znów trzeba będzie coś wybrać. Kogoś zostawić. Z czegoś zrezygnować. Może właśnie to było najgorsze w tym wszystkim – że nawet jeśli wygramy, to i tak zostaniemy przegrani. Ale póki co – robiłem, co do mnie należało. Posłusznie. Skutecznie. Bez słowa sprzeciwu. I to mnie przeraziło najbardziej. Byłem pusty. Byłem trupem. Zniknąłem im z oczu na jakiś czas. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.04.2025 Geraldine zdawała sobie sprawę z tego, że jej młodszy brat może aktualnie nie do końca darzyć Roisa sympatią. Zapewne było w tym nieco jej winy, bo przecież kiedy się rozeszli te półtora roku temu powiedziała mu co nieco na ten temat. Była wkurwiona, musiała podzielić się swoją frustracją, mogła nieco za bardzo wtedy wjeżdżać na swojego chłopaka. Cóż, powinien jej to wybaczyć, zresztą wypadałoby nieco na ten temat powiedzieć Astarothowi, żeby nie miał jej za skończoną idiotkę, skoro po tym wszystkim, co padło jej z ust postanowiła od tak, z dnia na dzień wrócić do tego, co mieli kiedyś. Miała swoje powody, oni mieli swoje powody, czego nie wiedział jej młodszy brat. To wszystko było nieco bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Miała świadomość tego, że Ambroise nie dla wszystkich był taki w obyciu, jak dla niej, praktycznie nikomu nie pokazywał tej strony, z której ona go znała, co mogło powodować pewne zgrzyty, bo jej brat tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, jak wyglądało jej życie z Greengrassem u swojego boku. Kiedy byli ze sobą ostatnio ledwie skończył Hogwart, nie mieszkali razem, od czasu do czasu spotykali się na rodzinnych obiadach i tyle. Ostatnie półtora roku było dość ciężkie, miała problemy chyba z wszystkimi relacjami, które coś dla niej znaczyły. Czuła, że od brata również nieco się oddaliła wtedy - gdy umarł na jej rękach. Nadal trochę się za to obwiniała, czuła, że gdyby zareagowała szybciej to Roth nadal by żył, a nie egzystował. To wszystko było mocno skomplikowane. Cóż, najważniejsze, że teraz znajdowali się tu razem, w tej kamienicy, względnie żywi, czyż nie? Zawsze mogło być gorzej, zważając na ten chaos, który znajdował się na zewnątrz. Może nieco oberwali, jednak nie były to żadne trwałe uszczerbki, nawdychali się dymu i tyle, nic więcej im się nie stało. Na pewno wielu by im zazdrościło tego, że udało im się jakoś to przetrwać. Wiedziała bowiem, że już niedługo opuszczą Londyn, nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Zresztą przed tym, jak zaczęły się te pożary rozmawiała z Ambroisem o tym, że muszą zabrać Astarotha na wieś, by ogarnąć jego nałóg, okazja pojawiła się nieco szybciej, może nie do końca szczególnie przyjemna, ale musieli to zrobić. Najpierw jednak było warto sprawdzić, czy wszyscy ich najbliżsi byli bezpieczni, przecież przez to się tutaj znaleźli. Przyszli zobaczyć, czy ich chrześniak na pewno został zabrany z płonącego miasta. Nie sądziła, aby Cornelius dopuścił do tego, aby Fabian znajdował się w sercu tych wydarzeń, jednak nie mogłaby spokojnie opuścić miasta, gdyby tego nie sprawdziła, zresztą dla Roisa to też było całkiem oczywistym posunięciem. - Jasne, Corio by się wkurwił gdybyśmy mu wyważyli drzwi. - Pewnie wystawiłby im za to też konkretny rachunek, jak to miewał w zwyczaju. Cornelius był prawdziwym wrzodem na tyłku. Wątpiła jednak w to, że był w środku, wydawało jej się, że nie słyszy żadnych dźwięków, które z niego dochodziły. Jasne, mogła źle to oszacować, bo przecież z zewnątrz co chwila dochodziły do ich uszu krzyki, aczkolwiek nie wydawało jej się, aby to przeczucie ją myliło. Warto było jednak to sprawdzić, a skoro Ambroise miał klucze u siebie, to mogli to zrobić w cywilizowany sposób. Odprowadziła jeszcze wzrokiem swojego chłopaka, kiedy ten ruszył na wyższe piętro. Pozostawało jej tutaj czekać, bo co innego miałaby zrobić, skoro jej brat został oddelegowany do stukania w kolejne drzwi. RE: [08.09.1972, wieczór] check point | Ambroise, Astaroth & Geraldine - Astaroth Yaxley - 19.04.2025 Myśli nie tylko zabłądziły w mojej głowie, one rozgościły się tam na dobre, tłukąc się bezładnie i boleśnie o moje ja, przypominając mi dobitnie, czym się stałem. Gorzej niż wyrzutek. Gorzej niż odrzut. Potwór, prawdziwy potwór, który zakradał się w cień i wykradał to, co najcenniejsze. Bez litości. Bez skrupułów. I właśnie te obrazy... obrazy karmienia się, wracały do mnie niczym noże. Czy to była dobrowolna ofiara, ktoś, kto robił to za pieniądze, czy może zupełnie nieświadoma i niezgodna na nic osoba... Każdy z tych momentów, każde wspomnienie, sprawiało, że wewnętrznie się skręcałem. Odraza mieszała się z lękiem. Lękiem, że Astaroth, ten prawdziwy Astaroth, już nie istnieje. Że została tylko Bestia, ta, o której mówił mi Sauriel. A jeśli ona wcale nie przychodziła tylko czasami? Co, jeśli nigdy nie odeszła? Może cały czas była mną, tylko udawała, że jestem sobą, że jestem starym dobrym Astarothem po to, by w najbardziej nieoczekiwanym momencie zaskoczyć swoją ofiarę? Już dziś odsuwałem myśli o krwi. Raz. Drugi. To zawsze tak wyglądało – pozornie niewinnie. Niewinny początek mojej własnej porażki. Moja codzienna walka z samym sobą, którą i tak przegrywałem. Próbowałem być dobry. Próbowałem pomagać. Próbowałem być tym kimś, komu inni mogliby ufać. Ale wiedziałem, że to za mało. To zawsze będzie za mało, bo... Bo nawet te dobre rzeczy kończyły się dramatem. Zawsze. Wystarczyło wspomnieć Laurenta po wydarzeniach w Windermere. Wystarczyło przypomnieć sobie Victorię i atak, który może przewidziała, ale na który nie zasługiwała. Ja tego nie chciałem. Naprawdę nie chciałem. A jednak stało się. A teraz? Stałem pod drzwiami sąsiadów Ambroise’a. Towarzyszyłem jemu i Geraldine. Trzymałem się ich kurczowo, niby dla ich bezpieczeństwa, ale przecież... może naprawdę byłoby bezpieczniej, gdybym po prostu zniknął? Wrócił do Snowdonii? Oddał się w ręce ojca, zanim znów zrobię coś złego? Zamknąłem oczy, jakbym modlił się do tych drzwi, do ich ciszy. Londyn płonął. Ludzie umierali, palili się żywcem, dusili we własnym dymie, krzyczeli, szukając ratunku tam, gdzie go nie było. Inni wykorzystywali ten chaos, by siać jeszcze większy. I w tym wszystkim byli moi bliscy... i byłem ja. Tylko kim ja właściwie byłem? Bohaterem? Czy potworem? Pokręciłem głową i zapukałem ponownie. Nikt nie odpowiedział. Ruszam dalej, powiedziałem sobie w duchu. Czyścimy umysł. Odsuwamy myśli. Nie mogłem działać, jeśli wciąż się obwiniałem. Nie mogłem chronić Geraldine, jeśli nie potrafiłem uwolnić się od własnych demonów. Nie mogłem powstrzymać głodu, jeśli wciąż rozważałem smak krwi. Proste. Jak latanie na miotle. Szedłem dalej. Drzwi za drzwiami. Pukałem. Nasłuchiwałem. Udawałem, że mam misję. Bardzo ważną misję. Chociaż w rzeczywistości... wszyscy chyba już się ewakuowali. Miałem takie nieodparte wrażenie. Nikogo nie spotkałem. Żadnej żywej duszy. Martwych również nie. – Zdaje się, że nikogo tutaj nie ma. Jesteśmy tylko my... – powiedziałem w końcu, rzucając spojrzenie na Geraldine. Trzymała się. Może i z trudem, może wbrew wszystkiemu, ale trzymała się. Odkąd sięgałem pamięcią, ona zawsze była silna. Silniejsza niż wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie razem wzięci. Dążyła do perfekcji. Dążyła do tego, by nikt nigdy nie mógł jej złamać. I właśnie to czyniło ją odporniejszą. Nie, nie była niezniszczalna, ale zdecydowanie była... trwalsza od nas wszystkich. Koniec sesji
|