![]() |
|
[8.09.1972] Zło zna moje imię - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [8.09.1972] Zło zna moje imię (/showthread.php?tid=4744) |
[8.09.1972] Zło zna moje imię - Mona Rowle - 25.04.2025 Jaki był sens wracania po tego głupiego kota, kiedy płonęła stolica Anglii? Mona próbowała wmówić sobie, że stanowiło to wynik chłodnej kalkulacja. W obrębie Horyzontalnej nie znalazłaby nikogo, kto wart byłby więcej niż własne bezpieczeństwo. Prawda okazała się jednak prostsza i obdarta z resztek człowieczeństwa: zwierzęta i magiczne stworzenia zajmowały w jej prywatnej hierarchii wyższe szczeble niż większość ludzi, więc nie potrafiła zostawić tego rozkapryszonego kota samego. Zwierzak kiedyś należał do Bletchleyów, a potem z braku lepszej opcji do niej. Rzecz w tym, że stał się czymś więcej niż tylko stworzeniem o zbyt krótkich łapach i pysku wiecznie niezadowolonego czystokrwistego arystokraty. A kocię z początku było niepokojąco ciche. Miauczał, tak, gdy był głodny, gdy zamykała drzwi do łazienki, gdy znikała z pola widzenia choćby na moment i drapał. Czasem zasypiał jej na piersi. Ciężki jak wyrzut sumienia, pachniał kurzem, sierścią i resztką magii z czasów, kiedy wszystko było jeszcze do uratowania. Mruczał wtedy głośno, tak głośno, że potrafił zagłuszyć myśli. Może właśnie dlatego po tę nieporadną kulkę futra wróciła. — Świstek — dźwięk imienia przedarł się przez zasłony milczenia. Ciemność spowijała lokum, które było zbyt zbyt puste, aby mogło w nim żyć jedno serce, nie mówiąc już o dwóch. Czarownica stała w progu bez ruchu przez dłuższy moment. Jej ciało jeszcze nie otrząsnęło się z resztek adrenaliny, a umysł zbyt powoli rejestrował sygnały. Jakby przez zamknięte drzwi nadal nie dochodził do niej krzyk pochodzących z płonących ulic za oknem. Dlaczego było tu tak spokojnie? — Świstek — powtórzyła ciszej, a w odpowiedzi naszedł znajomy odgłos miękkiego lądowania z wysokości, stuknięcie czaszki o kant fotela, który słyszała dziesiątki razy. W drzwiach kuchni, otoczony mrokiem niczym aktor w ostatnim świetle reflektora, stał biały kot. Rozczochrany i obrażony, święcie przekonany, że był jedyną istotą w tym mieszkaniu, której należało się wyjaśnienie. Mona była temu winna. Zostawiła go w piekle, prawda? Ogień, wrzask, dym i czarna magia, a on tu sam. Zwierzak podniósł swój puchaty ogon i powolnym, teatralnym dostojnym krokiem przeszedł dwa metry, zatrzymał się przed nią, aby na nią po prostu popatrzeć. I kiedy uznał, że kara została wymierzona wystarczająco dotkliwie, bezceremonialnie się odwrócił, powędrował w głąb mieszkania. Łaskawie jej wybaczył, ale musiał pokazać, że nie zrobił tego dla niej, tylko z litości. Mona pochyliła się, aby szybko schwytać go pod pachę, jednakże zanim poczuła znajomy, miękki ciężar mruczącego ciała, widok na podłodze przyciągnął jej wzrok. Szczeliny parkietu wsiąkały krew, która podpełzała pod meble, próbowała zniknąć, ale nie potrafiła, bo sama siebie zdradzała zapachem. Rowle zesztywniała, kiedy w tym samym momencie w kuchni coś zagrzechotało. Metal o porcelanę. Świstek? Może przewrócił filiżankę. Może tylko przewrócił filiżankę. Serce, do tej pory wciśnięte gdzieś między przełyk a żołądek, zaczęło jej bić szybciej, a myśli rozpierzchły się w popłochu. Ostrożnie zajrzała do miejsca, gdzie dojrzała przewrócone naczynie, a wokół niego mleczną plamę nurkującą w fugę między płytkami. Ślady maleńkich, mokrych łapek prowadziły salonu. RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Bard Beedle - 26.04.2025 Postać pisana przez graczkę Icarusa Prewetta. Bywały w życiu momenty, kiedy to ból przejmował kontrolę. Tak silny, tak wszechogarniający, cielesny do granic możliwości, przejmował umysł, doprowadzając go do rozsypki. Człowiek kierowany nim robił rzeczy niewyobrażalne z pełną tego świadomością. Nie było możliwości zmiany. Nie było szans na poprawę. Istniało się w próżni, samotnie, bez żadnej pomocy, żadnych szans, ze świadomością, że było się tylko ludzkim śmieciem. Wtedy jednak, o krok od krawędzi klifu, pojawiał się on. Zbawca. Człowiek, który był w stanie uratować czyjąś duszę, dać jej cel. Dla Bertranda Howella taką osobą był Czarny Pan. Przed dołączeniem do Śmierciożerców jego życie było przecież pasmem porażek, smutków i tragedii. Ojciec, brudny mugol, lał go i chlał, kiedy matka czarownica na to pozwalała, kompletnie podporządkowana. W Hogwarcie nie potrafił nawiązać żadnych znajomości, przez co był pośmiewiskiem, a po szkole, gdy nareszcie znalazł sens życia w postaci żony i małego synka, brutalny los też musiał mu ich odebrać. Został sam. Ogień pochłonął ich. Teraz nie mógł pozwolić, by pochłonął jego. Oberwał podczas potyczki z aurorami. Nienawidził ich z całego serca. Co do jednego byli zdrajcami krwi lub szlamami, a przez to nie potrafili złapać podpalacza i zostawili Bertranda samemu sobie. Czarny Pan wyjaśnił mu defekty, jakie ci ludzie nosili. Nie mogli oni rządzić. Jak miało się brudną krew, trzeba było to odkupić własnym działaniem. Walczyć o lepszy świat aż do ostatniej kropli krwi. Poniekąd Bertrand chciał umrzeć w boju, ale zamierzał zabrać ze sobą tyle szlam, ile tylko się dało. Pocięli go zaklęciem Diffindo. Zdążył przedtem pozbawić życia czterech BUM-owców i trzech samozwańczych cywilów. Nie wiedział ostatecznie, czyją krew miał na sobie. Broczył jednak obficie z klatki piersiowej i ramion. Trzymał dłonie na ranie, desperacko starając się zatamować krwawienie. Wiedział, które miejsca były chronione. Mieszkali tam najlepsi z czystokrwistych, żadni tam zdrajcy. Tam, gdzie się skierował, mieszkała krewna Leviathana. Bertrand miał nadzieję, że – podobniej jak jej kuzyn – służyła sprawie Śmierciożerców. Kiedy przybył do jej mieszkania, nie było jej w środku. Bertranda przywitał jedynie kot, który nasyczał na niego, ale ze strachem usunął się mu z drogi. Pamiętał, że jego synek, Sammy, uwielbiał koty. Cieszył się, gdy tylko je widział. Po cichu Bertrand liczył, że jeszcze tej nocy zobaczy jego i Mary. Czy naprawdę chciał przeżyć? Może jedynie dlatego, że Czarny Pan tego żądał. A Bertrand miał dług, który musiał spłacić. Nie zdołał znaleźć niczego w kuchni Rowle. Opuściły go siły, jego ręce nie były w stanie otworzyć szafki z apteczką. Osunął się na podłogę, oparł się plecami o kuchenny kredens. Już myślał, że był to koniec, że wystarczyło jedynie poczekać na tunel i światełko na jego końcu, gdy nagle do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Wróciła pani domu. RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Mona Rowle - 27.04.2025 Mona wygrzebała się kokonu odrętwienia. Ostrożnie weszła do środka, wstrzymując oddech, aby upewnić się, że to, co usłyszała, nie było kolejnym słuchowym omamem, który pojawił się by przerwać z trudem wywalczony spokój. Przystanęła przy stole i zerknęła dookoła, jednak dookoła czaił się wyłącznie mrok. Nie musiała jednak widzieć wyraźnie. Instynkt podpowiedział jej więcej niż wzrok. Kobieta zachłysnęła się powietrzem. Widok krwi powinien ją przygotować na to, co zobaczyła przed sobą. Ale nie była to scena morderstwa, nie wcale. Przez chwilę myślała, że znalazła trupa we własnym mieszkaniu. — Skąd przyszedłeś? Jak się tu znalazłeś? — spojrzała na swojego gościa. Pierwszą oznaką, że nie miała do czynienia z kimś, kto byłby zabłąkanym w ogniu cywilem, okazał się brak smrodu dymu i popiołu. W porównaniu z czarodziejem była niezwykle brudna — czarna sadza okalała jej twarz, bure włosy i ubranie. Nieważne, jak ponure by się to nie wydawało, bo oprócz krwi, był czystszy niż ona i czarodzieje, których mijała w drodze do kamienicy na Horyzontalnej. Nie miał również typowych dla brygadzistów i aurorów, szat służb Ministerstwa. Kim był więc mężczyzna wykrwawiający się przed nią? Dlaczego jego oczy, mimo że przygaszone bólem, patrzyły na nią tak spokojnie, prawie że błagalnie? W normalnych warunkach uznałaby takie spojrzenie za próbę manipulacji. W tym momencie było jednak czymś co ją sparaliżowało. Zaświeciła z lewej dłoni słabym i nieśmiałym światłem, które ledwo rozepchnęło ciemność wokół niej. Przez chwilę było widać tylko wirujące drobinki kurzu, biel wystraszonego kota, a potem ujrzała, jak obydwoje brodzili w ciemnej cieczy. Krew była drugim sygnałem, że coś było nie tak. Następnym — i ile jej było. Efekt ognia? Może wybuch, może pęknięte szkło, które rozorało ciało, ale im dłużej patrzyła, tym bardziej czuła, jak ta hipoteza rozpadała się w pył. — Czyją krew masz na sobie? — zapytała. Mona cofnęła się o krok, ale nie mogła uciec. Krew już oblepiła jej buty i gdziekolwiek by nie poszła, zostawiałaby ślady. — W czyją krew wdepnęłam, kiedy otworzyłam drzwi? — brzmiała bardziej jak kat niż gospodyni. Modlili się o śmierć zanim ich dotknął? Był to pewien obraz. Brudna, osmolona kobieta stała nad krępym mężczyzną, który leżał podparty w jej kuchni. Nie był niczym więcej jak trupem, który jeszcze o tym nie wiedział. Nie wiem, kim jesteś, słowa cisnęły się na język, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie skoro należało pomóc? Sięgnęła do szafki. Drzwi zaskrzypiały cicho i otworzyły się, odsłaniając zapas bandaży, eliksirów i maleńkich fiolek, które błyszczały w świetle jej palców. Mona wyciągnęła bandaże, a kawałki jałowej bieli w jej dłoniach wyglądały absurdalnie czysto na tle brudnej podłogi. korzystam z magii bezróżdżkowej, żeby rozświetlić pomieszczenie : D RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Bard Beedle - 07.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WebFdZl.jpeg[/inny avek] Za dużo otrzymał pytań, a zresztą części z nich nie rozumiał. Słowa dziewczyny wypowiedziane tym tonem nasyconym strachem, były tylko odległą pieśnią. Słyszał je jakby były za ścianą, przytłumione i niewyraźne. Wraz z krwią i przygniatającym bólem tracił poczucie kontaktu ze światem. Skrzywił się, gdy rudowłosa zaświeciła bezróżdżkowym światłem. Jasność go drażniła. Tak jakby ciemność go pochłaniała, nie pozostawiając jeńców. To tylko lojalność wobec Czarnego Pana pchała go do przodu. Był tylko Śmierciożercą. Każdy inny element jego tożsamości umarł wraz z jego rodziną. Teraz zaś jego ciało tak naprawdę odzwierciedlało to, co działo się z jego duszą. W odpowiedzi na pytanie o krew, po prostu odsłonił mroczny znak na swoim przedramieniu. Znak lojalności, czaszka, z której wypełzał wąż, symbol tego, który go uratował. Innych przerażał, mu zaś dawał cel. Czy Rowle zrozumie, z kim ma do czynienia? Czy wypełni obowiązek wobec swojej rodziny? Kazali oszczędzić jej mieszkanie, powinna okazać wdzięczność. — Wiesz, co to oznacza, dziewczyno — wycharczał, po czym przycisnął dłoń z powrotem do rany. — Pomóż mi, a będziesz miała wdzięczność Czarnego Pana. A może Rowle była szlamolubna? Nie znał jej. Wyglądała na zwyczajną dziewczynę. Tylko ta ręka, którą straciła, zapewne przy opiece nad smokami. Rodzina ta często doznawała takich urazów. Hodowali zwierzęta, które mogłyby stanowić świetną broń w rękach Czarnego Pana. Smoki spaliłyby Londyn o wiele szybciej niż pojedynczy czarodzieje. RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Mona Rowle - 10.05.2025 Mona pochyliła się i zbliżyła do niego ostrożnie. Światło jej zaklęcia drżało razem z nią, rzucając niepewne cienie na ścianach niewielkiej kuchni. Zdawać się kobiecie mogło, że widziała wyłącznie ciemną smugę brudnej skóry oraz krwi. Jej wzrok automatycznie powędrował do odsłoniętego mrocznego znaku na jego przedramieniu, a nastąpienie wzdrygnęła się jakby ktoś oblał ją lodowatą wodą. Palce mimowolnie otworzyły się, bandaże wypadły z dłoni i opadły bezgłośnie na mokrą podłogę między nimi. Jej oddech urwał się przez napływający strach. Instynkt wrzeszczał: uciekaj, uciekaj. Rowle cofnęła się pół kroku, serce zabiło zbyt mocno oraz gwałtownie. Pod stopami zostawiała ślady krwi. Ciemny symbol czaszki z wężem był wypaloną raną, która nigdy się nie zasklepiła. Nie krwawiła, ale sączyła się ideologia wymagająca oddania wobec idei silniejszej niż sumienie. Mężczyzna przed nią najprawdopodobniej złożył ofiarę z siebie, tożsamości, może z własnych bliskich. Ona sama nie potrzebowała jednakże znaku, żeby pamiętać o tym co ją pochłonęło. Własny brak przedramienia czuła boleśnie wyraźnie, a duchowe widmo palców stało się dowodem wiary, że świat można było zmieniać przez bliskość, zaufanie oraz opiekę. Ale jego ofiara była wyborem. Jej była błędem i dlatego właśnie dwa lata później patrzyła na czarodzieja z wypalonym symbolem nieludzkiej wierności na swojej skórze i zastanawiała się, czy kiedykolwiek czuła to samo — zbyt ogromnych pokładów zaufania i zbyt mało kontroli. Czy jego cierpienie unieważniało wszystko, kim był? Czy jej litość miała wygrać z historią, którą znała na pamięć? Na pewien sposób Mona zrozumiała, że być może oboje zostali okaleczeni przez to czemu zaufali. — Widzę tylko, że oddałeś rękę komuś, kto chciał, żebyś ją stracił, bylebyś tylko został posłuszny. Ja swoją straciłam przez miłość do stworzenia, które było silniejsze ode mnie — odpowiedziała drżącym głosem. Próbowała być odważna. — I do tej pory nie wiem, czy była to głupota… Czy wiara w coś, co nie potrafiło mnie pokochać ze wzajemnością — Mona zmarszczyła brwi. — Więc nie mów mi tutaj o żadnej kurwa wdzięczności. RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Bard Beedle - 11.05.2025 Słowa tej rudowłosej dziewczyny powinny były go oburzyć. Sprawić, że poczułby wściekłość, może nawet by zrobił jej krzywdę. Avada kedavra była tak prostym zaklęciem. Dwa słowa, odpowiednia intencja, ruch nadgarstkiem, zielony promień i puf: czyjeś życie znikało. Było to niemal humanitarne. Och, ale co Bertrand wiedział o humanitaryzmie? Nic. Odrzucał wszelkie takie uczucia. Tak było łatwiej: żyć w oderwaniu od samego siebie. Gdyby tylko posłuchał sumienia, które kiedyś posiadał... gdyby tylko zwątpił w idee szerzone przez Czarnego Pana choć na moment... Wtedy by nie mógł ze sobą wytrzymać. Wiedział to. Lepiej było więc trzymać się tej iluzji. Tego urojenia, że może wszystkie paskudne zbrodnie, które popełnił, miały jakikolwiek sens. Że ich celem było wymierzenie sprawiedliwości lub lepsza przyszłość. Młoda Rowle tego nie rozumiała. Straciła rękę zapewne przy opiece nad smokiem, ale nie wyobrażała sobie pewnie, przez jaki ból przechodził Bertrand. Jak to było stracić ukochaną osobę i dziecko. Poza swoim wypadkiem musiała prowadzić życie normalnej, spokojnej dziewczyny. Czytała te wszystkie szmatławce, chodziła na zakupy do Madame Malkin, nie splamiła się nigdy czarną magią. Rodzina nie wprowadziła jej do swoich spraw. Zapewne uważali ją za zbyt łagodną, delikatną. Trzymali ją w kompletnej niewiedzy. Zupełnie jakby była barankiem hodowanym na rytualną rzeź. Czy Rowle'owie mieli dla niej takie plany? A może chcieli ją poślubić któremuś z czystokrwistych sojuszników? Wykorzystać ją jako twórczynię nowych pokoleń zwolenników Czarnego Pana? Czyli nie stać cię nawet na gest pomocy zranionemu człowiekowi? Skazujesz mnie na śmierć? Nie wiedziałaś o tym, co robi twoja rodzina czy zgrywasz tylko nieświadomą? Chociażby twoja rodzinka. Zapytaj ich o to, co robili tej nocy, jak następnym razem ich spotkasz. Powiedz im, że ich też byś zostawiła bez pomocy. Tak chętnie pomagasz potworom, których jedynym przeznaczeniem jest zabijanie. A co z ludźmi, którzy zabijają dla większego celu? Którzy wiedzą, że nie ma innego powodu, jeśli chcą, by świat nareszcie był czysty? Mógłby jej to powiedzieć, ale milczał, patrząc na nią ni to wściekle, ni błagalnie. Byłaby to desperacka próba wywołania w niej konfliktu moralnego. Po tych słowach Bertrand już zapewne nie mógłby oddychać, zaksztusiłby się własną krwią i popiołem. Tym samym, który spadał z nieba, tego samego, którym oddychał teraz cały Londyn. Ogień miał spalić to, co było wcześniej, by potem na gruzach zbudować coś lepszego. Poświęcenie jednego człowieka dla wygrania całej bitwy, może nawet wojny? Był to heroizm ze strony samego żołnierza. Przedłożenie sprawy ponad własne życie. Sammy, Mary... Nareszcie znowu was zobaczę — pomyślał, a po jego zabrudzonym pyłem i krwią policzku spłynęła pojedyncza łza. Czy starczyło mu sił, by się deportować? Wiedział, że się rozszczepi, ale nie zamierzał umierać u tej paskudnej zdrajczyni krwi i własnej rodziny. Miał nadzieję, że rzeczywiście była hodowana na rzeź. Zdecydowanie to ona powinna była oddać życie dla wyższego celu. A raczej jej życie powinno zostać oddane. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WebFdZl.jpeg[/inny avek] RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Mona Rowle - 12.05.2025 Każdy akt przemocy był jego decyzją. Każde zaklęcie rzucone w imię idei było jego odpowiedzialnością i jeśli w tym momencie, dusząc się dymem i krwią, próbował jeszcze grać na jej sumieniu, doszukiwać się współczucia, to był ostatni przejaw słabości — ostatni i najbardziej ludzki, na który prawdopodobnie mógł się zdobyć. Mężczyzna jednakże nie odpowiedział jej ani słowem, ani gestem. Jego wargi były zaciśnięte, spojrzenie utkwiło gdzieś poza nią. I oczywiście, że Mona czekała na odpowiedź, wyjaśnienie, chociażby resztkę człowieczeństwa, która moża by zadrżała, jeśli bardziej by go przycisnęła! Dlaczego więc odnosiła wrażenie, że patrzyła na ruinę człowieka, który spalił wszystko, co kiedykolwiek posiadał, w imię jakiejś zdegenerowanej ideologii? Bo idea ideą, czystki oznaczały czystki, a w praktyce spalonych ludzi, odebrane prawa, dzieci chowające się w uliczkach, matki krzyczące w płomieniach. Tego już nie dało się wyjaśnić powyższym. Zacisnęła jeszcze raz dłoń, a potem powoli rozprostowała palce. Jej wzrok ponownie zsunął się po jego twarzy, zlaną potem, krwią i kurzem, i po raz pierwszy uderzyła ją jego nienawiść. Albo jego żałosność. Oni naprawdę w to wierzyli. Do końca, więc przez moment, tylko przez chwilę, poczuła prawdziwy wstyd za to, że właściwie wywodziła się ze środowiska o podobnych poglądach, że przez lata karmiono ją tymi samymi hasłami, że gdyby nie przewrotna ironia losu i... Miłość, może skończyłaby tak samo w jakimś najgorszym scenariuszu. Zrobiła krok w tył na myśl, która sprawiła, że przez jej kręgosłup przebiegł zimny dreszcz. Czy śmierciożerca, umierając, wiedział o Icarusie? Czy wiedział, że tamten był… Serce, przez ostatnie minuty skupione na przetrwaniu, nagle przyspieszyło i próbowało nadgonić stracony czas. Ile minęło czasu odkąd się rozdzielili? Pół godziny? Godzina? Dwie? Bogowie, już nie chodziło o nią, a o niego. I o to, co mężczyzna przed nią zrobiłby, gdyby miał więcej siły. Jak dobrze, że się rozdzielili. Serce krzyknęło ponownie, a ciało odpowiedziało. Mona cofnęła się w stronę wyjścia, krok po kroku, nie odrywając wzroku od leżącego mężczyzny. Następnie obróciła się nagle i z siłą wyrwania się, ruszyła ku drzwiom. Jej cień przesunął się przez pokój jak cień wyroku, nie ofiarując nawet grama ulgi w tym, co miało go spotkać. Prawdopodobnie tak kończyły ideologie, gdy nikt już nie chciał słuchać. Niech gnił w tej cieszy sam ze sobą. RE: [8.09.1972] Zło zna moje imię - Bard Beedle - 13.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WebFdZl.jpeg[/inny avek] Dziewczyna odeszła. Nie, żeby Bertrand nie spodziewał się, że to właśnie się stanie. Tliła się w nim jeszcze jedna, nędzna uncja nadziei, że jednak mu pomoże. Że jej litość przeważy nad nienawiścią do Śmierciożerców. Dlaczego nie podzielała rodzinnych ideałów? Czy jej rodzice odseparowali się w jakiś sposób? Czemu filozofia Czarnego Pana nie została jej wpojona w najmłodszych latach, jak powinna? Mona była tym samym wielką porażką Rowle'ów. Bertrand wykorzystał tak naprawdę ostatnie resztki swojej magicznej energii, żeby się deportować. Pomyślał o jednym miejscu w Kniei, w którym chodził na schadzki ze swoją Mary. To były dobre wspomnienia. Czy wtedy nie był zepsuty? A może już ta zgnilizna czaiła się w zakamarkach jego duszy, czekając na odpowiednie warunki do rozrostu? Demony towarzyszyły mu przecież od małego. Pierwszym z nich był jego ojciec, który nigdy nie miał w sobie ani odrobiny współczucia. Potem, wraz z Mary i Sammym przyszedł okres radości, uwolnienia od cierpienia. Czy to była iluzja? A może owe demony dały mu chwilę szczęścia, by sprawić mu większy ból, gdy będą ją brutalnie odbierać? Tak... chyba właśnie tak postępowały. Stracić coś było bardziej bolesne niż nigdy tego nie posiadać. Wylądował w Kniei. Jedno mu się udało. To miejsce akurat nie płonęło. Było takie samo, jak zapamiętał. Jedynie świat wydawał się bardziej rozmazany. Przeszywający ból zasłaniał mu oczy mgłą. Nie był już w stanie nawet się podnieść. Tak jak się spodziewał, teleportacja w takim stanie nie była możliwa bez poważnego roszczepienia. Magia rozdarła mu szyję, z jego tętnicy zaczynała tryskać krew, której już tyle dziś stracił. Nie starał już się nawet zatamować krwotoku, po prostu dał śmierci przyjść po niego. Zastanawiał się, jaka miała być. Miał nadzieję na spotkanie z żoną i dzieckiem. Już czekali tam na niego, gdzieś w zaświatach. Bertrand modlił się do Matki niemal nawykowo, zawsze wierzył, że nawet jak robił okropne rzeczy, stał za nimi szczytny cel. Czy nie przecierpiał w życiu dostatecznie wiele, by męczyć się jeszcze po śmierci? Czuł, że zginął w dobrej sprawie, że zasłużył na nagrodę. A może nie? Może miał smażyć się w piekle? To też był w stanie przyjąć, było bowiem w tym coś prostego. A ileż wspaniałych ludzi do piekieł trafiło? Jeśli miał tam wylądować, to przynajmniej z wiedzą, że ten świat u samych swoich metafizycznych podstaw był niesprawiedliwy. Zobaczył swoje życie, przebiegło mu ono przed oczami, jakby w przyspieszonym tempie. Zobaczył swojego ojca z pasem, Mary, Sammy'ego... A potem swoje późniejsze żałosne życie. Chlanie, ćpanie, tendencje autodestrukcyjne. Pomógł mu dopiero Czarny Pan, szlachetny i godny wszelkiej czci, jaką go otaczano. Doprowadził go on aż tutaj, do tego momentu w lesie. Sammy, Mary... zaraz będę z wami — pomyślał i osunął się w objęcia śmierci. Nie trafił do niebios. Nie pochłonęło go piekło. Tylko bezbarwna, bezdenna pustka. Koniec sesji
Pustka, która zakończyła się bezlitosnym uściskiem bólu, kiedy tylko znów otworzył oczy. Definitywny koniec byłby zapewne łaskawością od bogów, a bogowie nie byli łaskawi wobec takich ludzi jak on. Czarny Pan otoczył go swoim opiekuńczym ramieniem. Jego posługa się nie skończyła, a szereg blizn zdobiących ciało stał się świadectwem tego, że ucieczka z Jego objęć nie była czymś łatwym. Może nawet nie była czymś osiągalnym.
Korekta Mistrza na koniec, żeby dopasować sesję do treści wylosowanej karty. Wybacz, że tak późno. @Mona Rowle |