![]() |
|
[09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach (/showthread.php?tid=4747) |
[09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach - Lorien Mulciber - 27.04.2025 Niemagiczny Londyn, płonące ulice Większość nocy spędziła w pustym domu rodziców. W starym, cichym domu, który zdawał się nie zaznać wojny, jakby płomienie krzyk Londynu były tylko złym snem. Rodzice wyjechali na początku września, nim niebo zaczęło jaśnieć od żaru i zielonych błysków, nim ulice zamieniły się w pole bitwy. Starała się nie myśleć czy ślub kuzynki Prewettówny, uratował jej matkę i ojca. Gdyby wrócili wcześniej… Gdyby ojciec ten jeden raz nie ustąpił naciskom Adeline i zostali w stolicy… Nie. Nie było ich. Ale to nie znaczyło, że cała jej rodzina była bezpieczna. Było już po trzeciej, zegar nieubłaganie przybliżał ich do świtu, a ona miała wystarczająco czasu do przemyśleń. Choć siedziała tam przez ostatnie godziny, wiedziała, że nie może zostać ani minuty dłużej. Efekt działania eliksirów powoli ustępował, a w apteczce nie znalazła nic przydatnego. Nie mogła ryzykować kominka, nie było opcji powrotu do Little Hangleton. Świstokliki? Po tym co się stało ostatnio? Mowy nie było. Odkąd przyszła, nawet się nie rozebrała. Nie zdjęła butów ani płaszcza nasiąkniętego dymem. Czuła, że jeśli pozwoli sobie teraz na komfort, jeśli dopuści do siebie choć odrobinę ciepła, to rozpadnie się na kawałki. A przecież musiała wyjść. Jutro musiało nadejść. A potem pojutrze. Kolejne dni. Czuwała. Z dłonią zaciśniętą na różdżce czekała aż przyjdą. Jak stróżujący kundel. Minuty zmieniały się w godziny, gdy trwała pogrążona w swoim półśnie. Straciła rachubę czasu, wsłuchana w szum krwi w uszach i odległe, przytłumione odgłosy świata na zewnątrz. Wiedziała, że nie może tu zostać. Dom, choć bezpieczny, nie był miejscem na przeczekanie końca wszystkiego. Z każdym trzaskiem drewna, każdym szelestem liści w ogrodzie czuła, że już tu są. Każdy dźwięk starego domu sprawiał, że wyciszone medykamentami serce biło coraz mocniej. Wiedziała, że musi wyjść - Ministerstwo było najbliżej, a wybór oczywisty. Na ulicy było ciemno od dymu, a powietrze cuchnęło spalenizną. Kamienice, które pamiętała z dzieciństwa — domy przyjaciół, sąsiadów — stały puste lub nadpalone. Krok po kroku wyszła na opustoszałą ulicę, czując, jak coś ściska jej serce. Lorien czuła smak popiołu. Czuła go wszędzie - we włosach, w ubraniu, pod skórą. Wdzierał się do umysłu, osiadał pod ciężkimi od medykamentów i zmęczenia powiekami. Nawet kiedy nie widziała płomieni, jej nozdrza wciąż szarpał ten sam duszący zapach spalenizny i rozpaczy. Oddychała ciężko, wsparta o rozgrzane cegły jednego z budynków. Jedyne czego chciała to wrócić do Ministerstwa - czy tam było bezpiecznie? Czy ochronią ją jak zwykle jego chłodne mury, opustoszałe sale Wizengamotu. A może płonęło i tam? Czy zastanie lata pracy spopielone, księgi zawierające setki lat prawa czarodziejów, rozsypane w proch. Zdeptane przez tych, którzy prawo mieli w pogardzie. Przyjdą i po mnie. A gdy przyjdą powita ich z uniesioną głową, Przyjdą i znajdą ją tam, gdzie znaleźć powinni - nie na kolanach, nie w zaciszu rodzinnego domu, ale na swoim posterunku, choćby miała testament i ostatnie przemówienie spisywać krwią na ścianie. Nawet jeśli wokół będą już tylko popioły. Wlokła się przed siebie przez pogorzelisko miasta, bardziej widmo niż istota z ciała i kości. Świat, który znała umierał. Cegła po cegle. Człowiek po człowieku. Przeszła obok jakiejś mugolskiej kawiarni - szyby miała popękane, szyld zwisał smętnie na jednym sznurku. Zapach przypalonej kawy mieszał się z gryzącym odorem spalenizny. Na małym stoliku, jedynym nie przewróconym stoliku wciąż stał kubek. Dawno zimna ciecz spływała po jego popękanych ściankach niczym jątrząca się rana. To było stare miejsce. Jedno z lepszych nawet według wysublimowanego gustu Adeline Prewett, dla której jakość kawy była chyba jedyną ważniejszą rzeczą od statusu krwi. Zabierała ją tu czasem. Moja mama zawsze miała dla mnie łakoć. - powiedziała jej zaledwie wczoraj Philomena, jakby miało jej to przynieść jakiekolwiek ukojenie. Teraz nie było już nawet miejsca, o którym Lorien mogła powiedzieć, że było ważne - dla niej i jej mamy. Wtedy dopiero poczuła, że już nie wróci do starego świata. Ta noc, ten ogień, ta walka- bo wojna już dawno przestała być pojedynkiem na zaklęcia; była walką na psyche - wszystko było końcem i początkiem. Jutro nadejdzie. Bo takie było już jutro, nadchodziło po nocy pełnej koszmarów. Ale nie była pewna czy poranek przyniesie coś innego. Przyspieszyła kroku. Nie masz nic. Nic nie należy do ciebie. Twoje cierpienie nie jest twoje. Twoje brzmię nie jest twoje. - powtarzała w myślach. Nie walczyła, żeby przetrwać. Raz jeden nie walczyła, żeby wygrać. Zwycięstwo zdawało się być niemożliwe, a klęska ciążyła jej na szyi jak stryczek. Walczyła, żeby nie zdradzić. Bo zdrada, zdrada siebie, idei, prawa - zawsze była wyborem. Im bliżej wejścia do Ministerstwa - tym większy zbierał się spanikowany tłum. Ludzie krzyczeli, płakali. Słyszała szloch, rwane oddechy, dźwięk dziecięcego płaczu, który przecinał powietrze ostrzej niż najgorsze z zaklęć. Usłyszała chłopięcy wrzask, który szukał swojej matki. Odwróciła się, żeby go odnaleźć wzrokiem - ktoś kiedyś powiedział, że to normalne, instynktowne. Że kobiety zawsze się odwrócą, gdy usłyszą przerażone. Brzmiało to wówczas jak zarzut, punktowanie ich słabości. Ale na Bogów, niech wskaże ktoś większą siłę nad tą, która każe się zatrzymać w półkroku i odnaleźć zagubioną w tłumie dziecinę. Widziała mugolskie mundury, mundury Aurorów i straży. Wszyscy próbowali pomóc. Dzisiejszej nocy tak wielu stało się braćmi - o słodka ironio. Ktoś obok niej próbował transmutować zwęgloną ławkę w nosze. Ktoś inny tworzył barierę ochronną. Magiczne światła, lśniące jak roztrzaskane szkło, migotały w powietrzu, odbijając się od rozlanego na chodniku deszczu i krwi Oczy, które zwykle lśniły pogardą, teraz były pełne lęku i determinacji. I choć każda z tych osób miała inny język, inny świat, ich dłonie dotykały tych samych ran, tych samych zgliszcz. Niezależnie od tego, czy dzierżyli różdżki, czy nie, dzisiaj w tej tragedii każdy był tym samym - człowiekiem, który walczył o życie drugiego człowieka. Poczuła dreszcz na plecach. Dziwny, ciężki, jakby była przez kogoś obserwowana. Pierwotny strach towarzyszący zwierzynie, gdy czai się na nią drapieżnik. I już chciała zrzucić to na garb zmęczenia i paranoi, gdy usłyszała męski, donośny krzyk. - Ty! - Zamarła na moment i to najwyraźniej wystarczyło obcemu.- Tak ty! Kurwa, wreszcie zeszłaś ze swojego piedestału?! Zatrzymała się. Powoli. Nie gwałtownie, bo nagłe ruchy były złe, kiedy grunt pod nogami uciekał spod stóp. Krzyki i łzy, magia i krew... wszystko to zlewało się w jeden, nieprzerwany strumień. Straciła parę cennych sekund, bo gdy się odwróciła stanęła twarzą w twarz z kompletnie nieznanym sobą mężczyzną. Takim, o którym jej ojciec powiedziałby, że nosi na sobie cały ciężar przeszłości. Wysoki - musiała zadrzeć głowę by na niego w ogóle spojrzeć. Jego twarz była szorstka, jakby rzeźbiona w kamieniu, przecięta zmarszczkami, na które zdawał się być zdecydowanie zbyt młody. Zarys szczęki miał mocny, lecz zniekształcony, cienie pod powiekami, kilkudniowy zarost. Nos po przejściach, pewnie kilkukrotnie złamany. Ale najgorsze były oczy ukryte pod krzaczastymi brwiami. Ciemne, pełne gniewu, jakby spoglądał na świat przez pryzmat potężnego żalu. Ciemna, poszarpana szata była za duża, kilkukrotnie łatana, wisiała na nim jakby odziedziczył ją po starszym bracie. Tylko zerknęła na dłoń, w której dzierżył różdżkę - mocno zgrubiałą, pokrytą bliznami; paznokcie połamane, brudne, jakby nie potrafił zapanować nawet nad tak drobną rzeczą w swoim życiu. Zacisnęła mocniej palce na swojej własnej różdżce. Zrobiła krok w tył. Mężczyzna zrobił krok w przód. - Nie znam cię. Zostaw mnie. - Starała się zachować spokój. Powagę. Pamiętaj kim jesteś. Ton choć drżący był taki jak zawsze - chłodny, monotonny. - Palisz świat jak spaliłaś mojego ojca suko?! - Wywarczał. Żadne z nich nie podnosiło różdżki. Żadne nie zdobyło się na rzucenie zaklęcia. Choć zbierał się wokół nich coraz większy tłumek gapiów. Zainteresowanie rosło. Czuła na sobie spojrzenia, które przenikały ją jak ostrza. Słyszała, jak ich szumy zlewały się w jedno, jakby cała przestrzeń wokół niej zaczynała tętnić, a każda sekunda ciążyła jak najcięższy wyrok. Ich obecność nie była jedynie obserwacją - była wyrokiem. Wystarczyło jedno niewłaściwe słowo, jeden niewłaściwy gest, a na pewno znajdą sposób, by przypisać jej winę. I nie chodziło o to, czy była winna. Nigdy nie chodziło o znalezienie prawdziwego oprawcy. Słyszała, jak szepczą między sobą, jak ich szept przeradzał się w otwarte rozmowy - Ja nie… Przerwał jej. - Ojciec. Gregor Korolev!- Zamilkł jakby oczekiwał, że będzie wiedziała o kim mówi. Jej nerwowe potrząśnięcie głową zdawało się go rozwścieczyć jeszcze bardziej.- Siedział w Azkabanie! Za kradzież różdżki! Pierdoloną kradzież! Byłem tam na rozprawie! Widziałem Cię! - Jego głos brzmiał jak uderzenie. Pełne wściekłości i nie ugaszonego bólu sprzed lat. Zamrugała gwałtownie. Pamiętała. Korolev. Mugolak z wcześniejszymi wyrokami, kilkukrotna odsiadka w Clerkenwell za drobne przestępstwa. Ukradł różdżkę niewłaściwej osobie, jakiemuś urzędnikowi Ministerstwa. Stawiał opór. Jedno złe zaklęcie, Brygadzistka która próbowała go powstrzymać została poważnie ranna - jej śmierć w Mungu przypieczętowała los człowieka Dostał osiem lat. Zmarł po niecałych czterech. - Umarł tam! Umarł przez ciebie! Ale swoich czystokrwistych koleżków byś tam nie wepchnęła, nie?! - To nie była kwestia krwi. Przysięgam.- Powiedziała słabo, robiąc kolejny krok w tył. Maska jej własnej twarzy - stonowanej, tak odległej - zaczęła pękać. Była tylko kobietą. W dodatku o wiele drobniejszą od rozwścieczonego napastnika. Nie chciałam żeby tam umarł. Nie chciałaś? Nie chciałam. Ale nie przeproszę Cię za wyrok. Prawo wymagało ofiar, nie litości. Gdyby zlitowała się nad każdym jednym oskarżonym ulice Londynu pełne byłyby plugastwa, które tak bardzo starała się wyplenić. - Miasto kurwa płonie! Kto za to zapłaci?! Tacy jak my! Zawsze tacy jak my! TACY KURWA JESTEŚCIE. Wy, czystokrwiści, siedzicie w swoich wieżach z kości słoniowej, na stosach naszego złota i patrzycie na nas jak na błoto. Jak nie pasujesz do waszych rodów i rodowodów, to jesteś nikim! Dym zawirował wokół nich jak zaklęcie niewypowiedziane na głos. Zapadła cisza. Przez chwilę wydawało się, że nic już nie zostanie powiedziane. Że pożar pochłonie ich oboje, jako dwoje ludzi z dwóch światów, którzy nigdy nie powinni się spotkać. A potem wyciągnął w jej stronę rękę. Nie różdżkę. Rękę. - NIE DOTYKAJ MNIE! - Wrzasnęła piskliwie, po raz pierwszy od dawna czując znajome, obezwładniające uczucie paniki. Serce zaczęło jej bić szybciej, a w piersi narastało dziwne, mdłe uczucie - jakby całe jej ciało miało się w jednej chwili rozpaść. Potrzebowała tylko jednej sekundy, by znaleźć spokój. Jednej chwili, by odzyskać kontrolę. Ale ta ręka... ręka, która zbliżała się do niej, jakby miała ją złapać, była po prostu zbyt blisko. Z trudem zdusiła w sobie instynkt, który domagał się ucieczki. Ale to było silniejsze od niej. Cofnęła się o kolejne kilka kroków. Chciała się chociaż wycofać w bardziej ustronne miejsce. - P-przepraszam. Nie… Ja nie… Prze… przepraszam… Ja nie… chciałam…- Jej głos się łamał przy każdym słowie. Oddech z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej urwany, coraz ciężej było zachować siłę, gdy tej zwyczajnie w świecie zaczynało brakować. - A żebyś zdechła w swoim złotym grobie Nikt kurwa płakać za tobą nie będzie.- Splunął jej pod nogi, gdy wpadła na kogoś plecami. Bała się w tym momencie spojrzeć nawet na kogo konkretnie - przyjaciela czy wroga. Jedyne co mogła w tej chwili zrobić to zacisnąć powieki, gdy klątwa zwyciężyła i liczyć, że zdoła później uciec. Rzut na charyzmę ◉◉◉◉○ - Niekontrolowana przemiana w wilgowrona
[roll=PO]// zadanie z karty pięter [klik] - Czarodziej brudnej krwi jest wyjątkowo sfrustrowany + mają przeszłość, bo stracił ojca przez wyrok Wizengamotu lata wcześniej. Narasta agresja. // Odgrywam swoją klątwę krwi - uznaję, że eliksiry, które zażyła wcześniej powoli przestają działać, a pyskaty czarodziej jest dodatkowym bodźcem. RE: [09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach - The Lightbringer - 07.07.2025 Dzwonnica Katedry Westminsterskiej
Czasami, kiedy się modlił, potrzebował wejść wysoko, bardzo wysoko. Potrzebował poczuć, że wyciągając rękę, może dotknąć nieba palcami. Czasami po prostu potrzebował poczuć, że jego Bóg wciąż go słyszy. Upewnić się, że wciąż słucha, choć wiedział, że to głupie. Bóg słuchał zawsze, nieważne, gdzie był, bo Jim nosił go z sobą w sercu. Nosił go też na szyi, z której zwieszał się teraz prosty, drewniany krzyżyk. Wystrugał ten krzyżyk własnoręcznie, posłużywszy się kozikiem, który podarował mu kiedyś Flynn. Zrobił takich wiele na przestrzeni lat. Nie sposób było zliczyć tych koślawych darów wotywnych wyszłych spod niewprawnych dłoni, nieprzyuczonych w rzemiośle: pozostawiał je pośród kościelnych ławek albo zawieszał nad ołtarzykami kapliczek, wysoko na ścianach bocznych naw, obok poświęconych dewocjonaliów. Robił tak we wszystkich miastach, w których stacjonował z cyrkiem. Zawieszony na prostym rzemyku krzyż obijał się o jego pierś, gdy Jim zręcznie wspinał się po belkach dzwonnicy katedry Westminsterskiej, przytrzymując się przy tym znajomych wyrw w murach i drwaw, na których opierała się konstrukcja. Czasami, kiedy się modlił, potrzebował wejść wysoko, bardzo wysoko. W Piśmie Świętym wszystkie ważne wydarzenia poprzedzało przecież wejście na górę. Izaak gotów był zginąć z ojcowskiej ręki na stokach Morii. Mojżesz wszedł na Synaj, aby Bóg objawił mu tajemnicę boskich przykazań. Przemienienie dokonało się na górze Tabor, Golgota była zaś miejscem kaźni Pana Jezusa. Miał w sobie ten gest coś z naiwności dziecka, które ciągnie za rękę rodzica, domagając się jego uwagi. "Popatrz na mnie", prosiło, domagając się, aby ojciec albo matka spojrzeli w dół, i obdarzyli je swym uśmiechem. A potem może jeszcze wzięli dziecko na ramiona, bo nogi czasem bolą, gdy stoi się zbyt długo, zwłaszcza, gdy jest się tak małym, i ma się małe nóżki, a dorośli mają takie wielkie nogasy, i cały czas trzeba zadzierać głowę w górę, żeby dostrzegli, że dziecko zwyczajnie za nimi nie nadąża. Tak, zdecydował Jim, wspinając się coraz to wyżej i wyżej, może i było to troszkę naiwne, ale czy Bóg sam nie kazał swym wyznawcom brać przykład z wiary dzieci? Naśladować prostotę, z jaką przychodziły do niego, i ciągnęły za szatę, tylko po to, aby je zauważył? Jim nie miał może rodziców, ale miał rodzinę. Nie sądził, aby było jego powołaniem zostać kiedykolwiek rodzicem, a jednak próbował wychowywać cyrkową dzieciarnię, która w gruncie rzeczy wychowywała się sama, i niewiele robiła sobie z wymysłów Jima. Cóż mógłby zrobić? Nawet Bóg nie potrafił wychować swych dzieci, przemienić ich w ludzi bez skazy, mimo że sam był przecież ojcem doskonałym. Nie bez powodu opowieści dziejów zawarte na kartach w Biblii zaczynały się od dziecinnego buntu. A po tupnięciu nogą: "bo to niesprawiedliwe, Jim, że on ukradł te jabłka z sądu Abbotów, i nikt go nie złapał, a mnie grozili, że złoją mi skórę!", czekało pełne prostoty napomnienie: "jak następnym razem będziesz chciał zjeść jabłko, po prostu poproś, żeby ktoś się nim z tobą podzielił". Wspinał się wyżej, ponad głową mając obietnicę otwartego nieba, pod stopami widząc zaś "Edwarda", spiżowy dzwon nazwany tak na cześć Edwarda Wyznawcy. Stary dzwonnik, z którym Jim zdążył się zaprzyjaźnić, zdrabniał go pieszczotliwie "Ted". Po wewnętrznej stronie odlewu wyryto modlitwę do świętego Edwarda, którą Jim mruczał teraz wesoło pod nosem. Wiedział, że jest już coraz bliżej szczytu: wiele razy wchodził na dach wieńczący dzwonnicę, wspinał się tam, gdzie ze względów bezpieczeństwa nie docierały schody. Wystarczyło już tylko przerzucić nogi przez wyłom w murze... Wreszcie. Wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią. Spotkał się z Bogiem niemal trzysta stóp nad ziemią. Przystanął, oparłszy się ramionami o kamienną barierkę, znad której roztaczał się widok na panoramę Londynu. Jednym pstryknięciem palców odpalił papierosa. Pozwolił, aby dym poszedł najpierw ku niebu, a dopiero potem sam się zaciągnął. Drobinki popiołu porwał zaraz wiatr, jak gdyby Bóg przyjął ofiarę całopalną. Potem jednak wiatr zmienił kierunek, a jego podmuch rozwiał włosy Jima, które wymknęły się spod wiążącego je rzemyka. – Hej, Panie Boże – zaśmiał się. – Przecież staram się rzucić. Poklepał po skrzydle wznoszącą się obok kamienną rzeźbę orła, symbol świętego Jana Apostoła. Wysokie na niemal dwa metry ptaki wieńczyły zdobny szczyt dzwonnicy, wiernie dotrzymując Jimowi towarzystwa, gdy ukrywał się tutaj przed światem. Lubił ich pokraczne dzioby, tak straszny, że niemal śmieszny wyraz wykrzywiający ptasie oblicza: lubił sny, w których jak na skrzydłach szybował między wirującymi trapezami, nie nad cyrkową areną, ale nad miastem, będącym amalgamacją wszystkich miast, jakie odwiedził. Niebo w jego snach mieniło się kolorami bizantyjskich kopuł, mozaikami wspomnień. Gdyby teraz odprowadzał wzrokiem ukryte za horyzontem słońce, po którym pozostały na sklepieniu pasma oranżu i czerwieni osnute czernią – jak na obrazach wyszłych spod pędzla barokowych mistrzów – Jim myślał o tym, jak długo będą jeszcze stacjonować w Londynie. Myślał o tym, czy zdąży raz jeszcze odwiedzić galerię sztuki, choć wiedział, że znów spędzi cały boży dzień wpatrując się w obraz Chłopca gryzionego przez jaszczurkę, nie spojrzawszy nawet na inne dzieła. Myślał o wielu rzeczach, śledząc wijające się leniwie smużki dymu papierosowego, który unosił się ponad szykującym się do snu miastem. Kochał swąd dymu, otulający go tak, jak otulić potrafił tylko ogień. Spod palców, którymi stukał w zamyśleniu o kamienną barierkę, zaczęły krzesać się iskry: zgasły jednak szybko, gdy Jim zwinął dłoń w pięść. Nie chciał niszczyć przecież zabytkowej fasady, pomyślał, zgniatając wypalonego papierosa wiecznie poparzonymi palcami. A potem zobaczył ogień. Londyn płonął. Niemagiczny Londyn, płonące ulice
– Nie ruszajcie w stronę Tamizy, płoną też mosty! Jim podbiegł do starszej kobiety, która zataczała się, dusząc od dymu. Podał jej rękę. Nie zastanawiał się, kim była, czy czarownicą, czy mugolką. Była człowiekiem, i była żywa. – Stacja metra, tam! – krzyknął, wskazując jej ręką kierunek. – Do Charing Cross! Pod ziemię! Na początku był sceptyczny wobec krycia się w tunelach metra, b co, gdyby ktoś rozpętał pożar w podziemiach, a potem zamknął przejścia, odcinając stłoczonym tam ludziom drogę ucieczki? Po upływie kilku godzin zaczął podejrzewać jednak, że śmierciożercy nie pomyśleli po prostu o ataku na cuda mugolskiej infrastruktury, jakich sami nie mieli w swoim świecie. Podprowadził kobietę pod przejście, po drodze zgarniając jeszcze parę osób, zwracając na siebie ich uwagę głośnym krzykiem. Przestał nawoływać dopiero, gdy zaczął zanosić się duszącym kaszlem, ale nie był przecież jedynym, którzy próbował pomóc: przedstawiciele mugolskich służb zerwali się do działania, przejmując dowodzenie nad przebiegiem akcji. Jim nie miał czasu, aby patrzeć na to, jak powoli udaje im się opanowywać panikę, nie chciał zresztą, żeby ktoś zauważył, że wokół niego wciąż wirują iskry ognia, a włosy, rozwiewane przez wiatr, wyglądem przypominają płomienie liżące ściany budynków. Pobiegł dalej, materiałem koszuli osłaniając usta przed dymem. Nie wiedział, ile czasu minęło odkąd opuścił dzwonnicę Katedry Westminsterskiej, pozostawiając po sobie kilka niedopałków papierosów i rozkołysany zaklęciem dzwon, bijący na alarm. Coraz bardziej martwił się o cyrk i o czekające tam na niego rodzeństwo, chciał się tam teleportować niemal natychmiast po tym, jak zrozumiał, co się dzieje, ale... Nie mógł. Po prostu nie mógł. Nie mógł zostawić tych wszystkich ludzi, którzy z krzykiem uderzyli do wrót kościoła, kryjąc się przed płomieniami we wnętrzu domu bożego, bo ich własne już płonęły. Z pomocą jego magii, udało się szybko rozewrzeć ciężkie drzwi. Nie używał różdzki, łatwo więc było nie wzbudzać podejrzeń, gdy wszyscy byli zaaferowani rozgorzałą wokół katastrofą, rodem z kart Apokalipsy świętego Jana. Nie mógł ich zostawić, pomyślał, próbując gasić kolejne zarzewie wespół z grupą odważnych cywili. Wszyscy w cyrku mieli magię, ci ludzie nie mieli nic. Gdyby pojawił się zresztą w Fatasmagorii – miejscu droższym mu nad wszelkie skarby świata – gdyby zobaczył, jak namiot trawi pożar, jak płoną przyczepy.... Czy zdołałby powstrzymać klątwę? Nie, pomyślał gorzko, jego bliscy byli bezpieczniejsi z dala od niego. Powinni uciekać przed ogniem, a Jim, cóż, Jim był ogniem. Kochał sposób, w jaki jego światło odbijało się w oczach ludzi, nieważne, czy w przerażeniu, czy w zachwycie. Gdy sam patrzył w płomienie, nie czuł przecież strachu. Czuł spokój. Czuł przynależność. Czuł... Potrząsnął głową, próbując odegnać myśli, którym nie dawał do siebie przystępu przez całą noc. Prędzej odjąłby sobie ręce, niżby pozwolił, aby ciążąca na nich klątwa wyrządziła krzywdę tym, których kochał. Miłość do ognia dusiła się w nim ze wstydu, nienawiść do tej samej miłości parzyła sumienie Jima. Londyn płonął, a on powstrzymywał się od wejścia między płomienie, opierając się przed pokusą obrócenia miasta w popiół. Co Śmierciożercy mogli niby wiedzieć o ogniu? To przecież oni rozpętali tę pożogę, słudzy tego jebanego Lorda Terrorysty, który mordujący pod osłoną nocy. On chętnie pokazałby im, jak wygląda ogień piekielny, pomyślał, odwracając z bólem wzrok od spalonych ciał, zalegających na ulicach. Jak wygląda gniew Boga. Gniew wzbierał także w Jimie, który, usłyszawszy krzyk, odwrócił głowę. Nie wiedzieć kiedy, znalazł się w pobliżu wejścia do Ministerstwa Magii pośród niemagicznych dzielnic. W zrujnowanej kafejce blisko zejścia do podziemi, ktoś zorganizował prowizoryczny punkt pielęgniarski, w którym udzielano pierwszej pomocy poszkodowanym. Jim obserwował, jak nieznajomy mężczyzna odwraca uwagę poparzonej kobiety, wyczerpanej szokiem, i doznanym bólem, podczas gdy siedząca obok czarownica – uzdrowicielka zapewne – magią próbowała leczyć najgorsze obrażenia, kryjąc różdżkę pod szerokim rękawem szaty. Mało to było rodzin, gdzie współistnieć musieli skrycie magiczni z mugolami? Ale to nie ranna mugolka krzyczała. Krzyczał ktoś inny... "NIE DOTYKAJ MNIE!" Jim poczuł jak wzbiera w nim gniew. Przepchnął się przez tłum. Torował sobie drogę barkiem, roztrącając przechodzących obok ludzi, którzy tłoczyli się chaotycznie, próbując uciekać. Niewiele trzeba było, aby na nowo rozgorzała panika. Nie wiedział, co się dzieje. Wystarczyło mu jednak wiedzieć, że musi to przerwać. W końcu ich zobaczył. Najpierw postawnego mężczyznę w obszarpanej szacie, potem – niską kobietę, na którą obwieś zerkał spode łba. A więc chciał wykorzystać szalejącą wokół panikę, aby kogoś skrzywdzić, pomyślał wściekły Jim. Bezbronną kobietę, którą osaczył na ulicy, Bóg raczy wiedzieć, dlaczego. Było coś obrzydliwego w sposobie, w jaki na nią patrzył, coś, co sprawiało, że Jimowi wrzała krew w żyłach. Jak podłym trzeba być, żeby w samym środku piekła gnębić tych, którzy byli tak samo potępieni? Żeby czerpać z tego przyjemność? Głos kobiety załamał się pod błaganiem, jak gałązka rozbujana gwałtownie przez ptaka podrywającego się do lotu – zbyt cienka, by wytrzymać napięcie — zbyt delikatna, aby dało się usłyszeć jej trzask, stłumiony przez trzepot ciężkich skrzydeł. Wpadła na niego, cofając się przed grożącym napastnikiem, a Jim instynktownie wyciągnął ku niej dłonie, aby ją złapać. Gotów był osłonić ją przed napastnikiem, wystąpić w przód, odepchnąć go... Gdyby nie to, że nagle nie było już przy nim kobiety. W dłoniach trzymał przestraszoną ptaszynę, której drobna pierś unosiła się wciąż, i opadała. Dokładnie tak jak u człowieka ogarniętego panicznym przerażeniem. Wokół zawirowały pióra, które obdarty mężczyzna próbował schwycić w powietrzu, wydając z siebie gardłowy, zwierzęcy niemal wrzask zawodu, jak gdyby nie rozumiał do końca, co się właśnie stało. Ale Jim wiedział. Widział wiele razy podobną przemianę. Maledictus. Pradawna klątwa krwi. Tak jak u Elaine, ich małej, cyrkowej lisiczki, która nie potrafiła zapanować nad swą zwierzęcą formą, gdy ogarniały ją gwałtowne emocje. Przemiany były groźne, a powrót do ludzkiej postaci wymagał wiele samozaparcia. Łatwo było ulec zwierzęciu, poddać się nawoływaniom prostszych instynktów, łatwo było zapomnieć o ludzkiej powłoce... Może dlatego maledictusy nie żyły długo. Znów ogarnął go gniew. Czy kobieta zdoła wrócić do swojej postaci?, przemknęło mu przez głowę, gdy jedną ręką przycisnął do piersi przestraszoną ptaszynę, a drugą, – zaciśniętą w pięść – pogroził napastnikowi, który teraz doskoczył do niego, szukając upustu dla swej wściekłości. Czy nie jest jeszcze za późno? A co gdyby taki zbir zaatakował jego małą Elaine? Niczego w życiu Jim nienawidził tak jak ludzi, którzy krzywdzili niewinnych. Jego oczy zapłonęły żywym ogniem. // Rzucam na statystykę kształtowanie ◉◉◉◉○, aby opanować klątwę żywiołu ognia, bo Jim jest w stanie silnego wzburzenia i walczy o kontrolę.
[roll=PO] Chociaż iskierki kryjące się pośród jego włosów zaczęły skrzyć się jakby intensywniej, Jim zdołał zmusić żywioł do posłuszeństwa, opanować jego gniew. Nie mógł powiedzieć tego samego o rozwścieczonym napastniku, który wyglądał jak wyleniały lew zapędzony w róg klatki, wciąż groźny, i gotowy kąsać. Jim widział wiele widział takich zwierząt, jeżdżąc z cyrkiem po Anglii. – Myślisz, że zdołasz umknąć sprawiedliwości?! – wywarczał mężczyzna, szarpnąwszy Jimem. – Teraz to ja wymierzę sprawiedliwość. Wymierzył mu cios, przed którym Jim nie do końca zdążył się uchylić, nie wycelował jednak dobrze: niedaleko wybuchło jakieś podpalone auto, wywołując nagłe poruszenie, a przepychający się w panice ludzie wytrącili z równowagi szarpiących się mężczyzn. Jim zachwiał się, nieumyślnie przycisnąwszy ptaszynę do piersi, po tym jak międzyczasie pozwolił jej się umościć pod jego koszulami, tak, aby była bezpieczna. Wolał, aby poorała ptasimi pazurkami jego klatkę piersiową, a nie, wydziobała oczy, kierowana przerażeniem i desperacją. – Tylko Bóg wymierzać może sprawiedliwość – odwarknął Jim. – Ty nawet porządnie ciosu nie umiesz wymierzyć. Co ty w ogóle odpierdalasz, człowieku?! Co, chciałeś poczuć się silny, popastwić się nad kimś?! Zacisnął dłonie w pięści. // Rzucam na statystykę aktywność fizyczna ◉◉◉○○, aby uderzyć napastnika.
[roll=Z] // Zawada przewaga Atak natury (klątwa żywiołu ognia) oraz przewaga zawada Świr (obsesja na punkcie religii i piromańskie ciągoty) przewijają się przez cały post. Jim kocha ogień, kocha go absolutnie czystą miłością, nawet wtedy gdy żywioł krzywdzi wszystkich i wszystko wokół, a jednocześnie przeraźliwie boli go widok całej tej krzywdy, i czuje się przez to straszliwie rozdarty we wnętrzu swojego sumienia.
// Odgrywam rozwój zawady Skrzat półkrwi, aby powoli rozbuchała jak płomień w Kompleks Mesjasza bohatera (myślę o tym w kontekście przyszłego rozliczenia): Jim nie wrócił od razu do domu, do rodziny, bo nie potrafił odmówić pomocy ludziom, których spotykał. Chciał ochronić przez pożarami mugoli pozbawionych magii. // Nie świruję na widok maledictusa, bo moja młodsza nieaktywna siostrzyczka jest jednym z nich, umiem się z nimi obchodzić, podpieram to także statystyką wiedza o świecie ◉◉◉◉○. // Zwierzę totemiczne Jima to jaszczurka: opisuję jak cały dzień trwał "jak zaczarowany" przed obrazem Caravaggia, Chłopiec gryziony przez jaszczurkę, który znajduje się w National Gallery w Londynie (Jim interesuje się malarstwem, zajmując się na boku paserką podrobionych dzieł sztuki). // Poza tym: Magia bezróżdżkowa (za każdym razem, gdy używa magii), Walka wręcz i Porywczy (rzuca wyzwanie agresorowi), Uzależnienie (papierosy), Występowanie i przewaga rodowa Bellów (nie umiem dowodzić ludźmi, ale umiem skupić na sobie ich uwagę), Niewidzialność (jak chcę, umie zniknąć w tłumie). RE: [09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach - Lorien Mulciber - 19.10.2025 Dziwna była to przemiana. W pierwszej sekundzie wilgowron zatrzepotał gniewnie skrzydłami, gotowy się wyrwać, by potem… się uspokoić. Paniczny strach nie ustępował, ale nie przerodził się w ucieczkę. Było w tym przede wszystkim poszukiwanie schronienia. A jeśli jedynym bezpiecznym miejscem w pogrążonym w płomieniach Londynie miały być ramiona nieznajomego - ptak musiał zaryzykować. Wędruj tam gdzie będą mówić po włosku. A gdy usłyszysz inną mowę - będziesz wiedział, że dotarłeś na miejsce. Brzmiała wiadomość wypisana na pocztówce pozostawionej na biurku szefa OSHM tamtego pamiętnego dnia. Wtedy pozwoliła mu podążyć za sobą aż na próg zamku Al-Karak. Ale teraz… pośród kamiennych ścian wzniesionych przez krzyżowców była sama. Wędrowała w milczeniu, sunąc bosą stopą po przysypanych piaskiem posadzkach. Ruiny świątyni nie odebrały jej uroku, bo choć Lorien nie wierzyła w Bogów - ni tych zrodzonych z wyobraźni ludzi, ni tych z krwi czarodziejów, to szanowała ich tradycje i zwyczaje. Mury pamiętały walki, pamiętały krzyk, pamiętały… jej taniec. Bo gdy nie pozostało nic innego - Lorien po prostu tańczyła. Z lampą oliwną w dłoni, błyszczącą jasnym płomieniem, w takt melodii, która rozbrzmiewała w jej umyśle niczym stara kołysanka. Tańczyła, a cienie tańczyły wraz z nią. Cienie, kościotrupy, kobiety i mężczyźni - utrwaleni po wieki na ściennych malowidłach. Tańczyli po sam zmierzch, gdy ostatnie promienie słońce wpadały do sali przez niewielkie okienka fortecy. Tańczyła tak długo aż piasek przestał parzyć. Tańczyła aż skrwawione stopy odmawiały posłuszeństwa i musiała upaść na kolana pod ciężarem własnej słabości. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna. Wpatrywała się w napis tak długo, że słowa straciły już swój pierwotny sens. Teraz były już tylko pocieszeniem. Wilgowron opadł cicho jak śmierć na jej kolana, układając się do snu w miękkim materiale na podołku jej spódnicy. Nie zauważyła go wcześniej. Był ranny. Czy ona była ranna? Ściany zmieniły kolor. Podłoga zmieniła kolor. Złoto ustąpiło miejsca czerni. Ciepło - chłodu. Ostatnie promienie słońca zniknęły gdzieś za horyzontem, pogrążając ich w przerażającej ciszy. Nie słyszała bicia swojego serca. Nie słyszała ptasiego serca. Żadne nie było w chwili, gdy powinny bić oba. Podkuliła kolana, przytulając wilgowrona do piersi, otulając go swoją własną szatą. Wsparła się plecami o zardzewiały kraty tak znanego sobie więzienia na Morzu Północnym. Wpatrywała się tylko w spisany krwią napis na pokrytej wilgocią i grzybem ścianie. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna. - Nie chcę stąd iść.- Szepnęła.- Pozwól mi… Pozwól… Proszę. Wiele było rozpaczy, w słowach kierowanych w ptasią stron. Jeszcze więcej pragnienia, żeby to wszystko się skończyło. Ale… koniec nie nadciągał. Wilgowron usnął w bezpiecznych objęciach ukochanej pani, a ona musiała się wybudzić. Musiała, nim zapomni jak. Szarpnęła za pozostawioną lampkę oliwną, resztkami sił rozbijając ją o posadzkę. Ile sekund minęło nim cela zajęła się ogniem? Była zmęczona, tak bardzo zmęczona. Nie oponowała, gdy koścista dłoń wsunęła się pomiędzy kraty - oddała śpiącego wilgowrona. Najpierw przyszedł ból. Potem swąd. A na koniec zapanowała ciemność. Czy fakt, że Jim się zamachnął i kompletnie rozminął z napastnikiem, miał aż takie znaczenie? Niby tak, bo mężczyzna roześmiał się jedynie chrapliwie na ten marny pokaz siły. Sam zresztą postanowił nie pozostawać dłużnym. Zacisnął pięść i zamachnął się, celując prościutko w nos domorosłego bohatera. AF (Z) - cios Koroleva wymierzony w Jima
[roll=Z]Bójkę zauważyła rosłej postury brygadzistka, która do tego momentu próbowała opanować panikę spowodowaną niedawnym wybuchem samochodu. - SPOKÓJ!- Krzyknęła, pakując się dokładnie pomiędzy dwóch chłopów. Odepchnęła ich od siebie, ale nie ryzykowała wyjęcia różdżki w miejscu pełnym mugoli.- LONDYN PŁONIE! ROZUMU NIE MACIE!? Czy widząc interweniującego Brygadzistę pan Korolev postanowi uciec?
[roll=TakNie]Wilgowron w objęciach Jima sprawiał wrażenie martwego. Nie poruszał się, nie szarpał. Przez cały ten czas po prostu leżał nieruchomo,umoszczony między nagą skórą mężczyzny, a warstwami jego koszuli. Tak pozornie bezpieczny od zewnętrznego świata. Ale coś się zaczęło zmieniać. Zadrżał. Raz. Drugi. Wyrwał się rozpaczliwie ze swojego więzienia czując, że Ona musiała wrócić. Teraz, natychmiast. Nie starał się być przy tym wyjątkowo delikatny, więc pozostawił po sobie jedną czy dwie krwawe blizny. Ale jak szalona była to ucieczka - przemiana wydała się jeszcze gorsza, bo ptak nie zdołał spaść bezpiecznie na ziemię. Po prostu zaskrzeczał boleśnie, a potem zniknął w materiale czarnej szaty Lorien, osypujących się piórach i jej splątanych lokach. Ona sama osunęła się w ramiona nieznajomego sobie czarodzieja, instynktownie obejmując ramionami jego szyję, żeby nie upaść na bruk. I choć na pierwszy rzut oka nic jej nie było - drżała jak osika, wbijając ostre paznokcie w kark blondyna, niepomna na otaczający ich świat. || Odgrywam to co się dzieje z Lorien podczas działania Klątwy, więc większość posta to jej mały, wewnętrzny świat - ponieważ wyrzuciłam sukces korzystam z tego, że mogę się przemienić w człowieka w wybranym momencie. || Napastnik dostał rzut na AF (Z), żeby zrównoważyć rzut Jima. RE: [09.09.72] Przed świtem | All you have is your fire and the place you need to reach - The Lightbringer - 17.11.2025 Problem z brygadzistami jest taki, że zawsze wpierdalają się tam, gdzie nie trzeba, pomyślał Jim. Z głośnym charknięciem splunął w bok krwią spływającą ze złamanego nosa. Bo gdzie niby podziewała się bohaterska brygadzistka, gdy typ próbował zaatakować kompletnie bezbronną dziewczynę na ulicy? No jasne, że przyczepiła się do niego tuż po tym, jak dostał w mordę, stając w obronie nieznajomej. Gdzie diabeł nie może, tam glinę pośle, zwykł mawiać Jim. Wszystkich ich zdążył poznać od możliwie najgorszej strony. Nieważne, czy chodziło o mugolską policję, czy o siły bojowe Ministerstwa Magii. Zraził się do nich jeszcze dzieciakiem będąc, po tym jak musiał spędzić kilka nocy w niemagicznym areszcie, że niby za żebranie. A przecież tylko pokazywał sztuczki na rynku. A jak odpyskował, posadzili go na dłużej. Tym razem za włóczęgowstwo. Na poczyniania cyrkowców gliny zwykle przymykały oko, ale ilu trzeba było przy tym tłumaczeń, a ilu wybiegów! Dla szczerego, prostolinijnego z natury Jima każda rozmowa z glinami przypomniała przesłuchanie. A może raczej, spowiedź. A spowiadać, Jim spowiadał się wyłącznie przed obliczem swego Boga. Do funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości nie miał za knut zaufania. Zwykle odnosił się też do nich z odpowiednią dozą dystansu, ale dzisiaj, dzisiaj okolicznosci były przecież wyjątkowymi. – HEJ, PANI WŁADZO, TEN ZBIR PRÓBOWAŁ WŁAŚNIE NAPAŚĆ NA DZIEWCZYNĘ. ONA JEST... – MA-LE-DIC-TU-SEM, gotów był przesylabilizować głośno, zanim rzuciłby w stronę brygadzistki krótkim: CZAISZ?, łypiąc na nią spode łba. Przypomniał sobie jednak, że wciąż otaczają ich mugole. Nie chciał narażać ani ich, ani siebie, na konsekwencje wynikające z nieprzestrzenia prawa tajności. Przecież zaraz ktoś chciałby tym biedakom wyczyścić pamięć. Albo i gorzej, pomyślał Jim. – ...CHORA. – Przytrzymał brygadzistkę za szatę, ryzykując, że będzie miała wystarczająco rozumu, żeby nie cisnąć nim o glebę. Nie, gdy wciąż trzymał na rękach ogłuszoną klątwą nieznajomą, a z rozkwaszonego pięścią zbira nosa ciekła mu krew. Nie był to jego pierwszy raz, jak oberwał. Zapewne też nie ostatni, bo Jim miał naturalny talent do pakowania się w kłopoty. Dopust boży. – Proszę – dodał już nieco ciszej. – Ona potrzebuje pomocy. Moja siostra ma to samo... Maledictus. Klątwa krwi – wyjaśnił, pokazując na trzymaną na rękach kobietę. Była taka drobna w jego ramionach. Niewiele większa od dziewczynki. Noszoną na wierzchniej warstwie ubrań koszulę, chwilę wcześniej naprędce ściągnął przez głowę. Materiał był nadpalony, ale kto by się tym przejmował. To było jedyne, czym mógł ją okryć. Wystarczyło bowiem spojrzeć na resztki czarnych piór, które wciąż tkwiły pod skórą kobiety, aby zrozumieć, czym była naprawdę. Wcześniej, podczas przemiany, boleśnie wczepiła się w niego rękoma, wbijając paznokcie w skórę. Czy może były to jeszcze ptasie pazurki? Nie przejmował się zadrapaniami, ale zobaczył, że oczy brygadzistki rozszerzają się lekko, na widok pierza przebijającego skórę ramienia. Szybko zasłonił na powrót rękę kobiety koszulą. – Każda przemiana wiąże się z ryzykiem. Nie możemy jej zostawić bez pomocy. Pomóż mi dotrzeć do szpitala. Ja się tam przecież nie dopcham, ale glina już tak. Proszę. – Nie wiedział, czy zachłysnął się krwią, czy dymem, ale zaczął kasłać. Brygadzistka wahała się tylko przez chwilę. Skinęła głową, wyrażając tym samym zgodę na plan Jima. Być może gdyby wokół nie panował kompletny chaos, ruszyłaby w pościg za napastnikiem, ale ten zniknął w chmarach ludzi, ognia i popiołu. Razem z Jimem ruszyła więc w stronę szpitala świętego Munga. – Cśśś, spokojnie, jesteś bezpieczna – Jim starał się przemawiać łagodnie do niesionej na rękach kobiety. Jego głos zdawał się być jednak dziwnie przytłumionym przez złamany nos. – Słyszysz mnie? Nie wiem, jak masz na imię... Ja jestem Jim. Właściwie to James, ale wszyscy mówią mi Jim. – Mówienie sprawiało mu trudność. Drapało go w gardle, bo nie dość, że przez noc zdążył nawdychać się dymu, teraz oddychać mógł tylko przez usta. A mimo to plótł bez sensu, żeby pomóc półprzytomnej kobiecie w jego ramionach odwrócić proces. Na powrót przybliżyć się ku tej bardziej ludzkiej stronie jej natury. – Powiesz mi, jak masz na imię? Postaralibyśmy się znaleźć twoich bliskich. – Nie sądził, aby mu odpowiedziała, bo pozostawała jak gdyby w stanie zawieszenia między snem a jawą. Czasem wymruczała coś niezrozumiale pod nosem... Jak gdyby po włosku? – Może... Francesca – spróbował. – Po Francescu Bernardone, świętym Franciszku, majętnym kupcu z Asyżu, który wybrał życie mnisze. Bo wiesz, był sobie taki jeden święty człowiek, który potrafił mówić z ptakami. Nazywał je swoimi małymi siostrami, swoimi małymi braćmi. Nakazywał wsłuchiwać się w ich śpiew, wierząc, że Bóg przemawia przez najmniejsze ze swych stworzeń, i... – Jim odetchnął z ulgą, widząc majaczący w oddali budynek szpitala. – Nie bój się. Nikt cię już nie skrzywdzi. Zdjął z szyi rzemyk z drewnianym krzyżykiem. Niechże cię strzeże, pomyślał, uczyniwszy ten sam znak na czole kobiety. Na odchodnym szepnął jej na ucho kilka słów. A potem oddał bezwładne ciało brygadzistce, znikając, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać. Gdy Lorien Mulciber ocknęła się później w jednej z sal szpitala świętego Munga, jej ręka natychmiast powędrowała ku szyi. Ku tajemniczemu talizmanowi, który ktoś kompletnie nieznajomy musiał tej nocy zawiesić na jej szyi. Koniec sesji
|