Secrets of London
[10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4759)

Strony: 1 2


[10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.05.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

10.09.1972 | poranek | rezydencja w Exmoor

Gdy dotarli do Exmoor, było już jasno, ale słońce nie próbowało wygrywać z mgłą. Nadal chowało się za chmurami. Na wsi dzień budził się ciszej niż w mieście. Bez wrzasków, bez harmidru... ...i przede wszystkim bez smrodu spalenizny. Bez wszechobecnej śmierci.
Kiedy wreszcie minęli ostatnie zabudowania i asfalt ustąpił miejsca żwirowej alei prowadzącej do rezydencji, miał wrażenie, że jego ciało trzyma się w pionie już tylko siłą uporu. Pieprzone zabezpieczenia przeciwko teleportacji z zewnątrz na teren posiadłości nigdy nie dały mu się tak bardzo we znaki. Nie mogli tak po prostu skoczyć do rezydencji. O nie. Ursula była na to zbyt przezorna.
Musieli przebyć mniej więcej pół mili pomiędzy miasteczkiem a granicą terenu należącego do Lestrange'ów, przekroczyć bramę i dopiero wtedy w teorii mogli przenieść się wprost do domu. Tyle tylko, że byli na to chyba zdecydowanie zbyt zmęczeni. Żadne z nich nawet nie wyszło z tą inicjatywą. Po prostu zafundowali sobie naprawdę długi spacer.
Jeszcze półtorej mili, może kawałek więcej zanim zza granicy linii drzew wyłoniły się zabudowania. Jasne ściany, ciemny dach, okna jeszcze w większości zasłonięte kotarami i skropione rosą. Gęsta mgła unosiła się nad trawnikiem. Szerokim, długim i idealnie przystrzyżonym. A jakże. Jednym z tych, których sterylność aż biła po oczach.
To była polać idealnie niewykorzystanego terenu. Swoista deklaracja mam od cholery pieniędzy i nie muszę tu nic uprawiać. W tym stanie ten widok był dla Roisa nawet całkiem zabawny. Zdecydowanie bardziej niż powinien być.
Prawie zaczął się śmiać. Zupełnie znikąd. Kompletnie z dupy. Tak bardzo rozbawił go ten widok.
Powietrze pachniało trawą i wsią, ale w tym dobrym sensie. Lasem, wilgocią, może nutą morskiej soli, choć do morza był całkiem spory kawałek. Wonią świeżości, nie dymu.
Było cicho. Wyjątkowo cicho, niemal sielsko. Zupełnie tak, jakby ktoś nagle założył mu nauszniki.
Przez moment miał wrażenie, że to nierealne. Że może śpi. Może wreszcie śpi, chociaż było to mało prawdopodobne. Nie pamiętał, kiedy ostatnio naprawdę miał możliwość zamknięcia oczu na dłużej niż kilkanaście sekund. Ten nagły spokój zdawał się mącić mu w głowie. Mgła unosząca się nad polami też potęgowała wrażenie derealizacji, ale ta cisza...
...ta cisza była zarazem najlepsza i najgorsza. Odrywała od rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy chyba właśnie tego teraz najbardziej potrzebował. Zapomnienia. Oderwania. Szczególnie, że jakakolwiek rozmowa między nim a towarzyszami ucichła praktycznie wieki temu. Żadne z nich nie miało, o czym mówić.
Nigdzie się nie paliło. Przynajmniej tutaj. Nikt nie krzyczał. Nikt nie umierał. Oddał swoją zmianę. Przyszli inni. Z Edynburga, z Dublina, nawet ktoś z  Rotterdamu. Ściągnięto dodatkowych ludzi. Wszystkich, których byli w stanie zmobilizować w tak krótkim czasie, aby być w stanie zapewnić zastępstwo schodzącemu pierwszemu frontowi.
Nawet nie wiedział, z kim się mija w drzwiach oddziałów, ale miał wreszcie komu przekazać pacjentów. Wreszcie mógł wyjść. I wyszedł. Ostatnie raporty, ostatnie polecenia, ostatnie spojrzenie na zegar. Przekazał odpowiedzialność i wreszcie poczuł coś, co przypominało ulgę. Nie radość. Ulgę.
Sytuacja została względnie opanowana, choć trudno byłoby mówić o wielkiej wygranej. Zepchnął z siebie wszystko, co na nim ciążyło... ...przynajmniej próbował... ...i pozwolił sobie wyjść. Tak właśnie to nawet nie tyle pozwolił, co przyjął fakt, że mu to zalecono. Nie, wręcz mu to nakazano.
A on jeden z nielicznych razów w życiu wcale nie oponował. Nie usiłował twierdzić, że da radę pociągnąć przynajmniej jeszcze jedną zmianę. Zamiast tego zabrał swoje rzeczy i opuścił pole bitwy, łapiąc się z pozostałą dwójką i tak tu przybywając.
Wyszedł nie jako bohater. Po prostu jako ktoś, kto miał dosyć. Ledwo trzymał się na nogach, ale nie mógł jeszcze odpocząć.
Miał piekące oczy a jego gardło było suche jak po wypaleniu paczki papierosów naraz. Niemal wszystkie mięśnie pulsowały mu tym charakterystycznym tępym bólem, który nie zwiastował niczego dobrego. Był tak piekielnie zmęczony, że mógłby paść twarzą na podłogę i przespać dwie doby. Albo na trawnik. Trawnik też byłby dobry.
Ponoć w Ministerstwie było ciutkę lepiej. Mung za to zmienił się w epicentrum chaosu. Z całym swoim doświadczeniem, przyzwyczajeniem do dyżurów trwających po czterdzieści osiem godzin, czasami nawet dłużej, Roise był tylko jednym z niewielu, którzy próbowali załatać coś, czego nie dało się już naprawić w całości. Niby mieli sprzęt, mieli środki, mieli przygotowanie. Ale to oznaczało też, że to do nich wysyłano wszystkie najcięższe przypadki.
Chaos. Prawdziwy armageddon. Pierdolnik, jakiego nie da się opisać. Przez ostatnie kilkadziesiąt godzin nie jadł nic konkretnego. Nie spał ani pięciu minut. Przemieszczał się między oddziałami. Nie miał już swojego stałego miejsca. Nie działał w czterech ścianach jego gabinetu. Nie zajmował się specjalistycznymi przypadkami.
W Mungu nie obowiązywały już praktycznie żadne procedury. Każda decyzja musiała zapaść natychmiast, bez gwarancji, że była słuszna. Zmieniali priorytety na bieżąco, łapali się przypadków, które jeszcze mogli odratować i patrzyli jak reszta gaśnie. Dołącza do statystyk. Do długich list ofiar pożarów, których jeszcze nikt nie robił. Chwilowo skupiano się na czymś innym. Mógłby udawać, że jeszcze kilka godzin da radę, ale znał swoje granice. Potrzebował znaleźć się w Exmoor, więc to zrobił. Razem z dwiema pozostałymi milczącymi postaciami, które towarzyszyły mu do drzwi.
Dom w środku niczego, ale pełen bliskich ludzi. Jednych z najbliższych. Najbliższych. Teraz już tak. Nawet nie był w stanie powiedzieć, w jaki sposób to na niego oddziaływało, ale zdecydowanie motywowało go do tego, by iść dalej.
Rezydencja nie należała do niego, ale znał ją prawie jak własną kieszeń. Nie potrzebował specjalnego zaproszenia, nie potrzebował też przewodnika. Chwilowo nie miał także zamiaru witać się z kimkolwiek. Chciał tylko znaleźć się przy Geraldine.
Zatrzymał się wyłącznie na moment przed schodami na górę, gdy Corio rzucił mu pytające spojrzenie, ale nie odpowiedział. Prue gdzieś zniknęła, może poszła sprawdzić pokój albo napić się herbaty, strzelić kielona, cokolwiek. Nie obchodziło go to.
Pokonał stopnie z jakąś nową energią. Po kilka stopni na raz. Całkiem długimi susami, choć jeszcze chwilę wcześniej bolały go nogi. Rzucił torbę na podłogę pod ścianą na korytarz, po czym bezwiednie oparł się o drzwi do swojego starego pokoju, biorąc głęboki wdech.
Nie pukał, ale też nie wszedł od razu. Przylgnął czołem do drewna. Było chłodne. Trzeźwiące. Potrzebował znaleźć się w sypialni, ale to nie o pomieszczenie chodziło.
Najpierw to miejsce należało tylko do niego. Dorastającego dzieciaka z zawieszonymi na ścianach plakatami drużyn quidditcha i jakąś przypadkową grafiką, którą kiedyś uznał za oryginalną. Potem stało się ich wspólną sypialnią na okoliczność, gdy zdarzało im się tu wpadać. Poważniejszą, ale nie za poważną. Z czystą pościelą i książkami rozrzuconymi na nocnym stoliku. Z tymi wszystkimi łowieckimi gratami.
Po rozstaniu pokój znowu stał się jego samotnią. Było dziwnie cicho, dziwnie inaczej sypiać w pustym łóżku. Bez ubrań na krześle i randomowej kuszy opartej o szafkę. Wiedział, że Geraldine wtedy wybierała pokój na dole. Gościnny, nawet jeśli nigdy nie trafili tu razem w tamtym czasie.
Wtedy uważał, że tak było lepiej. Tak było uczciwiej. Bez złudzeń. Nie musieli udawać, że wszystko gra. Nie ciskali w siebie gromami. Zostając na noc, nie mijali się w korytarzach. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób by się to skończyło. Prędzej niż później. A wtedy usiłował wmawiać sobie, że tego nie chce.
Teraz chciał wierzyć, że sypialnia znów należy do nich obojga. Że wszystko wróciło na swoje miejsce. Do normy. Potrzebował Geraldine. Po prostu. Całym sobą.
Nie po to, żeby opowiadać, co widział. Wręcz przeciwnie: po to, by przestać analizować ostatnie dwa dni. Myśleć i obrażeniach, bilansach zgonów czy magicznych anomaliach, skutkach czarnomagicznych klątw rzucanych przez motłoch.
W Mungu zasuwał jak w transie. Leczył, zszywał, stabilizował. Nie zawsze skutecznie. Był taki moment, kiedy zrozumiał, że cokolwiek zrobi, nie uratuje wszystkich... ...i coś w nim się wtedy zacięło. Został tylko automat: reaguj, priorytetyzuj, mieniaj decyzje. Ratuj tych, którzy jeszcze mogą przeżyć. O reszcie nie myśl.
Ale teraz zostawił to za sobą. Potrzebował znaleźć się przy swojej dziewczynie... ...i może się nawalić. Nawalić się chyba też potrzebował. Dokładnie w tej kolejności.
Wreszcie nacisnął klamkę i pchnął drzwi, wsuwając się do sypialni. Wciąż jeszcze w płaszczu, dalej w butach, ale z głęboką ulgą. Z poczuciem, że tutaj wszystko zaczyna wracać do normy.
- Jestem - odezwał się cicho, ledwo słyszalnie, trochę chrapliwie. - Wróciłem - chwilowo nie zamierzał mówić nic więcej.
Nie musiał planować. Zatrzymał się na chwilę. Wziął oddech. I przez ten jeden moment pozwolił sobie poczuć, jak bardzo potrzebował Riny. Jak cholernie długo minęło, odkąd mógł ją objąć. Poczuć ciepło skóry, znajomy zapach włosów. Pocałować. Po prostu być obok.
W tym wszystkim zupełnie zapomniał o tym, co stało się między nimi w Londynie. O irytacji i rozdrażnieniu. O chęci strofowania. Komentowania decyzji, które uważał za głupie. To już nie miało znaczenia. Nie musiało mieć. Nic nie musiało.


RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.05.2025

Yaxley zdawała sobie sprawę z tego, że dobrze zrobili zjawiając się tutaj. Póki co jeszcze jednak nie do końca była spokojna, bo część z nich nadal znajdowała się w Londynie. Przez te dwa dni nie do końca umiała sobie znaleźć miejsce, bo jedną z osób, które zostały na miejscu pożarów był Ambroise. Niby wiedziała, że był w Mungu, tam powinien być bezpieczny, ale to wcale nie powodowało, że czuła spokój. Nigdy nie wiadomo, co mogło się wydarzyć. Zresztą, czyż nie mieli szansy właśnie tego zobaczyć, kiedy rozpętało się to piekło na ziemi?

Nikt nie zakładał tego, że śmierciożercy postanowią spalić Londyn, zupełnie niespodziewanie pożary zaczęły trawić całe miasto. Nie widziała zresztą jak wielkie były straty, bo ewakuowali się stamtąd nad ranem, kiedy słońce nie zdążyło wyjść zza horyzontu. Nie miała pojęcia, czy jej znajomi i przyjaciele byli bezpieczni. Powinna pewnie zacząć wysyłać listy i sprawdzać co z nimi. Póki co próbowała jakoś odnaleźć się w tej rzeczywistości.

Poza sprawą spalonych lub nie mieszkań, mieli na głowie jeszcze wampira, który był uzależniony od eliksirów nasennych, doglądała brata, jednak na razie też nie sięgała po żadne, specjalne środki. Na miejscu nie miał skąd brać tych swoich eliksirów na sennych, więc jakoś specjalnie nie martwiła się, że może znowu przedobrzyć. Nie był tu sam, więc dość szybko ktoś zauważyłby jego nieobecność, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że inni również go obserwowali, bo Geraldine nie miała większego oporu przed tym, aby przedstawić to jak wyglądał problem.

Gdy zjawiła się na miejscu odruchowo wybrała sypialnię Roisa, nie musiała znowu przenosić się do pokoju gościnnego, jak robiła zawsze od kiedy ich drogi się rozeszły. Cieszyło ją to, nawet jeśli po drodze pojawiły się kolejne problemy, to nie dotyczyły one ich relacji. Przed pożarami w końcu ustalili jeden front i dotarło do nich to, że mieli wrócić do wspólnego życia, chociaż w tym względzie jakoś im się układało.

Nie miała pojęcia, kiedy Cornelius i Ambroise zamierzali się zjawić w rezydencji. To ją trochę irytowało, ale rozumiała, że ciężko było przewidzieć pewne rzeczy. Na pewno wiele osób potrzebowało ich wsparcia, zdawała sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Londynu mocno ucierpieli podczas tych ataków. Widziała zresztą to na własne oczy, musiała pogodzić się z tym, że jej chłopak był tam aktualnie bardziej potrzebny niż tutaj. Oczywiście, że trochę panikowała, starała się nie dać jednak poznać po sobie jak bardzo. Nie było sensu wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.

Nie sypiała spokojnie, te noce bardziej przypominały czuwanie, nie mogła być bowiem pewna, że nie dostanie jakiejś niepokojącej informacji, nie, żeby zakładała najgorsze, ale po tym, co widziała niczego przecież nie można było być pewnym.

Siedziała na łóżku i wpatrywała się w okno. Poranek nie należał do tych najprzyjemniejszy, chłód zbliżającej się jesieni był już odczuwalny, do tego okolicę okrywała mgła. Na pewno nie przeszkodziło by jej to w wybraniu się do lasu, nie znosiła w takich sytuacjach siedzieć bezczynnie, bo ciągle myślała o tym, czy na pewno wszystko było w porządku. Mogłaby się czymś zająć, tropić zwierzynę, cokolwiek, byleby tylko nie siedzieć w zamknięciu, bo jej to nie służyło. Z drugiej jednak strony wolała jednak zostać tutaj, żeby być na miejscu, kiedy Ambroise się pojawi, chciała na niego zaczekać.

Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk korków na korytarzu. Odruchowo wstała z łóżka, przystanęła tuż obok niego i czekała. Nie miała pojęcia, czy te kroki zwiastowały ich przybycie, czy to któryś z aktualnych lokatorów postanowił wybrać się na spacer. Niczego nie mogła być aktualnie pewna. Mimo wszystko, miała nadzieję, że nadszedł ten moment, w którym mieli się już zobaczyć. Wpatrywała się w drzwi, wyczekując, liczyła na to, że w końcu go zobaczy.

Drzwi się otworzyły, zobaczyła Roisa, przez co odetchnęła z ulgą. Stał przed nią, cały i zdrowy, nie, żeby spodziewała się, że będzie inaczej, mimo wszystko czuła jakiś dziwny, wewnętrzny lęk o jego bezpieczeństwo. Wyglądał na zmęczonego, nie dziwiła się temu wcale, bo musieli mieć naprawdę ogrom pracy w Mungu.

Ruszyła się z miejsca, bez słowa. Bardzo szybkim krokiem, by znaleźć się tuż przy nim. Od razu przylgnęła do mężczyzny, chciała się do niego przytulić. Potrzebowała tego. Nareszcie wszyscy byli bezpieczni. Mogli przetrawić to, co się wydarzyło.

- To było jak wieczność. - Te dwa cholerne dni, które musieli spędzić osobno. Niby zaliczyli w swoim życiu dłuższe rozstania, jednak to wydarzyło się dość spontanicznie, ledwie po tym, gdy dotarło do nich, że wracają do siebie. Nie przewidziała, że coś takiego się wydarzy, że jeden z najlepszych dni w ostatnim czasie zakończy się tak dramatycznie. Jak widać nigdy nie mogło być za dobrze, zawsze coś musiało się spierdolić, w tym przypadku doszło do pożarów, było to jednak już za nimi. Nic im się nie stało, mogli po prostu wrócić do siebie, jakby nic takiego się nie stało. Przeżyli, co pewnie nie było wcale takie oczywiste, zważając na to ile osób straciło życia podczas tamtej nocy.

- Jak bardzo źle tam jest? - Musiała się o to zapytać, nie przestawała wtulać się w mężczyznę, nie chciała jeszcze wypuszczać go z ramion. Nie była w Londynie od momentu, w którym go opuściła, nie wiedziała, na co powinna się szykować.




RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.05.2025

Jeszcze zanim wziął głęboki oddech i zadarł głowę do góry, starając się uspokoić oddech, przystanął przed drzwiami, lewą dłonią opierając się o framugę, prawą unosząc, żeby je otworzyć. Przez krótką chwilę tylko stał, nie poruszając się, jakby próbował przyswoić sam fakt, że znowu tu był.
I chyba właśnie to robił? Pozwalał sobie na to, żeby to do niego dotarło? Zrzucał z siebie londyńskie napięcie? Zostawiał je na korytarzu? Nie zabierał go do domu? Chyba tak?
W istocie trudno było mu zebrać myśli, działał automatycznie, nie zastanawiał się nad wykonywanymi czynnościami. Po prostu je robił.
Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Chciał już wejść, ale coś go zatrzymało. Zawahanie. Potrzeba zebrania się w sobie. Ogarnięcia myśli. Albo po prostu to cholerne zmęczenie, które wreszcie zaczęło tak naprawdę zwalać go z nóg. Wyssało z nich resztki sił. Sprawiło, że musiał się podeprzeć o chłodne drewno.
Odetchnął głęboko i z zamkniętymi oczami policzył do trzech. Głucho, w myślach.
Na te trzy sekundy zatrzymał się po drugiej stronie drzwi, opierając dłoń o klamkę, jakby musiał jeszcze zebrać się w sobie, żeby ją nacisnąć, choć przecież już niemalże to zrobił. A potem wszedł do sypialni.
Pchnął drzwi bez większego impetu. Otworzyły się cicho, prawie niesłyszalnie. Nie przystanął w progu, zamknął je za sobą i dopiero wtedy omiótł wzrokiem pomieszczenie. Przez sekundę miał wrażenie, że pomylił się o kilka lat. Pokój wyglądał znajomo, niemal intymnie, zupełnie tak jak dawniej. Przed półtora roku. Zanim wszystko zaczęło się pierdolić.
Jeszcze zanim uchwycił spojrzeniem sylwetkę dziewczyny na tle okna, wiedział, że się nie pomylił. Nie był sam. Oddychał ciężko. Płaszcz ciążył mu na ramionach, buty wciąż były lekko mokre od porannej rosy. Wszystko w nim krzyczało, by wreszcie położył się spać, ale jeszcze bardziej niż snu, potrzebował jej obecności. Ciepła, zapachu, głosu. Potwierdzenia, że był tu, teraz i że jeszcze cokolwiek miało sens.
Geraldine zawsze miała ten charakterystyczny, niemal bezgłośny sposób poruszania się, ale mimo wszystko jego ucho wyłapywało różnice. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że się poruszyła.
Być może dlatego, że podświadomie nasłuchiwał jej przez cały ten czas. Od momentu, gdy teleportowali się do Exmoor. Od chwili, gdy zatrzymał się przed drzwiami i poczuł chłód drewna pod czołem.
Spojrzał na Rinę z tym specyficznym, głębokim rodzajem ulgi, którego nie był w stanie zamaskować. I chyba nawet nie chciał. Nie próbował tego zrobić.
Nie zrobił także żadnego teatralnego gestu. Nie przyciągnął jej gwałtownie do siebie, nie padł na kolana, nie złapał jej za sweter, nie rozkleił się do końca.
Zrobił krok. Potem drugi. Dopiero, kiedy dzielił ich tylko metr, pozwolił sobie na pierwszy oddech bez napięcia. Zbliżył się do niej bez żadnych dodatkowych słów, zupełnie, jakby to było coś absolutnie naturalnego. Bo było, czyż nie? Przynajmniej ich sytuacja była jasna. Wrócili do siebie zanim wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Zaiste. Mieli wyjątkowe wyczucie czasu. Byli wyjątkowi.
Doskonale znał ten wyraz twarzy. Napięcie wymieszane z niepewnością. To musiały być cholernie trudne dwa dni, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Exmoor ominęły skutki pożarów i wyrwy na niebie.
Nie wiedział, czy ludzie, którzy nie przebywali w Londynie ani nigdzie na terenach bezpośrednio dotkniętych skutkami ataków zdawali sobie sprawę z tego, jaka była realna skala problemu. Ale nie zamierzał pytać o to Yaxleyówny. Przynajmniej nie teraz.
Dotknął dłonią jej policzka, przymknął oczy na moment, wciągając znajomy zapach. Taki jak zawsze. Bezpieczny. Spokojny. Lekko leśny, trochę dymny, ale nie w tym złym sensie. Pachniała dokładnie tym, czego przez te ostatnie godziny potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego. Sobą. Domem.
Zmarszczył brwi. Nie z niepokoju, bardziej z przemęczenia. Dotknął ramienia dziewczyny, wyjątkowo niepewnie jak na siebie, jakby upewniał się, że ona też tu jest, że to się naprawdę dzieje. Moment później oparł się czołem o jej skroń a potem objął ją mocno, odpowiadając na uścisk.
Tak. W pewnym sensie to wszystko zdecydowanie zdawało się wiecznością. Wiedział, że czekała. Że z każdym kolejnym dniem, godziną, minutą, w którym się nie pojawiał, nakręcała się coraz bardziej. Znał ją zbyt dobrze, by mieć wątpliwości.
Dla niego to wszystko było podobne, ale nie takie same. To była wieczność, ale jednocześnie... ...wszystko działo się tak szybko. Za szybko. W mgnieniu oka. Wszystkie podejmowane decyzje nie trwały dłużej niż kilka minut. Żaden plan działania nie utrzymał się dłużej niż pół godziny. Wybory musiały być dokonywane tu i teraz, bo w tym całym chaosie nie było już czasu na jakiekolwiek później.
Potem zdawało się być jakimś abstrakcyjnym pojęciem. Jutro zdecydowanie nie zawstydziłoby zwolenników teorii Schrodingera. Mogło istnieć i nie istnieć. Zarazem, jednocześnie było i nie było ważne. Nie, gdy wszystko działo się w ten chaotyczny sposób. Ogień, krzyki, obrażenia fizyczne, efekty klątw i żywiołu, informacje przekazywane w biegu.
- Wiedziałem, że tu będziesz - mruknął głosem niższym niż zwykle, jakby jeszcze wciąż coś go dławiło. - Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Przepraszam, że tyle to trwało - nie szukał wymówek, mówił tylko jak było. - Nie powinienem był tam tak długo zostawać - powiedział cicho, wplatając palce w jej włosy i powoli przeczesując je palcami, machinalnie i bezmyślnie. - Ale nie mogłem… ...nie miałem komu oddać oddziału... ...nawet nie oddziału, podział przestał obowiązywać już na samym początku nocy. Robiliśmy wszystko. Wszyscy - poprawił się niemal automatycznie. - Dopiero dzisiaj. Wreszcie. Przysłali nam jakichś ludzi. Nawet spoza kraju - wyjaśnił, bardzo powoli nabierając powietrza przez nos i oddychając głęboko.
Nie wiedział, za co dokładnie przeprasza. Za czas, za ciszę, za brak wiadomości, za każdy moment paniki, który mogła przeżywać przez te dwa dni. Przepraszał za to, że nie mógł się rozdwoić. Za to, że został tam, bo musiał. Ale nie chciał teraz tego wyjaśniać.
Nie szukał wielkich słów. W jego głowie panowała pustka. Głównie dlatego, że wszystko, co mógłby powiedzieć byłoby zbyt małe. Nie oddałoby nawet ułamka tego, co czuł i tego, co działo się przez ostatnie dni. Dlatego ograniczył się do minimum.
- Mung był jak kocioł bez dna - zaczął, zacinając się na chwilę w poszukiwaniu właściwych słów. - Zmienialiśmy decyzje w locie, przerzucaliśmy rannych między salami, jakby to miało jakiś sens. Jakbyśmy mogli nadążyć. Nie spałem. Chyba nic nie jadłem. Nie pamiętam - głos miał zachrypnięty, choć sam nie wiedział, czy od podnoszenia głosu i wydawania poleceń, od nadmiaru dymu, od niedoboru snu.
Może jednego, drugiego i trzeciego. Wszystko zlało się ze sobą w jedno wielkie pokłosie pożarów. Zgubił rachubę. Mógłby teraz opowiadać, ile osób przeszło mu przez ręce. Ile razy zaklęcie przestało działać dokładnie wtedy, kiedy nie miało prawa. Ile razy musiał wybrać, kto przeżyje. Ale to nie miało znaczenia.
- Muszę się ogarnąć - powiedział po chwili, nadal ściskając Geraldine, ale w tym wszystkim jakby nagle zdając sobie sprawę z tego, że...
...śmierdział. Po prostu jebał tym wszystkim, czego jego dziewczyna tak bardzo nienawidziła. I to irracjonalnie go teraz uderzyło. Bardziej niż powinno. Nie chciał, żeby ich pierwsze spokojne chwile po odzyskaniu czegoś na kształt stabilności były naznaczone czymś takim.
- Wziąć prysznic, zmienić ubrania... ...i chyba się napić... ...najebać, szczególnie że i tak nic nie przełknę - powiedział, zanim zdążył się powstrzymać, jednocześnie mimowolnie parskając pod nosem.
Był zmęczony, wyczerpany, wypruty z sił, ale wreszcie mu ulżyło... ...bo była.


RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.05.2025

Wybrali idealny moment na ten szumny powrót. Nie mieli zbytniej szansy się nim nacieszyć, jednak niczego to nie zmieniało. Chociaż pod tym względem wszystko zaczęło się układać. Standardowo pojawiły się kolejne problemy, jakby rzeczywistość chciała im udowodnić, że nie może być lekko. Nie było to jednak nic strasznego, prawda? Radzili sobie z różnymi sytuacjami już wcześniej, to miała być po prostu kolejna z nich.

Yaxleyówna nie miała pojęcia, jak wygląda aktualnie Londyn. Zaszyli się na wsi, mieli tutaj przeczekać ten najgorszy czas, dawali sobie tydzień, może dłużej. Planowali wypad do Exmoor już wcześniej, nie do końca ogarnęli wszystko, jak chcieli, ale szybkiego działania wymagało od nich to, co stało się tamtej nocy. Gdy płomienie pochłonęły całe miasto. Mieli na głowie wampira uzależnionego od eliksirów nasennych, ale nie tylko. Musieli jakoś odnaleźć się w tej tragedii, która się wydarzyła. Nie do końca była w stanie wyobrazić sobie to, jak wyglądało miasto. Tak naprawdę chyba jeszcze nie do końca była gotowa, aby obejrzeć starty. Była zła, że ktoś postanowił doprowadzić do takiej tragedii po to, aby móc sięgnąć po władzę. Po raz kolejny wojna zaczęła dotyczyć również tych, którzy nie widzieli potrzeby, aby w niej uczestniczyć. Mieli się nie angażować, ale czy to naprawdę było jeszcze możliwe?

Czy powinni ciągle udawać, że sprawy ich nie dotyczą, poniesli już przypadkowe ofiary, ich najbliżsi umierali przez to, że ktoś postanowił sobie, że należy my się władza. Naprawdę nie sądziła, że powinni to dłużej tolerować, odwracać wzrok, udawać, że tego nie widzą. Jasne, nic im się nie stało, nie zostali ranni, ale co jeśli tak by się stało? Co wtedy? Ileż można było pozwalać na taką samowolkę.

Roise wreszcie wrócił do domu. Stał przed nią, wtulali się w siebie, w końcu. Nie wiedziała, czy powinna go wypytywać, na pewno napatrzył się wystarczająco gdy został w Londynie. Na pewno widział więcej od nich. Spodziewała się, że Mung był pełen ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia, co oni. Nie wszystkim ono towarzyszyło. Zresztą, jako tako nikt przecież nie obrał ich za cel, na pewno inni mieli gorzej, tyle, że co z tego, skoro pożary dotyczyły wszystkich, nie tylko tych, którzy przeszkadzali Voldemortowi w przejęciu władzy nad światem.

Niby wiedziała, że Ambroise powinien być bezpieczny, aczkolwiek nie miała tej pewności, nic już nie było pewne, po wydarzeniach tamtej nocy wydawało jej się, że wszystko jest możliwe, a zagrożenie może pojawić się w każdym momencie.

- Tu jest względnie bezpiecznie. - Nie sądziła, aby nadal gdzieś znajdowało się zagrożenie, ale tego też nie mogła być pewna. Ten dom był na uboczu, z dala od miejsc, które zaatakowali śmierciożercy, nie wydawało jej się, że powinni martwić się o to, że on również nagle spłonie. Aktualnie chyba mieli mieć trochę spokoju, nie sądziła, że uderzą w przeciągu kilku dni ponownie, chociaż, czy faktycznie mogli zakładać cokolwiek? Kto wie, co strzeli tamtym do głów.

- Za bardzo nie miałeś innego wyjścia, tam potrzebowali Cię bardziej. - Nie wydawało jej się, że musiał ją za to przepraszać. Rozumiała, jak wyglądała sytuacja. Może i się denerwowała, martwiła, jednak wiedziała, że nie mógł postąpić inaczej. Tam mógł pomagać niewinnym ludziom, tutaj? Tutaj może i byłaby spokojniejsza, gdyby był obok, jednak to aktualnie nie było priorytetem, nie po tym, co się wydarzyło.

- Musisz odpocząć. - Nie spodziewała się, że mogło być inaczej. Nie miał czasu na przejmowanie się takimi przyziemnymi sprawami, jak chociażby jedzenie. Nie, żeby uważała to za rozsądne, ale zdawała sobie sprawę, jak mogło to wszystko wyglądać. Musiało być tam spore zamieszanie, zapewne szybko się to nie zmieni. Czy w ogóle znaleźli już wszystkich poszkodowanych? Przecież budynki się waliły...

- Nie będziesz pił dopóki nie zjesz. - To nie ona zazwyczaj w ich przypadku tego pilnowała, ale tym razem musiała być jego głosem rozsądku. Musiał zjeść, dopiero wtedy zamierzała towarzyszyć mu w najebaniu, sama nie wiedziała, czy ma ochotę sią nawalić, ale z drugiej strony, właściwie nie miała nic lepszego do roboty. Odpoczynek należał się im wszystkim, tyle, że musieli mieć też na uwadze to, że gdzieś po tej rezydencji kręcił się wampir uzależniony od eliksirów nasennych, to też było sporą odpowiedzialnością. Nie spodziewała się, że to będzie tak wyglądało.

W końcu odsunęła się od Roisa, był to moment, w którym powinien faktycznie pójść zmyć z siebie ten kurz minionych wydarzeń, a później będą zastanawiać się nad tym co dalej. Nie pytała jeszcze, kiedy będzie musiał wrócić do szpitala. Spodziewała się, że zdarzy się do dużo szybciej, niż by chciała.




RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.05.2025

Wrócili do siebie zaledwie dwa dni temu. Rankiem, gdy powietrze pachniało jeszcze wyłącznie nadchodzącą jesienią i zapowiedzią burzy. Nie mieli wtedy pojęcia, że Londyn stanie w płomieniach. Że wszystko wydarzy się tak szybko. I że ta jedna decyzja będzie tak bardzo rzutować na wszystkie kolejne godziny, wręcz doby. Całe szczęście właściwie.
Jasne, martwił się o Geraldine, ale i bez tego byłby o nią śmiertelnie zaniepokojony. Tak przynajmniej wiedział, że jest bezpieczna. Dzięki myśli o powrocie do niej, zdecydowanie lepiej się trzymał. Potrzebował tego. Musiał tu wrócić. Dowiedzieć się, że wszyscy byli już bezpieczni.
Kiwnął głową. Bardzo powoli, niemal przeciągle, trochę zawieszając się przy tym w taki sposób, jakby gdzieś w połowie tego gestu zupełnie zapomniał o tym, co robi. Nie było to takie znowu niezgodne z prawdą. Coraz częściej łapał się bowiem na tym, że wyłączając ten szpitalny automat, coraz bardziej poddawał się zmęczeniu.
Miał dwa cele. Ten jeden związany z kataklizmem w Mungu. Drugi natomiast z dotarciem do Exmoor. Do domu. Wypełnił je oba, przynajmniej na tyle, na ile mógł to zrobić. Teraz nareszcie zaczynał czuć się tak, jakby mógł po prostu odpocząć. Spuścić gardę.
Nie musząc już być uzdrowicielem w samym środku postapokaliptycznego chaosu. Nie czując już niepokoju związanego z tym, co działo się z jego najbliższymi. Nie potrzebując być na alercie, zaczął mimowolnie wyzbywać się tego całego napięcia w jedyny możliwy sposób, w jaki samoistnie reagowało jego ciało.
Przymknął oczy, wciągnął powietrze i pozwolił, by obecność Geraldine złamała w nim to, czego jeszcze chwilę temu tak kurczowo się trzymał: napięcie, kontrolę, przymus działania.
- Nic nie muszę - odparł praktycznie machinalnie, niemal bezwiednie, nawet jeśli w istocie sam dostrzegał, że może trochę za bardzo pokłada się na nogach, więc dosyć trudno byłoby tu mówić o zbyt długim odwlekaniu odpoczynku.
Nie miał siły faktycznie wzbraniać się przed tą koniecznością. W innym razie to mogło się skończyć padnięciem na podłogę w sypialni. A wtedy pewnie już by się nie podniósł, tylko zasnąłby właśnie w tym przypadkowym miejscu. Nawet zresztą nie spostrzegł, gdy trochę za bardzo oparł się na Geraldine, ciasno ją obejmując i tak po prostu chłonąc obecność dziewczyny.
- Nie mów mi, co mam robić - mruknął cicho, zdecydowanie z resztek tej wewnętrznej przekory, nawet jeśli brzmiącej dosyć zmęczenie i blado, mimowolnie uśmiechając się pod nosem.
Nie mógł tak po prostu powiedzieć oczywiście, kochanie, zjem śniadanie, zaczekam do co najmniej szesnastej i wtedy się najebię, prawda? To zupełnie nie byłoby w jego stylu.
Może powinien być bardziej pokorny, zważywszy na to, że się nim przejmowała, ale musiała mu to wybaczyć. W tym stanie w dalszym ciągu nieco zbyt mocno bawiły go różne dosyć absurdalne rzeczy.
Na przykład dokładnie takie jak ta: to ciche, trochę zachrypnięte zaprotestowanie przeciwko stawianiu mu warunków picia alkoholu, gdy jedynym, czego potrzebował to nachlać się na tyle, żeby do końca spuścić z tonu. Normalnie nie sięgał po takie rozwiązania. Wiedziała to. No, przynajmniej powinna to wiedzieć.
Minęło półtora roku, ale pod tym kątem nie zmienił się aż tak bardzo. W dalszym ciągu zapalał nerwy, nie je zapijał. Z tym, że to była wyjątkowa sytuacja. Tym razem naprawdę potrzebował odciąć się od tamtej rzeczywistości. I zamierzał wybrać jeden z najprostszych sposobów, by to uczynić.
- No dopsz, ma'am, jak sobie panienka życzy, spróbuję nie pić na pusty żołądek - stwierdził wreszcie po kilkunastu sekundach dosyć ciężkiego, ale nie nerwowego milczenia, nawet uśmiechając się przy tym trochę wyraźniej.
Chociaż jednocześnie też bardziej zmęczenie. Ciężko, wyczerpanie, a jednak bez dalszego sprzeciwu. Będąc w takim a nie innym stanie, chyba naprawdę dosyć łatwo było go przekonać tak naprawdę do czegokolwiek. Zwłaszcza, gdy było się jego dziewczyną.
- Przygotujesz mi, proszę, jakieś ubrania? - Spytał, odsuwając się kolejnym powolnym, trochę ospałym ruchem i posyłając dziewczynie spojrzenie, które w domyśle miało być pytająco-proszące.
W praktyce zaś było raczej średnio przytomne, rozproszone kilkukrotnym zamruganiem, gdy próbował wyostrzyć rozmywające mu się spojrzenie. Kiwnął głową. Sam nie wiedział, który raz z rzędu. Kiedy znalazł się z Corneliusem i Prudence na ulicy w Londynie, mimowolnie zaczął porozumiewać się głównie tymi kiwnięciami. Chyba tak mu zostało.
Dopiero teraz, gdy przez chwilę zamarł w jednej pozycji w miejscu, które już nie było szpitalem, Ambroise tak naprawdę uświadomił sobie, jak bardzo pachnie Londynem. Nie, nie tym eleganckim, lecz tym pogrążonym w chaosie i zniszczeniu. Jego jesienny płaszcz był przesiąknięty dymem. Capił spalenizną i czymś jeszcze. Czymś równie nieprzyjemnym. Czymś, co kojarzyło mu się z naprędce odkażanymi leżankami szpitalnymi: ostrym, niepokojąco sterylnym smrodem środków dezynfekujących, które z czasem stawały się częścią zapachu skóry. Rzeczywiście potrzebował to z siebie zmyć.
- Kocham cię - wymamrotał, chyba na stałe włączając to do jakiejś ich nowej tradycji, bo ostatnio robił to wyjątkowo często. - Kurewsko cię kocham - ale chyba właśnie tego potrzebował: jeszcze raz zapewnić Geraldine o tym, co powinna wiedzieć, szczególnie po tym wszystkim, co przeszli podczas pożarów.
Nie zamierzał wracać do tego, co stało się w Londynie. Podjął tę decyzję na długo zanim miał czas, żeby to przemyśleć. Nie zamierzał opierdalać nikogo z tu obecnych za tamte zachowania. Szczególnie nie Yaxleyównę.
Po prostu cieszył się z tego, że to przetrwali. Przeżyli ten dramat, wszyscy, podczas gdy wielu innych nie miało tyle szczęścia. Rzucanie się o impulsy wywoływane przez znalezienie się w samym środku tragedii byłoby wręcz bezdennie irracjonalne. Poniżej jakiejkolwiek krytyki. A on nie był kimś takim.
Nie dodał nic więcej. Odwrócił się na pięcie, posyłając ostatnie spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym wychodząc do łazienki. Zostawiając za sobą ślady błota, piachu i popiołu, które normalnie byłyby dla niego raczej czymś niedopuszczalnym, zwłaszcza na dywanie, ale w tym momencie praktycznie nie zwrócił na nie uwagi.
Zamknął drzwi, niemal od razu bezmyślnie opadając na krawędź wanny. Przysiadając ciężko na jej brzegu i przez chwilę wpatrując się w podłogę. Nie wiedział, ile czasu upłynęło zanim podniósł wzrok, by spojrzeć w lustro, ale gdy to zrobił...
...niemal nie poznał sam siebie. Zmrużył oczy, przyglądając się własnemu odbiciu i parskając z niedowierzaniem. Miał przybrudzone, przylepione do czoła włosy. Poszarzałe od sadzy, posklejane od potu, gdzieniegdzie również od czegoś zupełnie innego, nad czego identyfikacją nie musiał się głowic.
To były ślady krwi, ale nie jego własnej. Trudno było mu jednak powiedzieć, że na szczęście. Jasne, przeżył, nic mu nie było, ale czy aby na pewno? Czuł się z nimi fatalnie. Gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
To były dowody na to, że ostatnie dwie doby nie były tylko złym snem. Były koszmarem na jawie. Znajdowały się niemal wszędzie, choć nie we wszystkich miejscach od razu rzucały się w oczy. Gdzieniegdzie to były tylko drobne plamki. Tak jak przy skroni i na szyi.
W innych miejscach dostrzegał zaschnięte ciemnoczerwone, niemal czarne strużki. Takie jak ta, która z jakiegoś dziwnego powodu znalazła się na jego szyi pod kołnierzem koszuli. Czoło miał było przecięte cienką kreską zaschniętego eliksiru. Na rękach, gdy na nowo podwinął rękawy, również spostrzegł ciemniejsze smugi, które nie były tylko kurzem bądź pyłem.
Zresztą całe jego ubranie nosiło ślady ostatnich dwóch dni. Plamy, przetarcia, zachlapania, których nawet nie chciał analizować. Nie mieli czasu, żeby zmieniać ubrania na służbowe. Całe ostatnie dwa dni spędził w tych, które miał na sobie, gdy wpadł do szpitala. Zmienił tylko płaszcz na kitel narzucony na koszulę, ale dosyć szybko go ściągnął, bo zbyt szybko zaczął się w nim pocić. O jego roli świadczył tylko identyfikator i głośne wydawanie poleceń, od którego niemal zdarł sobie gardło.
Nikt już nie przejmował się sterylnością. Liczyło się wyłącznie jak najszybsze działanie. W efekcie wszystko poza płaszczem nadawało się do kosza. Zresztą nie sądził, by był w stanie założyć to na siebie bez wracania do tamtych wspomnień, nawet gdyby brud i plamy dało się jakoś wywabić.
Bez większego namysłu zrzucił z siebie ubrania. Buty opadły z głuchym dźwiękiem na płytki, płaszcz zsunął się z ramion i został tam, gdzie upadł. Wszystko inne dokładnie tak samo.
Moment później znalazł się pod prysznicem, jednocześnie odkręcając kurki w wannie. Być może to sprawiło, że woda nie była zbyt przyjemnie ciepła, ale wystarczyła, by szybko spłukał z siebie najgorszy syf. Później mógł wylądować w wannie, w której tak naprawdę potrzebował się znaleźć.
W Exmoor było cicho. Tak cicho, że aż nierealnie. Tylko wiatr wyjący za oknem przerywał tę ciszę, ale nie był niepokojący. Wręcz przeciwnie. Po hałasach ze szpitala całkiem przyjemnie koił zmysły. Wyciszał.
Roise zaczerpnął głęboki wdech, pozwalając sobie na to, by tak po prostu rozkoszować się tym spokojem. Woda lecąca z kranu zrobiła ciepła, prawie parząca, ale to nijak mu nie przeszkadzało. Gęste kłęby pary szybko ogarnęły łazienkę, otulając pomieszczenie mgłą podobną do tej na zewnątrz, ale cieplejszą. Bardziej uspokajającą.
Nie zasnął, ale zawiesił się gdzieś na granicy snu. Intensywne, nerwowe ruchy szpitalnej bieganiny ustąpiły miejsca niemal zupełnemu bezruchowi. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać to jak bardzo bolały go mięśnie. Jak dobrze było położyć się w wannie i po prostu nic nie robić. Nawet nie próbował się szorować. Zamiast tego jego głowa osunęła się po krawędzi wanny.
Przymknął oczy i zanurzył się aż po brodę. Potrzebował tego bardziej niż sądził. Tak łatwo było pogrążyć się w tej ciszy, w cieple wody pachnącej środkami do kąpieli, w spokoju pozbawionym dźwięków miasta.


RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.05.2025

To nie był łatwy czas. W szczególności dla tych, którzy zajmowali stanowiska w Ministerstwie, czy w Mungu, gdzie aktualnie musiało być spore zamieszanie. Spora część jej znajomych była nieuchwytna, wiedziała, że zbyt szybko się z nimi nie spotka. Miała to szczęście, że tą tragiczną noc spędzili w swoim towarzystwie, przynajmniej wiedziała, że ją przetrwał. Nie przytrafiło im się nic złego. Nie powodowało to, że czuła się pewniej, w końcu kto wiedział, czy poplecznicy Voldemorta nie postanowią od razu kontynuować swoich działań, wykorzystać tej chwili, tego rozproszenia, które się pojawiło. Nie wątpiła w to, że Londyn jeszcze nie wrócił do normalnego życia, raczej nie spodziewała się, że wydarzy się to zbyt szybko. Czas tam stanął w miejscu, ludzie musieli się zatrzymać, ogarnąć, opatrzyć swoje rany. Każdy kogoś stracił, chociaż, czy aby na pewno, na pewno znaleźli się tacy, jak oni. Szczęściarze, którzy wyszli z tego praktycznie bez szwanku, jeszcze nie wiedziała, że wcale nie było tak kolorowo. Póki co, jednak żyła znowu w swojej bańce.

Nie była dużo spokojniejsza, gdy znalazła się w Exmoor, nie wszyscy się tutaj pojawili. Niestety część z nich, z ich najbliższego grona miała swoje obowiązki, z których musieli się wywiązać. Jej to nie dotyczyło, bo od lat robiła to na co miała ochotę, co wiązało się z prowadzeniem swojej własnej działalności. Trochę też ją to teraz przytłaczało, bo nie mogła tak po prostu przepaść w wirze swoich codziennych zajęć. Nie mogła tego zrobić nie mając pewności, że wszyscy na których jej zależało są bezpieczni. Musiała czekać, powstrzymać się od swoich odruchów, a w jej przypadku było to dość problematyczne, bo nie potrafiła siedzieć w miejscu. Spędziła sporo czasu doglądając brata, spacerując z psami, wszystko jednak było okraszone dziwnym napięciem, które jej towarzyszyło, nie mogła być spokojna dopóki Roise się tutaj nie pojawił, cały i zdrowy. Rozsądek podpowiadał jej, że nic mu nie groziło, że był bezpieczny, ale jakoś nie umiała w to uwierzyć.

- Nie tym razem. - Jasne, musiał odpowiedzieć w ten typowy dla nich sposób, ale w tym przypadku nie zamierzała zaakceptować jego własnego zdania, nie kiedy chodziło o takie podstawowe potrzeby. Podejrzewała, że nie jadł nic od wieczora, kiedy wybuchły pożary, musiał jeść, żeby odzyskać siły, byłaby w stanie wmusić w niego posiłek, byleby tylko mieć pewność, że w końcu coś zje. Zazwyczaj nie dbała o takie rzeczy, gdy jednak widziała, że on nad tym nie panuje musiała być jego głosem rozsądku, jak wtedy gdy fiksował się na danej sprawie i przestawał przejmować się tymi przyziemnymi rzeczami. Ktoś mu musiał o tym przypominać, znowu należało to do jej obowiązków.

- Za późno. - Westchnęła ciężko, była zdziwiona, że jeszcze próbował z nią walczyć, tym bardziej, że ona była zdecydowanie bardziej wypoczęta od niego. Może nie sypiała najlepiej, ale miała przynajmniej możliwość zmrużenia oczu na kilka godzin, kiedy jej siły wracały. Była na wygranej pozycji, czy tego chciał, czy nie. Bez sensu były aktualnie jakiekolwiek starcia między nimi, bo i tak nie miał szansy odnieść sukcesu. Yaxleyówna wydawała się być zdeterminowana w swoich działaniach.

- Znajdę coś. - Nie spodziewała się, że będzie inaczej. Musiał zjeść cokolwiek, zamierzała zaraz wyruszyć na polowanie i przy okazji przynieść mu alkohol, którego potrzebował. Nie negowała tej potrzeby, zresztą Roise w przeciwieństwie do niej rzadko sięgał po alkohol jako środek pierwszej pomocy, dla niej to było normą, nie dla niego. Czuła więc, że faktycznie musiał pozwolić sobie odciąć się od tego, co się wydarzyło. To była najprostsza metoda, może niezbyt zdrowa, cóż - nie zamierzała jednak zupełnie odsuwać go od tego pomysłu. Chętnie mu w tym zawtóruje, teraz, kiedy już wszyscy byli tutaj mogła sobie również pozwolić na moment zapomnienia. Wcześniej tego nie robiła, nie chciała, żeby wrócił tutaj i zastał ją nawaloną w trzy dupy, bo nie wyglądałoby to dobrze, nie chciała go zawieść, czekała na niego pełna obaw.

- Tak, zajmę się tym. - Ona w przeciwieństwie do Roisa była całkiem ogarnięta, bo spędziła tu praktycznie dwa dni. Miała czas, aby doprowadzić się do względnego porządku, nie wyglądała najgorzej, chociaż od czasu tamtej nocy towarzyszyły jej dziwne zawroty głowy, które tłumaczyła tym, że nawdychała się dymu, pewnie wszyscy odczuwali skutki pożarów. To nie było niczym dziwnym, może nie była medykiem, ale wydawało jej się to naturalne. Takie wydarzenia musiały mieć jakiś wpływ na organizm.

- Wiem, i ja Ciebie też. - Stało się to dla nich nową normą, powtarzanie sobie tych słów. Kiedyś nie sięgali po nie zbyt często, raczej okazywali sobie uczucia poprzez gesty, jednak to się ostatnio zmieniło, wraz z ich szumnym powrotem do siebie. Chyba powinna do tego przywyknąć, tak właściwie to zupełnie nie przeszkadzała jej ta zmiana, po tym półtora roku przerwy zasługiwali na to, aby powtarzać sobie to gdy tylko mieli na to ochotę.

Odprowadziła jeszcze wzrokiem mężczyznę, gdy ruszył w stronę łazienki, no i w końcu zniknął za jej drzwiami. Miała chwilę, żeby się nieco zorganizować. Wiedziała, że zajmie mu chwilę zmycie z siebie tego wszystkiego, więc po cichu wyszła z pokoju. Musiała przynieść mu coś do jedzenia, na pewno powinien wmusić w siebie jakikolwiek posiłek, gdy znalazła się w kuchni dostrzegła jeszcze kilka kanapek, które skrzatka przygotowała na śniadanie, wzięła je ze sobą, ale nie ominęła też najważniejszego - udało jej się zlokalizować butelkę whisky, która też była mu potrzebna, z poczuciem spełnienia opuściła kuchnię i wróciła do ich wspólnej sypialni. Przyszło jej całkiem naturalnie powrócenie do tego, że był to ich wspólny pokój, nie spodziewała się, że kiedyś jeszcze będzie spała akurat tutaj, chociaż powinna była to założyć. Byli dla siebie stworzeni, nie mogło jej to dziwić.

Po cichu ponownie wsunęła się za drzwi. Położyła talerz ze śniadaniem na niewielkim stoliku, to samo zrobiła z butelką ognistej, nie przyniosła szklanek, nie sądziła bowiem, że będą im potrzebne. Później zrobiła to o co ją prosił - naszykowała mu czyste ubrania, jak najstaranniej potrafiła, bo wiedziała, że dla Roisa to było dość istotne, w przeciwieństwie do niej lubił się stroić.

Kiedy wszystko miała gotowe bez pytania ruszyła w stronę łazienki. Musiała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, bo wydawał się być wyczerpany, co wcale nie było takie zaskakujące. Chyba każdy by był w takiej sytuacji, po tylu godzinach spędzonych na nogach.

Uderzyło w nią ciepło pary, która okrywała pomieszczenie. Mogłaby nawet pomyśleć, że znajduje się w saunie. Nie odzywając się nadal ruszyła w stronę wanny, przy której usiadła. Wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, nie wyglądał już jakby przed chwilą opuścił piekło na ziemi. Przyłożyła dłoń do jego policzka, jakby chciała się upewnić, że faktycznie jest tutaj, że już wrócił. To wcale nie było takie oczywiste, jakby mogło się wydawać.




RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.05.2025

Nie miał zielonego pojęcia, w jakim stopniu informacje przepływały między Exmoor a Londynem. Ciotka z pewnością starała się trzymać rękę na pulsie. Tak samo jak pozostała reszta ludzi, którzy znajdowali się w domu. Jak Rina.
A jednak z jakiegoś powodu wydawało mu się, że mogli nie wiedzieć wszystkiego. Że jeszcze nie zdawali sobie sprawy ze skali problemu. Tego, że pożary nie ograniczyły się wyłącznie do Londynu i bezpośrednich okolic miasta.
Z pewnością mieli swoje wyobrażenia na ten temat. Ba, być może nawet nie tyle wyobrażenia, co lęki. Jawne czy niejawne. Powody do niepokoju, wizje tego, co działo się w Londynie. Obrazy mimowolnie pojawiające się w głowie, wypalające się pod powiekami nadal podrażnionymi od tamtego szczypiącego dymu. Ale rzeczywistość była gorsza. Dużo gorsza.
Tyle tylko, że raczej nie chciał być tą osobą, która im to przedstawi. Nie zamierzał o tym zbyt wiele mówić. Wręcz przeciwnie. Chciał odpuścić. Spróbować to z siebie zrzucić. Wrócić do bycia sobą. Odciąć się od związku z pożarami. Jeden z nielicznych razów w życiu w pewnym sensie uciec. Nie od odpowiedzialności a przed tymi wszystkimi wspomnieniami.
To miał być ich szczęśliwy czas. W pewnym sensie nadal nie mógł uwierzyć w to jak szybko wszystko dookoła się spierdoliło, ale przynajmniej znów byli razem w sypialni. Bezpieczni. Sami. To był dobry pierwszy krok do odzyskania stabilności i powrotu do normalniejszego zachowania, nawet jeśli kryzys jeszcze się nie skończył.
Chwilowo przynajmniej byli poza Londynem. I nie musieli tam wracać. Przynajmniej przez najbliższe dwa dni.
Nie protestował już dłużej, gdy usłyszał stanowcze nie tym razem. Po prostu westchnął, nawet nie wywracając oczami. Nie miał siły, by faktycznie sprzeczać się z dziewczyną. Zresztą prawdę mówiąc nie miał też powodów. Ostatni raz coś zjadł… ...nawet nie był pewien, kiedy. Wszystko zlało mu się w jedną ciągłą walkę z pokłosiem szalejącego żywiołu.
Poza tym głos Geraldine był spokojny, ale nieustępliwy. Dokładnie taki, jaki znał od lat. Zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło. Coś w jej tonie sprawiło, że w końcu uśmiechnął się lekko. Na kilkanaście sekund zmęczenie naznaczające przez jego twarz ustąpiło miejsca czemuś łagodniejszemu. Temu bardzo przelotnemu czułemu wyrazowi.
W innych okolicznościach pewnie wywróciłby przy tym oczami. Uniósłby wzrok w kierunku sufitu. Westchnąłby pobłażliwie i powiedziałby coś, co podtrzymałoby ich niezbyt bogaty w słowa dialog. Tym razem tego nie zrobił.
Oparł się na niej ciężko, jakby jego własne nogi na chwilę przestały być godne zaufania. Przytulał ją bez słowa. Obejmował Geraldine, opierając czoło o czoło dziewczyny i bardzo powoli przesuwając kciukiem po jej plecach. Niemal nieświadomie. Raczej bez większej przyczyny, prócz tej, żeby tak po prostu móc czuć ten dotyk.
Nie była to pieszczota. Nie było w tym zupełnie żadnej zmysłowości. Było za to wszystko inne: ulga, zmęczenie, wdzięczność, że wciąż tu była. Że wciąż była jego. Nie powiedział tego, nie ubrał tego w żadne słowa. Czasem milczenie było jedynym, co potrafił z siebie wykrzesać. I chyba wystarczało, czyż nie? Wiedziała. Z pewnością wiedziała.
Tak jak on wiedział, że jest taka uparta, bo się o niego troszczyła.
Nie chciał jeść. Nie był głodny... ...albo może był, ale nie potrafił tego odczuwać? Zbyt długo funkcjonował jak automat. Potrzebował spuścić z tonu. Złapać oddech. Paradoksalnie (bo jego gardło z pewnością miało mu tego nie darować) może wypalić pół paczki papierosów, zapijając to whisky albo ginem, żeby poczuć się trochę lepiej.
A jednak Geraldine mówiła dalej. Spokojnie, ale wyjątkowo stanowczo. Zupełnie tak jak zawsze wtedy, gdy próbowała go sprowadzić na ziemię. Znała go lepiej niż ktokolwiek. Wiedziała, co robić, gdy zaliczał te swoje upierdliwe stany fiksacji.
Półprzymknięte oczy i zmęczone ciało przypominały mu o tym, że nawet jego organizm miał swoje granice. Nawet on je miał. Przekraczał je miesiącami, gdy był sam, ale teraz już nie był w stanie tego robić. Nawet jak na siebie, czuł się wyczerpany.
Mógł być wiecznie przygotowany do działania, wiecznie gotów rzucić się w wir pracy, żeby tylko nie dopuścić do siebie zbyt wielu myśli. Ale teraz... ...nie potrafił. Nie było już nic do zaleczenia. Nic do ratowania. Wszystko, co było w jego zasięgu zostało już zrobione. Wrócił do domu. Powinien zapanować nad swoimi tendencjami.
Coś zjeść. No cóż. Musiał to przyznać Geraldine. Miała rację. Oczywiście, że ją miała. Tym razem nie miał w sobie dość siły, by udawać, że jest w stanie funkcjonować na przekór zdrowemu rozsądkowi. Rzeczywiście. Jeśli mówiła mu, że powinien coś zjeść to pewnie wiedziała lepiej. Zresztą musiał wyglądać co najmniej tak fatalnie jak się czuł.
Oczywiście, nie zamierzał tego przyznawać na głos, ale bardzo powoli kiwnął głową. Zdecydowanie nie miał energii, by dalej sprzeczać się o takie pierdoły. Mógł zjeść kanapkę, jeśli to było takie ważne. Nawet nie wywrócił na to oczami.
- Tylko nie dawaj mi owsianki - burknął chrapliwie, próbując podtrzymać ten wcześniejszy lekko przekorny ton rozmowy. - Nawet po końcu świata mam swoje granice - skwitował ten własny żart (niezbyt zabawny, tym bardziej, że jego dziewczyna była zatwardziałym mięsożercą, więc raczej mu to nie groziło) półuśmiechem, który wcale nie oznaczał rozbawienia.
Moment później westchnął cicho, nie protestując już ani słowem. I tak wiedział, że nie wygra tej walki, więc nawet nie próbował stawiać się zbyt mocno. Zresztą... ...dobrze, że ktoś jeszcze przypominał mu o takich rzeczach. Sam dawno przestał to robić.
Po prostu ostatni raz kiwnął głową i wyszedł do łazienki.
Gdy usiadł w wannie, woda otuliła go niemal jak kokon. Czuł, jak napięcie powoli zaczyna opuszczać jego mięśnie. Jeszcze nie był zupełnie odprężony, ale nie sądził, że to miało się wkrótce zmienić. Potrzebował czasu i alkoholu, żeby dopuścić do siebie te wszystkie zmiany. To, że już nie musi być na alercie, że może dać sobie na wstrzymanie, odpuścić.
Woda była gorąca. Nie wyjątkowo ciepła, tylko prawie parząca. Na tyle, że szybko wypełniła łazienkę kłębami pary, ale nie miało to większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że spływała po nim, zabierając ze sobą brud, krew, pot i wszystkie wspomnienia ostatnich dni.
Zamknął oczy, w pewnym momencie znowu sięgając do kurków i na powrót je odkręcając. Wyciągając korek palcami stopy w taki sposób, żeby wypuścić trochę syfu i puszczając świeżą porcję wody. Mimo wszystko nie chciał leżeć w brudzie. W resztkach eliksirów, pyłu, popiołu i krwi odmaczających się z podrażnionej skóry.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że na co najmniej kilkanaście minut ograniczał tym ilość dostępnego wrzątku w termie przypisanej do dwóch łazienek, ale w tym momencie zupełnie nie przejmował się takimi sprawami. Po prostu to zrobił. Puścił strumień, pozwalając, by uderzał w czubek głowy i w kark.
Cisza została zakłócona, ale w ten całkiem dobry sposób. Woda dudniła w uszach Ambroisa, skutecznie zagłuszając wszystko inne. Nawet jego własne myśli, które przez ostatnie dwie doby nie dawały mu spokoju. Obrazy z Munga, dźwięki jęków i krzyków, zapach spalenizny i eliksirów. Przysiągłby, że dalej miał je w nozdrzach. Razem z tym cholernym dymem. Wraz z popiołem. A teraz pozwalał parze je stamtąd wyrzucić.
Wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby namydlić się i spłukać. Trzy razy zanim wreszcie poczuł się na tyle względnie czysty, żeby zakręcić wodę i znowu zatracić się we wrażeniu spokoju.
Nie zasnął, ale też nie czuwał. W pewnym momencie przestał być świadomy upływu czasu. Dryfował między tymi dwoma stanami. Zbyt zmęczony, by myśleć. Zbyt wyczerpany, by zasnąć. Po prostu trwał. Z zamkniętymi oczami, zanurzony aż po brodę.
Spuścił z tonu na tyle, że nawet nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Nie trzymał gardy. Nie miał już po co. Dopiero ruch chłodniejszego powietrza tuż obok niego i nieco odległe brzmiący szelest ubrań jego dziewczyny wyrwały go z tego dziwnego stanu zawieszenia.
Dotyk dłoni na policzku był delikatny. Przyjemny. Naprawdę miły. Mimowolnie przechylił głowę, przyciskając twarz do palców Yaxleyówny i unosząc kąciki ust. Jeszcze nie otwierał oczu. Chwilowo zadowolił się wyłącznie słowami. Tak właściwie to jednym słowem. Nieco przeciągłym, całkiem melodyjnym jak na jego wcześniejsze chrypanie.
- Heeej - nie pamiętał czy już przywitali się w ten właściwy sposób.
Na pewno jeszcze jej nie pocałował, ale zrobił to całkiem celowo. Nie chciał wtedy śmierdzieć tymi wszystkimi wspomnieniami. Szpitalem i pyłem, krwią, medykamentami. Mieli czas. Byli bezpieczni. Tym razem naprawdę.
- Jak się masz? - Proste pytanie poprzedzające kolejne słowa. - Co robiłaś, jak mnie nie było? Jak Astaroth? I zwierzęta? Romulus zabrał Lilię? - Być może nadal był zmęczony, ale paradoksalnie: ta gorąca woda, która zdążyła już dosyć mocno przestygnąć, dosyć mocno go otrzeźwiła.
Nie zamierzał milczeć. Nie, gdy mogli rozmawiać pierwszy raz od ponad dwóch dni. Byleby tylko nie o samych pożarach. Nie chciał jeszcze poruszać tematu kataklizmu. Zdecydowanie nie zamierzał tego robić bez pytania ze strony dziewczyny. A szczerze wątpił, by zamierzała go tym teraz męczyć. Siebie zresztą też.


RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.05.2025

Yaxley próbowała ustalić co nieco o swoich znajomych. Nie wiedziała, czy to był odpowiedni moment, czy wszyscy zdążyli już jakoś, chociaż odrobinę wrócić do codzienności, czy dało się to zrobić tak szybko? Pewnie nie. Wydawało jej się, że widmo tych wydarzeń jeszcze przez długi czas będzie im towarzyszyć. Spodziewała się, że większość z jej znajomych, którzy pracowali w Ministerstwie, czy w Mungu miała ręce pełne roboty i raczej nie było szansy na to, żeby szybko mogli odpisać jej na listy. Musiała być cierpliwa, dać im czas na to, aby jej odpisali. To wcale nie było takie łatwe, nie kiedy ona siedziała tutaj, całkiem bezpieczna mając świadomość, że inni nadal walczą, tyle, że z pokłosiem tego, co się wydarzyło. Wbrew pozorom wcale nie był jej obojętny los jej przyjaciół, kiedy Geraldine się do kogoś zbliżała, to naprawdę angażowała się w te znajomości, bo wiedziała, że nie ma ich zbyt wielu. Zresztą zawsze mogła liczyć na swoich przyjaciół, chciała się odpłacić tym samym. Może nie za bardzo mogła im aktualnie pomóc, ale zależało jej na tym, aby pamiętali o tym, że interesowała się ich losem.

Najważniejsze, że Roise już zjawił się na miejscu. Nie musiała się martwić o to, że jemu przytrafi się coś niespodziewanego. Może nie wyglądał najlepiej, ale był tylko zmęczony, a nie ranny, co było całkiem budujące. Wiedziała, że niedługo dojdzie do siebie. Będą mogli znowu zacząć cieszyć się swoja obecnością, chociaż zdecydowanie nie będzie to już wyglądało tak, jak jeszcze trzy dni temu. Wtedy świat na moment się zatrzymał, przypomniał im o tym, że wcale nie może być tak prosto, że ciągle będą im rzucane kłody pod nogi.

Powinni pamiętać o tym, że w ich przypadku nic nie mogło przyjść tak łatwo, aczkolwiek chyba nikt nie zakładał, że wydarzy się coś takiego, akurat w dzień, w który postanowili do siebie wrócić. Niezły chichot losu. Naprawdę.

Nie miała większego problemu z tym, aby stać się dzisiaj jego głosem rozsądku. Bywało już tak, że przyjmowała tę rolę. Znała ten stan, który mu teraz towarzyszył. W końcu przeżyli ze sobą naprawdę wiele. Umiała jakoś odnaleźć się w typowych dla niego stanach i zachowaniach, i może nie do końca akceptował jej słowa, jednak wiedziała, że wystarczy chwila, aby jakoś przemówiła mu do rozsądku. Nie sądziła, aby miał teraz chęć się z nią kłócić, nie tego chciała, potrafiła czasem brzmieć dosyć rzeczowo nawet w sprawach, które nie do końca były jej konikiem. To był właśnie ten moment.

- Jasne, myślę, że tyle jestem w stanie zrobić. - To nie miała być owsianka, to wcale nie powinno być takie trudne do zrealizowania. Nie wydawało jej się, aby w tej rezydencji znaleźli się jacyś jej fani, skrzaty na pewno sobie zdawały z tego sprawę, zresztą od początku swojego przyjazdu dostawała niebotyczne ilości bekonu. Te stworzenia bardzo dobrze wiedziały jakie są gusta kulinarne wszystkich, którzy się tutaj znaleźli.

Zaliczyła więc pierwszy względny sukces tego dnia, Roise zgodził się z tym, że zamierzała w niego wmusić posiłek, w sumie skoro się z tym zgodził, to nie było już wmuszaniem... tak to sobie tłumaczyła. Właśnie przez to też dość szybko ewakuowała się z sypialni, aby ogarnąć mu coś do jedzenia. Yaxleyówna działała szybko, nie pozwalała sobie na zbyt duże rozluźnienie, szczególnie wtedy, gdy wydawało jej się, że coś może być pilne, a nakarmienie jej chłopaka było jedną z takich spraw. Była pewna, że nic nie jadł od jakichś dwóch dni, no może niecałych, jednak znając go od kiedy wpadł w wir pracy to nie miał czasu o tym myśleć. Zresztą nie sądziła też, aby ktokolwiek w Mungu przypominał im o takich podstawowych potrzebach. Byli zajęci opieką nad rannymi, na pewno było ich wielu.

W końcu wróciła do sypialni, znalazła się w łazience, bo chciała być przy nim, towarzyszyć mu w tym powrocie do domu. Miała nadzieję, że szybko zmyje z siebie kurzy tamtych wydarzeń i zapomni chociaż na chwilę o tym, co się wydarzyło. Musiał odpocząć, a jeśli będzie wracał do tego myślami to się nie wydarzy. Była świadoma tego, że to mogło być przytłaczające.

- No cześć. - Odpowiedziała cicho, chyba faktycznie powoli zaczął do niej wracać. Może jeszcze nie otworzył oczu, ale czuła, że znowu jest tutaj. Nie sądziła, że stanie się to szybko, raczej nie zakładała, że łatwo będzie mu zapomnieć to wszystko, co zobaczył, kiedy był w szpitalu, jednak dobrze było wiedzieć, że powoli zostawiał to za sobą.

- Nie najgorzej, jak widać. - W przeciwieństwie do niego, ale ugryzła się w język nim to powiedziała. Nie chciała mu teraz dopiekać, nie po tym, co przeżył. Nadal jednak, szczególnie po tych dwóch dniach, które ostatnio spędził w szpitalu była zdania, że powinien porzucić Munga. Czy naprawdę był sens, aby tam wracał? Jasne, wiedziała, że ludzie mogli potrzebować jego wiedzy, jego wsparcia, ale czy to wszystko było tego warte? I tak nikt tego nie doceniał, a Roise dosłownie się tam zabijał, wrócił tak kurewsko wyczerpany...

- Czekałam na Ciebie. - Nie robiła nic ciekawego przez te półtora dnia. Właściwie sporą część przespała, a właściwie to nawet nie był sen. Bardziej czuwała i czekała na jakiekolwiek informacje. Wcale nie tak łatwo było tutaj tkwić, gdy miała świadomość, że ten na którym najbardziej jej zależało znajduje się zupełnie w innym miejscu. Tyle, że też nie mogła się stąd ruszać, bo miała na swoich barkach jeszcze Astarotha. Nie miała pojęcia, kiedy właściwie stała się odpowiedzialna za tak wiele rzeczy, nieco ją to przerażało, ale z drugiej strony nie mogła narzekać. Inni mieli jeszcze gorzej.

- Astaroth w piwnicy, Benjy pomógł go spacyfikować, myśli, że przyniesiesz mu eliksiry. - Cóż, nie było to może zbyt szczerym rozwiązaniem, jednak na tamten moment nie mieli zbyt wielu opcji, więc musieli okłamać Rotha. Miała nadzieję, że kiedyś jej to wybaczy, gdy w końcu uda mu się wyrwać ze szponów uzależnienia. Na pewno wtedy doceni to, co oni wszyscy dla niego zrobili, póki co - spodziewała się, że będzie raczej nerwowo.

- Tak, Romulus ją tutaj ze sobą zabrał. Jest bezpieczna, tak samo jak psy. Już teraz wszyscy są bezpieczni. - W końcu znaleźli się razem w tym miejscu. Naprawdę dobrze było mieć tego świadomość, bo trwało to zdecydowanie zbyt długo.

- Jak się czujesz? - Nie chciała wypytywać Ambroisa o pożary, o ich konsekwencje, o to, co widział, kiedy oni zniknęli z Londynu, bardziej zależało jej na tym, aby dowiedzieć się po prostu, jak się miał. Nie wyglądał najlepiej, ale wierzyła w to, że już niedługo wróci do pełni sił. Potrzebował tylko nieco odpoczynku.

Nie wiedziała, czy kilka godzin snu mu wystarczy, właściwie sądziła, że zaraz powinien wpakować się do łóżka, może faktycznie racząc się przed tym kilkoma głębszymi, jednak nie wydawało jej się, aby to był moment, w którym byłby w stanie wypić zbyt wiele i się nawalić. Mogłoby go bardzo szybko poskładać.

- Czy masz jakieś zachcianki poza tym alkoholem? - Tak, zamierzała mu asystować przy tym powrocie do normalności, i zorganizować wszystko, czego w tej chwili potrzebował, należało mu się to po tym, co przeżył i jak wiele czasu musiał spędzić z dala od nich.




RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.05.2025

Prawdopodobnie on też powinien zająć się próbami nawiązania kontaktu z najbliższymi mu ludźmi, którzy znajdowali się poza Exmoor, jednak w czasie pożarów miał okazję upewnić się o losie przynajmniej części z nich i to do pewnego stopnia musiało mu wystarczyć. Nie mógł wysyłać sów. Nie był w stanie bezpośrednio odwiedzić pozostałych bliskich. Zrobił tyle, ile mógł, by dowiedzieć się cokolwiek na temat ich losu.
Potem zaś zupełnie nie miał na to czasu ani przestrzeni. Podczas tego niemal niekończącego się kryzysu, jaki narastał w Mungu, Roise zajmował się zbyt wieloma znacznie pilniejszymi sprawami. Nie mógł się rozdwoić, a nawet jeśli mógłby to zrobić to pewnie ta jego druga wersja także zajęłaby się próbami opanowania chaosu panującego w szpitalu. W tym wypadku musiał stawiać zupełnie inne priorytety niż te, które były dla niego naturalne.
Dopiero teraz mógł się tym zająć. Tyle tylko, że wpierw potrzebował odpocząć. Ustabilizować coraz mocniejsze drżenie rąk, w których raczej nie utrzymałby pióra. Co dopiero mówić o pisaniu listów. Potrzebował przymknąć oko, choćby na godzinę. Zresztą nawet teraz, mimo prowadzonej rozmowy, trzymał je zamknięte, o czym nie omieszkał przypomnieć Rinie.
- Mam zamknięte oczy, ale uwierzę ci na słowo - być może nie brzmiał zbyt energicznie, ale najwyraźniej ten dosyć specyficzny humor nadal był w nim dosyć żywy, bo to go bawiło.
Tak po prawdzie: w tym momencie uważał za zabawne dużo więcej rzeczy niż zazwyczaj. Zwłaszcza tych absurdalnych. Takich, które zdecydowanie nie powinny go śmieszyć. A jednak to robiły. I nawet nie musiał być do tego pijany. Jeszcze nie.
Lekko potrząsnął głową, mocniej przyciskając policzek do dłoni dziewczyny i oddychając głęboko. Wiedział. Wiedział, że Geraldine na niego czekała. To było naprawdę dobre uczucie, nawet jeśli nie do końca odpowiadało mu to, ile zajęło im przybycie do Exmoor we troje. Jednakże nie miał na to wpływu. Niestety. Już to zresztą ustalili. Teraz liczyło się zadanie większej ilości pytań dotyczących sytuacji w domu.
- Wie, kiedy mam wracać? - Spytał zanim zdążył pomyśleć, że w gruncie rzeczy to było raczej dosyć głupie pytanie.
W końcu nawet on sam nie wiedział, kiedy tak naprawdę uda mu wyrwać się z Munga. Nie miał zielonego pojęcia, ile dni będzie znajdować się na froncie walki o życia ofiar pożogi. Ile zajmie mu zajęcie się sytuacją na tyle, żeby mieć poczucie, że zrobił, co w jego mocy, aby ratować sytuację. Jak długo dyrekcji szpitala zajmie ściągnięcie należytej ilości posiłków.
W tej ostatniej kwestii, gdy wreszcie miał trochę czasu, by to przemyśleć, czuł się coraz bardziej rozczarowany. To nie powinno zająć aż dwóch dni. W momencie wybuchnięcia aż tak dużego kryzysu, pomoc z zewnątrz powinna nadejść znacznie szybciej.
Tymczasem władze Munga znowu spektakularnie spierdoliły sprawę. Podczas, gdy fizycznie nie obowiązywały już żadne procedury i standardy leczenia. Kiedy musieli wyzbyć się wszystkiego, prócz reguł triażu, banda mądrych głów u góry podejmowała naprawdę chujowe decyzje. Roise sam nie wiedział, czym kierowali się ci ludzie, ale nie był to zdrowy rozsądek.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że wsparcie nadeszło nie wtedy, kiedy powinno i było możliwe a wtedy, gdy naczelna zołza szpitala i pozostała część rady zatwierdziła tę opcję. W tym wypadku zdecydowanie liczyła się biurokracja. Ta, która całkowicie (ale nie szokująco; w ogóle) zawiodła w tak tragicznych chwilach.
Tak czy siak, dopiero w momencie, w którym tamto pytanie padło z jego ust, Roise uświadomił sobie, że jest bezsensowne. A jednak celowo ułożył je w taki a nie inny sposób. Miał cel w jego zadaniu.
- Może możemy go przeciągnąć jeszcze przez dzień albo dwa - stwierdził powoli. - Wmówić mu, że jeszcze nie wróciłem. Piwnica jest wyciszona. Jeśli tam zostanie, raczej nie ma szans, żeby zauważył moją obecność - tak, to było raczej grubymi nićmi szyte, ale jednocześnie mieli okazję wykorzystać tę nieuczciwą przewagę.
Przedłużyć czas oczekiwania na eliksiry. Skorzystać z tego, że Roth nie wie, ile zajmie powrót z Londynu. Kiedy to nastąpi. Z pewnością nie miał być spokojny, schodząc z tych eliksirów, ale na pewno spokojniejszy niż wtedy, gdy zrozumie, że wcale ich nie dostanie. To chyba miało jakiś sens?
Szczególnie, że następne godziny Roise i tak zamierzał spędzić wyłącznie w towarzystwie Riny. O ile zamierzała z nim zostać. A sądził, że to wynikało raczej samo z siebie. Mieli czas do nadrobienia. Dwa dni, nawet dłużej. Chciał, żeby mieli dla siebie chociaż chwilę, zanim znowu znajdą się w towarzystwie. Trochę tego błogiego spokoju.
Tym bardziej, że zdecydowanie nie musieli nigdzie się spieszyć. Romulus rzeczywiście zabrał Lilię z mieszkania, więc powrót do Londynu nie był konieczny. Ulżyło mu na tą wieść. Dokładnie tak samo jak na informacje, że psy też są z nimi. Bądź co bądź, teraz chyba były też jego? Jeszcze tego nie ustalili, ale to wydawało mu się dosyć naturalne. Lubił je, one go lubiły.
- Weźmiemy je na spacer. Trochę później. Potrzebuję się przewietrzyć, tylko jeszcze nie teraz - nie dodawał, dlaczego w tej chwili to nie było dla niego priorytetem, ale zdecydowanie nie musiał tego robić.
Był zmęczony. Po prostu wyczerpany. Nie łudził się, że gdy już przyjdzie mu wejść do łóżka to najpewniej spędzi tam resztę dnia i wstanie dopiero późniejszym wieczorem. Mógł mówić sobie, że to będzie tylko krótka drzemka. Ot przez godzinę, ale rzeczywistość pewnie miała to szybko zweryfikować.
- Prawdopodobnie tak jak wyglądam - odmruknął cicho z odrobiną tego nie do końca logicznego rozbawienia. - Jakoś się trzymam. Fizycznie i psychicznie. Bywało gorzej... ...no powiedzmy - nie zamierzał aż tak bardzo owijać w bawełnę.
Jeszcze nigdy nie brał udziału w aż takim pierdolniku. Miał z tym walczyć jeszcze przez dłuższą chwilę, ale obecność Yaxleyówny zdecydowanie mu w tym pomagała. Była kojąca. Tak naprawdę nie musiała nic robić. Wystarczyło, że znajdowała się blisko, że była przy nim.
- Posiedzieć na tarasie i pomilczeć? To byłoby całkiem... ...miłe - stwierdził wreszcie, wcale nie zastanawiając się nad tym jakoś przesadnie długo, choć zdecydowanie potrzebując na to chwili.
Nieczęsto z jego ust padały podobne określenia. Zazwyczaj wszystko było... ...cóż... ...na pewno nie miłe, dokładnie tak jak nic nie było dla niego puszyste czy mięciutkie. Na ogół nie używał takich określeń. Miał zdecydowanie na tyle szeroki zasób słownictwa, by znaleźć mniej żenujące albo nie aż tak spowszedniałe synonimy, ale tego dnia nie zamierzał sięgać tak głęboko w swoje schematy. Nie.
Był zmęczony. Czuł się... ...rozmemłany. Przez ciepłą wodę otulającą jego ciało niczym ciasny kokon, miał wrażenie, że kiedy spróbuje mocniej poruszyć mięśniami to zachowa się niemal jak na wpół roztopiona galareta. W tym momencie nie miał już w sobie zbyt wiele energii. Bo nie musiał, czyż nie? Mógł pozwolić sobie na to, żeby zachowywać się dokładnie tak jak się czuł. Jak ktoś zupełnie wypruty z energii.
Miał ochotę po prostu zasnąć w tej wannie i nie wstawać do jutra, ale jednocześnie zdecydowanie nie mógł sobie na to pozwolić. Nie tylko dlatego, że niechybnie mógłby utopić się w tej ilości wody, bo miał jeszcze całkiem sporo przestrzeni, by wyciągnąć nogi. Ciotka zadbała o swoich nieco nazbyt wyrośniętych podopiecznych. Również przez to, że wbrew pozorom miał dalsze plany.
Musiał tylko przez chwilę odpocząć. Później chciał spędzić czas z resztą grona. Z Geraldine. Przede wszystkim z nią. Z jego dziewczyną. Naprawdę na powrót nią była. Troszczyła się, przebywała z nim w tym samym pomieszczeniu, czuł jej dotyk na swoim policzku. To było...
...miłe. I chyba należało, żeby wreszcie zaczął coś robić w celu ogarnięcia się, skoro miał takie plany.
Uniósł rękę. Powoli, niechętnie przeciągając ją przez mokre włosy. Palce całkiem swobodnie przeszły przez wilgotne pasma. Zazwyczaj całkiem nieźle rozczesywały się w ten sposób, mimo raczej niestandardowej długości, do której jednak całkiem przywykł. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo ich nie zapuścił. Zazwyczaj trzymał je powyżej ramion. Nie dalej niż trochę za kark. Mniej więcej tam, gdzie przy pochyleniu głowy rysowała się kość kręgosłupa.
Jednak to uległo zmianie mniej więcej dwa lata wstecz. Może trochę krócej. Nie pamiętał już aż tak dokładnie, kiedy ostatni raz ściął włosy. Na ogół nie dawał ich obcinać fryzjerom. Odkąd miał cokolwiek do powiedzenia w tym temacie, zazwyczaj polegał na kimś zaufanym.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy to nie była jakaś wielka filozofia. Nie, gdy dosyć mocno pilnowało się tego, żeby nie trzeba było zbyt wiele ciąć z długości. Ot regularne podcinanie po kilka centymetrów. Ni mniej, ni więcej. Ale nie tym razem.
Teraz doskonale pamiętał tamtą rozmowę z Geraldine w domu nad morzem. W Whitby. Wspólne leżenie na trawie w ogrodzie i tamte nieco uszczypliwe, choć jednocześnie całkiem czułe słowa. Tak. Zdecydowanie zapuścił się jak yeti. Z tym, że do tej pory jakoś mu to nie przeszkadzało. Nie aż tak jak w tej chwili.
Nie, gdy jego palce dosyć gładko przesunęły się przez pasma przy czole i uszach, toteż sięgnął nimi w głąb aż do karku. Przesunął je przez skroń, potem ku potylicy, jeszcze mocniej mrużąc oczy, nawet jeśli nadal miał zaciśnięte powieki.
Tam natrafiły na opór. Kołtun. Zlepiony, zbity, sztywny od zaschniętego eliksiru i resztek potu. Skrzywił się mimowolnie, bezgłośnie, jednak zadrżał mu przy tym kącik ust. Niemal skrzywił się w grymasie. Nawet nie próbował tego rozplątywać. Zcisnął zęby a potem opuścił rękę, biorąc głęboki, nieco poirytowany wdech i wydech połączony z uderzeniem językiem o podniebienie.
- Tak właściwie to jest coś jeszcze - odezwał się moment później, nie czekając ani przez chwilę, żeby zadać to pytanie. - Podetniesz mi włosy, proszę? - To nie tak, że nigdy tego nie robiła, prawda?
To nie miał być pierwszy raz. Zdecydowanie nie. Tyle tylko, że tym razem nie chodziło o drobne cięcie (wbrew temu jak zamierzał ubrać w słowa swoją prośbę), którego końcowy efekt mógł być zgoła niewidoczny, bo jego włosy i tak naturalnie się kręciły. Do tej pory to nierówne cięcie jakoś samo ukrywało się pod skrętem. Teraz? No cóż. To miało być dużo bardziej drastyczne. A jednak udał Geraldine.
- Tylko trochę. Na tyle, żeby ściąć kołtuny z tyłu. Eliksir je skleił. Nie mam siły się z tym użerać - stwierdził powoli, jednocześnie posyłając dziewczynie spojrzenie i nawet lekko unosząc kąciki ust.


RE: [10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.05.2025

- W takim wypadku nie masz wyjścia, ale wiesz, że bym Cię nie oszukała. - Nie miał za bardzo innego wyboru, skoro póki co nie zamierzał otwierać oczu, ale była z nim szczera, nie miewała się najgorzej. Praktycznie nic jej się nie stało, miała czas, aby nieco odpocząć przez te półtora dnia. Znajdowała się w naprawdę dobrej sytuacji, podejrzewała, że w dużo lepszej, niż większość ludzi. Spokojnie zaszyli się z dala od Londynu, nie musząc oglądać zgliszcz. Może nie było to wcale takim najlepszym rozwiązaniem, może wizyta w stolicy otworzyłaby jej oczy, zachęciła do działania, do podjęcia próby walki z tym, co się działo, ale chyba w tej chwili nie miała siły o tym myśleć i się na tym skupiać. Zresztą, czy mogła sama coś zdziałać, coś zmienić, coś zrobić? No nie do końca jej się tak wydawało.

Oprawcy stawali się coraz bardziej odważni, nie zwracali uwagę na to, że przypadkowo mogą skrzywidzć osoby, które nie powinny być ich celem, jakby było im to zupełnie obojętne, może faktycznie tak było, może liczyło się tylko przejęcie władzy, narzucenie swoich postulatów? Nie miała pojęcia, co mieli w głowach, ale na pewno nie zadziała to w ten sposób. Może ludzie zaczynali się bać coraz bardziej, to jednak nie zmieniało faktu, że nie byli zachwyceni tym przewrotem, straty, które poniesli mogły zachęcić ich w końcu do działania, a nie odwracania wzroku. Sama Yaxley zastanawiała się, jakie właściwie nastroje panowały w Londynie, jak to się wszystko układało.

Zawsze miała na niego czekać, wrócili do normalności i nie było to niczym nienaturalnym, zdawała sobie sprawę, że czasem bywało to dla niej dość mocno problematyczne, bo nie miała w zwyczaju siedzieć z założonymi rękoma, ale musiała się z tym pogodzić, już kiedyś to zrobiła, więc wiedziała z czym się to je.

- Nie do końca, nikt w sumie nie wiedział, kiedy wrócicie, więc nie było sensu rzucać żadnym konkretnym terminem. - Zresztą to też powodowało, że mieli trochę więcej czasu. Przynajmniej się na nic nie nastawiał, nie zakładał, że Ambroise pojawi się o konkretnej godzinie, danego dnia. Spodziewała się, że zacznie o to wypytywać, bo na pewno nie brał pod uwagę tego, że nie dostanie do ręki tych swoich eliksirów. Tak, to miał przynajmniej na co czekać, miał jakąś nadzieję, nawet jeśli była złudna. Czuła, że gdy dowie się prawdy będzie miał do nich pretensje, ale nie to było najistotniejsze. Najważniejsze, że wykonali pierwszy krok ku temu, aby doprowadzić go do porządku, ogarnąć jej młodszego brata. Miała nadzieję, że uda im się to zrobić, właściwie nie sądziła, że mógłby trafić lepiej, bo mieli tu całkiem doświadczone grono specjalistów w różnych dziedzinach, jeśli oni sobie z nim nie poradzą, to pewnie nikt inny tego nie zrobi.

- Jest to jakiś pomysł, trochę obawiam się, jak zareaguje, gdy dowie się prawdy, więc może faktycznie lepiej dać sobie na to jeszcze więcej czasu. - Mogli nie informować Rotha, że Roise wrócił. Zresztą i tak nie był to odpowiedni moment, aby zaczynać wdrażać te wszystkie postanowienia, bo Ambroise najpierw sam musiał doprowadzić się do porządku. Nie mogli sobie pozwolić na choćby moment nieuwagi, czy zawahania, bo przecież mieli do czynienia z całkiem młodym wampirem, który mógł ich skrzywdzić. To też wypadało brać pod uwagę.

- Na pewno się ucieszą. - Spacer, złapanie oddechu na pewno im się przyda. Wydawało jej się to więc być wcale nie takim złym pomysłem. Zresztą zamierzała dać mu wszystko to, czego potrzebował. Chciał się przewietrzyć - mogła to zrobić z nim, zresztą Yaxleyówna zdecydowanie lepiej czuła się na świeżym powietrzu, niżeli zamknięta w czterech ścianach. Dobrze im to zrobi.

- Jakoś to chyba odpowiednie stwierdzenie, fakt widziałam Cię już w gorszym stanie, ale chyba mogłabym to policzyć na palcach jednej ręki. - Spędzili ze sobą wiele lat, więc naprawdę mogła odpowiednio to ocenić. Zresztą przez te siedem lat nigdy jeszcze nie przeżyli podobnej tragedii, nie uczestniczyli w tak wielkim dramacie, to mówiło samo za siebie. Świat nie był już bezpiecznym miejscem i coraz bardziej sobie to uświadamiała.

- Dopisujemy do listy, dzisiaj Ty zasłużyłeś na specjalne traktowanie, więc będziemy odhaczać te wszystkie drobne rzeczy. - Nie zamierzała negować żadnego z jego pomysłów, wręcz przeciwnie - chciała towarzyszyć mu w tym wszystkim. Stęskniła się za nim przez te dwa dni, i mimo, że mogło się to wydawać nad wyrost, bo ledwie do siebie wrócili, jednak wcale tak nie uważała. Spędzili ostatnio wiele czasu razem, ponownie przywykła do jego obecności, takie zniknęcie na dwa dni, to było dość sporo, szczególnie, że nie mogła mieć pewności, że do niej wróci. To wcale nie było, aż takie oczywiste.

Mieli mieć tutaj trochę spokoju, w gronie przyjaciół. Może nie zakładała, że połączą ten wyjazd z detoksem jej brata, ale wcale nie uważała, że to było coś złego. Jakoś sobie wszystko na spokojnie ułożą, odetchną, będą mieli czas, żeby nieco nacieszyć się swoją obecnością. To mogło naprawdę przynieść im sporo korzyści. Wydawało jej się więc całkiem oczywiste, że wykorzystają odpowiednio te moment ponownego oderwania się od przytłaczającej ich rzeczywistości. Ostatnio stało się to ich codziennością - zaszywanie się na wsi i unikanie tego normalnego życia. Wiedziała, że nie mogli robić tego zbyt często, w końcu będą musieli wrócić, ale skoro pojawiła się kolejna sposbność to warto było ją wykorzystać w odpowiedni sposób, bo czemu by nie. Była tu ich rodzina, ta, którą sobie wybrali, dzięki temu łatwiej będzie im jakoś pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Wszystko i wszyscy wydawali się być w odpowiednim miejscu.

- Hmm? - Wpatrywała się w niego czekając na tę prośbę. Nie do końca wiedziała, czego może się po nim spodziewać, na co może mu się przydać, ale była tak naprawdę gotowa spełnić wszystkie jego zachcianki, przecież nawet już mu o tym powiedziała.

- Nie tego się spodziewałam. - Powiedziała uśmiechając się przy tym delikatnie. Właściwie - sama zwróciła mu kilka dni temu uwagę na to, że trochę zarósł i jego włosy były zdecydowanie dłuższe niż zawsze. Nie wiedziała jednak, czy to, aby ona była odpowiedzialna za doprowadzenie ich do porządku było dobrym pomysłem. Jasne, zdarzało jej się już podcinać mu włosy, ale w tym przypadku było to zdecydowanie poważniejszym zadaniem. Skoro jednak chciał zaryzykować... to dlaczego miałaby tego nie zrobić. To tylko włosy, najwyżej odrosną, zresztą podejrzewała, że Romulus z racji swoich rodzinnych koneksji na pewno jakoś mógłby uratować sytuację, gdyby coś bardzo nie poszło po ich myśli.

- Jasne, to nic takiego, przecież jestem całkiem niezła w precyzyjnych cięciach. - Włosy, czy skóra, czy była w tym jakakolwiek różnica? Na pewno. Wolała jednak sprawiać wrażenie, że raczej będzie wiedziała, co robi. Zresztą na pewno nie chciałaby go skrzywdzić w żaden sposób.

- Poradzimy sobie z tym. - Jak zawsze, nie było to w końcu nic skomplikowanego. Ręce jej się nie trzęsły, więc nie mogło się to skończyć jakoś najgorzej. Do tego Roise miał to szczęście, że włosy mu się kręciły, więc zapewne nawet nie będzie widać tej drobnej zmiany, którą miała mu zapewnić.