Secrets of London
jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: The Loft (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=97)
+---- Wątek: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft (/showthread.php?tid=4781)



jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Alastor Moody - 09.05.2025

Eden & Alastor
Spalona Noc

Na rogu jednej z bocznych uliczek, nieopodal stacji metra, znajdował się jego ulubiony bar. The Loft przyciągał go w niemalże każdy wolny piątek, wliczając w to yulową wigilię kilka lat temu, za co dostał tak potężną wiązankę, że śniła mu się jeszcze przez kilka dni. Miejsce to było niepozorne, wciśnięte pomiędzy zamknięty kiosk z wybitymi oknami i sklep z używaną odzieżą. Lubił w mugolach to, że najwyraźniej nie miało to dla nich żadnego znaczenia – bo niby okolica była skromna, ale wnętrze tętniło życiem.

Lato się kończyło. Wieczory przestały być tak ciepłe i duszne, a Moody nieszczególnie tęsknił za zapachem mokrej cegły, który towarzyszył każdej sierpniowej burzy. To wszystko sprzyjało zabawie w środku. Przechodnie znikali w drzwiach knajp, kin i mieszkań, a The Loft ledwo mieściło wszystkich zainteresowanych – nikogo nie obchodziły półmrok przełamany złotym światłem starych żarówek w drucianych kloszach i drewniane ściany przesiąknięte dymem. Liczyły się tanie, jasne piwo z lokalnych browarów i jazz, a może raczej królujące dzisiaj lindy hop – oba lekkie, orzeźwiające i wyjątkowo (jak Eden zdążyła się już przekonać) alastorowe.

Wszystko wokół ich dwójki pulsowało – bo znajdowali się na środku parkietu zbyt długo, a starszy Moody wlał w nich o jedno piwo za dużo – światło, dźwięki, rozmowy, muzyka – to był wieczór, w którym nikt nie potrzebował magii, bo wszystko co najważniejsze działo się właśnie tutaj, na tym parkiecie, kiedy usłyszeli krzyk.

Śnieg pada we wrześniu! Rozumiecie to kurwa?! Śnieg we wrześniu!

Alastor zatrzymał się, wciąż obejmując Eden w pasie. Już nie prowadząc kobiety w tańcu, na który powoli brakowało im sił, ale z jakiegoś powodu żadne z nich nie odważyło się jeszcze zaproponować pójścia do domu.

Mężczyzna zmrużył oczy, przypominając sobie słońce przetaczające się po bezchmurnym niebie ledwo kilka godzin wcześniej. Spodziewał się dzisiejszego wieczoru co najwyżej lekkiej mgiełki rozświetlanej przez uliczne latarnie, kiedy będzie ciągnął je do mieszkania przy Charing Cross Road. I ktoś inny mógłby pomyśleć, że Moody jak większość osób weźmie to za pijackie majaki, ale oto nadchodziły zmarszczenie brwi i spięcie mięśni barków – on naprawdę przybrał tę samą pozycję, jaką przybierał będąc na tropie!

Brakowało tylko, żeby to powiedział, jedną z fraz, jakie wypowiadał niczym mantry…


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Eden Lestrange - 18.05.2025

Eden nie wiedziała, jak powinna się z tym wszystkim czuć. Wieczór w The Loft był… dziwnie przyjemny. Przepełniony śmiechem, muzyką, ciepłem obecności ludzi, których powinna unikać. Albo raczej - ludzi, od których miała trzymać się na dystans dla własnego dobra. Z każdą kolejną nutą jazzu i stuknięciem szkła, z każdym kolejnym obrotem na parkiecie, Eden coraz bardziej zapominała, jak bardzo powinna być ostrożna.

Zgubiła rachubę czasu. Alkohol rozluźnił mięśnie, muzyka zagłuszyła myśli. I kiedy wir tańca prawie przekonał ją, że wszystko może być prostsze, że może po prostu być tu i teraz - usłyszała krzyk.

Jej ciało zareagowało szybciej niż umysł. Najpierw spięcie karku, potem przyspieszony oddech. Jeszcze nie strach – to nie był ten rodzaj sytuacji. To było... zakłócenie rytmu. Jakby coś niewidzialnego drgnęło w przestrzeni. Spojrzała na Alastora. Znała go już na tyle, by rozpoznać tę zmianę: z tańczącego partnera w człowieka, który właśnie nasłuchuje. Wyczuwa. Przewiduje.
I wtedy poczuła to samo: niepokój.

Światło w barze nie zmieniło barwy, muzyka nadal grała, ludzie nadal się śmiali - a jednak coś się przesunęło. Jakby chłód z zewnątrz wślizgnął się przez szpary w drzwiach, jakby powietrze zgęstniało, dźwięki straciły ostrość. Chciała wierzyć, że śnieg we wrześniu to jedynie pijackie halucynacje, a może ktoś kołdrę w kamienicy obok w oknie wytrzepywał i z nieba pierz się sypał. Nie chciała w to wierzyć, bo po pierwsze do bezpodstawnej wiary zawsze było jej daleko, a po drugie nawet jeśli słyszała o nieoczekiwanych opadach śniegu jako zwiastunach końca świata, miało się to według tych szalonych przepowiedni wydarzyć w sierpniu.
Mieli wrzesień. Eden miała też przy okazji dość wrażeń.

Odwróciła się razem z Moodym w kierunku okien, głównie licząc, że nie dojrzy nic szczególnego i w zwyczajowym dla siebie znużeniu wyjaśni zebranym, że wszyscy są tu kolektywnie narąbani. Zmrużyła oczy, przyglądając się opadającym płatkom... no właśnie, czego? Czy to na pewno był śnieg?

Eden zacisnęła palce na dłoni Alastora, czując jak rzeczywistość przesuwa się o pół kroku. I choć mogłaby wmówić sobie, że to tylko pijacka halucynacja kogoś, kto wypił o dwa kufle za dużo… nie była już tą dziewczyną, która ignoruje przeczucia. Pociągnęła go za sobą, bliżej okien, nie mogąc oderwać wzroku od niecodziennych opadów atmosferycznych.
- Alek... - mruknęła, wyraźnie pogrążona jednocześnie w osłupieniu, jak i własnych myślach. - Czy to nie jest popiół? -


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Alastor Moody - 25.05.2025

Byłby wielce poruszony gdyby mógł wiedzieć jakie emocje wywołało w Eden jego gwałtowanie spięcie. Tak, to były czasy wielkiego niepokoju i dlatego właśnie tak bardzo zależało mu na byciu filarem, o który dało się wesprzeć wszystko to, co mogło runąć w dół bez podpory. Pewnie dlatego właśnie tak bardzo zaniedbywał przez lata swoje życie – bo bycie taką podporą wymagało poświęceń, wymagało konkretnych zachowań i reakcji, wymagało trwałości w postanowieniu jakim było dążenie do jak największego dobra jak największej ilości dobrych ludzi – w świecie pełnym kryzysów mało było miejsca na Alastora w Alastorze, bo wypierała go misja. Idea.

Marzenie o wolności.

Więc kiedy zaciskał pięści, kiedy napinał mięśnie, chciał aby wszyscy wokół czuli siłę, spokój. Gotowość do walki, ale w tej gotowości nie miało być rozpaczy, lecz inspiracja.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ludzie którzy się kochają, chłoną nawzajem swoje emocje. Rodzeństwo Moody chłonęło od swoich rodziców głównie chłód – jak wiele mógł wiedzieć o współodczuwaniu? Czy gdyby… Czy gdyby nie wychowano go na wojownika po stronie prawych i sprawiedliwych, byłby złym człowiekiem?

Nie podobało mu się to jak ucichały śmiechy, kiedy ciągnął dłoń blondynki i torował im drogę do okna, żeby przyjrzeć się sytuacji lepiej niż umożliwiała to ich pozycja na porysowanym parkiecie. Jej delikatne palce zaciśnięte na szorstkiej skórze nie pasowały mu do powagi sytuacji – do wielkiego Aurora Moody’ego w wiecznej misji ratowania świata – ale nie istniała rzeczywistość, w której śmiałby przerwać ten gest. Niby nigdy nie miał iść z kimś w parze (Mavelle udowodniła mu już dobitnie, że to było zwyczajne okrucieństwo! Przyniósł jej tak dużo cierpienia, że momentami ciężko mu było patrzeć w lustro…), ale może jednak…

Popiół? – Zmrużył oczy, analizując kolor. I oczywiście, mógłby się z nią zgodzić – popiół przecież dało się znieść tu wiatrem, wykształtować, ale… – Gdyby leciał tu z daleka osiadłby na budynkach. – Zauważył. – A wokół nie widać żadnego dymu. – To on był tym odważnym, który roztworzył okiennicę i wyjrzał na zewnątrz. – Nie czuć go też. Co może płonąć? – I wychylił się mocniej, żeby dokonać wyjątkowo nieprzyjemnej obserwacji. – On sypie się z chmur.

A później zamarł. Ewidentnie kalkulował dlaczego to zdarzenie miało miejsce akurat tutaj. Czy było wymierzone w niego? W nią? We wszystkich?

No – westchnął ociężale, przesuwając ręką po twarzy, zupełnie jakby miało mu to pomóc wytrzeźwieć – tośmy popili.

Nie miał dnia wolnego od… od zawsze.

Tak naprawdę to nigdy nie tracił czujności, co potwierdził wsadzeniem palców w usta i gwizdnięciem w celu wezwania sowy. Sowy, która nie nadlatywała.

Zawsze lata ze mną przynajmniej jedna. – Mimo zagwizdania jeszcze raz, nie nadlatywała.


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Eden Lestrange - 12.06.2025

Popiół sypiący się z nieba mógłby być piękny; mogłoby być coś poetyckiego w tańcu na środku ulicy, gdy szarobure płaty opadają swawolnie z nieba. Mógłby, gdyby nie był tak cholernie podejrzany.

Eden nie wiedziała, czy to kwestia alkoholu, potańcówki, czy może faktu, że Alastor właśnie usiłował przywołać sowę, która najwyraźniej miała lepsze rzeczy do roboty niż krążenie nad dachem knajpy, ale przez chwilę naprawdę miała ochotę zaśmiać się na głos. Oczywiście, że nie mogło być spokojnie. Oczywiście, że kiedy raz na ruski rok wpakowała się w zwiewną sukienkę i pozwoliła sobie nie myśleć o ojcu, Ministerstwie, trupach i tych wszystkich niewidzialnych granicach, które przestali zauważać - niebo postanowiło się sypać im na głowę.

Przesunęła dłonią po włosach, zerkając na Alastora, który - klasycznie - wyglądał przy tym dokładnie jak zawsze, kiedy coś wisiało w powietrzu: ramiona spięte, spojrzenie jak cięciwa łuku. Gotowy.

I to było zarazem pocieszające i irytujące do granic absurdu.

- No, tośmy popili - zawtórowała zgodnie, ze zmęczoną rezygnacją w głosie. Tą, którą zakładała jak stary płaszcz, kiedy musiała robić coś wbrew własnej woli - znoszony, ciężki od wilgoci i wspomnień, ale zawsze gotowy do akcji.

Eden uniosła brew i spojrzała w górę. Czarne chmury nie wyglądały jak burzowe - były zbyt statyczne. Zbyt... celowe? Wyraźnie nieuformowane przez pogodę. Albo przez przypadek. Miała szczerą nadzieję, że to jedynie czyjś niesmaczny żart, może jakiś okoliczny happening. Niemniej ciężko było jej wyrzucić wspomnienia z Polany, gdzie zastało ich coś, co ma wiele wspólnego z popiołem - ogień.

- Daj jej spokój - mruknęła gwoli sowy, przeciągając sylaby z tym charakterystycznym zniecierpliwieniem i krzywiąc się, gdy gwizdał jej przy uchu. - Jak widzisz, są ciężkie warunki atmosferyczne. Może wpadła w poślizg. - Spojrzała na Alka z uniesionymi brwiami, nie wiedząc już, czy pieprzy od rzeczy z powodu upojenia alkoholem, czy w ramach żałosnej próby rozładowania atmosfery, która progresywnie się zagęszczała. Śmiechy, które jeszcze chwilę temu wypełniały lokal, cichły z każdą minutą. Muzyka, jeszcze grająca, wydawała się oderwana od rzeczywistości, jakby ktoś zapomniał powiedzieć gramofonowi, że świat się kończy. Eden czuła, jak napięcie sączy się w ludzi. Takie ciche, nieoczywiste - to, które poprzedzało krzyk. Albo ucieczkę.
A może jedno i drugie.

Zerknęła na dłoń Alastora, nadal lekko uniesioną, jakby spodziewał się, że sowa jednak przyleci. Nie przyleciała. Na końcu języka miała ironiczną sugestię, że pewnie są otoczeni przez snajperów na dachu, którzy zestrzeliwują ptactwo pocztowe, ale połknęła własne słowa, uznając, że zostaną odebrane dosłownie jako faktyczna możliwość.

- Powinniśmy dostać się na dach - oświadczyła, spoglądając mu prosto w oczy. Obydwoje doskonale znali drogę, choć tym razem u jej końca nie spotkają ich przyjemności. - Może stamtąd dojrzymy twoją sowę. A może nawet, w przypływie szczęścia w nieszczęściu, źródło tych niecodziennych opadów - zasugerowała, odciągając go sugestywnie, acz nie stanowczo, w kierunku schodów na górę. Tak podpowiadała jej logika, stare, raz wyrobione nawyki.

Poczuła, jak coś chłodnego ścieka jej po kręgosłupie. Nie popiół. Przeczucie. Tego się nie dało pomylić.
Zbliżało się coś złego. Może nie tu, nie teraz, ale już w ruchu, już w drodze.
I była prawie pewna, że to nie był przypadek.


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Millie Moody - 18.06.2025

Miles biegła, a jej bieg miał nadany puls przed kowadło.

To było takie głupie, przecież kowadło z fusów nie mogło napierdalać gdzieś na granicy słyszalności.

A jednak.

Ile kroków przypadało na jedno uderzenie? Jak zapierdalało szybko jej serce, kiedy wszystko wokół się rozmazywało, a jej przyświecał tylko jeden cel. To już nawet nie knajpa, nie nie, to skarb, który ukrył się w jej wnętrzu.

Musiała dotrzeć do swojego brata, jakie miała kurwa szczęście w nieszczęściu, że wiedziała absolutnie dokładnie gdzie się znajduje tego dnia i nie trzeba było rozkminiać gdzie go wywiało "służbowo". Nie. Pił. Odpoczywał. Już niedługo! I tak jak zastanawiała się czy w ogóle do niego dołączyć, tak teraz w obliczu nadciągającej nieustępliwie tragedii nie miała żadnych wątpliwości. Można powiedzieć, że spopieliły się szybciej niż otaczające ich kamienice.

Wpadła do środka w spiczastym kapelutku, który wyglądał absurdalnie, ale chronił przed zaklęciem wymierzonym w plecy. Absurdalność podbijała ściskana w ręku miotła wyniesiona z ich mieszkania. Można powiedzieć, że jakieś dziecko zapodziane szykujące się do Haloween, ale cała reszta stroju - przyduży t-shirt, skórzana listonoszówka i wygodne dresy kurewsko nie pasowały do tej czapki. Jebało ją to w krzyż totalnie co myśleli sobie bywalcy, jak komentowali jej highschoolową buzie. Bez makijażu, w ściętych, nieułożonych włosach wyglądała na radosne 16. Chociaż wcale nie była radosna.

Kolejna fartowna sprawa - Alastor był wysoki. Nie było to aż tak trudne wypatrzeć go w tłumie.

Frunęła dzielnie, przepychała się przez mugoli chcących odpocząć po długim tygodniu pracy. Odpocząć... dobre sobie.
– A... Al... Alastor! Alastor tutaj! – krzyknęła machając skrzydłami rękami i w końcu dopadła doń. Niepomna na to, że nie jest sam (nie zauważyła w pierwszym momencie), wczepiła się w jego rękę, jej złote oczy niosły ze sobą drogę którą przebyła gnana jakby ją upiory goniły - nawet jeśli teraz jeszcze tego nie robiły.

– Alastor... to chyba... to chyba dziś. Przepowiednia Morpheusa. Ogień. Mamy przejebane. Napisałam do niego. Do zamku. Napisałam żeby wiedział... Jest kurwa... źle i będzie... gorzej. – raportowała mu nadzwyczaj składnie, łapiąc oddech i łapiąc przede wszystkim spokój. Alastor zawsze wiedział co trzeba robić, więc będąc tu była w najlepszym możliwym miejscu. – Co robimy? – chciała rozejrzeć się po okolicy, jakby też tam z niej miała sczytać odpowiedź na swoje pytanie. Nie wyszło, bo w sumie jej wzrok od razu wpadł na Eden.

– O. Hej. – Tyle dała radę powiedzieć i w sumie pomyśleć też, bo jej mózg na moment odmówił podejmowania jakiejkolwiek aktywności.


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Alastor Moody - 06.07.2025

Moody nie dostrzegał w tym nic poetyckiego. Miał w sobie wyjątkowo mało wrażliwości na sztukę, jakiej można było spodziewać się po kimś, kto spędza większość wolnego czasu niemal wyłącznie z Bertim i kobietami (trochę cisnęło się na myśli: i innymi kobietami, ale Alastor w przeciwieństwie do narratora by tego swojemu przyjacielowi nie zrobił), a to co dało się upchnąć w piekielnie ciasnej przestrzeni, jakiej nie zdążyło jeszcze wypełnić bycie wykutym z kamienia, dostatecznie go nasyciło. Były tam grafiki tworzone przez jego siostrę, lubiane głównie dlatego, że tworzyła je jego siostra. Był tam księżyc, którego wcale nie chciał lubić tak bardzo, jak go lubił, ale nie potrafił pozbyć się klątwy. Było też wyczucie na przedmioty i zjawiska, które niekoniecznie mu się podobały i nie uważał ich za istotne, ale głowa (zwykle słusznie) podpowiadała mu, że to coś co mogłoby spodobać się Eden lub Millie. W tym miejscu mieściła się potrzeba zabrania jej na pokaz lampionów nad szkockim jeziorem, ale z pewnością nie było tam szarówki i wspólnego istnienia w obliczu potencjalnej katastrofy.

Jego to nie bawiło.

Nie mogło go to bawić, bo zakazywał tego każdy mechanizm obronny w głowie i każdy lęk, a tych lęków miał naprawdę wiele. Nie interesowali go romantycznie ani przyjacielsko ludzie, którzy w takich momentach nie reagowali, jednocześnie jak niczego innego bał się ich krzywdy – gdyby bogowie istnieli i powiedzieli mu, że za setki lat cierpienia tych kilkadziesiąt lat życia tych, co ich ukochał, będzie spokojne i bezpieczne, nie zawahałby się sekundy. I chociaż później wszystko wydawało mu się oczywiste – oczekiwał wspólnego działania – w tym momencie wydawał się wyjątkowo rozdarty. Nabrał powietrza w wyjątkowo napiętym stylu i pokiwał głową.

To jest dobry pomysł. Wezmę z wieszaków nasze kurtki, zasłonisz nimi włosy i twa... – zamilkł, odwracając głowę w kierunku zbliżającej się do nich Mildred, jeszcze zanim ta zaczęła wymachiwać rękoma. Zasłonisz nimi włosy i twarz, żeby to na tobie nie osiadało, dokończyłby, gdyby młodsza Moody nie zaczęła od razu trajkotać. Można to było uznać za niewątpliwy przywilej, każdego innego uciszyłby ręką i zaczął reagować zanim mugole zorientują się o sytuacji tworząc kolejkę do szatni – no ale Mildred to była jego siostra i dla niej miał przynajmniej szczyptę cierpliwości więcej. Usłyszawszy o tej przepowiedni, o niechybnym znalezieniu się w obliczu kryzysu, z jakim nie dało się poradzić sobie w trójkę, przesunął wzrokiem po obu kobietach i wydawał się być przy tym spokojniejszy niż kiedy grali razem w gry planszowe. – Wysyłamy informacje o naszych pozycjach i o zebranych danych – odpowiedział, troskliwie przesuwając palcami po wierzchu jej dłoni – i szykujemy się na uzyskanie wiadomości z centrali. – Wyrecytował bezbłędnie wręcz treści szkoleniowe, tonem zbliżonym do tego, jakbym uraczyłby ucznia przypominający mu o czymś nauczyciel. I posłał Eden spojrzenie. Niby nic nie powiedział, ale było w nim coś sugestywnego, to nieme, a jednocześnie bardzo słyszalne: przywołuje wspomnienia, co?

Wspomnień za to nie przywoływała w nim żadna Przepowiednia Morpheusa.

Okej, wracając... Wezmę z wieszaków nasze kurtki i rozejrzymy się z wysokości – powiedział jeszcze raz. – Tam o – wskazał na jedno z przejść na korytarz, z którego dało się dostać na klatkę schodową, niby pilnowane, ale w Azkabanie by tych pracowników nie zatrudnili – typ sobie ucina drzemkę. Zaraz do was przyjdę – puścił Mills, żeby się udać w tę samotną podróż po jego i Eden rzeczy, ale zanim się oddalił rzucił jeszcze – Baleronik nie przylatuje – kompletnie nie czując absurdu tej wypowiedzi, bo przecież Baleronik był w ich rodzinie od dobrych dziesięciu lat. A Millie czasami potrzebowała mieć zajęcie, nawet jeżeli było to wypatrywanie ptaka.


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Eden Lestrange - 25.07.2025

Jeszcze zanim dokończył zdanie, a ona zdążyła mu oświadczyć, że głupiej będzie wyglądała z kurtką na głowie niż pokryta popiołem, przyleciała do nich Millie z intensywnością magicznego pocisku. Eden odsunęła się lekko, jak dama robiąca miejsce komuś, kto właśnie spadł z nieba - z uprzejmym dystansem i cieniem rozbawienia, którego nie miała zamiaru werbalizować.

Przepowiednia. Naturalnie. Kolejny lunatyk wyjął karty i spojrzał w przyszłość, ale już nie na to, jak na nią wpłynąć.

Milczała, przyglądając się temu teatrowi dwójki rodzeństwa, z tym samym wyrazem twarzy, który zwykle przyjmowała, oglądając spektakl o średniej jakości scenariuszu, ale doskonałej grze aktorskiej. Kiedy Alastor wypowiedział swoje kwestie z podręcznika dla przyszłych aurorów, zdołała tylko przesunąć spojrzeniem po jego twarzy.
Wysłaliśmy dane, zabezpieczyliśmy teren, czekamy na odpowiedzi z centrali - wszystko to było boleśnie znajome. Jakby ktoś odwinął starą taśmę i pozwolił, by przewinęła się na nowo. Był tylko jeden problem: na tej taśmie wszyscy wyglądali młodziej, a ich humor był nieco mniej podszyty strachem. I nie wisiało między nimi tyle tajemnic, niedopowiedzeń oraz konsekwencji dmuchających im w kark.

Kiedy Mildred wreszcie zorientowała się, że świat istnieje poza Alastorem, nawet nie odpowiedziała na to krótkie hej, tak niewspółmierne do lawiny słów, którą zalała brata. Uśmiechnęła się jedynie, równie przelotnie, boleśnie uprzejmie. Nie miała zresztą nic więcej do powiedzenia. Alek rzucał poleceniami, niebo waliło im się na głowę, stres podchodził Eden pod gardło - w wielkim skrócie, to nie był ani czas, ani miejsce na wylewanie gorzkich żalów.

Wtem jednak Alastor wpadł na fantastyczny pomysł, by czmychnąć po te przeklęte kurtki - które Eden już spisała na straty, bo nie chciała się nad drobiazgami rozwodzić - i zostawić je dwie same sobą. Malfoy stała chwilę patrząc na Millie jakby dostała udaru, mrugając intensywnie i czekając na cud, aż do momentu, w którym nie dotarło do niej, jak głupio to musi wyglądać.
- My... - urwała, pokazując najpierw palcem na siebie, a potem na kierunek, gdzie mniej-więcej powinien znajdować się Alastor. Zatrzymała oczy na drzwiach pubu o kilka sekund dłużej, jakby chciała wymodlić jego rychły powrót. - ... wpadliśmy na siebie tutaj. - Nie miała pojęcia, czemu poczuła potrzebę wytłumaczenia czegoś, czego bez kłamstwa nie dało się obronić. Mogła przecież zamknąć mordę, przy odrobinie szczęścia Millie by może nawet nie zapytała. A jednak otworzyła usta, czując się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
- Skoro Baleronik nie przylatuje, spróbuję zawołać Glen - oświadczyła, chcąc zgrabnie zmienić temat, po czym odeszła parę kroczków na bok, próbując również przywołać swojego ptaka gwizdaniem. Był tylko jeden mały problem.
Eden nie potrafiła gwizdać.


RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Millie Moody - 28.07.2025

Powinna odpowiedzieć coś bratu. Powinna cieszyć się ze wspólnej akcji, bo co by miało im się stać, skoro stawali przeciwko światu. Razem. My kontra oni. Jak zawsze. Jak nigdy, odkąd Miles położyła uszy po sobie i sparaliżowana niemocą nawet nie podpisała się pod wstępnymi egzaminami prowadzącymi do aurorskiego kursu. Z takim zapleczem rodziny w Departamencie, mogłaby mieć ujemne punkty i by ją przepchnęli jak zator w rurze. Powinna coś powiedzieć, ale patrzyła się na mówiącą coś (tak, tam były jakieś słowa, kobieta stojąca obok otwierała usta, to pewne) do niej Eden.

Jedna sekunda jak tysiąc lat.

Zapomniała o podstawowych czynnościach, ale tylko na moment. Szum głosów, bardzo niemiłych wewnętrznych głosów obmywał klif jej istnienia miarową rozgadaną, bełkotliwą falą.

Strzępki psychiatrycznych sesji próbujących przeciąć gordyjski węzeł jej patologicznej zazdrości, lament syreny pod rozgwieżdżonym niebem sprzed ledwie kilku dni, gdy z oddali dochodziła do nich wciąż muzyka z plaży, kojący ciężar lokowanej ufnej głowy na pochudłym biodrze, ciężar który nie oceniał ani nie odrzucał rozbryzgu tysięcy barw zdobiących wnętrze jej czaszki.

I młot. Młot uderzający o kowadło.

To było teraz ważne.

Praca.

– To nic nie da – powiedziała cicho, łapiąc za rękę Eden, ignorując suchość w ustach, pieczenie w oczach i mrowienie skóry. Pociągnęła ją za sobą ku górze jak za starych dobrych czasów. Przemknęły obok lokalowego wykidajły, który jeszcze nie wiedział w jakim piekle za moment się znajdzie.

Gdy były na klatce schodowej prowadzącej na dach same Milles cicho i metodycznie zaczęła mówić:
– To zmasowany atak. Czarnomagiczne chmury i pył podpalający domy. Za moment cały Londyn stanie w ogniu. Chyba. Z resztą sama zobaczysz... – sforsowały drzwi i wydostały się na dach. Nie była to wybitna panorama, ale wystarczająca, żeby obciążyć się powagą sytuacji.

Mrok panował wszędzie. Płatki, pierdolone szare płatki, pierdolonej czarnej magii opadały w fałszywym spokoju na okoliczne dachy. Wzrok jej ściągnęła kamienica, w której mieszkało przy Charing Cross Road kilka mugolackich rodzin, próbujących żyć na pograniczu światów.

Percepcja ◉◉◉○○, czy kamienica się zapali?
[roll=Z]

– Tam gdzie się zbiera więcej tego gówna, chyba zaczynają się pożary. Widzisz? – wskazała na kamienicę, którą próbowała "wycenić", ale gwałtowny podmuch wiatru sprawił, że już sama nie była pewna, czy było tam więcej popiołu czy nie i czy to w ogóle był dobry przykład. Chyba nie, bo finalnie budynek nie płonął. Skrzywiła się rozproszona, od dołu dochodziły ich krzyki, echa syren wozów strażackich rozkręcały się w symfonii chaosu, w którym pogrążało się miasto. Łoskot skutecznie zagłuszał jej wewnętrzne rozterki. Nie zamierzała w żaden sposób prosić Eden, żeby teleportowała się jak najdalej stąd. To Malfoyówna wprowadziła ją w arkany służby w bumie, to ona - w przeciwieństwie do Miles - bez problemu przerżnęła się przez aurorskie kursy i mogła poszczycić się umiejętnościami i doświadczeniem łowców czarnoksiężników. To było jak latanie na miotle - takich rzeczy się nie zapominało. Dziewczyna zamiast tego sięgnęła do swojej skórzanej torby i wyciągnęła z niej dwie fiolki.
– Jak będziesz chciała wskoczyć za kimś w ogień to... to... nie wiem... wypij wcześniej to. Niewrażliwość daje na płomienie. Nie wiem czy na te też, ale no... ee... masz. Nie chcę żeby Ci się coś stało, ok? – wypluła z siebie niemal jak wyrzut, absolutnie nie patrząc blondynce w twarz. Drugą fiolkę zatrzymała w dłoniach dla brata, który za moment miał się tu znaleźć. – Ja nie wiem czy Glen i Baleron są w stanie przebić się przez te chmury– dodała z powątpiewaniem, próbując zmienić temat, nie dopuszczając do siebie że gdzieś tam niżej te zwyrole mogą paraliżować komunikację mordując pupili czarodziei jeden po drugim.

Przekazanie przedmiotu Eden: Eliksir chroniący przed ogniem.

Edit dotyczy opisania nieudanej akcji.



RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Alastor Moody - 13.04.2026

Skrycie chciał, żeby wypowiedź Eden wyglądała inaczej, ale nie powiedział nic, co mogłoby sugerować, że się z tym nie zgadza. Alastor płynął zgodnie z nurtem udawania, jakoby nie łączyło ich nic ponad przyjaźń i ciepłe wspomnienia z dzielenia biurka w Biurze Aurorów, w rzeczywistości wcale jednak nie narzekałby, gdyby nazwisko Lestrange przestało ciążyć blondynce na imieniu, do którego w ogóle nie pasowało. Co miałby jednak powiedzieć? To wcale nie on miał tutaj „coś do stracenia”, nawet jeżeli to, co można było stracić porzuceniem męża i zdradzeniem czystości krwi nie było wcale czymś, co jakkolwiek cenił i uważał za warte ochrony.

Niby człowiek nie chciał, żeby świat znikał w płomieniach i niebo waliło im się na głowy, ale oh – jakże łatwo było schować się za mimiką profesjonalisty, który spotkał się z katastrofą i musiał jakoś sobie z nią poradzić. W duchu więc trochę za to podziękował, bo rola Aurora Alastora Moody’ego pasowała mu do ego odrobinę bardziej niż rola kogoś, kto musiał mierzyć się z własnymi uczuciami i nie zdążył pogodzić się z tym, że jego przeznaczeniem była dramatyczna śmierć w nieustającej walce z siłami zła.

Kurwa mać – mruknął pod nosem, przedzierając się w kierunku szatni, kiedy wpadł na niezbyt trzeźwo wyglądającego… barmana? – Wszystko okej? – Zapytał, łapiąc mężczyznę za koszulę i przytrzymując go na moment, bo biedaczyna wyglądał trochę tak, jakby miał zaraz upaść i sobie łeb rozwalić, a tylko tego im brakowało, żeby musiał teraz reanimować losowego mugola. Tylko… jak się tak przyjrzał, oczy zmrużył, to żaden mugol z niego był – miał w kieszeń spodni wciśniętą różdżkę. – Tak na widoku…? – Ale nie dodał nic jeszcze, bo w zmartwieniu w oczach tegoż chłopaka dostrzegł coś, co kazało mu zadać nieco niezręczne pytanie o to, czy nie było czegoś, co chciałby mu powiedzieć zanim straci przytomność.

[roll=N-5]
// W chwili otwierania tej sesji Alastor był szczerbaty… jakkolwiek to brzmi.

Po rozmowie skierował swoje kroki na górę, dołączając do dziewczyn, gdzie wybadał jak właściwie wyglądała okolica. Zebrane informacje przekazano Harper.

[roll=Z]
[roll=Z]
To najwyraźniej brak munduru, bo ani niczego nie dowiedział się od faceta, który odepchnął go i zniknął za drzwiami łazienki, a do tego jeden z płatków popiołu wpadł mu do oka. Nigdy więcej nie wyjdzie z domu bez munduru.

Postać opuszcza sesję



RE: jesień 72. | 8.9 - spalona noc | the loft - Eden Lestrange - 15.04.2026

Gdzieś tam w głębi duszy wiedziała, że żaden przeklęty ptak nie przyleci. Zwłaszcza Glen, która była równie kapryśna co właścicielka; niechybnie na widok spadającego z nieba popiołu stwierdziła, że to nie jest pogoda na żadne przeloty. Wiedziała, a mimo to chciała się opierać przy próbach przywołania jej, bo to zawsze jakieś zajęcie. Niezbyt twórcze, niekoniecznie pomocne, może nawet marnujące uciekający czas, ale na pewno odciągające uwagę Eden od Alastora. A dzięki temu, również uwagę Millie od ich obojga.

Krzyczenie na głuchego na prośby ptaka wydawało się być lepszym wyborem niż krzyczenie na siebie nawzajem.

Eden nie przyznała Millie racji, bo Eden nie przyznawała racji nikomu, a już na pewno nie wtedy, kiedy miało być to szczere. Niemniej dziewczyna tę rację miała, więc Lestrange skrzywiła się nieznacznie, w odpowiedzi pozostawiając jedynie grymas, co by się na głos nie przyznać czasem, że pomysł miała głupi. Westchnęła ciężko, tak jak wzdycha się wtedy, kiedy wszystko dookoła cię próbuje wykoleić psychicznie, a ty już nie masz siły narzekać, po czym spojrzała w dal, w miejsce wskazane przez Moody - tam, gdzie kłębiły się coraz większe i gęstsze tabuny popiołu opadającego na miasto.
- Widzę - odpowiedziała wreszcie, mrużąc oczy, jakby chciała dojrzeć, która część Londynu jest zarzewiem całego problemu. Nie miała pojęcia, bo na starość robiła się ślepa jak kret i jednocześnie zbyt dumna, by pokazać się ludziom w szkłach na nosie. Potrząsnęła głową, jakby to nie było istotne, po czym odwróciła wzrok. Jak się czegoś nie widzi, to przy odrobinie szczęścia może przestanie istnieć. - Nie będę za nikim wskakiwać w ogień, Mildred, jestem na emeryturze... - rozpoczęła dywagację, tonem sugerującym, że chciała wejść jej w słowo i przerwać cokolwiek, co chciała powiedzieć dalej, ale potem mimowolnie przeniosła spojrzenie na fiolkę eliksiru w dłoniach towarzyszki. Potem spojrzała na jej twarz, ale ich oczy się nie spotkały, bo Millie ewidentnie odczuwała dyskomfort. Eden ponownie westchnęła, zamiast skończyć tyradę.
Wyglądało na to, że na starość nie tylko ślepła, ale również miękła.
- Nic mi nie będzie - powiedziała, a jednak przyjęła podarunek. - Złego diabli nie biorą, pamiętasz? - Uniosła brwi i chyba nawet uśmiechnęła się przelotnie. Powtarzała to ludziom odkąd pamiętała, bo nie chciała, by ktokolwiek się o nią martwił. Istnieli ludzie, którzy zasługiwali na to stokroć bardziej. - Lepiej ty uważaj, żeby nie zrobić nic głupiego. Alek nie wybaczy sobie, jeśli coś ci się stanie - oświadczyła chłodno, zasłaniając własną troskę Alastorem. W ten sposób ta przestroga łatwiej przeszła jej przez gardło.
- Właśnie, jak już o wilku mowa - zaczęła, po czym poczuła, że trafia ją przysłowiowy grom z jasnego nieba, gdy zrozumiała, jak świetnego porównania użyła w kontekście Alka. Musiała zamrugać kilkukrotnie, zanim mogła kontynuować. - Nie wiem, czemu ostrzegamy siebie nawzajem, kiedy wiadomo, że w ten ogień wskoczy najpierw Alastor. Trzeba iść za tym świrem - zarządziła, po czym zatoczyła wskazującym palcem koło, jakby zaganiała zwierzę do własnej nogi, a nie Millie do pójścia za nią. - Ostatnio był gdzieś na dole. - Po tych słowach, zaczęła ruszać w kierunku schodów.