Secrets of London
[10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4791)

Strony: 1 2


[10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.05.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

10.09.1972, popołudnie, plaża w Exmoor

Było już dobrze po dwunastej, choć słońce nawet nie próbowało przebić się przez warstwę niskich, ołowianych chmur. Szarość dnia nie ustępowała. Aura niedzielnego popołudnia była niemal tak samo ponura, chłodna, nasycona zapachem wilgotnej ziemi i kończącego się lata, co wczesny poranek. Wiał chłodny wiatr. W powietrzu unosiła się delikatna nuta soli morskiej przytłumiona nieco gryzącą w nozdrza wonią dymu z ognisk i z kominków.
Roise szedł sam. No, może nie do końca samotnie, jednak Geraldine z nim nie było. Zostawiła go z uśmiechem i pocałunkiem, obiecując, że dołączy niebawem. On wyszedł pierwszy, zabierając ze sobą Pierdołę i Cukra na spacer połączony z piknikiem i piciem na plaży. Dokładnie tak jak to oznajmił rano. W końcu nie rzucał słów na wiatr, czyż nie?
Mieli przejść się po wzgórzach porośniętych kwitnącym wrzosem, zaś później zasiąść na kocu rozłożonym na nieco wilgotnym piasku, racząc się ognistą pociąganą wprost z butelki, jedzeniem z kosza piknikowego przygotowanym przez skrzaty i widokiem morza.
Z tą niewielką zmianą planów, jaka nastąpiła niemal w ostatniej chwili, a przez którą wspólny spacer mieli zaliczyć podczas powrotu do domu. Teraz szedł sam, trzymając kosz piknikowy na ramieniu i wystawiając twarz na podmuchy chłodnej bryzy. Z minuty na minutę czuł się coraz bardziej żywy, bardziej rozbudzony, po prostu szczęśliwy.
Nieważne jak paradoksalnie by to nie brzmiało wobec wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie dni. Wrócił do domu. Jego ludzie byli bezpieczni. Wszyscy przeżyli noc pożarów, nikt nie ucierpiał w nich zbyt mocno. Los darował im kolejnych ciosów. A spalone mieszkania? Cóż, nie miały aż takiego znaczenia.
Psy krążyły wokół niego, wciąż w ruchu, ani na chwilę nie trzymając się jego nogi, jednak w gruncie rzeczy wcale nie musiały tego robić. Były na swoim terenie. Mogły swobodnie eksplorować okolicę, raz za razem wracając do Ambroisa, po czym znów wybiegając gdzieś do przodu. Być może znajdowały się tu po raz pierwszy, ale w pewnym sensie to było również ich terytorium. I chyba zdawały sobie z tego sprawę.
A przynajmniej taką wersję wybierał, puszczając je luzem i nie obawiając się o to, że gdzieś zabłądzą, umkną, pognają za dzikim zwierzęciem albo coś w tym rodzaju. Nie było na to nawet najmniejszych szans. Były zbyt inteligentne, żeby tak po prostu się zgubić. Zdążył to zauważyć już w Whitby. Teraz wyłącznie ugruntowywał swoją opinię na ich temat.
Mniejsze prawdopodobieństwo odnosiło się już chyba tylko do spotkania kogoś na swojej drodze. W końcu byli nie tylko na niemal zupełnym odludziu, lecz także na prywatnych ziemiach. Mimo oddalenia od głównych zabudowań, to wciąż była posesja Ursuli. A ciotka zdecydowanie dbała o prywatność.
Rzucał im patyk na zmianę. Nie kłóciły się o swoją kolej. Już nie. Wystarczyło zaledwie kilka rzutów zapoznawczych, żeby pojęły, że ta miała nadejść prędzej niż później. Poniekąd dogadywały się lepiej niż znaczna większość małych dzieci.
Biegły z radością, tarzając się w liściach i błocie, potem wracały zziajane, szczęśliwe, gotowe do następnej rundy. On z kolei co jakiś czas pociągał łyk z butelki ognistej whisky, trzymanej w kieszeni płaszcza, po czym znów rzucał kijem.
Nie pił dla zapomnienia. Już nie. Pił dla siebie. Dla chwili. Dla tego miejsca, które znał od dziecka, a które mimo wszystko wciąż potrafiło go zaskoczyć. Zupełnie tak jak dziś, kiedy trawa była bardziej mokra a niebo bardziej szare niż mógłby spodziewać się po mglistym popołudniu na wrzosowiskach.
Z drugiej strony, przecież słyszał o tym, co stało się poza Londynem. O czymś na kształt wyrwy, rozdarcia nad głowami ludzi w wielu hrabstwach. O pyle sypiącym się z chmur nie tylko nad stolicą. O niepokojącym, stalowoszarym odcieniu, jaki przybrało niebo w Dolinie Godryka. Wbrew pozorom, wcale nie tak daleko od Exmoor.
Przespał się dwie, może trzy godziny, więc czuł się całkiem wypoczęty. Bezsenność zdecydowanie miała swoje zalety. Nie potrzebował zbyt wiele snu na raz, szczególnie że nie chciał tracić tego pierwszego dnia po powrocie do domu. Mógł odpocząć wieczorem.
Nie wnikał w to, czemu ostatecznie wyszedł sam. Nie został poproszony o to, by zostać. Wręcz przeciwnie. Dostał jasną informację, że powinien zająć się zwierzętami, więc wyszedł z nimi z domu, mając całkiem dobry humor. Zdecydowanie lepszy niż nad ranem, być może trochę spotęgowany wypitym alkoholem, ale głównie ulgą, obecnością najbliższych i tym błogim spokojem wsi.
W takich momentach nie zadawał pytań. Znał Rinę zbyt dobrze, żeby dociekać. Nie w chwili, w której ona sama ewidentnie nie paliła się do wyjaśnień. Z wyrazu jej twarzy wyczytał, że nie było to nic złego. Ot, raczej konieczność zajęcia się czymś przy okazji, co nie wymagało jego obecności, więc nie miał powodów do niepokoju. Wiedział, że jego dziewczyna i tak się zjawi, może nawet szybciej niż sądził. To mu wystarczało.
Mimo upływu lat, Geraldine nadal miała w sobie ten nieuchwytny, specyficzny rytm. Zawsze zaskakujący, ale jednocześnie przewidywalny jak przypływ na morzu. Trochę chaosu, trochę porządku, ciutka zaskoczenia odnośnie tego, co przyniesie ze sobą. Wiedział, że Yaxleyówna go nie wystawi, że pojawi się na czas, jeśli nie chwilę wcześniej. A że do wskazanej godziny było jeszcze całkiem sporo minut, nie spieszył się ze spacerem przez pola.
Szedł powoli, rozkoszując się niemal sielską ciszą. Wdychając powietrze pachnące jesienią i wsłuchując się w odgłosy wydawane przez odlatujące ptaki. Prócz tego świat dookoła milczał. Czasem tylko jeden z psów zaszczekał na coś, co zwróciło jego uwagę.
Mimo ciężaru kosza, pomimo chłodu i powoli ustępującego zmęczenia, Ambroise czuł się dobrze. Lepiej niż mógłby przyznać. W tym milczeniu wrzosowisk było coś niepokojąco przyjemnego. Jakby wszystko znalazło się na swoim miejscu, chociażby nawet na moment.
Psy wróciły zdyszane, ale nadal skore do zabawy. Z liśćmi i błotem na łapach, utytłane w mokrym piachu, przeszczęśliwe. Jedno przyniosło patyk, drugie wyglądało, jakby miało zamiar ukraść go i uciec w chaszcze, ale chwilowo jeszcze tego nie robiło. Na ten moment oba były wyjątkowo grzeczne. Zarówno wobec niego, jak i siebie nawzajem.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym ponownie rzucił badyl. Tym razem mocniej. Tak, żeby powrót ze zdobyczą zajął psom dłuższą chwilę. Potem znów pociągnął łyk alkoholu z butelki, czując przyjemne ciepło rozchodzące się w przełyku.
Powoli, niespiesznie skierował swoje kroki w stronę stromego zejścia na dziką plażę, nie kłopocząc się wołaniem zwierząt do nogi. Już i tak widział, że powoli zaczynają zmierzać w jego stronę, dlatego kontynuował zejście na piasek.
Dwie, może trzy minuty później siedział już na kocu, wpatrując się w dwa niemożliwie mokre stworzenia ochoczo brodzące w wodzie. Świat był spokojny. Cisza, choć przerywana szumem fal i pluskaniem, jeszcze nigdy nie brzmiała tak dobrze.


RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.05.2025

Wypuściła Ambroisa z psami, bo sama musiała jeszcze zająć się naglącą sprawą, jaką była obecność jej młodszego, wampirzego brata w piwnicy. Wypadało pójść do niego, sprawdzić, czy żyje, nie umarł z głodu, czy coś. Oczywiście, że wolałaby towarzyszyć Ambroisowi w tym spacerze, jednak nie mogła zignorować istnienia Astarotha. Zwłaszcza, że ustalili, że poinformują go o tym, że jej chłopak wrócił dopiero jutro. On biedny nadal wierzył w to, że Roise dostarczy mu eliksiry. Może dobrze, że jeszcze nie wiedział. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na to, co zamierzali z nim tutaj zrobić. Właściwie to nie było sensu się tym, jakoś szczególnie przejmować, bo zabezpieczyli piwnicę bardzo dokładnie. Nie było szansy na to, aby się stamtąd wydostał. Powoli naprawdę zaczynała wierzyć w to, że ten pomysł może się udać, że wszystko wypali, że już niedługo Roth będzie wolny od tego swojego nałogu.

Towarzyszyła jej dziwna nadzieja, że wszystko się ułoży. W końcu wszyscy byli bezpieczni, przynajmniej póki co tak jej się wydawało, rozesłała listy do swoich przyjaciół, zapewne niedługo na nie odpowiedzą, wtedy będzie miała co do tego pewność, ale nie opuszczała ją myśl, że jednak będzie dobrze, że wszystko się ułoży. Przynajmniej jak na razie. Gdzieś z tyłu głowy pozostawało to dziwne uczucie, które sugerowało jej, że nadejdzie moment, w którym będą musieli porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Jakoś określić swoje zdanie, ustosunkować się do tego popisu Voldemorta i jego popleczników, nie wydawało jej się, aby mogli przejść wobec tego zupełnie obojętnie. Nie tym razem. W końcu zdecydował się spalić stolicę, to było nieco za dużo. Mogli tam umrzeć, mogła stać się im krzywda, a przecież oni również byli czystokrwiści, doskonale wiedzieli, gdzie jest ich miejsce w tym świecie, a ten pajac tego nie szanował. Nie podobało jej się to. Nie, żeby zamierzała się mieszać w jakieś śmieszne akcje, które i tak by nic nie dały, ale czuła, że mogłaby pokazać im, że wcale nie mają takiej władzy, jak im się wydaje. Otaczała się wspaniałymi czarownicami i czarownikami, którzy na pewno nie zgadzali się na takie postępowanie. Voldemort przekroczył granicę i trzeba było coś z tym zrobić, ktoś musiał się tym zająć.

Nim wyszła na zewnątrz znalazła się w piwnicy. Weszła na krótką chwilę do brata, któremu wręczyła worek z krwią, nie mogła przecież doprowadzić do tego, aby umarł z głodu. Nie odrzucało jej to wcale, zdawała sobie sprawę z tego, że taka już jest jego natura, musiała się z tym pogodzić, bo nie mieli raczej innego wyjścia. Najważniejsze było to, że nadal był z nimi, nie zginął tamtej nocy, kiedy nie popisała się swoimi łowczymi umiejętnościami. Gdy dobiegł pierwszy do wampira, ona była z tyłu, kiedy tamten postanowił odebrać mu życie. Uważała, że była mu to wszystko dłużna, musiała się nim interesować, pomagać mu odnaleźć się w świecie w tej nowej wersji. To był tylko i wyłącznie jej obowiązek, bo to ona go wtedy zawiodła. Dotrzymała mu towarzystwa przez dłuższą chwilę, a później w końcu znalazła się na zewnątrz.

Uderzyło w nią świeże powietrze, którym głęboko się zaciągnęła. Było całkiem rześkie, słońce chowało się za chmurami, nie była w stanie go dostrzec na niebie. Pogoda należała do całkiem przyjemnej, aczkolwiek zdecydowanie jesień zaczęła już się rozgaszczać, pozostawiając lato gdzieś z tyłu. Nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie, wiedziała, że będzie się to wiązało z krótszymi dniami, a więc mniejszą ilością pracy, jesienna pogoda nie sprzyjała polowaniom, zbliżał się ten sezon, który w większości spędzała w domu, no, nie licząc czasu, kiedy wyjeżdżała w dalekie podróże. Wiedziała, że w tym roku tego nie zrobi, bo znowu miało ją co trzymać na miejscu. Nieszczególnie rozpaczała z tego powodu, w końcu znowu wszystko było na swoim miejscu.

Doskonale wiedziała dokąd powinna zmierzać. Nie spieszyła się jednak jakoś szczególnie, mieli sporo czasu, aby nacieszyć się tym dniem, a ona sama chciała skorzystać z obecności na świeżym powietrzu. Wiedziała, że jej organizm może być nieco wymęczony po tamtej okropnej nocy, wydawało jej się, że nadal odczuwa jej skutki. Oddychała jakoś ciężej, a do tego ciągle czuła się zmęczona i ospała, co raczej jej się nie zdarzało. Szła przed siebie powoli, wiatr rozwiewał jej włosy, których dzisiaj wyjątkowo nie związała - nie było takiej potrzeby, nie szykowała się w końcu na żadne starcie. Mieli spędzić razem czas na plaży, wrócić do normalności, skorzystać z tego zwyczajnego dnia i nic nie miało im przeszkodzić.

Zatrzymała się na krótką chwilę tuż przy wejściu na dziką plażę. Obserwowała swojego ukochanego i psy, które biegały wokół niego. To był naprawdę kojący widok, zwłaszcza w takim otoczeniu. Kiedyś rozmawiali o tym, że będą mieć psy, jeszcze w Whitby, ale ich drogi się rozeszły. Mimo wszystko aktualnie miała dwa, a wreszcie i on znowu znajdował się przy niej. Może nie zrobili tego w ten sposób, w jaki planowali, ale w końcu to mieli. No, był jeszcze ten kot... który aktualnie zapewne spał zawinięty w kulkę w ich sypialni, jego nie było w planach, ale musiała przywyknąć też do tej różowej towarzyszki Ambroisa.

Zeszła na plażę, bardzo powoli, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Widziała, że Roise siedział na kocu. Miała nadzieję, że psy nie zwrócą na nią uwagi, chociaż trudno byłoby to obejść, bo przecież nikogo więcej tutaj nie było. Zajęte jednak były patykiem, co aktualnie było jej przewagą. Powoli, bardzo powoli, niemalże niezauważalnie zbliżała się do mężczyzny, po to, by w końcu znaleźć się tuż za nim i zakryć mu szybkim ruchem oczy.

- Nie zgadniesz kto. - Oczywiście, że na pewno nie domyślił się, kto go tutaj nawiedził, nie, żeby to nie było oczywiste.




RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.05.2025

Zadziwiająco łatwo było mu zacząć przywykać do tego zmienionego stanu rzeczy. Po prostu kiwnął głową, kolejny raz zachowując się wyjątkowo pokornie i nawet nie próbując rzucać żadnego wymownego komentarza. Owinął psie smycze wokół nadgarstka, pomagając sobie tym samym w zwinięciu ich na tyle, żeby móc wsadzić je do kieszeni płaszcza. A następnie zszedł do kuchni, żeby odnaleźć któregoś skrzata domowego i zabrać przygotowany kosz piknikowy z późnopopołudniowym posiłkiem.
Nie spytał o to, co powstrzymuje Rinę przed wyjściem razem z nimi. Nie dopytywał o przyczynę tego, że na plażę miał udać się sam. Dokładnie tak samo jak ona nawet nie zająknęła się odnośnie tego, czy był w stanie zapanować nad zwierzętami, choć teoretycznie to nadal nie były do końca jego psy. Należały do niej, nawet jeśli w pewnym pokrętnym sensie spełniały ich wspólne marzenie z przeszłości. To o posiadaniu dwóch pupilów w domu nad morzem. Być może o przeniesieniu się tam z nimi na stałe, bowiem wtedy celowo opuścili Londyn na wiele tygodni.
Teraz nie mieli jeszcze okazji porozmawiać o swoich planach i oczekiwaniach na przyszłość. Chociaż może należało to ująć inaczej: gdyby chcieli to zrobić, z pewnością wygospodarowaliby na to chwilę tamtego dnia, gdy podjęli ostateczną decyzję o powrocie do siebie nawzajem. W końcu rozmawiali wtedy na naprawdę wiele tematów. Jakoś jednak tak się złożyło, że ten nie wydał im się w żaden sposób naglący. Wtedy jeszcze myśleli, że mają czas. Nic się nie pali, czyż nie?
Rzeczywiście. Nic wtedy nie płonęło. Miało zapłonąć dopiero za kilka godzin. Dokładnie wtedy, kiedy zaczęli wracać do domu po naprawdę udanym późnym popołudniu. Byli szczęśliwi. Nigdy, przenigdy nie byliby w stanie przewidzieć tego, że coś postanowi ponownie ich od siebie oddzielić.
W pewnym sensie ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że nie spędzili ze sobą jeszcze ani jednego poranka w tej nowej rzeczywistości, jaką zdecydowali się tworzyć. A jednak fakty były faktami. Mówiły same za siebie. Dopiero ta nadchodząca noc miała być pierwszą razem jako para. Młoda i niemłoda, doświadczona i niedoświadczona, świeża i stara.
Jak zwykle było w tym całkiem sporo kontrastów, ale całe szczęście już niezupełnie przeciwności. Pomimo tego wszystkiego, co wydarzyło się, gdy jeszcze byli w mieście, zaś później dodatkowo on znalazł się w Mungu, Ambroise miał nadzieję, że od tej chwili będzie już tylko trochę lepiej.
Może nie łatwiej. Nie było łatwo jeszcze wtedy, kiedy łączyli życie po raz pierwszy. Ani później. Był realistą, nie miał skłonności do nadmiernego koloryzowania rzeczywistości. Najbliższe tygodnie miały być trudne. Sytuacja dotyczyła ich już bezpośrednio. Raczej nie widział zbyt wielkich szans, by w dalszym ciągu okrążać ją bokiem.
Ale z pewnością lepiej, bo byli w tym razem. Nie tylko we dwoje, choć to było najważniejsze. Mieli też ludzi wokół siebie. Nawet w domu, który niedawno opuścił razem z psami, wychodząc na spacer. Mieli rodzinę i przyjaciół, mieli naprawdę duże grono zaufanych osób. Tych, o które teraz już chwilowo nie musieli się martwić, bo wszyscy byli bezpieczni. No, przynajmniej względnie.
Nikt nie ucierpiał. No, zbyt mocno nie ucierpiał. Wśród ich grona, co prawda byli ranni i poszkodowani. Sam Cornelius dostał czarnomagicznym zaklęciem we wnętrzu własnego biura, co jeszcze kilka dni wcześniej nie śniłoby się nikomu (a najwyraźniej powinno, bo Ministerstwo ewidentnie było bardziej nieporadne niż nieoptymistycznie zakładali), jednak największe poniesione straty były głównie materialne.
Tu pożar zdecydowanie ich nie oszczędził, lecz w tym momencie, cóż, Greengrassowi trudno byłoby płakać nad czymś, co miało małe znaczenie względem widoków widzianych w szpitalu. Mogło być gorzej. W pewnym pokracznym sensie, ten naprawdę parszywy dyżur kolejny raz przyczynił się do otwarcia mu oczu.
Był wdzięczny, naprawdę wdzięczny za to (choć komu lub czemu - tego już nie wiedział), że nikogo nie stracili. Ewakuacja z Londynu przebiegła sprawnie i pomyślnie. Zabrali stamtąd zarówno ludzi, jednego wampira, jak i zwierzęta. Graty nie miały znaczenia.
Tym bardziej, że większość jego własnych w dalszym ciągu znajdowała się w domku w Dolinie. Horyzontalna nie była dla niego głównym miejscem zamieszkania. I z pewnością nie miała nim być przez najbliższe dni czy też tygodnie. Prawdę mówiąc, prawdopodobnie powinni porozmawiać z Yaxleyówną o tym, czy nie lepiej byłoby im ponownie uznać Whitby za swój główny ośrodek życia, choć z Astarothem pod opieką mogło być to zgoła podchwytliwe.
Chociaż czy aby na pewno? Młody był przyzwyczajony do mieszkania w Snowdonii. W tej chwili dni spędzał głównie unikając światła dziennego. Wieczorami jak najbardziej mógł udawać się do dużego miasta. Grunt, żeby wracał przed końcem nocy.
Nie mogli już udawać, że wojna ich nie dotyczy, ale spokój i cisza związana z mieszkaniem za miastem miała swoje niewątpliwe zalety. W stolicy mogli spędzać czas w weekendy, wrócić tam z nastaniem zimy, załatwiać interesy...
...prawdę mówiąc, gdy tak o tym myślał, na ten moment niespecjalnie ciągnęło go do tamtego miasta. Zbyt wiele wydarzeń miało miejsce zarówno tamtej nocy, jak i w kolejnych godzinach. Tymczasem rejony takie jak Exmoor czy Whitby...
...one były spokojne. Pogrążone w ciszy przerywanej wyłącznie szumem fal i wyciem wiatru. No i psimi harcami, na których widok usta mimowolnie rozciągały mu się w uśmiechu. Był spokojny, wyciszony, na swój sposób szczęśliwy, mogąc zasiąść na kocu rozłożonym na piasku, wpatrując się w horyzont i nie myśląc o niczym szczególnym. Dawno nie miał okazji tak po prostu rozkoszować się podobnymi chwilami.
Być może dlatego do tego stopnia spuścił z tonu, że zupełnie zawiesił się w czasie i w przestrzeni. Nie zwracał już uwagi na otoczenie. Zresztą, nawet gdyby próbował pozostać całkowicie czujny, nie wspominając o wyczerpaniu po pracy, raczej nie miałby wielkich szans usłyszeć kroków nadchodzącej dziewczyny. Nie, gdy starała się podejść go niemal zupełnie bezszelestnie. Zdecydowanie potrafiła to robić.
Tym razem nie wyczuł spojrzenia na swoich plecach. Nie zwrócił nań uwagi. W innym razie z pewnością obróciłby głowę i zrewanżowałby się równie miękkim, ale przy tym także odrobinę nazbyt intensywnym wpatrywaniem się w nadchodzącą Geraldine.
A jednak zupełnie dał się zaskoczyć. Co prawda ani przez chwilę nie poczuł się przy tym zagrożony. Wydał ją wiatr niosący ze sobą delikatny, ale dosyć charakterystyczny zapach znany mu z jej ubrań i włosów. Poza tym zawsze i wszędzie rozpoznałby dotyk tych dłoni, lecz słysząc to podchwytliwe pytanie, postanowił dać dziewczynie trochę satysfakcji.
- Nie wiem, nie znam pani, co pani tu robi? To prywatna plaża. Nie czytała panienka tabliczki? - Wypalił, odruchowo wywracając przymkniętymi oczami, nawet jeśli jednocześnie mimowolnie uniósł kąciki ust w uśmiechu. - Mam panią poszczuć psami? - Tymi groźnymi, niesamowicie niebezpiecznymi zwierzętami, które...
...no cóż, jeśli miałby kierować się dźwiękami, to w dalszym ciągu zajmowały się patykiem w wodzie, zupełnie ignorując ataki ze strony swojej pani na Merlinowi ducha winnych plażowiczów. No, pięknie. Od razu czuł się przez nie solidnie ochraniany. Przynajmniej były urocze...


RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.05.2025

Kiedy w końcu wszyscy znaleźli się w Exmoor poczuła w końcu spokój. Nie miała pewności, czy wszyscy jej przyjaciele byli bezpieczni, dlatego też wysłała kilka listów, jednak zniknęło już to napięcie i niepokój, który towarzyszył jej przez kilka ostatnich dni. Było jej lżej mając świadomość, że praktycznie wszyscy na których jej zależało byli tutaj, w jednym kawałku. Po tym, co się wydarzyło to wcale nie było tak oczywiste. Londyn spłonął, całe miasto pochłonęły pożary, a oni mieli tyle szczęścia, że praktycznie ich to nie dotknęło.

Nie miała szansy zobaczyć pogorzeliska, nie widziała jak wyglądało miasto po tej nocy, może to i lepiej, bo wolała zapamiętać stolicę jako tętniącą życiem, a nie przepełnioną śmiercią. Powinna wrócić do swojego mieszkania, wiedziała, że może nie spłonęło, ale i jego nie ominęły języki ognia. Miała sporo szczęścia z tym, że jeszcze stało, chociaż, czy na pewno stało, była tam stosunkowo wcześnie podczas tamtej nocy, to mogło się zmienić. Całkiem optymistycznie jednak nie zakładała takiego scenariusza, wierzyła, że jak coś będzie miała do czego wrócić. Tyle, że póki co wcale nie chciała tego robić. Dobrze było ochłonąć w miejscu takim, jak to, które znajdowało się z dala od centrum tamtych wydarzeń. Słyszała, że pożary nie objęły tylko Londynu, bo zahaczyły też o Dolinę, czy inne, mniejsze miejsca, w których czarodzieje się skupiali, jednak ominęły te mniej oczywiste miejsca. Powinni sprawdzić, co z Whitby, chociaż z tego, co udało jej się ustalić, nie obejmowało ono tego fragmentu, gdzie było niebezpiecznie.

To, że kupili właśnie tamten dom okazywało się być całkiem dobrym wyborem. Znajdował się na uboczu, rzadko kiedy czarodziejów wywiewało w tamte okolice, nie interesowały nikogo takie pustkowia. Nie, żeby ktoś powinien się skupiać właśnie na nich, na pewno nie byli celem ataków, bo przecież nie robili nic, co zwróciłoby na nich uwagę, raczej żyli według tych wszystkich czystokrwistych zasad, nie rzucali się w oczy, nie byli szczególnie kontrowersyjni, a i tak oberwali rykoszetem przez to, że ktoś był pierdolnięty i pragnął pieprzonej władzy. Nie podobało jej się to, nie akceptowała tego sposobu działania, nie zamierzała dłużej być bierna, chociaż tak właściwie też nie do końca miała pomysł, jak powinna odnaleźć się w tej sytuacji, jak oni powinni, bo nie mogła już teraz patrzeć tylko na to, co sama chciała zrobić. Wrócili do podejmowania wspólnych decyzji, wrócili do momentu, w którym tworzyli razem parę, co powodowało, że czekała ich rozmowa na ten temat. Miała świadomość, że nie będzie prosta, bo przecież już podczas tej pamiętnej nocy mieli szansę zauważyć swoje różne podejścia. Yaxleyówna nie umiała być zupełnie obojętna na krzywdę innych, nawet jeśli się starała to nie do końca jej to wychodziło. Obchodził ją los niewinnych ludzi, nie umiała do końca go ignorować. Zwłaszcza, gdy znajdowała się tak blisko nich, gdy tamci próbowali ich krzywdzić.

Nie umknęło jej oczywiście to, że nastroje się zmieniły, teraz i oni znajdowali się na celowniku jako członkowie rodzin czystokrwistych, zresztą mieli szansę doświadczyć tego podczas tamtej nocy, zarówno ona, jak i Roise zostali zaatakowani przez mugolaków, którzy chyba szukali winnych temu, co się działo. To też nie było zdrowe, czy jednak mogła mieć im to za złe? Nie do końca. Nic nie było jawne, społeczeństwo nie miało pojęcia, kto dokładnie był odpowiedzialny za te wydarzenia, a najłatwiej było je przypisać wszystkim członkom ich klasy społecznej. Obawiała się tego, że nastroje mogą być różne, że nie będzie jak dawniej. Tylko, co właściwie mogli z tym zrobić? Voldemort tego chciał, chciał skłócić ludzi ze sobą, i chyba mu to wychodziło. Wszystko dla przejęcia władzy. Wypadałoby poświęcić temu więcej czasu i jakoś spróbować odnaleźć swoje miejsce w tym popieprzonym świecie, bo już nie miało być normalnie. Przez lata mogli uważać, że są od tego z dala, jednak ostatnie wydarzenia pokazały, że na dłuższą metę nie ominie ich próba odnalezienia się w tej sytuacji.

Jasne, mogli spróbować przenieść się do Whitby, znowu zacząć układać w tamtym miejscu swoje życie, ale czy faktycznie było to dobrym wyborem? Czy na dłuższą metę nie będą go żałowali? Londyn był jej domem przez ostatnie lata i niekoniecznie chciała do opuszczać na dłużej. Nie do końca jeszcze wiedziała, co powinni zrobić, bo mieli przecież pod opieką jej brata, wampira z piekła rodem, który nie do końca radził sobie z sytuacją w której się znalazł, który nie pogodził się z tym, czym się stał i próbował jakoś zagłuszyć swój ból. Mieli bliskich, których powinni doglądać, ona nie była już tą dziewczyną, która mogła podejmować takie spontaniczne decyzje nie patrząc na innych, miała na sobie nieco więcej obowiązków niż wtedy, kiedy już raz wybrali to rozwiązanie.

Na pewno niedługo przerobią ten temat, nie ominie ich to, jednak chciała, żeby mieli chociaż jeden całkiem spokojny, przyjemny dzień. Tak naprawdę nie mieli do końca szansy odpowiednio nacieszyć się swoim, oficjalnym powrotem, bo przecież podjęli tę decyzję w ten dzień, gdy zaskoczył ich ogień. Niezły zbieg okoliczności, jakby rzeczywistość chciała im udowodnić, że zawsze ma jakieś kłody, które musi rzucić im pod nogi. Powinni do tego przywyknąć, nie mogło być zbyt prosto.

Wiatr całkiem przyjemnie muskał ją po twarzy, gdy znalazła się na plaży. Można już było wyczuć w powietrzu jesień, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, nawet ona miała swój urok. Natura wydawała się powoli wyciszać i szykować do zimowego snu, który miał nadejść. Powodowało to pozorny spokój, zresztą dzika plaża wydawała się być oderwana od tych wszystkich problemów życia doczesnego, które czekały na nich w mieście.

Widziała psy, które taplały się w wodzie, nie oszukiwała się wcale, wiedziała, że były zbyt zajęte tym, aby zauważyć jej obecność, wiedziała, że Roise był na tyle uważny, że na pewno ją wyczuł, ale nie dawał tego po sobie poznać. Pozwolił jej się zaskoczyć, przynajmniej pozornie.

- To była w ogóle jakaś tabliczka? - Rzuciła lekko, w końcu odrywając swoje dłonie od jego oczu. Nie mógł się spodziewać tutaj kogoś innego. Wszyscy goście rezydencji byli zajęci swoimi sprawami, a obszar należący do tego miejsca był zbyt duży, aby wpadali na siebie zupełnie przypadkowo. Mogli się mijać nie przeszkadzając sobie nawzajem, kiedy nie potrzebowali towarzystwa reszty tymczasowych domowników.

- Nie wydaje mi się, żeby psy były jakoś szczególnie zainteresowane moją obecnością. - Rzuciła jeszcze spoglądając na zwierzęta, które nadal zajmowały się sobą. Cóż, zdecydowanie nie były to psy zaczepno-obronne.

Przesunęła się zza pleców mężczyzny i usiadła tuż obok niego. Odwróciła twarz, aby przyjrzeć mu się dokładniej. Na jej twarzy malował się spokój, chociaż może nie powinien, ale naprawdę czuła, że wreszcie, wszystko jest na miejscu. - Dobrze, że już tutaj jesteś. - Nie musiała tego mówić, ale chciała, żeby to ponownie usłyszał.




RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.05.2025

Na tej dzikiej plaży wszystko wydawało się wreszcie na swój sposób łatwiejsze. Może nie do końca poukładane, nie dokładnie lepsze, jednak zdecydowanie spokojniejsze. To był spokój, który przychodzi, gdy wreszcie nie trzeba niczego udowadniać, kiedy nie trzeba reagować. Żadnych argumentów, żadnych pośpiesznych decyzji, żadnych celów do osiągnięcia. Nic. Tylko cisza.
Powietrze miało w sobie słoną świeżość niesioną wiatrem, który nie był jeszcze lodowato zimny, choć niósł już w sobie chłód zbliżającej się jesieni. Ciemnej i ponurej pory roku, jednak w tym momencie wciąż jeszcze na tyle odległej, że Ambroise nie zamierzał o niej myśleć.
Zresztą, gdyby tak naprawdę chciał to analizować, w pewnym sensie nie mógłby powiedzieć, że miało być gorzej niż zakładał. Trudniej? Z pewnością. To, co stało się w Londynie miało mieć nieokreślony, ale znaczący wpływ na życie wszystkich członków magicznej społeczności. Niemagicznej zresztą też, bowiem wedle jego wiedzy stolica ucierpiała tak samo we wszystkich częściach miasta.
To miały być mroczne miesiące, jednak w tym momencie nie przewidywał już spędzania ich w samotności. Nie w tym samym rodzaju osamotnienia, w jakim robił to w zeszłym roku. Przy bliskich, przy przyjaciołach i rodzinie, ale wciąż czując, że coś go omija, że pustka w sercu i w duszy nie daje się wypełnić nawet najbardziej serdeczną i żarliwą obecnością tych wszystkich ludzi.
Nie, gdy przez ten cały czas brakowało mu tego, co teraz powoli zdawało się powracać do jego życia. Niespiesznie, chaotycznie, nie bez trudności, ale w tej chwili czuł się znacznie bardziej spokojny. Nie musiał już dłużej zastanawiać się nad tą częścią przyszłości.
Więc po prostu był. Siedział na plaży, na kocu z nogami zgiętymi w kolanach. Nie podciągnął ich pod brodę, nie potrzebował osłaniać się przed wiatrem. Zamiast tego po prostu oparł stopy na piasku, samemu nie wiedząc, kiedy tak właściwie podjął decyzję o ściągnięciu butów i zagrzebaniu palców w piasku. Po prostu to zrobił.
Był rozluźniony, wyciszony, spokojny. S
Trwał tak, sam nie wiedział jak długo, wpatrzony horyzont i w linię fal, które z jednostajnym szumem uderzały o brzeg. Morze było spokojne. Nieśpieszne. On też powoli się taki stawał. Nie był już przygnieciony myślami, które rano krążyły w jego głowie. Ciężar powoli opadał z jego barków. Miał wrócić. To było pewne. Lecz nie dziś. Nie tego dnia.
Roise spoglądał przed siebie, tylko od czasu do czasu interesując się psimi harcami. Przez większość czasu patrzył na linie fal, w szarą dal horyzontu. Świat nie był idealny, nie był nawet szczególnie piękny, nie w ten pocztówkowy, widokówkowy sposób.
Większość osób nie zdecydowałaby się na to, żeby wybrać dziś pobyt na plaży. Ale dla niego otoczenie było dokładnie takie, jakie powinno być. Był ciche. Był proste. Był spokojne. Łagodziło nerwy, przyjemnie wyciszało umysł, odprężało i relaksowało wraz z kolejnymi pociągnięciami ognistej whisky wprost z gwinta butelki.
Miał ich jeszcze kilka w zapasie. Nie żartował, gdy mówił, że potrzebuje się napić. Nie, nie napić. W dalszym ciągu zamierzał najebać się w trzy dupy. Tyle tylko, że tutaj. Z dala od domu. Z dala od reszty tymczasowych domowników. Od syna chrzestnego, od Ursuli. W miejscu, w którym nie istniały praktycznie żadne szanse na nieoczekiwane spotkanie. Tylko on, psy i Geraldine, na którą w dalszym ciągu czekał.
Nie patrzył na zegarek, nawet jeśli miał go na nadgarstku. Nie liczył czasu. Nie monitorował upływu dnia. Jeśli jego dziewczyna chciała dołączyć do niego za godzinę, jak najbardziej mogła to zrobić. Ufał jej. Wierzył w to, że pojawi się dokładnie wtedy, kiedy będzie tego chciała. Dziś nie musieli spieszyć się z niczym konkretnym.
Świat, choć szary, nie był przez to uboższy. Przeciwnie. Szarość pozwalała oddychać, dawała przyzwolenie na ciszę, na zaczerpnięcie głębszego oddechu. Fale odbijały się spokojnie od brzegu, nie próbując niczego zabrać, nie chcąc nic narzucić. To nie był ten rodzaj dzikości natury, który wymuszał podziw czy budził trwogę. Mimo wiatru, morze nie zachowywało się gniewnie. Ono po prostu było.
Usiadł na kocu, wsuwając dłonie w kieszenie płaszcza i pozwalając, by jego ciało stopniowo przyjęło temperaturę chłodnego popołudnia. Jesień dopiero się zaczynała. To był jeden z pierwszych dni, kiedy pokazywała swoje oblicze. Jeszcze nie była nieprzyjemna i deszczowa. Przeciwnie. Była łagodna, pachnąca wilgocią i solą morską.
Moment później również dokładnie tym, czego potrzebował. Obecnością ukochanej, jej ciepłem, lasem, papierosami i ognistą whisky.
- Nie wiem, nie widzę - odmruknął, unosząc brwi, mimo zasłoniętych oczu.
A nawet tak właściwie to w związku z nimi. Trudno mu było stwierdzić, czy gdzieś rzeczywiście znajduje się wspomniana tabliczka, choć przy ilości zaklęć, jakie zostały rzucone na teren, pewnie nie było to ani trochę potrzebne. Ursula dbała o prywatność jak mało kto, kogo znał. A znał wielu naprawdę prywatnych ludzi.
- Jeśli cię to pocieszy, mnie nie ignorowały wyłącznie do czasu, gdy nie oddałem im patyka - parsknął cicho, nie zamierzając udawać, że było inaczej.
Miał pełną uwagę zwierzaków wyłącznie w momencie, w którym rzucał im kij. Później zaczęły go całkowicie olewać. Wystarczyło, że znaleźli się w okolicach plaży i dostrzegły linię wody. Moment później przestał dla nich istnieć.
Pewnie, gdyby istniało rzeczywiste zagrożenie, możliwe, że by go obroniły. Nie miał jednak żadnej pewności. Nie znał ich jeszcze na tyle. One nie znamy jego. Potrzebowali czasu. Dokładnie tak jak ze wszystkim.
Zanim jeszcze Geraldine przysiadła obok, jego ciało odruchowo się rozluźniło. Wiedział, że to ona. Nie tylko przez to, że to właśnie na nią tutaj czekał. Nie ze względu na dotyk smukłych palców dziewczyny na jego powiekach. Nie przez dźwięk głosu Geraldine. Po prostu. Instynktownie, naturalnie, dokładnie tak jak kiedyś mówili.
Wiedział. Zawsze miał wiedzieć. Nie musiał patrzeć, żeby poczuć ten drobny dreszcz przebiegający przez kark. Nie od chłodu a z tej cichej przyjemności, jaka przychodzi z bliskością kogoś, kogo się pragnie i kogo się zna.
Gdy usiadła, jego spojrzenie samo odnalazło jej profil.
Od kosmyków włosów powiewających na wietrze, poprzez kołnierz swetra aż do pośladków, gdy pochylała się, żeby usiąść. To na nich mimowolnie na dłużej zatrzymał spojrzenie. No cóż, był prostym człowiekiem, czyż nie?
Materiał spodni opinał je z taką naturalnością, że trudno mu było nie patrzeć. Zresztą, Ambroise nie zamierzał udawać, że nie patrzy. Czuł jak kącik jego warg unosi się lekko, niemalże mimowolnie, sam z siebie. Na twarzy Greengrassa pojawił się połowiczny uśmiech. Skierowany po części do Geraldine, po części do siebie samego.
Wywołany tym momentem. Obecnością jego dziewczyny. Spokojem otoczenia. Ulgą, jaka nadeszła po tych wszystkich chaotycznych dniach i godzinach. Ale także tą jedną zadziwiająco prostą i przyziemną myślą:
Yaxleyówna wciąż robiła na nim cholernie znaczące wrażenie. Jego ciało nie dawało się oszukać, ta prosta obecność działała silniej niż jakiekolwiek słowa.
Nie myślał o niczym konkretnym. Nie planował, nie analizował. Po prostu był. Uczucie spokoju nie przyszło nagle, ale też nie musiał go szukać. Czuł, że nie musi być nigdzie indziej. Nie musiał już uciekać przed myślami, przed przeszłością, przed pytaniami bez odpowiedzi.
Przesunął się nieco, robiąc Geraldine miejsce na kocu. Tkanina była już chłodna, miejscami wilgotna, ale to nie miało znaczenia. Nie było niczym szczególnym, czyż nie? Nie po tylu latach spędzanych we wspólnym domku przy plaży. Może w nieco mniej dzikim miejscu, ale na swój sposób bardzo podobnym.
- Cieszę się, że tu jestem... ...jesteśmy - odpowiedział cicho, unosząc kącik ust i wyciągając rękę, żeby założyć dziewczynie kosmyk włosów za ucho.
Jednocześnie wyciągnął ku niej ramię, nic przy tym nie mówiąc, ale samym ruchem sugerując jej, że mogła wsunąć się w jego objęcia, kryjąc się trochę przed nadmorskim wiatrem.
Zamrugał nieświadomie, starając się zatrzymać ten obraz w pamięci. Dołączyć go do tych wszystkich innych, które przez lata kolekcjonował w głowie. To było miłe wspomnienie. Jedno z pierwszych po nieoczekiwanej burzy. Ciche i spokojne. Upragnione. Było ciepłe, może trochę śmieszne, nie do końca rozsądne, bo mogli się łatwo przeziębić, ale całkowicie prawdziwe.
- Z tego, co widziałem, skrzaty Ursuli przygotowały nam całkiem niezłą wyprawkę. Zadbały nawet o zwierzęta - odezwał się po chwili, na chwilę wracając wzrokiem do linii morza.
Psy wciąż walczyły o patyk, co chwilę zanurzając pysk pod wodę, moment później otrzepując się z triumfem, jakby cała walka była tylko pretekstem do biegania i chlapania. Odruchowo uśmiechnął się na ten widok.


RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.05.2025

Przebywanie na zewnątrz zawsze wzbudzało w niej przyjemne emocje. Uwielbiała to, bliskość natury, wiatr we włosach, promienie słońca, które padały na jej policzki. Wtedy zawsze wszystko wydawało się takie proste. Tak było też teraz. W oddali pozostawał świat, rzeczywistość, która nie była szczególnie kolorowa. Dobrze było się od tego oderwać na chwilę, zupełnie przestać przejmować tym, co się wydarzyło, a skupić na tym krótkim, miłym momencie.

Było inaczej niż kilka dni temu, mimo, że przyszłość wiązała się z pewną niepewnością, bo nie do końca wiedzieli, jak będą wyglądały kolejne miesiące po tym, co się wydarzyło. Świadomość tego, że nie będzie musiała odnajdywać się w tej przyszłości sama była mocno budująca. Być może coś stracili, coś się zmieniło, w ich przypadku jednak to również wiązało się z powrotem do siebie. Wybrali sobie na to idealny moment... ale czy właściwie jakiś inny mógłby być lepszy? Ostatnio nie można było być pewnym niczego, co chwila dochodziły słuchy o kolejnych atakach, anomaliach, czy innym podobnych rzeczach, więc może powinni po prostu przywyknąć do tego, że tak jest, że to się nie zmieni zbyt szybko.

Dzień był spokojny, szarość która okrywała okolicę wzbudzała spokój, jakby nic nie mogło go zakłócić. Piasek, morze i delikatny wiatr, który był nieodłączną częścią nadmorskiego krajobrazu. Naprawdę wydawało się, że znajdują się w idyllicznym miejscu, z dala od wszystkich problemów.

Pojawiła się o czasie, właściwie to nawet jakoś dokładnie go nie mierzyła, ale wiedziała, że tak, czy siak zjawi się w porę. Tutaj dzień płynął powoli. Nie trzeba było się nigdzie spieszyć, było raczej leniwie, to naprawdę miła odmiana po tym, co działo się w Londynie. Mogli złapać oddech, odprężyć się chociaż trochę, oderwać od codzienności. Nie miała pojęcia, czy faktycznie zostaną tutaj tydzień, czy dłużej. Nie wiedziała ile zajmie im doprowadzenie Astarotha do porządku, ale nie miała zamiaru nadużywać gościnności ciotki Ursuli. Wiedziała, że raczej mało kto chciałby mieć pod swoim dachem młodego wampira, bo to mogło wiązać się z nie do końca przewidzianymi kłopotami. Póki co, jej brat zachowywał się dość przyzwoicie, pewnie przez to, że jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że był to jego turnus odwykowy. Jakoś jednak przetrawi jego gniew, w końcu zrozumie, że robili to dla jego dobra.

- Nie wydaje mi się, żeby była tutaj potrzebna. - Zresztą nie mijała żadnej tabliczki po drodze, pewnie by zwróciła na nią uwagę. Ciotka Ula na pewno zadbała o to, aby okolica była otoczona różnymi zaklęciami, które miały odstraszać nieproszonych gości, należała do tych przezornych osób, które pilnowały wszystkich szczegółów. Żaden zbłąkany mugol nie powinien się tutaj znaleźć i dobrze, to miejsce kojarzyło się jej bowiem z bezpieczną przystanią.

- Najwyraźniej za dobrze się ze sobą bawią. - Była zadowolona, że przyniosła wtedy do domu Cukra, bo zdecydowanie teraz Pierdoła wymagała mniej uwagi. Miały siebie wzajemnie, dzięki czemu się nie nudziły. Nie musiała martwić się o to, że zdemolują jej mieszkanie, kiedy zostawały same.

Yaxleyówna niby potrafiła zajmować się zwierzętami, może nieszczególnie skomplikowanymi, radziła sobie z koniami, ptakami, czy psami, umiała je ułożyć tak, żeby znały swoje miejsce i wiedziały do czego są stworzone. Jeśli chodzi jednak o te dwa psy, które aktualnie bawiły się w wodzie, cóż miała do nich lekką rękę, nieszczególnie zależało jej, aby były czymś więcej niż pupilami, które leżały z nią na kanapie. Pierdoła niby powinien bez problemu odnaleźć się przy polowaniach, ale odkąd miała Cukra to trochę mniej przywiązywała do tego wagę.

Poczuła jego wzrok na swoim ciele, nie dało się zignorować tego spojrzenia, nie skomentowała tego jednak, po to miał oczy, żeby patrzeć prawda? Dobrze, że ciągle doceniał jej wdzięki, mimo tylu lat, które razem spędzili.

- W końcu wszystko jest we właściwym miejscu. - Powiedziała jeszcze cicho, korzystając z wyciągniętego ramienia, od razu bowiem wtuliła się w Roisa. Nareszcie znowu znajdowali się razem, nie chodziło tylko o Exmoor, raczej miała na myśli to, że wreszcie wszystko zaczęło się układać, nawet jeśli świat znowu stawał na głowie. To nie było istotne, nie kiedy oni do siebie wrócili, nigdzie się nie wybierali, mieli być znowu swoim oparciem.

- To miłe, mamy dużo alkoholu? - To była chyba część wyprawki, która najbardziej ją interesowała. Nie umknęło jej bowiem to, że Roise zamierzał się nawalić, oczywiście miała zamiar mu w tym towarzyszyć. W końcu mogli przestać przejmować się tym, co się wydarzyło, odetchnąć, odpocząć. Może i znajdowała się tutaj nieco dłużej, ale wcześniej raczej zachowała czujność, nie mogła pozwolić sobie na coś podobnego, dopóki nie miała pewności, że wszyscy nie będą bezpieczni. Teraz, już nic ich przed tym nie powstrzymywało.




RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.05.2025

Niezależnie od pory roku, morze miało na Ambroisa szczególnie uspokajający wpływ. Być może sam Greengrass wychował się w Dolinie Godryka, gdzie jedynymi zbiornikami wodnymi były jeziora, jednak na plaży czuł się niemal tak samo dobrze jak w lesie. Z drobną przewagą na rzecz kniei, rzecz jasna, szczególnie tej rodowej, ale w gruncie rzeczy czuł się dobrze obcując z jakąkolwiek naturą.
Cały ten nieokreślony spokój, klimat sprzyjający siedzeniu zupełnie bez potrzeby wydawania z siebie jakiegokolwiek dźwięku, choćby przez chwilę. Nawet przez kilka minut, nie dłużej, bo tego dnia wcale nie potrzebował pogrążać się w zupełnym milczeniu. Nie dziś, nawet jeśli zdecydowanie mogli sobie na to pozwolić. Wiedział bowiem, że to nie byłby ciążący rodzaj ciszy. To byłby dokładnie ten rodzaj spokoju, jakiego oboje potrzebowali po tych wszystkich wydarzeniach.
Ten dzień był inny od ich ostatnich wspólnych momentów spędzanych na plaży. Nareszcie przyniósł ulgę, nawet jeśli pod wieloma innymi względami trudno byłoby powiedzieć, że los wreszcie zaczął im sprzyjać. Najważniejsze było jednak to, że znaleźli się tu razem. Tylko oni, psy, bezkresne morze i mlecznobiałe niebo nad ich głowami.
Jeśli w Whitby (do którego, tak swoją drogą, zdecydowanie powinni udać się na dniach, żeby sprawdzić stan domu) mogli mieć pewność, że będą sami, tutaj także zdecydowanie nie groziło im to, że na plaży nagle zacznie robić się tłoczno. Jedynymi osobami, które mogły tu przyjść byli ich własni domownicy, ale Roise szczerze wątpił w to, by ktokolwiek z reszty ludzi obecnych w Exmoor postanowił korzystać dziś z tego typu odpoczynku.
Znając pozostałych, większość z nich miała raczej pozostać w bezpośrednim sąsiedztwie domu, ewentualnie przejść się po ogrodzie, posiedzieć w altance albo na tarasie na dachu. Chyba wszyscy potrzebowali trochę spuścić z tonu, naładować baterie a większość ich bliskich mimo wszystko była mieszczuchami, nawet jeśli dosyć aktywnymi.
- Nie wiem, jak ona to robi, ale kiedyś jeden z naszych kolegów próbował przejść przez jej ogród po pijaku, trochę za bardzo zbliżając się do szklarni. Był sam środek nocy. Świętowaliśmy zakończenie lata. Coś na kształt wcześniejszego, trochę bardziej popieprzonego sabatu - nakreślił pokrótce, starając się dać Geraldine może nie pełen przekrój, ale choćby zarys sytuacji. - Ursula pojawiła się znikąd. Nawet nie powinno jej tu być, bo miała przebywać zagranicą ze swoimi siostrami. Wyrosła jak spod ziemi, cała na czarno, spojrzała na niego i powiedziała coś, co go totalnie wystraszyło. Nie mam pojęcia, co. Tak po prawdzie, był na tyle przerażony, że nie chciał o tym gadać - parsknął cicho, nie kryjąc rozbawienia i posyłając dziewczynie bardzo wymowne spojrzenie.
Nawet nie potrzebował unosić wzroku w kierunku nieba ani tym bardziej wywracać oczami. Mieli wtedy po dwadzieścia pięć czy dwadzieścia sześć lat, teoretycznie byli bandą dorosłych chłopów, jednak w praktyce wystarczyła jedna cicha wypowiedź ciotki Corneliusa, żeby Arthur zrobił się biały niczym kartka papieru. Pobladł zaledwie w przeciągu kilku sekund. Wyglądał już nie jak pijany czarodziej a niczym widmo.
Oczywiście, on nie byłby aż takim cykorem. Przecież już ustalili, że zdecydowanie nie obawiał się ciotki Lestrange, czyż nie? Nie raz, nie dwa robili z Corio dużo bardziej kontrowersyjne rzeczy. Szczególnie wtedy, kiedy myśleli, że są tutaj sami.
I przez większość czasu rzeczywiście byli. Odkąd dorośli, mogli dysponować domem letnim wedle uznania, Ursula raczej spędzała czas w swojej kamienicy w Londynie. To oznaczało, że bywali tutaj w bardzo różnych konfiguracjach, korzystając z dobrodziejstw związanych z odosobnieniem na wsi innej niż Dolina Godryka czy Hogsmeade.
Tu to odludzie było zupełnie inne. Tereny należące do posiadłości rozciągały się po kilka kilometrów w każdą stronę. Zostały kupione jeszcze wtedy, gdy ziemia w takich miejscach kosztowała tak mało, że każdy byle bogatszy czarodziej mógł sobie na nią pozwolić bez mrugnięcia okiem.
Co prawda, o ile był mężczyzną, bowiem samotnej kobiecie nie było łatwo zawrzeć transakcję, jednak w tym wypadku Ursula nie robiła tego zupełnie sama. Nie próbowała kopać się z hipogryfem, nawet jeśli zdecydowanie już wtedy byłaby w stanie podjąć się tego wyzwania i wyjść z niego zgodnie z własną wolą. Nie musiał znać jej w tamtym okresie, żeby to wiedzieć. Wystarczyła zaledwie garść historii.
Nie zmieniało to jednak faktu, że ten dom i przyległe tereny były czymś w rodzaju prezentu. Inwestycji we wspólną przyszłość. Czegoś w pewnym sensie na kształt tego, co on zrobił z Geraldine w Whitby, tyle tylko, że ze zdecydowanie większym rozmachem. Podczas gdy oni kupili sobie niewielki domek z kawałkiem plaży, powoli przejmując i przywłaszczając sobie do tego część wrzosowiska, narzeczony panienki Lestrange zupełnie nie pierdolił się w tańcu.
To mogłoby być wyjątkowo urocze. Gest z rozmachem. Wyraz uczuć, na który mało kogo byłoby stać. Zarówno wtedy, jak i w obecnych czasach. A jednak dom nigdy nie stał się oficjalną siedzibą młodych. Nie zaczął służyć jako całoroczna rezydencja. Nie przeszedł licznych remontów, jakie przystosowałyby go do tej funkcji. Zimą robił się chłodny i nieprzystępny.
Zupełnie tak jak Ursula na co dzień. Przyjmowała maski, odgradzała się naprawdę wysokimi, choć niewidzialnymi murami. Miała swoją czułą, łagodną stronę, jednak przez większość czasu pozostawała zdystansowana.
Odkąd pamiętał, wyjątkowo szanowała też stawiane granice. Nie była kimś, kto zwykł siadać w fotelu przy łóżku i opowiadać dzieciom historie na dobranoc. Wręcz przeciwnie. Wraz z zapadnięciem zmierzchu, Ursula niemal zawsze znikała w swoich prywatnych pokojach na odgrodzonym, zabezpieczonym piętrze i spędzała tam czas w samotności. Co robiła? Nigdy tego nie wiedzieli, ale po prawdzie też o to nie pytali.
Do ich dyspozycji były wtedy wyłącznie skrzaty domowe. To one pilnowały tego, żeby położyli się spać (często z marnym skutkiem) o w miarę ludzkiej porze. One przynosiły im ziołową herbatę na dobranoc albo mleko z miodem. One reagowały na złe sny i pobudkę z krzykiem. Ciotki zazwyczaj wtedy nie było. Pojawiała się wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach.
Albo okolicznościach takich jak, o ironio, te, o których wspomniał w krótkiej anegdotce dotyczącej jednego z dawnych kumpli. Tego, którego Rina nigdy nie poznała. Nie miała go poznać. Tak samo jak oni nie mieli dowiedzieć się, co Ursula powiedziała Arthurowi. Zabrał bowiem tę tajemnicę do grobu wiele lat wcześniej. Dosłownie niecały sezon po tym, gdy ciotka Corio niemal wystraszyła go na śmierć.
Był jednym z pierwszych bezpośrednich dowodów na to, że życie jest wyjątkowo krótkie. Nie był tylko pacjentem (zresztą po piekielnym dyżurze w Mungu, Roise wiedział, że nieważne, jak bardzo mógł starać się myśleć inaczej, to nigdy nie byli tylko pacjenci), przypadkowym imieniem i nazwiskiem, anonimowym człowiekiem z gazety albo z nekrologu wywieszonego na słupie. Nie, Morton miał twarz, swój własny niepowtarzalny charakter, dziesiątki, jeśli nie setki pozostawionych po sobie wspomnień. I tą jedną zagadkę: czym, do cholery, tak bardzo przeraziła go Ursula?
- Kiedyś podeszła do chłopaków z wioski, trochę młodszych od nas, którzy chcieli sobie rozbić namiot tuż za południowym ogrodzeniem - kontynuował, wbijając wzrok w linię horyzontu, gdzie morze łączyło się z niebem - ale zamiast krzyczeć, zaczęła im opowiadać o klątwach, które spadają na ludzi naruszających granice jej ziemi. Powiem ci, że nikt nie miał odwagi zostać. Zwiewali tak szybko, że unosiły się za nimi kłęby kurzu - ponownie parsknął na samo wspomnienie. - Od tamtej pory raczej mało kto z młodych śmiał myśleć o wchodzeniu na jej teren bez pozwolenia - zakończył, uśmiechając się pod nosem na samo wspomnienie, po czym sięgając wolną ręką do kieszeni płaszcza, żeby wyjąć stamtąd umieszczoną tam butelkę ognistej whisky.
Bez dalszego zawahania, przełożył ją do ręki, po czym wyciągnął szkło w kierunku Geraldine. Musiała nadrobić zaległości w piciu, jeśli chciała mieć do niego jakikolwiek podjazd. Miał naprawdę mocną głowę. Nie tylko do alkoholu, ale także do eliksirów i wszystkiego innego, co tylko było możliwe. Tak naprawdę od dziecka potrzebował przyjmować co najmniej podwójne dawki w porównaniu do przeciętnego człowieka, co miało zarówno swoje zalety, jak i niewątpliwe wady.
W tym wypadku być może zdecydowanie nie groziło im wyczerpanie się zasobów procentów. Przynajmniej nie w domu. Piwnica ciotki obfitowała w różności a skrzaty zdecydowanie zadbały o to, aby życzenie Ambroisa odnośnie najebania się zostało nawet bardziej niż spełnione. Jednak kosz piknikowy i kieszenie płaszcza Greengrassa miały ograniczoną pojemność.
Mgliście pamiętał, że mieli tu z chłopakami swoją skrytkę, gdy byli młodsi. Być może coś jeszcze w niej zostało, musiał to sprawdzić, jednak teraz objął Geraldine ramieniem, przyciągając ją blisko siebie i ani myśląc ruszać się z tej pozycji. Jeszcze nie.
Kiedyś robili to dosyć często. Niegdyś, swego czasu to było dla nich zupełnie normalne. Siedzieć na piasku, obejmować się w ciszy lub prowadzić całkiem lekką i swobodną rozmowę. Później przestało. Z dnia na dzień wszystko uległo zmianie.
Do tamtego momentu tuż po zajęciu się sprawą doppelgangera. Wtedy usiedli tak znowu. Po raz pierwszy od prawie dwóch lat. Może w odrobinę innej pozycji, ale wciąż w swoich objęciach. Było dobrze, trochę lepiej, odrobinę łatwiej, nawet jeśli cholernie trudno. Teraz też. Choć teraz wszystko już zupełnie wróciło do normy.
Słowa Geraldine wypełniły go tym wewnętrznym ciepłem. Dokładnie takim samym jak jej fizyczna obecność. Resztę chłodu miał załatwić alkohol. W tym momencie, Ambroise był naprawdę prostym człowiekiem.
- Prawdopodobnie tak. Kosz był ciężki. Podzwaniałem nim jak Alfred Trelawney po wielkiej wygranej w loterii Proroka - nieznacznie uniósł brwi, patrząc na Yaxleyównę, choć raczej wydawało mu się, że powinna zrozumieć odniesienie.
W końcu spirytustyczny egzorcysta z Nokturnu był dosyć powszechnie znany w kręgach, w których oboje nieoficjalnie się obracali. Zamiast zatem mówić coś więcej, przekazał jej butelkę i na powrót wolną ręką otworzył kosz stojący przy jego boku, wyciągając wpierw gruby ręcznik, następnie zaś rzucając wzrokiem do środka.
- Co my tu mamy? - Mruknął częściowo do siebie, po części do dziewczyny, nurkując ramieniem pośród fantów, od samego początku całkiem zadowolony. - Najwyraźniej przewidziały niemal wszystko - dodał, kiwając głową w stronę wyjętego ręcznika. - Włącznie z kąpielami - nie było jeszcze tak lodowato zimno, więc może później?
Dawno nie umilali sobie dni na plaży kąpielami. Ostatni raz robili to raczej w bardzo średnich okolicznościach. Za to dzisiaj? Zanim wypiją tyle, że moczenie się w morzu przestanie być czymś dopuszczalnym? Mieli różdżki i ręczniki, psy wydawały się czerpać satysfakcję z chasania pośród fal. Tak, to była sugestia, propozycja, oferta. Jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że chyba chciał to zrobić. Ot, tak na koniec lata.


RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.05.2025

Geraldine mimo wszystko wolała góry, do morza miała pewien sentyment spowodowany przez to, że sporo czasu spędzili z Greengrassem właśnie w nadmorskich okolicach. Większość dzieciństwa jednak znajdowała się w górach, to one od zawsze były jej ulubionym miejscem, tam uczyła się polować, tam też poznawała pozostałe tajniki bycia łowczynią. Sporą część życia przebywała w miejscach blisko natury, lubiła te dzikie okolice, które nie były do końca eksplorowane przez ludzi. Można było poczuć tam prawdziwy spokój, wyrwać się na dłuższą chwilę od szarej codzienności, przestać przejmować się tym, co działo się wokół, co najważniejsze, nikt tego nie naruszał. Nikt nie pojawiał się znienacka, aby niszczyć te krótkie chwile z dala od świata pełnego ludzi pędzących do nikąd.

- Nie dziwię się mu, pewnie zareagowałabym na nią tak samo, ma coś w tym spojrzeniu, co powoduje, że nie jesteś w stanie się jej postawić. - Na pewno Ambroise wiedział o co jej chodzi. Ursula potrafiła wzbudzić poczucie winy samym wzrokiem, nie musiała nic mówić, reagować, wystarczyło, że była, nic więcej. W sumie zabawne, że mimo to, oni wszyscy nadal się tutaj pojawiali, nadal słuchali tej kobiety, miała na nich ona całkiem spory wpływ, chociaż przecież nie była ich rodziną. Może przez to, że stworzyła im to miejsce, przypominające dom, wzięła ich pod swoje skrzydła, zaopiekowała się nimi tak, jak umiała, zapewne to było przyczyną. Trochę podziwiała ją za to, że potrafiła wzbudzić w ludziach tak wiele emocji samym spojrzeniem, mało kto potrafił działać w podobny sposób. Nie musiała nic mówić, udzielać reprymend, wystarczyło, że zatrzymała na dłużej spojrzenie, a winny już wiedział, co zrobił nieodpowiednio. To na pewno było bardzo ciekawą umiejętnością.

- Podejrzewam, że podzielili się tą historią, pewnie dalej krąży wśród kolejnych pokoleń jako miejska legenda, ale to dobrze, dzięki temu to miejsce jest bezpieczne, nikt go nie nawiedza. - Cokolwiek zrobiła Ursula, cokolwiek im powiedziała na pewno nie wydarzyło się to bez przyczyny. Dbała o swoją, o ich prywatność, nie dopuszczała, aby kręcił się tutaj ktoś niepowołany, dzięki temu nie musieli się przejmować tym, że mugole będą im przeszkadzać w spędzaniu wolnego czasu. Miejsca jak to mogły bowiem wzbudzić ich ciekawość. Rezydencja była przecież spora, przynależało do niej sporo terenu, na pewno kogoś interesowało to, co znajdowało się w środku, za jej murami. Sama gdy była młoda uwielbiała wkradać się do podobnych miejsc, szukać niewiadomo czego, a tak właściwie to zaspokajać po prostu swoją ciekawość.

- Czyli tabliczki są zupełnie niepotrzebne. - Nie, żeby ją to jakoś szczególnie dziwiło, że ciotka potrafi sobie radzić bez niech. Miała w sobie coś takiego, co powodowało szacunek i nie wątpiła w to, że umiała go wzbudzić w każdym, przed kim tylko się pojawiała. Niewiele było tak dostojnych osób, które potrafiłyby jej w tym dorównać.

Całkiem przyjemnie jej się siedziało wsuniętej pod jego ramię. W końcu było to w ten właściwy sposób, jasne, niby ostatnio  spędzili wspólnie tydzień w Whitby, jednak jeszcze wtedy nic nie było jasne, dopiero próbowali sobie ułożyć swój własny świat i było to pełne ich wzlotów i upadków. Chyba nigdy jeszcze nie wyciągnęli sobie tylu rzeczy z przeszłości, nie poruszyli, aż tylu tematów, ale może dzięki temu, tak właściwie to na pewno dzięki temu udało im się w końcu to wszystko ułożyć. Teraz mogli wrócić do tych spokojnych, przyjemnych popołudni spędzonych na plaży.

Nie pogardziła alkoholem, nie zamierzała na siłę nadrabiać tych kilku kolejek, w których mu nie towarzyszyła, jasne, mieli się nawalić, właściwie to Roise miał się nawalić, ale ona miała mu w tym tylko towarzyszyć. Zresztą zdawała sobie sprawę z tego, że potrafił wlać w siebie dużo więcej niż ona. Miał zdecydowanie większą tolerancję na używki, mimo, że Yaxleyówna była w tym przypadku prawdziwą córką swojego ojca i naprawdę nie wypadała najgorzej, jednak znajdowały się wyjątki z którymi nie była w stanie sobie poradzić, należał do nich między innymi Greengrass.

- Ciekawe, że nikogo nie zachęciły te dźwięki do wybrania się za Tobą. - Na pewno w domu znalazłoby się więcej amatorów trunków wysokoprocentowych, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, jakoś jednak tak się stało, że nikt nie wylazł ze swej nory, nie poczuł się wywołany. W sumie pewnie wszyscy powoli próbowali jakoś odnaleźć się w tej rzeczywistości, nie dziwiło jej to nawet wcale, sporo się ostatnio wydarzyło i na każdego z obecnych miało to mniejszy, albo większy wpływ. Nie było osób, których te sprawy by nie dotyczyły.

Zauważyła ręcznik, który wyciągnął z kosza. Cóż, skrzaty chyba sugerowały im czym jeszcze mogli się zająć. To wcale nie było takie głupie, temperatura powietrza pewnie była podobna do tej morza, a wtedy najprzyjemniej było się nieco pomoczyć. W sumie byli jeszcze na tyle trzeźwi, że faktycznie mogli pomyśleć o takiej drobnej przyjemności. Pożegnać się z latem, poprzez tę ostatnią kąpiel, chociaż nie sądziła, że będzie ona ostatnia, nie jeśli mieli tutaj spędzić jeszcze tydzień. Bliska obecność morza prosiła się o to, aby korzystać z tego, że się tutaj znajduje.

- Myślisz o tym samym co ja? - Odwróciła głowę w stronę swojego chłopaka, aby spróbować wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Znała go na tyle, żeby wiedzieć, że faktycznie rozważali to samo. Właściwie nic ich przed tym nie powstrzymywało, więc to nie był wcale taki głupi pomysł.

- Jeśli tak, to musimy to zrobić nim spełnisz resztę swoich planów na ten dzień. - Niby wiedziała, że Ambroise miał głowę na karku, nie ryzykowałby aktualnie taplaniem się w morzu najebanym w trzy dupy, ale wolała go uprzedzić, że nie zaakceptuje takiej opcji. Szczególnie, że pamiętała te jego opowieści o tym, co robili, kiedy byli młodzi i głupi, kto wie, czy nie poczułby jakiegoś zewu przeszłości, który zachęcałby go do powtarzania tych nie do końca przemyślanych czynności. Jeśli mieli zamiar wskoczyć do morza, to musiało się wydarzyć zaraz, póki alkohol do końca nie otumanił ich myśli.




RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.05.2025

Poruszył brwiami, gdy Geraldine spojrzała na niego z tą miną, która mówiła więcej niż słowa. Nawet nie musiała zadawać mu werbalnego pytania. Zrozumiał je już znacznie wcześniej. Dostrzegł to w tym drobnym uniesieniu kącika ust. W iskrze, która zalśniła w błękitnych oczach jego dziewczyny. W zawadiackim przechyle głowy.
Odpowiedź też była jasna. Oczywiście, że myślał dokładnie o tym samym. Wiedział. Nie musiała mu tego mówić, nie musiała go do niczego przekonywać. Już wiedział, że zamierza wykorzystać ten moment. Nie później, nie kiedyś, nie po kilku głębszych, ale właśnie teraz, gdy wszystko idealnie się ku temu składało.
Nie istniała inna możliwość. Oczywiście, że zamierzał w pełni wykorzystać ten moment. Żadne teraz albo nigdy nie było mu potrzebne. Wystarczyło jedno spojrzenie, oddech zawieszony gdzieś pomiędzy słowem a czynem. Czuł to w powietrzu, w napięciu między ich ciałami, w tej ciszy przed czymś. Nie przed burzą. Teraz było lekko, zdecydowanie lżej. Za chwilę? Za moment mogło do tego zrobić się jeszcze całkiem zabawnie.
Posłał szelmowski uśmiech w kierunku dziewczyny. Z kategorii tych, które zwykle kończyły się zrobieniem czegoś głupiego, nieodpowiedzialnego albo nieprzyzwoicie... ...przyjemnego. Mrugnął teatralnie, trochę zuchwale a potem wypuścił Yaxleyównę z ramion, dając jej przestrzeń. Choć, czy aby na pewno tylko o to mu chodziło?
No niekoniecznie.
Po prostu zapewniał sobie lepszy start. Tym bardziej, że zdecydowanie nie zamierzał czekać aż jego dziewczyna skończy mówić o robieniu tego wszystkiego w tej chwili. Tak, być może kiedyś zdarzało mu się wskakiwać do wody całkowicie naprutym. Ba, skakał tak z klifów, celowo staczał się ze zbocza w ramach wyścigów zakończonych w wodzie.
Tyle tylko, że nie był już tym samym człowiekiem. A przynajmniej usiłował być trochę poważniejszy, bardziej odpowiedzialny. Z co najwyżej umiarkowanym skutkiem, mając na uwadze to, co właśnie planował zrobić, ale to już były detale. Ot. Drobne, nieznaczące szczegóły wynikające z tej nagłej potrzeby zrobienia czegoś zupełnie nieplanowanego.
Wystarczyło, że zobaczył ręczniki wciśnięte do kosza plażowego. Że spojrzał na Yaxleyównę a ona odwzajemniła jego spojrzenie. Zobaczył u niej dokładnie tę samą myśl. Nie mógł tego tak zostawić. Zresztą nie bez powodu w młodości określano go mianem wydry. Cholernie mocno lubił siedzieć w wodzie, choćby nawet chłodnej. Miał naprawdę mocną tolerancję na temperatury zbliżone do tej, jakie musiało mieć teraz morze.
Zresztą już nie raz wspólnie przecinali dużo chłodniejsze fale. Wtedy pod koniec maja, gdy pierwszy raz pojawili się w Whitby. Zanim jeszcze stało się ich prywatną cichą oazą. Albo choćby tydzień wcześniej, kiedy jeszcze nic nie było między nimi pewne, ledwo opuścili jaskinię demona i po kilku godzinach siedzenia na plaży, bez zbędnych słów znaleźli się w morzu, zmywając z siebie część tamtej piekielnej nocy.
Woda i bezkresny horyzont zawsze miały kojarzyć się Greengrassowi z jego dziewczyną. Nawet, jeśli jednocześnie kojarzył ją także z górami i lasem. Nawet, jeśli wśród drzew spędzali niemal tyle samo czasu, co na piasku, gdy w przeszłości zdarzało mu się towarzyszyć Yaxleyównie w jej wyprawach. Morze było z nią nieodmiennie związane. Nawet dziś, gdy nie miało już koloru oczu Geraldine. Było ciemnoszare, gdzieniegdzie granatowe, w paru miejscach poprzecinane bielą. Zawsze miało być jej.
Dlatego przez te wszystkie miesiące, praktycznie dwa lata, niemal ani razu nie odwiedził żadnej plaży. Tylko wtedy tamten jeden raz w Devon. Zresztą wcale nie tak daleko stąd. Później unikał widoku fal na bezkresnym horyzoncie. Zbyt mocno ściskało go w gardle i we wnętrzu piersi. Zupełnie tak, jakby dusił się stojąc na lądzie, jakby topił się, mimo wrażenia suchości w gardle.
Dobrze było wrócić. Usłyszeć znajomy szum i dźwięk głosu. Poczuć się ciepło, miękko, nawet jeśli zaraz zdecydowanie miało mu być chłodniej. Przynajmniej przez chwilę. Potem miał się dostosować. Bo był wydrą, czyż nie? Tak, pływał też równie dobrze. Cholernie lubił wodę. A jeszcze bardziej wyzwania.
Spojrzał na morze, na skałę z pojedynczym karłowatym krzewem, która wyglądała jak oko spoglądające na brzeg. Znajdowała się jakieś dwieście, może dwieście z kawałkiem (na oko, co nie?) metrów dalej.
- Kto pierwszy dopłynie do występki i dotknie pachruścia? - Machnięciem głowy wskazał na samotny karłowaty krzew rosnący na samym środku głazu.
Nawet z tej odległości mógłby pochwalić się znajomością botanicznej nazwy wspomnianego pachruścia. Nie tylko dlatego, że doskonale go widział. Również z uwagi na to, że już kiedyś uczestniczył w podobnych zawodach. Tyle tylko, że w tym momencie postanowił darować sobie bycie poprawnym. Zamierzał być wręcz zupełnym przeciwieństwem poprawnego.
Ton głosu Ambroisa krył w sobie zadziorność, wyzwanie, nieco prowokacji, ale przede wszystkim lekkość. Nie planował zostawać w ubraniach jak za ostatnim razem. Wtedy zrobili to dosyć impulsywnie i nieprzemyślanie, ale w zupełnie innym sensie. Byli w czymś w rodzaju zawieszenia, w szoku, jak zwał tak zwał. Teraz nareszcie okoliczności zdecydowanie bardziej przypominały te wszystkie lepsze lata.
Wiedział, że ma przewagę. Wiedział, że Geraldine w tym momencie może wyłącznie żałować, że wcisnęła się w te swoje obłędne, ale niezbyt praktyczne skórzane spodnie, które wymagały więcej niż jednego ruchu, by się ich pozbyć. Były stylowe? Owszem. Praktyczne? Może podczas polowań. Teraz ani trochę.
A on? On nie miał już nawet butów. W zasadzie był gotowy. Szanse były po jego stronie i zamierzał to wykorzystać. Bez chwili wahania zsunął z siebie płaszcz, nawet nie podnosząc się jeszcze z siadu. Chwilę później podciągnął się na nogi, ściągając sweter przez głowę w jednym płynnym ruchu. Następnie zajął się koszulą i koszulką. Tą pierwszą wyłącznie z rozpięciem kilku górnych guzików. Robiąc to tak sprawnie, jakby miał za sobą tysiące podobnych akcji.
Bo miał, czyż nie? Geraldine doskonale to wiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie w tym miejscu robił w młodości jedne z największych głupstw. Był przyzwyczajony do podobnych rywalizacji. Zdawał sobie sprawę z tego, gdzie morze było bardziej kamieniste. W którym miejscu pojawiał się nieoczekiwany uskok. Ile kroków dzieliło go od zajmowanej pozycji do punktu, w którym mógł zamoczyć się niemal po czubek głowy.
Przybywali tu razem przez parę ładnych lat. W końcu byli chrzestnymi Fabiana, przyjaciółmi Corneliusa. A jednak Ambroise miał znaczącą przewagę wynikającą z jeszcze bardziej zamierzchłych doświadczeń związanych z tą plażą. Może nie był bardzo pijany. Jeszcze nie. Ale zdecydowanie nie zamierzał brać jeńców. To była rywalizacja, nawet jeśli jeszcze nie ustalili nagrody w związku z wygraną.
Z pewnością mogli to zrobić później. Tym bardziej, że Yaxleyówna przecież powiedziała mu, że tego dnia zamierza być dla niego wyjątkowo łaskawa i spełniać wszystkie jego życzenia. Nie miał zamiaru z tego nie skorzystać. Szczególnie, że cokolwiek by zrobił, oboje z pewnością nie mieli być zawiedzeni. To miał być dobry dzień. Przede wszystkim ich. Tak naprawdę pierwszy niemal w pełni wspólny.
- Naprawdę powinnaś zainwestować w coś bardziej... ...zrywnego - rzucił przez ramię, całkowicie celowo nie korzystając ze słowa zwiewne, bo nie o to mu chodziło.
W tej samej chwili bezceremonialnie zerwał też s siebie bokserki i cisnął je w stronę Geraldine, zupełnie nie patrząc na to, gdzie polecą. Czy trafią prosto w nią, czy wiatr porwie je gdzieś daleko.
Moment później ruszył przed siebie. Serce waliło mu w piersi. Mocno i intensywnie, nie tylko z wysiłku. Bardziej od tego zrywu adrenaliny. Z powodu tego, że robił coś idiotycznego, coś dziecinnego, coś absolutnie cudownego. Takich rzeczy nie robiło się, kiedy było się rozsądnym dorosłym. Ale on nie miał ochoty być rozsądny. Nie przy niej. Nie teraz.
Chciał czuć każdą kroplę wody na skórze, każdy ruch mięśni, każdy podmuch chłodnej jesiennej bryzy, który rozwieje mu włosy na mokrej głowie. W powietrzu wisiała nuta beztroski, którą tak rzadko można było poczuć w codziennym życiu.
Nie oglądał się. Wiedział, że Geraldine będzie próbować nadrobić dystans, była zwinna i sprytna, nie zwykła zostawać w tyle. Nawet, jeśli spodnie ją spowalniały. Nawet, jeśli z początku mógł śmiało sugerować dziewczynie, że przegra wyścig... ...był pewien, że zamierzała znaleźć inny sposób na wygraną. Znał ją zbyt dobrze, by sądzić, że odpuści.
Wpadł do wody. Bez chwili wahania. Bez jednego źle postawionego kroku. Nie potknął się ani razu, zamiast tego rzucając się w lodowate morze. Kurewsko zimne, zimniejsze niż mógłby przewidzieć, ale... ...było warto. Zdecydowanie.

Aktywność fizyczna (III) - przebycie połowy dystansu, mimo zimna, pod fale, bez potrzeby zatrzymania się i wzięcia kilku oddechów
[roll=Z]


RE: [10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.05.2025

To było całkiem jasne, nie musiała o to pytać, dostrzegła to po jego wyrazie twarzy. Wiedziała, co zamierza. Powinna przewidzieć też to, że nie będzie zwlekał, tylko urządzi sobie z tego kolejny wyścig. Zdarzało im się to robić, lubili rywalizację, lubili rzucać sobie wyzwania.

Zawiesiła wzrok na moment na ręczniku i przegapiła chwilę, w której ten się poderwał, więc miała lekkie opóźnienie w stosunku do niego. Roise bowiem nie powiedział w głos, że o to mu chodzi, tylko po prostu podniósł się i zaczął się rozbierać. Nie było to szczególnie fair, ale oni nigdy nie grali fair, prawda? Nie kiedy chodziło o takie durne rzeczy, jak wyścig kto dopłynie gdzieś szybciej.

Oczywiście, że w jej przypadku sprawa była nieco bardziej skomplikowana, bo miała na stopach swoje ulubione, wysokie, sznurowane ciasno buty, do tego te skórzane spodnie, które były jej stałym elementem garderoby. Kiedy on więc dość szybko pozbywał się kolejnych warstw ubrań, Yaxleyówna powoli rozsznurowywała sznurówki swoich butów. Znaczy chciała to zrobić szybko, ale nie oszukujmy się, to wcale nie było takie proste. Skupiła się aktualnie na tych nieszczęsnych butach. Zrobiła się nerwowa, bo uwielbiała wygrywać, a wiedziała, że na starcie straci przewagę, cóż - będzie musiała nadrobić ją w wodzie. Na szczęście sporą część wakacji spędziła pływając, była aktualnie w wybitnej formie fizycznej, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, tyle, że mogło okazać się, że to nie wystarczy przez to, co na siebie dzisiaj założyła. Mogła wybrać sukienkę, oczywiście, że mogła to zrobić, tyle, że jednak nadal bardzo rzadko kiedy w nich chodziła, to nie był jej pierwszy wybór. W końcu udało jej się rozsznurować oba buty, podniosła się wtedy na nogi i zrzuciła każdy z nich po kolei, najpierw jeden, później drugi. Nie odpowiedziała Ambroisowi na to, co rzucił w eter, po prostu zaczęła rozbierać się dalej, co oznaczało, że przyjęła wyzwanie. Nie było czasu na mówienie. Musiała się skupić, aby pozbyć się reszty garderoby w miarę szybko - wiedziała, że jest w tyle, bo poleciały w jej kierunku w powietrzu jego gacie, co było potwierdzeniem, że on za kilka sekund znajdzie się w wodzie.

Nie zastanawiała się nad tym, czy woda była ciepła, to nigdy nie było problemem. Nie należała do osób, którym przeszkadzała niska temperatura, zresztą zdarzało się im robić podobne rzeczy w momentach, gdy temperatura i morza i otoczenia była niższa, to nie była pierwsza taka chwila.

Zaczęła zsuwać z siebie te cholerne, skórzane spodnie. Okazało się to nie być wcale takie trudne jak zakładała, cóż, miała lata doświadczenia w podobnych sytuacjach, pośpiech nie spowodował, że wywróciła się na piasek, zamiast tego, całkiem zgrabnie się ich pozbyła, zajęło jej to mniej czasu niż zakładała. Mogła się więc odszczekać. - Wystarczy trochę wprawy Roise, to że Ty nie radzisz sobie z tymi spodniami, nie oznacza, że ja też. - Krzyknęła jeszcze, w końcu rzucając spodnie na koc. Mogła przejść do reszty, która była już zdecydowanie mniej skomplikowana. Rozpięła ledwie jeden guzik koszuli, a następnie zdjęła ją przez głowę. Mogła ruszyć w stronę morza, bielizny zamierzała się bowiem pozbyć biegnąć. To nie było nic skomplikowanego, szczególnie dla osoby, która była tak skoordynowana jak ona.

Spojrzała jeszcze przed siebie, aby zobaczyć, czy została bardzo w tyle. Ambroise już wskakiwał do wody, ona miała do niej jeszcze trochę, ale nie sądziła, że nie będzie w stanie tego nadrobić. Grunt, to nastawić się pozytywnie, prawda? Lubiła wygrywać, kto nie lubił? Chyba nie znała takiej osoby.

Tuż przed brzegiem zrzuciła z siebie ostatnie części ubrań, a później wbiegła do morza, które okazało się być dużo bardziej zimne niż założyła. Na szczęście po prostu do niego wbiegła, nie było więc po co zastanawiać się czy to był dobry pomysł, bo już zdążyła cała się zamoczyć, za chwilę na pewno przyzwyczai się do tej temperatury.

Zanurzyła się i zaczęła płynąć w kierunku tej małej wysepki, na której znajdował się krzak. Była skupiona na tym, aby płynąć jak najszybciej, oddychała powoli. Co chwila unosiła się nad wodę, aby złapać oddech, a później zanurzała się znowu w wodzie. Nie spoglądała na swojego przeciwnika, nie sprawdzała, jak daleko w tyle została. Aktualnie była skoncentrowana tylko i wyłącznie na tym, co robiła sama. Wiedziała, że w ten sposób łatwiej będzie jej zrealizować swój cel.

Żałowała jedynie tego, że nie związała włosów, bo nieco przeszkadzało jej to, że były rozplątane, postanowiła więc na moment się zatrzymać i ściągnąć z nadgarstka gumkę do włosów, wiedziała, że na dłuższą metę może ją to wkurwiać, wolała więc poświęcić tę minutę na to, żeby przestało ją to wkurwiać. Później ruszyła dalej, płynęła, jak najszybciej potrafiła, a umiała pływać naprawdę sprawnie, więc nie było to nic szczególnego.



[roll=W]

na nadgonienie odległości