![]() |
|
[09.09.1972] burning pile || Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [09.09.1972] burning pile || Ambroise (/showthread.php?tid=4800) |
[09.09.1972] burning pile || Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.05.2025 noc między 08.09.1972 a 09.09.1972 || mieszkanie Ambroisa
Było już dobrze w nocy, gdy skrzypiące schody kamienicy na Horyzontalnej zadrżały pod ich ciężkimi, szybkimi krokami. Tej nocy całe miasto stało w ogniu. Kiedy stanęli przed zamkniętymi drzwiami mieszkania Lestrange'ów, Greengrass od razu poczuł to znajome napięcie gromadzące się w jego karku. Przez chwilę pukali do drzwi przyjaciela, bezskutecznie próbując skontaktować się z kimkolwiek w środku, po czym podjęli decyzję o wejściu nadal w elegancki (bo zawsze mogli wyważyć drzwi; ta propozycja już nawet padła ze strony Astarotha), ale jednocześnie w bardziej zdecydowany sposób. Zostawił ich na niższym piętrze i ruszył wyżej. Klucze do mieszkania Corneliusa (jak i do reszty własności przyjaciół) miał w specjalnej szufladzie w kuchni. Trzymał je razem z resztą rzeczy, których nikt nigdy nie zabierał, a które zawsze były potrzebne w najmniej odpowiednim momencie. Gdy wszedł do środka swojego mieszkania, nie uderzyła go dobrze znana mieszanina zapachów: kadzidło, atrament i coś lekko ziemistego, jakby zapach wilgotnych roślin. Wnętrze wyglądało tak jak zostawił je blisko półtora tygodnia temu, ale powietrze zdawało się być cięższe, bardziej gęste. Nie pachniało już tylko drewnem, kadzidłem i ziołami. Zresztą nie bez przyczyny, czyż nie? Kamienica jeszcze nie płonęła, ale kłęby dymu już próbowały wedrzeć się do środka. Wszedł głębiej, rzucając okiem na zasypany papierami stół, przepełnione parapety, półmrok panujący w pomieszczeniach... ...no, właśnie... ...na ten półmrok, który nie był już półmrokiem. O tej godzinie, gdy Ambroise wracał na Horyzontalną, jego mieszkanie zazwyczaj było rozświetlane tylko światłem latarni przesączającym się przez liście roślin rosnących w donicach przy oknach. Półmrok. Panował tam półmrok. Powinien w nim panować, bo to był naturalny stan rzeczy. Ten, który teraz był zbyt gorący, za jasny. Przypominał o tym, że za oknami w dalszym ciągu szalał ogień. Cała ulica stała w płomieniach. Pomarańczowa poświata biła od okien, zmieniając naturalną paletę barw mieszkania. Wszędzie, gdzie spojrzał, rozlewała się znajoma zieleń, jednak skażona pomarańczem, czerwienią... ...kolorami wszechobecnego zniszczenia. Rośliny na parapetach, listowie wijące się wokół framug, doniczki porozstawiane bez większego ładu (ale zawsze z sercem; mimo wszystko to była jego londyńska ostoja) już nie wyglądały tak samo. Jeśli przez chwilę, przez raptem ułamek sekundy wydawało mu się, że może jeszcze wszystko wróci do normy, teraz już zupełnie w to nie wierzył. Niechybnie miał stracić część dorobku. Może nie dorobku życia, bo większość swoich najważniejszych rzeczy miał w Dolinie, ale szczerze wątpił w to, by mieszkanie miało przetrwać bez szwanku. Nie rozglądał się dłużej niż to konieczne. Doskonale wiedział, po co tu jest. Od razu ruszył do kuchni, sięgając w doskonale znane miejsce i przelotnie w myślach dziękując sobie za ten rodzaj zorganizowania i porządku, jaki zawsze utrzymywał w swojej kuchni. Prócz tendencji do rozrzucania książek i notatek oraz zastawiania wszystkiego roślinami, nie był bałaganiarzem. Wszystko miało swój sens i porządek, nawet jeśli dla kogoś innego na pozór chaotyczny. Całe szczęście, sam ruszył do swojego mieszkania. Nie posłał tu Astarotha ani nawet Geraldine, która jeszcze nie do końca znała cały rozkład i wszystko, co znajdowało się wewnątrz. W innym wypadku rzeczywiście zajęłoby to dłużej. Teraz? Zabrał klucze... ...i coś jeszcze... ...coś nie mniej ważnego, o czym nie powiedział ani Geraldine, ani Astarothowi. Potrzebował to zabrać ze sobą. Później w szybkim tempie na nowo pokonał stopnie schodów. Tym razem w dół, co znacznie ułatwiło mu szybkie znalezienie się znowu na piętrze Lestrange'ów... ...i prawie wpadnięcie na Benjy'ego. Dostrzegł też obecność Eliasa. Byli niemal w komplecie. A jednak nie ulżyło mu do momentu, gdy wreszcie usłyszał wieści na temat Fabiana. Syn chrzestny jego i Geraldine znajdował się na wsi z Ursulą. Ojciec młodego był w podziemiach Ministerstwa w biurze. Brakowało tylko Romulusa. Podjęli błyskawiczną decyzję. Oni mieli jechać na wieś, Greengrass miał zostać. Nikt nie pytał, czemu. Wszyscy wiedzieli. Był uzdrowicielem a uzdrowiciele nie wyjeżdżają, kiedy płonie miasto. Musiał zostać w Londynie. Nawet nie potrzebował tego mówić. Jego towarzysze zrozumieli to jeszcze zanim zdążył otworzyć usta. Wystarczyło jedno spojrzenie. Był kimś, kto nie wycofywał się z frontu. Nawet (a raczej zwłaszcza) w takim momencie. Szpital go potrzebował, współpracownicy go potrzebowali, potrzebowali go też pacjenci, ich najbliżsi, cywile, pracownicy Ministerstwa, pewnie nawet swoi, którym (tak jak jemu) zdarzyło się nie być w pracy, gdy wybuchł chaos. Ludzie krwawili miotając się po ulicach, krzyczeli zagrzebani w ruinach, płonęli żywcem. Mógł coś zrobić. Udać się na dyżur, zająć się pomocą chociażby części poszkodowanych. Wszystkich nie dało się uratować, ale może chociaż część? Nie mógł tego zignorować. Towarzyszył im jeszcze przez kilka minut, odprowadzając ich tak długo jak wspólne drogi były choć trochę zbieżne. Przedzierał się przez tłum, trzymając dłoń Geraldine w swojej, jakby od tego dotyku zależała jego własna integralność przez resztę piekielnej nocy, którą mieli już spędzić osobno. Później? Cholera wiedziała. Mógł dołączyć do ukochanej jutro, pojutrze, w połowie przyszłego tygodnia. Żadne z nich nie miało jakiejkolwiek pewności. Obiecał, że wróci. Z tym ostatnim uściskiem, ostatnim pocałunkiem. Miał wrócić, ona też miała dostać się na wieś cała i zdrowa. To nie podlegało jakimkolwiek wątpliwościom. Nie mogło. Dopiero co na nowo się odzyskali. Odwrócił się jako pierwszy. Tylko dlatego, że wiedział, że jeśli jeszcze chwilę tam postoi, najpewniej już wcale nie będzie w stanie odejść. A musiał. Potrzebował zebrać w sobie całą siłę, jaka jeszcze w nim pozostała, żeby to zrobić. Rozdzielili się... ...i wtedy to do niego dotarło. Jedna rzecz. Jedna, bez której nie mógł odejść, którą musiał zabrać ze sobą. Nie wahał się. Zawrócił. Przedarł się z powrotem, choć na szczęście był to tylko kawałek drogi. Znowu wbiegł po schodach. Dwa, trzy stopnie naraz. Drzwi do mieszkania były otwarte. Nie uchylone, ale wejście do środka nie stanowiło problemu. Nie zamknął ich na klucz? Nie wiedział, czy o tym zapomniał, czy stało się coś jeszcze innego. Najważniejsze, że gdy chwycił za klamkę, ta ugięła się pod naciskiem jego dłoni. Zamek puścił umożliwiając mu wejście do środka. Zakrztusił się dymem, odruchowo podciągając kołnierz płaszcza do ust i nosa, mimo że już osłaniała je chusta. Siwe kłęby zasnuwały korytarz. Wnętrze stało w ogniu. Był tego pewien jeszcze zanim zobaczył ogniste języki. Wystarczyło wrażenie gorąca, jakie buchnęło mu niemal prosto w twarz oraz łuna. Tym razem nie bijąca od strony żadnego okna. Tym razem pochodziła z wewnątrz. Wpadł do wnętrza salonu. Rozpoznał tylko zarysy: regał po prawej, który już niemal zniknął w dymie. Nadpalona kanapa lizana przez coraz jaśniejsze płomienie. Zasłony, biblioteczka i komoda. Stół. Wszystko stopniowo ulegało płomieniom. Bez zastanowienia wyciągnął różdżkę, rzucając zaklęcie. Kurtyna wodna nie przygasiła jednak żaru. Zignorował to. Rzucił kolejne zaklęcie, potem jeszcze następne. Krople rozbryzgiwały się po rozgrzanych meblach, osiadały na butelkach z cieczami, które już niemal eksplodowały pod wpływem temperatury. Próbował, naprawdę próbował ugasić pożar mieszkania. Mimo to płomienie nie ustępowały. Przeciwnie: zdawały się rosnąć z każdą próbą, przenosząc się z pokoju do pokoju. Sięgając sufitu i liżąc podłogę. Trawiąc wszystko, co znajdowało się na ich drodze. Otworzył usta, by zawołać... ...kogoś, kogokolwiek, ale przecież na korytarzu nie było już nikogo. Pustka. Cisza. Może to i dobrze? W budynku mieszkali wyłącznie jego przyjaciele, nie dzielili go z innymi lokatorami. Cornelius był w Ministerstwie, Elias w drodze na wieś wraz z Geraldine, Astarothem i Benjym. Nie wiedział tylko, co stało się z Romulusem, ale już wcześniej dostrzegł, że Lilii nie było w mieszkaniu. Potter musiał zabrać ją ze sobą, co oznaczało, że już jakiś czas temu ewakuował się z budynku. Roise został sam. Musiał uciekać. Gdyby nie był sam, być może byłby w stanie ocalić mieszkanie. Z czyjąś pomocą może mógłby spróbować zdusić ogień, zgasić płomienie. Tylko po co, skoro dookoła wszystko i tak dalej płonęło z niemal niewyobrażalną intensywnością? Nie miałby gwarancji, że raz ugaszony pożar cokolwiek da. Że jego mieszkanie nie zacznie zaraz ponownie płonąć. Nie miał czasu tego analizować. Niemal w ogóle nie miał już ani chwili do stracenia. Jego rzeczy nie były żadnym priorytetem. Nie w obliczu tego, co działo się na ulicach i co musiało mieć miejsce w szpitalu. Potrzebował jak najszybciej złapać to, czego tak nieopatrznie zapomniał i ruszyć w drogę. Porzucił próby gaszenia mieszkania. Były zbyteczne. Wszystko płonęło. Stół, zasłony, meble, kwiaty... ...mniejsze i większe rzeczy. Tylko nie krzesło. Jedno krzesło nadal stało, podczas gdy wszystkie inne zajęły się ogniem. Poza tym stało gdzieś indziej niż je postawił. Jakimś cudem znalazło się pośrodku salonu. Nie analizował tego zjawiska. Może Romulus wykorzystał je do czegoś, podczas gdy był tu, żeby ratować Lilię? Zignorował to. Ruszył do drzwi mieszkania, czując gorąco bijące od żaru wszechobecnego ognia. Kłęby dymu gryzły go w oczy, zawężały mu pole widzenia, niekiedy zupełnie przysłaniając mu drogę z gabinetu i salonu na korytarz prowadzący do wyjścia z mieszkania. Czuł, że zaczyna dusić się wyziewami. Mimo to zatrzymał się na moment przy regale z najcenniejszymi książkami. Tymi, których nie zabrał z Londynu do Doliny, bo miały głównie naukową wartość. Taką związaną z jego ścieżką zawodową, z pracą Greengrassa, więc ich naturalne miejsce było tu, gdzie je trzymał. Jeden z tomów, w które jakiś czas wcześniej wepchnął swoje notatki leżał tuż przy jego stopie. Był już zajęty przez płomień. Instynkt kazał mu sięgnąć po niego, po czym ruszyć dalej, zgarniając także maszynopis własnej publikacji naukowej, ale rozum przemówił głośniej: jeśli zginie to do grobu nie zabierze ze sobą nic z tego, co mógł stąd wynieść. Powinien przede wszystkim zadbać o siebie. O spełnienie złożonej obietnicy. I o pacjentów czekających na niego w Mungu. O wszystko, tylko nie o własne próżne pragnienie popisania się wiedzą w byle pisemku naukowym. A nawet i nie pod postacią wydawanej książki, którą mało kto miał przeczytać. Czy czegokolwiek w tym rodzaju. Miał nie żyć pracą. Geraldine wyrzuciła mu to wtedy na dachu, gdy uderzyła w niego zarzutem o pracoholizm. Nie powinien brać tego do siebie, skoro w tamtym momencie ciskali w swoim kierunku czymkolwiek, co mogło ich wzajemnie zranić. Jednak teraz ich sytuacja uległa zmianie. Oficjalnie do siebie wrócili. Nie chciał żyć pracą. Nie chciał też przez tę pracę nie żyć. Jego priorytety, choćby naprawdę ważne, teraz musiały ulec zmianie. Z ciężkim sercem i z jeszcze cięższym oddechem (nie tylko od wszechobecnego żaru i dymu) zostawił swoje książki. Porzucił maszynopis i notatki. Nie cofnął się po nic, nad czym tyle pracował. Przedarł się przez część salonu. Miał już to, po co przyszedł, choć nawet nie spojrzał na chwytany przedmiot, tylko zamknął palce na nim, pewien, że to on. Ogień zajął zasłony. Jedna z belek karnisza puściła z trzaskiem, spadając gdzieś niedaleko. W Greengrassie też coś ostatecznie pękło. Nie miał szans tego uratować. Nie teraz. Wybiegł. Wypadł na klatkę schodową, kaszląc, czując jak dym drapie go w gardło. Zbiegł po schodach jak opętany, nie licząc kroków, nie patrząc za siebie. Drzwi na parterze rozwarły się pod uderzeniem z bara. Znalazł się z powrotem na ulicy. Noc była czarna, ale nad miastem unosiła się łuna ognia odbijająca się od niskich, gęstych, stalowoszarych chmur, z których w dalszym ciągu sypał się popiół. Cały Londyn płonął. Dachy stały w ogniu, ludzie biegli, krzyczeli, inni nie ruszali się już wcale. Mimowolnie obrócił głowę przez ramię, żeby spojrzeć w górę. Ogień tańczył w oknach salonu, pomarańczowe jęzory wypełzały przez balkon. Był pewien, że wszystko spłonęło. Pomyślał o książkach... ...tych, których nie dało się już kupić, o pergaminach, które sam spisywał przez lata, o ziołach, które hodował, o fotelach, które pachniały dymem papierosowym, ognistą whisky i kadzidłem. To wszystko przepadło. Stał tak tylko przez chwilę. Zbyt krótko, żeby mógł to nazwać żałobą, ale jednocześnie zbyt długo, by nazwać to rozsądkiem. Wreszcie obrócił się na pięcie, ruszył w stronę szpitala. Koniec sesji
|