![]() |
|
[10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=4833) Strony:
1
2
|
[10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 25.05.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I 10/09/1972 | popołudnie | kawiarnia | wybrzeże North Devon
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ace46c07143d0a2b2b21df2a273ae5c1/022e29be3a1e784b-80/s400x600/576520197d51cf95b936d4d427ad412a983ee733.pnj[/inny avek]Weszliśmy do środka, kiedy właśnie zaczynało kropić - deszcz był jeszcze nieśmiały, jakby nie mógł się zdecydować, czy spłukać wszystko wokół, czy tylko zamglić powietrze tym ledwo zauważalnymi kropelkami wilgoci. W połowie września powietrze w nadmorskiej mieścinie stawało się chłodne, przepełnione solą i wilgocią, którą czuło się w ubraniach i włosach, a chmury, grube, wisiały nisko nad dachami i kablami telefonicznymi. Kawiarenka wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem - jakby pamiętała jeszcze czasy, gdy do miasteczka przypływały parowce, a na tarasie grała muzyka z patefonu - nieco przekrzywiony daszek, stare szyldy z wyblakłymi literami i szyby, na których kurz uparcie trwał, mimo starań właścicieli, żeby go doczyscić. Miała drewnianą antresolę, lekko skrzypiącą przy każdym kroku, i balkon z żeliwną balustradą, z której przy ładniejszej pogodzie można było patrzeć na morze - dziś wszystko jednak było spowite mgłą i chłodem. Wewnątrz pachniało kawą, drewnem i jakimś lekkim, cynamonowo-korzennym zapachem, który - byłem pewien - wydobywał się z wnętrza pieca, gdzie właśnie piekła się szarlotka. Bez słowa kiwnąłem głową w stronę schodów prowadzących na antresolę - na górne piętro prowadziły wąskie, skrzypiące stopnie, po których człowiek mojej postury wchodził z naturalnym odruchem kulenia się. Wybrałem jeden z tych stolików, przy których światło lampy nie dosięgało już krawędzi blatu, a jej przytłumiona poświata pozwalała udawać, że jest się trochę bardziej ukrytym, niż się było w istocie. Górne piętro było niemal puste, co nie dziwiło mnie wcale - pogoda nie zachęcała do spacerów, a jeszcze mniej do przesiadywania nad morzem. Zamówiliśmy kawę i szarlotkę - bez zbędnych słów i uzgadniania. Kelnerka przyjęła zamówienie z cichym: „Już przynoszę.”, a potem zostaliśmy sami wśród starych krzeseł, drewnianych stolików o powycieranych blatach, i ciężkiego zapachu kawy i cynamonu. Z balkonu dobiegł trzask - może wiatr poruszył ramą, może ktoś nieopatrznie trzasnął drzwiami na dole, światła się nie zmieniły, ale cień na ścianie poruszył się ledwie zauważalnie. Zmrużyłem oczy, odgiąłem się lekko na oparciu krzesła i przesunąłem palcami po nadgarstku, oparłem łokieć o stół i zacząłem nieświadomie bawić się rzemykiem, który nosiłem od lat - stary, wysłużony, raz zawiązywany zbyt ciasno, raz zbyt luźno, na nierówny węzeł, którego nie potrafiłem już rozplątać, nie miał wartości, ale przylgnął do mnie - był zbyt zużyty, żeby spełniać jakąkolwiek funkcję, ale trzymałem go z uporem, bo miał mi coś przypominać. Palce przesuwały się po skórzanym pasku, zawijając go, rozciągając, poprawiając splot, który kiedyś zrobiła mi chyba moja siostra, jeszcze w szkole, albo może ktoś inny... Nie pamiętałem już dokładnie, ale ruchy były znajome - kojące w swojej powtarzalności. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz siedziałem tak długo bez mówienia, ale nie czułem przymusu, to była jedna z tych rzadkich chwil, które nie wymuszały niczego, co nie przyszłoby samo. Cisza nie nakładała potrzeby zamiany jej na ciężar rozmowy, nie wymuszała kontaktu wzrokowego, jej obecność wypełniała przestrzeń między nami bardziej niż słowa. Połowa września potrafiła być zaskakująco chłodna w tej części wybrzeża, od rana wisiały chmury - ciężkie, szare, rozciągnięte nad miasteczkiem, a powietrze miało ten szczególny zapach soli, wilgoci i rdzy, gdy chodziło o aurę pogodową, była już jesień - zaczynała się, ale nie subtelnie, przyszła gwałtownie, dziś prawie całkowicie wyparła lato - wiedziałem, że już nie odejdzie, dni będą coraz krótsze, deszcze staną się normą, a wiatr będzie szarpać połami płaszczy i wdzierać się pod kołnierze. Taras na piętrze stał otwarty, drzwi były zamknięte na klamkę, nie na zamek, nie zaciągało od nich chłodem, chociaż porywy wiatru wdzierały się niekiedy do środka. Przez szybę widać było, jak na dachach pojawiają się pierwsze kropki deszczu, maleńkie, rozmazane na czerwonych dachówkach, liście wirowały tuż przy framugach, ktoś na zewnątrz zaciągał się papierosem, a inny poprawiał szalik. Przez okno, które wychodziło na uliczkę, widać było przechodniów chowających się pod parasolami - przechodzili pospiesznie, zgarbieni, jakby wrzesień przytłaczał ich czymś więcej niż tylko pogodą. Możliwe, że tak było - londyńskie pożary zostawiły piętno na wszystkich ludziach, nieważne, czy czarodziejach, czy mugolach. Z dołu dobiegł dźwięk porcelany - talerzyk uderzający o spodek, a potem o tacę, cichy gwizd czajnika, czyjeś przytłumione śmiechy. Kelnerka w końcu pojawiła się u szczytu schodów z tacą, na której parowała kawa. Odstawiła wszystko na stół z wprawą i niepotrzebnym uśmiechem, po czym zniknęła równie cicho, jak się pojawiła. Nie sięgnąłem od razu po filiżankę, obserwowałem, jak para unosi się w powietrzu, zawieszona między nami. !Strach przed imieniem RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Pan Losu - 25.05.2025 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 25.05.2025 Prudence uważnie rozglądała się wokół, kiedy znaleźli się w miasteczku. Starała się zarejestrować jak najwięcej szczegółów, bo nie była tutaj nigdy wcześniej. Chciała zapamiętać miejsca, które mijali, kto bowiem wiedział, ile faktycznie czasu przyjdzie jej spędzić w okolicy, a nuż przyda się jej do czegoś wiedza o tym, gdzie i co można znaleźć. Nie było sensu z byle pierdołą teleportować się do Londynu, szczególnie, że aktualnie miejsce, które jeszcze niedawno nazywała domem stało się zupełnie obce, nie przypominało tego, gdzie spędziła niemalże całe życie. Ktoś bowiem postanowił je zniszczyć, i prawie mu się to udało. Bletchley przez całe życie skrupulatnie obserwowała swoje otoczenie, starannie składała w pamięci to, co mówili i robili inni, starała się dostosować. Próbowała ich naśladować, upodobniać się, ale nigdy jej się to do końca nie udawało. Prue wiedziała, że wypadało lubić lato, nie znosić jesieni, ale jakoś tak, bez względu na wszystko oddychała z ulgą za każdym razem, kiedy przychodził wrzesień. Kiedy dni stawały się krótsze, noce chłodniejsze, liście zaczynały mienić się tysiącem barw. Jesień przynosiła spokój, melancholię, odpoczynek po bardzo intensywnych miesiącach. Nie trzeba było na siłę próbować wychodzić do ludzi, można było zaszywać się w swoich mieszkaniach bez wyrzutów sumienia, albo odwiedzać miejsca, jak to, przed którym właśnie się znaleźli. Wyglądało jakby miało za sobą swoje lata świetności, ale może właśnie to był jego urok. Zapewne przetrwało wiele podobnych miesięcy, czy tygodni, nadal stało i zachęcało do odwiedzenia go. Takie kawiarenki na pewno były miejscem, w których zaczynało się wiele historii, mogły sporo opowiedzieć o ludziach, którzy kiedyś w nich bywali, miały swój klimat. Była ciekawa, co zastaną w środku. Gdy przeszła przez drzwi uderzył w nią zapach cynamonu, kawy, właściwie niczego innego nie powinna się spodziewać po podobnym miejscu. Kojarzył jej się z jesienią, pasował do tej aury, która panowała na zewnątrz. Odetchnęła głęboko, chcąc zapamiętać ten zapach, różnił się od tego na zewnątrz, gdzie zdecydowanie przeważała specyficzna woń wiatru wymieszanego z morzem i piaskiem. Nadmorskie miejscowości zawsze się nim charakteryzowały. Sezon, który przyciągał do takich miejsc ludzi już się kończył, nie było więc nic dziwnego w tym, że niezbyt wiele osób znajdowało się w środku. Jesienią zostawali w nich zazwyczaj lokalni mieszkańcy, przez co uliczki wydawały się być niemalże opuszczone, tak samo było z tą kawiarenką. Dostrzegła ten gest, który wskazywał, gdzie powinna się udać. Benjy znał to miejsce, bez słowa więc ruszyła w tamtym kierunku. Schody były wąskie, w jej przypadku jednak nie było to problemem, powoli, aby się nie potknąć pokonywała stopień za stopniem, aż w końcu znalazła się na antresoli. Otaksowała wzrokiem pomieszczenie, zwróciła uwagę na balkon, zawiesiła nawet na nim na chwilę wzrok. Musiał być z niego piękny widok na morze, kiedy pogoda nieco bardziej dopisywała, aktualnie bowiem nie dało się dostrzec zbyt wiele, poza chmurami, które zawisły na niebie. Zbyt szybko pewnie nie będzie można dostrzec niczego więcej, bowiem zaczynał się sezon na niepogodę. Siedziała po drugiej stronie stołu, wzrok jakoś tak mimowolnie, odruchowo zawiesiła na oknie, wpatrując się w krople deszczu, które powoli się na niej pojawiały. Nie było to jakieś ogromne oberwanie chmury, raczej jeszcze jeden z tych przyjemnych, pierwszych deszczów zwiastujących początek jesieni. Niedługo pewnie się to zmieni, a wszystkie dni zaczną być szare i ponure. Kiedy była młodsza potrafiła godzinami wpatrywać się w podobny widok, obstawiając to, która z kropel jako pierwsza znajdzie się na dole szyby. Ignorowała wszystko to, co działo się za oknem. Z tego krótkiego zawieszenia wyrwał ją dźwięk gotującej się wody, a właściwie to świst czajnika, który świadczył o tym, że czas było już go zdjąć z palnika. Wtedy przeniosła wzrok na swojego towarzysza, który siedział na przeciwko niej. Nie mówił nic, tak jak i ona, pozwalał aby ta chwila trwała. Nie ciążyło im milczenie, raczej przynosiło spokój. Ta cisza wydawała się być miękka i oswojona. Nie trzeba było w niej nic udowadniać, niczego dopowiadać. Intensywny zapach kawy rozprzestrzenił się po wnętrzu, kiedy kelnerka wniosła na antresolę tacę z zamówieniem. Bletchley skinęła jej jedynie głową, czekając aż odstawi wszystko na stole, nie do końca chyba chciała przerywać ciszę. Wpatrywała się w precyzyjne ruchy kobiety, zdecydowanie wiedziała, co robi. W końcu sięgnęła spokojnym ruchem po filiżankę, ujęła ją w obie dłonie i przysunęła do swoich ust, upijając niewielki łyk. Przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po jej ciele. Chyba tego właśnie potrzebowała, szczególnie po tym alkoholu, który rano w siebie wlała, była nieco zmęczona tym dniem, jednak nie było to nieprzyjemnym uczuciem. Nie wydawało jej się, aby w tej chwili mogło ją spotkać coś lepszego, była we właściwym miejscu, z właściwą osobą, chociaż nie miała pojęcia, co to oznaczało. Wiedziała, że w tym momencie nie trzeba było mówić nic. Wystarczyło to, że po prostu tutaj byli, razem. RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 28.05.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ace46c07143d0a2b2b21df2a273ae5c1/022e29be3a1e784b-80/s400x600/576520197d51cf95b936d4d427ad412a983ee733.pnj[/inny avek] Na antresoli było ciepło i spokojnie. Przez moment śledziłem tor spływającej kropli, aż zniknęła gdzieś za linią parapetu. Stara kawiarenka wydawała się oderwana od rzeczywistości, jakby świat na dole, z jego pośpiechem i chłodem, nie miał tu żadnego dostępu. Pachniało kawą, cynamonem i czymś jeszcze - może woskiem świec, starym drewnem, środkiem do czyszczenia, a może po prostu spokojem, który tak rzadko udawało się znaleźć gdziekolwiek w tych czasach. Pomieszczenie wypełniało przytłumione, bursztynowe światło emitowane przez lampki zwieszone ze stropu, które jednocześnie rzucały cienie na drewniane belki i ściany wyłożone książkami i butelkami, z których część pewnie nie była otwierana od lat. Siedzieliśmy w rogu - stolik był niewielki, wciśnięty między barierkę a ścianę, i tylko jedna lampa nad nami rzucała ciepłe, przytłumione światło - abażur był trochę przekrzywiony, ale nikomu to nie przeszkadzało. Ten kąt był dobry, ustronny - nikt nas nie widział i my nie musieliśmy widzieć nikogo. Kelnerka przyniosła zamówienie kilka chwil wcześniej. Dwie filiżanki parującej kawy, pachnącej i smoliście czarnej, oraz po kawałku szarlotki - ciepłym, z miękkim wnętrzem, który już zaczynał topić kulkę waniliowych lodów. Było dokładnie tak, jak mówiłem, że będzie - dokładnie tak, jak obiecałem. Ta cisza, która zapadła między nami nie była niezręczna. Była wręcz przeciwnie - naturalna, jakbyśmy nie musieli nic mówić, bo wszystko już zostało powiedziane, albo dopiero miało nadejść - zupełnie tak, jak mżawka ustępowała nadchodzącej ulewie. Deszcz zaczął się niepostrzeżenie, ale właśnie takie były tu opady, które zapamiętałem z przeszłości - z początku niepewne, jakby potrzebowały przyzwolenia, by spaść. Dopiero po chwili dały się wyraźniej słyszeć te delikatne uderzenia kropel o szybę - pojedyncze, nieśpieszne, potem coraz intensywniejsze. Zerknąłem na szybę - na zewnątrz świat się rozmywał, coraz bardziej, nie tylko przez deszcz, ale przez kondensację pary na szybie, przez ciepło i wilgoć gromadzącą się od wewnątrz. Przy krawędzi tafli szkła, jedna z kropli połączyła się z drugą i spłynęła w dół. Patrzyłem na Prue głównie w odbiciu szyby - z jakiegoś powodu wolałem, żeby nie wiedziała, jak często mój wzrok do niej wracał, jak często jej profil, zmiękczony przez światło i rozmyty przez deszczowe smugi na szkle, stawał się dla mnie bardziej przyciągający wzrok, niż cała reszta tego miejsca. Wpatrywała się w to samo okno, nie wiedziałem, czy dostrzegając cokolwiek poza mokrym szkłem. Może też widziała siebie, mnie, albo nikogo. Było coś intymnego w tym wspólnym milczeniu, które nie potrzebowało wyjaśnień. W końcu spojrzałem na nią bezpośrednio. Ujęła filiżankę obiema dłońmi, jak gdyby potrzebowała poczuć jej ciepło aż po same koniuszki palców. Uniosła ją lekko i upiła drobny łyk, prawie niezauważalny, ale wystarczający, by ciepło pokazało się na jej twarzy w formie uśmiechu, który nie dotarł do ust, tylko osiadł w kącikach oczu. Jej oczy zdawały się jeszcze głębsze, bardziej nieprzeniknione, chociaż dziś nie miałem w sobie potrzeby ich rozszyfrowywać - mogły pozostać tajemnicą. Bursztynowe światło lamp odbijało się w źrenicach Prudence, subtelnie rozjaśniało jej twarz, ale jednocześnie pogłębiało cień pod brodą - sprawiało, że wszystko, co w niej było znajome, stawało się przez chwilę inne, jak coś widzianego z zupełnie nowej perspektywy. Kosmyk włosów, ciemniejszy od reszty, opadł Prudence na policzek i zbliżył się niebezpiecznie do filiżanki - przez moment, naprawdę krótki moment, miałem ochotę sięgnąć ręką, by go odgarnąć, powolnym, delikatnym, nieprzesadnie intymnym, ale stanowczym ruchem, lecz nie... Nie musiałem sięgać po jej dłoń, odgarniać kosmyka włosów. Wystarczyło, że byliśmy tu, w tym świetle, w tej chwili, i że deszcz nie przeszkadzał nam w spędzaniu czasu wspólnie - nawet nie próbował... Więc tylko spoglądałem na ten kosmyk jeszcze chwilę, a potem sięgnąłem po swoją filiżankę. Spojrzałem na nią porozumiewawczo - nie wprost, nie nachalnie - tylko na tyle, by nasze spojrzenia się zetknęły i mogła wiedzieć, że coś kombinuję, ale nic więcej. Antresola była pusta, sakwa, którą nadal nosiłem przez ramię na wrzosowiskach, leżała obok krzesła, ale nie chciałem wzbudzać zbyt wiele zamieszania - zamiast tego, moje palce odnalazły metalową piersiówkę w kieszeni spodni. Wyciągnąłem ją bez pośpiechu, osłaniając częściowo dłonią, jakbym próbował ukryć coś znacznie poważniejszego, niż trochę ognistej - tak, żeby nikt z dołu nie zauważył, i zgrabnie odkręciłem nakrętkę, a gdy przechyliłem ją nad swoją filiżanką, poczułem znajomy zapach - trochę dymny, trochę ostry, bardzo znajomy... Podniosłem wzrok i spojrzałem na Prudence, ale nie zapytałem na głos - nie musiałem - jedno spojrzenie wystarczyło. To, które mówiło: „Chcesz też?”, ale jednocześnie znaczyło: „Wiem, że nie musisz, ale byłoby miło, gdybyś chciała.” Jej reakcja nie była od razu czytelna - zaczekałem. Sięgnąłem po widelec - szarlotka była idealna, ciepła, ale nie gorąca, ciasto delikatnie kruche, ale nie twarde, jabłka miękkie i lekko kwaśne, równoważone przez słodycz lodów. W tej atmosferze było coś innego - delikatnego, jakbyśmy przypadkiem znaleźli się w środku wspólnego wspomnienia, zanim jeszcze zdążyliśmy je przeżyć, ten moment należał do jakiejś innej wersji nas... RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 30.05.2025 Trafili tu chyba w idealnym momencie. Krople deszczu zaczynały coraz szybciej opadać na granitowy parapet. Chmury okryły niebo, przez co zrobiło się trochę ciemniej. Nadmorskie miejscowości miały to do siebie, że pogoda potrafiła zmienić się tutaj w przeciągu krótkiej chwili. Taki już był urok tych okolic, nigdy nie wiadomo, czego właściwie się można spodziewać. Wszystko mogło diametralnie się zmienić w ledwie kilkanaście minut. W kawiarni było całkiem przytulnie, chociaż nie dało się nie zauważyć w przedmiotach, które się tutaj znajdowały upływu czasu, ale może właśnie dzięki temu można było się tu poczuć dość niezobowiązująco. Nie było w tym żadnego przepychu, który charakteryzował większość podobnych miejsc w Londynie, gdzie właściciele próbowali prześcigać się w coraz bardziej oryginalnych pomysłach, aby przyciągnąć jak najwięcej klientów. Tutaj panował wyjątkowy spokój. Mogło się wydawać, że kawiarnia jest nieco oderwana od rzeczywistości, a czas w niej się zatrzymał, albo chociaż płynął wolniej. Cisza nie była ciężarem, nie w tym przypadku. Czasem sama obecność wystarczała do tego, żeby poczuć się dobrze w czyimś towarzystwie. Kiedyś nie mogli przestać obrzucać się nie do końca wyszukanymi komentarzami, ale to mieli już za sobą. Było inaczej, lepiej, zwłaszcza, gdy okazało się, że jest między nimi dość spora nić porozumienia. Bletchley wpatrywała się w szybę, wydawała się jej ona w tej chwili bardzo interesująca. Starała się nie myśleć zbyt wiele, nie pozwalać sobie wracać do standardowych dla siebie zachowań, bo w końcu miała sobie pozwolić na nieco luzu, którego zazwyczaj jej brakowało. Wbrew pozorom nie było w tym nic trudnego, okazało się, że wychodzenie poza pewne ramy wcale nie jest takie trudne, wystarczyło do tego tylko odpowiednie towarzystwo. Poczuła na sobie spojrzenie mężczyzny, co spowodowało, że przeniosła wzrok z szyby na niego. Dostrzegła w jego wzroku cos charakterystycznego, ten błysk w oku, który mógł zwiastować, że właśnie wpadł na jakiś pomysł. Uniosła brwi, czekając na to, aż się nim z nią podzieli, nie wiedziała, czego się może spodziewać, bo w przypadku Benjy'ego to mogło być właściwie wszystko. Nadal pozostawał dla niej pełen tajemnic, nie do końca jeszcze potrafiła rozszyfrować, co dzieje się w jego głowie, ale może właśnie to było w tym najlepsze. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie mrugnęła przy tym ani razu, jej źrenice były rozszerzone, bo w pomieszczeniu było dosyć ciemno, przynajmniej w tym rogu, w którym siedzieli, ich jedynym źródłem światła była ta lampa, która znajdowała się niedaleko. Obserwowała jego ruchy, całkiem szybko dotarło do niej, co właśnie jej zaproponował. Nie padły żadne słowa, wystarczyły gesty, nie musiał jej też jakoś specjalnie do tego namawiać. Przysunęła swoją filiżankę w stronę mężczyzny, kawa z wkładką powinna ich jeszcze bardziej rozgrzać, chociaż właściwie nie było jej wcale zimno, jednak wydawało się to być rozsądnym argumentem na tym, aby pozwolić sobie na dalsze raczenie się alkoholem. Nie, żeby potrzebowała jakiegoś solidnego uzasadnienia... ale dobrze było je mieć w zanadrzu. Zapach napoju nieco się zmienił, kiedy ponownie po niego sięgnęła, wtedy, gdy mężczyzna zdążył już dolać do niego zawartości swojej piersiówki. Przymknęła oczy, chcąc skupić się na tych najbardziej wyczuwalnych aromatach. Nie było to wcale takie proste, bo mimo wszystko zapach kawy przebijał się najbardziej. Postanowiła więc upić kolejny, niewielki łyk, aby sprawdzić, co znajdowało się w jego piersiówce. Smak nie zmienił się jakoś szczególnie, dało się odnaleźć w tym dymną nutę, która mogła sugerować, że była to whisky, może nawet mogłaby zaryzykować stwierdzenie, że był burbon, chociaż nie była, aż takim specjalistą od trunków. Zresztą, czy to było w tej chwili takie istotne... Wypadało w końcu sięgnąć po ciasto, szkoda by lody zmieniły swoją konsystencję i zaczęły rozpływać się po talerzyku. Złapała więc delikatnie widelec w palce, by do jej ust trafił pierwszy kawałek. Przymknęła oczy rozkoszując się smakiem ciasta. Faktycznie było doskonałe, ktoś miał idealne wyczucie. Nie, żeby spodziewała się czegoś innego. Czuła, że Benjy nie rzucał słów na wiatr i jeśli o czymś mówił, to faktycznie tak było. - Miałeś rację, ta szarlotka jest naprawdę pierwszorzędna. - Postanowiła w końcu się odezwać i przerwać tę ciszę, która trwała między nimi od kiedy pojawili się w tym miejscu. - Często tutaj bywałeś? - Była ciekawa, właściwie to ustalili już, że było to miejsce do którego oni wszyscy wracali, ale ciekawiło ją to, jakie wspomnienia w jego przypadku mogły wiązać się z tą kawiarenką. Wiedziała, że pewne miejsca potrafiły przypominać o wyjątkowych wydarzeniach, była ciekawa, czy tak było i w tym przypadku. RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 03.06.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ace46c07143d0a2b2b21df2a273ae5c1/022e29be3a1e784b-80/s400x600/576520197d51cf95b936d4d427ad412a983ee733.pnj[/inny avek] To miejsce zawsze pachniało jesienią, nawet w lipcu, marcu, na początku kwietnia czy teraz - jeszcze przed początkiem kalendarzowej jesieni - może to przez cynamon, albo przez to, że szyby tu były zawsze lekko zaparowane. Lubiłem ten lokal, nawet bardzo, nawet będąc dzieckiem, miał w sobie coś... Dorosłego, ale nie na pokaz - bez tej nadętości typowych magicznych kawiarni - to miejsce nie było czymś, czego lubieniem można byłoby przyszpanować. Tutaj zawsze było po prostu... Cicho i spokojnie, jak gdyby świat przez moment zwalniał i przestawał wymagać ode mnie, żebym był kimkolwiek innym, niż naprawdę jestem. Odchyliłem się lekko do tyłu na krześle i pozwoliłem sobie po prostu obserwować Prudence - światło lampy nad naszym stolikiem otulało ją ciepłą poświatą, łagodząc i rozmywając kontury jej twarzy - kiedy uniosła wzrok, wiedziałem, że mnie przyłapała. Jeszcze bardziej podniosłem wzrok i uśmiechnąłem się półgębkiem, zupełnie niewinnie, chociaż ten błysk w oku, który chyba dostrzegła, nie miał nic wspólnego z niewinnością. Obserwowałem ją w milczeniu, nie chcąc przerywać tej chwili. Niby to była tylko kawa i szarlotka, normalna sprawa, ale było w tym coś znacznie bardziej intymnego niż w całym szeregu poważnych rozmów, które moglibyśmy tu przeprowadzić. Odwzajemniłem jej spojrzenie z czymś, co pewnie musiało przypominać rozbawienie podszyte czymś trudnym do określenia, czego sam nie byłbym w stanie tak łatwo nazwać. To była ta specyficzna mieszanka kilku niewerbalnych przekazów, jaka pojawia się, kiedy nie do końca chcesz powiedzieć coś na głos, bo wtedy ta rzecz nabierze ciężaru, którego wcale nie chcesz jej nadawać. A może przeciwnie - chcesz, ale wolisz poczekać, aż druga osoba wykona ten mikrogest - przesunięcie filiżanki, leciutki ruch gałek ocznych w dół na porcelane, drżenie w zmarszczonych kącikach oczu, drgnięcie podbródka - wyraz zgody, jeszcze zanim padnie pytanie. Nie musiałem nic mówić, po prostu sięgnąłem po piersiówkę i uniosłem brwi w jej stronę, czekając na sygnał, ten drobny, ledwo zauważalny ruch - przesunięcie filiżanki - był wszystkim, czego potrzebowałem. Nie musieliśmy prowadzić tych rozmów, które zwykle wypadało odbywać. Przysunęła filiżankę w moją stronę i tylko na ułamek sekundy nasze palce musnęły się przy porcelanie - ruch był szybki i dyskretny, na tyle, by nikt poza nami tego nie zauważył. Wlałem odrobinę bursztynowego płynu z piersiówki do jej kawy, uważając, by nie przesadzić. Nie chodziło przecież o upicie się, tylko o smak, ciepło, trochę rozluźnienia - to coś, co przychodziło późnym popołudniem, kiedy za oknem ciemniało zbyt szybko, a człowiek nie był jeszcze gotów wracać do czegokolwiek odpowiedzialnego, swoich dorosłych zajęć. Nie od razu odpowiedziałem na jej pytanie - zamiast tego przyjrzałem się reakcji Prudence na nową wersję kawy, to było całkiem zabawne - ta jej skupiona mina, jakby próbowała rozszyfrować coś znacznie bardziej złożonego niż tylko zawartość piersiówki. Widziałem, że robi to na poważnie, z autentyczną ciekawością, a przecież to był tylko bourbon, w dodatku żaden specjalny, nie z tych z piwnicy Ursuli, nie wydumany, pewnie nawet dla niej bardzo przeciętnej jakości po tym, co wcześniej piliśmy. W przeciwieństwie do ciasta, bo szarlotka rzeczywiście była doskonała - dokładnie taka, jak zapamiętałem, ale nie tylko dlatego, że przemycała w sobie dokładnie taką ilość cynamonu, jaka była potrzebna, również przez to, iż próbowała niczego udawać, nie miała żadnych egzotycznych dodatków, niepotrzebnych innowacji, to po prostu była klasyka, uczciwa i domowa. - Tak. - Powiedziałem w końcu, odchylając się lekko na krześle, żeby znaleźć wygodniejszą pozycję. - Często, mosze nawet za często, jak na kogoś, kto powinien był wtedy tszymaś się balsiej... Młodzieszowych miejsc. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, sięgając po filiżankę. Upiłem łyk kawy z burbonem, ciepło rozlało się mi powoli po przełyku. Wtedy jeszcze nie piłem takich rzeczy, nie na co dzień - w tamtych czasach był po prostu słodki napój, czasem sok albo herbata, a czasem czekolada, jeśli miałem szczęście i akurat ją serwowali, i szarlotka do tego - zawsze szarlotka, ta sama co teraz, z gałką lodów, która zaczynała się już lekko rozpływać po talerzu. Upiłem kolejny łyk kawy - czarnej, gorzkiej - i oparłem się wygodniej, przesuwając wzrokiem po wystroju lokalu - półmrok, ciepło, trochę kurzu na krawędziach półek na ścianach... Tak wtedy, tak i teraz nie potrafiłem do końca wyjaśnić, co mnie tu tak przyciągało. Trafiłem tu przypadkiem, miałem wtedy jakieś piętnaście lat, może trochę mniej, długo się włóczyłem, tego dnia akurat nie bardzo miałem ochotę wracać do domu Corneliusa. Właściwie nie bardzo miałem ochotę wracać... Nigdzie, więc usiadłem, zostałem i wracałem. Może to była kwestia kontrastu - byliśmy wtedy hałaśliwą zgrają, wiecznie w ruchu, zawsze czegoś szukającą, a tu panował spokój. Po prostu... Siadałem i patrzyłem na ludzi - na ich miny, na to, jak przychodzili i odchodzili. Lubiłem obserwować te fragmenty cudzego życia, które można było złapać mimochodem - czyjaś kłótnia przy drugim stoliku, nerwowe stuknięcie filiżanką o spodek. To była taka mała, osobna rzeczywistość, w której nikt ode mnie niczego nie wymagał. Miałem w sobie, od zawsze, jakąś dziwną nostalgię do miejsc, które nie do końca pasują do mojego wieku. Do lokali, które pachną kurzem, stronami starych książek, mają zapadnięte fotele albo, tak jak ten, przypominają stereotypowy zapach domu babci. - To dziwne, sze tu wlóciłem, jescze dziwniejse, sze nie sam. - Powiedziałem, ni stąd, ni zowąd - w tym wyznaniu nie było nic romantycznego, zupełne zero patosu, raczej zaskoczenie, że z całej listy rzeczy, które kiedyś wydawały się zamknięte, coś jednak znowu się wydarzyło. Było w tym coś niemal - idiotycznie? - ceremonialnego, ale raczej jak domknięcie, zakończenie, niestety, nie początek czegoś nowego... RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 04.06.2025 Kawiarnia mogłaby być uznana za jedną z wielu podobnych, które niczym się nie wyróżniały, ale może właśnie to było w niej wyjątkowe, to sprawiało, że miała swój urok. Nie można było tutaj zauważyć przepychu, raczej miało się wrażenie, że rzeczywistość na chwilę się tutaj gdzieś rozmywała, a czas zatrzymywał. Można było złapać oddech, pozwolić sobie na odpłynięcie gdzieś daleko myślami. Nic w tym nie przeszkadzało, panowała tu błoga cisza, która była kojąca. Dobrze było mieć takie swoje miejsca, w których można było zaczerpnąć oddech, przestać choć na chwilę przejmować się teraźniejszością, skupić się na czymś zupełnie innym. Wypatrywać ludzi pędzących gdzieś przed siebie, zastanawiać się nad tym dokąd zmierzają, czego pragną. Obserwować ptaki, które całymi stadami fruwały gdzieś po niebie. Właśnie to odwróciło jej uwagę w tej chwili, ruch, dość szybki, w oddali. Mewy musiały poderwać się z ziemi wystraszone deszczem, chociaż czy miały się czego bać, dla nich to było chyba nic wielkiego. Pierwsze krople deszczu dosyć nieśmiało spadały na parapet i na szybę, z każdą chwila jednak stawały się coraz gęstsze, co również powodowało, że ulice powoli zaczynały być opuszczone. Niby ludzie nie byli z cukru, jednak mało kto doceniał taką pogodę. To raczej nie był pierwszy wybór, jeśli miało się wspomnieć o tych ulubionych momentach. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, jakby ktoś zgasił płomień dnia, było to zapewne chwilowe, wiatr prędzej, czy później rozdmucha chmury, znowu pojawi się słońce. Nadmorskie miejscowości miały to do siebie, że w przeciągu kilku minut aura mogła się całkowicie zmienić. Ten deszcz nie złościł, raczej powodował wyciszenie, pozwalał złapać oddech. W końcu powietrze po deszczu było dużo lżejsze, przyjemniejsze, rześkie. To wyciszenie potęgowało też miejsce w którym się znaleźli. Było idealnym wyborem, jeśli chodzi o chwilową ucieczkę przed tym, co działo się na zewnątrz. Poczuła na sobie jego spojrzenie, to spowodowało, że przestała wpatrywać się w szybę i przeniosła wzrok na mężczyznę, który siedział na przeciwko niej. Zawiesiła na moment wzrok na jego twarzy, chcąc wyczytać coś z jego spojrzenia. Dostrzegła ten charakterystyczny błysk w oku, bardzo znajomy, chyba powoli zaczynała uczyć się go czytać, co było sporym osiągnięciem, zważając na to, że przez lata miała z tym ogromny problem. Wystarczyła tylko chwila zrozumienia, aby przestało to być takie skomplikowane, jakie było jeszcze kiedyś. Wydawało jej się, że wie, co ma na myśli, może nie dokładnie, ale przypuszczała, że jest to coś nie do końca dozwolonego, czy tam mile widzianego w miejscu, jak to. Nie do końca jej to przeszkadzało, już dawno odpuściła, odrzuciła gdzieś te swoje wszystkie przyzwyczajenia i standardy zachowań, nie przejmowała się tym, co jest odpowiednie, bo dlaczego miałaby to robić. Miała w najbliższym czasie dać sobie spokój z tym usilnym pilnowaniem siebie, by postępować zgodnie z jakimiś ogólnie przyjętymi normami, co najlepsze całkiem nieźle się przy tym bawiła, o czym świadczył jej dobry humor, który nie opuszczał jej od poranka. Zresztą nie było to nic wielkiego, tylko odrobina alkoholu do kawy, a mimo wszystko czuła się, jakby pokonywała kolejny krok w drodze ku nieznanemu, zabawne, że to, co dla niektórych było czymś zupełnie zwyczajnym, dla innych mogło być zupełnie odwrotne. Nie mieli się tutaj upijać, a jedynie dodać smaku tej i tak całkiem smacznej kawie, która skutecznie rozgrzewała nieco zmarznięte ciało, alkohol tylko przyspieszał to działanie. Nie do końca udało jej się rozszyfrować dodatek, którym uraczył ją Benjy, ale to nie było, aż takie istotne, nie musiała wiedzieć, co konkretnie pije. Nie była jakimś wielkim smakoszem trunków, ważne, aby spełniały swoją funkcję, nie miała szczególnie oryginalnego gustu. Tak właściwie to Prue nie była zbytnio wymagająca chyba w żadnej dziedzinie, ale mało kto zdawał sobie z tego sprawę. - Wcale mnie to nie dziwi. - Pewnie, gdyby wiedziała o istnieniu podobnego miejsca gdzieś niedaleko siebie, to sama bywałaby w nim często. Rozumiała, co może do niego przyciągać. Każdy czasem potrzebował chwili dla siebie, oderwania się od rzeczywistości, złapania oddechu. Zwłaszcza w takim wieku, pamiętała, że jako nastolatka wybierała raczej biblioteki, zaszywała się w nich między książkami, gdzie nikt nie mógł jej znaleźć. Najwyraźniej nie tylko ona miała tendencje do ukrywania się przed całym światem, tyle, że wcześniej nie zakładałby, że ktoś taki jak on również tego potrzebował. Aktualnie jednak rozumiała coraz więcej, właściwie dzięki temu, że jej na to pozwolił, opowiedział co nieco o sobie, o tym, czego ona sama nie umiała wtedy dostrzec, mimo, że miała siebie za całkiem bystrą, zarówno w przeszłości jak i teraz. Niby od zawsze widziała więcej, ale najwyraźniej i ona miała swoje gorsze momenty. Po raz kolejny upiła niewielki łyk z filiżanki, alkohol był w niej ledwie wyczuwalny, raczej po prostu dodawał nieco ostrości do smaku kawy. - Może musiałeś tu wrócić, nigdy nie wiesz. To, że zamkniesz za sobą drzwi, wcale nie oznacza, że nie możesz ponownie ich otworzyć. - Może nie powinna tego mówić, ale nie powstrzymała się przed komentarzem. Na pewno wiedział, co ma na myśli, nie musiała mówić wprost do czego zmierzała. Wyciągnie z tego to, co będzie uważał za słuszne. RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 06.06.2025 Spojrzałem na Prue - jej oczy były uważne, pełne ciepła i zainteresowania rozmową. Coś mnie podkusiło, by kontynuować - chciałem, żeby wiedziała, że nie wierzę w przeznaczenie, tak jak już mówiłem, to pojęcie wydało mi się zawsze zbyt łatwe i wygodne, żeby winić za wszystko jakąś mistyczną siłę, nie siebie, a ja wolałem wierzyć, że nie ma jakiegoś niewidzialnego sznura, który prowadzi nas tam, gdzie powinniśmy być, życie nie układa się według scenariusza, a to, co się dzieje, to po prostu suma wyborów i przypadków, a nie tajemniczy plan, którego nie jesteśmy w stanie pojąć. Jej słowa były ciepłe, pełne nadziei, a mimo to wywołały u mnie mieszane uczucia. Wiedziałem, co miała na myśli, nie musiała tego mówić wprost, ale nigdy nie wierzyłem w coś takiego, jak przeznaczenie, ani w to, że los może kierować naszymi krokami w sposób, którego nie rozumiemy. Nie lubiłem myśleć, że gdzieś tam, poza mną, jest jakaś siła, która ustawia wszystko na swoim miejscu, mówiąc: „Teraz wróć, to twoja chwila.” Nie - to tylko my sami, nasze wybory, błędy i czasem przypadek, który wydaje się mieć sens, ale to tylko zbieg okoliczności. Tak jak wtedy, kiedy przez krótką chwilę, dosłownie ułamek sekundy, naprawdę pozwoliłem sobie uwierzyć w coś, co wydawało się kompletnie nierozsądne - wtedy to nie był tylko powrót do miejsca, to była możliwość powrotu do czegoś, czego już nie było, albo nigdy tak naprawdę nie było. Pomyślałem, że Wielka Brytania - ten cały chaos, mgły i deszcze, których tak długo unikałem - nadal może być moja, należeć do mnie, że Londyn jest gdzieś tam, cichutko, czeka na mnie, gotów przyjąć mnie z powrotem. Przez moment poczułem, jakbym zrobił krok, by odzyskać coś, co przez lata zdawało się bezpowrotnie utracone - jakiś fragment przeszłości, który mógłbym połączyć z tym, kim jestem teraz. Miałem w głowie ten obraz, przez krótką chwilę miałem wrażenie, że mogę wrócić - po tylu burzach, tych wszystkich błędach - wszystkim, co przeżyłem, bo na Wyspach wciąż istnieje jakiś kawałek miejsca, które mnie akceptuje, nie jestem kompletnym obcym, który gdzieś się zgubił i nigdy już nie znajdzie drogi do domu, ale to były mrzonki - słabe, ulotne i bezpodstawne, i rozwiały się, jak mgła z nad wrzosowiska. Szybko zrozumiałem, że nie ma tu nic, co by na mnie czekało. Ani Exmoor, ani Londyn nie były moją przystanią, tylko kolejnym miejscem, gdzie byłem tylko przechodniem, cieniem samego siebie z przeszłości. Wszystko, co tu kiedyś było, uległo przemianie lub zniknęło, a ja nie byłem już tym chłopakiem, który mógłby odnaleźć się w dawnym świecie. To, co zostawiłem, zostało na zawsze za zamkniętymi drzwiami, które już dawno przestały się dla mnie otwierać - wszystko, co myślałem, że mnie zwiąże z tym krajem, rozpłynęło się w powietrzu, jak dym z dogaszonego papierosa. Patrzyłem na nią, na Prudence, i pomyślałem, że powinienem jej to powiedzieć, bo po naszej rozmowie wiedziałem, iż chyba wierzyła w rzeczy takie jak los czy przeznaczenie - a ja nigdy nie byłem do tego przekonany. -Wiesz, Plue... - Zacząłem, nie chcąc, żeby moja odpowiedź zabrzmiała zbyt pesymistycznie, ale chcąc być szczerym - chciałem jej odpowiedzieć, prosto i szczerze, bo chociaż jej słowa miały w sobie trochę ciepła, to dla mnie były jednak bardziej pobożnym życzeniem niż rzeczywistością. - Nie wieszę, sze jeszt coś, co jeszt mi „pszesnaczone”, wieszę tylko w to, co sam sobie wyplacuję. - Spojrzałem na nią, starając się nie brzmieć zbyt ponuro, ale czułem, że muszę być szczery wobec siebie i wobec niej. Tak, to ja odpowiadałem za swój los, tak jak ona odpowiadała za swój. To, że się tu spotkaliśmy było niczym więcej, jak wynikiem tego, iż przez chwilę naprawdę pozwoliłem sobie na tę myśl - taką głupią, z pozoru niewinną, ale jednak najwyraźniej niebezpieczną - że Wielka Brytania, z deszczowymi dniami, wilgotną aurą, zielonymi wzgórzami i powietrzem przesyconym zapachem morza, jest moim domem - to wciąż moje miejsce, że Londyn - chociaż tak zmieniony, obcy, jest jednocześnie znajomy - nadal ma dla mnie znaczenie. Przez moment wierzyłem, że po tylu latach mogę wrócić, przeżyłem swoje, stałem się innym człowiekiem, ale gdzieś tam pod powierzchnią nadal istnieje jakaś nić łącząca mnie z tym krajem, z tym miejscem, bo nie wszystko skończyło się wtedy, kiedy musiałem stąd uciekać, ale to były mrzonki. Złudzenia, które dopiero zdążyłem dostrzec w całej swojej bolesnej jasności. W rzeczywistości nikt i nic na mnie tu nie czekało - nie - nikt nie czekał, nikt nie stał w tych drzwiach, żeby je dla mnie otworzyć i zaprosić do środka. A jeśli nawet ktoś gdzieś tam czekał - to na kogoś innego, nie na mnie, bo ja się zmieniłem, zupełnie tak jak reszta. Nie oczekiwałem żadnej uroczystej sceny, żadnych przyjaciół przyjmujących mnie z otwartymi ramionami, bez oporów - nie oczekiwałem tego, naprawdę - ale każdy miał już swoje życie, na tyle obce, że odnosiłem wrażenie, iż z przyjaciela awansowałem na kumpla. Na kogoś, kogo się zna i nie zna, wobec kogo ma się oczekiwania nie do spełnienia. Ten kraj nie był moim domem, przynajmniej nie takim, jaki wyobrażałem sobie przez tyle lat. Wręcz przeciwnie - on od dawna nie należał do mnie, a ja tak naprawdę nie należałem do niego. Coś mnie podkusiło, by tu wrócić i zobaczyć, czy jeszcze coś zostało, ale to była tylko chwila słabości albo chęć ucieczki przed sobą samym, nie działanie przeznaczenia. Może ona miała rację - możliwe, że drzwi wcale nie były zamknięte na zawsze, może wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni klucz, odważyć się nacisnąć klamkę i przejść przez próg, ale wiedziałem, że to wymagałoby ode mnie o wiele więcej niż tylko chęci. - Dszwi mogą byś otwalte, ale jeśli nie ma nikogo po dlugiej stronie, to i tak nie ma do czego wlacaś. Myślę, sze to losumiesz. - Spojrzałem na nią i poczułem, że o ile pojmuję tę delikatną chęć wiary, że nie wszystko jest stracone, życie ma w sobie tę dziwną zdolność do powrotów i ponownych startów, to... Ja miałem w sobie coś innego - zimny realizm, który pozwolił mi spojrzeć prawdzie w oczy i zacząć oswajać się z myślą, że cokolwiek chciałem sobie udowodnić, już to sobie udowodniłem i bilans okazał się ujemny. Tak naprawdę wróciłem tu nie po to, by odzyskać to, co utraciłem - wracałem, żeby zobaczyć, czy mogę zacząć od nowa, choćby i na innych zasadach. Przez ułamek sekundy pozwoliłem sobie na coś, co nazwałbym złudzeniem, durny moment wydawało mi się, że Wielka Brytania wciąż jest moja, to było niemal namacalne przekonanie, że tu, wśród tych znanych, a jednak obcych krajobrazów, coś mnie jeszcze czeka, co uzasadniłoby powrót. Nie czekało, ale przynajmniej ten tydzień mógł być warty zostania, pomimo tej świadomości. Miałem tu jeszcze coś do zrobienia, pomocy, zakończenia, przeżycia. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ace46c07143d0a2b2b21df2a273ae5c1/022e29be3a1e784b-80/s400x600/576520197d51cf95b936d4d427ad412a983ee733.pnj[/inny avek] RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 06.06.2025 Miała świadomość, że nie dla wszystkich może być takie proste oddawanie swojego losu przypadkowi. Całkiem łatwo było wymigiwać się przeznaczeniem, szukanie czegoś, co było odpowiedzialne za to, jak wyglądało życie. Dużo trudniej, przynajmniej w jej oczach było twierdzić, że jest się kowalem własnego losu. Czasem przecież była to chwila, instynkt, taka, a nie inna decyzja. Wiele razy bowiem zastanawiała się przecież, co by było gdyby. Nie mogła tego sprawdzić, nie dało się tego zrobić, nigdy nie można było mieć pewności, że decyzja, która została podjęta jest właściwa, nie można było przewidzieć konsekwencji. Branie odpowiedzialności w swoje własne ręce wydawało się być przynajmniej w jej oczach pewną dojrzałością, a może i sceptycyzmem. Obwinianiem siebie za swoje błędy? Nie do końca umiała to stwierdzić. Nie zamierzała negować jego zdania, zdawała sobie sprawę z tego, że każdy wybierał inną drogę, przeżywał zupełnie coś innego i to go kształtowało. Poglądy o tym nie brały się znikąd. Nie chciała narzucać swojego zdania, sugerować mu tego, żeby spojrzał na sprawę inaczej, po prostu podzieliła się swoją opinią, nieco mniej pesymistyczną, czy tam realistyczną, jak zwał tak zwał. Powrót i otwieranie drzwi, też było poniekąd tylko i wyłącznie decydowaniem o swoim losie. Tak, coś skłoniło go do tego, aby tutaj wrócić, zrobił to akurat w tym momencie, może tak czuł, może akurat w tej chwili chciał sprawdzić, czy jeszcze coś na niego czeka. Nie była w stanie się postawić w sytuacji mężczyzny, ona nigdy nie miałaby tyle odwagi, aby rzucić wszystko w pizdu i wyjechać nie wiadomo gdzie, dlatego też dość ciężko jej było zrozumieć to, co przeżywał. - Zdaję sobie sprawę, że przeznaczenie może być tylko i wyłącznie wymówką, która sugeruje, że sprawy toczą się same. Nie do końca też tak to widzę. Nie uważam, że wszystko jest dziełem przypadku, wiesz? - Na chwilę zawiesiła wzrok na jego twarzy, próbowała ubrać swoje myśli w słowa, ale szło jej to raczej dość topornie. - Każdy podejmuje jakieś decyzje, które prowadzą go w pewne miejsca, jednak czasem jesteśmy tak blisko podjęcia innych decyzji, a coś jednak powoduje, że postępujemy tak, a nie inaczej. - Może faktycznie chodziło tylko o to kim są, czego naprawdę pragną i nie warto było w to mieszać żadnych sił wyższych? Mimo wszystko miała o tym nieco odmienne zdanie, może ze względu na to, że widziała więcej, czuła pewien zew, nie wszystko wydawało jej się być namacalne. Niby była dość racjonalnym człowiekiem, ale jednak sporo się w życiu napatrzyła na rzeczy, które nie powinny być możliwe, a jednak były. Ludzie byli poniekąd jak liście niesione na wietrze, nie mają pojęcia, co zdarzy się za chwilę, kto pojawi się na ich drodze, ani, czy sami zaraz nie wyruszą w przeciwnym kierunku. Niby każdy był odpowiedzialny za swój własny los, ale czy do końca, czy w stu procentach? Wszystko zależało od punktu widzenia i od nastawienia, chyba? Nie mieli przecież wpływu na decyzje innych osób, a one mogły również zmieniać ich własny los, to był dość skomplikowany temat i miała wrażenie, że można by o tym było dyskutować do wieczora, a może i dłużej, wyciągać kolejne argumenty za jedną albo drugą wersją. Sama przecież była gdzieś pomiędzy, wierzyła w to, że ponosili pewną odpowiedzialność za to, co ich spotykało, ale częściowo to zawsze było poza nimi. - Nawet pustka, może być znajoma, ta sama, to już jest coś. - Wszystko zależy od oczekiwań. Nie dało się wrócić do czegoś, co już dawno nie istniało, ale można było znaleźć coś innego w tym znajomym świecie. Wracać do miejsc, które niosły ze sobą pewne wspomnienia, doświadczenia, próbować uchwycić w nich coś, by choć przez chwilę poczuć jakąś więź ze światem. Nie dało się ciągle uciekać przed tym, co było. Zresztą, czy to nie tak, że bywały momenty, kiedy chcąc nie chcąc wracało się do tego, co już nigdy nie miało mieć racji bytu. Można było wrócić, nawet tylko po to przejść przez te drzwi, aby upewnić się, że to wyobrażenie nie miało sensu. To mogło zaboleć, ale było potrzebne, do zamknięcia, czy tam rozpoczęcia nowego etapu w swoim życiu. Punkt widzenia zależał od doświadczenia, od oczekiwań, nie miała pojęcia dlaczego Benjy postanowił pojawić się tutaj akurat teraz. Miała jednak nadzieję, że uzyska to, czego potrzebował. Na pewno szukał odpowiedzi. Nie pojawił się tutaj bez powodu, spędził tutaj sporą część swojego życia. Miała wrażenie, że nie do końca jest zadowolony z tego, co zastał na miejscu. Rozczarowanie bywało okropnym uczuciem, trudno sobie było z nim poradzić, właśnie dlatego lepiej było nie mieć żadnych oczekiwań, wtedy było dużo prościej. - i tak, rozumiem to, chyba nawet dużo bardziej, niż bym chciała. - Sama przecież ledwie egzystowała od jakiegoś czasu. Próbowała jakoś sobie radzić, jednak było to dość problematyczne. Znalazła swój sposób na przetrwanie, wykreowała pewną wersję siebie, która dla wszystkich była znajoma, ale ona sama trochę nie do końca w nią wierzyła. Dlaczego? Bo tak było wygodniej, bo chciała przetrwać, nie miała zamiaru zaczynać wszystkiego od nowa. W jej przypadku to było całkiem wygodne, drzwi się zamknęły, nie trzeba było do nich wracać, nie trzeba było przez nie przechodzić, zamiast tego znalazła inne, weszła do środka i postanowiła zostać, chociaż nie do końca to do niej pasowało. - Trudno jest mi się postawić w Twojej sytuacji, bo jednak podjąłeś dość wiążącą decyzję, ale wydaje mi się, że są tutaj ludzie którym na Tobie zależy. - Tyle mogła stwierdzić będąc tylko i wyłącznie obserwatorem. Nie do końca miała świadomość, jak wygląda sytuacja od wewnątrz, jednak był tutaj, to oznaczało, że jego przyjaciele nie mieli problemu z tym, aby przyjąć go do siebie, nie zapomnieli o jego istnieniu. Nie każdy postąpiłby w ten sposób, szczególnie w przypadku osób o ich pochodzeniu, ale jednak nadal chcieli go mieć blisko siebie, to o czymś świadczyło, może nie powinna tak łatwo wydawać swojej opinii, ale wydawało jej się to dość oczywiste. Ich więź była naprawdę silna, może Benjy potrzebował nieco więcej czasu aby się w tym upewnić? Oczywiście miał prawo czuć się nieswojo, bo bardzo trudno było wrócić do tego, co było kiedyś, zwłaszcza, że minęło tyle lat, jednak może warto było dać temu szansę. Nie zamierzała jednak mu niczego sugerować, to były jego odczucia, jego decyzje, jego przyszłość, a właściwie to też teraźniejszość, w której mu towarzyszyła, chociaż nigdy wcześniej nie była dla niego kimś, a teraz siedziała z nim w tej kawiarni, która niosła ze sobą jakieś wspomnienia, która z czymś mu się kojarzyła. Nie czuła żadnego ciężaru z tym związanego, może powinna mieć wrażenie, że jest intruzem w jego świecie? Nie wydawało jej się to jednak zbyt logiczne, sam ją do niego wpuścił i chciała w nim pozostać chociaż przez te kilka dni o których mówili, miała wrażenie, że może z tego wyciągnąć więcej, niż jej się na początku wydawało, nawet jeśli zupełnie nie o to chodziło. RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 09.06.2025 Wysłuchałem jej w milczeniu. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia - wręcz przeciwnie, po prostu z wiekiem nauczyłem się, że czasem lepiej dać komuś dokończyć, niż próbować przerywać z własnymi „Ale...” i „Właściwie to…”. W dodatku Prudence mówiła wszystko z taką powściągliwą szczerością, bez patosu, bez zadęcia, że może przez przypadek, ale trafiała dokładnie tam, gdzie to miało znaczenie, zresztą celnie, mimo że nie przez cały czas mówiła o sobie... Albo właśnie dlatego. Nie musiała tego wszystkiego ubierać w wielkie słowa, żeby to miało sens, zresztą, właśnie to, że się nie siliła, sprawiało, iż łatwiej mi było tego słuchać. Nie próbowała mnie przekonywać, nie wciskała żadnej wersji wydarzeń, nie mówiła: „Zobacz, ja mam rację, ty się mylisz.” Po prostu wypowiadała się jak dorosły, doświadczony człowiek, nie jako ktoś, kto stara się cokolwiek wygrać, a ja - mimo że przez całe lata żyłem raczej w trybie: „Nie dotykaj, nie analizuj, nie zaglądaj za kurtynę.” - tym razem nie czułem potrzeby, żeby tego unikać - mówienia o przeszłości i o prywatnej wierze w przeznaczenie, albo w jego brak, i w to, że szczerze mówiąc, sam nie wiedziałem, po co tu wróciłem. To znaczy - wiedziałem, ale to było coś innego niż racjonalna decyzja. Raczej... Moment, jeden impuls - takie uczucie, że coś gdzieś jeszcze może być niezamknięte, a zanim naprawdę postawię tę kropkę, muszę chociaż rzucić okiem, czy w ogóle jest sens ją stawiać. Nie uważałem, że to odwaga. Raczej coś, co się robi, kiedy nie ma się już nic więcej do stracenia. Może to był mój sposób, żeby nie zdechnąć z jakimikolwiek wątpliwościami i „co by było, gdyby...” - wrócić, przetestować, przyłożyć palce do starych ran i sprawdzić, czy jeszcze bolą. Czasem to naprawdę lepsze niż siedzenie i zastanawianie się całe życie, „a jeśli...”, a ja już dość miałem tej wersji samego siebie, który przez dekady tylko wszystko rozważał. Zamilkłem na chwilę, patrząc na jej dłonie - drobne, ale nie kruche. Ta wersja Bletchley była inna, dużo swobodniej było nam ze sobą rozmawiać. Mogłem się z nią spierać o podejście do życia, ale nie musiałem, nie o to w tym wszystkim chodziło. Po raz pierwszy od dłuższego czasu ktoś po prostu nie próbował mnie przekonać do niczego, naprawiać mi głowy ani dawać złotych rad, za które nikt nie chce płacić, bo są warte dokładnie tyle, ile kosztują - czyli nic. - Mhm. - Mruknąłem tylko, przeciągając ten dźwięk. Przestawiłem swoją filiżankę bliżej środka stolika, przysunąłem palec do mokrego śladu po kubku i przesunąłem go wzdłuż krawędzi wilgoci. Nie miałem na to żadnego powodu, po prostu musiałem czymś zająć ręce, zanim się odezwę. W głowie miałem pustkę, ale nie taką, którą się gloryfikuje, raczej zwykłą, przyziemną, jak po dniu spędzonym w piwnicy na przenoszeniu pudeł - nie było to niezgodne z prawdą - tyle, że w środku. Wzruszyłem ramionami, jakbym chciał się tym pozbyć jakiegoś niewidzialnego wrażenia, która przylgnęło do mnie zaraz po wejściu do tej kawiarni. Z jednej strony znajomej, z drugiej jakby wyjętej z innego świata - może to przez Prudence, przez jej obecność, która nie pasowała do przeszłości, a jednak wpasowywała się zaskakująco naturalnie w to, co było tu i teraz. Chyba nie miałem w sobie aż tyle wiary, żeby wierzyć, że to wszystko jest po coś. Ludzie uwielbiają sobie tłumaczyć wszystko jakimiś siłami wyższymi, przeznaczeniem, magią - a to tylko dlatego, że łatwiej im przeżyć coś, czego nie rozumieją, i spoko, ja też kiedyś tak robiłem, ale to się w końcu łamie, potem człowiek zostaje sam ze sobą i z tym, że może nie było żadnego powodu, nie miało to głębszego znaczenia. Może po prostu coś się wydarzyło i już. Nie miałem w zwyczaju rozkładać spraw na czynniki pierwsze, dopóki mnie nie przycisnęło, nie uciekałem też w wielkie idee - jeśli coś się działo, to się działo, i tyle, można było później szukać sensów, ale nie były mi one potrzebne do podjęcia decyzji. - Pewnie, sze nie mamy wpływu na wsystko. - Powiedziałem w końcu, wzruszając ramionami, ale to nie znaczyło, że sądziłem, iż napotykając te niespodziewane okoliczności, było trzeba od razu oddawać ster. Ba, gdy się nie trzyma steru, to ktoś inny go trzyma, albo coś... Przypadek, ślepy los, inny człowiek, jakiś zbieg okoliczności - dla mnie to nie było do końca jedno i to samo - to była różnica między dryfowaniem a płynięciem pod prąd, nawet jeśli nie masz pojęcia, gdzie ten ostatni sprzeciw cię zawiedzie. Spojrzałem na nią, na tę znajomą-nieznajomą twarz, która teraz była szokująco jasnym punktem w tej całej układance, i przetarłem dłonią kark. Mój sposób myślenia był prostszy - nie gorszy, nie lepszy - po prostu inny, i nie miałem zamiaru jej przekonywać, że moje podejście jest bardziej prawdziwe, ale skoro przedstawiała mi swój punkt widzenia… No, to rozmawialiśmy - miałem prawo wyłożyć na stół swoje własne zdanie. Mówiła mądrze, ale inaczej niż ja bym to ujął, bo ja bym powiedział po prostu, że albo bierzesz odpowiedzialność, albo nie, a ona to ubierała w coś delikatniejszego, jakby dawała światu trochę więcej pola manewru i przestrzeni na… Nieprzewidywalność, na cuda, ingerencję, może. Nie miałem z tym problemu, ludzie byli różni, ale mi pomagało, gdy sobie mówiłem, że decyzja była moja, bo wtedy przynajmniej, jak coś się spieprzyło, wiedziałem, kogo winić - mnie. Przypominałem sobie, że nie jestem aż tak wyjątkowy, ludzie podejmują głupie decyzje, na co dzień, czasem coś spierdolą i żyją dalej, nie ma w tym żadnej poezji, przeznaczenia, po prostu... Robią to, dzień po dniu, człowiek nawet nie wie, kiedy się przyzwyczaja. Dokładnie tak jak przed laty, kiedy zdecydowałem się wyjechać - nowy kontynent, nowe nazwisko, nowy dialekt - tylko, że to nie była decyzja z jakąś pełną świadomością, iż biorę życie za jaja i mówię mu, co ma robić - to był impuls, a potem kolejne dni, które trzeba było jakoś przeżyć i... Nagle masz za sobą piętnaście lat, które nawet nie wiesz, jak ci przeleciały, ale nie uważasz to za swoje przeznaczenie, po prostu za efekt impulsu. - Nie wiem, po co wlósiłem. Znaczy, wiem, ale nie sądzę, szeby to był jakiś większy powód. - Nie chciałem, żeby to zabrzmiało jak tłumaczenie - już nie - w pewnym momencie człowiek przestaje się tłumaczyć, po prostu mówi, jak było, bez prób poprawiania wersji wydarzeń. Wychodziło mi to coraz częściej, lecz tym razem darowałem sobie część szczegółów, jak to napomykanie, iż myślałem, że może ktoś... Coś... Cokolwiek jeszcze na mnie czeka, coś mi to powie, ale... - Chyba pszeceniłem to miejsce, albo pszeceniłem siebie, albo jedno i dlugie. - Wzruszyłem ramionami, bo znowu czułem, że mówię więcej, niż zwykle. Nie miałem z tym problemu, ale to zawsze było coś, co przychodziło mi wolniej - nie rozgadywałem się od razu o sobie, najwyraźniej potrzebowałem kogoś, kto miał cierpliwość, kto nie zniechęcał się moim milczeniem. Spojrzałem na nią znowu - bez oczekiwania na współczucie, po prostu spojrzałem. Ona taką osobą była - na swój własny, cichy sposób. Przez moment myślałem, że powiem coś więcej, ale potem tylko znowu wzruszyłem ramionami i wyprostowałem się na krześle, trochę sztywniej niż chciałem. Nie miałem zamiaru się nad sobą użalać, nigdy tego nie znosiłem, ani u siebie, ani u innych. Nie było w tym żalu, raczej trzeźwe przyjęcie do wiadomości pewnych faktów, może z lekką ironią, ale bez goryczy. - Tak, mosze mas lasję, są tu jeszcze ludzie, któlym zaleszy. Tylko, sze ja... Cholela, chyba po plostu jusz tu nie pasuję i tyle, nie do tego miejsca i tej welsji siebie, któlą tu zostawiłem. - Spojrzałem na nią bez oporów, obiekcji, potrzeby ukrywania tego faktu, skoro mieliśmy dziś dzień szczerości. Nie czułem się winny porzucenia ojczyzny, nie czułem się jak bohater dramatu, który po latach wraca na ziemię, na której się urodził i odkrywa w nim jakieś szokujące zmiany, nie, raczej jak ktoś, kto znalazł się w miejscu, które znał, ale nie rozpoznawał. - Zmieniłem szię, to miejsce tesz, ale to nie zawsze znaczy, sze zmieniliśmy się w sposób, któly pozwala szię znowu dopasowaś. - Pokręciłem lekko głową, nie w geście sprzeciwu, raczej z bezradnym półuśmiechem, jak ktoś, kto słucha uważnie, ale nie potrafi się w tym do końca odnaleźć. Nie, żeby to, co mówiła, było mi obce. Rozumiałem - może nie wszystko w ten sam sposób, nie tak głęboko, jak ona, ale jednak rozumiałem. Tylko, że ja byłem… Inny - prostszy w tym wszystkim, bardziej prostolinijny, mniej skłonny do filozofowania, do rozkładania rzeczy na czynniki pierwsze, przynajmniej, jeśli chodziło o sprawy tak rozległe i niepewne jak „przeznaczenie.” - Nie zlosum mnie źle, wiem, sze ich obchodzę. - Dodałem spokojnie, upijając trochę kawy i przenosząc wzrok na okno. - Ale nie wiem, czy jestem jescze tym samym człowiekiem, któlego oni pamiętają. Sama widzis, jakie błędne wlaszenie mosna czasem mieś. - Podniosłem na nią wzrok. Nie był twardy, nie był też przygaszony - był zwykły, bez tej całej maski, którą czasem człowiek przykleja, żeby nie musieć tłumaczyć, że coś jest bardziej skomplikowane, niż sądził. Czasem to są dwa zupełnie inne układy puzzli, niż przewidział. - Wlósiłem, bo miałem doś bysia w zawieseniu, chyba byłem zmęszony byciem nigdzie, chciałem zobaczyś, czy tu szię jeszcze da oddychaś. - Uśmiechnąłem się lekko, ledwie widocznie. - Na lasie szię da, chociasz... Nie zawsze, ale to akulat dobsze... - Poszerzyłem uśmiech, tym razem bardziej znacząco - to nie było narzekanie, raczej przyznanie się do tego, co chyba już wiedziała. Nie próbowałem jej do siebie przekonać, ani siebie do niczego, ale w tym, że powiedziałem to właśnie tak, jak powiedziałem - było coś nowego. Coś, czego jeszcze w sobie nie znałem. Spokojna gotowość, żeby spróbować wyciągnąć coś z tego tymczasowego powrotu. Nie zbudować wszystko od nowa, ale może... Nie spierdolić od razu, jeszcze nie, chwilę zostać - uczciwie, jak wszystko, co wypowiedziałem tego dnia. Trudno było mi to formułować, nie zamierzałem przyznawać, że samotność nadal miała zbyt wielki wpływ na to, jak funkcjonuję, ale tu, z nią, coś się przesuwało - nie drastycznie, ani gwałtownie, tylko... Delikatnie, właśnie tak, jak potrzeba, żeby czuć się z tym dobrze. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ace46c07143d0a2b2b21df2a273ae5c1/022e29be3a1e784b-80/s400x600/576520197d51cf95b936d4d427ad412a983ee733.pnj[/inny avek] |