Secrets of London
[8.09.1972] Die - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [8.09.1972] Die (/showthread.php?tid=4842)



[8.09.1972] Die - Rodolphus Lestrange - 28.05.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek]

8 września 1972
Spalona Noc

Zabawa z Brygadzistami była dużo bardziej zabawna, niż z Aurorami, którzy byli dużo bardziej wyszkoleni. Dlatego Lestrange wybierał swoje ofiary ostrożnie: z kilku powodów. Przede wszystkim nie bardzo chciał natrafić na Victorię, która na pewno tutaj gdzieś była. Wiedział, że sobie poradzi, chociaż Mistrz wysłał na Londyn wszystkie swoje siły - i to najlepsze siły, najlepszych z najlepszych. Mimo wszystko jego kuzynka już pokazała, że potrafi walczyć, bronić siebie i innych. Nigdy nie wątpił w jej umiejętności i chociaż wiedział, że jeszcze jest po drugiej stronie barykady: nie chciał na nią trafić. Nie chciał strzelać jej cruciatusem w twarz, nie po tym, jak oplątał ją siecią, która tylko czekała na to, by się zacisnąć. Gdyby tylko wiedział, że ten cały plan pójdzie w pizdu po tym, bo nikt nie pomyślał by ochronić dom jej sióstr...

Czaił się w mroku niczym wąż, ukryty w listowiu. Spokojnie, korzystając z cieni, obserwował. Zwykle chodzili parami, ale los potrafił być przewrotny - dlatego gdy tylko dostrzegł jednego z nich, pod maską wymalował się uśmiech.
- Dobry wieczór - powiedział cicho, wychodząc z cieni. Gdzie biegła ta sarenka? Młodziutka jeszcze, pewnie w jego wieku. Wystraszona, ale też zdeterminowana. Komu miała pomóc?

Nie silił się już na gadanie: gdy tylko pochwycił jej wzrok, gdy nawiązali kontakt, rzucił urok, chcąc wpłynąć na jej umysł. Chciał żeby nie pomogła temu, do którego biegła (bo na pewno do kogoś biegła, prawda?)

Zauroczenie 4K, żeby brygadzistka zmieniła zdanie i zamiast pomóc: namąciła

[roll=PO]

Być może była wystraszona. Być może była niedoświadczona, a może po prostu wykończona? Może też ranna, nie przyglądał jej się. Ale ważne było to, że gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, a on wyciągnął różdżkę: zaklęcie się powiodło. Nie korzystał z legilimencji, nie miał zamiaru kłamać i jej przekonywać. Po prostu rzucił urok, idąc po linii najmniejszego oporu. Bo nie było czasu, bo powoli musieli już się zbierać do Ataraxii. Robił tyle, ile musiał.
- Chciałaś komuś pomóc: zamiast tego uderz magią w te palące się belki - powiedział uprzejmym tonem, wskazując na drewniany strop, podtrzymujący blaszany daszek. Niby głupia prośba, prawda? Ale nie, Lestrange jak zwykle miał plan. Przecież nie był pewny, czy uda się mu sprawić, że kobieta zacznie kogoś bić. Ale pod blaszanym daszkiem był jakiś mężczyzna, przygnieciony kamieniem i płaczący. Ajajajaj. To jemu chciała pomóc.

Kobieta kiwnęła głową, a potem wyciągnęła różdżkę. Rozkaz był prosty: wyczarowała więc pęd powietrza, którym miotnęła w belkę. Była nadpalona, krzywa, ledwo się trzymała. Magia sprawiła, że po prostu pękła, a daszek zawalił się na jęczącego z bólu mężczyznę.
- Grzeczny piesek. Miło się z panią współpracowało - uśmiechnął się paskudnie pod maską. Wiedział, że jego zaklęcie zaraz przestanie działać - tym lepiej. Lepiej, bo ona sama się narazi na niebezpieczeństwo, próbując ratować tego, którego właśnie skrzywdziła. Ale... - Stój i patrz, póki możesz, jak płonie.
A potem się deportował stamtąd. Niech patrzy na to co zrobiła, a gdy urok przestanie działać: niech ma wyrzuty sumienia. Może nawet zrezygnuje ze wspierania Ministerstwa po tym, co się stało?

Koniec sesji