Secrets of London
Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon (/showthread.php?tid=4871)



Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon - Alastor Moody - 31.05.2025

Alastor i Eden po północy
Faza III - Moment kulminacyjny

Nie było już śmiechu, nie było żartów, nie było zaczepek.

Było piekło. Zło pożerało wszystko, ich podeszwy zatapiały się w popiele jak w śniegu.

Stali w ogniu, w bezpiecznym punkcie Pokątnej, ale wokół rozlewały się płomienie – bruk pękał pod żarem rozkładającej jedną z kamienic na kawałki i Alastor oniemiał, bo nigdy czegoś takiego nie widział. Języki lizały połamane, popękane latarnie, z okien buchał dym. Najgorszy był jednak smród. Nie chodziło tylko o ten cholerny dym, chodziło o smród – smród krwi, zaklętego popiołu i czarnej magii. Na Merlina! Widział w swoim życiu wiele, ale to wykraczało poza ludzkie pojęcie – walczył z największymi skurwysynami, jakich widział ten świat, ale widok młodzieńca z ciałem wykręconym w groteskowej pozie, którego minęli kilka minut temu, wżarł mu się już w umysł i rozrastał tam jak rak.

Jeśli my tego nie powstrzymamy, nikt tego nie zrobi – warknął, głosem zachrypniętym od sadzy i narastającej wewnątrz furii. Wiedział, że musi ją opanować – gniew napędzał czary tym, czym się czarów napędzać nie powinno, ale jak człowiek miał powstrzymać wyciekającą z niego żółć, kiedy wydarzyło się tutaj tyle zła. W tych oparach ktoś krzyczał, krzyczał i krzyczał – a on dwie sekundy za długo wpatrywał się w nadpaloną zabawkę dziecka i porzucony but, modląc się w duchu o to, że ktokolwiek z tym maleństwem stąd uciekł, był bezpieczny.

Poświęcił całe swoje życie temu, żeby ludzie nie musieli się bać. Każda decyzja, jaką podejmował w swojej smutnej jak pizda biografii, była dyktowana poprawianiem warunków cudzych żyć. Urodził się i żył jak wykonawca woli rodziny, którą wykuto po to, aby chroniła słabszych przed wpływem tego, na co teraz patrzył i miał ochotę się załamać, poddać – ale bohaterowie nie mogli dawać się złamać, tak?

Imię siostry dudniło mu w głowie jak sztorm, skrajny lęk, że spotka ją – tak jak tego chłopaka – bez ducha, powykręcaną jak szmacianą lalkę po upadku z wysokości, wprawiała go w stan, który przypominał mu półsen. Zaczynał działać automatycznie.

Bierz różdżkę, Eden – powiedział, dobywając swojej, aby wymierzyć swoją w najbliższy budynek, rozgrzany jak piec, buchający im w twarz falami gorąca. To brzmiało jak... rozkaz. I wypowiedział te słowa bezwstydnie. – Gasimy tyle, ile damy radę – poinformował ją i niekoniecznie dawał jej przestrzeń na sprzeciw lub tchórzostwo.

I kiedy próbował rozproszyć magię napędzającą liczne podpalenia, wyglądał na stanowczego, na pewnego siebie. W reakcji obronnej na zniszczenia wokół, do życia budziła się jego gorsza, markotna strona – wieczny krytyk wszystkiego wokół, wymierzający otoczeniu cios za ciosem.

[roll=PO]
Niestety dla Malfoy, zapowiadało się na to, że ten paskudny okrutnik, który właśnie rozkwitał, nie dawał rady żywiołowi – a to podburzy go jeszcze mocniej. Fasada budynku zaczęła pękać.


RE: Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon - Eden Lestrange - 19.06.2025

Zło naprawdę miało swoją temperaturę. Wyczuwała ją pod skórą - ciężką, lepką, jakby każda sekunda spędzona wśród tego ognia przypominała jej, że nic, absolutnie nic nie zostanie takie, jak było. W nozdrzach czuła więcej niż spaleniznę; czuła gnicie idei. I może właśnie dlatego nie wzdrygnęła się na widok ciał, nie krzyknęła, nie odwróciła wzroku. Bo od dawna wiedziała, że to wszystko musiało kiedyś spłonąć. Po prostu nie spodziewała się, że to będzie aż tak dosłowne.

Cały ten czas szła przez płonące ulice obojętna. Dopiero krzyk kobiety - szarpany, histeryczny, obracający się w pustą ciszę - wrył się jej w kręgosłup. Dźwięk rozrywający powietrze, zbyt ludzki, zbyt prawdziwy. Zaraz potem kolejny - ktoś płakał, ktoś błagał, ktoś uciekał.
Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo nie znała tych dźwięków. Jak odległe były jej dotąd te emocje - ten ból, to przerażenie, to niezrozumienie. Jej świat do tej pory nie płonął. Jego tragedie były estetyczne, przefiltrowane przez nagłówki i korespondencje. Nawet kiedy walczyła, nawet kiedy ryzykowała - zawsze było w tym coś sterylnego. A teraz? Teraz ludzie płonęli naprawdę.

Nie znała ich imion. Nie znała ich twarzy. Ale każdy kolejny dźwięk rozdzierał ją bardziej niż poprzedni. Coś pękało, coś się przesuwało - nie gwałtownie, ale nieodwracalnie.

Stała obok Alastora, ale nie słyszała połowy jego słów. Gasimy tyle, ile damy radę. W porządku. Dawała radę przez całe życie. Dawała radę ojcu. Dawała radę jego nazwisku, jego układom, jego przeklętym prezentom. Dawała radę wszystkiemu, bo nie było innego wyboru i w tym momencie też nie sposób było znaleźć alternatywy. Uniosła więc różdżkę, próbując skończyć to, co zaczął Alek - rozproszyć swąd magicznego zepsucia, który ściągał na nich kolejne ściany ognia.

[roll=PO]

Co dwie różdżki, to nie jedna - nawet jeśli Moody w pojedynkę nie mógł podołać ogniu, Malfoy jak za starych, dobrych czasów stała obok właśnie po to, żeby go asekurować. Nie miała mu za złe, że w obliczu wywracającej żołądkiem tragedii nie stanął na wysokości zadania; ona też nie miała pojęcia, co robi. Ale razem się uzupełniali, bo przecież byli partnerami. Teraz nawet więcej niż w tylko jednym aspekcie.
- Odsuńmy się, zanim to wszystko na nas runie - zarządziła, łapiąc go ciasno za nadgarstek wolną dłonią i ciągnąc kilka kroków wstecz.


RE: Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon - Alastor Moody - 10.07.2025

Świat się zmieniał, co? Ta noc nie miała końca, a on walcząc z żywiołem topił się w bezkresnym oceanie wspomnień. Niby nie było czasu na odpływanie w bok i skarciłby każdego, kto pozwalał sobie na choćby chwilę nieuwagi, ale tak wyglądało to teraz. Jedna z belek budynku trzasnęła, a dźwięk na moment wyszarpał go z objęć nocy i wysłał tam, gdzie dochodziło pomiędzy nimi do zgrzytów. Trzask belki na moment stawał się szurnięciem odsuwanego krzesła, kiedy w przeszłości zaczynali się kłócić.

To znowu się zaczynało.

Lęk napełniał mu płuca jak woda, ale tym razem nie miał wymówek. Nie znajdowali się już w Kniei Godryka, gdzie otaczała ich gromada potworów i gdzie być może stracił jakiś fragment siebie – w tym zatęchłym, śmierdzącym spalenizną i śmiercią powietrzu unosiły się jego własne demony – strach brał się z jego serca, z wewnątrz. Zniekształcał to co widział Moody – tam gdzie powinien widzieć coś, gdzie nic nie dało się już zrobić, zaczynał widzieć własną porażkę. Może szaleństwo było zakodowane w ich krwi – może nawet nie potrzebował tej nocy do tego, aby kurz i powietrze wydawały mu się łączyć w skąpane w ognistej poświacie sylwetki nakreślone z grubsza powietrzem i dymem.

Zacisnął na chwilę oczy i potrząsł głową. Kiedy znów spojrzał w tamto miejsce tychże zjaw już tam nie było, ale pozostały emocje – przyprawione w najgorszą z możliwych realizacji – tę, że czasami nie wiedział czy to co dostrzegał kątem oka było rzeczywiste, czy jedynie stanowiło kolejny, chory wytwór jego wybujałej wyobraźni. I wtedy usłyszał jej głos i odnalazł w tej panice ten sam grunt co ona i strach ustąpił irytacji.

Wielki, wiecznie wiedzący wszystko lepie Alastor Moody, cytujący ludziom reguły i akty prawne z pamięci, potrzebował tego drobnego uścisku, żeby oprzytomnieć. Cofnął się z nią, wykręcił rękę, trochę jakby chciał się z niego oswobodzić, ale w rzeczywistości chciał jedynie złapać ją inaczej. Tak, żeby ich dłonie splatały się razem – nie w sposób uniemożliwiający szybką reakcję – ale taki, który dawał poczucie obustronnego zaangażowania w ten gest.

Jak uda się rozproszyć ogień na tamtej – wskazał ją skinieniem podbródka – to nie rozejdzie się na dalszą część alejki i ta nie zacznie jarać się znowu.

Rozchylił lekko usta zadzierając głowę do góry. Budynek był wysoki. Powiedziałby, że odrobinę za wysoki jak na dwójkę czarodziejów, ale nie byłby sobą gdyby nie spróbował przebić własnych oczekiwań. Wybitność, do której dążył, była czymś wymagającym podejmowania ryzyka.

[roll=PO]
Więc zrobił to, machnął różdżką zaczynając inkantację od dołu, nie popełniając wcześniejszego błędu. Zaklęcie rozeszło się po stropie, fasada na moment rozbłysła jasnym światłem, a języki płomieni zaczęły cofać się wstecz. Wszystko wyglądało na sukces, póki nie usłyszeli dobiegającego z środka jęku. Ktoś w tej kamienicy był i najwyraźniej widząc zaklęcie próbował wydać z siebie jakikolwiek dźwięk wskazujący na to, że potrzebował ich pomocy.


RE: Jesień 1972, 9 września - Spalona Noc // Daylight sometimes ends too soon - Eden Lestrange - 06.11.2025

Ogień odbijał się w jej oczach, jakby sam szukał tam schronienia; przemykał po tęczówkach, odbijał się w nich niepokojącym światłem, które zlewało się z kurzem, dymem i gorącym powietrzem drgającym wokół. Pożoga pochłaniała wszystko. Z każdym kolejnym trzaskiem belki Eden miała wrażenie, że słyszy echo własnych myśli - tych, które starała się zagłuszyć od tygodni. Ciepło uderzało w twarz, osiadało na skórze niczym niewidzialny popiół, a powietrze drgało, falując między nimi jak coś żywego. Wszystko zdawało się być tak odrealnione, jakby byli na tym świecie tylko oni i ten pożar, który zdawał się oddychać razem z nimi.

Cofnęła się razem z Alkiem, czuła, jak jego dłoń napina się przy jej, jak ich palce splatają się w tym krótkim, nieplanowanym geście. Nie był romantyczny, nie miał w sobie nic z czułości - był jak kotwica. I bogowie jej świadkiem, że właśnie tego w tej chwili potrzebowała. Zakotwiczenia.
- Tylko szybko, belki długo nie wytrzymają - powiedziała cicho, patrząc w stronę, którą wskazał. - Jeśli to się zapadnie, pójdzie jak domino. - Jej głos był spokojny, jakby już widziała ich w dziesiątkach podobnych sytuacji, walczących z tym, co nieuchronne. Uniosła różdżkę, chcąc zawtórować Alastorowi i użyć tego samego zaklęcia, by rozproszyć ogień zanim wszystko się zawali.

Ale wtedy rozległ się ten dźwięk.
Jęk - stłumiony, ale przerażający w swojej ludzkiej naturze. Eden zamarła, a czas na sekundę przestał istnieć, kiedy instynkt walczył z wątpliwością, czy faktycznie był to głos uwięzionej w płonącym budynku osoby, czy tylko płatające im figle echo ognia pożerającego wszystko na swojej drodze. Potrząsnęła głową i spojrzała na Alastora, już wiedząc, że myślą o tym samym.

- Tam ktoś jest. - Powiedziała oczywistość na głos, jakby chcąc upewnić siebie samą, że się nie przesłyszała. Głos miała niższy, przytłumiony. Bez emocji, choć w środku wszystko w niej wrzało.
Tak działała w stresie: odłączała rozum od własnych emocji.
Przeszła kilka kroków w stronę płonącego budynku, przystanęła jednak, powstrzymując odruch wejścia. Wzrok przesuwał się po strukturze - pęknięte belki, osypujący się tynk, płonący dach. Każdy z tych elementów krzyczał, że to pułapka.
- Jeśli to wszystko spadnie na nas oboje, martwi nie pomożemy nikomu. - Głos jej stwardniał, a w oczach zniknął blask ognia, zastąpiony skupieniem. Podeszła kilka kroków bliżej, nie zważając na ciepło, które uderzało z rozżarzonych cegieł. - Moody, zrób coś z górą, zanim runie. Ja wejdę od dołu. -

Nie czekała na zgodę - nigdy nie czekała. Jej różdżka pocięła powietrze krótkim ruchem, by niebawem otoczyć Eden barierą ochronną z połyskującej wody.

[roll=PO]

Ogień liznął powierzchnię i syknął, jakby wściekły, że ktoś zakłóca jego ucztę, ale ustąpił na tyle, by mogła zrobić krok w przód. Obejrzała się jeszcze raz przez ramię na Alka, a potem znów ruszyła w stronę ognia, który teraz drżał, jakby zastanawiał się, kto z nich dwojga jest większym zagrożeniem.