![]() |
|
[Spalona Noc, 8 IX 1972] Blind eyes could blaze like meteors - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [Spalona Noc, 8 IX 1972] Blind eyes could blaze like meteors (/showthread.php?tid=4874) |
[Spalona Noc, 8 IX 1972] Blind eyes could blaze like meteors - Morpheus Longbottom - 31.05.2025 Spalona Noc, 8 IX 1972
Morpheus Longbottom Chociaż godziny nocy narastały, nie robiło się ciemniej, wręcz przeciwnie, łuny pożarów rozświetlały niebo, a on na nowo zanurzył się w zadymionych ulicach magicznej dzielnicy, zakładając na twarz kolorową chustkę, która pomagała oddzielić jego układ oddechowy od dymu i popiołu, spadającego cały czas z nieba drobnymi płatkami. Gdyby nie śmierć i zapach, gdyby nie panika, mogłoby to wyglądać nawet pięknie. Gdy był małym dzieckiem, próbował sobie wyobrazić sobie dodatkową porę roku. Wymyślił wtedy, że z nieba powinny spadać kolorowe pióra i powinno się to nazywać kolorado i trwać między latem i jesienią, żeby wakacje były dłuższe. Wspaniałą nazwą dla tego fenomenu pogodowego miało być Kolorado. Nie wiedział, czemu o tym pomyślał, truchtając przy ścianach kamienic i zaglądając do witryn. O Artemido, córko Leto, szybkonoga Pani lasów i cieni, która przemierzasz góry jak wiatr, która nie znasz więzów ziemskich, usłysz głos tego, kto cię wzywa. Ty, która znasz ścieżki niewidoczne, która widzisz to, co ukryte w gęstwinie, Pani łuku, światła miesiąca i cichego kroku, obdarz mnie prędkością jeleni, daj mi zwinność wilka tropiącego świt w tej godzinie próby. Niech moje kroki nie zostawiają śladu, niech moje serce nie zna wahania. Uczyń moje dłonie pewne, a wzrok czysty jak źródło wśród skał. Ty, która uciekasz przed spojrzeniem, lecz nigdy przed przeznaczeniem, stań u mego boku w tej godzinie biegu. Zatrzymał się przy jeden z naprawdę zniszczonych przez ogień kamienic, zajrzał do środka, ale zaraz się wycofał, słysząc stękanie spalonych belek. Wcześniej... co tu było wcześniej? Zmrużył oczy, by w pulsującym świetle pożarów dojrzeć lepiej, co widzi. Ach, pióra. Tutaj dało się kupić różnego rodzaju pióra, od takich odzwierzęcych, przez samopiszące oraz zupełnie współczesne, z metalowymi stalówkami czy nawet bardzo wymyślne, szklane. Na tę myśl, wyciągnął swój zwój i egzemplarz samopiszącego pióra, bardzo prostego, na bazie pióra sójki, z niebieskim paseczkiem, które notowało w zapisie runicznym to, co widział i mówił Morpheus. Zanotował to co wiedział, że właściciele mieli nieznany statusu krwi, że całość wygląda nie tylko na spaloną, ale i zdewastowaną, że znajduje się tu dużo popiołu, jaki adres miał przybytek. Przeszedł dalej. Analizował alejki, zatrzymywał się bliżej, czasami patrzył tylko z daleka. Chciał nawet zatrzymać przechodnia, dopytać, ale ten na widok jego czarnej szaty umknął przed nim i w panice wykonał teleportację z klasycznym pyk. Faktycznie, poza chustką na twarzy, Longbottom miał raczej niefortunny przyodziewek na tę noc. Dłużej zatrzymał się w miejscu, gdzie nie powinien, po drugiej stronie, przy nieparzystej piętnastce, dokładnie zapisując, co było nie tak dookoła, ale również próbując dostrzec, co się dzieje z mieszkańcami i tymi, którzy się schronili w Prawach Czasu. Może raczej zaryglowali? Nie potrafił powiedzieć czy byli teraz sojusznikami, czy wrogami i kuło to jego serce, w kolejnej żałobie. Czemu on to sobie robił? Dlaczego? Odpowiedź była bardzo prosta, zbyt prosta, aby dopuścić ją do głosu. Dlatego postawił kołnierz i pognał dalej, mierząc się z żywiołem, nieprzychylnymi ludźmi, ze spanikowanym motłochem, który nadal się nie ewakuował, nie do końca. Zwada: Słabe płuca (I) Przewaga: Starożytne Runy (I) RE: [Spalona Noc, 8 IX 1972] Blind eyes could blaze like meteors - Dearg Dur - 19.06.2025 Piękne, barwne, kolorowe czerwienią, karminem, sycącym oranżem i złotem. Pióra nie leciały z nieba w barwnym kolorado lecz szare płatki przywoływały je w okrutnej i bezwzględen formie artystycznej utraty - pięknej przerażającej za razem. Pióra tańczyły na budynkach, oczeranijąc je światłem i cieniem, upiększając unikatowością łuku i kształtu, który był niemożliwy do podrobienia, zmieniający się w każdej jednej sekundzie, w każdym oddechu straszliwego żywiołu. Jeszcze nie wszędzie - to była dopiero intensyfikacja, dopiero otchłań barw miała pochłonąć Londyńskie ulice, dopiero festiwal piór, miał znaleźć swoją finalną eskalację. Na razie czarna figura przemieżała Aleję Horyzontalną, od Fontanny Szczęścia, pubu w którym za kilka godzin dopiero spotka sięz Jonathanem, choć już teraz zapewne jego drugie ego prowadziło tamże rozmowę, albo już wyszło, by weryfikować dół alei. Ten Morpheus nie wiedział tego, jeszcze świeży, otoczony doświadczeniem, które dopiero go umęczy, doprowadzi na skraj. Jeszcze nie. Pan Czasu przemierzał Aleję, mogąc na tym etapie ocenić co realnie było celem chmurego ataku, a nie pochodną tej magicznej agresji. Które budynki stanowiły pacjentów zero tej szaleńczej zarazy, od których ogień rozprzestrzeniał się dalej. Sklep z piórami mógł zostać odnotowany, podobnie jak fakt, że siedziby rodowe chronione czy to magią własną, czy decyzją okrutnego Lorda pozostawały jak na razie bez skazy - Crouchowie, Shafiqowie, gdzieś za plecami w dali pozostawiona Biblioteka znajdująca się pod kuratelą Parkinsonów... Topiły się zakłady, skelpiki rozlewała woda z kielicha opuszczonego króla siedzącego na kamiennym tronie. Gdzieś głośno para kochanków sprzeczała się o to, do których rodziców biec aby im pomagać, w tej kłótni zapominając, że stojąc tu nie pomagają nikomu. Gdzieś przemknęła obok grupa brygadzistów, z czego zbyt łatwo do uszu Morpheusa dolatywała mantra najmłodszego z nich To się nie dzieje, to się nie dzieje.... Tuż przed nim wybuchła burda, gdzie najprawdopobobniej zakład jubileski nie został podpalony "od góry" popiołem, czy "od boku" pożarem sąsiednim, a ktoś ten pożar wywołał w środku zbyt łatwo znajdując okazję do tego, aby szybko się wzbogacić, gdy wszyscy wkoło tracili. Wzrok chłonął, słuch, powonienie, instynkt i nitki czasu łączące się w chaosie. Prawa czasu, do których jeszcze nie zawitał złotooki kruk z ocaloną sierotą, były na wyciągnięcie ręki, podobnie jak znajdujący się antykwariat gdzie ta sama istota właśnie wyparowała z kilkoma okrzykami w kierunku gospodyni i puściła się biegiem tam skąd przyszedł - ku mijanej aptece, jeszcze nie przypalonej niczym. Przeszłość i przyszłość splatały się w tym węźle, odległym i bliskim jednocześnie, okalonym wieńcem czerwonych i złotych piór niczym w pióropuszu jakiegoś azteckiego boga. Jesień przyszła w tym roku szybciej... RE: [Spalona Noc, 8 IX 1972] Blind eyes could blaze like meteors - Morpheus Longbottom - 21.06.2025 Co widzisz, wielki wieszczu? Jego serce, zatrzymane na pieśni poprzedniej miłości, chciało trwać w miejscu, w gotowości, ale rozsądek mu mówił, że to nierozsądne. Vasilij miał niebotyczne ilości pieniędzy i zapewne zapory pożarowe, które uchronią jego majątek, jak Warownia czy inne rodowe siedziby. Jeśli nie będzie celem ataków, niby dlaczego miałby spłonąć? Mógł mu mówić o tym, jakie decyzje podejmuje codziennie, ale żadna z nich nie brzmiała wyraźnie krytyką Voldemorta. Ostatecznie, miał inne walki, które wybierał, Morpheus nie mógł go za to winić. Morpheus nie miał wyjścia, bo jego walka przykleiła się do niego wraz z nazwiskiem, ale wiedział, że to wymówka. Po tej nocy i tak by ją podjął, czyż nie krwawili dostatecznie? Potrzebował zapalić, więc wyjął z kieszeni papierosy i wsadził sobie jednego do ust. Poczuł, jak na bibułce przykleił się popiół i trafił z jego ust na język, cierpki, węglisty posmak ludobójstwa. Zamiast wziąć zapalniczkę, nachylił się nad płonącym parapetem, urwanym połowicznie od okna i od niego odpalił swoje narzędzie autodestrukcji. Po tej nocy już nic mu nie zaszkodzi jeśli chodzi o jego płuca. Zaciągnął się dymem z poczuciem ulgi. Siny dym wymieszał się z czarnym. Nic nie miało już znaczenia. Co widzisz, niedorobiony proroku? Widział poświęcenie, które notował. Nazwiska tych, których znał, którzy zatrzymali się, aby pomóc, zapisywał skrzętnie na pergaminie. Widział, że Biblioteka Parkinsonów ocalała, a wraz z nią apartament Anthony'ego, co napawało go odrobiną nadziei. Co prawda godzina była nadal młoda, ale był to ważny dla niego fakt, odrobina chłodnej bryzy na spieczoną skórę. Miał tam świeże ubranie, leki, kilka talii kart i swoich dzienników. Uniósł w górę wahadełko. Nie był to wahadełko hipnotyzerów, chociaż mogło też do tego służyć. Morpheus zamknął oczy i stanął w miejscu, pozwalając sobie na czucie energii, z jaką przychodziło mu się mierzyć. Niechże poprowadzą go bogowie, przeznaczenie, los, trzecie oko, jakkolwiek ktokolwiek chciał przeprowadzić go przez Horyzontalną. Wahadełko było najpierw spokojne, nieruchome, ściągnięte uziemieniem, a później zaczęło się poruszać, symetryczna, idealne wyważona kukuła pikująca dziobem w dół wskazywała mu drogę, tylko ku czemu? Zapisywał kolejne zniszczenia, natężenie zniszczeń, rodzaje. Które kamienice zostały zniszczone dłonią rozboju, które były celem popiołów. Zatrzymał się przy spalonej doszczętnie kamienicy Neila. Klatka schodowa, gruzowisko, meble w płomieniach, nie było już czego gasić, niechaj płonie, nie dało się rozróżnić, które rzeczy spadły przez sufit, a które należały do danych mieszkań, wygięte kandelabry od gorąca i kolorowe płomienie od porzuconych eliksirów, których fiolki popękały. Magiczne pióro notowało, a on szedł dalej, zasłaniając nos przed toksycznymi wyziewami. Starał się nie zatrzymywać, ale zaglądać do zaułków, przyglądać temu, co wcześniej już zauważał. Które miejsca były zaczątkiem pożaru, a które tylko stały się pokarmem dla żywiołu grzechu obżarstwa, z wiecznie pustym żołądkiem, który nie patrzy na to, co przed nim, tylko trawi, trawi, trawi. Pewnie dlatego nie bał się tego ognia. Rzucił niedopałek papierosa w pożar, za siebie, niech się pali, przecież nic już nie zaszkodzi Londynowi, jak jego płucom. Ogień oczyszcza. Ze złych wspomnień i z dobrych, pozostawia czystą kartę, wielką niewiadomą, pełną żyznego popiołu, czekającą na pierwszy deszcz, aby wypuścić kiełki nowego życia. Szczerze jednak wątpił w łaskawość tego popiołu i samego Londynu, jako miejsce, gdzie może wyrosnąć coś, co nie jest entropią. Kłócąca się para została zanotowana, tak samo jak ochronione domostwa, łatwo było dostrzec bogaczy i biednych w tej katastrofie, miejsca, gdzie tylko pękały szyby, a gdzie z kamienic pozostawał wrak. Z ciężkim sercem rozczytywał tabliczki z nazwiskami, spalone i wygięte temperaturą oraz bezimienne posiadlosci. Widział Millie i Heather, lecące jak z pęcherzem, mijały go znajome twarze ale przeważnie takie pół znane-pół nieznane. — Panie Longbottom, co pan tu robi, proszę uciekać! — zatrzymała go kobieta z wielkim kufrem unoszącym się za nią, osmalona na twarzy i ubraniu. Pani Smithbee pracowała w Departamencie Magicznych Gier i Sportów i bardzo często mijali się w windzie, robiąc sobie przerwę na lunch. Teraz trzymała w jednej ręce różdżkę, w drugiej miotłę. — Jest pan ranny, pomóc panu z teleportacją? Morpheus pokręcił głową. — Jestem tu służbowo, proszę uciekać. Ma pani gdzie nocować? Pani Smithbee przytaknęła, wsiadając na miotłę i unosząc się w górę. Wyjaśniła, że jej matka mieszka ja wybrzeżu w Szkocji, powinna dolecieć rano. Longbottom życzył jej powodzenia, a w swoich dokumentach zapisał jej adres i nazwisko oraz gdzie można jej szukać. Spotkanie trwało kilka sekund, ale wywołało dziwną dziurę w mężczyźnie. Przegrali. Przegrali. To już koniec. Potrząsnął głową, po czym odrzucił loki do tyłu; o ile w ogóle dało się je tak nazwać. Popiół sprawił, że były całe szorstkie, dziwnie sterczały, zauważył też, że kilka kosmków było nadpalonych, kończyły się stopionym kulkami z organicznej materii. Pewnie cały cuchnął spalenizną, tylko już nic nie czuł. Apatia kolejnych zniszczonych kamienic. Kolejnych numerów. Unikanie podejrzanych osób. Ależ z ciebie tchórz mruczał mu do ucha zbyt znajomy głos, zmieszany z jego sumieniem. Wyjdź, walcz i umrzyj. Zdechnij wreszcie. Zamiast tego zatrzymał się przed ich kamienicą, która też złapała płomienie, sadzę na ścianach i puste oczodoły. Znał te okna, te rynny, nawet jeżeli od dwudziestu lat zamieszkałe przez innych ludzi. Spalone marzenie, o którym nie planował tak dużo myśleć, ale które było zbyt realne od tej nocy. Wyciągnął rękę do ognia, ale cofnął ją. Nie było sensu karania ognia ogniem, nie zrozumie. Znał ten moment, gdy czas jest dziwnie spokojnie, bo wszyscy już odeszli i jest tylko on i jego gniew. Miał ochotę mu powiedzieć, Złoty Chłopcze, nie zachowuj się, jakbyś był łaskawy. Vasilij może był przez ułamek ich żyć jego, ale nie mógł zachowywać się, jakby go znał. Nie był jedynym, który powoli umierał. Otrząsnął się z tego. Miał zadanie do wykonania. Koniec. Ugryzł wnętrze policzka, aż poczuł krew i ból. Dobrze. Splądrowany sklep jubilerski. Mieszkanie Alexandra Mulcibera, poczerniała kamienica. Nie wchodził do środka, ale myślał o tych spiętrzonych książkach, o poprzesuwanych, niedopasowanych meblach, poduszkach. O tym, że wszystko pożerał teraz płomień, że pozostanie z niczym. Taka rzecz prawdziwych wieszczów, utracić wszystko, co mieli, pozostać obdartymi z każdej materialnej właściwości, aby obnażyć przed Bogami ich duszę. Zabrać skórę, naznaczyć ją bliznami i upokorzeniem. Pióro zawahało się i przestało pisać jego myśli, zbyt osobiste, aby znajdowały się w tym spisie. Zwinął rulon i schował bezpiecznie we wewnętrznych częściach ubrania. Nie miał wchodzić do środka, ale coś go tknęło nieprzyjemnie. Zasłonił usta i nos szmatką i wszedł do budynku, pomimo niebezpieczeństwa i sprawdził każdy pokój po kolei, aby upewnić się, że otumaniony narkotykami Alexander nie zmienił się w ofiarę całopalną. W końcu ucieczka z zadymionych pomieszczeń. Nie było go tam. Teraz Tessa, musiał sprawdzić, co z antykwariatem. I znów przemykał przez płonące ulice, kilka numerów dalej, starając nie zaplątać się w ogniu i nie myśleć o tym, że jesień przyszła tego roku szybciej. Przewagi: Tajemne Runy (I): zapisywanie notatek runami Wróżbiarstwo (III): wahadełko Zwady: Słabe płuca (I) Uzależnienie (I): papierosy Koniec sesji
|