Secrets of London
[10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger (/showthread.php?tid=4892)

Strony: 1 2


[10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.06.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

10.09.1972, okolice Exmoor, Geraldine & Ambroise

Ten dzień był całkiem intensywny. Zachowywali się niczym dwójka dzieciaków, która bardzo chciała celebrować to, że w końcu maja szansę być ze sobą. Już kiedyś przeżywali coś podobnego, już kiedyś zaliczyli podobny pierwszy raz, ale czy na pewno? Byli innymi ludźmi, nie dało się tego nie zauważyć, ale uczucie, którym się darzyli nie zmieniło się jakoś szczególnie, to ciągle w nich było, mimo, że przez ostatnie półtora roku próbowali zaprzeczać, że jest inaczej. Na szczęście w końcu doszli do tego, co było właściwe, wyjaśnili sobie wszystko i mogli zacząć od początku swoją wspólną drogę, sporo ich to kosztowało, ale zdecydowanie było warto nią podążać.

Po kąpieli w morzu, kolejnym wyścigu, wygranej, w końcu odprowadzili psy do domu i ruszyli dalej, ciągle w towarzystwie butelki alkoholu. Mieli odpocząć, Yaxleyówna wreszcie była spokojna, a Ambroise w końcu mógł sobie pozwolić na chwilę zapomnienia.

Jakoś tak się stało, że znaleźli się w miasteczku, byli już nieco wstawieni, ale nie ma się co im dziwić, wlali w siebie dość spore ilości alkoholu, trudno byłoby inaczej zważając na to, że piwniczka cioci Uli była pełna najróżniejszych trunków.

To był ich czas, chcieli nacieszyć się swoim towarzystwem, korzystać z okazji, która się pojawiła, nikt nie powinien mieć im tego za złe. Dlaczego znaleźli się w miasteczku? Bo stwierdzili, że to idealny pomysł. Skoro zdążyli już się jakoś doprowadzić do porządku po tej śmiesznej kąpieli, to mogli korzystać z kolejnych atrakcji, tylko czy jakieś były wskazane?

Miasteczko wydawało się być spokojne i ciche, to oni mieli problem z tym, aby się do tego dostosować, co chwila któreś z nich zbyt głośno parskało, czy śmiało się w głos, Yaxley raczej nie była gotowa na to, że zastaną tutaj taką niemalże idealną ciszę, ale co mogli zrobić? Musieli jakoś się w tym odnaleźć, zresztą mieli doświadczenie z Whitby, tam było podobnie, zazwyczaj trzymali się z boku.

Znaleźli się jednak w miasteczku, z jednej z kamienic, a może to nie była kamienica? Jeden z budynków wydawał się tętnić życiem, stamtąd można było usłyszeć bardzo głośną muzykę, wydawać się mogło, że jakiś zespół gra tam na żywo.

Geraldine ścisnęła mocniej rękę Roisa, zatrzymała się tuż przed wejściem. W jej głowie zaczął rysować się plan - musieli tam wejść, zobaczyć, co tamci właściwie tam robią, a może nawet dołączyć się do zabawy. - Nikt nie zauważy, że jesteśmy nieznajomi, na pewno możemy tam wejść. - Powiedziała do swojego chłopaka, nieco wywijając dolną wargę, nie zniosłaby odmowy, naprawdę chciała zobaczyć, co dzieje się w środku, a aktualnie Ambroise był tym, co trzymało ją na zewnątrz.




RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.06.2025

Małe miasteczka na ogół miały to do siebie, że były wyjątkowo ciche, zwłaszcza w takich okresach jak ten, czyli praktycznie po sezonie letnim, gdy bywało tu zdecydowanie więcej życia. Nie wyjątkowo dużo, przynajmniej nie tak jak w wielu innych malowniczych nadmorskich lokalizacjach. Nawet nie tak jak w Dolinie Godryka za czasów, gdy jeszcze widma nie siały tam zgrozy i zamętu.
Pomimo niezwykłej bliskości nie jednego a dwóch parków krajobrazowych, to chyba nigdy nie był przesadnie turystyczny zakątek Devon. Większość życia skupiała się wokół trochę większych miast, do których zresztą był praktycznie rzut beretem. Może nie kilkanaście minut z buta tak jak w przypadku miasteczka, do którego przypałętali się dzisiejszego popołudnia (szczególnie, że w tę stronę mieli jeszcze dodatkowo praktycznie cały czas z górki w dół), ale na tyle blisko, że w godzinę można było postawić stopę pomiędzy pierwszymi zabudowaniami.
Ich jednak zdecydowanie nie przyciągały te dalej położone miejsca. Nie. Z jakiegoś przedziwnego (a może nie? może całkiem prozaicznego?) powodu, podświadomie zdecydowali się właśnie na ten konkretny kawałek sielskiego wiejskiego świata. I prawdopodobnie z dokładnie tej samej przyczyny nie wzięli przy tym pod uwagę tego, że mogło być tu nawet aż nazbyt niebiańsko. Tak, w tym martwym sensie.
Oczywiście, Whitby też nie było centrum popołudniowo-wieczornego życia. Nocnego tym bardziej nie. Jednak tam na ogół trzymali się z boku. W swoim życiu, w tamtych stronach nie urządzali zbyt wielu podobnych pijanych eskapad. No, Ambroise ostatnio jedną urządził. Samotnie, choć miała być wspólna, jednakże wtedy zdecydowanie nie było mu tak wesoło.
Nie czuł tego samego, co w tej chwili. Tej lekkości, tej wręcz dziecięcej radości, podekscytowania płynącego chuj wie skąd i prowadzącego chuj wie dokąd (dobrze, że chuj to istota wszechwiedząca, nie?), ale skierowanego już nie tylko chuj wie, do kogo.
Przystanął, pozwalając dziewczynie wesprzeć się na jego ramieniu i lekko je ścisnąć (chociaż dla kogokolwiek innego byłobu oczywiste, że to ona trzyma równowagę za nich oboje) i uniósł brew, patrząc na nią z tym uśmiechem, który od lat miał zarezerwowany wyłącznie dla niej. Tym bezwstydnym, roziskrzonym, trochę rozkojarzonym, zdecydowanie pełnym aprobaty. Nawet nie musiała robić tej swojej miny, choć...
...cholera, tym też go przekonywała.
Zespół wewnątrz budynku grał tak energicznie, jakby nikt nigdy nie powiedział tym ludziom, że świat potrafi być smutny. A może właśnie dlatego tak grali. Po to, żeby nikt o tym nie pamiętał. Cały świat zdawał się teraz prostszy, jaśniejszy.
Mogłoby się zdawać, że w takim stanie jest zupełnie bezużytecznie nieracjonalnie kompromisowy. Po prawdzie, dokładnie tak to wyglądało. Nawet, jeśli chodziło o podejmowanie potencjalnie poważnych decyzji. Alkohol rozplótł w nim wszystkie supły, które normalnie trzymały go czujnego, względnie rozsądnego i taktycznego. Teraz był raczej...
...półpłynny. W wielu, naprawdę wielu procentach składający się z alkoholu. Rozlany po całej szerokości chodnika. Dosłownie i w przenośni, bowiem względnie ciężko było mu trzymać prosty tor stawiania kroków. Momentami wylewał się na ulicę. Całe szczęście pustą. W innych chwilach przelewał się przez jeden pas trawnika prawie w krzaki po drugiej stronie ścieżki.
Nawet nie próbował tego zmieniać. Zupełnie nie kojarzył momentów, kiedy Yaxleyówna ściągała go we względnie właściwy kawałek ulicy. A może to on ściągał ją? Być może ściągali się nawzajem? Lub wcale tego nie robili? To był szczęśliwy traf? Łut szczęścia, jakie zdecydowanie dziś im dopisywało?
Od godziny śmiał się z rzeczy, które prawdopodobnie tylko im dwojgu wydawały się zabawne, choć zdecydowanie raczyli nimi całą najbliższą okolicę. Jego śmiech niósł się po pustych uliczkach z takim echem, że gdyby było to kilka godzin później, pewnie usłyszałby co najmniej ze trzy:co to jest?! Spać nie mogę!, na które w tym stanie upojenia zapewne niezmiernie pomocnie odpowiedziałby: bezsenność i byłby niezmiernie samozadowolony z poziomu tejże riposty.
- Niech stracę - powiedział z rozbawieniem, w rzeczywistości cholernie mając na to ochotę; nie na stracenie, tylko na zrobienie dokładnie tego, co sugerowała mu Geraldine. - Ale jak wyprowadzą mnie za fraki, udawaj, że się nie znamy. Ratuj się, uciekaj, na mnie nie patrz - powiedział z lekko zawadiackim uśmiechem.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy. W jego oczach lśniły iskierki czegoś na kształt szaleństwa. Oczywiście, że nie zamierzał odmawiać żadnych opcji, które potęgowały ten cudowny stan upojenia. Nie tylko alkoholem, ale i tym wszystkim, co między nimi istniało.
- Tylko dyskretnie, po cichutku, cichosza - rzucił konspiracyjnie, jakby całkiem zapomniał o tym, że kilka minut temu... ...mhm... ...ledwo trzymał się na nogach.
Z pewnością mieli być cisi. Cichuteńcy. Zgrani z rytmem czy coś.


RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.06.2025

To nie było szczególnie trudne. Namówienie Roisa do czegokolwiek w podobnym stanie było całkiem prostym zadaniem. Wystarczyła odpowiednia mina, trafiony ton głosu, a wiedziała, że bez żadnego problemu postąpi tak, jak chciała. Zresztą to chyba nie zależało tylko od tego, czy i jak bardzo był pijany. W tej chwili zarówno on, jak i ona zdecydowanie przesadzili z ilością alkoholu, który w siebie wlali. To, że jeszcze jakoś udało im się ciągnąć swoje nogi było cudem, ale należeli do osób, które miały pod tym względem ogromne możliwości. Geraldine przestała liczyć butelki, które udało im się opróżnić. To nie miało sensu na dłuższą metę, ale mieli przecież co świętować? Czyż nie? W końcu Ambroise do nich wrócił z Londynu, wszyscy byli cali i zdrowi, a przede wszystkim wreszcie znowu do siebie wrócili i postępowali właściwie. Należał im się taki moment, w którym mogli pozostawić za sobą wszystkie problemy i po prostu żyć chwilą.

Muzyka dochodzącą z budynku przed którym się znaleźli była bardzo głośna, w przeciwieństwie do tego, co działo się w miasteczku. Miała wrażenie, że całe zamilkło, i coś działo się tylko i wyłącznie w tej kamienicy, czy to właściwie była kamienica? Aktualnie nie umiała tego stwierdzić, bo nieco jej się rozmazywał obraz. Cóż, takie to już było życie. Nie miała pojęcia po co właściwie zeszli do miasteczka, nogi ich tu przyniosły, potrzebowali wyrwać się z domu, ale teraz wszystko wydawało się mieć sens. No nie mogli sobie odpuścić takiej okazji, czyż nie? Szkoda byłoby z tego nie skorzystać. Miała wrażenie, że wszyscy mieszkańcy już znajdowali się w środku, na pewno nikt nie zauważy, gdy i oni się tam znajdą. Mogliby trochę bardziej się odprężyć, wmieszać się w tłum, wypić jeszcze więcej alkoholu, póki co widziała tylko i wyłącznie plusy tej sytuacji.

- Coś Ty? Mam się do Ciebie nie przyznawać? - Nieco przeciągnęła każde słowo, niczym rozkapryszone dziecko. No nie, tak nie mogło się zdarzyć. Wchodzili razem, to i razem musieli stamtąd wyjść. Nie zamierzała udawać, że go nie zna, bez względu na to, co by się nie działo. Zresztą liczyła na to, że on postąpi tak samo, a tak właściwie to w ogóle nie brała pod uwagę takiej opcji. Na pewno nikt nie zauważy ich obecności.

Goście byli zajęci dobrą zabawą, a para młoda gośćmi, przecież to wszystko samo się układało. Wystarczy, że zrobią krok i już będą w środku. Znajdą wolne miejsce przy którymś ze stolików, chociaż czy w ogóle go potrzebowali? Nie wchodzili tam, żeby siedzieć. Mieli się nieco doprawić i może potańczyć, melodia dochodząca z wewnątrz naprawdę zachęcała do tuptania nóżką.

- Ależ, oczywiście, dyskretnie, cichosza, nie może być inaczej. - Skoro już zadecydowali o tym, że to zrobią, wsunęła swoje ramię pod rękę Ambroisa, bo obawiała się, że na wejściu może się poślizgnąć, czy tam wywinąć orła, wywrócić się na twarz, czy jeszcze coś innego. Potrzebowała oparcia, aby zrobić to pewnie, miała wrażenie, że on też tego potrzebował. Trochę, jakby ślepy prowadził ślepego... ale kto by się tam tym przejmował. To był ich czas, mogli świętować, prawda?

Bez sensu było się dłużej nad tym zastanawiać, zamiast tego po prostu zrobiła krok w przód, w kierunku drzwi, bardzo mocno skupiała się na tym, aby się nie potknąć, jeszcze nie teraz, później wszystko mogło się zdarzyć.

- Dobra, to na trzy, cztery... - Nie zdążyła odliczyć do końca, a już wprowadzała ich na salę pełną bawiących się ludzi. Wszyscy byli elegancko ubrani, odruchowo przeniosła wzrok na Roisa, a później na siebie samą... Greengrass nie wyglądał najgorzej, zawsze starał się trzymać fason, ona nieco się wyróżniała na tle gości, ale chyba byli równie pijani co oni... może nikt nie zwróci na to uwagi. Odważnie, musieli iść przed siebie, jakby faktycznie mieli znajdować się dokładnie w tym miejscu, jakby ktoś ich zaprosił na to wesele. Póki co - nikt nie zwrócił na nich uwagi. To chyba było całkiem pozytywnym przebiegiem wydarzeń.




RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.06.2025

Nie wiedział dokładnie, po co zeszli do miasteczka. Po prawdzie, Ambroise w ogóle niewiele pamiętał z momentu, w którym podjęli decyzję o wyjściu z domu po raz drugi. Mógłby przysiąc, że miał gdzieś zapisany w pamięci jakiś plan, ale teraz wszystko wydawało mu się rozmyte. I nie, nie chodziło wyłącznie o obraz, który falował przed jego oczami przy każdym ruchu głowy. Nie, nie, wcale.
Roise poruszał się jak człowiek, który jest równie pewny siebie, co totalnie pozbawiony kontroli nad własnym ciałem i był przy tym skory z równym zacięciem twierdzić, że to, że kompletnie nie wiedzą, co robią, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że spędzali tę chwilę zupełnie na swoich własnych zasadach.
Poza tym pojawili się tu dokładnie wtedy, gdy miasto umilkło a ten jeden budynek postanowił się obudzić. Jeśli to nie było przeznaczenie, jeżeli to nie był znak, że wszystko nareszcie zaczyna się powodzić, to Greengrass zupełnie nie wiedział, co nim jest. Tym bardziej, że nie zamierzali zrobić nic całkowicie złego z tą nagłą okazją, jaką im się przytrafiła, czyż nie? To nie tak, że zamierzali w przesadnie zdrożny sposób wykorzystać okoliczności, które darował im los. Nie to, żeby nawet wtedy jakoś specjalnie się tym przejmował, no ale...
...po prostu zamierzali napić się przy barze. Wypić może kieliszek, może dwa, może trzy, może całą butelkę. No, nie więcej niż parę, bo przecież znali swoje możliwości. Mhm. Może zaliczyć jakiś taniec.
A może gówno miało z tego wyjść, ale podejrzewał, że w tym stanie, wyrzucani z lokalu raczej mieli śmiać się do łez, zataczając się do tyłu aż jedno z nich potknie się o własne nogi a drugie poleci za nim, bo oboje trzymali się siebie nawzajem zbyt mocno, żeby puścić we właściwym momencie. Na tym etapie to nie było już wyłącznie czysto romantyczne prowadzenie się za rękę lub pod nią. O nie. To było czyste jesteśmy razem, więc razem idziemy też na dno, toteż lepiej spróbujmy się nie wyjebać.
I jak na ten moment, to działało. Nie wyjebali się. Całkiem gładko doszli do tej kamienicy, przemierzając prawie całe miasteczko duchów. Bo doszli do kamienicy, tak? Nie miał zielonego pojęcia, czy to jest kamienica, czy może dworzec kolejowy (choć po prawdzie nie widział tu chyba żadnych torów) albo stary urząd pocztowy przerobiony na coś, co teraz służyło ludziom do czegoś zupełnie odwrotnego niż biurokracja.
Cały ten wiejski zakątek Devon przypominał obecnie opuszczoną makietę z martwą stacją końcową pociągu-widma (czyli może to jednak była stara infrastruktura kolejowa?), ale tam w środku działo się coś, co kusiło ich bardziej niż jakiekolwiek rozsądne decyzje. Zresztą, zdrowy rozsądek chyba już dosyć dawno postanowił dać sobie spokój.
Wszystko zdawało się dryfować. Chodnik, światła, muzyka, ich własne ciała. Cały świat był lekko rozmyty i falujący. Budynek stał się rozmazanym prostokątem światła i dźwięku, lekko kołyszącym się na krawędzi pola widzenia Ambroisa, który spojrzał na Geraldine spod przymrużonych powiek. Dosłownie dlatego, że zmuszenie powiek do utrzymania pełnego otwarcia było obecnie nieco ponad jego możliwości.
Oparł się mocniej na ramieniu dziewczyny. Niby bezmyślnie, teoretycznie w wyrazie bliskości, jednak w rzeczywistości był to dla niego również jedyny sposób, by nie zatoczyć się w najbliższy żywopłot. A potem kiwnął głową, odchrząkując.
Wiedział, co znaczyła ta mina jeszcze zanim Yaxleyówna postanowiła wyrazić dezaprobatę wobec jego oferty poświęcenia się na rzecz jej własnej ucieczki. Oczywiście, że nie zamierzała udawać, że go nie zna. Wiedział, że nie miała najmniejszego zamiaru wycofać się z bycia jego plus jeden na fecie, na którą żadne z nich nie zostało zaproszone i stać się osobnym gościem, który tylko przypadkiem zaczął z nim imprezować. Nawet jeśli on tak naprawdę nie miałby nic przeciwko, nie pozwoliłaby mu na to. To zdecydowanie było wykluczone.
Skapitulował. Nawet nie próbował przekonywać dziewczyny o zaletach wzięcia na siebie ewentualnej uwagi, żeby ona mogła zwiać tylnymi drzwiami. Wiedział, że tak czy inaczej Geraldine zdążyła już podjąć decyzję i jeśli był mądry (a o dziwo, wciąż jeszcze odrobinę był) to powinien po prostu podporządkować się temu, co sobie założyła.
Miał w sobie jeszcze resztki tej nieco irracjonalnej czujności, która zwykle trzymała go we względnych granicach rozsądku. Tak, nawet jeśli jednocześnie był już zupełnie wypłukany z jakichkolwiek zasad towarzyskich, jakie zwykł narzucać sobie w ostatnim czasie. Tych, przez które będąc samemu raczej nie wpadłby na to, żeby zrobić coś takiego.
No cóż, Geraldine była jednym z wyjątków, przez które niegdyś nie miał tych granic. Przy niej nie zwykł się pilnować. Teraz też nie zamierzał mieć kija w dupie. Wystarczająco mocno miarkował się w czasie, w którym byli osobno, kolejny raz biorąc na siebie wszystkie te rodowe obowiązki. Teraz zamierzał zacząć je z siebie zrzucać (tym bardziej, że nikt tego nie doceniał), więc zdecydowanie zamierzał sobie pofolgować.
- No dobra, dobra - mruknął z rozbawieniem, całkiem żartobliwie, chociaż w jego głosie zabrzmiało także coś innego.
Bardziej aprobującego, zadowolonego z tego, co kryło się za przekazem, który usłyszał. Za ostatecznym, pijanym potwierdzeniem tego, że w na powrót w pełni są już pakietem łączonym. Bo tak, znał ten ton. Znał go tak dobrze, że nawet w tym stanie (a może właśnie przez to, że w nim był) zareagował kapitulacją. Geraldine robiła tę swoją minę.
Tę, która kończyła dyskusję. Tę, przez którą od lat czuł, że jest gotów dać popchnąć się do piekła i z powrotem, jeśli tylko jego dziewczyna zrobi odpowiedni wyraz twarzy. I wszystko wskazywało na to, że właśnie teraz go zrobiła. No cóż.
Roise był świadomy wielu rzeczy. Zresztą, jakkolwiek mocno próbowałby nie dopuszczać do siebie części informacji, zazwyczaj to był jego główny problem. Nie chciał wiedzieć, nie chciał mieć świadomości, usiłował wypierać wiele niewygodnych faktów, ale nie był aż takim ignorantem jak mogłoby się zdawać.
Po prawdzie, przeznaczał naprawdę sporo zasobów energetycznych i poznawczych na to, żeby nie zauważać. Na przykład tego jak absurdalnie łatwo pozwalał Geraldine podejmować ostateczne decyzje odnośnie ich planów. Nie tylko teraz, nie tylko w tym stanie.
Nie o to chodziło. Nie o alkohol. To ona miała taką właściwość. Naprawdę miał wrażenie, że wystarczyłoby jedno jej spojrzenie, żeby wpakował się gdzieś, gdzie wcale nie zamierzał się wyładowywać. A tym wypadku zamierzał.
Nawet na ułamek sekundy nie zawiesił się gdzieś między nie wypada a kurwa, czemu nie. Nie, zdecydowanie tego nie zrobił. Nie miał żadnych obiekcji wobec tego, co planowali. To było trochę tak, jakby po tych dwóch dniach z kawałkiem wreszcie odzyskał siebie, więc warto było to uczcić. Poza tym, czy było lepsze miejsce niż wesele, żeby się weselić?
Zresztą, nie wchodząc do środka, jaką mogli mieć pewność, że to rzeczywiście było cudze wesele? Czy może po prostu jakaś spontaniczna potańcówka, jaką urządza się, kiedy świat z jakiegoś niezrozumiałego powodu jeszcze się nie zawalił?
Tak, tak. Musieli tam wejść i osobiście to sprawdzić. Ambroise nie potrzebował dalszych wymówek. Nie musiał nic sobie racjonalizować czy wyjaśniać. To nie miało większego znaczenia, bo w tej chwili i tak wszystko zdawało się absurdalnie możliwe. Nawet to, że nikt nie zatrzyma ich w drzwiach z pytaniem: a wy to kto?, że nikt nie zauważy w jakim są stanie, że nikt nie wpadnie na to, żeby ich wyprosić, zanim zdążą zatańczyć choć jeden raz.
Mocniej wyciągnął rękę w kierunku Geraldine i pozwolił dziewczynie oprzeć mu się o przedramię, choć prawda była taka, że oboje w tym momencie trzymali się nawzajem w pionie. Mimo tego, że mieli wyjątkowo dużą tolerancję na alkohol, w tej chwili naprawdę ledwo trzymali pion, nawet stojąc w jednym miejscu i jeszcze nie robiąc żadnych poważniejszych ruchów. Był tego boleśnie świadomy i tak po prawdzie: bardziej rozbawiony z tego powodu niż powinien być.
Oczywiście, alkohol miał tę cudowną właściwość. Poza tym rozluźniał myśli i rozwiązywał język, przez co dużo łatwiej było przeszacowywać swoje możliwości oraz zgadzać się na najróżniejsze pomysły, nie do końca rozważając ich techniczną stronę wykonania. Może te nadprogramowe procenty trochę plątały mu przy tym nogi nogi, ale w pozytywnym sensie wyłączały wszystkie bezpieczniki i zdejmowały filtry. A więc mogli wszystko.
- To już nawet nie próbuję ukrywać, że weszliśmy tu razem a nie, że poznaliśmy się na przyjęciu - choć tak po prawdzie, nie byłoby to aż takie znowu złe.
Zdecydowanie czuł się na siłach, żeby ją poderwać. Tak, naprawdę wierzył we własne zdolności, nawet w stanie, w którym się znajdował. A może zwłaszcza w nim? Bo przecież, mimo całej ilości alkoholu w ich krwiobiegu, oboje trzymali się nie tylko pionu, ale i klasy. Pionu i poziomu. Wysokiego poziomu rozmowy, jaką mogliby przeprowadzić, dla niepoznaki udając nieznajomych. Przynajmniej w jego mniemaniu.
Jeszcze raz spojrzał w stronę drzwi. Może to przez ten alkohol. A może przez fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna świat przestał być cholernie skomplikowany.
- Chodź tu - przyciągnął ją do siebie, w tym samym momencie, w którym ona też go pociągnęła.
Może nieco zbyt entuzjastycznie, ale kto by się tym przejmował.
- Jak wyrzucą nas drzwiami, to wrócimy oknem... ...albo powiemy, że jesteśmy z orkiestry - wymamrotał, imitując ton głosu kogoś, kto został właśnie przyłapany na kiepskiej próbie blefu.
Uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie zdecydował, że nie będzie przejmować się jutrem, po czym kiwnął głową i rzucił porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine. Nie, to nie był tylko alkohol. Nie tylko alkohol wprawiał go w ten nastrój. Nie tylko alkohol to wszystko powodował.
Dał pociągnąć się do wejścia. Zrobili krok. A potem jeszcze jeden. Właściwie, po kilku już nie był pewien, kto kogo prowadził. Może Geraldine jego. Może on ją. Może tylko udawali, że nie są aż tak pijani, by się zgubić na prostej drodze do wejścia. Przez moment przytrzymał się framugi. Niby przypadkiem. Niby po to, żeby przepuścić Geraldine w drzwiach, ale tym razem prawda była dużo bardziej prozaiczna: przez krótką chwilę świat zawirował mu przed oczami.
Weszli. W środku było duszno i kolorowo. Tańczący ludzie, rozświetlone girlandy, głośna muzyka. Zespół grał na żywo, serwując jakieś starsze hity, które nawet raz czy dwa wcześniej obiły się o uszy Greengrassa przy okazji bywania w mugolskiej części Londynu.
Nikt na nich nie spojrzał. Dokładnie tak, jak przewidziała Geraldine: impreza była wystarczająco rozbuchana, aby wchłonąć dwójkę obcych bez cienia podejrzenia. Znaleźli się w środku w sposób tak naturalny, jakby po prostu tam należeli. W zasadzie nikt nie zwrócił na nich uwagi. No, może poza jakąś kobietą w fiolecie, która spojrzała w ich kierunku i natychmiast odwróciła wzrok. Nie wyglądała na zainteresowaną. Najpewniej doszła do wniosku, że to pewnie znajomi panny młodej. Pewno z tej strony, wie pani, od tej kuzynki z Exeter. Pasknął pod nosem.
Odetchnął głęboko. Świat lekko falował, ale nie na tyle, żeby nie umieć się w nim poruszać. Jeszcze. Jeszcze nie. W takim stanie, Ambroise był ślepo i idiotycznie pewien, że wszystko się ułoży.
- Wyglądasz najlepiej ze wszystkich - stwierdził, dostrzegając spojrzenie, jakie dziewczyna rzuciła na swoje ciuchy.
W jego głosie wybrzmiała nuta dumy. Dobrze było mu w tej pijanej bezczelności. Głupio lekko. Głupio radośnie. W tej chwili nie miał absolutnie nic przeciwko temu, żeby ich życie zredukowało się do trzymania się nawzajem w pionie i bezkarnego łamania konwenansów.
Położył dłoń na plecach Geraldine, popychając ją ją w stronę baru, z tą irracjonalną pewnością, że teraz wszystko im wolno. Nawet nie zastanawiał się nad tym, że to właśnie robi. To się po prostu działo. Naturalnie. Jak oddychanie.


RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.06.2025

Cóż, czy tak właściwie to było ważne w jakim celu ponownie wyszli z rezydencji Ursuli? No nie do końca. Zdecydowanie musiało ich nosić, nie zamierzali spędzać tego wieczoru w domu, chociaż po tej ilości alkoholu jaką w siebie wlali, to było raczej wskazane dla ich dobra... Tyle, że nie myśleli jasno, gdzież tam, w taki piękny dzień? Potrzebowali więcej wrażeń, jakich? Tego nie umiała stwierdzić, nie teraz. Co mieli w głowach, kiedy wychodzili? Tylko oni sprzed paru chwil pewnie znaliby odpowiedź na to pytanie. Zresztą spacer w stronę miasteczka okropnie się przeciągnął, wiatr się nasilił, albo to oni się chwali? Raczej ta druga opcja. To jakiś cud, że żadne z nich nie wylądowało w okolicznych krzakach. Jak zawsze - mieli więcej szczęścia, niż rozumu.

Miasteczko było wyjątkowo ciche, a to mogło oznaczać tylko jedno, wszyscy mieszkańcy gdzieś się przed nimi schowali, może coś świętowali? Na pewno nie stało się tak bez powodu. Jakiś musiał istnieć, mieli go poznać już za chwilę, gdy znaleźli się pod tą wielką kamienicą, która czymś była, jakimś konkretnym miejscem, tyle, że Yaxleyówna aktualnie nie umiała jeszcze stwierdzić co to było za miejsce. Jeszcze nie teraz.

Nie było to takie łatwe, bo musiała mrużyć oczy, aby obraz jej się jakoś szczególnie nie rozjeżdżał, do tego skupiała się na tym, by za bardzo się nie chwiać i jeszcze trzymać się blisko Roisa, który też nie był w lepszym stanie niż ona. Cała to operacja była bardzo, ale to bardzo skomplikowana, póki co jednak chyba zakończona sukcesem? Trudno było to stwierdzić, bo nie do końca pamiętała cel ich misji, nie miała pojęcia po co zeszli do miasteczka, ale aktualnie czuła się spełniona, więc chyba nie było najgorzej. Nie przychodziło rozczarowanie, wręcz przeciwnie - ekscytacja, bo noc była jeszcze młoda, oni też byli młodzi i nawaleni, a to brzmiało naprawdę nieźle, prawie tak samo, jak muzyka, która dochodziła z wewnątrz budynku. Była to jakaś impreza, jeszcze nie domyśliła się jaka, zapewne ten fakt ustalą, kiedy znajdą się w środku, czy w ogóle musieli to ustalać? Chyba nie? Po co? Ważne, że mogli wleźć do środka i przez chwilę pobawić się z innymi ludźmi, szkoda by było nie skorzystać z okazji.

- Nie, żebyś miał inne wyjście. - Zareagowała jeszcze na to jego dobra, dobra. Sprawa była przecież całkiem prosta, razem tam wchodzili, razem musieli stamtąd wyjść. Jak zawsze, jeśli się w coś pakowali wspólnie, to odpowiedzialność leżała na barkach ich dwójki, tyle. Tak było przecież za każdym razem. Yaxleyówna nie zamierzała tego zmieniać, nie kiedy w końcu znowu postanowili być swoimi partnerami w zbrodni, w sumie to w życiu, ale w ich przypadku można było to nazywać różnie. Miewali naprawdę mało rozsądne pomysły, które realizowali bez momentu zawahania, to był chyba jeden z nich.

Zresztą, co mogło im się stać? Najwyżej ktoś wypierdoli ich za drzwi, daleko nie polecą, wydawało jej się jednak, że to będzie raczej ostateczność, było już ciemno, dzień zbliżał się ku końcowi, miała więc wrażenie, że biesiadnicy będą równie nawaleni co oni, albo jeszcze mocniej, chociaż czy dało się być mocniej nawalonym od nich w tej chwili? O tym też można byłoby dyskutować.

- No, zdecydowanie lepiej, żebyśmy byli uznani jako pakiet, powiemy, że jesteśmy daleką rodziną, czy coś, która przyjechała z chuj wie skąd. - Plan nie brzmiał aż tak źle. Właściwie w oczach Yaxleyówny wydawał się być naprawdę doskonały, musieli tylko sprawdzić, czy zadziała.

On przyciągnął ją, ona jego - przez co niemalże się od siebie odbili, gdy zbliżyli się do siebie. To było do przewidzenia, zwłaszcza, że aktualnie ledwie panowali nad swoimi ruchami, były nieco spowolnione przez alkohol, który w siebie wlali. Grunt, że póki co udało im się jakoś utrzymywać w pionie, miała wrażenie, że jeśliby się w tej chwili przewrócili to na pewno razem i raczej nie byliby w stanie wstać na nogi. Noce jeszcze nie był takie chłodne, spanie na trawie więc nie było najgorszą z możliwych opcji...

- Z orkiestry, i co ja gram na flecie, a ty na trójkącie? - Zmrużyła jedno oko wpatrując się w swojego chłopaka. Był to całkiem sprytny plan, ale nie mieli odpowiednich rekwizytów, to znaczy instrumentów, chociaż pewnie będą mogli je sobie załatwić w środku, to znaczy ukraść, no załatwić od członków orkiestry, gdy nie będą patrzeć.

Nie było sensu szukać kolejnych sposobów na pozostanie na imprezie, bo jeszcze się tam nie znaleźli, nikt ich jeszcze nie wyrzucił, więc takie gdybanie było zupełnie niepotrzebne, w końcu w ogóle mogło ich nie dotyczyć, i tak się przygotowali na taką ewentualność.

Nie chcąc marnować czasu weszli więc do środka, nieco chwiejnym krokiem, tak jak ustalili razem, przyznawali się do tego, że się znają, inaczej mogło być im trudno stawiać kroki, dużo łatwiej było stanowić swoje oparcie podczas tej chwili słabości i upojenia alkoholowego.

- Wiem, ale przez to się wyróżniam, zresztą razem się wyróżniamy, popatrz tylko na nas. - Nie dość, że część z ich duetu nie była odziana specjalnie elegancko, to jedno i drugie było bardzo wysokie. Dopiero teraz dotarło do niej, że raczej ciężko będzie im się ukryć w tłumie, zawsze przecież tak było, przez same swoje gabaryty ściągali na siebie spojrzenia obcych. No nic, nie mogli teraz nagle wybiec na zewnątrz, pozostawało udawać, że wiedzą, co robią, że są tu mile widziani.

Ruszyła się w stronę baru, gdy poczuła dłoń na swoich plecach, Roise najwyraźniej wybrał idealny cel. Wyśmienity pomysły, potrzebowali jeszcze więcej alkoholu, jak go w siebie wleją pewnie przestaną się już przejmować wszystkim, może też nie będą pamiętać ewentualnej kompromitacji? Wspaniały pomysł, także bez zająknięcia zmierzała w tamtym kierunku, aż w końcu oparła się o drewnianą ladę. Szukała wzrokiem kogoś, kto mógłby im nalać czegoś mocniejszego, mrużyła przy tym dość mocno oczy, bo świat wirował jej już całkiem intensywnie.




RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.06.2025

Spojrzał na Geraldine jak człowiek, który przez długi czas był nieobecny a teraz nie do końca wierzy, że naprawdę znowu tu jest, ale jednocześnie w tym stanie mógłby cieszyć się nawet, gdyby to był wyłącznie poalkoholowy, pijacki majak. Wytwór jego wyobraźni, zielonej absyntowej wróżki czy cholera wie, czego innego.
Roise po prostu czerpał garściami z tego, gdzie się znalazł. Z tego, gdzie był i z kim robił to, co robił. Momentami bardzo dosłownie. Zwłaszcza wtedy, kiedy złapał dziewczynę nie do końca pewnym chwytem, przyciągając ją do siebie. Niepewnym nie z braku chęci, ale z braku koordynacji. Chciał pociągnąć Rinę za rękę, usiłował nie włożyć w to zbyt wiele siły, żeby jej przy tym nie skrzywdzić, ale najwyraźniej już nie do końca umiał mierzyć siły (czy tam siłę) na zamiary.
Jego chwyt był jednocześnie niezbyt stabilny i zaskakująco chwiejnie-intensywny. Przyciągnął do siebie dziewczynę dokładnie w tym samym momencie, w którym ona pociągnęła go za rękę trzymaną pod łokieć. W efekcie praktycznie zderzyli się ze sobą nawzajem. Zarówno korpusami ciał, jak i niemalże też czołami. Szkoda tylko, że nie ustami, ale przecież nic nie było jeszcze stracone.
Mieli czas. Mieli całą noc i nie tylko, bo to w istocie wcale nie było żadne złudzenie. Naprawdę tu byli. Spici w trzy dupy, zupełnie pozbawieni granic przyzwoitości. Ba, jakichkolwiek granic, bowiem w tym momencie wizja robienia razem czegokolwiek, co było chociaż trochę ekscytujące miała zdecydowanie zyskać aprobatę Greengrassa.
Padło na wspólne wbicie się tu i teraz do tej jednej jedynej żywej kamienicy. Do budynku wypełnionego światłem i dźwiękiem. Do czegoś, co w tym momencie jawiło się Roisowi jako jedyny rozsądny kierunek. W końcu chcieli się bawić, czyż nie? A to miejsce wręcz zachęcało do zabawy.
- Zawsze jest jakieś inne wyjście - powiedział tylko dlatego, że po prostu musiał to zrobić.
Nie mógł siedzieć, no, stać cicho jak mysz pod miotłą. To nie było w jego stylu. Zupełnie nie. Zawsze musiał mieć jakąś odpowiedź. Choćby nawet tak głupią, bowiem w istocie wcale nie chciał nie być tym pakietem łączonym.
Tyle tylko, że nawet jeśli Roise zazwyczaj naprawdę chciał robić to, co robili, jednocześnie raz na jakiś czas próbował przy tym nie dawać dziewczynie jasno do zrozumienia, ile tak naprawdę ma wpływu na jego decyzje. Tylko po to, żeby pokazać się od tej silnej, opiekuńczej strony, nawet jeśli to miało skończyć się wzięciem na siebie nie tylko odpowiedzialności, lecz także wpierdolu.
Nie był lebiegą, nie zamierzał nim być. Musiał umieć się z nią wymownie nie zgodzić, zaznaczyć swoje trochę inne zdanie, nawet wykrzywione, wyjść z własnym pomysłem, wziąć na siebie znaczną część odpowiedzialności. Byli partnerami, widział się wyłącznie w tej roli. Miał być jej wsparciem, jej oparciem, nawet jeśli w tym momencie trudno byłoby powiedzieć, kto tu kogo trzymał w pionie.
- Z Chujwiegdzie, w porządku. To straszne zadupie z gównianą i frastrukturą. Co rusz ktoś kończy w jakimś rowie - kiwnął głową.
Tak, tak. Mieli zbieżną wersję.
Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie skierowane w stronę jego dziewczyny. To nie było nic wielkiego. Ot, ten ułamek sekundy, kiedy przestawał szczerzyć się w uśmiechu i usiłował wyglądać poważnie, spojrzeć na nią ze zrozumieniem. Tylko po to, by zaraz znów zacząć suszyć zęby niczym nastolatek (i to nachlany), jednak przez tę chwilę cała ta radość rzeczywiście zebrała się w jego oczach.
Oczywiście, że w pewnym momencie przelotnie pomyślał o tym, że jeszcze nie tak dawno takie momenty były niemożliwe. W zasadzie wszystko było niepewne, a on sam dużo bardziej przypominał cień człowieka niż realne, oddychające istnienie. Ale teraz? Teraz czuł się zajebiście. I cholernie swobodnie. Jak dzieciak, który...
...no cóż, parsknął głośno, słysząc takie a nie inne słowa. Tak po prawdzie, prawie się przy tym zakrztusił. Mało brakowało, żeby udławił się niczym więcej jak tylko własną śliną. Gęstą i gorącą. Zakaszlał przynajmniej cztery czy pięć razy zanim dostatecznie się uspokoił, aby móc sformułować (jakże ambitną) odpowiedź.
- A skądże, moja droga - mruknął, przechylając głowę lekko w bok. - Nie zaprzeczę, doskonale grasz na flecie, ale ja jestem raczej dyrygentem, mistrzem orkiestry. Mam do tego całkiem pokaźną... ...batutę, tak to się chyba nazywa... ...pałkę... ...różdżkę... ...i lubię szefować - uśmiechnął się szeroko z tym swoim typowym nie zaprzeczysz, bo wiesz, że to prawda wypisanym na twarzy. - Poza tym - dodał, zniżając głos do niemal konspiracyjnego tonu - z trójkątami jest za dużo zachodu. Trzeba obchodzić się z nimi zbyt zachowawczo, za ostrożnie. Jeden nieuważny ruch i robi się koncert na całą wieś. A to przecież miała być kameralna noc, prawda? - puścił oko do dziewczyny, wzruszając ramionami bez cienia skruchy.
I ruszyli...
...ruszyli wręcz z kopyta. Może nawet z koła, bo dosłownie wtoczyli się do środka. Niezauważenie, tak tak, zupełnie niepostrzeżenie. Jak ta kulka, którą sąsiad z góry zwykł toczyć w nocy po podłodze. Nie dało się zauważyć, że tu...
...no, nie do końca pasowali, ale co tam. Nikt ich stąd jeszcze nie wyrzucił. Było dobrze. Nie powinni martwić się na zapas. Ostatnio zresztą przejmowali się zbyt wieloma rzeczami. Dziś miało być inaczej.
- No, wyróżniamy się - wzruszył ramionami, nie do końca pojmując, co w tym złego. - Jesteśmy wyjątkowi - i nie, nie miał przy tym na myśli tej wyjątkowości, jaką rzeczywiście teraz prezentowali.
A byli...
...nie tylko wyjątkowo bezczelni, lecz także wyjątkowo w tym zgodni. Nalot na bar po prostu musiał się odbyć. Jak najszybciej. Praktycznie bez słów. Znaleźli się tam niemalże w przeciągu sekundy od postawienia stopy na sali.
Nie wiedział, ile tak stali. Może minutę, być może dwie albo trzy. Tak czy siak, barman nie nadszedł. Wręcz wyglądało na to, że nikt nie zamierzał tego zrobić. Nie było człowieka, który mógłby podać im cokolwiek z tego, co znajdowało się...
...no cóż, tak naprawdę to tuż pod ręką. Dosłownie w zasięgu wzroku. Jasne, mogli tu czekać jak na zbawienie, wgapiając się w butelki, ale. Czy mieli na to czas i cierpliwość? Szczególnie, że wystarczyło tylko przecisnąć się pomiędzy blatami lady łączonej z dwóch drewnianych części, uzupełnionych o drzwiczki w stylu westernowym.
Tak naprawdę to była kwestia wkradnięcia się za bar. Najlepiej równie niepostrzeżenie jak to zrobili w przypadku wejścia na salę. Przynajmniej w ich własnych oczach i mniemaniu, bo w rzeczywistości prawdopodobnie nie mogli tego zrobić głośniej i bardziej spektakularnie. No, ale przecież nie mogli tu tak stać. Już odczekali swoje.
Poza tym, Ambroise musiał pamiętać, że nie jest tu zupełnie sam. Pomijając wszystkich innych gości, oczywiście, że musiał brać pod uwagę przede wszystkim potrzeby jego damy. A tej bez wątpienia chciało się pić.
Ta myśl sprawiła, że lekko pacnął drzwiczki. Zabijały się swobodnie, więc puścił ramię Geraldine i zrobił jeszcze dwa kroki, wciskając się w przestrzeń barmańską, po czym obrócił się do niej przodem twarzy, z miną, która przez moment mogła nawet uchodzić za zupełnie poważną.
- Technicznie rzecz biorąc, to… ...oni chyba naprawdę mają otwarty bar - Nachylił się po przodu, zniżając głos do półszeptu, przynajmniej w jego własnej głowie. - Kocham Anglię - tak, tak, lokalny patriotyzm, szczególnie na widok charakterystycznej whisky na ladzie.
Zanim Geraldine zdążyła jakkolwiek zareagować, Rois już sięgał po butelkę, która zupełnie nie powinna tam stać, a która jednak tam była. I co więcej, była pełna. Spojrzał na nią z miną człowieka, który odkrył właśnie tajemnicę wszechświata, po czym po prostu ją skroił.
Nie kłopotał się szukaniem kieliszków. Tych, które nomen omen stały tuż przed nim. Zwyczajnie zabrał całą flachę, po drodze wciskając też drugą mniejszą w kieszeń płaszcza, który nadal miał na sobie, choć chyba zaraz powinien go zdjąć i gdzieś powiesić. Było tu wyjątkowo gorąco. I to tym razem już dosłownie, nie tylko przez wzgląd na obecność jego dziewczyny, która naprawdę wyglądała najładniej.
Tak czy siak, kolejny raz udało mu się niepostrzeżenie wylać przez bramkę. Mogli ruszyć dalej, opuszczając miejsce zbrodni i ruszając brzegiem parkietu.
W tej konkretnej chwili znów nie było jasne, kto kogo prowadził, kto kogo trzymał, kto decydował, gdzie kończy się droga i kiedy powinni stanąć, żeby o nic się nie wyrżnąć.
- Mamy jakieś trzydzieści minuty - czemu tyle?, nie wiedział, po prostu tak mu się powiedziało - zanim ktoś nas tu zatrzyma i zapyta, kto my - szepnął jej do ucha, nie zatrzymując się, za to nachylając się tak, że niemal całkowicie się o nią opierał, gdy stawiali kolejne kroki. - Albo do czasu, aż sama coś zdemolujesz. Co pierwsze? - Całkiem celowo użył tej formy, żeby zobaczyć błysk przekory w niebieskich oczach dziewczyny.
Spodziewał się, że Geraldine wyłapie liczbę pojedynczą w jego słowach. To, że zakładał, że to ona miała tu coś najpierw rozpierdolić. Przewidział to, że Yaxleyówna spojrzy na niego z tym konkretnym wyrazem twarzy. Tak jak to, że zaraz padnie jakaś absurdalna odpowiedź.
Nim jednak Rina zdążyła cokolwiek powiedzieć, ktoś ich minął, poklepał Roisa po ramieniu i kiwając się nieco, rzucił z szerokim uśmiechem.
- No! W końcu jesteście! Tyle was szukałem! - Po czym...
...nie zatrzymał się, tylko od razu gdzieś poszedł. Gdzie? Cholera wiedziała. Rois spojrzał za nim, potem na Geraldine. Uniósł brew.
- No, to jesteśmy - powtórzył wyjątkowo swobodnie, wzruszając ramionami.
No. To byli. Ewidentnie mile widziani.[/i]


RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.06.2025

Cóż, całkiem naturalnie odnaleźli się w tej nowo - starej sytuacji. Nie wracali do tego, co było dla nich nieprzyjemne, po prostu weszli w to, jakby wcale nie zaliczyli tego półtora roku przerwy. Zresztą, czy był sens się na tym skupiać? Ledwie do siebie wrócili, a znowu zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji, Londyn spłonął, najważniejsze, że nic się im nie stało, im i ich bliskim i znowu mogli się cieszyć swoją obecnością. Świat sam dawał im wiele złego, nie było więc sensu, aby sobie sami dokładali kolejne sprawy. Zamiast tego postanowili się upić, czy tam świętować, jak zwał tak zwał.

Po co właściwie znaleźli się w miasteczku? Kto to właściwie wiedział. Na pewno mieli jakiś istotny cel, który gdzieś zgubili, ale teraz znajdowali się przed tym budynkiem, w którym najwyraźniej byli również wszyscy mieszkańcy. Cóż, to mówiło samo za siebie, powinni również się tam znaleźć, bo dlaczego by nie?

- Tak? - Uniosła pytająco brwi, wzrok nieco się jej rozjeżdżał, przez co musiała wyglądać dosyć zabawnie. Naprawdę było inne wyjście? Tak, czy siak, ona znalazłaby się w środku i podejrzewała, że nie zostawiłby jej tam samej. Nie było innego wyjścia, mimo, że mówił inaczej. Była tego pewna. Nie było jednak sensu aktualnie się na tym skupiać, podjęli przecież wspólną decyzję o tym, że zobaczą, co się dzieje, co to za potupaja, czy inne wydarzenie.

- Mamy zbieżność. - Ostatnio osiągali ją bardzo często. Wszystko wróciło do normy. Wiele razy zdarzało im się podejmować podobne, spontaniczne decyzje, zawsze mieli w sobie coś z dzieciaków, które nie przejmowały się konsekwencjami, które mogły wyniknąć z takich nie do końca przemyślanych zachowań. Zresztą nie mieli zamiaru nikogo krzywdzić, tylko zobaczyć, co to właściwie za impreza, i czy mogą się do niej dołączyć. Nic wielkiego. Na pewno nikt nawet nie zauważy ewentualnego alkoholu, który zniknie przez to, że go wypiją. Wiedziała, że na takich wydarzeniach zazwyczaj był go nadmiar, żeby nie daj Merlinie nie zabrakło, to by była dopiero prawdziwa tragedia.

- Ależ oczywiście, że musisz sobie przypisywać najważniejszą funkcję w zespole, powinnam się tego spodziewać. - Nie mogło być inaczej, czyż nie? Roise, jak zawsze znał swoją wartość, nie miała zamiaru z nim na ten temat polemizować, bo niczego by to nie wniosło, a czas uciekał. Noc robiła się coraz ciemniejsza, a może to jej wzrok robił się coraz bardziej zamglony? Obie wersje były bardzo prawdopodobne. Yaxleyówna miała lekki problem z utrzymaniem równowagi, nawet gdy stała niby prosto, to chwiała się to do przodu, to do tyłu. Alkohol zdecydowanie przejął nad nią kontrolę, ale wyjątkowo dobrze się przy tym bawiła. Nie miała już tych swoich autodestrukcyjnych myśli, które nawiedzały ją w podobnych sytuacjach jeszcze ledwie kilka tygodni wcześniej.

- W sumie zawsze byliśmy wyjątkowi, to prawda. - Zawsze traktowali to jako atut, no prawie zawsze. Były momenty, gdy ta ich wyjątkowość była bardziej przywarą, ale do tego wolała nie wracać. W tej sytuacji? Na pewno zwracali na siebie uwagę, nawet ich wzrost był ponadprzeciętny przez co nie mogli chować się w tłumie, ale na szczęście biesiadnicy byli zajęci zabawą. Tak jak się spodziewała część z nich była równie nawalona, co oni, to wróżyło raczej sukces ich tajnej misji.

Znaleźli się przy barze. Geraldine rozglądała się na wszystkie strony w poszukiwaniu kogoś, kto uraczyłby ich jakimkolwiek trunkiem. Barman, chyba jednak zapadł się pod ziemią. Oparła się o blat, przez głowę przeszła jej myśl, że mogłaby przez niego przeskoczyć, aby znaleźć się po drugiej stronie. Odsunęła się nawet o krok, by oszacować jego wysokość, zmrużyła przy tym oczy.

Ambroise ją ubiegł, właściwie okazał się być dużo sprytniejszy, wystarczyło bowiem jedynie popchnąć drzwiczki, aby znaleźć się w miejscu, które miało być ich wodopojem. Pokiwała nawet głową z aprobatą, ależ był niesamowity. BOHATER.

- To takie proste... - Powiedziała jeszcze cicho. Obserwowała swojego chłopaka, kiedy bez żadnego momentu zawahania plądrował bar, w sumie to tylko wziął jedną flaszkę, więc nikt nie powinien zauważyć tej drobnej kradzieży, w sumie jakiej kradzieży? Nie uciekali stąd, chcieli dołączyć do zabawy, po prostu sięgnęli po to, co było na wyciągnięcie ręki. Nikt nie powinien im mieć tego za złe.

- Skąd wiesz, że trzydzieści minut? - Na jej twarzy pojawiła się konsternacja. Roise nie był jasnowidzem, chyba? Czy jako widmowidz też miał jakieś specjalne umiejętności? O co chodziło. Wydawał się być bardzo pewien tego zakresu czasu, o którym wspomniał. Nachyliła się nad nim i szepnęła cicho, konspiracyjnie, tak, aby nie daj Morgano nikt ich nie usłyszał, chociaż nie było to możliwe, bo obok nich nie znajdował się nikt inny, wszyscy byli zajęci zabawą. - Umiesz przewidywać przyszłość? To trzecie oko tak działa? - Była śmiertelnie poważna w tej swojej wypowiedzi.

- Dlaczego mam coś zdemolować? Mam dobry humor, może się zdarzyć tak, że zrobię to przypadkiem, ale ogólnie? Raczej nie mam tego w planach. - Jasne, jakby kiedykolwiek planowała rozpierdol, to czasem się po prostu działo. W tym wypadku jednak większym prawdopodobieństwem było to, że wpadnie w coś lub kogoś i przypadkiem to zniszczy. Miała lekkie problemy z koordynacją swoich ruchów, a w przypadku jej wzrostu... było to dość niebezpieczne.

Geraldine wyprostowała się gwałtownie, nazbyt gwałtownie, gdy ktoś się do nich odezwał. Spanikowała, co widać było po tym, jak szeroko otworzyła oczy. Już ich przyłapali? Mieli mieć trzydzieści minut, trzecie oko Roisa nie zadziałało?

Odetchnęła z ulgą, kiedy typ się oddalił. Jednak nic im nie groziło.

- Chodźmy się napić, jestem zbyt trzeźwa. - Ta, jasne, wcale nie otrzeźwiała, kiedy pojawiło się zagrożenie, ale musiała jakoś poradzić sobie z tym chwilowym stresem. Teraz jednak nie powinni chyba czuć się intruzami, skoro tamten stwierdził, że na nich czekał, może jednak byli mile widziani?




RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.06.2025

Jeszcze jakiś czas wcześniej w żadnym wypadku nie powiedziałby, że to wszystko przyjdzie im z taką łatwością. Nie dlatego, że w nich nie wierzył. Nie. Po prostu był realistą. No cóż. Po prawdzie, w tym momencie zaczynał dostrzegać, że kierowało nim prawdopodobnie wszystko, tylko nie realizm. Geraldine miała rację, oczywiście, gdy wytykała mu czarnowidztwo. Nawet jeśli nigdy nie przyznałby tego na głos.
Wolał po prostu podjąć próbę zmiany nastawienia. Zadziwiająco łatwo, cholernie prosto (mhm, oczywiście, to nie tak, że darli koty przez tydzień, dosyć regularnie się przez to raniąc) było powrócić na te dawne tory. Może jeszcze niezupełnie całkowicie. Nie całkiem do końca, ale w dostatecznej mierze, żeby czuć się coraz lżej, lepiej i... ...o ironio, stabilniej, nawet jeśli oboje ledwo trzymali się jakiegokolwiek złudzenia pionu.
Zawsze mieli w sobie to coś, czemu chyba w ostatnich dniach zdążyli nawet nadać już nieco bardziej oficjalne imię. Tę wspólną nić porozumienia, która działała nawet wtedy, gdy nie powinni mieć ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Byli w stanie odsunąć od siebie to wszystko, co w pewnym momencie wydawało mu się tak absurdalnie ciężkie, że niemal nie do udźwignięcia. Tak cholernie parszywe, że w żadnym wypadku nie chciał w to wciągać osoby, którą kochał bardziej niż kogokolwiek innego.
A jednak osobno wcale nie było im lepiej. Wręcz przeciwnie, chyba dostatecznie dobrze udowodnili sobie, jak to tak naprawdę wyglądało. Nic więc dziwnego, że gdy doszli do tego wniosku, powracając do lepszego, bardziej naturalnego stanu, mieli co opijać. Razem było im lepiej.
Nawet a może zwłaszcza teraz, kiedy oboje byli rozkojarzeni, podpici, lekko wytrąceni z osi, po której poruszali się na co dzień i dryfujący w stronę kolejnej nieprzemyślanej decyzji, wchodzili w to synchronicznie. Nie musieli zbyt wiele dyskutować na temat planów na resztę wieczoru. Po prostu parli do przodu, jakby przez całe życie szykowali się do wspólnej realizacji nawet tych najgłupszych pomysłów.
Po prawdzie, znajdując się w tym stanie, Ambroise nie miałby najmniejszych oporów, aby przyznać, że tak. Poniekąd właśnie to robili. Bez chwili zastanowienia, bez krzty zawahania mógłby wzruszyć ramionami i stwierdzić, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było. Przez te wszystkie wspólne lata w zasadzie rzeczywiście w pewnym stopniu nauczył się przewidywać zachowania jego dziewczyny i iść z nią na mimowolny kompromis. Dostrzegać to, czego mogła oczekiwać. Od niego, od otoczenia czy od życia. Co aktualnie siedziało jej w głowie, czyli z dużym prawdopodobieństwem, jak na jego oko, dokładnie to, co u niego...
...niewiele.
Nie tylko mina Geraldine wyglądała teraz zabawnie. Praktycznie wszystko dookoła nabrało zupełnie innego wyrazu. Jawiło mu się w zupełnie innych, znacznie bardziej nasyconych i różnorodnych odcieniach, miało zabawniejsze kształty (ta jedna chmura po lewej nad mugolską świątynią wygląda zupełnie jak dupa z zajebiście dużymi pośladami), było po prostu...
...lepsze.
- Oczywiście, że przypisuję sobie najważniejszą funkcję w zespole - odparł, uśmiechając się nonszalancko. - Ktoś musi. Nie możesz zostawić orkiestry bez dyrygenta. Bez odpowiedniego doboru muzyki, z braku laku, wszyscy zaczęliby macać się już w takcie walca, bo nie mieliby, kiedy indziej tego robić. A przecież to byłby skandal - kiwnął głową, jakby naprawdę wierzył w sens tego, co mówi.
Przeszli przez salę, zupełnie ignorując fakt, że wyglądają jak para, której (cóż) nie da się zignorować. Wysocy, roześmiani, może trochę nazbyt pewni siebie, trochę zbyt ostentacyjni w tym swoim braku skrupułów. Parli do przodu i zdecydowanie nie byli w tym dyskretni. A jednak jakimś cudem nikt nie zwrócił na nich uwagi. Najwyraźniej wszyscy uwierzyli w to, że mają do czynienia z pełnoprawnymi uczestnikami tego...
...no, właśnie...
...czego?
Roise nadal nie był pewien, co to właściwie za impreza. Wesele? Nie widział jeszcze żadnej młodej pary. Urodziny? Może jakiś jubileusz? Raczej nie stypa? Na sabat było zbyt wcześnie. Na chrzciny zbyt późno. No cóż. Pewnie niedługo mieli szansę dowiedzieć się tego, na co tak właściwie się wprosili.
Obecnie nie miało to znaczenia. Ważne, że mieli alkohol w zasięgu wzroku, siebie nawzajem i cichą obietnicę, że cokolwiek by się działo, pójdą w to razem.
Nic więc dziwnego, że uznał, że obecna sytuacja wybitnie nie wymaga analizy. Trafili na imprezę, bar został pozostawiony bez opieki, więc należało z tego skorzystać. Wystarczyło zresztą zaledwie jedno przelotne spojrzenie w kierunku Geraldine, żeby mógł stwierdzić, że jego dziewczyna właśnie kalkulowała, w jaki sposób powinna przeskoczyć przez blat. W swojej głowie z pewnością miała to zrobić niczym urodzona akrobatka po dwóch butelkach miodu pitnego. Była w doskonałej formie, wielokrotnie mu to udowodniła, więc teoretycznie wszystko powinno pójść zgodnie z tym niewypowiedzianym planem, jaki chyba miała.
Tyle tylko, że przez cały wieczór pili coś zupełnie innego. Znacznie mocniejszego. I cholera tak naprawdę wiedziała, ile już wychlali. Nie mógł pozwolić Rinie być jedyną osobą, która spektakularnie się wypierdoli, bo przeszacuje odległość i niedoszacuje możliwości swojego ciała, prawda? To by zburzyło ich wspólną estetykę. Jeśli mieli się wyjebać, to tylko razem.
Przejął więc inicjatywę. Pchnął drzwiczki z tą teatralną nonszalancją, która mówiła: ależ proszę bardzo, jesteśmy przecież u siebie. Nie byli, ale kto by się tym przejmował?
No, nie oni.
Mrugnął do niej bezczelnie, po czym schylił się za kontuar. W jego głowie bezwiednie zapadła decyzja o tym, że skoro nie mają nikogo bardziej uprawnionego w zasięgu wzroku, to on tego wieczoru zostanie samozwańczym barmanem. Skupił się więc na tym, żeby wszystko w sposobie, w jaki chwycił butelkę, sugerowało, że zna się na rzeczy. W rzeczywistości przynajmniej wydawało mu się, że bardzo przekonująco udaje pełen profesjonalizm. Zresztą, był przystojny, czyż nie? A to zazwyczaj wystarczało, żeby zbierać pochwały.
Teraz zresztą sam też był szalenie zadowolony z siebie. To jedno malutkie, cichutkie klik drzwiczek, które zdziałało więcej niż najpotężniejsze zaklęcie otwierające, wzniosło go mentalnie do rangi bohatera wieczoru. Wprawdzie nie musiał robić nic wielkiego. Wyłącznie przeszedł za bar, nie potrzebując nawet korzystać przy tym z teleportacji.
No dobrze, może nie błyszczał aż tak. Być może trochę mu się uroiło, ale wyjątkowo lubił się w tym stanie a to zdecydowanie miało znaczenie. Do bycia zadowolonym wystarczyło mu zatem to, że flaszka w jego ręku była dokładnie z rodzaju tych, które nie mówią wypij mnie z klasą, tylko raczej sprawdź, ile głupich decyzji da się podjąć w po pół litra na łebka. A właśnie tego potrzebowali.
Nie musiał dematerializować się w żaden spektakularny sposób i materializować się z powrotem, triumfalnie unosząc przywłaszczoną sobie butelkę. Nie zagrały fanfary (jeszcze nie, choć po prawdzie zdecydowanie mogłaby to zrobić; nie miałby zupełnie nic przeciwko temu), ale spojrzenie, jakim obdarzyła go Geraldine wprowadziło go w niemal euforyczny stan.
W dodatku wyglądała przy tym absolutnie cudownie. Nawet w tej swojej nieco rozmazanej wersji. Nawet, jeśli oboje mieli rozjechany wzrok, chwiejną postawę a na twarzy Geraldine minutę później zagościł zupełnie nowy wyraz. Taka mina, jakby jego dziewczyna właśnie próbowała zrozumieć mechanikę widmowidzenia, patrząc na niego, jakby jednocześnie mógł być mesjaszem i kimś zupełnie obłąkanym.
Yaxleyówna bez wątpienia zaczęła poważnie zastanawiać się nad jego trzecim okiem, wątpliwym darem. To było całkiem zabawne. Sprawiło, że uśmiech rozciągnął mu się szeroko na gębie, a jego spojrzenie błysnęło tym samym figlarnym błyskiem, z którym Roise niejednokrotnie wkręcał ją w najdziwniejsze teorie. Cholera, jak on ją uwielbiał.
No cóż, szczerze? Nie bardzo miał pojęcie, skąd wziął te swoje trzydzieści minut i czy to faktycznie miało jakieś znaczenie poza tym, że brzmiało dobrze. Ale przecież po co psuć zabawę?
- Oczywiście, że widzę przyszłość, więc musisz wierzyć mi na słowo. Chcesz się obudzić z porannym kacem czy z namiarem? - Zaczął z tym teatralnym tonem, jakby miał właśnie wygłosić wykład na temat tego, jak zostać największym jasnowidzem świata, chociaż w głębi duszy wiedział, że jego zdolności ograniczają się do siedzenia i przypadkowego dostrzegania duchów przeszłości. - Ale nie każdy tak ma. To kwestia treningu i mojego wybitnego talentu - zerknął na nią z krzywym uśmiechem
Tym, który zawsze mówił więcej niż trzeba, po czym zamrugał teatralnie, jakby rzeczywiście próbował połączyć się z jakimiś mistycznymi siłami odpowiadającymi za wizję przyszłości.
Ewentualnie z własnymi przodkami. Szczególnie z tymi, którzy kiedyś mieli więcej rozumu niż on, co pewnie aktualnie nie byłoby zbyt trudne. Przynajmniej, gdyby rzeczywiście miał choć szczątkowy dar prekognicji.
- Jasne, jasne. Nie masz tego w planach - kiwnął głową, starając się brzmieć tak, jakby naprawdę wierzył w to, że żadne z nich niczego tu nie rozwali. - Ale w razie czego pamiętaj, że wtedy te pół godziny już nie działa. Minuta i nas nie ma. Tyle mamy czasu, zanim ktoś zorientuje się, że coś jest nie tak. Potem zaczynają się pytania, potem podejrzenia, potem dziwni staruszkowie z brodami wyciągają różdżki - stwierdził z niezmąconą pewnością siebie.
Za cholerę nie spodziewał się (więc tyle było z jego jasnowidzenia), że już po niespełna minucie od wypowiedzenia tych słów, w istocie przyjdzie im spotkać się z tymi staruszkami. A jednak. Geraldine przez moment naprawdę wyglądała, jakby zaraz miała się przewrócić. Ale nie, utrzymała się, wyprostowała, może nawet trochę za bardzo, no i... ...zaraz, czy to nie była paranoiczna panika w oczach? Roise już miał zapytać, czy zobaczyła swoją matkę przez okno, ale wtedy pojawił się ten gość. Niby znikąd, niby przypadkiem.
Ich reakcje były tak idealnie zsynchronizowane, że aż zabawne. Przynajmniej dla niego. Greengrass zrobił krok w bok, niby nonszalancko, ale tylko po to, żeby zasłonić Yaxleyównę całym swoim ciałem, a ona... ...wyprostowała się, stając prosto jak miotła. Z tą samą prędkością, z jaką człowiek trzeźwieje, gdy widzi patrol magicznej policji.
Gość coś tam powiedział. Czekał na nich? Świetnie. Roise kiwnął głową jak ktoś, kto absolutnie nie wie, o co chodzi, ale zamierza udawać, że wszystko kontroluje. To najwyraźniej wystarczyło, by typ odszedł.
Nie było żadnej konfrontacji. Nikt nie rzucił na nich jakiegokolwiek zaklęcia (zresztą to chyba nie było magiczne wesele? kij wie). Nikt nie krzyczał, że są złodziejami trunków. Nikt nawet nie raczył zapytać, kim tak właściwie są.
Zabawne, jak bardzo ludzie byli zajęci sobą. Nie to, żeby Ambroise narzekał na ten fakt. Zdecydowanie pasowało mu to, w jaki sposób do tej pory udawało im się przemykać tuż pod radarem, nawet jeśli teoretycznie powinni zdecydowanie rzucać się w oczy.
Kiedy nieznajomy zniknął (całe szczęście, równie szybko, co się pojawił) Roise odwrócił się powoli do Geraldine, patrząc na nią z miną, która mówiła: nie analizujmy tego, póki wieczór trwa, ale wydaje mi się, że chyba właśnie zostaliśmy zwerbowani do jakiejś sekty. W tym samym momencie dziewczyna wypuściła powietrze, wyglądając tak, jakby właśnie dostała rozgrzeszenie od samej Morgany.
Morgana. Sekta. Czyli wszystko się zgadzało. Byli straceni? Wcieleni do kultu? Być może, ale przede wszystkim chyba rzeczywiście przestawali być dostatecznie pijani. Miała rację, musieli jak najszybciej zaradzić nagłemu stanowi otrzeźwienia (mhm). Zanim jednak przytaknął na te wyjątkowo mądre słowa, jakie opuściły usta jego dziewczyny, rzucił jeszcze bardzo lekkim tonem.
- No widzisz - mruknął, uśmiechając się pod nosem. - Przewidziałem, że nas nie przewidzą - był przy tym wyjątkowo zadowolony ze swojego nowoodkrytego daru, zupełnie nie zwracając uwagi na kompletny brak sensu (nie) tkwiącego w tym, co powiedział.
Niby wyszło mu przez to masło maślane, ale kto by zwracał uwagę na takie detale? Szczególnie, że przecież nie po to tu był, żeby wygłaszać przemowy, czyż nie? Choć może jednak? W końcu wieczór był stosunkowo młody. A oni, cholera, ewidentnie byli tutaj oczekiwani, prawda? To nie tak, że ktoś ich z kimś pomylił. Nie, nie.
- Za trzeźwa? No to trzeba interweniować - powiedział z wyjątkowo głęboką powagą.
Taką, z jaką potrafił mówić tylko po trzecim, czwartym, piątym albo piętnastym głębszym. Jeszcze zanim jego mózg zorientował się, że reszta ciała w istocie już dawno błagała o interwencję. Tyle tylko, że medyczną. Polegającą na jak najszybszym odtruwaniu organizmu.
Chwilowo jeszcze zupełnie nie brał pod uwagę tego, jak bardzo szumiało mu w głowie i co to tak właściwie zwiastowało na przyszłość. Szczególnie na poranek. Jego trzecie oko było równie, jeśli nie bardziej półprzymknięte i zamglone, co dwa pozostałe. Nie doszedł do wniosku, że picie whisky z gwinta było ostatnim, co powinni robić. Nie.
Zamiast tego uniósł brew, jeszcze bardziej rozbawiony niż wcześniej, po czym obrócił się do Geraldine, patrząc na nią z tym swoim szelmowskim uśmiechem, który zawsze zapowiadał, że zaraz coś odjebie. A zdecydowanie było, co tu odpierdalać robić, zachowując przy tym umiar i klasę, rzecz jasna. Zupełnie nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi.
To była naprawdę dobra impreza. Zdecydowanie mieli tu wszystko na zadziwiająco przyzwoitym poziomie, więc należało z tego korzystać, czyż nie? Wystarczyło jedno pociągnięcie z butelki (oczywiście wpierw podanej Rinie), żeby dojść do wniosku, że ktokolwiek organizował to wydarzenie, raczej nie szczędził pieniędzy na trunki. Może ten alkohol nie był aż tak wykwintny jak to, co znajdowało się w piwnicach ciotki, ale po prawdzie dosyć trudno byłoby przebić jakość zapasów Ursuli.
Ta whisky była smaczna. Przyjemnie paliła w przełyku, co dosyć dobrze zwiastowało na przyszłość. Za chwilę zdecydowanie nie mieli już obawiać się o to, że będą zbyt trzeźwi na to, by kontynuować szaleństwo wieczoru. Mogli swobodnie skitrać się gdzieś w jakimś kącie, dopić zdobycz i ruszyć na parkiet.
Ten zaś również wyglądał naprawdę zachęcająco. No, o ile zignorowało się fakt, że tańczyli tam ludzie o twarzach tak czerwonych, że wyglądały jak buraki po gotowaniu z dodatkiem octu. Jedna z kobiet machała czymś, co wyglądało jak parasolka na kurzej łapce. Ambroise nie pytał. To nie był wieczór na pytania. Mieli się bawić.


RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.06.2025

Geraldine w przeciwieństwie do Ambroisa miała wrażenie, że jakoś, wszystko się ułoży. Mimo tych drobnych dramatów, które przytrafiły im się po drodze do celu. Naprawdę nie wątpiła w to, że w końcu podejmą właściwą decyzję. Wyjątkowo - miała w sobie naprawdę sporo determinacji, aby dostać to, na czym jej zależało. Zawsze była uparta, ale tym razem przekroczyła swoje wszystkie granice. Roise przecież całkiem dzielnie z nią walczył, próbował być ich głosem rozsądku, szukać jakiegoś innego rozwiązania, tyle, że takie nie istniało, więc w końcu dostrzegli to, co było oczywiste. Nie mogli żyć bez siebie, musieli razem, proste równanie. Dobrze, że to do nich dotarło i teraz znajdowali się tutaj - razem.

Nie było sensu negować tego, że to było dla nich najbardziej właściwe. Gdy nie było ich obok siebie byli zdecydowanie gorszymi wersjami samych siebie, miała tego świadomość, dlatego naprawdę osiągnęła swoje maksimum próbując przemówić Roisowi do rozsądku, bronił się przed tym rękoma i nogami, ale w końcu przestał. Na szczęście, Ger i tak sporo kosztowała ta niemalże tygodniowa walka.

- Czy my kiedykolwiek przejmowaliśmy się skandalami? - Oczywiście, że zamierzała negować sens istnienia kogoś takiego jak dyrygent. Yaxleyówna kochała chaos, chętnie doprowadziłaby do tego, żeby doszło do jakichś nie do końca przewidywanych zdarzeń, z których nikt nie mógłby się wytłumaczyć. Jej byłoby to zupełnie obojętne, a inni na pewno przejmowaliby się opinią osób z zewnątrz, to mogłoby być zabawne. Lubiła, gdy inni czuli się niekomfortowo, zwłaszcza, że jej samej zdarzało się to bardzo rzadko.

Weszli do środka, zupełnie nie przejmowali się tym, że nie byli u siebie, raczej wręcz przeciwnie - dość szybko się rozgościli. Szli pewnym krokiem, jakby naprawdę wiedzieli gdzie są i dokąd zmierzali. Oczywiście, że do wodopoju, musieli wlać w siebie więcej alkoholu, to była jedyna pewna rzecz w tej chwili.

Greengrass nieźle poradził sobie z obejściem tego, że nie miał im kto nalać alkoholu, właściwie wyszli na tym nawet na plus, bo zgarnął całą butelkę, więc mogli ją bardzo szybko opróżnić.

- Ja, ja chcę się po prostu obudzić, ze wszystkim, z czym można. - Nie chciała mieć namiaru, kac był do przeżycia, ale też nie miała nie wiadomo jakich oczekiwań od kolejnego poranka, po prostu chciała się obudzić żywa, to naprawdę nie było zbyt wiele.

Pokiwała twierdząco głową, nie znała się na tych umiejętnościach związanych z posiadaniem tej mistycznej umiejętności jaką było trzecie oko, więc łykała wszystko jak pelikan, była najebana, można jej było to wybaczyć. - Zawsze wiedziałam, że jesteś utalentowany. - Odparła śmiertelnie poważnie, naprawdę w to wierzyła, całym swoim sercem.

- Myślisz, że będę to pamiętać? Nie ma takiej opcji, będziesz musiał mi przypomnieć. - Aktualnie ledwie pamiętała jak ma na imię, co dopiero takie rzeczy, będzie musiał ją zaciągnąć do wyjścia, gdy nadejdzie moment, w którym powinni zacząć spierdalać, pewnie aktualnie sama nie byłaby w stanie zauważyć zagrożenia.

Później, jak na zawołanie pojawił się ten typ, którego się przestraszyła, chyba niepotrzebnie, bo jednak mówił o tym, że ktoś tu na nich czekał... ciekawe, no na pewno na nich, nie zamierzała jednak odzywać się słowem, by nie popsuć ich misternego planu, co z tego, że on w ogóle nie istniał...

- No, mówiłam, że jesteś utalentowany, nie spodziewałam się, że aż tak bardzo, ale to na pewno ma sens. - jakiś mieć musiało, prawda? Powinna nieco zagłębić się w te tematy jasnowidzów, widmowidzów i wszystkich innych, ale trochę zawsze miała do tego dystans. Teraz to się zmieniło, wypadałoby, aby nadrobiła swoje braki w tej części wiedzy. Nie dało się jednak zaprzeczyć temu, że Ambroise to przewidział, był niesamowity.

Ratunek nadszedł bardzo szybko, Roise podał jej butelkę, która była pełna, pociągnęła z niej spory łyk, jakby faktycznie właśnie tego potrzebowała... była nawalona, niemalże jak ta stodoła, ale wlewała w siebie kolejne porcje alkoholu. Co złego mogło się jej stać? No nic. Najwyżej zaśnie gdzieś pod stołem... nie sądziła, by Ambroise ją tutaj zostawił, w najgorszym przypadku razem pozwoliliby się oddać w objęcia Morfeusza. Póki co jednak nie znajdowali się jeszcze w tym stanie, to nie był ten moment, nie wiedziała kiedy nadejdzie i chyba wolała w to nie wnikać. Stali, jakoś, delikatnie kiwali się wraz z zmieniającą się muzyką, ktoś z boku nawet mógłby to uznać za taniec, a nie za walkę z równowagą. Zresztą nie byli jedynymi osobami, które był w podobnym stanie. Yaxleyówna miała wrażenie, że wszyscy tutaj obecni wlali w siebie dość sporo alkoholu, a to tylko ułatwiało sprawę, nikt nawet nie zauważy tego, że byli nieproszonymi gośćmi.

- O kurwa, to ślub. - Powiedziała, jakże kulturalnie, gdy zza winkla wyłoniła się panna w białej sukni, z ogromnym bukietem, który trzymała w dłoniach. Orkiestra przestała grać, zaczęli coś mówić, próbowała skupić się na słowach, ale szło jej to raczej ciężko, zmrużyła oczy, żeby chociaż zobaczyć co się dzieje. Ludzie rozeszli się na wszystkie strony, a na środku znajdowała się panna w białej sukni. Chyba cos się działo, szkoda, że jeszcze nie wiedziała co.

By jakoś specjalnie się tym nie przejmować po raz kolejny sięgnęła po butelkę i upiła z niej łyk, trochę była ciekawa, co za chwilę się stanie, ale wolała jakoś specjalnie nie zwracać na nich uwagi, dlatego też grzecznie trzymała się z boku.




RE: [10.09.1972] Vodka, vows, and a very fake last name| Ambroise & Ger - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.06.2025

W tym momencie naprawdę cholernie cieszył się z takiego a nie innego obrotu sprawy. Był też przy tym na tyle najebany, że pewnie mógłby zacząć mówić na głos o swoich odczuciach (a potem zupełnie nie pamiętać tego rano), gdyby tylko znalazł ku temu okazję, jeśli coś pchnęłoby go do tego typu brawury. Już dawno przekroczył granicę między wszystkimi pośrednimi stanami upojenia. Teraz był ululany jak nigdy. A to znaczyło, że naprawdę mógł wszystko. I że to wszystko miało sprawiać mu od cholery frajdy. Poza tym wieczór był jeszcze młody...
- To zależy? - Odparł bez chwili zastanowienia, nawet przy tym nie mrugając, za to zdecydowanie nie usiłując ukryć błysku, jaki pojawił się w jego oczach. - No, bo ich... ...no, wiesz, wtedy? - Mhm, był bardzo zrozumiały, czyż nie?
Całe szczęście jednocześnie uniósł brwi, dosyć jednoznacznie, bo wywoływanie skandali mieli raczej całkiem dobrze opanowane. I to właśnie miał na myśli, gdy bełkotał trzy po trzy.
Tym z pewnością w jakimś stopniu się przejmowali (czy tam byli przejęci?) tyle tylko, że raczej nie do końca tak jak większość ludzi. Pod tym względem zdecydowanie nie patrzyli zbyt standardowo. To, co zazwyczaj przyprawiało większość osób o gęsią skórkę, ciary żenady bądź też chęć zapadnięcia się pod ziemię, najlepiej tu i teraz, dla nich zazwyczaj było powodem do odczuwania satysfakcji. Mniejsze lub większe prowokacje praktycznie od samego początku sprawiały im frajdę.
Trudno byłoby zatem całkowicie wykluczyć to, że przejmowali się skandalami, tyle tylko, że w ich wypadku było to raczej odwrotne przejęcie? Coś na kształt celowego robienia wokół siebie szumu. Wywoływania zamieszania. Spoglądania na swój autorski kontrolowany chaos i uśmiechania się pod nosem, podczas gdy wszyscy inni uważali to wszystko za zatrważająco niekontrolowane i chaotyczne?
Takim robieniem wrażenia chyba trochę się interesowali. Przynajmniej do czasu, gdy to nie zaczęło robić się nudne i oklepane. Później lepiej było wybrać coś na kształt własnej wersji spokoju. Odłożenie kontrowersji na bok, życie swoim życiem, nie użeranie się z ludzkimi oczekiwaniami. Na wszystko była pora.
- Ze wszystkim, z czym można? - Powtórzył niemal od razu, unosząc przy tym brwi i nawet nie próbując nie brzmieć tak, jakby nie zawarł w tym żadnej sugestii. - Odważne słowa - oczywiście, że musiał podkreślić ten fakt, choć w rzeczywistości ani przez chwilę nie kwestionował tego, że jego dziewczyna w istocie ma w sobie cholernie duże pokłady odwagi. - Mogłabyś rzucić kilka przykładów? - No, bo skoro już mówiła o tym, że mogła obudzić się z czymś innym niż wyłącznie z kacem, grzechem byłoby nie skorzystać z sytuacji i nie dowiedzieć się, o czym jeszcze myślała.
Lubił wiedzieć, co siedzi w głowie jego dziewczyny. Szczególnie, gdy był na tyle najebany, że nawet, gdyby powiedziała mu coś absurdalnego, byłby w stanie spełnić to życzenie. Chociaż wtedy pewnie oboje obudziliby się rano, w pierwszej chwili zadając sobie pytanie co do cholery? na widok efektów wspomnianego spełniania marzeń. Gigantyczny sztuczny hipogryf w sypialni? Zajebista sprawa. A jaki przydatny...
- Ma, ma. Oczywiście, że ma. Na pewno ma jakiś. Największy. Ogromny. Sama wiesz, jak to jest z proroctwami - choć w tym stanie raczej trudno byłoby mu stwierdzić, jaki tak dokładnie to miało sens, bo po prawdzie zdążył już zapomnieć, o czym rozmawiali.
To znaczy, może inaczej: doskonale wiedział, że mówili o jego rzekomym trzecim oku. A nawet nie rzekomym, tylko realnym. Tyle, że nie ogarniającym nic, poza wydarzeniami z przeszłości. W dodatku zazwyczaj dosyć traumatycznymi, bo takie wydarzenia miały to do siebie, że najlepiej zapisywały się w miejscach i przedmiotach.
Tyle tylko, że gdzieś po drodze uciekło mu przy tym wszystko, poza jesteś genialny. A to miało sens, zdecydowanie miało, lubił słyszeć podobne słowa, zwłaszcza z ust osoby, która zazwyczaj nie szastała pochwałami. A tu już dwa razy usłyszał, że jest utalentowany. Musiał zatem utrzymać poziom i w dalszym ciągu dowodzić swego geniuszu.
Prawdopodobnie, gdyby byli obecnie ciutkę bardziej trzeźwi, Roise miałby lekki problem z zachowaniem powagi. Zdecydowanie próbowałby przygryźć wnętrza policzków, powstrzymując się przed głupawym uśmiechem albo innymi niezbyt przekonującymi odruchami, które mogłyby dać Geraldine do zrozumienia, że robił sobie z niej jaja. Właściwie, z siebie też, bo naprawdę nie pamiętał połowy wypowiedzi. Jednak w tym momencie?
No cóż. Był naprawdę, naprawdę cholernie pijany. Ledwo trzymał się na nogach. Zupełnie nie panował nad swoim wyrazem twarzy ani nad słowami, jakie opuszczały jego usta. Zresztą nie czuł potrzeby, aby to robić. Nie znajdując się tuż obok Geraldine. W jej obecności zazwyczaj po prostu pozwalał sobie płynąć z prądem.
Zresztą tym razem ten prąd był nie tylko metaforyczny. Nie, gdy raz za razem naprzemiennie pociągali z butelki, dosyć skutecznie dbając o zachowanie równowagi między stężeniem krwi w alkoholu. Nie, nie w drugą stronę. Całe szczęście, mieli tu całkiem pokaźne zapasy, które nijak nie odbiegały od tych na czarodziejskich fetach.
Tak po prawdzie, Ambroise nigdy nie był na mugolskim weselu (tak, z jakiegoś powodu instynktownie założył, że mają do czynienia z czymś takim; najwidoczniej parasolka na kurzej nóżce nic mu nie powiedziała). Nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób przebiegały tego typu ceremonie. Nie znał się na zwyczajach, kolejnościach, przebiegu wydarzeń. Tak naprawdę zupełnie nie wiedział, czego mogą się spodziewać. A w tym stanie? W tym stanie był to dla niego wyłącznie powód do tego, żeby jego powieki zdecydowanie rozszerzyły się z zaciekawienia już na samą wzmiankę.
Przez moment wyglądał jak dziecko na swoim pierwszym pokazie pirotechnicznym. Czekał na fajerwerki, na zaskoczenie, na wszystko to, co mogło się zdarzyć. Był zdecydowanie gotowy na ten efekt wow, jaki zazwyczaj towarzyszył przyjęciom pośród czystokrwistych rodzin.
Co prawda, myśląc o własnych celebracjach, raczej wolał nie robić z siebie szopki, ale to nie znaczyło, że nie był zaciekawiony. Szczególnie, że w ich świecie takie wydarzenia zazwyczaj polegały na przerzucaniu się coraz to bardziej ekstrawaganckimi pomysłami.
Toteż kiedy Geraldine w ten jakże barwny sposób poinformowała go, gdzie tak naprawdę postanowili się wkręcić, jego pierwszą reakcją było stłumione o kurwa. Jakże zbieżne z tym wypowiedzianym przed sekundą przez jego dziewczynę. Sam nie wiedział przy tym, czego tak naprawdę był to wyraz. Czy tego głębokiego, nie do końca zamierzonego zaciekawienia, czy może jednak znacznie czystszej, błahej i dosyć banalnej formy rozbawienia na myśl, że oto najwyraźniej doskonale asymilowali się z mugolami.
Nawet na takich imprezach. Zwłaszcza na takich imprezach. Nikt ich nie wyprosił. Wręcz byli mile widziani, oczekiwani, czyż nie? Kij od miotły z tym, że ewidentnie ich z kimś pomylono. To nie było aż tak znowu ważne. Najważniejsze, że najwidoczniej doskonale tu pasowali.
Nie dało się powiedzieć, że nigdy wcześniej nie robił podobnych rzeczy. Oj nie. Co najmniej parokrotnie zdarzyło mu się zjawić gdzieś bez oficjalnego zaproszenia. Szczególnie w okresie szkolnym, kiedy jeszcze nie był traktowany jak pełnoprawny członek magicznej elity. Nie raz, nie dwa zaliczył melanż tego typu, wbijając się na imprezę z kimś z grona przyjaciół. Będąc na tyle bezczelnym, żeby próbować zostać tam nawet wtedy, kiedy już ich przyłapali.
Tu chyba zresztą nie miało być inaczej. Naprawdę był zainteresowany dalszym przebiegiem wieczoru. Brakowało tylko, żeby zaczął stawać na palcach, wyciągając się, aby lepiej zobaczyć to, co dostrzegła Geraldine. Na jego nieszczęście, miał trochę rozmazany obraz, natomiast o jego koordynacji dałoby się powiedzieć wiele rzeczy, tylko nie to, że była. To, że jeszcze stał zaliczało się do prawdziwych cudów wieczoru. Cały czas naprawdę dzielnie walczył z grawitacją.
- Wygląda jak owca - mruknął wymownie do Yaxleyówny, unosząc przy tym brwi i zezując oczami w kierunku wspomnianej panny młodej.
Miała nawet bardzo pasującą burzę blond kędziorków. Prawie platynowych, ułożonych w gęstą, sterczącą szopę. Gdyby Ambroise choć trochę bardziej znał się na modzie albo na fryzjerstwie, mógłby stwierdzić, że był to niezbyt udany efekt trwałej, jednak w tym momencie najtrafniejszym, co mogło opuścić jego usta było porównanie kobiety do owcy. Ewentualnie do wacika do uszu albo kwiatu bawełny. Oba były tak samo odpowiednie.
Po tym pierwszym spojrzeniu, jakie rzucił w stronę ładniejszej części młodej pary (jeśli ona wyglądała jak owieczka, jej partner wyglądał jak opos, w dodatku już nieco rozjechany), jego uwagę przyciągnął jednak bukiet młodej panny, nie sama kobieta.
Wiązka była gigantyczna, naprawdę złożona i wyjątkowo oryginalna, zwłaszcza jak na mugolską ceremonię. Nie codziennie widywało się taki dobór kwiatów. Nie tylko po prostu ładny, lecz także pełen znaczeń. Różnych, przeróżnych. Ciekawe, skąd mugole je ogarniali...