Secrets of London
[ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia (/showthread.php?tid=4929)



[ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Cynthia Flint - 21.06.2025

Świt był jeszcze tylko bladą, chorobliwą obietnicą na wschodnim horyzoncie, a jego światło z trudem przebijało się przez gęstą, czarną kołdrę dymu, która okryła Londyn. Powietrze było ciężkie, lepkie od pyłu i sadzy, a każdy oddech smakował popiołem i czymś znacznie gorszym – słodkawą wonią spalonej magii i śmierci, zapachem, który Cynthia znała aż za dobrze ze swojej pracy. Ale nigdy, przenigdy na taką skalę. Nigdy w takich okolicznościach. Przemierzała ruiny ulicy, która jeszcze wczoraj tętniła życiem, a teraz przypominała krajobraz po apokaliptycznej bitwie. Pod jej stopami chrzęściło potłuczone szkło i fragmenty gruzu. Iskry wciąż unosiły się z dopalających się belek wystających z poczerniałych szkieletów budynków, rzucając na jej twarz drgające, pomarańczowe refleksy. Była brudna. Czerń jej roboczych szat była teraz matowa od pyłu i brudna od krwi — nie wiedziała nawet, czy wśród plam nie było jej własnej, a na policzku widniała długa, ciemna smuga sadzy. Kilka kosmyków włosów wymknęło się z jej ciasnego upięcia, przyklejając się do spoconego czoła. Czuła ostre pieczenie na przedramieniu, gdzie gorący odłamek rozdarł materiał i zostawił płytkie, ale bolesne oparzenie. Nie miała czasu rzucić na nie nawet najprostszego zaklęcia leczniczego, podobnie jak na zadrapania i oparzenia na rękach. Była zmęczona i wciąż miała powtarzające się zawroty głowy. Zmęczona do szpiku kości, tak że każdy krok wymagał świadomej decyzji. Nie mogła się zatrzymać. Zatrzymanie się oznaczało myślenie, a myślenie było luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić. Nie teraz. Nie miała pojęcia, ile razy tej nocy korzystała z nekromancji, aby komuś pomóc, wymieszanej z zaklęciami uzdrawiającymi i eliksirami, których w torbie było ciągle za mało.
Skręciła, ruszając w głąb ulicy, gdzie zdawało się jej, słyszała kolejne jęki lub krzyki wzywające pomocy, ale mogło to być tylko urojeniem. Poprawiła torbę na ramieniu, starając się uważnie rozglądać, zwłaszcza po zgliszczach, gdzie wciąż mógł być ktoś żywy. Makabryczna była myśl, że spaleni ludzie nie wytrzeszczali na nią oczu, gdy ich widziała tej nocy, nawet jeśli ciała miały nienaturalne, pełne cierpienia pozycje. Jasna iskra w całym tym chaosie, która pomagała odpędzić poczucie winy na bok. Wciąż tliła się w niej obawa, że wśród zwłok znajdzie się kogoś, kogo bardzo nie chciałaby identyfikować lub też dowie się za kilka godzin w Ministerstwie, że złapali Śmierciożerce, który okaże się tym i tym czarodziejem. Dostrzegła spaloną rękę wystającą spomiędzy kilku desek, a mocna woń palonego ciała uderzyła do jej nozdrzy z taką siłą, że żołądek zawinął się w supeł i znów musiała przyśpieszyć kroku, aby skręcić w lewo — w jedną z przynależących do Horyzontalnej Alejek. Powietrze było tu gęstsze, a dźwięki z głównej ulicy bardziej stłumione, co tworzyło złudzenie chwilowego spokoju. Złudzenie, które prysło w momencie, gdy z cienia na drugim końcu alejki wyłoniła się postać. Poczuła, jak napina się jej ciało, a palce mocniej zaciskają się na pokrytej sadzą, jasnej różdżce. Czarna, długa szata, kaptur i maska, która w migotliwym świetle wyglądała jak upiorna, pozbawiona wyrazu twarz — nie był to z pewnością pracownik Ministerstwa, nie była to ofiara, nie był to zagubiony w chaosie i nieszczęściu mieszkaniec. Zacisnęła wargi, nie mogąc jednak ruszyć się z miejsca — jakim cudem mogła mieć jednej nocy tyle wątpliwego szczęścia, aby wpadać na Śmierciożerców? Czekała na atak. Na błysk zielonego lub czerwonego światła, na inkantację, która miała zakończyć jej życie lub sprowadzić na nią niewyobrażalny ból. Czekała, aż stanie się kolejną ofiarą tej nocy, którą będzie musiał zbadać ktoś inny. I nie wydawało się jej to wcale takie złe.
Ale nic się nie stało.
Postać stała nieruchomo, nie podnosząc różdżki. I właśnie ten brak agresji, ta nienaturalna pasywność w samym sercu piekła, sprawiła, że analityczny umysł Cynthii zaczął pracować, odsuwając na bok pierwotny strach. Zaczęła dostrzegać szczegóły.
Nie wymierzał w nią różdżką. Trzymał ją opuszczoną wzdłuż boku, niemal niedbale. Jego postawa nie była postawą drapieżnika gotowego do skoku, a raczej kogoś, kto czeka. Obserwuje. Odetchnęła bezgłośnie, rozluźniając się i przymknęła oczy, tłumiąc uderzenia serca. I wtedy dotarło do niej, jak słodko-gorzkie to było spotkanie. Rozejrzała się nerwowo, ruszając w jego stronę z miną, która nie zwiastowała niczego dobrego, ale była też pewna, że Borgin nie oszczędzi jej monologu o braku odpowiedzialności.
- Ciesze się, że widzę Cię całego, ale na Merlina, upadłeś na głowę?! Czy Ty wiesz, jakie to niebezpieczne, jeśli ktoś zobaczy, że mnie nie atakujesz i że ja Ciebie nie atakuje? Skończymy w najlepszym wypadku w Azkabanie. A co, jeśli zobaczy to ON? - mówiła cicho, tak, aby tylko on mógł ją usłyszeć. Nie mogła też niczego poradzić na to, że jej spojrzenie przesunęło się po masce, a później szacie mężczyzny, szukając jakichkolwiek ślad ran lub obrażeń, którym mogłaby zaradzić. - Cśśś, bo ktoś jeszcze usłyszy, a ja nie chciałabym Cię mieć na sumieniu. Dzisiejszej nocy mam je naprawdę ciężkie... - dodała, unosząc dłoń i przesuwając brudnymi palcami po szyi, odkleiła od niej umazane sadzą, jasne włosy. Cofnęła się dwa kroki, a potem sięgnęła do torby szukając czego. Ciągle się rozglądała, starała się być ostrożna, a ostatecznie, rzuciła w niego małą fiolką eliksiru, który miał dodać mu nieco energii i jasności umysłu. Wiedziała, że ta noc nie była również lekka dla Stanleya. - Weź to i zabieraj się stąd, spotkamy się za dnia. Gdy będzie bezpiecznie.



RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Rodolphus Lestrange - 22.06.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek]

Krążył wśród popiołu, ognia i ruin niczym sęp szukający swojej ofiary. Z tym, że sępy żywiły się padliną i słabymi osobnikami, a on szukał tych silnych i żywych, w pełni sił. Krążył jednak jak one, nie jak wilk polujący nocą. Krążył szukając kogoś, kogo mógłby skrzywdzić - wzywała go krew, gotująca się w żyłach jak nigdy dotąd. Wiedział, że już niedługo pierwsze promienie słońca oświetlą jego sylwetkę, odzianą w długą czarną szatę i odbiją się od maski, ukrywającą jego tożsamość. Wiedział, że powinien zaraz się ewakuować, wrócić do domu i wziąć gorący, porządny prysznic, żeby móc bez położenia się do łóżka wrócić do Ministerstwa, by odegrać jedną z najważniejszych ról w swoim życiu. Ale nie teraz - jeszcze chwilę chciał napawać się skalą zniszczeń, do których się przyczynił.

Przemierzał uliczki Horyzontalnej i już miał skręcić na Nokturn, gdy dostrzegł sylwetkę. Było ich o świcie niewiele, dbał o to by mimo swojego zamiłowania do chaosu usuwać im się z drogi. Również był zmęczony, jego szata była brudna, na masce znajdowała się krew. Ale tej konkretnej sylwetki nie mógł tak po prostu zignorować. Być może i ochronił dom rodzinny Cynthii, ale nie miał żadnej mocy, by chronić ją w chwili, gdy została wezwana do Ministerstwa. Wysłali ją w teren, a może poszła tu sama? To nie było ważne: ważne, że miała dokąd wrócić. I to dzięki niemu. Stał spokojnie, nie chcąc jej wystraszyć - chociaż może powinien? Może powinien wykonać jakikolwiek krok, żeby Cynthia się odwróciła i zaczęła uciekać w bezpieczne miejsce? Bo mimo że Spalona Noc dobiegała końca, to przecież wcale jeszcze nie było bezpiecznie.

Drgnął jednak, bo nie spodziewał się, że kobieta do niego podejdzie. I... Najwyraźniej weźmie za kogoś innego. Pod maską uniósł brwi, zaskoczony. A więc wiedziała... Wiedziała o kimś. I sama nie była w organizacji - jego zmęczony umysł pracował na najwyższych obrotach, próbując połączyć pasujące do siebie kropki. Dlaczego ta kobieta wiedziała o jednym z nich, skoro sama nie przywdziała czarnej szaty i nie włożyła maski? Gdy podeszła z zaciętą miną, jego serce drgnęło. Dawno nie widział takiej determinacji u nikogo, kto stawał oko w oko z wysłannikiem śmierci. Rodolphus lekko przekrzywił głowę, obserwując każdy krok Cynthii, ale wbrew samemu sobie nie zacisnął mocniej palców na różdżce. Czekał, chociaż sam nie wiedział na co.

Uniósł lewą dłoń, gdy Cynthia skończyła mówić. Ale nie po to, by wziąć od niej fiolkę. Dłoń odziana w cienką, czarną rękawiczkę ze skórki musnęła jej palce, by w końcu zamknąć jej własne palce na fiolce. Lekko naparł na jej dłoń, pokazując tym samym, że nie potrzebuje eliksirów.
- Tobie się bardziej przydadzą - nie musiał się obawiać, jego głos był zniekształcony przez maskę. Wiedział, że wzięła go za kogoś innego, bo Flintówna nie miała prawa wiedzieć, że jest jednym ze Śmierciożerców. Nie mógł sobie pozwolić na niepodjęcie tej rękawicy i zagrania w malutkim przedstawieniu, skoro sama zaczęła. - Nic ci nie jest?
Niech zatrzyma tę fiolkę, jej się bardziej przyda. On za to sięgnął do jej włosów, przyklejonych do szyi. Wyglądała brudno, nieidealnie, ale w tej nieidealności było coś, co nie pozwoliło mu tak po prostu odejść.
- Nie skrzywdzili cię? - lekko zaczesał włosy za jej ucho, nie zwracając uwagi na to, że już raz wykonał podobny gest, u siebie w piwnicy w Walii.


RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Cynthia Flint - 06.07.2025

Nie była tej nocy kobietą rozsądną. I zadawała sobie pytanie, czy kiedykolwiek tak naprawdę taka była? Od nocy rytuału, wiele rzeczy nabrało innych barw, a jasnowłosa kwestionowała podejmowane przez siebie decyzję lub raczej ich brak. Swój sposób życia. Tak, jakby jasnozielone nici nekromancji obudziły w jej głowie szept, którego źródła nie umiała zlokalizować. Może to było po prostu szaleństwo? Westchnęła, zwilżając spierzchnięte od gorącego powietrza usta, zabrudzone sadzą, jak cała reszta. Zniszczenia nie miały końca, podobnie jak ofiary. I chociaż z perspektywy zegarów nadchodził świt, na próżno było jego śladów szukać nad Londynem. Wiedziała, że nie wszystkich mogła uratować, ale pomimo pełnionej przez nią funkcji w departamencie, składała przysięgę uzdrowicielską. A takowe traktowała po prostu poważnie. Słowa, chociaż coraz mniej ważne, coraz częściej rzucone na wiatr lub nadużywane, dla niej były jakąś formą bycia człowiekiem honoru. Nie uciekała więc nawet gdy na jej drodze stanął kolejny śmierciożerca o przerażającej, srebrnej masce. Nie była to forma strachu oczywistego, ale mimika zamkniętej w metalu twarzy wzbudzała po prostu niepokój, który otulał ramiona patrzących na nią osób, niczym koc z gryzącej wełny.

Nie atakował. Patrzył. Jego serce nie przyspieszyło, nie uderzyła w niego adrenalina lub szaleńcza chęć wyrządzenia krzywdy drugiemu człowiekowi, więc uznała, że ma więcej szczęścia, niż rozumu – przynajmniej teraz. Bo ten konkretny mężczyzna pod kapturem nigdy by jej nie skrzywdził. Ulgą było również spotkanie go, bo znaczyło tyle, że Ministerstwo go nie dostało i nie zginął, a znając jego temperament i sposób bycia, wybrałby prowokację i prędzej zginął w walce, niż się poddał. Omiotła więc go spojrzeniem, zła i zadowolona jednocześnie, zmęczona, przebodźcowana. Spodziewała się monologu i machania rękoma, więc ten drobny gest, sprawił, że przez jej twarz przemknęło zaskoczenie. Rękawiczka wydawała się chłodna na jej rozgrzanej skórze, uspokajająca. W niebieskich oczach pojawiła się zatroskana nuta, a spojrzenie z maski przesunęło się niżej, jakby kolejny raz musiała sprawdzić, że nie ma nigdzie krwi, która mogłaby należeć do niego. Zamknęła palce posłusznie, co nie zdarzało się zbyt często i pokręciła głową.
- Nie martw się o mnie. Wiesz, że umiem sobie poradzić. Ty za to musisz być w dobrej formie. Zabrzmi to w zaistniałych okolicznościach niedorzecznie, ale nie jesteś tu bezpieczny. - wyjaśniła, a jej ramiona drgnęły, jakby rozmawiali o zwykłych nadgodzinach w pracy. Toczyła ze sobą wewnętrzną wojnę i nie bardzo wiedziała, co właściwie mu powiedzieć. Brał w tym udział, bo był lojalny, ale przecież nie pochwalał takich metod. Nie człowiek, za którego go brała i który był jej przyjacielem od tylu lat. - Nie, nic. Tylko drobne rany, oparzenia. Tak wiem, wiem, wolałbyś, żebym była w zupełnie innym miejscu, ale jak doskonale zdajesz sobie sprawę, Ministerstwo wezwało wszystkich, zwłaszcza ludzi z doświadczeniem uzdrowicielskim, chociaż... - obróciła głowę na bok, spoglądając na zgliszcza jakiegoś domu, z którego oderwała się kolejna z desek, rozsypując na popiół po uderzeniu we fragmenty gruzu. - Z tą siłą ognia, niewiele było ofiar, którym można było pomóc.

Nie brzmiała, jakby go oceniała, nie robiła mu wyrzutów – pozorny chłód i spokój dominował w tonie jej głosu, jakby odsunięcie od siebie emocji było dzisiejszej nocy kluczem do sukcesu. I pierwszy raz było to tak trudne do osiągnięcia. Wyprostowała głowę, znów dostrzegając rękawiczkę blisko siebie. Posłała mu pytające spojrzenie, ale nie drgnęła nawet, znów skupiając się na chłodzie materiału – w tym piekle wszystko wydawało się zimne. Nie był to gest, do którego była przyzwyczajona, ale nie umiała połączyć kropek. Ba, nawet jeśli przez myśl jej przeszło, że ostatnia osoba, która w ten sposób ją dotknęła, mogłaby być powiązana z organizacją, nie podążyła jej szlakiem. Zbyt wiele się działo. Uśmiechnęła się jednak, kręcąc głową.
- Jesteś naprawdę zmęczony. - zaczęła retorycznie, dając mu do zrozumienia, że obudziło w nim to chyba sentymentalność. A to często prowadziło do ostrożności. Wyciągnęła więc rękę do góry, zbliżając się nieco i stanęła na palcach, bo nie miała tak wysokich butów, jak zwykle, a potem pstryknęła palcami w czoło maski delikatnie, uważając, aby nie drgnęła i nie spadła. - Spotkałam Twojego towarzysza i chociaż nie był hmmm.. zadowolony z mojej postawy, wciąż żyje. To przez ojca, prawda? Wsparcie, które on wam daję, sprawia, że dopóki nie przeszkadzam za mocno, nie zginę, nawet pracując w Ministerstwie? Nie możesz sobie teraz pozwolić na troskę o kogoś innego niż Ty sam.. Pomyśl, co powiedziałaby Twoja matka.- opadła na całe stopy, cofając dłoń i poprawiła torbę na ramieniu. Zapomniała się trochę, to nie było bezpieczne dla nich obojga, bo gdyby ktoś zobaczył, o Merlinie. Jakby miała się z tego wyłgać. Ściągnęła brwi. - Idź, zanim ktoś zobaczy. A jeśli tak, to mnie po prostu zaatakuj. Nie narażaj się żadnej ze stron, rozumiesz? Ja sobie poradzę, a wiesz, że magia bojowa nie jest moim największym talentem. Mogłabym złamać Ci rękę, ale bardzo bym nie chciała. - przekręciła głowę na bok, lustrując go wzrokiem, zanim rozejrzała się kolejny raz.
Nie zauważyła cienia wśród czerni spalenizny, nie wyczuła spojrzenia i kłopotów, które miały za kilka chwil nadejść.


RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Rodolphus Lestrange - 21.07.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek]

Rodolphus ściągnął brwi pod maską. To, jak Cynthia się zachowywała, sugerowało że brała go za kogoś innego. Kogo? Nie miał pojęcia - i raczej nie interesowało go, za kogo go miała. Zbierał jednak informacje, zapamiętywał każde jej słowo, żeby później w spokoju móc przeanalizować tę rozmowę i dopasować maskę oraz pseudonim do osoby, o którą Flint mogła się martwić. Czy czuł się zazdrosny, że była z kimś innym tak mocno związana? Nie, jeszcze nie. Każde z nich miało swoje życie, a mimo iż Cynthia zainteresowała go swoją wiedzą i sposobem bycia, to nie planował zarzucać na nią sieci. Była zbyt cenna, by próbować nią manipulować w tak obrzydliwy sposób, jak robił to na przykład z młodym Mulciberem.
- Nikt dzisiaj nie jest bezpieczny. Ty mogłaś być, twój dom stoi i ominęły go jęzory ognia - powiedział, lekko przekrzywiając głowę. Gdy pstryknęła go w maskę, przewrócił oczami, czego na szczęście widzieć nie mogła. - Wiesz dobrze, że ministerstwo nie zauważyłoby twojej nieobecności. Są pogrążeni w chaosie, a to dopiero początek.
Nie musiała pytać, skąd to wie. To było oczywiste, że jako śmierciożerca wiedział więcej, niż inni. Nie znał wszystkich planów swoich towarzyszy, ale słuchał i obserwował. Sam niszczył kominki sieci fiuu i mordował sowy, by przerwać komunikację. Sam zamordował kilka osób, by rozgłośnia radiowa Nottów przestała nadawać.

Chaos.

Słodki chaos, który opanował Londyn, miał woń ognia i popiołu. Słodyczą był tu gryzący dym i kłęby sadzy, wpadające w płuca. Tak bardzo skupiony na Cynthii również nie dostrzegł cienia gdzieś z boku.
- Za kogo mnie bierzesz, jeżeli uważasz, że mógłbym podnieść na ciebie różdżkę? - zapytał cicho, obracając swoje narzędzie zbrodni w palcach odzianych w rękawiczkę. Nie spuszczał z niej wzroku, ale coraz bardziej intrygowało go to, z kim go myli. Na wspomnienie o złamaniu ręki tylko prychnął. - Nie zdążyłabyś podnieść na mnie ręki.
W tych słowach brzmiała okropna pewność siebie, połączona z pychą. Ale Lestrange posłusznie cofnął się o mały krok, chociaż nadal nie unosił różdżki. Wzruszył ramionami na pytanie o jej ojca. Cynthia chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak to wszystko działało. Nie byli brutalami, którzy mordowali wszystkich jak leci. Oni po prostu walczyli o lepsze jutro.
- Jesteś czystej krwi czarownicą. Utalentowaną, lojalną i pewnie stąpającą po ziemi. Nawet jeżeli nie opowiedziałaś się po żadnej ze stron, to takie osoby są cenne. Ale musisz wiedzieć, że czas wyboru nadchodzi. Nie możesz stać do końca życia w rozkroku, unikając odpowiedzialności.
Czy wiedziała, że ten czas nadchodził szybciej, niż się spodziewała? Powinna, nie była w końcu głupia. Ale czy wiedziała, że przyjdzie on lada moment, a gdy w końcu wybierze jedną ze stron... To nie będzie odwrotu? Lestrange cofnął się o jeszcze jeden krok, dając jej odpowiednią przestrzeń, ale nie odchodził. Nie nawykł do tego: jeżeli chciała, żeby się rozdzielili, to ona musiała zrobić pierwszy krok.


RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Cynthia Flint - 25.08.2025

Cynthia słuchała go w nieruchomym milczeniu, a otaczający ich chaos – trzask płomieni, dalekie krzyki, gryzący dym – zdawał się na moment cichnąć, skupiony w tej małej przestrzeni pomiędzy nimi. Świadomość, że był bezpieczny, odrobinę poprawił jej humor, ale wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na żadne sentymenty, nie mogła pozwolić sobie na emocje. Gdy dookoła było tyle pracy, ostatnie, czego potrzebowała, to uciekające gdzieś myśli i ryzyko podjęcia złej decyzji, gdy uzdrowiciel musiał działać szybko. To był jego głos, zniekształcony przez magię maski, ale pod spodem kryła się ta sama, znajoma arogancja – trzymała się kurczowo tego pomysłu.

Znów westchnęła, kręcąc delikatnie głową, a usmolone pasmo jasnych włosów uciekło z popsutego już upięcia, przemykając po policzku i zostawiając tam kolejną smugę.
- To, że mój dom wciąż stoi, to żadne pocieszenie, gdy płonie całe miasto. - zaczęła w końcu, a jej ramiona drgnęły lekko, jakby kwestia ta była Cynthii zupełnie obojętna. Nie była głupia, doskonale zdawała sobie sprawę, że płomienie ominęły ich posiadłość nie z przypadku, a w efekcie zamierzonych działań. Ciężko było tylko stwierdzić, czy zapewniły to starania jej ojca w pomocy Śmierciożercom, czy może była to kwestia jej własnych znajomości z ludźmi, którzy nosili upiorne maski. - To Twoja zasługa? - nie mogła się powstrzymać przed zadaniem pytania, chociaż bez widoku na jego twarz, trudno byłoby stwierdzić, czy kłamał. - Noc pełna jest tragedii i strat, jeden budynek nie robi różnicy. Chaos w Ministerstwie nie jest czymś nowym, obydwoje o tym wiemy z własnych doświadczeń. Dzisiejszej nocy po prostu wylewa się na ulice i mogą zobaczyć go wszyscy, co wywoła jeszcze większy chaos wśród społeczeństwa.

Mogła tylko domyślać się, że było im to na rękę. Nad kwestią ewentualnych ofiar z jego dłoni lub z różdżki kogokolwiek, kogo znała bliżej, nie mogła się zastanawiać – zwłaszcza gdy nie mogła pozbyć się wrażenia na własnych palcach, które zagościło w jej głowie podczas spotkania z Lou wcześniej. Unikała nawet spoglądania w tym kierunku. Na jego pytanie nie odpowiedziała, chociaż przez ułamek sekundy kąciki jej ust drgnęły w rozbawieniu. – Nie próbuj mi wmawiać, że nie zdążyłabym podnieść ręki. Oboje wiemy, że nie chciałbyś, żebyśmy to sprawdzali. To, że nie używam swoich umiejętności w tym zakresie, wcale nie oznacza, że nie wiem, jak to zrobić i że jestem bezbronna.
W przeciwieństwie do niego nie brzmiała pysznie, brzmiała dość łagodnie, chociaż nuta stanowczości pojawiła się gdzieś w wypowiadanych słowach. Nie była w tym ostentacyjna, ale nigdy nie wątpiła we własne możliwości, bo tylko ona wiedziała, jak wiele czasu poświęciła, aby umieć to, co umiała. Były to lata wyrzeczeń, czego teraz jeszcze nie potrafiła dostrzec, bo była zbyt młoda.

Nie odrywała od niego wzroku, gdy mówił, a jej twarz pozostawała niewzruszona, chociaż w jasnych tęczówkach okazjonalnie dało się dostrzec mniejszy lub większy błysk, stłamszony przez resztki zdrowego rozsądku, który miała. Wartości, wybór, brak odwrotu – zestawienie słów, które się jej nie podobało. Miał racje, czego by mu w tych okolicznościach nie przyznała, o tym, że nie mogła wiecznie balansować na krawędzi dwóch światopoglądów i liczyć na jakiś cud. Ten czas dobiegał końca, a ona musiała przyjąć konsekwencje swoich działań i wyborów, nawet jeśli była z nich niezadowolona. Słyszała w tym echa rozmów z własnego domu, słyszała w tym ideologię, którą karmił się jej ojciec.
– Mówisz, jakby jedynymi opcjami były ogień i chaos albo… powolna zgnilizna w Ministerstwie w obronie tego, o co z każdym dniem mniej osób walczy. Czy to jest ten wybór, który oferujecie? Popiół i strach? Czy to jest to twoje "lepsze jutro"? Pełne zgliszczy i tragedii, zniszczonych rodzin i żyć – nie tylko mugoli, ale również Czarodziejów? Są inne sposoby. - mimowolnie rozejrzała się dookoła, dostrzegając zamiast znajomej uliczki, fasad domów i ogródków, jedynie popiół i gruz. Nie chciała się z nim kłócić. Nie teraz, nie w tych okolicznościach, dlatego znów podniosła na niego spojrzenie, kontynuując. - Nie czas teraz na to, porozmawiamy jutro lub pojutrze. Tam, gdzie zwykle?- dodała ciszej, nie ruszając się z miejsca. Tkwienie z kimś, kogo znała i kto żył nawet przez krótką chwilę, dawało jej odetchnąć.
A przecież nie powinna była i doskonale świadczył o tym kolejny ciąg niefortunnych wydarzeń. Co dziwniejsze, wszystko działo się szybko, a jednocześnie miała wrażenie, że ogląda wszystko w zwolnionym tempie. Najpierw były kroki, urywany oddech, jakieś jęknięcia, a gdy odwróciła twarz w stronę źródła hałasu, dostrzegła sylwetkę. Mężczyzna w średnim wieku, do którego twarzy przywarła rozpacz równie mocno, co popiół, szedł w ich kierunku, kręcąc z niedowierzaniem głową.

- Nawet Ministerstwo obraca się przeciwko niewinnym ludziom! To wszystko wasza wina, mordercy! - jego głos rozniósł się początkowo, ale umilkł wśród płomieni i kolejnego huku, wywołanego przez walące się piętro budynku. Patrzył na nią z nienawiścią i pretensją, zupełnie ignorując Śmierciożercę, którego działań i poglądów był najwidoczniej świadomy. Przez ułamek sekundy ją sparaliżowało, bo wzrok ten przypominał gorący sztylet, który dotarł prosto w jej duszę, wywołując dreszcze na całym ciele i skurcz żołądka. Chyba dlatego, że nigdy nikt nie patrzył na nią w taki sposób, a do tego mając pewną słuszność, bo też była winna. Nie mogła ruszyć się z miejsca, chociaż w te kilka ciągnących się w nieskończoność sekund, zaczął wykonywać ruch różdżka. Zamrugała, zaciskając palce na własnej broni i niewerbalnie rzucając czar – taki, aby nie zrobić mu zbyt dużej krzywdy, a jednocześnie zmienić trajektorię lotu – najprostsze, co mogła zrobić, to złamać mu rękę i tym samym sprawić, że zaklęcie skierowałoby się w jeden z budynków, nie robiąc żadnej szkody jej czy Stanleyowi.

[size=x-small]rzucam nekromancję na złamanie/wykręcenie ręki npc tak, żeby pocisk trafił w niebo lub w budynki dookoła[/size
[roll=W]

Gruchnięcie i kolejny krzyk, tym razem o zupełnie innym brzmieniu, świadczył o sukcesie. Złapała oddech, zdając sobie sprawę, że brakowało jej powietrza i zaczynało się jej kręcić w głowie, cofając się jednocześnie o krok. Odprowadziła wzrokiem jasną, ognistą kulę, która miała zrobić z niej kolejną ofiarę dzisiejszego wieczoru. Mężczyzna trzymał się za rękę, stojąc w miejscu, szukając różdżki, która pod wpływem urazu, wypadła mu z dłoni, lądując gdzieś wśród kamyków, popiołu i patyków. Żołądek znów ją skręcił, wywołując fale nieprzyjemnych dreszczy i gęsią skórkę - musiała coś zrobić, bo przecież widział i słyszał ich rozmowę. - Mogę.. Mogę..- zaczęła cicho, szukając rozwiązania, które byłoby skuteczne i nie do złamania przez standardowe procedury stosowane w Szpitalu Św. Munga. - Namieszać mu w głowie...?


RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Rodolphus Lestrange - 15.09.2025

Chaos zdawał się kłębić wokół nich, lecz nie pomiędzy nimi. Ogień trzaskał wściekłe, uderzając w niebo z charakterystycznym świstem, powodując że kolejne budynki i drewniane elementy domostw w Magicznym Londynie płonęły od niszczycielskiej siły. Jednak pomiędzy nimi było cicho. Spokojnie, jakby nagle powietrze postanowiło otoczyć ich bańką, przez którą na kilka uderzeń serca nie przechodził nawet dym.

Zaśmiał się cicho, gdy orzekła, że to żadne pocieszenie z ochrony jej domu. Wiedział, że Flintówna była dumna i szlachetna, lecz nie wierzył w to, że zbyłaby wzruszeniem ramion fakt, że doszczętnie spłonęła rezydencja jej rodziców. Gdy stawiano kogoś przed takim wyborem, zwykle opowiadał się za heroizmem - był jednak przekonany, że gdyby dom Cynthii płonął, teraz przed sobą nie miałby królowej lodu, a rozjuszoną bestię, groźniejszą niż ogień trawiący Londyn.
- Moja - nie widział powodu, dla którego miałby kłamać w tej kwestii. Ton głosu Rodolphusa, mimo iż zniekształcony przez maskę, nie zdradzał chełpliwości czy dumy z tego, że ochronił Cynthię i jej rodzinę. To było naturalne tak, jak oddychanie. - Niech widzą. Niech patrzą na to, jak nieudolna jest instytucja, która nie potrafi poradzić sobie z żadną, nawet najmniejszą kłodą, którą rzucamy pod nogi.
Od miesięcy podkopywali Ministerstwo i siali chaos oraz zniszczenie - urzędnicy oraz sama Jenkins nie byli w stanie poradzić sobie z Knieją czy zimnem, które dotknęło ich Aurorów. Niech ludzie zobaczą, że Ministerstwo Magii nie potrafiło poradzić sobie z niczym.

Gdy wspomniała o tym, że potrafi się bronić, przytaknął grzecznie - uprzejmie, jak dżentelmen, którym przecież był. Cała ta maskarada była coraz lepszą grą, która podobała mu się z każdą chwilą jeszcze bardziej.
Za kogo mnie bierzesz, Cynthio Flint? krzyczały jego myśli i oczy, skryte pod maską. Gdyby tylko się zbliżył jeszcze trochę, gdyby nie zrobił tych trzech kroków, Flint dostrzegłaby stalową szarość, nie oczy Borgina.

Bardzo chciał jej odpowiedzieć - powiedzieć frazesy o ofiarach dla lepszego jutra, o zdrajcach krwi. Nawet nabierał powietrza w płuca, by móc wypluć kolejną salwę utartych frazesów, w które święcie wierzył. Lecz ktoś im przerwał. Jak mógł nie dostrzec tego cienia? Lestrange uniósł różdżkę w ostrzegawczym geście, chociaż czarodziej kierował swe oskarżenia w kierunku blondynki, nie jego samego. A z ich dwójki to on nosił śmierciożerczą maskę. Widząc ruch różdżką, sam rzucił zaklęcie, chcąc wytworzyć między mężczyzną a Cynthią tarczę.

Rzucam na Rozproszenie - stworzenie tarczy
[roll=PO]

To nie było konieczne, bo Flint faktycznie była szybka. Zapewniała go łagodnie o swoich umiejętnościach, a chwilę potem łamała rękę przypadkowej osobie i pytała o to, czy może namieszać nieznajomemu czarodziejowi w głowie.

Po czyjej stoisz stronie, Cynthio?

Zdawało się, że po swojej własnej. Rodolphus zbliżył się do kobiety, by ją podtrzymać. Delikatnie, ale na tyle pewnie by wiedziała, że nie upadnie.
- Musisz - Lestrange schylił się, by zrównać ich głowy na jednym poziomie. - Nie dam cię skrzywdzić nikomu. Jeśli słyszał naszą rozmowę, spotka cię los gorszy od śmierci. Jeżeli ty nie wejdziesz mu do głowy… Zrobię to ja.
Czy Stanley miał takie umiejętności? Szare oczy błyszczały w szparach w masce. Czy Flint zorientuje się, że to nie Borgin ją delikatnie podtrzymuje i nakłania do złego?


RE: [ Spalona Noc 9 IX| It's always darkest before the dawn | Rodolphus & Cynthia - Cynthia Flint - 03.11.2025

Była dzieckiem nocy, kochała srebrny blask gwiazd roznoszący się po bezkresnym granacie nieba, podsycany ciemnością. Odnajdywała w niej spokój, doskonałe warunki do rozwoju i nauki, swoje bezpieczne miejsce. Noc była znacznie cichsza od dnia, ale gdy człowiek się wsłuchał, można było tak wiele odkryć. Od śmierci jej matki żadna jednak nie była tak intensywna, tak zaskakująca i pełna emocji. Złudzenie, że świat dookoła się zatrzymał, pozwalało złapać oddech, nawet jeśli było kłamstwem. Ta bańka mogłaby trwać dłużej, gdyby to od niej zależało. Była już zmęczona, a przecież do świtu wciąż zdawało się daleko, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka ruchów wskazówki zegara. Im dłużej tkwiła bliżej niego, tym więcej różnic dostrzegła, drobnych detali, które miały dzielić zamaskowaną postać od tego, za kogo ją uważała. Mógł czuć, jak spojrzenie jasnych oczu chciało przedrzeć się przez metal chroniący jego twarz.

- Twoja. - przytaknęła, powtórzyła cicho, zirytowana cieniem na jego oczach, który uniemożliwiał jej dokładną ocenę koloru. Nie była te pewna, czy te ich kostiumy nie zmieniały go w sposób podobny, co zmieniały głos. Cynthia nie była kimś, kto chciałby pokazać słabość i dać komukolwiek odczuć, że potrzebuje ochrony, bo przecież zwykle ona się tym zajmowała, ale dziś było trochę inaczej. Może przez to, że wciąż widziała krew na dłoniach, ilekroć na nie spojrzała? A może przez ilość trupów, które już pozostawiła za sobą i obudziły w niej myśl, która zastanawiała się nad tym, czy ktokolwiek by zwrócił uwagę, że zniknęła. Rozpłynęła się w płomieniach. A jednak ktoś ją chronił, tak po prostu i bez wymagania od niej porzucenia wszystkiego, w co wierzyła. Odetchnęła cicho, nawet tego nie kryjąc, a cień uśmiechu przemknął przez jej twarz, emanując wdzięcznością i zapewnieniem, że jakoś będzie mogła spłacić ten dług. Skupiła się na tym na tyle, że poza mruknięciem na słowa o Ministerstwie magii, nie powiedziała niczego. Bo miał rację.

Nie bez powodu ulubioną formą zabawy Cynthii były bale maskowe. Tam człowiek mógł być, kim chciał. Maska zapewniała przez kilka godzin wolność, chociaż w jego przypadku była ona elementem wiążącym długoterminowo. Stanley też by przytaknął, a jednak w mowie jego ciała było coś zupełnie odmiennego od tego, co znała tak dobrze. A może to peleryna płatała figle?

Potem wszystko działo się szybko. Bańka pękła, świat zawirował i ruszył, przywołując ją do ognistej rzeczywistości potokiem słów i pretensji. Przeklęła w myślach brzydko – tak, jak dama nie powinna, ale było to wynikiem obawy, że więcej czerwieni pojawi się na porcelanowych niegdyś palcach. Zadziałała instynktownie, wykorzystując tę dziedzinę, którą znała przecież najlepiej. Nie chciała go zabić, chociaż wszystko w jej głowie świszczało, że przecież powinna, bo widział. Wiedział. A to wiązało się z ryzykiem i to nie tylko dla niej, bo o siebie przecież by się tak nie martwiła.

Przełknęła haust powietrza zbyt gwałtownie, znów poczuła palenie w płucach i smak popiołu na języku. Przystąpiła z nogi na nogę, a co dziwne, jej jasna różdżką nawet nie drżała w palcach, chociaż tak mocno ją ściskała. Odetchnęła, dopiero gdy ją przytrzymał, wyrwana z transu tworzących się w jej głowie scenariuszy. Zamrugała, przyglądając się masce z bliska, nie drgnęła nawet. Gdy się zbliżył, płomienie odbiły się na metalowym licu, rozświetlając na chwilę jasne, znajome oczy. Nie drgnęła jednak pozwalała mu mówić, czując, jak szybko uderza jej serce i jak kolejne pytania pojawiają się w jej umyśle. To nie była osoba, której się spodziewała. To nie był ktoś, kto miał powód, aby ją chronić. A jednak uwierzyła mu, zupełnie irracjonalnie kiwnęła głową, na znak, że rozumie, bo miała wrażenie, że tkwiła tu całą wieczność w tym bezruchu. Dotarło też do niej, że Stanley by go po prostu zabił. Nie czekałby, nie ryzykowałby. Nie w takiej sytuacji. Uniosła dłoń, osmolone palce przemknęły po chłodnym policzku maski, co było zaskakujące, bo przecież temperatura dookoła była wysoka pomimo września, zwykle deszczowego i chłodnego.
- Zajmę się tym. Nie ryzykuj już więcej. - zaczęła w końcu, chyba zaskoczona tym, co mówiła, bo przecież w pierwszym momencie, chciała po prostu pozwolić mu się tym zająć. Był w tym lepszy. Ostatecznie jednak to był jej bałagan. Wspięła się na palce, pochylając nieco – tak, aby tkwiący niedaleko człowiek nie mógł usłyszeć tego, co mu mówiła. Adresu, krótkiej instrukcji. - Za dwa lub trzy dni. Idź już. Unikaj głównych ulic po zachodniej stronie miasta.

Odetchnęła, jeszcze zanim cofnęła się i zwiększyła dystans między nimi. Przymknęła na chwilę oczy, starając się uspokoić myśli i próbujące przebić się przez lodowe mury emocje, bo wciąż nie było na nie miejsca, nie było na to czasu. Musiała być tym, czym była ostatnie lata. Zbliżyła się więc do człowieka ze złamaną ręką, który nieudolnie się cofał i wyciągnęła różdżkę w jego stronę, odkładając torbę na bok.
Musiała zająć się tą sprawą i mieć pewność, że wszystkie dzisiejsze sekrety zostaną w pogorzeliskach.

Koniec sesji