Secrets of London
[8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu (/showthread.php?tid=4940)



[8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - Laurent Prewett - 28.06.2025

Ten rzeczywisty sen dziwnie malował się za szybami trzęsącego się na nierównej powierzchni auta. Laurent miał ochotę ciągle otworzyć szybę, żeby odkryć, jak smakuje naprawdę ten popiół i przekonać się, że to śnieg. Taka anomalia pogodowa, a nie żaden koszmar, o którym mówili w radiu. Jeśli Flynn chciał to radio załączyć na wiadomości - Laurent zażądał, żeby je wyłączyć. Nie chciał tego słuchać. Tak jak nie chciał słuchać muzyki. Chciał wsłuchiwać się w rytm tej maszyny, którą Flynn go wiózł. Jakoś inaczej sobie wyobrażał wycieczkę tym urządzeniem zwanym samochodem. Raczej w tym wszystkim był koszyczek wiklinowy, pyszne kanapki i pudding dyniowy, szarlotka dla Flynna i gorąca herbata owocowa z miodem. Był też koc w kratkę - taki wielki - i zabrudzenie go później uniesieniami ciał pod kołyszącymi się liśćmi drzew. Inaczej wyobrażał sobie też swoje życie. Na pewno nie siedząc obok osoby, której nie wiedział, czy bardziej ufał, czy po prostu już tak bardzo było mu obojętne, co się stanie, że się w to rzucił.

Jechał tym samochodem i tak naprawdę nie wiadomo było, po co. Był bezużyteczny. Mógł ruszyć na akcje ratowania magicznych stworzeń, ale te traciły na wartości i znaczeniu przy tym, że umierać mogli naprawdę czarodzieje. Priorytety. W obu przypadkach przecież był bardziej balastem, niż kimś, kto mógłby pomóc. Nie chciał o to pytać - czy mogę pomóc? To było jak określanie własnej wartości. Tłumaczenie: słowem też można pomóc było słodkie, tak. Być może wystarczająco słodkie, bo całe to odrealnienie tej sytuacji sprawiało, że jego pewność się nie chwiała. Problemem stawało się jednak zdrowe ocenianie ryzyka. Niby nie czuł strachu, a jednak zaczynał drżeć na tym siedzeniu, wpatrując się wielkimi, szeroko otworzonymi oczami w tę drogę.

W końcu spojrzał na dłoń Flynna znajdującą się na... na czymś. Nie wiedział, czy mógł mu przeszkadzać, czy dotyk nie był rozproszenie. Powoli wyciągnął więc rękę, żeby swoją dłoń ułożyć na jego dłoni na skrzyni biegów. Tak, by mu nie przeszkadzać, delikatnie. Czując jego ciepło trochę przestał drżeć.

- Macie w cyrku trochę stworzeń magicznych... mogę z nimi pomóc. - Zaoferował się. Tak, była tam ta jedna dzika kobieta, która sama wyglądała jak lew, ale... ale. - O ile moje pojawienie się tam nie zrobi więcej problemu. Mogę po prostu... poczekać. Tutaj. - I nie przeszkadzać. Nie przeszkadzać Flynnowi. Straszna myśl - rola: nie przeszkadzaj. Nie chciał, żeby tak czuł się ktokolwiek. I sam nie chciał się tak czuć. Zarazem jednak zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń i widział, jak bardzo Flynn się przejmuje tym wszystkim i nie zamierzał grać bohatera.




RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - The Edge - 04.07.2025

Prowadzenie auta o tej porze dnia było czymś, czego zakazywał sobie nawet w stanie kompletnej nietrzeźwości, a wtedy do głowy przychodziły mu najgłupsze z najgłupszych pomysłów. Gdyby nie modyfikacje, jakich dokonał w światłach, prawdopodobnie dachowaliby na poprzednim zakręcie. Wyraz jego twarzy wskazywał więc teraz na głębokie skupienie i stanowił wybitnie dobre odbicie stanu jego umysłu – bo szarówka sprawiała, że stawał się niemal kompletnie ślepy. Katastrofa – to pewnie pomyślałby każdy, kto go nie znał – ale dla niego katastrofą było zbytnie przejmowanie się tym, co znajdowało się u celu wyprawy. Ilość energii, jaką musiał poświęcić, żeby nie zabić ich po drodze, skutecznie spychała na dalszy plan najgorsze z myśli, a on... był specjalistą z przytłaczania samego siebie coraz bardziej i bardziej. Czy Londyn naprawdę płonął? Jako jedyni jechali w jego kierunku, kiedy wszyscy inni kierowcy próbowali wydostać się z piekła. Czasami nawet trąbili na niego i krzyczeli, żeby zawracał, ale przecież Bellowie nie mieli szans złożyć wszystkich namiotów, a znając tych sentymentalnych głupków, nie chcieli porzucić wozów za sobą i uciec.

Nie było żadnej muzyki. Nie było żadnych wiadomości. No bo przecież kiedy było głośno, to gorzej się widziało – to była niepisana, ale istotna zasada bycia kierowcą.

Huh? – W pierwszej chwili nie zareagował na jego słowa, niczym innym niż krótkim dźwiękiem wydanym jakby od niechcenia, gdzieś pomiędzy trzecią i czwartą myślą o tym, że widział coraz mniej. Widział coraz mniej i przejmował się coraz mniej. Udało mu się nie mieć w głowie martwego Caina, udało mu się odrzucić perspektywę płonącego żywcem Alexandra – i próby budowania czegokolwiek z Laurentem na dwóch trupach, z którymi nie mógł zamknąć historii w normalny sposób.

Ale był też dotyk i dotyk działał na niego w sposób, który był przewidywalny – jego ręka przesunęła się na udo blondyna.

Samochód wyraźnie zwolnił, a on wreszcie na niego spojrzał, splatając razem ich palce. Wydał z siebie jeszcze krótkie hmm i ah, obracając w głowie istotę tego, co Laurent w ogóle tutaj sugerował.

Nie – powiedział, mrużąc oczy, żeby dostrzec, w który zjazd powinien teraz skręcić. – To znaczy nie-nie-zostaniesz-tutaj, a nie-nie-możesz-pomóc-ze-zwierzętami. Ale pewnie wszystkie będą w klatkach. Jeżeli Bellowie mieliby robić ci jakieś problemy, to po prostu stamtąd spierdolimy. – Nie spostrzegł tego, że projektował na niego własne obawy względem jego otoczenia – brak akceptacji, odrzucenie, bycie wiecznie niedopasowanym puzzlem. Widmo bezużyteczności było w nim silne, ale nie tak silne jak to. Nie ukrywał więc, że miał ułożone priorytety – i chociaż wcześniej mówił o strachu przed potrzebą wybrania kogo chciał w tych warunkach ochraniać, odpowiedź była oczywista. Nie zmienił się ani trochę, gdyby Prewett kazał mu porzucić Bellów drugi raz, The Edge zapadłby się pod ziemię z dnia na dzień.


RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - Laurent Prewett - 08.07.2025

Odczucie tego, czy jechali szybko, czy może jednak wolno, jakoś nie istniało. Wydawało się, że sunęli wręcz ślamazarnie wolno w porównaniu do tego, jak mogli przesuwać się na abraksanach. Pewnie już dwa razy zdążyliby dotrzeć do Londynu. Okoliczne widoki zasnute szarugą i oślepiające błyski lamp z aut jadących z naprzeciwka nie budowały wrażenia lepszego niż powiększające się napięcie. Nie było dobrze, ale nie miało być. Łatwo ogłupiać samego siebie tekstami, że wszystko będzie dobrze. Potem leci krew, gasną czyjeś oczy - i..?

Na razie krwi nie było. Była tylko droga z niewygodami, przy którym Laurent mógł stwierdzić, że więcej nie chce do tego samochodu wsiadać. Trzęsło, telepało, rzęziło, huczało. Bolała go głowa i nie wiedział, czy to od stresu i napięcia, które nie malało, od tego szumu, czy może wszystko na raz. Cholerna niewygoda siedzenia prowadziła do tego, że trochę się poprawiał. Automatycznie gdzieś w trakcie prostował, a potem sobie uzmysławiał, że wcale prostować się nie musi. Mieszanka "chcę wysiąść" oraz "chcę dojechać jak najszybciej" mieszała się ze sobą. Te duszności - też nie potrafił powiedzieć, czy kaszel, jaki zaczął go męczyć, był wynikiem tego pyłu, czy może czegoś zupełnie innego. Coś przeszkadzało jednak w płucach. Na podobieństwo dymu od ogniska, który raz się dostał do twojego ciała i już nie chciał go opuścić, nie ważne, jak mocno próbowałeś i się starałeś.

Jechali. Mimo wszystko jechali i Laurent spodziewał się zobaczyć czerwoną łunę na horyzoncie, kiedy będą już wystarczająco blisko.

- Postaram się nie robić problemów. - Obiecał na te słowa, bo nie chciał, żeby "spierdalali". Nie chciał, żeby Flynn musiał cokolwiek wybierać, ani nawet nie chciał testować tego, czy to, co teraz mówił, było prawdą, czy tylko pierwszym, co mu ślina na język przyniosła i... ah. Nie, właściwie to wierzył, że rzeczywiście by go stamtąd zabrał. Nie zmieniało to tego, że wcale nie chciał tworzyć takich sytuacji, a tym bardziej zmuszać do wyborów. Jego ogłupienie wszystkimi informacjami i emocjami spijały się we wżerającego się pod skórę kleszcza, który zamiast krwi chciał spijać kolejne zapewnienia o tym, że będzie dobrze. Jego głowa to produkowała - ale chciał to słyszeć. Nie był gotowy na prawdę. Wcale nie chciał żadnej prawdy. Chciał teraz stado słodkich kłamstw i dotyk gorącej dłoni na swojej udzie. Pamięć o śmierci sprzed tygodnia i pamięć o kiepskiej widoczności Flynna w nocy całkowicie uciekły z jego głowy. Jak opowieść Poe, która rozwiewa się wraz z dymem. Ile pozostaje po słodkich, sielankowych popołudniach? Życie daje ci cytryny - no dalej, zrób lemoniadę! A może daje ci je, żeby w końcu dosypać do tej lemoniady arszenik i dać sobie ze wszystkim spokój.

- Masz lusterko? W razie czego będę swoje miał ciągle pod ręką... - zakaszlał znowu - Przepraszam. Zaraz mi przejdzie. - Uderzył się parę razy w klatkę piersiową, gdzie czuł to mizernie bijące serce. - Tak sobie pomyślałem, że skończył się już sezon dla pszczelarzy, będę musiał kupić dla ciebie zapas słoików miodu... jadłeś kiedyś ten gryczany? Ma bardziej intensywny smak, ale może wolisz jednak ten lipowy, jest słodszy...




RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - The Edge - 09.07.2025

Na każde zmartwienie było miejsce i czas, tak? Na każdą z emocji przeplatającą się przez ich życiorysy. Nie dało się być człowiekiem wiecznie szczęśliwym – powinien zachować takie fantazje na życie, w którym wylosował lepszy zestaw kart – naprawdę próbował zaakceptować wszystko to, czym zalewał go wszechświat, ale momentami nie potrafił. Czarny ptak, któremu ukradł kiedyś imię, był symbolem śmierci i on też nieumyślnie stał się jej mistrzem. Nie miał żadnej kontroli nad tym, co go spotykało – wszystko, co robił zdawało się być efektem wejścia do nurtu istnienia i radzenia sobie z rzeczywistością jakkolwiek tylko mógł, a nie sumą własnych decyzji i pragnień. Istniała tylko jedna rzecz, gdzie dominował – cielesność nie miała przed nim żadnych tajemnic. Wiedział, w jaki sposób oczarować kogoś jednym spojrzeniem. Potrafił zaspokoić nawet najśmielsze pragnienia i... chociaż nie lubił o tym myśleć – zdawał sobie sprawę z kruchości ludzkiego oddechu i był w stanie odebrać go szybciej, niż ktoś orientował się o tym, że za moment nastąpi koniec. Może kapłani mieli rację i to faktycznie była jakaś kara. To, że szczytem jego życia był moment, w którym pierwszy raz wstrzyknął sobie heroinę i permanentnie zniszczył własny mózg, a tam dalej wciąż były rzeczy i wypadało je jakoś przeżyć. To, że miłość wydawała mu się być podobna. Początkowy zastrzyk euforii był nawet lepszy niż trucizny odurzające, ale tak jak heroina unosiła człowieka w górę, a później ściągała go w dół i przygniatała do ziemi, tak miłość... przynosiła mu spełnienie po to, żeby chwilę później każdy dobry moment został zgnieciony na pył i zamknięty na strychu starego domu, gdzie nie dało się go znaleźć. Były uśmiechy i westchnienia, znienawidzone randki przy jedzeniu, ale przynajmniej z nim. Były książki, opowiastki. Było wpatrywanie się w morskie fale i coraz głębsze zrozumienie, dlaczego ludzie woleli mieszkać tutaj niż w śmierdzącym benzyną mieście. A później były kłótnie, groźby, wrzaski. I były zdrady i straty i była drżąca ręka Laurenta i rozgrzana dłoń Bella zaciskająca swoje palce na jego. I to wszystko doprawione wszechogarniającym poczuciem beznadziejności. Nie miał kontroli nad tym, w jaki sposób potoczy się jego życie, ale miał kontrolę nad tym, komu następnemu je zniszczy. Wszystko będzie dobrze – bo w esencji bycia Fleamontem znajdowało się to, że by się dla ciebie wykrwawił, byle spełnić swoją powinność i wszystko będzie źle – bo kiedy ten ogień otulający Londyn zgaśnie, on nadal będzie obok i będzie domagał się uwagi.

Przeklęty wiatr znosił wokół nich coraz więcej pyły i nikt, absolutnie nikt nie jechał tą samą drogą co oni. Nikt nie chciał zbliżyć się do owianej spalenizną i żarem stolicy Anglii.

Mam lusterko – odpowiedział krótko, darując sobie nieuniknioną myśl, że miał ich więcej niż jedno, ale tylko z tego przekazanego mu dzisiaj w New Forest spodziewał się usłyszeć czyjś głos. – Mam też kolejne przeprosiny za nic. Jesteś z tym nie do podrobienia. – Puścił go na moment, żeby zmienić bieg, ale już zawsze wracał dłonią w to samo miejsce – na udo blondyna. – I ani kurwa trochę nie znam się na miodach. – Zamilkł znów. Ostatni był do wypełniania ciszy w takich warunkach, ale całkiem szybko (jak na niego) wpadł na to, że gadanie o czymś mogło go przynajmniej odrobinę uspokoić. – Możesz mi o tym opowiedzieć. – Nabrał głośno tego zatęchłego powietrza łaskoczącego go w gardło. – O miodach, albo o... tej rodzinie, co chciałeś do nich iść.


RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - Laurent Prewett - 16.07.2025

Niektórzy uważali, że da się panować nad swoją głową. Błąd. Władza nad mózgiem była iluzoryczna i co jakiś czas przekonywaliśmy się o tym, że ta iluzja wabiła, kusiła i potem zdradzała tak, jak zdradzać może ciało wzburzone hormonami. Laurent zdawał sobie sprawę z tego, co się właśnie dzieje. Potrzeba mówienia i słowotoku miała swój cel - zagłuszyć niepewność. Skupienie się na czymkolwiek sprawiało, że myśli o tragediach i chaosie oddalały się tak samo, jak ten dziwny, czarny dym, który wkradł się w jego płuca razem z popiołem.

Rozproszeniem był też dotyk. Szaleństwo pewności w całkowicie niepewnym związku, gdzie samobójstwo i zdrada zdawały się stać na porządku dziennym. Nie, Laurent ciągle nie zdołał tego ułożyć w głowie. Ciągle trzymał go szok tymi nowinami i po raz kolejny dowiadywał się, że z tym, że on pragnie prawdy to wierutne kłamstwo. On nie chciał prawdy. On chciał bajek, w które mógłby uwierzyć i które chociaż na chwilę oderwałyby go od tego okrutnego życia. Nie było bajek - była ponura rzeczywistość.

- Wiem. - Potwierdził. Mógłby mu o nich opowiadać - były zdecydowanie częstszym widokiem niż cukier na salonach. O ich smakach, walorach, ale mógł zrobić też dokładnie to - kupić wszystkie, żeby Wrona mogła ich skosztować. - Ach, tak... wypadło mi to z głowy... - Wiele rzeczy ostatnio wypadało mu z głowy. Jego niewielki, podręczny dziennik, który niemal zawsze nosił przy sobie, nie służył już tylko zapisowi pojedynczych myśli, odkryć, czy próbie naszkicowania anatomii jakiejś kreatury. Teraz służył też temu, by nie zapomnieć o sprawach ważnych. - Shackelboltowie to rodzina żeglarzy. Posiadają wspaniałe oceanarium - ponoć można tam zobaczyć większość znanych kreatur wodnych... Nigdy tam nie byłem, jakoś było mi nie po drodze. - Sam nie bardzo rozumiał, dlaczego. - Nie jest to zbyt liczna rodzina. Ponoć tak zakochali się w syrenach, że sami zyskali możliwość życia pod wodą. - Nie była to do końca prawda, ale niektóre zasłyszane bajki brzmiały dobrze. A i o tej prawdziwe, albo raczej: gdzie ona dokładnie leżała, Laurent zwyczajnie nie miał pojęcia. Nie miał okazji poznać bliżej nikogo z tej rodziny. - Chciałem się do nich udać, bo może będą znali jakieś selkie. Od wielu lat próbuję nawiązać jakiś kontakt z tą częścią mojej rodziny, ale bezowocnie. Poznałem jedną selkie w Windermere, ale ten kontakt... niestety szybko się urwał. Nie mogę się temu dziwić, obcowanie z czarodziejami nie jest dla selkie zbyt bezpieczne... - Gadał więc, skupiając się na tym, zamiast na czarnej drodze przed nimi, która stawała się coraz bardziej mroczna i ponura.

Droga się dłużyła w skali cierpienia opisanego stresem. Stresem łykanym przez powietrze, przez słowa, przez emocje. Rozproszenie było proste - osoba, która siedzi obok ciebie. Myśli przepływały przez jego głowę opatrzone tytułem "jestem mu wdzięczny". Bo był. Wdzięczny za to, że jest, że zadaje pytania, albo że są próby nawiązania JAKIEJŚ komunikacji. Czy z sensem - sam nie był pewien. Nie był pewien do końca tego, co mówi - pozwalał sobie paplać. Mówić. Słowotok - tak łatwiej było przepracowywać niektóre rzeczy. Słowa płynęły jednak szybciej, niż kilometry, jakie mieli przed sobą. W tym... czymś, zwanym dalej samochodem. Lauren był przekonany, że abraksan byłby szybszy. O, na pewno by były. Czy byłby bezpieczniejszy? Tego nie wiedział. I to znów - płynęło swoim tempem. Zbyt szybkim i wolnym jednocześnie. W żadną stronę nie było dobrze: ani się wyciszyć, ani przyśpieszać, by siedzieć w jeszcze większym napięciu. Czuł dudnienie serca w klatce piersiowej tak intensywnie, jakby jego serce było bębnem.

A wszystko zamykało się do modlitwy: oby nie było za późno.




RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - The Edge - 11.08.2025

Chciałby, żeby to wszystko było łatwiejsze.

Dosłownie wszystko.

Czuł, jak coś w jego głowie się zmienia.

Perspektywa podtrzymywania niewygodnej rozmowy wydawała mu się nagle dusić go bardziej niż dym wiszący nad Londynem i otulający coraz to dalsze dzielnice i tereny okoliczne. Cokolwiek wymyślił Voldemort, musiało być kolejnym popisem wyjątkowego okrucieństwa, a on przejmował się... rozmową. Nie zorientował się wcześniej, jak łatwo wrócił mentalnie pod ziemię, na Ścieżki. Kiedy przygniatały cię codziennie rzeczy potworne i perspektywa śmierci, stawałeś się na nie powoli znieczulony. Trywialne sprzeczki stawały się problemami nie z tej ziemi, a rzeczy budzące zgrozę i przerażenie w najdzielniejszych, wydawały się oczywistością. Śmierć w takich chwilach wydawała się czymś, do czego podchodził z lekkością godną nielubienia wstawania do biurowej pracy, ale podnoszenia się mimo wszystko, mimo wielu przeciwności i blokad w głowie i w ciele.

Gdyby był z Fontaine mógłby teraz działać na autopilocie. Ona rzadko potrzebowała wspierania, trzymania jej za rękę. Nie potrzebowała zagadywania jej, nie wymagała od niego wychodzenia z mocno utartych stref komfortu. Była łatwa w obsłudze i dopasowana do jego egzystencji dokładnie tak, jak pasowały do siebie dwa starannie zaprojektowane elementy układanki. Przy Laurencie miał wrażenie, że nie pasuje do siebie nic. Księżniczka z nadmorskiego lasu bawiąca się w wolnych chwilach w sadzawce pełnej nenufarów ścierała się z człowiekiem śmierdzącym papierosami, smarem, alkoholem i wielkomiejskimi uliczkami zalanymi szczynami, pełnymi śmieci... A jednak Fontaine siedziała teraz na swoim tronie z czaszek sama, a dłoń Laurenta odbierała sygnały – delikatne przesunięcia szorstkich palców mordercy po bladej skórze kogoś, kto nigdy nie miał szansy dowiedzieć się, jak to jest budować coś własnymi rękoma z zaciekłością godną Flynna. Dotykał go, próbował o niego na wszelkie sposoby zadbać, jednocześnie w przeciwieństwie do blondyna nie wiedział, czego chciał od życia, nie licząc miłości. Pełen był nadziei, że na właściwy tor wrzuci go ktoś inny. Że go zrozumie tak, jak rozumiał dzikie zwierzęta i go opanuje, nada mu cel – tak jak ujarzmiało się i trenowało dzikie konie... czy... dało się tak zrobić z ludźmi? A jeżeli się nie dało – może w tej obsesji wystarczy mu, że ktoś, kogo kochał, faktycznie odwdzięczał mu się za to swoją miłością?

Próbował to wszystko odgonić. Nie mógł jednocześnie kierować, tonąć w świadomości bycia kompletnym wyrzutkiem i wrzodem na dupie nienawidzącego go społeczeństwa i utrzymać rozmowy. Któreś musiał odrzucić.

Nggh. – Wydał z siebie dziwny dźwięk. Chciał powiedzieć nie pytałem o Shackleboltów, ale szybko dotarło do niego, że DOKŁADNIE TO był ten moment, kiedy należało wsadzić mordę w kubeł. Tylko jakoś za mocno wziął to sobie do serca i milczał zupełnie przed przynajmniej minutę, z tępym spojrzeniem wbitym w znak drogowy, którego tak naprawdę nie widział. Odrzucił rozmowę.

Znów zanurzył głowę w bezkresie, nabrał ochoty na uderzenie głową o kierownicę przynajmniej dwa razy. Z jednej strony podziękował sobie za swoją niezręczność – bo jego spinanie się było uznawane za normalne, przewidywalne. Cisza również. Z drugiej... dał mu Veritaserum i kiedyś, być może w najmniej odpowiednim momencie, Laurent Prewett mógł zorientować się, że związał się z kompletnym durniem. Jak to w ogóle możliwe, że nigdy się nie zorientował? Że musiał obejrzeć tę wypowiedź z każdej możliwej strony i zadać sobie dwa razy pytanie „o czym on w ogóle pierdoli?”, zanim nieco oczywista rzecz uderzyła mu w duszę jak młot.

Yyygh – musiał charknąć i splunąć na ziemię, ale teraz nie miał jak tego zrobić – z-za-abiorę cię tam. M-może... może w ogóle moglibyśmy zniknąć – na zawsze, wystarczyłoby skoczyć z mostu jeszcze raz – na chwilę, gdzieś i... – Był zmęczony. Był tak cholernie zmęczony tym wszystkim. Trzy spokojne lata spędzone na dachu wozu Alexandra, pełne słodkich pomruków i wpatrywania się w rozgwieżdżone niebo wydawało się pięknym snem, z którego obudził się zbyt szybko.

Poprawił to, w jaki sposób siedział. Odrobinę zbyt gwałtownie, dało się usłyszeć, jak uderza plecami o skórzane oparcie.

Razem – powiedział to słowo tak miękko, jakby znaczyło dla niego o wiele więcej niż powinno. Z przytłaczającą, obsesyjną namiętnością. Był dorosłym mężczyzną z barwną historią, ale wystarczyło niewiele, aby stał się całkowicie zależny od twojej uwagi. Jakie mogło być życie bez Laurenta Prewetta? Żadne. Płomienne uczucie było tak intensywne, że aż niszczyło go od środka. – Mów więcej.


RE: [8.09.1972] Spalona Noc. Droga do Londynu - The Edge - 06.12.2025

Naprawdę chciałby stąd uciec. Chociaż na chwilę, pooddychać świeżym powietrzem miejsca, w którym nikt go nie znał. Nikt nie znał żadnej wersji jego.

Dzisiaj nie było mu to dane.

Zbliżali się do Londynu.

Koniec sesji