Secrets of London
[13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4941)

Strony: 1 2 3 4


[13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

12.09.1972 - 13.09.1972 | noc | Exmoor

Mogłoby się zdawać, że wieczór właśnie dobiegł końca. Ognisko zakończyło się naprawdę dużym fiaskiem. Może nie gigantycznym, jednak z pewnością znacznym i, cóż, znaczącym praktycznie dla wszystkich, którzy brali w nim udział. Dla jednych mniej, dla innych bardziej.
Oczywiście, Ambroise mógłby w tym wypadku stwierdzić, że największe skutki wydarzeń miał odnieść Romulus Peter Potter, który niemalże w tempie rozpędzonego Błędnego Rycerza miał ponieść konsekwencje swoich zachowań. Z tym, że dokładnie. Należało tu zwrócić uwagę na słowa klucze: swoich. Zachowań. Nie cudzych, nie powodowanych zewnętrznymi konsekwencjami.
Ich domniemany przyjaciel sam sprowadził na siebie gniew nie tylko pana tego domu, lecz także praktycznie wszystkich pozostałych gości. Roise był całkowicie pewien, że nikt nie miał wstawić się za Potterem w kwestii jego dalszego pobytu w Exmoor. Nikt. Kiedyś powiedziałby może z wyjątkiem Eliasa, który miał pod tym względem wyjątkowo dużo wyrozumiałości, przynajmniej jak na standardy Greengrassa. Ale teraz?
Miarka się przebrała. Ambroise nie zamierzał udawać, że jest w stanie tak łatwo wybaczyć koledze to, co miało miejsce. A także, będąc zupełnie brutalnie szczerym, również wszystko to, co tego miejsca nie miało. Szczególnie to drugie.
Pierścionek zaręczynowy nadal spoczywał w jego kieszeni, jednak w tym momencie ciążył mu niczym ironiczny symbol zdrady ze strony rzekomego najlepszego przyjaciela. Cóż. Najwyraźniej należało, by zweryfikował ten tytuł, ponieważ ewidentnie rozdawał go zbyt lekką ręką.
Tak, nie był w stanie ukryć przed sobą, że wobec siebie samego także miał wyrzuty. Może nie sumienia, bo niczego nie żałował. No, być może poza tym, że to nie on był tym, który mógł mieć przyjemność pierdolnąć Pottera na ławkę na werandzie a następnie wyjebać jego rzeczy na zewnątrz i kazać mu spierdalać przez główną bramę. Do Londynu czy do pobliskiego miasta. Nieważne. Chyba nikogo już nie obchodziło to, co zrobi gwiazda przedstawienia, nawet jeśli zegary dawno pokazywały początek nowego dnia.
Z drugiej strony? Miał okazję do konfrontacji i celowo z niej nie skorzystał. Gdy z Geraldine zebrali się z terenu rozproszonego jeziora, podejmując decyzję o zabraniu psów na późny spacer, Ambroise całkowicie celowo wybrał wejście inne niż to, przy którym skrzaty ulokowały nieprzytomnego delikwenta. Był wściekły, ale zamierzał zrobić wszystko, by dojść do siebie.
Nie chciał ziać złością na kogoś, kto był dla niego po tysiąckroć ważniejszy od innych osób. W tym szczególnie od fałszywego kooperanta. Kogoś, kto miał mu pomóc, wesprzeć go w jednej z najważniejszych chwil życia, tymczasem wybrał zachowywanie się jak kompletny, zupełny egoista. I zdrajca. I manipulant. Ktoś, kto nie odróżniał przyjaciela od wroga a gospodarza od gościa.
Przeszli więc bokiem, unikając przy tym także wchodzenia do sypialni, którą zajmowali razem przez te wszystkie lata. Nie chciał widzieć tego, co przeżył ich pokój. Całe szczęście, skrzaty domowe zdążyły przenieść większość ich rzeczy oraz zwierzęta do pomieszczenia gościnnego na dole. Być może trochę mniej personalizowanego, nie tak bardzo ich, ale w gruncie rzeczy całkiem przytulnego.
Było chwilę po północy, kiedy ponownie opuścili główny budynek, ruszając powoli przez puste wrzoskowiska skąpane w bladym świetle księżyca przesączającym się przez gęstą okrywę z chmur. Nie było zupełnie ciemno, nie było także jasno. Poza tym, co stało się przy ognisku, noc wydawała się wyjątkowo przyjemna. Nie za chłodna, niezbyt wietrzna.
- Plaża czy klify? - Spytał, zwracając twarz w kierunku Geraldine i sięgając do zapięcia smyczy, żeby spuścić psa.
Wcześniej profilaktycznie postanowił zadbać o to, by ich zwierzęta nie postanowiły zainteresować się mężczyzną leżącym na ławce po drugiej stronie domu. Naprawdę nie chciał kontynuować cyrku z początku wieczoru. Ani teraz, ani później, być może wcale. Naprawdę musiał to porządnie przemyśleć. Granica została przekroczona. Tyle tylko, że w tym momencie zostawiał to na inny czas. Teraz spacerowali na zewnątrz a przyjemna, lekko słona bryza omiatała mu policzki. Powoli trzeźwiał. Nie od alkoholu, od zdenerwowania.


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Yaxleyówna nie zakładała, że coś pójdzie nie tak. Znajdowali się w znajomym gronie, raczej powinno obyć się bez niepotrzebnych dramatów. Jak widać to wcale nie było takie oczywiste. Sama może nie darzyła nie wiadomo jak wielką sympatią wszystkich tutaj obecnych, ale starała się trzymać emocje na wodzy i dostosować do sytuacji. Zresztą po swojej pierwszym dość intensywnym spotkaniu z Fenwickiem zaczęła się hamować, bo wiedziała, że jest bliski jej bliskim, więc wypadało, aby było między nimi względnie neutralnie. Zabrała go nawet ze sobą na wyprawę, gdzie mogli współpracować, było to wyciągnięcie ręki w jego kierunku. Zależało jej na tym, aby w miejscu w którym przebywali panował spokój. To było dość istotne. Szczególnie po tym, co wydarzyło się w Londynie, nie było warto teraz doprowadzać do spięć, które były zupełnie niepotrzebne.

Jak widać jednak nie wszyscy mieli podobne podejście. Nie miała pojęcia, co spowodowało pęknięcie u Pottera, ale było ono widoczne. Wyżył się na dziewczynie, która nic nie zrobiła, bo przecież Ambroise postanowił zrobić mu ten żart, który wcale nie był jakoś szczególnie dramatyczny. Uniósł go nad ziemią, nic wielkiego. Romulus okazał się mieć kija w dupie, a później, później było tylko gorzej. Zrobił coś, czego nie była w stanie zaakceptować, co zabolało ją mocniej niż powinno, mimo, że nie dotyczyło jej samej. Yaxleyówna miała bardzo chujowe doświadczenie związane z wpływaniem na jasność umysłu. Potter stracił jej całe zaufanie tym jednym głupim posunięciem. Nie potrafiła zaakceptować tego, że postanowił magią spowodować podporządkowanie się mu, to było naprawdę chujową zagrywką. Mimo, że darzyła go sympatią, uważała, że to nie powinno się wydarzyć, musiał zrozumieć, że pewnych rzeczy nie można było zrobić. Nie był dzieciakiem, który nie potrafił określić co leżało w granicy dobrego smaku. Był w końcu psychiatrą, zajmował się ludźmi, powinien się spodziewać, że to może wywołać u niektórych traumy. Nikt przecież nie lubił, kiedy ktoś wpływał na jego wolną wolę.

Nie zdziwiło jej wcale, że Corio się wkurwił. Dawno nie widziała go w takim stanie. Wszystko wydarzyło się pod jego dachem, na pewno czuł się odpowiedzialny za ludzi tutaj obecnych, mimo, że wszyscy byli dorośli to mężczyzna był gospodarzem. Na pewno nie zakładał, że komuś z ich grona może tak odpierdolić, nie miał na to wpływu, ale rozumiała, że przy jego perfekcyjności, zapobiegliwości to mogło być naprawdę irytujące. Całkiem szybko pozbył się problematycznego znajomego ze swojego domu. Właściwie to zaczęło się od przeniesienia jego bezwiednego ciała przed rezydencję.

Doprowadzili miejsce, w którym było ognisko do względnego porządku. Nie miała pojęcia, co takiego odjebał Potter, że przeniesiono ich do sypialni dla gości, chyba wolała nie wiedzieć, nie wnikać, tak było bezpieczniej. Obawiała się, że mogłaby stracić te resztki szacunku do jego osoby, które jeszcze gdzieś tam były, może znikome, ale jednak.

Zabrali ze sobą psy, co było całkiem niezłym pomysłem, na pewno dobrze im zrobi spacer. Noc była jeszcze młoda, chociaż już jakiś czas temu zastąpiła dzień. Zamiast siedzieć przy ognisku, które zakończyło się dość dramatycznie, mogli chociaż się przejść, czymś zająć. Szkoda było bowiem marnować czas, który mieli. Nie wiadomo, kiedy znowu znajdą się w tym miejscu, kiedy będą mieli szansę wszyscy razem spędzić kolejne kilka dni z dala od miasta.

- Klify. - Odparła od razu bez zastanowienia, wydawało jej się to dobrą opcją. Było ciemno, chociaż księżyć oświetlał im drogę, więc nie mogli narzekać. Noc była całkiem przyjemna, nie było przesadnie chłodno, chociaż można już było wyczuć zbliżającą się jesień w powietrzu.

Złapała Roisa za rękę, kiedy ruszyli przed siebie. Widziała, że on również dość mocno zirytował się zaistniałą sytuacją, nie dziwiła mu się wcale, ale mieli już problem z głowy, bez sensu było skupiać się na tym, skoro mogli wykorzystać chociaż resztkę tej nocy, warto było to zrobić.

- Wkurwił Cię, co? - Geraldine nie miała pojęcia o tym, co jeszcze zjebał Potter, nie mogła też do końca zrozumieć więc, że w przypadku Greengrassa ten wkurw miał jeszcze więcej podstaw.




RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Kiwnął głową, słysząc zdecydowaną decyzję, jaką błyskawicznie podjęła jego dziewczyna. Noc była przyjemna, niezbyt jasna, ale wzrok stosunkowo szybko przyzwyczajał się do ciemności, jaka panowała na zewnątrz. A klify? Klify to był naprawdę dobry wybór. Mogli pobyć tam sam na sam, siedząc przy krawędzi i patrząc w morze, które tej nocy było wyjątkowo dobrze słyszalne, choć znajdowali się jeszcze stosunkowo daleko od docelowego miejsca.
Bezmyślnie, zupełnie bezwiednie przeniósł wzrok na ich dłonie, splatając palce z palcami Geraldine i jakimś cudem powstrzymując głębokie westchnienie, które równie mimowolnie chciało wydostać się z jego ust. Nie, nie tak miał wyglądać ten wieczór. Nawet jeśli teraz było już zupełnie dobrze. Nawet jeśli wszystko ostatecznie wróciło do normy, to...
...no właśnie...
...to była ta całkowicie znana, stara, dobra, ale wciąż norma. Nie to, czego Greengrass oczekiwał od życia. Nie na sam koniec dnia. Miało być inaczej, nie był w stanie tak po prostu przełknąć faktu, że wszystko poszło zupełnie nie tak.
- Wkurwił - powtórzył po Rinie, poniekąd smakując te słowo w ustach, nie wypluwając go z nich z pogardą dla Pottera, tylko mieląc je wewnątrz i starając się zdecydować, czy to rzeczywiście odpowiednie określenie.
Uniósł przy tym brwi, chwilę później marszcząc czoło i nos, po czym bardzo lekko, prawie niedostrzegalnie w półmroku panującym na zewnątrz pokręcił głową. Nie, to nie do końca było właściwe określenie. Wkurwiały go komary latające w sypialni w samym środku nocy. Wkurwiali go stażyści w Mungu, którym tysięczny raz musiał mówić to samo. Wkurwiali go nieodpowiedzialni pacjenci i ich rodziny, gdy widział wszystkich niemalże raz w tygodniu, bo tym razem naprawdę wydawało im się, że ten grzyb to prawdziwek. Wkurwiał go nagły brak papierosów, choć powinny leżeć w pełnej papierośnicy na szafce kuchennej. Wkurwiało go pożyczanie sobie jego szamponów i płynów pod prysznic, ale starał się ignorować świadomość, że ktoś (doskonale wiedział, kto) bytował w jego mieszkaniu, podczas gdy on był w pracy albo w Dolinie Godryka. Wkurwiało go wiele rzeczy, osób i sytuacji, ale nie to.
Nie to. W tym wypadku nie chodziło wyłącznie o wkurw. Nie mogło i Ambroise doskonale zdawał sobie sprawę z tego faktu. Kiedy bowiem był tak po prostu wkurwiony, potrafił odzyskać panowanie nad sobą. Umiał unieść się, zirytować, wybuchnąć na różne sposoby. Czasami fizycznie, czasami wyłącznie ustnie. Był w stanie odpalić się z sekundy na sekundę, jednak równie szybko machnąć ręką, dochodząc do wniosku, że może nie powinien odpuścić, może nie zamierzał zapomnieć, ale nie chciał kontynuować awantury.
Gdyby był tak zwyczajnie wkurwiony, pewnie już dawno zrobiłby coś, żeby zareagować. Ściąłby się z Romulusem. Doprowadziłby do konfrontacji, ponieważ nie miał w zwyczaju tłumić w sobie negatywnych emocji. Tymczasem teraz? Weszli do domu przez inne drzwi. Wyszli również nie przez werandę. Całkowicie celowo i z premedytacją wzięli psy na smycz, choć nie musieli tego robić na terenach, po których poruszali się wyłącznie goście rodu Lestrange. A jednak zrobili to wszystko. On powziął te dodatkowe środki, nie zamierzając musieć dłużej wracać do widoku gęby Romulusa.
Nie, nie był wkurwiony. Tym razem wyraźniej pokręcił głową, mocniej zaciskając dłoń dziewczyny i przenosząc spojrzenie tak, aby nawiązać z nią kontakt wzrokowy. Zawsze umiała odczytać więcej niż inni ludzie. Znała go lepiej niż ktokolwiek. Nie wątpił zatem, że w tej chwili mogła zdawać sobie sprawę z tego, co jeszcze nie opuściło jego ust. Najpewniej wcale nie musiało tego robić, jednak mimo wszystko postanowił wypowiedzieć to na głos.
- To nie to - odezwał się cicho, wracając wzrokiem do sylwetek psów odbijających się na tle zachmurzonego nieba na wzniesieniu przed nimi.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, gdy pobiegły przed siebie. Najwyraźniej nadal był zupełnie wytrącony z równowagi, choć nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Na co dzień raczej zwracał uwagę na otoczenie, jednak teraz znajdował się w stanie, w którym jego uwaga była znacznie bardziej rozproszona, skoncentrowana na przypadkowych rzeczach, nie do końca na tym, na czym mógł chcieć ją skupiać.
Poza tym, nigdy nie był wyjątkowo dobrym mówcą, gdy chodziło o nazywanie własnych odczuć. Nie lubił rozmawiać o uczuciach, nawet z najbliższymi mu ludźmi. Zazwyczaj zabierał się za to z oporami, czując się przy tym tak, jakby nagle zupełnie tracił umiejętności oratorskie. Nie miał najmniejszych problemów z tym, aby rozmawiać na wszystkie inne tematy, wygłaszać opinie, bawić towarzystwo dyskusją lub wręcz przeciwnie: podkurwiać je swoim ochoczo prezentowanym zdaniem.
Tyle tylko, że w tej chwili nie chodziło o żadną z tych rzeczy. To nie były te sprawy. Teraz poruszali kwestię związaną z czymś, czego zupełnie się nie spodziewał. Z poczuciem zdrady, jakie miał. Z zawiedzionymi oczekiwaniami i z tym naprawdę głębokim rodzajem wstrętu, który wywołało w nim zachowanie Romulusa...
...nie, nie tylko zachowanie. Jego przyjaciel. Jego brat wzbudził w nim odrazę. Po tym wszystkim, co miało miejsce w ostatnich dniach, tygodniach czy nawet latach. Przy stopniu zażyłości relacji, jaką Greengrassowi wydawało się, że ze sobą mają. Ambroise spodziewał się niespodziewanego, naprawdę nie zwykł ufać ludziom ot tak, dawać im kredyt zaufania, jednak znał Romana od naprawdę wielu lat. Miewali ze sobą różne stosunki, rozmaite przeboje, mniejsze i większe konflikty oraz sprzeczki, ale nigdy, nigdy nie spodziewałby się po nim takiego zachowania.
Nawet znając potterową skłonność do przesady, dramatyzmu, barwnych zachowań i ekscentrycznego stylu bycia, Roise dałby sobie uciąć rękę, że przyjaciel potrafi dotrzymać słowa, że będzie dokładnie tym rodzajem wsparcia, o jakie go prosił. W końcu obaj byli dorośli, potrafili ustalać priorytety, stali po swojej wzajemnej stronie. No...
...gdyby rzeczywiście złożył taką deklarację, w tym momencie nie miałby dłoni. Bez palców zaś być może mógłby w dalszym ciągu pracować jako uzdrowiciel, ale bez ręki byłoby z tym już znacznie gorzej. Żadna proteza, nawet magiczna nie zmieniłaby zresztą faktu, że Ambroise utracił coś przez człowieka, który miał mu być jak brat. A bracia nie robili sobie takich rzeczy. Przynajmniej nie ci z wyboru.
Obwiniał Pottera. Oczywiście, że go obwiniał. Jednakże gorszy był posmak zdrady samego siebie. Swojej mylnej oceny. Tego, że przez lata ręczył za kogoś, kto nie potrafił uszanować jednej cholernie istotnej rzeczy, o którą Greengrass go prosił. Nie był w stanie dotrzymać danego słowa. Zrobił za to serię rzeczy, które z perspektywy upływającego czasu wyglądały jak sabotaż. Szczególnie biorąc pod uwagę także to, co doprowadziło Yaxleyównę do posłania Potterowi wyjca.
Ponownie: nie był wkurwiony. Był...
- ...nie wiem. Nie wiem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób mógłbym to nazwać - stwierdził wreszcie, nie odrywając wzroku od horyzontu. - Pierwszy raz - tak, pierwszy raz w życiu nie miał już zupełnie żadnych słów, by skomentować zachowanie kogoś, w stosunku do kogo miał naprawdę dużo cierpliwości - sądzę, że to koniec - nie było chyba lepszego określenia, czyż nie? - Musimy przestać go niańczyć - dodał już bardziej do siebie niż do dziewczyny, nadal nie przenosząc spojrzenia w jej stronę, dopóki nie wzruszył ramionami. - Nigdy nie ponosił prawdziwych konsekwencji swojego zachowania. Zawsze szukaliśmy dla niego usprawiedliwienia. Był rocznikowym błaznem. Zresztą wiesz, na pewno pamiętasz - w końcu Romulus pełnił rolę komentatora meczów Quidditcha. - Wtedy to miało sens. Wszyscy tacy byliśmy. Każdy z nas miał swoje zachowania - to też musiała pamiętać, szczególnie po tym, jak doszli do wniosku, w jakich okolicznościach miewali ze sobą do czynienia. - Tyle tylko, że musieliśmy wydorośleć. Wszyscy z wyjątkiem Pottera - uniósł kąciki ust w krzywym, nie pozbawionym goryczy uśmiechu, patrząc wpierw na Geraldine, później zaś na ich złączone ręce. - Wiedział - zakończył bez wahania.
Nie musiał mówić, o czym wiedział Potter, prawda? Lista była długa. I została zupełnie zignorowana.


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Yaxley nie miała najmniejszego problemu z podjęciem szybkiej decyzji, zawsze należała do osób zdecydowanych. Klify wydawały jej się być w tej chwili lepszą opcją, nie, żeby gardziła plażą, ale ostatnio spędzili tam dużo czasu, więc wybrała po prostu alternatywę.

Przez ciemność przebijał się dźwięk fal uderzających o brzeg. To miejsce miało swój klimat, znajdowało się naprawdę blisko morza, a szum wody był naprawdę uspokajający. Zdecydowanie tego potrzebowali tego wieczora, miała wrażenie, że każde z nich nieco się zirytowało tym, co się stało. Spokój został zachwiany, wypadałoby się znowu wbić w ten przyjemny rytm.

Słowo wypowiedziane przez Ambroisa zabrzmiało nie do końca, jakby właśnie tego szukał. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jakie szkody wyrządził Romulus, czuła, że było to coś więcej, niż to co ona widziała, jednak i to było wystarczające, aby wszyscy poczuli do niego urazę. Przekroczył granicę, nie wyciągnął kija z dupy w odpowiednim momencie. Sam lubił sobie żartować z innych, a kiedy doszło do niego... cóż, zagotował się, nie odpuszczał. To nie było odpowiednim zachowaniem, szczególnie z tą całą otoczką. Jego oskarżenia brzmiały naprawdę poważnie, jakby wierzył, że tamta dziewczyna chciała go zabić. Nie wydawało się Geraldine, żeby Corio zapraszał tutaj kogoś, kto mógłby być dla nich niebezpieczny, kto świadomie chciałby ich skrzywdzić, którekolwiek z nich, więc nie do końca rozumiała dlaczego Potter tak się zafiksował na tym punkcie. Pewnie nigdy się tego nie dowie. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek z nich zamierzał się aktualnie do niego zbliżać. Zirytował wszystkich, a to było sporym osiągnięciem, bo wbrew pozorom byli osobami, które miały sporo cierpliwości. Wiedziała o tym, bo sama wielokrotnie zachowywała się nieodpowiednio, ale nigdy nikt nie postanowił jej usunąć ze swojego domu, Potterowi udało się doprowadzić gospodarza na skraj. Naprawdę wybitne osiągnięcie.

- Rozczarował? - Skoro nie było to wkurwienie, to próbowała dalej nazwać uczucie, które kierowało aktualnie jej chłopakiem. Nie była w tym szczególnie dobra, bo tak jak i on miała problem z nazywaniem swoich emocji, ale chciała zrozumieć, co czuje on w tej chwili. Widziała jeszcze kilka chwil temu, że Roise był bardzo bliski tego, aby dokończyć to, czego nie zrobił Benjy, a raczej rzadko kiedy ktoś doprowadzał go do takiego momentu. Zdarzyło mu się pobić z jej bratem, ale było to spowodowane tym, że Roth obrażał ją. Tutaj pewnie chodziło o ich wspólną koleżankę, po której stronie stanął Benjy, wziął to na siebie. Mężczyźni mu zawtórowali, ale to on jako pierwszy sięgnął po przemoc i próbował ustawić Romulusa do pionu, nie udało mu się to, bo ten błyskotliwie postanowił wyciągnąć swoje niesamowite wahadełko. Na szczęście ominęła ich przyjemność oglądania jak z niego korzysta, dobrze, że tak się stało, bo obawiała się, że wtedy i ona postanowiłaby się zaangażować w ten konflikt, a jeśli już by do tego doszło... to mógł tego nie przetrwać.

Psy pognały przed siebie. Była szansa, że wytropiły jakąś zwierzynę, Geraldine panowała nad nimi całkiem nieźle, więc nie zmartwiło jej to jakoś specjalnie, wiedziała, że będzie w stanie je do nich przywołać. Może nie była niewiadomo jaką specjalistką w tresurze zwierząt, ale radziła sobie z psami, ptakami, czy końmi. Nie były one szczególnie skomplikowane w obejściu.

Mrugnęła słysząc kolejne słowa Greengrassa. Nie spodziewała się, że to co ma jej do przekazania będzie, aż takie mocne. Koniec - jakby rozstawał się co najmniej ze swoją dziewczyną. Miała świadomość, że ich przyjaźń trwała wiele lat, zapewne rozczarowywali się po drodze kilka razy, jednak jak dotąd jeszcze nie wydarzyło się nic takiego, co mogło spowodować, że ich drogi się rozejdą. Tym razem Romulus zrobił coś naprawdę głupiego, mimo wszystko miała wrażenie, że jest w tym jakaś głębia, której nie widzi.

- Wy dorośliście, on niekoniecznie. - To był fakt. Nie dało się nie zauważyć, że każdy z tej grupy osób ogarnął się mniej lub bardziej, każdy przeżył swoje, a Potter wydawał się żyć w świecie, w którym był największą gwiazdą. Nie przeszkadzało jej to wcześniej, jednak kiedy wszyscy przez niego oberwali nie do końca rozumiała dlaczego mu na to pozwalają. Znaczy nie pozwalali, bo Corio zareagował ostro i pokazał mu, że nie będzie to już akceptowalne. Czy się ogarnie? Trochę w to powątpiewała. Była świadkiem tego, w jaki sposób zareagował, nie zależało mu na wyprostowaniu sytuacji, brnął w to dalej, chciał pokazać, że to on jest ofiarą, chociaż wszyscy inni widzieli to inaczej. Głową muru nie przebije, każdy miał swój rozum i był w stanie ocenić jego zachowanie. Miała też wrażenie, że każdy z obecnych na ognisku zrobił to w podobny sposób. To nie był przypadek, nie uwzięli się na nim, po prostu przegiął i czas najwyższy, aby spotkały go przez to jakieś konsekwencje. Może to pomoże mu przestać być takim dramogennym.

- Na dłuższą metę to może być męczące. - Jasne, czasem bywało to śmieszne, ale ileż można. Bywały sytuacje, w których wypadało być konkretnym, poważnym, Romulus chyba nie do końca wyczuwał, kiedy i w jaki sposób powinien się zachować. Miał jednak tyle lat, że chyba już powinien to robić. Nie zawsze wszystko było na miejscu, on wydawał się nie widzieć, kiedy może sobie na co pozwolić.

- Wiedział i podjudzał. - Tak, nie bez powodu wysłała do niego wyjca, kiedy dowiedziała się co nieco o jego działaniu od Ambroisa. Jego metody nie do końca były dla niej zrozumiałe, mogły przynieść więcej złego niż pożytku, ale też tego nie zauważał. Zresztą na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak musiał się z tym czuć Roise, to nie był odpowiedni sposób do motywowania go do działania, Geraldine pamiętała, jak bardzo przeżywał to, że postanowiła ruszyć dalej, niby spotykając się z Longbottomem. Roise uwierzył w to wszystko, co mówił Potter. Nie było to dla niego na pewno szczególnie przyjemne, a do tego stawiało ją w bardzo chujowym świetle.




RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Koniec. Tak. To był koniec. Zdecydowanie. Przynajmniej dla niego. Nie tyle w tym momencie, nie tyle przez emocje, które nim kierowały, co po prostu. Pas. Czara goryczy przelała się w sposób, który w oczach Greengrassa nie pozwalał na dalsze rozważanie czyichkolwiek motywacji. Czy to jego własnych, czy też romulusowych.
Czy zabrzmiało to trochę tak, jakby rozstawał się z dziewczyną? Być może, chociaż sam nie byłby w stanie tego stwierdzić, bo o ironio, gdy przyszło mu zakończyć swoją relację uczuciową, zwinął się wraz z pierwszym światłem mroźnego poranka. Nie było rozmowy, nie padły żadne wielkie bądź dramatyczne deklaracje kierowane do kogokolwiek. Odszedł.
Teraz zresztą też miał to zrobić, więc może rzeczywiście coś w tym było? Tyle tylko, że wtedy to, co robił łamało mu serce na drobne kawałki. Sprawiało, że zupełnie nie był w stanie zebrać słów, jednak wciąż przynajmniej spróbował zmusić się do napisania czegoś w rodzaju wyjaśnień. Marnych, bo marnych. Krótkich, bo krótkich, ale usiłował dać Geraldine coś w rodzaju domknięcia. Nawet, jeśli dla niego to nigdy nie miał być zupełnie zamknięty rozdział.
Nie, to nie był pierwszy raz, gdy z kimkolwiek zrywał. Yaxleyówna była jego pierwszą i jedyną miłością, pierwszą i jedyną osobą, którą całkowicie świadomie i otwarcie nazywał jego. Aczkolwiek bez wątpienia w czasach szkolnych zdarzało mu się plątać w układy, w których koleżanki niemalże od razu zakładały, że mogły uważać go za swoją parę. Raczej szybko wyprowadzał je wtedy z błędu.
Do tamtego pamiętnego momentu na plaży (a może trochę wcześniej?) nie uważał się za stałego w uczuciach. Za osobę faktycznie chcącą budować wieloletnią, długofalową relację. Za mężczyznę, który mógłby chcieć podążyć tą wyjątkowo klasyczną ścieżką. Budować dom, wić gniazdo, cokolwiek w tym rodzaju.
To uległo zmianie. Tak naprawdę sam nie do końca wiedział, kiedy, jednakże był świadomy, czemu. Przez co. Przez kogo, tak właściwie. Nie nastąpiło to od razu, on też potrzebował naprawdę sporo czasu, aby wydorośleć w tym typowym sensie. Czy nudnym? W jego oczach niekoniecznie. Już nie, choć kiedyś bez wątpienia sądził coś zupełnie innego.
A jednak nawet wbrew temu wewnętrznemu uporowi. Mimo ciężkiego charakteru, który on uznawał raczej za stabilność i niechęć do zbyt przerysowanych zmian, których nie potrzebował. Nie dało się nie dostrzec, że przez lata przestał być tym samym człowiekiem, co kiedyś. Zmienił się. W ostatnich miesiącach usiłował powrócić do starych schematów, jednak już do nich nie pasował.
Męczył się. Brnął w to, lecz jednocześnie podświadomie nie był ślepy na to, że przestały do niego pasować. On nie pasował już do nich. Próbował wypierać ten fakt. Usiłował na nowo przestawić się w tamten kawalerski, niepoważny rytm. Towarzyszył swojemu najlepszemu kumplowi w różnorodnych sytuacjach, ale wewnętrznie naprawdę nie czuł, by to było dla niego właściwe.
Być może już wtedy zaczął rozwodzić się z Romulusem? Może wtedy nastąpiły pierwsze wewnętrzne pęknięcia? Jak na siebie, wyjątkowo akceptował styl życia Pottera. Nie usiłował go zmieniać, szczególnie, że...
...no, właśnie. Próbował czerpać z tego inspirację dla własnych zachowań, choć nie zwykł naśladować innych ludzi. Wtedy zresztą też po prostu poszukiwał powodu do tego, aby móc mówić sobie, że dobrze postąpił. Poniekąd po to, by potwierdzać sobie we własnym umyśle, że nie jest właściwym człowiekiem do stylu życia, jaki porzucił. Że jego decyzja miała dodatkowe znaczenie również na tej płaszczyźnie, bo w istocie byli z bratem podobni do siebie.
Tylko...
...czy rzeczywiście byli? Akceptował Romulusa, w końcu wychowali się razem. Ich relacja trwała wiele dekad. Traktowali się jak rodzeństwo, więc wybaczali sobie naprawdę wiele różnych kwestii. Braci się nie traci, tak? A co wtedy, kiedy brat zaczyna zachowywać się jak jedynak? A co wtedy, gdy przedkłada siebie i swoje nieszczęście nad szczęście kogoś, kto powinien być mu bliski?
No właśnie.
Być może to rzeczywiście brzmiało jak zerwanie. Chociaż w oczach Greengrassa to był bardziej pogrzeb. Mowa pożegnalna. Krótka i oszczędna, niezbyt złożona, choć bez wątpienia potrafił wypowiadać się na licznych pogrzebach, jakie odbył. Nawet na tych, na których pojawiał się nadal zupełnie zaskoczony nagłą śmiercią kogoś, kto jeszcze przed chwilą chodził po tym świecie.
Natomiast w tej chwili brakowało mu słów. Nie umiał nazwać tego, co czuł. To było zbyt złożone. Wkurwienie? Nie. To nie do końca było to. Rozczarowanie? Spojrzał na Rinę, gdy podsunęła mu to słowo. Nie musiał smakować go w ustach. Nie tym razem. Wiedział, skąd bierze się ta propozycja, ale nie, nie był rozczarowany. Gdyby wiedziała, co tak właściwie zrobił jego kolega, pewnie byłoby jej łatwiej zrozumieć jego odczucia. Zdawał sobie sprawę z tego faktu, dlatego dostrzegalnie pokręcił głową, po czym bezwiednie nią pokiwał. Potwierdzał sobie to, co zaraz opuściło jego usta.
- Zdrada - dokładnie tak się teraz czuł. - Jakby wbił mi nóż w plecy - to wystarczyło, żeby podjął decyzję, jaka padła z jego strony pod postacią krótkiej deklaracji.
Chwilowo jeszcze zawoalowanej, choć nieświadomie. W swojej głowie jednak brał odpowiedzialność za to, że obrócił się tyłem do Pottera. Chwytał więc ostrze i przekręcał je do końca. Wbijał je głębiej w siebie, aby móc przebić nim także Romulusa. Dla niego to było zadziwiająco jasne. Dla Yaxleyówny? Tak, jego słowa mogły ją zszokować.
- Nie musiał - odparł bez chwili namysłu, bo wcale nie potrzebował myśleć o tym, co może powiedzieć na ten temat; Geraldine miała rację. - Nathaniel jest jaki jest. Mógł bywać zajęty, mógł nie wychować syna - to mogłoby być odpowiedzią i usprawiedliwieniem, gdyby fakt, że ojciec Ambroisa również nie palił się do porzucenia kariery i wychowania syna, toteż Roise po prostu kontynuował - ale wszystko, czego Potter chciał, Potter miał - prosta sprawa, czyż nie?
Tatuś wychował jedynaka. Jedynak znalazł przyjaciół. Przyjaciele uznali go za brata. Tyle tylko, że on chyba podświadomie wcale nie chciał mieć prawdziwego rodzeństwa. Pragnął zjeść ciastko i mieć ciastko. A ojciec zawsze starał się mu to zagwarantować. Greengrass nie próbował tego dalej tolerować. Mógł tylko wyobrażać sobie, w jaki sposób to będzie wyglądać, jednak tego też nie chciał robić.
- Być może - stwierdził, wpatrując się w pupile, które co chwilę pojawiały się i znikały za linią horyzontu.
Szli coraz bardziej pod górę. Słony, wilgotny wiatr wzmagał się. Szum fal był coraz głośniejszy. Chmury raz po raz odsłaniały bladą tarczę księżyca. Nie było pełni, ale w tych momentach noc bez wątpienia stawała się całkiem jasna. Zupełnie tak jak podejmowana decyzja.
- Ale jak dla mnie, Rina - odezwał się po chwili milczenia, mimowolnie ściskając dłoń dziewczyny - on nas sabotował. Nas wszystkich - i choć Merlin mu świadkiem, zdawał sobie sprawę, z czego to może wynikać, w tym momencie zupełnie przestawał tolerować lęki przyjaciela. - Nie zamierzam tego tolerować - tak, chyba nie było prostszego przekazu, prawda?
Wątpił, że Romulus kiedykolwiek się zmieni. Przekroczył granicę. Zbyt mocno, aby Ambroise zamierzał wyciągnąć rękę. Szczególnie, że w żadnym momencie wieczoru, Romy nie próbował nic ratować. Nie. On zemdlał. Ewakuował się z rzeczywistości. Znalazł boczną furtkę z szamba, które sam rozlał. Bawcie się, moi drodzy. A tak nie mogło być. Nie w świecie, w którym wszyscy żyli.


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Geraldine nigdy nie uważała się za bliską przyjaciółkę Romulusa. Zawsze była raczej dla niego dziewczyną Ambroisa, utrzymywali poprawne stosunki nawet po ich rozstaniu. Nie był jednak dla niej takim wsparciem, jakim był Cornelius - kolejna osoba w jej życiu, która znalazła się tutaj przez Greengrassa. To jemu ufała, wiedziała, że zawsze może na niego liczyć, mimo tego, że doszło do tego rozłamu w ich gronie. Wiązało się to z całym ciągiem wydarzeń, który dotyczył ich wszystkich. Próbowała jakoś wynagrodzić Corio to, że skupiła się na własnej tragedii w momencie, gdy ten przeżywał pewnie jeden z największych dramatów w swoim życiu. Wybaczył jej to, no, o ile w ogóle dało się wybaczyć coś takiego, nie pozbył się jej ze swojego życia, nadal ją do siebie dopuszczał, to też było dla niej ważne - chciała odbudować bowiem swoje zaufanie. Wydawało jej się, że doszło do tego, przez te półtora roku nie przestali się spotykać, bo przecież była też matką chrzestną Fabiana. Nadal byli przyjaciółmi, mimo tego, że osoba, która połączyła ich drogi zniknęła z jej życia.

Z Romulusem sprawy wyglądały inaczej, nigdy do końca nie czuła wsparcia od jego osoby, jasne był w stosunku do niej miły i sympatyczny, jednak nie potraktowałaby go jakoś kogo, komu mogłaby się zwierzać ze swoich uczuć, czy przemyśleń. Nie był jej człowiekiem, nigdy tego od niego nie wymagała i raczej nie wydawało jej się, by był w stanie spowodować, że się przed nim na tyle otworzy. Raczej kojarzył jej się z głupotami, błachostkami i sprawami, które nie miały jakiegoś głębszego dna. Podchodził do wszystkiego z lekkością, jakby to, co się wydarzyło nic nie znaczyło, jakby to co łączyło ją i Roisa nie było ważne. Postawił ją przed jej chłopakiem (wtedy byłym) w naprawdę chujowym świetle, bo chciał działać w tylko sobie znany sposób. Nie przyniosło to pozytywnych skutków, trochę potraktował ich jak model badawczy? To nie było fajne.

- Wiesz, to nie koniec świata. - Na całe szczęście Romulus nie był jedynym przyjacielem Roisa. Miał wokół siebie więcej bliskich osób, niekoniecznie musiał się więc przejmować tym, że zamierzał zakończyć ich relację. Na pewno sporo go to kosztowało, bo z tego, co wywnioskowała, to właśnie wykreślał ze swojego życia osobę, która była tam od wielu lat. Nadal próbowała zrozumieć, co przelało szalę goryczy, ale może po prostu ta sytuacja, która eskalowała była tylko gwoździem do trumny, która już dawno na to czekała?

- Nie wiem, jakim cudem, życie go nie zweryfikowało. - Znała jedynaków pochodzących z bogatych rodzin i nie wszyscy kończyli w ten sposób. Prędzej, czy później pojawiały się sytuacje, przez które chociaż trochę musieli się ogarnąć, jednak w przypadku Pottera nigdy do tego nie doszło. Był kolorowym ptakiem, który w ogóle się nie ograniczał, mógł robić to, co mu się żywnie podobało, nikt mu niczego nie narzucał, jego przyjaciele to akceptowali, aż przekroczył granicę. Może to był ten moment, w którym powinien dorosnąć? Zauważyć, że nie wszystko musi być po jego myśli, że liczy się ktoś więcej, niż on sam?

- Tatuś się nie spisał, ale to nie jest tylko i wyłącznie jego wina, on jest dorosły, ma mózg, może z niego korzystać. - Nie można było całej odpowiedzialności zwracać na nieobecnych rodziców, to nie było tylko tym. Gdyby Romulus miał w sobie nieco empatii zwróciłby uwagę na swoje otoczenie, zaangażowałby się nieco bardziej w ich sprawy, a nie ciągle stawiał siebie jako najbardziej istotną personę. Uwielbiał wnosić siebie na piedestał, pokazywać, jaki jest niesamowity, chwalić się swoimi osiągnięciami, czy faktycznie ktoś taki był kimś z kim Ambroise chciał się trzymać? Nie wydawało jej się, aby mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego, już od samego początku zastanawiała się dlaczego łączy ich taka silna więź, skoro chcieli od życia czegoś zupełnie innego, brakowało jej punktów wspólnych, ale tego nie komentowała.

- Mam wrażenie, że dzisiaj nie tylko Ty otworzyłeś oczy. - Corio wyjebał go ze swojego domu, nie spodziewała się, aby drzwi się szybko otworzyły, szczególnie, że Romulus brnął w tę swoją narrację. Nie słuchał innych, olewał ich zdanie, znowu postawił siebie na piedestale, a gdy miała nadejść konfrontacja, odpowiedzialność za jego własne czyny to zemdlał. Celowo? Być może, skąd mogli wiedzieć, że nie. Nie dziwiła mu się, że nie miał chęci rozmawiać z Corneliusem po czymś takim, Lestrange potrafił być bardzo rzeczowy i konkretny i na pewno nie dałby Potterowi sobie wejść na głowę.




RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.06.2025

Zawsze wydawało mu się, że charakter Pottera to pewna pokrętna zaleta. Że wszystkie różnice, jakie mógł dostrzec pomiędzy sobą a najlepszym przyjacielem były jedynie czymś, co czyniło z nich odrębne jednostki. Szczególnie w czasach szkolnych, gdy jeszcze wizualnie przypominali siebie nawzajem, co w pewnym sensie było dla Greengrassa naprawdę irytujące, cenił sobie te drobne rzeczy, przez które on był nim a Romulus był Romulusem. Barwnym, kolorowym, ekspansywnym, ale z drugiej strony...
...nie kłamał, gdy rzucił do Riny te słowa odnośnie rocznikowego błazna. Ani tego, że w tamtym okresie oni wszyscy zachowywali się zupełnie inaczej niż w późniejszych latach. Mieli zupełnie inne motywacje, przynajmniej tak mu się wydawało, bo w końcu byli tylko dzieciakami. Wpierw małymi, później większymi.
Nie zauważył, kiedy zaczęli obracać się w towarzystwie naprawdę dużego dziecka. A może po prostu nie chciał tego widzieć? W końcu miał niewątpliwą tendencję do zakrzywiania rzeczywistości na swoją modłę. Często gęsto przyjmował konkretną narrację i uznawał ją praktycznie za pewnik. W końcu lubił mieć rację. Nienawidził nie mieć swojego zdania albo dawać komuś do zrozumienia, że to on, Roise mylił się w osądzie.
Jednakże w tym konkretnym przypadku? Nie potrafił, po prostu nie potrafił dłużej udawać. Widział. Oczywiście, że dostrzegał wszystkie te ostatnie parszywe zachowania. Wszystko to, co jeszcze bardziej komplikowało już i tak trudną sytuację. To, co raniło wszystkich dookoła. W imię czego?
Próbował sądzić, że pchnięcia go do działania. Przypisywał przyjacielowi jakieś wyższe cele. Czemu? Czy to była ta chwila, aby przyznać, że po prostu nie wyobrażał sobie tego, by ktoś tak mu bliski postanowił go sabotować? Aby nie miał naprawdę dobrych intencji, tylko w rzeczywistości faktycznie obawiał się tego, o czym parokrotnie zająknął się, gdy był schlany w trzy dupy?
Tak, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że Romulus nie chciał być zupełnie sam. Z tego, że życie jedynaka w oczach Pottera nie było usłane różami. A jeśli już, Roman dostrzegał tam naprawdę duże i ostre kolce, giętkie i czepliwe łodygi. I może tak, być może rzeczywiście poniekąd tak było. Takie wychowanie nie było pozbawione pułapek. Miało swoje minusy.
Tyle, że w istocie, Romulus rzadko kiedy tak naprawdę był sam. Niemal przez całe młodociane czasy otaczał się przyjaciółmi a oni widzieli w nim brata. Jasne, później ich drogi odrobinę się rozeszły, jednakże wcale nie porzucili kontaktów. Mieszkali blisko siebie, często się spotykali, utrzymywali bliskie relacje. Szczególnie wtedy, kiedy trójka z nich zamieszkała w tej samej kamienicy, natomiast Roisa dzielił od nich naprawdę niewielki dystans. Przynajmniej do pewnego momentu, dopóki nie postanowił wynieść się z Geraldine do Whitby, gdy nad Londynem zawisła gęsta mgła lęku i obawy o losy magicznego świata.
Nie chcieli mieszać się w cudzy konflikt, zaczynali układać sobie w głowach wizję kolejnego etapu życia. Co prawda robili to każde z osobna, nie mieli szansy o tym porozmawiać, zanim wszystko się nie spierdoliło, ale w ostatnich dniach doszli do tego, że w rzeczywistości myśleli dokładnie w tych samych kategoriach. Ambroise nigdy nie analizował tamtej sytuacji z perspektywy kogokolwiek z grona bliskich im ludzi. Nie miał powodu, aby to robić. A może jednak powinien mieć?
Szczególnie, że gdy rozstał się z Geraldine, po powrocie z czegoś na kształt wygnania narzucanego samemu sobie, gdy próbował pozbierać myśli kompletna bujda, Cornelius podszedł do tego w zupełnie inny sposób niż Roman. Roman bowiem...
...był Romanem. Tak mu się przynajmniej wydawało. Jego podejście było luźne. Tryskała z niego energia. Był barwny, kolorowy, zagadywał go. Greengrass założył, że po to, żeby odwrócić jego uwagę od myślenia o tym, jak bardzo zjebał sobie życie. Co jednak, jeśli dla przyjaciela to wcale nie był główny powód? Co, jeżeli za tym wszystkim kryła się znacznie bardziej prozaiczna przyczyna?
W tym momencie, Ambroise mógł kwestionować wszystko, co dotyczyło kumpla. W końcu, jaką miał gwarancję, że na niego też nie wyciągnąłby wahadełka? Ba, że tego nie zrobił? Że wszystko, w co wierzył i dotychczas nie wątpił ani przez chwilę, było rzeczywiście jego własnymi myślami?
Nie, nie chciał o tym nadmiernie myśleć. To do niczego by nie doprowadziło. To nie miało już znaczenia, bo powiedział pas. I nie, to nie był koniec świata. W pewnym sensie. Natomiast bez wątpienia poczuł się zupełnie tak jak to określił: jakby Romulus wbił mu nóż w plecy. Nie: próbował wbić, tylko rzeczywiście wbił.
Zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine nie do końca mogła to zrozumieć. Nie z wiedzą, jaką obecnie posiadała. Nie wiedział jednak, co powinien uczynić z tym fantem, ponieważ jego chwila, ich chwila została zrujnowana. Gdyby stwierdził ten fakt na głos, co by mu to dało? Oboje mierzyliby się z tą samą gównianą wiedzą i? I co dalej?
- Nie, to nie koniec świata - kiwnął więc głową, nie zamierzając nie zgadzać się z czymś, co było poniekąd wyjątkowo prawdziwe. - To po prostu ten moment, kiedy człowiek musi zweryfikować swoje wyobrażenia, nie? - Wzruszył ramionami, jednocześnie przełykając gorycz, jaka zebrała mu się w gardle.
Tak, strata kogoś bliskiego zawsze była trudna, ale mogło być znacznie gorzej. Przeżył już gorsze rzeczy. Miało poboleć i przestać, czyż nie?
- Sama powiedziałaś. Miał wyjątkowo dużo szczęścia - odparł bez cienia wyrozumiałości dla domniemanych rzekomych innych cech Pottera, które czyniłyby z Romulusa życiowego zwycięzcę.
To był los, to była loteria. To był Nathaniel Elias Potter, o którym można było wiele powiedzieć, ale nie to, że nie rozpieszczał swojego syna. I oczywiście, rodzice tak robili, jednak w tym wypadku chodziło o coś więcej niż zwykłe rozpuszczanie jedynaka. Będąc zupełnie szczerym, Roise miał z tym swoje doświadczenia.
Jego siostra także poniekąd wychowała się niczym jedyne dziecko, dzieliło ich osiem lat, co biorąc pod uwagę jego naukę w Hogwarcie i koczowanie w domach przyjaciół oraz krewnych, do pewnego momentu z pewnością czyniło z młodszej Greengrassówny mentalne jedyne dziecko. Mimo to, nigdy nie zachowywała się aż tak nierodzinnie. Mieli swoje konflikty i problemy, mieli ze sobą różne doświadczenia, ale...
...no, właśnie. Ani przez moment nie zwątpił w to, że Roo będzie cieszyć się z jego szczęścia. Tymczasem teraz głęboko wątpił w Romy'ego.
- Jest wykształcony w tym zakresie - niekoniecznie przypomniał, bardziej dodał, ponieważ tak, nie mógł nie zgodzić się z tym, co powiedziała jego dziewczyna. - Skończyliśmy tę samą akademię, do pewnego momentu zdawaliśmy te same zaliczenia. Nie chcę rozumieć, gdzie tak bardzo rozjechał się z tym, o czym go uczono. Albo kiedy uznał, że należy tak z tego korzystać - stwierdził całkiem spokojnie, jak na takie spostrzeżenia.
Przecież to było nie do pomyślenia, aby ktoś, kto powinien leczyć i pomagać, wpadał na pomysł wykorzystywania swoich umiejętności i wiedzy, aby kontrolować umysły najbliższych. Obcych? Jasne. Tutaj moralność to było dużo bardziej giętkie i elastyczne podejście. Roise także korzystał z wiedzy medycznej, aby w razie czego móc zadawać określone obrażenia albo z wiedzy zielarskiej, by osiągać niekoniecznie czysto uzdrowicielskie sukcesy.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałby jednak o tym, aby świadomie wykorzystać to przeciwko komuś z ich grona. To było dla niego nie do pomyślenia. A gdy w grę wchodziło do tego mentalne mumbo jumbo? Nie, odczuwał naprawdę głęboki wstręt. W połączeniu ze zrobieniem sobie cyrku z jego dnia, Greengrass miał naprawdę bardzo konkretne wnioski. Nie chciał dłużej usprawiedliwiać Romka.
- Nie, nie tylko ja - przytaknął, nie musząc zastanawiać się ani przez sekundę. - Wyprowadził z równowagi każdego, kto znalazł się na ognisku. Nawet Corneliusa - a nie musiał wspominać, że o to było ciężko, prawda?
Zwłaszcza w takim wydaniu, w jakim zaobserwowali to po akcji nad jeziorem. To była już niemal nieprzekraczalna granica.
- Zabiłaby go - dodał dosłownie znikąd, zaledwie moment później, tym razem nawet uśmiechając się kącikiem ust; drgnęły mu wargi. - Gdyby naprawdę chciała go zabić, nie byłoby próbowała. Zabiłaby go. Nie miałby najmniejszych szans na reakcję, nawet z tymi swoimi wyśmienitymi umiejętnościami kukiełkarza - nie przerysowywał, po prostu stwierdzał fakt, ot co.
Potter tym bardziej przesadził z reakcją. Tym większa ironia tkwiła w tym wszystkim.


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.06.2025

- Na początku na pewno trudno jest to ogarnąć. - W końcu było to dosyć sporym przeżyciem. Uświadomienie sobie, że ktoś z kim jest się blisko jest zupełnie kimś innym niż z kogo się go miało. Często przez lata można było usprawiedliwiać pewne zachowania, przymykać oko na najróżniejsze wyskoki, ale przychodził moment, w którym nie dało się już dłużej ukrywać, że gdzieś się mija, że zniknęły wszystkie rzeczy, które łączyły, a więcej było tych, które przeszkadzały. To był chyba ten moment w przypadku ich przyjaźni.

Geraldine nie miała pojęcia, co jeszcze się w tym kryło, pewnie gdy zobaczy szerszy obraz to dotrze do niej, że faktycznie nie było innej możliwości. Zresztą już nie zamierzała negować podejścia Roisa, czuła, że ma swoje argumenty, nie zamierzała próbować go powstrzymać przed podjęciem tej dosyć drastycznej decyzji - wiedziała, że robi to z jakiegoś powodu i zamierzała być obok, wesprzeć go, bo mógł tego potrzebować. Odcięcie się od kogoś, kto od lat znajdował się blisko wcale nie było takie proste, mogło zaboleć, tak, czy siak. Nawet jeśli miał pewność, że było to najlepszym, co mógł dla siebie zrobić.

Zauważyła, że Greengrass bardzo przejął się tą całą sytuacją, ją ruszyło przede wszystkim to, że Romulus próbował mieszać komuś w głowie. To było dla niej przekroczenie pewnej granicy, bardzo mocne. Nie godziła się na takie zachowanie. Gdyby wyciągnął wahadło w kierunku Ambroisa? Zapewne by go rozszarpała, nie hamowałaby się. Skąd mogli wiedzieć, że ponownie nie zachowa się w podobny sposób, skoro zrobił to raz, to przecież mógł zrobić i kolejny. Nie przemawiały do niej argumenty, że był zjarany, najebany, czy niestabilny emocjonalnie. Nic nie tłumaczyło takiego zachowania, to było przegięcie i miała wrażenie, że wszyscy obecni uważali tak samo. Istniały granice, których się nie przekraczało, to była jedna z nich.

- W tym wypadku do szczęście niekoniecznie może być uznane za coś dobrego. - Może właśnie przez nie ich znajomy nie mógł dorosnąć? Nie musiał tego robić, nie kiedy ojciec, znajomi przywyknęli do jego podejścia, przyzwyczaili się do tego, że taki po prostu był. Nikt z tym nie walczył, nie próbował mu zasugerować, że czas najwyższy nieco zmienić podejście, wręcz przeciwnie z wiekiem to się powiększało. Skoro nie miał żadnych ograniczeń nie musiał się hamować, zupełnie. Miał pieniądze, prestiżowy zawód, mógł sobie pozwalać na wszystko. Na szczęście, ktoś w końcu zauważył, że to już nie jest zabawne, prędzej, czy później musiało do tego dojść. Szczególnie, że przestał zupełnie nad sobą panować, nie miał momentu refleksji, brnął w te swoje racje, nie chciał otworzyć oczu, nawet gdy najbliżsi, z którymi trzymał się od lat próbowali mu pokazać, że przegina, że znajduje się na granicy.

- Widzisz, wykształcenie to nie wszystko. Brakuje mu zdrowego rozsądku, żyje w swoim świecie, w którym to on jest najważniejszy, cała reszta to tylko statyści, szkoda, że wyszło to po takim czasie. - W końcu zawsze znajdował się blisko. Tyle, że nie można było wiecznie przymykać oka na jego zagrywki. Nie dało się tak przez całe życie. To też nie tak, że wyszło to dopiero teraz, przez lata mieli świadomość, że tak jest. Wiele mu wybaczano, nie skupiano się na tych zagrywkach, ale chyba nadszedł moment, w którym wszystkim się po prostu ulało. Nie mogli znieść już więcej tych wybryków, szczególnie, że wystarczająco wiele zła im się przytrafiło przez zewnętrzne czynniki, bardzo słabo, kiedy jeszcze ktoś wewnątrz dorzucał coś od siebie. Tutaj powinni mieć spokój, nie przejmować się tym, że ktoś będzie ich sabotował. Mieli odetchnąć, zaznać trochę spokoju.

- Nie widziałam dawno takiego wkurwionego Corio. - Skomentowała jeszcze. Lestrange miał wyjątkowo dużo cierpliwości. Wiele rozumiał, potrafił naprawdę odnaleźć się w każdej sytuacji, w tym wypadku widziała, że nawet on uznał to za przegięcie. Było to dość sporym osiągnięciem jak na Pottera, wkurwienie nawet Corneliusa. Nie dziwiło jej to, że Lestrange również się zirytował. Znajdowali się u niego, wszyscy byli jego gośćmi, on był tutaj gospodarzem, był poniekąd opowiedzialny za to, by wszyscy czuli się tu mile widziani. Romulus wciągnął go w tę swoją zagrywkę, pamiętała słowa, które rzucił do tej dziewczyny, Corio najwyraźniej uznał to za przesadę i dobrze. Może właśnie tego potrzebował Potter, aby się ogarnąć. Z drugiej strony, czy faktycznie się tym przejmie? Może uzna, że wszyscy się na nim uwzięli i to on był ofiarą tego zamieszania, niektóre osoby miały tendencje do odwracania kota ogonem, nie umiały wziąć na siebie winy nawet jeśli dotyczyła ona ich czynów.

- Mówisz? Nie wygląda... - Dziewczyna o której wspominali była dość drobna, nie wyglądała jak morderczyni, ale Yaxley miała świadomość, że tak też było w świecie zwierząt, te najbardziej niepozorne stworzonka potrafiły przynosić śmierć w mgnieniu oka, czasem wystarczyła chwila nieuwagi.

Medycy mieli jednak swoje sposoby, czyż nie? Wiedzieli gdzie uderzyć, aby zrobić to szybko. Nie bez powodu też Corio i Ambroise ściągnęli tutaj tę kobietę. Wspominali o tym, że posiadała pewną wiedzę, która mogła pomóc im z Astarothem, Yaxley wolała w to nie wnikać. Nie obchodziło jej to, kto bawił się jaką magią, ale przypuszczała, że mogło też o to chodzić. W końcu wiedziała, że i Roise i Corio również korzystali z różnych metod, na pewno otaczali się osobami, które również po nie sięgały.




RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.06.2025

Nie musiał o tym myśleć. Wiedział. Po prostu wiedział, ile prawdy leży w tych słowach. Tak, miało być trudno, ale...
...no, właśnie. Z drugiej strony, czy teraz było mu łatwo? Czy byłoby mu łatwiej, gdyby odpuścił? Zapomniał? Abstrahując od tego, że już i tak wielokrotnie starał się nie patrzeć na akcje, jakie urządzali mu przyjaciele, że był w stanie wybaczyć im więcej niż innym ludziom, że miał do nich naprawdę niecodzienne pokłady cierpliwości. Tym razem naprawdę nie chciał myśleć o tym, co by mu to dało.
Nie, nie sądził, aby dzięki nowemu kredytowi zaufania, problem miał nie pojawić się powtórnie. Wręcz przeciwnie. Poza tym nie dało się nie spojrzeć na to od tej najbardziej ponurej, skrajnie realistycznej strony. Nie mógł nie zadać sobie jednego jedynego pytania: co byłoby, gdyby Potter nie polubił Yaxleyówny? Co stałoby się, gdyby podszedł do niej tak jak do Prudence? No właśnie.
Nie chciał tego nadmiernie analizować, ale wnioski nasuwały się same. W tym momencie nie wiedział już, tak po prawdzie, co było a co nie było sabotażem. Czy plotki rozsiewane przez Romulusa miały zmotywować go do działania? A może wręcz przeciwnie? Być może miały sprawić, że nigdy więcej nie odezwie się do swojej (wtedy jeszcze byłej) dziewczyny? Za tym drugim mogłoby zresztą przemawiać to, że Potter, choć zgodził się pomóc mu w oświadczynach, postanowił następnie dokonać szeregu zmian w ustaleniach.
Zaczął gadać o planie na prawo i na lewo, nawet jeśli tylko do Corneliusa, Geraldine prawie to usłyszała. Umieścił zwierzęta nie nad tym drugim, właściwym jeziorem, lecz w ich sypialni. Ba. Nawet podczas rozmowy, jaką prowadzili jeszcze w domu, jego propozycje były mniej lub bardziej absurdalne. Nad wodą zresztą też. Już wtedy dawał przesłanki, że wcale nie chciał skupić się na tym, co było dla Greengrassa najważniejsze, lecz wręcz przeciwnie. Strzelał absurdalnymi propozycjami. Chciał zestresować Geraldine informacją o omdleniu Astarotha. Albo te narwale...
...te narwale... ...w jaki sposób miały być powiązane z zaręczynami? Roise odruchowo potrząsnął głową, usiłując pozbyć się tej myśli. Wcale nie chciał się nad tym zastanawiać. Miał dosyć, po prostu dosyć. Podjął decyzję, a nie zwykł rzucać słów na wiatr. Po prostu. Nie zamierzał pozwolić na to, aby ktoś bawił się kosztem jego, jego rodziny i planów.
- Zbyt wiele razy puszczaliśmy mu wszystko płazem - Geraldine miała rację, jednak poniekąd to oni sami przyczynili się do tego faktu.
Romulus miał ich za statystów, bo sami mu na to pozwolili. No cóż. Każdy miał swoje granice. Nawet ich nadmierna wyrozumiałość.
- Po prawdzie, tak wkurwionego widziałem go tylko kilka razy w życiu - odparł, nie kryjąc tego, że mógł znać się z Corneliusem lepiej niż z kimkolwiek innym (szczególnie po dojściu do wniosku, że z Romulusem w istocie prawdopodobnie nie znał się już wcale), ale taki stan zdenerwowania obserwował u Corio wyłącznie parokrotnie.
Za każdym razem w okolicznościach, które były wyjątkowo poważne. Zresztą teraz także nie dało się powiedzieć, aby takie nie były. Szczególnie, że Ambroise doskonale słyszał to, jak Roman wysprzęglił się do (już chyba raczej nie) ich wspólnego przyjaciela. Wiedział zatem, że Lestrange zdawał sobie sprawę z typu sytuacji, w jakiej Potter postanowił zrobić z siebie teatralną divę.
Nie chodziło wyłącznie o obrażenie gospodarza w jego własnym domu. Nie chodziło o zbrukane zaufanie. Nie o czucie się lepszym od innych, upoważnionym do decydowania o tym, kto bytuje w posiadłości, która nie należała do Romulusa, a jednak ten czuł się zobligowany do wywalania z niej Prudence. To nie była wyłącznie kwestia zignorowania upomnień i ostrzeżeń. Wjechania na Bletchley, ignorując fakt, że Greengrass przyznał się do bycia odpowiedzialnym za tamtą lewitację.
Nie, nie, nie. Nie chodziło o wyciągnięcie wahadełka, nie o próbę manipulacji Benjym, nie o przystawienie mu różdżki do gardła. Nie o bobry umieszczone w sypialni, które całkowicie zdemolowały pomieszczenie, całe szczęście, nie wdając się w zbyt intensywną i groźną konfrontację z psami albo z kotem. Nawet nie o całkowicie rozpierdolone zaręczyny, które były tak ważne dla Ambroisa.
Ponownie: nie. Nie chodziło o żadną z tych rzeczy...
...pojedynczo...
...chodziło o wszystkie razem. O czarę goryczy, która w jednym momencie była jeszcze praktycznie pusta, zaledwie lekko wypełniona przez coś, na co każdy z towarzystwa starał się nie patrzeć. Każdy miewał swoje gorsze momenty. Każdy z nich zrobił kiedyś coś, co było trudne do przełknięcia. Nikt nie pozostawał zupełnie bez winy. Jednakże Roman przelał swoje naczynie w zaledwie kilka minut. Zrobił niemalże wszystko, co mógł uczynić, żeby nie tylko podpaść pozostałym, lecz całkowicie wytrącić ich z równowagi.
Roise przeniósł wzrok z horyzontu na sylwetki psów, które chyba coś tropiły, po czym powrócił spojrzeniem do Yaxleyówny. Ich rozmowa nie była łatwa, ale jednocześnie nawet mając zaledwie część kontekstu, jego dziewczyna po prostu wiedziała. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. To nie był wyskok, który można było ot tak zapomnieć i wybaczyć.
W istocie, sądził, że nie tylko on miał podstawy ku temu, by tego nie robić. Romy zraził do siebie wyjątkowo dużo osób na raz. Niewłaściwych osób.
- W innym wypadku nie wziąłbym jej do zapewnienia wsparcia z twoim bratem - stwierdził po prostu, w dalszym ciągu unosząc kącik ust w krzywym, jednak zadziwiająco rozbawionym wyrazie.
Mimo wszystko, w całej tej sytuacji dostrzegał pewne zabawne absurdy. Romulus nie wiedział, ile jednocześnie było przerysowania a ile prawdy w tym, co tak głośno zakładał. Tak, Prudence mogła być niebezpieczna. Z pewnością. Jeśli tylko tego chciała, na pewno potrafiłaby go zranić czy zabić. Na wiele różnych sposobów.
Tyle tylko, że raczej nie pałała chęcią do siania zamętu. Zdecydowanie nie kryła się w krzakach i nie próbowała atakować osób uważających się za jej ofiary. Zresztą wcale nie musiałaby robić tego w ten sposób. Miała swoje znacznie bardziej wygodne sposoby. To było dla Roisa bardziej niż pewne. W końcu pod pewnymi względami byli do siebie podobni, natomiast on bez wątpienia potrafił działać tak, żeby nie brudzić sobie jawnie rąk i nie ryzykować przeżycia ofiary. Pozwolenie sobie na to, aby puścić kogoś luzem po próbie morderstwa było...
- ...niechlujne - rzucił w przestrzeń, kręcąc głową i niemalże nie powstrzymując się od wywrócenia oczami. - Gdyby Prue spróbowała zabić Romka, puszczając go po tym wolno, a potem znowu podejmując próbę na oczach wszystkich zebranych, to byłoby niechlujne. Szczególnie, że i ty, i ja... ...a zatem i ona... ...wszyscy jesteśmy w stanie z marszu wskazać co najmniej kilka metod tego jak pozbyć się kogoś w sposób, który nie jest aż tak niedbały i nie uruchamia machiny śledztw na temat okoliczności zgonu - dla niego to było wyjątkowo jasne, podejrzewał, że dla Riny także.
Naprawdę nie trzeba było być wielkim odkrywcą, żeby dojść do podobnego wniosku. Szczególnie, gdy bywało się wcześniej na terenie letniej posiadłości Ursuli. Miała choćby te swoje szklarnie. Odrobina właściwej substancji niepostrzeżenie dolana bądź dosypana do kawy była tylko jedną z możliwości. Romulus zupełnie nie wiedział, o czym pierdoli.
Jasne, zawsze miał tendencję do fiksowania się, jednakże nawet nie próbował zracjonalizować sobie sytuacji. Mógł nie wiedzieć o rodzaju magii, jaką interesowali się ludzie z jego otoczenia, ale przecież powinien być świadomy tego, że antropolog sądowy raczej doskonale wiedział, w jaki sposób nie zrzucić sobie gilotyny na kark. Biletu w jedną stronę wprost do Azkabanu.


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.06.2025

- Każdy ma swoje granice, najwyraźniej dzisiaj jednak była ona wspólna i przekroczył ją u wszystkich. - Były pewnie rzeczy do których nie powinien się posuwać. Na niej samej wyciągnięcie różdżki, ubezwłasnowolnienie Benjy'ego zrobiło naprawdę ogromne wrażenie, nie - nie to pozytywne. Zastanawiała się, czy Potter gdzieś zgubił rozum, jakieś resztki przyzwoitości. Nie oczekiwała od niego zbyt wiele, wiedziała, że był specyficzny, no ale... no właśnie. Niektórych rzeczy nie można było akceptować, przymykać oczu, pozwalać na to, aby odeszły w zapomnienie. To była jedna z takich sytuacji. Mieszanie w głowie było czymś, na co nie powinno się pozwalać - nigdy, nikomu. Jeśli postanowił zaatakować tym rodzajem magii swojego przyjaciela, cóż, to było naprawdę bardzo chujowym zagraniem. Ona zapewne bardzo szybko zademonstrowałaby mu, dlaczego nie postępuje się w ten sposób. Tyle, że w tym momencie nie chodziło o nią, to nie ona stała się jego celem, a i tak ją to dość mocno zabolało.

Nie zdawała sobie sprawy z pozostałych przewinień Romulusa, może to i lepiej, bo na pewno zirytowałaby się tym, w jaki sposób potraktował jej chłopaka, poniekąd również i ją, aczkolwiek to nie ona była w tym wszystkim najważniejsza. To nie ona przyjaźniła się z nim od lat.

Na szczęście dla Pottera nie wiedziała jeszcze o wszystkim, nie miała pojęcia, jak bardzo dzisiaj spierdolił, bo na pewno nie podeszłaby do tego tak lekko, jak teraz. Próbowała sobie bowiem tłumaczyć, że to nie były do końca jej sprawy, bardziej dotyczyły one jej chłopaka i jego przyjaciół, no i tej dziewczyny, która znalazła się z nimi w rezydencji Corio.

- Ja też, chociaż to nic nie znaczy, bo wy mieliście jednak ku temu więcej możliwości. - Być może od kilku lat była blisko z Corneliusem, jednak ominęła ją ta część znajomości jeszcze w Hogwarcie. Jasne, kojarzyła go, tak jak resztę ich paczki, ale wtedy nie zadawała się z nimi, no, może poza Benjym z którym grała w drużynie quidditcha. Była w końcu od nich młodsza, wtedy raczej nie było zbyt wiele rzeczy, które mogły ich łączyć. Nie było to więc niczym dziwnym.

- Tak myślałam. - Zdawała sobie sprawę, że jej bliscy zorganizowali tutaj naprawdę zestaw świetnych specjalistów, którzy byli w stanie poradzić sobie w stanie ze wszystkim. Każdy posiadał unikatowe umiejętności, które w takim pakiecie naprawdę mogły się przydać. Miała chęć dodać coś jeszcze, ale się powstrzymała. Ostatnio trochę nie wierzyła w to, że będą w stanie pomóc jej bratu. Zdecydowanie nie chciał tej pomocy, nie przyjmował jej, zapętlał się w swoim własnym nieszczęściu i coraz bardziej wydawało jej się, że nie będą w stanie nic z tym zrobić. Jak mieli bowiem pomóc komuś, kto tego nie chciał? No nie dało się. Próbowali różnych metod, a żadna z nich nie działała. Wydawało jej się, że niedługo nadejdzie moment, w którym będzie musiała poinformować ojca o tym, że sobie nie radzi. Może nie było to coś, co chciała zrobić, godziło w jej dumę, aczkolwiek wolała, żeby wiedział. Nie chciała brać na siebie pełnej odpowiedzialności za nieżywot młodszego brata, bo nie była w stanie przewidzieć, co może mu przyjść do głowy, ani jak się zachowa, szczególnie po tym, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru w lesie. Skoro atakował ją, jego siostrę, rodzinę, to jaką mieli pewność, że nie zrobi tego samego komuś obcemu? Żadnej, wolała zapobiegać, niż radzić sobie z konsekwencjami czynów niemyślącego, młodego wampira.

- Cóż on chyba liczył na to, że mu uwierzycie i znowu stanie się ofiarą, zapewne oczekiwał, że będziecie go pocieszać i mówić o tym, jakie to okropne. - Można się było tego po nim spodziewać, uwielbiał bowiem znajdować się w centrum zainteresowania. Słabe było to, że w tym wypadku zrobił to kosztem innej osoby, która sobie na to zupełnie nie zasłużyła.

Na szczęście towarzystwo dość szybko doprowadziło go do porządku, a przynajmniej próbowało to zrobić, bo Potter w końcu zemdlał i nawet nie próbował wziąć odpowiedzialności za swoje czyny. Nie miała pojęcia, czy to też zaplanował, ale wcale by jej to nie zdziwiło. Całkiem proste rozwiązanie. Dobrze, że Corio się nie ugiął, tylko  postępował według tego, co powiedział. Nie spodziewała się, że będzie inaczej, on akurat należał do bardzo słownych osób, a dzisiaj i w nim coś pękło. Nie było tutaj miejsca na litość, obchodzenie się z nim jak z jajkiem, zasłużył sobie na wyrzucenie z tego miejsca.