![]() |
|
11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127) +--- Wątek: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott (/showthread.php?tid=4954) |
11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Elliott Malfoy - 03.07.2025 Dom otoczony górami, Szkocja, jesień 1972Zmierzchało. Świeżość górskiego powietrza przelewała się po grzbietach Highlandów, mieszała z wilgocią okolicznych jezior. Kiedy Anglia płonęła, jej północny sąsiad pławił się w deszczu, zupełnie jakby wszechświat chciał takimi zjawiskami atmosferycznymi podprogowo przekazać wiadomość. Tymże razem gorąco południa nie wzięło się jednak z błagalnych stęków matki natury, a różdżek zionących nie tylko płomieniami, ale też nienawiścią. Wciąż miał w pamięci nakreślone dłonią Longbottoma słowa o Warowni. Przedostali się przez ich zabezpieczenia, czymże jest moje ukrywanie się na górskich szlakach? pomyślał, tragicznie rozbawiony swoimi desperackimi próbami trzymania się burty statku pod banderą Fortinbrasa; sztorm rozbujał kadłub, żagle się zrywały, a sam kapitan knuł pod pokładem. Pokój w którym dziadek Elliotta trzymał mugolską literaturę wydawał się młodemu Malfoyowi najbezpieczniejszym pokojem na świecie dopóki nie przekroczył progu posiadłości Longbottomów. Ciężar zabezpieczeń nałożonych na dom w Dolinie Godryka osadzał się na duszy ostrzegającymi iskierkami, otulał, gdy byłeś w środku, mamił i odbijał, gdy zbliżałeś się nieproszony - choć tego ostatniego scenariusza nigdy nie doświadczył, sama energia zaklęć ochronnych była wystarczająco sugestywna. Pomimo czystego nieba, coś wydawało się wisieć w powietrzu. Chmura problemów nadciągająca z samej stolicy rozpostarła swe ramiona nad całym krajem i choć górskie zacisze wydawało się być na uboczu, Elliott wiedział, że musi trzymać się na baczności. Nie marnował czasu, gdy tylko Lorraine potwierdziła mu, że jest w dobrym zdrowiu, zaaranżował odpowiednie miejsce, w którym świstoklik miał ją przenieść na szkockie szczyty, wewnątrz ochronnej bariery, ale przed drzwi. Jego paranoja dostała swojej paranoi. Chciał odsunąć się od tej wojny domowej wpierw uciekając do tego domu, później do Włoch. Nic to, nie wytrzymał, wysłał listy, zamieszał się w tę sytuację, bo dotyczyła go bezpośrednio - jego i rodziny, której głową miał zostać, nieistotne co ojciec o tym myślał. - Lorraine, droga kuzynko - odezwał się do kobiety czekającej na progu domu tymi samymi słowami, które zawarł w swoim pierwszym liście. Jej rozświetlone blaskiem upadającego słońca włosy odznaczały się na ciemnej, drewnianej ramie drzwi; jasne kosmyki były komfortem, były nienawiścią i przygniatającą skałą niedopowiedzeń, palącym ikarze skrzydła słońcem, chłodem skutej lodem sadzawki, błędnym ogniem w blasku księżyca i ochroną, tarczą i rozpoznaniem, skinieniem głowy, kontaktem wzrokowym, zaciskającym się na szyi sznurem i opaską na oczy. Zaprosił ją do środka, a gdy otworzył przed nimi drzwi na niewielki hol, lampka pod schodami ogarnęła pomieszczenie ciepłym światłem. Drewno zamknęło się za nimi z cichym kliknięciem, oddzielając nozdrza od świeżego zapachu roślin, otulając ramiona wonią skóry, drewna i świec. - Pozwól, że oprowadzę cię po najważniejszych pomieszczeniach zanim wpłyniemy na głębokie wody - przeszedł do rzeczy jak zwykle stawiając na brak bezpośredniości. Pomógł jej z płaszczem, jeżeli takowy ze sobą miała i odwiesił go, wraz ze swoją szorstką, wełnianą marynarką na skromny stojak na odzienie wierzchnie; jakby się przyjrzeć można było dostrzec dokładne grawerowania na całej jego linii oraz wykonane z cięższego surowca nóżki. Po ściągnięciu tego, co miał na siebie narzucone, jego strój pasował do cieplejszego klimatu - biała koszula z zakasanymi rękawami sugerowała, że wyszedł z domu w pośpiechu i nie planował tego ukrywać, lniane spodnie kontrastowały, wręcz kłóciły się z odwieszoną przed chwilą marynarką, a skórzane półbuty nie nadawały się na szkockie szklaki. - Tak jak wspominałem, jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania, ten dom jest wystarczająco na uboczu, aby nikt cię nie niepokoił. Niestety, wolałbym, abyś nie proponowała tego rozwiązania nikomu innemu - to mówiąc, wyciągnął różdżkę i dotknął drewnianych paneli pod schodami w odpowiednim rytmie. Z podłogi zaczęły wyrastać pnącza, które ukształtowały się w niskie, ale solidne drzwi. - Dziadek był niski - skomentował, nim puścił ją przodem. RE: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Lorraine Malfoy - 07.07.2025 Szkocja zawsze miała kojarzyć się Lorraine z poematami Waltera Scotta, które czytywała w młodości z wypiekami na twarzy. Gdy patrzyła na górskie szczyty, majaczące w oddali, próbowała przypomnieć sobie ustęp z "Pani Jeziora", który zawsze ją wzruszał. Jak to szło, zastanawiała się, próbując zająć swoje myśli poezją, oszukać ciało, odwrócić jego uwagę od nieprzyjemnych sensacji, jakie wciąż odczuwała po podróży świstoklikiem. Ale szkocki wiatr porwał z jej pamięci słowa poematu, przegonił wspomnienia utworów skreślonych ręką Roberta Burnsa, uniósł w dal wierszyki dla dzieci autorstwa Roberta Louisa Stevensona, które czasem czytała małej Fridzie. Gdy wreszcie udało jej się dojść do siebie, pojawił się Elliott. Skinęła mu głową w podzięce, gdy pomógł jej zdjąć płaszcz. Podszyty wiatrem, jasny płaszcz sprzed kilku, a może i kilkunastu sezonów, co Elliott mógł zauważyć już na pierwszy rzut oka, tak jak i to, że płaszcz sprawiał wrażenie znajomego. W zamyśle wydawał się skrojony na nieco wyższą kobietę niż stojąca przed półwila, o czym świadczyły ślady zręcznych poprawek krawieckich: widocznych, jeżeli wiedziało się, jak należy patrzeć. Elliott wiedział. Nic dziwnego, że płaszcz wydał mu się znajomy. Elliott mógł wreszcie rozpoznać w tym płaszczu własność Eden. "Jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania się..." – Dziękuję, że tak o mnie dbasz – odpowiedziała cicho półwila, słodycz wdzięczności wybrzmiewająca w jej głosie, gdy spuściła nieśmiało oczy. Nie sprzeciwiła mu się otwarcie, ale oboje przecież dobrze wiedzieli, że Lorraine z zaproszenia Elliotta nie skorzysta. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, co takiego musiałoby się stać, aby skorzystała. Co takiego musiałoby się stać, aby porzuciła Nokturn. Tu jest moje miejsce, pisała mu, tu leży moja lojalność. Nokturn był jej przystanią, przybytkiem rodzinnego szczęścia, Nokturn był jej prawdziwym domem. Jakże go nienawidziła. Jakże go kochała. Skłamałaby jednak, mówiąc, że nie poczuła ulgi, gdy mimo to Elliott powtórzył swoją propozycję. Dobrze było wiedzieć, że wciąż istnieje miejsce, dokąd mogłaby uciec, gdyby przyszło jej uciekać. Oparła na chwilę dłoń na dłoni Elliotta, jak gdyby tym jednym gestem gotowa była wyrazić więcej aniżeli słowami. Gdy uniosła dłoń, srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy zalśnił obok jego srebrnego sygnetu. Wyryto na nim te same symbole, co na pierścionku Lorraine. Tu leży moja lojalność. Oboje nosili symbole swego oddania rodzinie tak, jak gdyby nosili drogocenne klejnoty z królewskiego skarbca. Oboje byli przecież Malfoyami. – Dobrze cię widzieć, Elliottcie. – Na tyle właśnie czułości pozwalano sobie w tej rodzinie. Więcej byłoby niemal potwarzą. Puściła jego dłoń, gdy pokierował ją w stronę wejścia. Zachowywał spokój, ale znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że coś kłębiło się tuż pod powierzchnią pozorów, hucząca kipiel niepewności i zmartwień, która dla kogoś z zewnątrz – kogoś obcego – nie byłaby niczym więcej, jak szemrzącym cicho strumieniem obojętności. Ale Lorraine widziała, jak bardzo Elliott jest niespokojny, zaaferowany wręcz, co znajdowało odzwierciedlenie w jego stroju, zwykle przecież tak nienagannym, jakby dopiero co wyszedł spod igły. Rozumiała jego niepokój, a jednak sama zdawała się... Doskonale opanowana. Jak gdyby wydarzenia Spalonej Nocy wypaliły cały jej strach, całą niepewność. – Pokaż mi, proszę, swoją przystań – powiedziała łagodnie. Na uwagę o niskim wzroście dziadka tylko się uśmiechnęła. W jej wspomnieniach Septimus Malfoy był olbrzymem. Jej wspomnienia z wczesnego dzieciństwa były zniekształcone przez czas, zbrukane magią legilimencji, której Miranda używała wbrew woli Lorraine, zanim jeszcze Lorraine mogła rozumieć, czym właściwie jest legilimencja. A mimo że nie tak wiele lat dzieliło ją z Elliottem, wciąż była dzieckiem, gdy dziadek odszedł na łono Matki. Była dzieckiem, które pamiętało tylko jego potężny głos, domagający się, aby zadarła głowę w górę, zanim wziął ją na ręce. Pamiętała jego uśmiech, ale nie jego twarz. Twarz znała tylko z rodzinnych portretów. Pamiętała jednak pogrzeb. Pamiętała, jak podeszła z ojcem do trumny, w której spoczęło ciało dziadka. Nie wypuściła ojcowskiej dłoni przez całą ceremonię, nie wypuściła jej i wtedy, gdy pochylał się nad trumną, pokrytą żałobnym kirem. Nigdy wcześniej nie widziała go tak smutnym. Zblazowane znudzenie obecne zawsze na twarzy Armanda ustąpiło wtedy miejsca czemuś na kształt żalu. A może to było tylko wrażenie. Może to sobie wymyśliła, zaplótszy dziecięce rączki wokół ojcowskiej szyi, gdy już skończył się modlić, a może tylko udawać, że się modli. Bo jakiego boga wyznawał kiedykolwiek Armand Malfoy poza sobą samym? Wtedy się nad tym nie zastanawiała. Wtedy było jej po prostu smutno, że dziadek umarł. – Byliście blisko, prawda? – zagadnęła, z gracją przytrzymując sięgające ziemi, białe suknie, gdy przechodziła przez zaklęte drzwi, puszczona przez kuzyna przodem. Nie był to pierwszy raz, gdy Elliott wspominał dziadka w jej obecności, a w jego głosie zawsze gościła wtedy... Czułość? Może nie czułość, zdecydowała, ale na pewno czuły był sentyment, z którym wypowiadał imię zmarłego. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek] RE: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Elliott Malfoy - 28.07.2025 Jej sylwetka wypaliła się na jego powiekach żarem toksycznego przywiązania. Gdy odchodził do krainy Morfeusza, a ciężkość eliksiru opadała wodospadem na spięte ramiona, rozkruszała krawędzie skał, przecierała granice światów, sięgając wiecznie czujnego umysłu, wracał myślami do wilgotnego lata w Wiltshire i złośliwych nut w jej śmiechu; niepewność i napięcie towarzyszące marzeniom sennym wybudzały przedwcześnie lub żelaznym uściskiem przyszpilały do materaca, zawiązując na szyi śnieżnobiałe pętle z pościeli. Eden była jego częścią, najbardziej znaną i obcą, nienawidził siebie tak samo, jak nienawidził jej - byli jednością, spętaną nicią Mojr; tępe ostrza skamieniałych nożyczek, którymi starał się ją przeciąć wciąż rzęziły na dnie najskrytszych koszmarów. Płaszcz, jak zjawa, okalał ciało Lorraine, ściągając go, czuł jakby kuzynka objawiała mu się w prawdziwym obliczu, bez ciężkiego oddechu Pani Lestrange na karku. Wysłużony materiał wygładzonej do perfekcji wełny odcisnął się na duszy wspomnieniem, które Elliott musiał z siebie wydobyć, złapać za wnętrzności i zaprezentować oczom Lorraine. Chłód rozgrzewanych ciałem sygnetów zadzwonił głośniej, niż kiedykolwiek, gdy bicie dzwonów w rodzinnej kaplicy wydało się nieokiełznanie blisko; na ułamek sekundy elegijny błękit tęczówek Lorraine pokrył go swą spostrzegawczością aż po czubek głowy. Bijąca od kuzyki przed laty dziecinna niewinność wyparowała, nie było w tym nic zaskakującego, w końcu była już dorosłą kobietą, ale coś w tym uczuciu powodowało, że Elliott czuł niepokój. Sięgał dłonią w głąb sadzawki zakrytej rzęsą i dotykał pokrytych wilgotnymi roślinami kamieni, z pozoru wszystko było w porządku, ale zmysły nakazywały być czujnym, jakoby z mułu miały wynurzyć się jadowite insekty. Nie uważał, aby Nokturn był zepsuciem kuzynki, wręcz odwrotnie, w niezrozumiały dla niego sposób trzymał ją przy zmysłach, które przywracały jej ciału równowagę. Odczuł ból straty, empatię, na które w swojej codzienności nie miał miejsca, które w swoim ledwie trzydziestoletnim życiu zaczął rozumieć dopiero z przyjściem na świat Nicholasa i jego białej, niezapisanej tabliczki przeżyć, którą chronił przed tym, co dotknęło ich wszystkich; w ciemności próbowali odnaleźć swoje człowieczeństwo, ale natrafiali jedynie na chłodny marmur zaklętych w rodzinnym grobowcu posągów. 'Dobrze cię widzieć, Elliottcie', usłyszał i mimowolnie przymknął zmęczone powieki. Złośliwy, dziewczęcy chichot przerodził się w ciężki, niski zgrzyt ojczystych strun głosowych. To on był kością ich niezgody, podlewając potrzebę miłości swojej paroletniej córki benzyną nienawiści, rzucał zapałką podpalając wiążące ich z Eden wspomnienia; Fortinbras był przeszkodą i problemem. Był też potęgą, wiążącą liną, bez której okręt zaginąłby na szalejących falach przestworza nieznajomych wód. Szczerość słów Lorraine przesiąknęła przez barierę ochronną i osiadła na świadomości Elliotta. Z melodyjnością jej głosu, przyszło wspomnienie spięcie drobnych pleców w wieczorowej sukience, gdy lata temu grała wesołą, zazwyczaj pustą melodię, by zabawić podwieczorkowe hulanie starszyzny. 'Zagraj coś weselszego, Lorraine, moja droga', piała Eleonora, dolewając kolejne bąbelki do przyszłego uzależnienia okalanego kryształem ciężkiego kieliszka. Dopiero, gdy świece traciły swój frywolny blask, a cienie rodzinnych popiersi padały na granice posadzek i perskich dywanów, rumieńce na twarzy Pani domu dotykały chłodu wykrochmalonej pościeli, drzwi do pokoju muzycznego pstrykały w rytm zaklęcia wygłuszającego. Pamiętał wieczory, które spędzali w posiadłości, ona na graniu, on na spoglądaniu w tańczące na freskach sufitu światło księżyca, bardzo wyraźnie. Było ich niewiele, ale chłód całkowitej ciemności, który spowijał spędzany w rodzinnej posiadłości czas bez rozbrzmiewającej nostalgii wydawał mu się rozmywać, znikać pod naporem intymności fortepianu; tych pare nocy wyryło się w jego pamięci wyraźnymi barwami późnej pory, przygaszało nieprzyjemne podrygi traumatycznych słów Fortinbrasa. Muzyka niemo czesała trawy szargane wiatrem za posiadłością, a wraz z młodością, zniknęło wytchnienie, acz nigdy nić porozumienia - może nie tak silna jak ta, łącząca go z Eden, ale o wiele przyjemniejsza w dotyku, pewniejsza przy zaciskaniu na niej dłoni. Wspomnienia lubiły zwodzić, ale Elliott miał nadzieję, która przyświecała mu wśród gasnących świec chęci brnięcia dalej. - Był ojcem, którego potrzebowałem - przekraczając granicę pomieszczenia, skórzana podeszwa zderzyła się z chłodną, skalną posadzką, gdy otworzone przed chwilą przejście, zamknęło się za jego plecami, pozostawiając ich w całkowitej ciemności. - I pogrążony w ciemności, zbyt długo zajęło mi zrozumienie, że bez niej, nie istniałoby światło - wraz z kolejnymi słowami Elliotta odbijających się echem w chłodnej wilgoci pomieszczenia, ożywały unoszące się nad żeliwnymi, krętymi schodami świece, rzucając majaczący półmrok na ich zdobne grawerowania. Podążył za Lorraine, w dźwięk stukających o materiał stopni obcasów ich butów. - Jedyne, czego żałuje, a czego już nie zmienię, to fakt, że ojcostwa dziadka zabrakło dla Eden. Matczynej troski nie doświadczyliśmy w ogóle, choć z jej opowieści może wynikać inaczej, jeżeli jakimikolwiek się z tobą dzieliła. Przelewanie na dziecko goryczy swojego nieudanego związku nie ma nic wspólnego z miłością. Absolutnie idiotyczne, że nie potrafię powiedzieć matce tego w twarz, ale cóż by to zmieniło? Wiara w zrozumienie odczuwania bólu, smutku czy radości wiąże się w tej rodzinie z podpisywaniem na siebie wyroku, więc ukrywany swoje uciechy w podziemnych grobowcach przeszłości - patetyczność jego wypowiedzi wydawała się drążyć tunel, którym schodzili w głąb. Gdy dotarli do obłożonej drewnem piwniczki, pomieszczenie wydało się niewielkie, dopóki nie weszli głębiej, gdzie rzędy regałów z książkami tworzyły swą liczbą iluzję lustrzanego odbicia. Szum wodospadu wypełnił pomieszczenie oraz ich uszy. Odgłos ciężkiej wody odbijał się echem od mosiężnych rogów regałów podziemnej biblioteki, gdy stawiali pierwsze kroki na deskach posadzki oświetlanej naturalnym światłem słonecznym. Nienaturalność tropikalnego gorąca harmonizowała się z wilgocią ukrytej pod szkocką chatką ostoi. W jasnych promieniach padających na grzbiety znajdujących się nieopodal tomów, dało dostrzec się tytuły mugolskich książek. Wbudowane w dziuplę okna, stało biurko z typowo biurową, zielono-mosiężną lampką oraz zakątek z kanapą, ekwipunkiem do zaparzania herbaty i niewielki barek wraz z potrzebnym szkłem. - Wodospady Nohkalikai w Cherrapunji, w Indiach. Widok z posiadłości, w której dziadek spędził sporą część życia. Miejscowe legendy utożsamiają go z samobójstwem. Podobno kobiety ze znanych, indyjskich rodzin kończyły swoje życia, po tym jak dotknęła je tragedia i traciły zmysły. Do teraz nie jestem pewien, czy ten widok miał być przestrogą czy kierunkowskazem - uniósł jeden kącik ust do góry, widocznie żartując, choć zapewne odrobinę niesmacznie, biorąc pod uwagę, że tragedii w ostatnich latach mieli w rodzinie zapas. Odnosił się również do korespondencji, którą wysłała mu kuzynka w dniu urodzin. - Jeżeli szum wody ci przeszkadza, mogę zasłonić okno. Usiądź. Chcesz napić się herbaty? Wina? Czegoś mocniejszego? Wody? - zapytał, choć widać było, że nie tylko dlatego, iż wypadało. - Zanim dotrę do sedna naszego spotkania, muszę cię poprosić, abyś opowiedziała mi o płonącym Londynie. Każdy szczegół może być istotny. - poinstruował i była to pierwsza wypowiedź, w którą zaangażował stanowczość. RE: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Lorraine Malfoy - 28.10.2025 "Pogrążony w ciemności, zbyt długo zajęło mi zrozumienie, że bez niej, nie istniałoby światło." Przecież nie byłoby jej tutaj, gdyby nie rozumiał. Dlatego, gdy mu dziękowała, to nie były nigdy puste słowa. Może i Elliott nie był wysokiej postury, podobnie jak ich dziadek, ale cień, który rzucał, był długi. Wystarczająco długi, aby Lorraine mogła się w nim skryć. A jednak... Lorraine zmrużyła nagle oczy, jak gdyby porażona blaskiem świec, które rozproszyły mrok nad ich głowami, gdy przemierzali kręte schody. – Jesteś światłem, nie ciemnością – odpowiedziała z prostotą, ale i przekonaniem. Przez lata Elliott powierzył jej wiele sekretów, spraw, które załatwić należało po cichu, rodzinnych tajemnic. Ufał jej, tak jak i ona ufała jemu. Dlatego najdelikatniej jak potrafiła, przypomniała mu, jaki zawsze był sens ich współpracy. To ona w rodzinie Malfoy miała kroczyć przez ciemność, po to żeby on mógł stąpać w świetle. Ale Elliott mówił dalej, prowadząc ją przez podziemne korytarze. Mówił o ojcach, mówił o matkach. Mówił jak dziecko spragnione miłości i jednego, i drugiego. Dziecko spragnione ciepła. Co miała mu powiedzieć Lorraine, która kochała chłód marmuru posągów na rodzinnych grobowcach? Gdy potrzebowała pocieszenia, składała głowę na grobie swojej zmarłej matki, całowała kamienie, pod którymi pochowano jej ciało. Nieugaszoną była jednak jej tęsknota, bo za życia Miranda była przecież zimniejszą od grobu, w którym ją pochowano. Lorraine wodziła więc palcami wzdłuż żłobień tworzących imię ojca. Bo chociaż Armand Malfoy żył, w oczach świata był już od dawna martwy. A czasem łatwiej było jej kochać martwe wspomnienie niż żywego człowieka, który pogrążał się coraz bardziej w swym szaleństwie. Łatwiej było wtulić się w nagrobną płytę niż w ojca, który wolał zbiec na ścieżki, żeby tam stworzyć sobie własną nekropolię. A Lorraine, jak na posłuszną córkę przystało, nie śmiała kwestionować jego decyzji. Nie Elliottowi należało oceniać wychowanie, jakie dał mu Fortinbras. Nie jemu należało osądzać troskę, jaką otrzymał od Eleonory. Nie leżało w gestii dziecka rozstrzygać o grzechach, jakie popełnili rodzice... Choć, oczywiście, nie zamierzała zdradzać się ze swymi myślami na głos. Nie dlatego, że Elliott był przyszłą głową rodu. Dlatego, że o niego dbała. Dlatego, że wciąż jeszcze czuła ciepły dotyk jego dłoni, na której błyszczały rodowe sygnety. Jeżeli to ciepła potrzebował, mogła mu je oddać, nieważne jak dziecinnym zdawały jej się podobne sentymenty. Niechby zostawił tylko tyle, ile wystarczyłoby na ogrzanie nagrobków zmarłych rodziców i dziadków... Nagle Lorraine uświadomiła sobie nagle, że gdy umarł dziadek, nie miała lat osiem, lecz osiemnaście. Coś było nie tak. Co było nie tak? Milczała, obracając w głowie wspomnienie martwego ciała Septimusa Malfoya, z czułością zdejmując z niego całun pamięci. Znów to zrobiła. Zniekształcone pod wpływem zaklęć Mirandy wspomnienia złączyła w jedno. Nie pierwszy raz, pomyślała, siadając na kanapie obok Elliotta, zapewne i nie ostatni. To nie twarz dziadka znalazła bowiem pod pogrzebową chustą, lecz twarz swej macochy. Gdzie się kończyło jedno wspomnienie, tam powinno zaczynać się drugie. Ale te zbyt często przenikały się ze sobą w wypaczonej przez legilimencję pamięci Lorraine, która zamiast się nad tym zastanowić, po prostu... Wsłuchała się w szum wodospadów. – A gdy cię zapomni to, co ziemskie, do niewzruszonej ziemi powiedz: płynę. Do bystrej wody powiedz: jestem – odpowiedziała Elliottowi lekkim tonem, jak gdyby wiersz, który cytowała, nie był ciężki od znaczeń. To była przecież jej modlitwa. Być może jedyna, jaka wciąż się liczyła. Jej umysł musiał przypominać nurt porywistego strumienia, gdy pozwoliła zagłębiać się w nim Mirandzie. Zawsze w ruchu. Zawsze w ruchu. Myśli musiały płynąć, niepowstrzymane, bo zatrzymać się, znaczyłoby poddać się bez reszty wpływowi legilimencji. Musiała być jak woda. To nie było takie znowu trudne, odkąd przeczytała, że wile są z wodą szczególnie związane. Więc była wodą. Spróbuj schwytać wodę w ręce. Jeszcze nikomu się nie udało. Prawie nikomu. "Ja jestem Ozymandias", szeptał Baldwin, zanurzywszy palce w strugach jej włosów, spływających na ramiona lśniącą taflą. "Ty jesteś Nefertari." Nie rozpłynęła się pod jego dotykiem. Nie uciekła. Pozwoliła się zatrzymać w miejscu, które oboje od dawna nazywali przecież domem. Z Baldwinem czuła się bezpieczna. Może dlatego w przeciwieństwie do Elliotta nie widać było po niej żadnej obawy. Jakże wiele musiała jednak przejść, by móc powiedzieć po prostu: "jestem". – Odgłos płynącej wody jest dla mnie tym, czym dla innych trzaskanie ognia w kominku. Nie miałam nigdy problemów z zasypianiem w przestrzeni dormitorium Slytherinu, pośród szemrzących zamkowych lochów odnajdywałam bowiem potrzebny mi spokój. Tylko za tym tęsknię na Nokturnie... Choć nocami słychać tam czasem pijackie szanty niosące się odległym echem po wodach kanału. – Uśmiechnęła się delikatnie do kuzyna, przesunąwszy spojrzeniem po jego skupionym obliczu. – Nie, szum wody mi nie przeszkadza, Elliottcie. Nie jest ani kierunkowskazem, ani przestrogą. Jest niczym puls. – Jej smukłe palce, oparte o drewniany podłokietnik, zaczęły wystukiwać rytm z precyzją wskazówki metronomu. Stuk stuk. Stuk stuk. W takim samym, spokojnym metrum musiało bić serce w jej piersi. Nieprzerwanie wpatrywała się przy tym w kuzyna, jak gdyby chciała w ten sposób podzielić się z nim swoim spokojem. Stuk stuk. Stuk stuk. – Poproszę szklankę wody. Nie stropiła się wcale, bo w dyskusjach z Elliottem pozwalała sobie na o wiele więcej, niż pozwalała sobie w dyskusjach z innymi członkami rodziny: częściej wypowiadała na głos swoje myśli, nie bojąc się bycia zganioną, bo wiedziała, że zależy mu na jej szczerej ocenie sytuacji. – Wielu ucierpiało podczas ataków. Nie tylko Londyn płonął – przypomniała teraz. – Na własne oczy widziałam pożary w Little Hangleton. Wedle medialnych doniesień płonęła także Dolina Godryka, i wiele innych osad czarodziejskich, zlokalizowanych wzdłuż trasy, jak to teraz nazywają, "Zadrapania". Szlak ognia ciągnie się od North Yorkshire aż po Devon... Trudno powiedzieć, na ile symultanicznie Śmierciożercy przeprowadzali swe ataki, na ile przeorganizowywali się w miarę potrzeb na przestrzeni nocy, ale możesz być pewien, że szybko zapanował kompletny chaos. W tym muszę im przyznać, że zaczęli zmyślnie, bo zasobotowali potencjalne kanały komunikacyjne. Zapewne w przeciągu ostatnich dni miałeś okazję usłyszeć powielany przez media komunikat rozgłośni radiowej Nottów. "Pod zasłoną dymu zapukano do domów tych, którzy opierali się rebelii. Czarne chmury nad stolicą przybrały symbol, który zwiastuje śmierć. To może być nasz ostatni komunikat. Ratujcie się i nie wypowiadajacie jego imienia." – Wyrecytowała słowa, które przekazała jej Madeleine Malouel, słuchająca swej ulubionej audycji kulinarnej tuż przed tym, jak przerwano transmisję. – Wszystko jednak zaczęło się koło 8 wieczorem, kiedy z nieba spadł popiół. – Lorraine westchnęła, po raz pierwszy, odkąd tu przyszła, zdradzając przy Elliottcie więcej emocji niż spokój. Zacisnęła usta, opanowując się jednak. – Niektórzy stracili wszystko. I nie mówię tutaj o Lestrange'ach, o których wieść gminna niesie, że w ogniu pożegnali część swoich posiadłości. Nie mówię o Mulciberach, których kamienicę przeklęto. Nie mówię nawet o Malfoyach. Nie, ja mówię o zwykłych czarodziejach, którym płomienie odebrały dorobek całego życia. Wiesz, co to oznacza. Kryzys bezdomności, ludzie koczujący na ulicach, bo stracili wszystko, na co pracowali. Miasto można odbudować, posprzątać gruzowisko, zorganizować kanały pomocy. Ale kto wróci życie tym, którzy polegli? Ja mogę zapewnić im co najwyżej godny pochówek. – Stuk stuk. Stuk stuk. – Ataki Śmierciożerców obnażyły, jak podzielone jest społeczeństwo, ale pokazały też potencjał na pojednanie, bo tak wiele, jak tej nocy zobaczyłam przemocy, tak wiele obserwowałam też aktów bezinteresownej solidarności. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek] RE: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Elliott Malfoy - 11.12.2025 Ciepło świetlistej łuny kładło czułe pasma na policzkach zmęczonej twarzy, gry zmarszczone brwi wprawiły w ruch lawinę zamyślenia; oszronione zwierciadło nienaturalnie ostrego dłuta zdawało się topnieć, gdy sumienne wykrawanie ostatków ciepła okazało się czynnością nieproduktywną, a chłodna pustka poczęła wypełniać się na nowo wraz z kaskadą uderzających o skały kropel. Latami chronił tlący się płomień, balansował pomiędzy dumnie uniesioną głową, a strachliwie przygarbionymi plecami, by nie odciąć dopływu powietrza. Strach wyparował, a wraz z nim motywacja. Ukrył się za granicami kraju, gdy pozostawiony w Anglii płomień rozrastał się i pochłaniał wzniesione w pocie czoła konstrukcje, by ostatecznie całkowicie się wypalić i pozostawić go w lochu zbudowanym własnymi rękoma; skupione na twarzy kuzynki spojrzenie dryfowało pomiędzy rozbitkami jej słów, cisza miała ważyć więcej niż pełna pasji przemowa, czym były słowa wobec cierpienia i wyrzutów sumienia? Topienie się we własnych uczuciach było chlebem powszednim, zbladło mu zanurzanie się we własnej mierności, począł wyciągać ręce po więcej, po samego siebie, ale nie było 'ja' bez 'oni'; chłodny ciężar uciskającego czoło złota i kamieni szlachetnych nie powodował, że uginał głowę w ukłonie, unosił ją, by poczuć faktyczny ciężar, bo ceną za niedbałość miał okazać się złamany kark. On był rodziną, a rodzina była nim; posadzka uginała się pod natłokiem świadomości, gdy stawiał nań kroki, bo czymże było wypolerowane drewno w porównaniu z ciężarem wieków, wcale nie skrzypnięciem ojcowskiego oddechu lecz losem tych wszystkich, których zmrażał jego chłód. Minęło wystarczająco czasu, by nie żałował wieczoru, w którym odwrócił ojcowską uwagę, odbierając konsekwencje akcji Eden swoim, zszarganym mechanizmem obronnym - przecież wytrzymał, prawda? Żałował, że swoim, ograniczonym ciepłem musiała dzielić się z nim Lorraine, że to jej obecność sprawiła, iż ugaszony zrezygnowaniem płomień znów zaczął się tlić. Nie chciał zabierać, bo potrzebował być tym, który daje. Ale Ci, którzy najwięcej utracili, wydawali się hojniejsi w swoich gestach, prosty rachunek, którego nie obejmowały wykresy popytu i podaży. - Przepraszam -, że byłem zbyt skupiony na swoim cierpieniu, aby w pełni dostrzec twoje; pozwolił, by słowo wybrzmiało głośno, by jego tembr nie zmieszał się z okalającym szumem, zamykającym ich w tymczasowej bańce bezpieczeństwa - Mam nadzieję, że nie jest za późno. - szczere nuty skruchy zatańczyły na języku, ślizgając się na jadowitości złotomowy. Nie zamierzał ponownie poświęcać się samobiczowaniu, zależało mu jedynie na przekazaniu faktycznych odczuć. Mogła uznać, że nie potrzebuje jego enigmatycznych przeprosin i ograniczonej rodzinną tradycją wylewności, ale miały one znacznie istotniejszą funkcję niż samą skruchę - zapewniały w stabilności relacji, zrozumieniu i szacunku. Wypowiedziane w litanii opisy cudzego i własnego cierpienia były dla niego uderzające; zapach popiołu i krzyk niewinnych przedzierające się spomiędzy słów Lorraine osiadały na kołnierzu koszuli i skórzanych czubkach półbutów. Zawartością skarbca mógł sprać z siebie zapach śmierci, tragedię konfliktu, ale nigdy nie byłby w stanie domyć ojcowskich dłoni bez pryskających na biały materiał koszuli, zmieszanych z krwią kropel. - Niechęć do zmian to przywara wieku, wygodne kultywowanie wybranych tradycji poprzez ograniczenia dla innych grup to wciąż bardzo aktywna polityka. Aby utrzymać stanowisko należy płynąć, trzymać rękę na pulsie, ale nie poddać się prądowi, aby bezwiednie podążać wyznaczoną ścieżką. Krótkowzroczność naszej klasy jest jej pierwszym i ostatnim krokiem do grobu, jeżeli nie wyciągniemy ręki, to zostanie nam ona ucięta razem z głową i z jakiego powodu? Ku uciesze tradycji i pielęgnacji wartości, tych, którzy nie widzieli ani krzty naszej rzeczywistości. Aby nie utonąć należy zaproponować zmianę, nim zostanie nam ona wciśnięta do gardła ostrzem gilotyny, wtedy i tylko wtedy uchroni się siebie i innych. Kompromis to trudny do zrozumienia koncept dla wielu ugrupowań, ale im dalej w fanatyzm, tym bliżej szaleństwa, a ono jest najgłośniejsze, władza i jej faktyczne rozumienie są bezszelestne. - zdania płynęły tak samo naturalnie, jak zwilżający skały wodospad, wydawały się układać w spójną całość; pędzlem słów wykreował impresjonistyczny krajobraz płonącej w mgle toksycznych oparów Anglii, posiłkując się opisami kuzynki. - Wydawało mi się, że większość rodziny jest całkiem zgodna z tym stanowiskiem, a nawet jeżeli nie, to przykładali się, aby pielęgnować tę opinię w oczach obcych - wpłynąwszy na niespokojne wody tematyki dzisiejszej rozmowy, pozostał spokojny, przygotowany do ewentualnego pójścia na dno razem z okrętem - Do momentu - dramatyczna pauza mogłaby brzmieć bardzo nienaturalnie, gdyby nie fakt, że delikatna zmarszczka pomiędzy jasnymi brwiami sygnalizowała, iż każde słowo, które padnie po niej będzie odpowiednio wyważone, aby nie przewrócić statku do góry dnem - Jestem przekonany, że ojciec przyłożył rękę do wrześniowych pożarów, tak samo jak do ataku na Beltane. Próbowałem znaleźć argumenty, aby temu zaprzeczyć, ale zamiast nich, przybywało tych potwierdzających - zdecydował się na prostolinijność, nie było miejsca na zawahanie ani możliwość niezrozumienia przekazu - Należy się tą sprawą zająć nim jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli, bo wszyscy na tym ucierpimy. - podsumował. - Wiem, że możesz mieć dużo pytań i możliwe, że na niektóre nie będę znał odpowiedzi, dlatego mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, czy pamiętasz co ojciec robił podczas sierpniowego koncertu Muzy? - zmarszczka tląca się pomiędzy chłodnymi ognikami spojrzenia niebieskich oczu nie zniknęła, a jej zarys pogłębiał znamię wieku, pozostawiając szramę na idealnie pielęgnowanej cerze. RE: 11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott - Lorraine Malfoy - 11.01.2026 Za co mnie przepraszasz, Elliottcie?, chciała spytać, cicho, z właściwą kobiecie, uległą powolnością, która koiła męską zapalczywość, koiła gniew i wątpliwości. Zamiast tego przechyliła lekko głowę, nieświadoma, że powtarza ojcowską manierę. Przypatrywała się ciekawie kuzynowi, jak gdyby potrzebowała zastanowić się nad znaczeniem słów, które właśnie wypowiedział na głos. A więc czuł się winnym? Może nie tyle winnym, co odpowiedzialnym. Odpowiedzialnym za rodzinę, na której czele będzie kiedyś przecież stał. Lorraine nie odezwała się choćby słowem. Nie mogła wejść z Elliottem w dialog, bo dialog byłby profanacją tego momentu. Odpowiedziała jednak ceremonialnym skinięciem głowy, bez sprzeciwu przyjmując okazaną jej uwagę i czułość. Gdyby wyciągnął ku niej rękę, pewnie ucałowałaby jego pierścień w geście wdzięczności, choć nie sądziła, aby przeprosiny były skierowane do niej. Przyjęła je, bo sądziła, że wypowiedziane zostały w dobrej wierze. Przyjęła gestem liturgicznym, nie osobistym. Zrobiła to z godnością właściwą posągom Matki, przed którymi wierni wyznawali swe występki. Przychodzili z ciężkimi sumieniami, błagając o przebaczenie i obiecując poprawę. Odchodzili lekcy, bo zostawiali za sobą żal, składany bogini w ofierze. Ci, którzy nie potrafili, a może nie chcieli się modlić, nie mieli tego przywileju. Tak wiele było w nich wstydu, tak wiele winy. Pragnęli wybawienia, odpuszczenia grzechów, które nie było dla nich dostępnym, bo w religii widzieli narzędzie uciemiężenia. Sądzili, że są inni, ale tak jak wszyscy pożądali zjednoczenia z siłą wyższą. Jeżeli Lorraine miała być pośredniczką między Elliottem a boginią, i takąż rolę gotowa była przyjąć. Za cóż przepraszasz, najdroższy Elliottcie?, mogłaby spytać jej głosem, potężnym, boskim. Wiedziałaby jednak, że nie dostanie odpowiedzi. Odpowiedź odebrałaby przeprosinom sens. Bo sens tych słów nie leżał w konkretnej krzywdzie, lecz w potrzebie wypowiedzenia ich wobec kogoś, kto nie zażąda dalszego ciągu. Jej gest nie był czułym. Był godnym. Po latach zrozumiała, że jej godność nie może opierać się na poczuciu własnej wartości, lecz na zdolności uniesienia ciężaru, który nie powinien być jej przypisanym. Była żywym ołtarzem. Była świątynią. Nie dlatego, że wierzyła w siebie jako w inkarnację bogini, lecz dlatego, że wiedziała, że ktoś musi tę rolę pełnić, jeśli świat ma się nie rozpaść pod naporem niewypowiedzianej winy. Nie, przeprosiny nie były skierowane do niej. Elliott po prostu potrzebował kogoś, komu mógłby powiedzieć "przepraszam". Potrzebował przenieść ciężar, jak każdy mężczyzna wychowany w tradycji odpowiedzialności, hierarchii i dziedziczenia. Potrzebował ulżyć sobie, znajdując figurę, która ten ciężar uniesie bez rozpadnięcia się. Przeprosiny Elliotta były aktem symbolicznym, który domagał się nie treści, lecz formy. Ofiara nie usuwała grzechu. Ofiara tylko pozwalała z nim żyć. W tym właśnie miejscu splatały się religijność, chłód i uległość Lorraine. W sposobie, w jaki przyjęła przeprosiny kuzyna. Przyjęła je bez pytania o ich zasadność, nie ważąc ich moralnej wartości, lecz pozwalając im wybrzmieć. Stuk stuk. Słuchała tego, co wybrzmiewało, zachowując od tej pory ciszę. Nie przerywała Elliottowi. Łowiła jego słowa pośród szemrania wody, ale odległy huk wodospadów, który wcześniej zdawał się kojącym, jął stawać się jakby głośniejszym. A może było to tylko wrażenie. "Jestem przekonany, że ojciec przyłożył rękę do wrześniowych pożarów, tak samo jak do ataku na Beltane", huczały w głowie Lorraine słowa Elliotta. "Próbowałem znaleźć argumenty, aby temu zaprzeczyć, ale zamiast nich, przybywało tych potwierdzających. Należy się tą sprawą zająć nim jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli, bo wszyscy na tym ucierpimy. Wiem, że możesz mieć dużo pytań..." Lorraine wyraźnie zesztywniała. Zbladła... Była tak przeraźliwie blada. Wyglądała jak gdyby cała krew odpłynęła jej z twarzy. Gdzie była ta krew? Przelana rękami stryja płynęła ulicami. Drzwi jej własnego domu pomazano krwią, jak w biblijnej opowieści o zesłanym przez mugolskiego boga aniele zemsty. Straszliwym aniele, który chodził po ziemi, zabijając wszystko, co pierworodne. Okrutnym był bóg, który go zesłał. Bóg, który pozwolił, aby anioł zabił pierworodnego syna samego króla, dokładnie tak jak bóg miał kiedyś zabić swojego. W czyje imię zostali poświęceni? Poświęcenie byłaby w stanie zrozumieć. Ale to nie imię Fortinbrasa Malfoya szeptane było z przestrachem na ulicach przez tych, którzy ocaleli. W biblijnej opowieści ocaleli tylko nieliczni, ci, którzy pomazali ściany i drzwi swoich domów krwią. Izraelitom wystarczyła krew baranków, ale Śmierciożercom? Czysta krew nie wystarczyła, żeby ocalić dom ojca w Little Hangleton. Nie uchroniła też mamy Lany przed śmiercią w płomieniach. To nie mugolskie osiedla płonęły, lecz magiczne. Mugolski bóg przynajmniej był konsekwentny w swych nienawiściach. Lorraine szukała śladów krwi na drzwiach Necronomiconu, ale magia, którą roztoczył nad jej zakładem Stanley pozostawała niewidoczną, niewykrywalną. Nie było znaków. Nie było symboli. Nie było krwi. Szukała więc krwi na własnych dłoniach, ale jej dłonie były białe, były czyste, dopóki nie poczerniła ich sadzą. Jej dłonie pozostały tej nocy niewinne, bo niesplamione krwią niewinnych. Pozostały niewinnymi gdy pomazała usta swoje i usta Baldwina krwią sączącą się z rozciętego na szkle palca, w sakramencie starszym niż te zawarte w świętych mugolskich księgach. W sakramencie tak starym jak sam świat. Wierzyła, że krew, jaka płynie w ich żyłach, jest świętą. Krew matki, krew ojca. Skubiąc niezaleczoną bliznę na palcu, myślała o tym, że uczyniła z krwi własną religię. Tylko to się przecież liczyło. Tylko to miała na własność. W świecie ślepo wierzącym w czystość krwi, uważała, że jest tej wiary kapłanką, a jednak nie potrafiła zrozumieć bezrozumnego rozlewu krwi, jakiego dopuszczali się Śmierciożercy. Jak wiele czasu, zanim zaczną przelewać krew Malfoyów? Lorraine wzięła głęboki oddech, zacisnąwszy dłonie na podołku, w wyuczonych gestach znajdując ukojenie. Obróciła pierścień na palcu. – Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. – Przecież wiem, czym jest nasza rodzina. – A jednak... Wargi jej drżały. Wszystko, co wydostawało się z jej ust było starannie wyartykułowane, jak gdyby Lorraine bardzo uważnie dobierała słowa. Panowała nad sobą, nie można było jej niczego zarzucić. A jednak trudno było określić, co właściwie wyrażała jej twarz. Przerażenie. Obrzydzenie. Obojętność. A może pogardę. Panowała nad twarzą, ale nie nad mocą wili. [roll=PO] "Czy pamiętasz co ojciec robił podczas sierpniowego koncertu Muzy?" – Pamiętam. Jeżeli Matka była boginią miłosierdzia, Lorraine była boginią pamięci. Zamilkła na dłuższą chwilę. Było to normalnym, a jednak... Widać było po niej, że potrzebuje chwili, żeby zebrać myśli. Czuła się niepewnie.[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek] |