Secrets of London
[13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4980)

Strony: 1 2 3


[13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.07.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

noc z 12.09 na 13.09.1972 | Exmoor | klify

Siedział nieruchomo na skalnej półce ukształtowanej przez naturę na podobieństwo parkowej ławki w dwóch trzecich zawieszonej nad przepaścią. Oddychał miarowo i powoli, milcząc od dobrych kilku minut. Zastygł w miejscu, wpatrując się w horyzont, opierając się na łokciach tuż obok Geraldine, z nogami zwisającymi nad krawędzią, tak wysoko, że od samego patrzenia w dół robiło mu się dziwnie lekko w klatce piersiowej. Nie odczuwał jednak obawy przed osunięciem się do morza szumiącego kilkanaście metrów pod nimi.
Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy znalazłby się w morskiej toni dokładnie w tym miejscu. W przeszłości zdarzało mu się skakać stąd wraz z przyjaciółmi. W czasach, gdy wszystko zdawało się łatwiejsze, choć w rzeczywistości mogło być przecież wygładzone działaniem nostalgii. Brał to pod uwagę, mimo wszystko odczuwając jednak ten rodzaj głębokiego spokoju, gdy tak siedzieli razem w tym miejscu.
Nie musieli nic robić. Nigdzie się spieszyć. Nie potrzebowali nawet rozmawiać. Wystarczyło, że tak po prostu trwali obok siebie, dotykając się ramionami i pozwalając nocy płynąć. Było późno. Nie wiedział, jak późno, ale z pewnością długo po północy. Dookoła nich panowała niemal zupełna cisza pozbawiona jakichkolwiek śladów cywilizacji. Zupełnie tak, jakby wyłącznie tylko oni dwoje pozostali jeszcze na świecie.
Oni i dwa psy buszujące tuż za ich plecami. Nie musieli ich pilnować. Wystarczyły te okazjonalne głośne sapnięcia, czasem krótkie skomlenie, trzask drobnych gałązek skarłowaciałej kosodrzewiny łamanych pod ciężarem łap. Sierść musiała im się mierzwić od soli i wiatru, łapiąc wilgoć z powietrza, ale to nie miało teraz znaczenia. Były szczęśliwe. Mogły hasać wolno między głazami, łapiąc trop, na chwilę oddalając się od siedzących ludzi, aby po chwili wrócić, trącając jedno bądź drugie w rękę i znowu znikając pod osłoną nocy.
Było chłodno, ale nie zimno. Pachniało wilgocią, morzem i zbutwiałymi liśćmi, może odrobinę mokrym drewnem i tą charakterystyczną mineralną nutą skał bezustannie rzeźbionych przez fale. Patrzył przed siebie. Daleko, tam gdzie na granicy czerni morza i jeszcze ciemniejszego nieba połyskiwała drobna linia świateł małej miejscowości. Z tej odległości, te drobne punkciki wyglądały jak roje świetlików zawieszonych nad pofalowaną taflą wody.
Słysząc nieoczekiwany dźwięk, uniósł głowę, spoglądając w górę. Psy za ich plecami także podniosły głowy, jeden zaszczekał ostrzegawczo, ale zaraz znów opuścił pysk i zaczął węszyć, najwyraźniej nie uznając odgłosu za zagrożenie. Niebo było poszarpane chmurami, ale lekko rozmazany, zamglony księżyc prześwitywał przez cienką warstwę szarości.
Zlokalizowanie źródła hałasu nie zajęło mu ani jednej zbędnej sekundy. Najpierw dostrzegł jeden kolorowy rozprysk, potem następny i następny. Cała seria kolorowych wystrzałów rozświetliła ciemny nieboskłon. Fajerwerki rozrywały niebo plamami czerwieni, zieleni i złota układającego się w rozmaite kwieciste kształty. Nie pasowały do tego spokojnego, cichego, niemalże wymarłego miejsca, przez co wydawały się jeszcze bardziej nierzeczywiste niż w mieście. Drobne błyski rodziły się i gasły nad senną wsią zupełnie tak, jakby ktoś w pobliskiej wiosce przypomniał sobie nagle, że lato nie powinno odejść bez pożegnania. Uśmiechnął się pod nosem, sam do siebie, patrząc jak iskry rozchodzą się powoli i nikną w chmurach. Przynajmniej czyjś wieczór był wyjątkowo udany.
Ich własny stał się zresztą znacznie łagodniejszy, bardziej senny i spokojny niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Wszystko, co wydarzyło się z początku wieczoru zdawało się być coraz bardziej odległe, nieistotne i ulotne. Emocje opadły zastąpione przez głęboki oddech i chłonięcie chwili. Było dobrze.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.07.2025

Dotarli do skalnej półki, gdzie postanowili się zatrzymać. Było to całkiem malownicze miejsce, nawet jeśli pośród tej ciemności, która ich otaczała nie można było dostrzec całego jego piękna. To, co oświetlały gwiazdy i księżyc wystarczało, by docenić jego urok. Było cicho i spokojnie. Poza dźwiękiem fal rozbijających się o skały słychać było tylko psy, które przechadzały się gdzieś z tyłu, poza tym wokół panowała cisza. Była całkiem kojąca. Miała wrażenie, że podczas tego jednego wieczoru wydarzyło się naprawdę wiele, ten czas był okropnie intensywny, więc ten moment z dala od świata dobrze im zrobi, pozwoli odetchnąć.

Zdawała sobie sprawę, że Ambroise został dzisiaj dosyć mocno wyprowadzony z równowagi, dlatego też kątem oka mu się przyglądała, żeby sprawdzić jak się miewa. Nie zadawała pytań, po prostu na niego spoglądała - nie musiała nic mówić, nie miała problemu z tym, aby odczytać jego nastrój.

Wydawało jej się, że jego gniew już minął, że ten czas, który spędzili na wspólnym spacerze trochę go uspokoił - i bardzo dobrze,  szkoda było skupiać się na tym, co było nieprzyjemne, zwłaszcza, że ostatnio wydarzyło się sporo złego.

Yaxleyówna sięgnęła do kieszeni swojej koszuli, by wyciągnąć fajki. Wsadziła sobie jednego papierosa do ust, a później odpaliła go swoją mugolską zapalniczką, zaciągnęła się dymem, mogła spowodziewać się uwagi, że smrodzi, znała bowiem podejście Roisa do jej szlugów jednak nigdy się tym jakoś specjalnie nie przejmowała. Fajka była całkiem niezłym towarzyszem podczas takich chwil, kiedy po prostu siedzieli razem i wpatrywali się w horyzont, bez słowa.

Póki co nie chciała przerywać ciszy, miała wrażenie, że im służyła, zresztą dobrze było od czasu do czasu ze sobą pomilczeć, nigdy im to jakoś specjalnie nie ciążyło. Szczególnie, że padło między nimi już naprawdę wiele słów.

Ciszę przerwał głośny dźwięk, tak właściwie to huk. Nie dochodził jednak zza ich pleców, a gdzieś z drugiej strony, ledwie zdążyła zlokalizować źródło dźwięku, a na niebie pojawiły się kolorowe światła. Coś musiało się dziać w miasteczku, dobrze było widzieć, że jeszcze gdzieś niedaleko ludzie chcieli się bawić. Najwyraźniej nie wszystkich dotknęło to, co wydarzyło się ledwie kilka dni temu. Wpatrywała się w te kolorowe światła z fascynacją, dopóki nie zaczęły tracić blasku.

- Mugole nie próżnują, chyba dobrze się bawią. - To, co działo się na niebie o tym świadczyło, a przynajmniej tak zakładała. Skończyła palić i przygasiła niedopałek o skalną półkę na której siedzieli. Było tu całkiem przyjemnie, nie miała pojęcia, która właściwie była godzina, ale nigdzie się przecież nie spieszyli. Mogli tu spędzić nawet całą noc.




RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.07.2025

Mógłby skomentować gest dziewczyny, który dostrzegł kątem oka, zanim jeszcze Geraldine zdążyła wyłuskać fajkę z papierośnicy palcami. Jednak tego nie zrobił. Zazwyczaj nie miał najmniejszych oporów przed skrytykowaniem jakości i woni tego, nad czego paleniem w dalszym ciągu wyjątkowo mocno upierała się Yaxleyówna. Oboje wiedzieli, co od zawsze sądził o wyborze szlugów, jakie postanowiła tak namiętnie palić. O ironio, nawet jeśli poniekąd sam podstawił jej je kiedyś pod nos.
No cóż, był wtedy młody i najwidoczniej nie miał zbyt dobrego smaku. Wychodził z założenia, że papierosy są papierosami. Liczyło się tylko to, aby były. Niekoniecznie musiały mu smakować, nie potrzebowały pachnieć w żaden wyszukany sposób. Nie o to chodziło. Czasy Hogwartu rządziły się swoimi prawami.
Jednakże teraz oboje byli już innymi ludźmi, czyż nie? To powinno być całkiem logiczne, że wszyscy zmienili się pod wpływem czasu i doświadczeń. Dorośli, dojrzeli, nawet jeżeli czasami nadal popełniali idiotyczne niedopatrzenia. Nie byli tacy sami jak wtedy.
Czemu więc nie zauważył, że to dotyczyło wyłącznie części z jego towarzystwa? Tak, w pewnym sensie dostrzegał w tym także swoją własną naiwność. Bezsensowną, bezpodstawną wiarę w to, że choć nie są już tamtymi dzieciakami, nadal mogą trzymać się razem. Ze wszystkich ludzi...
...kurwa mać...
...ze wszystkich ludzi, których idealistycznym debilizmem mógł gardzić...
...to on...
...on...
...ON jakimś cudem uwierzył w mityczną siłę przyjaźni. W braterstwo ponad podziałami. W bycie rodziną na podstawie wspólnych doświadczeń. I zrobił to na tyle mocno, że nawet nie przeszło mu przez myśl, aby zweryfikować, kiedy tak naprawdę byli przy nim wszyscy ci najbliżsi przyjaciele. Kiedy Potter był przy nim, co wtedy robił i mówił.
Teraz już to wiedział. Już to widział. Dostrzegał tamte sytuacje. Nie potrzebował wnikać w nie do głębi, by wiedzieć, w jaki sposób maluje się prawda. Być może powinien być przy tym coraz bardziej wściekły, ale paradoksalnie było w drugą stronę. Im bardziej uświadamiał sobie wagę swojej decyzji, tym bardziej wiedział, że wszystko, co zrobi będzie słuszne. To go uspokajało.
Nie potrzebował dłużej unosić się z powodu tamtych chwil. Nie zapomniał o nich, ale nie zamierzał też tracić chwil spędzanych u boku jego dziewczyny. Nie na rzecz kogoś i czegoś, co już nie było tak ważne. Romulus wybuchł i zniknął. Zupełnie niczym kolorowe fajerwerki w oddali. Narobił huku, przez kilka chwil przyciągnął spojrzenia, po czym stracił całą uwagę otoczenia. Zbladł, zgasł i znikł wyniesiony przez skrzaty domowe.
Tymczasem noc nadal trwała. Wyglądało na to, że gdzieś tam ktoś naprawdę świętował. Bawił się, może pił i tańczył. Kolejne wesele? W obliczu wojny liczba ślubów z pewnością podwoiła się albo nawet potroiła, ale raczej mało kto miał nastrój na wyprawianie wielkich imprez. Urodziny? Raczej tak samo, zresztą na urodzinach chyba rzadko kiedy gościły efekty pirotechniczne, nawet pośród tych bardziej zamożnych osób. Okazji tak naprawdę mogło być wiele.
- Myślisz, że to ma jakikolwiek związek z ostatnimi wydarzeniami? - Spytał zamyślony, mrużąc przy tym oczy i spoglądając na fajerwerki gasnące na ciemnym tle nieboskłonu.
Nie wyglądało na to, by kolejna seria rozbłysków miała wystrzelić w niebo. Przynajmniej nie na jego logikę, bowiem gdy parokrotnie miał do czynienia z takimi widokami, zawsze jedna salwa następowała bezpośrednio po drugiej. Tymczasem teraz wszystko zaczęło na powrót cichnąć. Być może do ich uszu dotarł ledwo słyszalny dźwięk mogący być czyimś odległym pijackim okrzykiem. A może tylko tak mu się wydawało. Jednakże prócz tego ponownie zapadła ta charakterystyczna nadmorska cisza.
Tylko oni dwoje, szum morza i wiatr wiejący między skałami, pomiędzy którymi od czasu do czasu przeciskały się także psy próbujące złapać jakiś trop. Może człowieka, choć kto by tu chodził? W końcu byli na prywatnym terenie. Może jakiejś niedużej zwierzyny. Zająca albo lisa. Czegoś, co mogło żyć pośród listowia kwitnących wrzosowisk rozpościerających się w ciemnościach za ich plecami.
Gdyby nie zupełnie inny klimat, jaki tu panował, to miejsce do złudzenia przypominałoby ich  region. Nie Londyn, nie Dolinę Godryka ani nie Snowdonię, tylko miejsce od początku do końca będące ich wspólnym domem. Z początku wyłącznie weekendowym, z czasem jednak przyciągającym ich na coraz dłuższe i dłuższe okresy. Tak, aby wreszcie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym otrzymać miano stałego miejsca na świecie.
Spędzili tam niemalże tydzień, zanim pożary strawiły Londyn. W pewnym sensie niezmiernie łatwo było przyzwyczaić się do spokoju nadmorskiej wsi. Nawet wtedy, gdy wszystko dookoła mogło zawalić się niemal w każdej chwili. Już nie z dnia na dzień, tylko z minuty na minutę.
Potrzebowali zmienić otoczenie. Nie tylko tymczasowo, lecz także tak naprawdę. To, o czym dyskutowali spacerując drogą w górę klifów nadal do pewnego stopnia zaprzątało mu myśli. Może dlatego, że było takie realne. Stanowiło jeden z najbardziej prawdziwych dowodów na to, że wszystko faktycznie wracało na te słuszne tory.
Być może nawet słuszniejsze niż przed laty, co było na swój sposób lekko ironiczne. W końcu zawsze starali się tworzyć wspólny dom, własną rodzinę, nawet jeśli w jej skład wchodzili wtedy wyłącznie oni dwoje. Teraz mieli też dwa psy i kota. Tworzyli naprawdę dalekosiężne plany. Mówili o wielu różnych rzeczach, powoli poruszając także te tematy, przed którymi mimowolnie zawsze jakoś się wzbraniali.
- Czasami mam wrażenie, że mugole nie dostrzegają tego, co dzieje się tuż przed ich własnymi nosami. Nie chcą tego widzieć - kontynuował, o dziwo, zupełnie nieoceniającym tonem; raczej po prostu w zamyśleniu stwierdzał fakty. - A zaraz potem zachowują się tak, jakby widzieli wszystko, po prostu wybierali trwanie w nieświadomości - wiedział, do czego zmierza.
Wiedział to doskonale. Wbrew pozorom, jego słowa nie brały się znikąd. Nie były także powiązane z chęcią narzekania na członków niemagicznej społeczności. Nie, nie tym razem. Teraz miał coś zupełnie innego na myśli, przenosząc spojrzenie z horyzontu wprost na Geraldine i przez kilka sekund tak zwyczajnie wpatrując się w jej rozszerzone od ciemności źrenice. Nawet w tym wyjątkowo przytłumionym, niemal nieistniejącym świetle dostrzegał błękit tęczówek ukochanej, mimowolnie unosząc kąciki ust.
- Zdecydowanie potrafią bawić się lepiej niż co poniektóre szlacheckie głowy - skwitował, mając na uwadze również ich niedawne doświadczenia z wiejskimi weselami.
To była naprawdę dobra impreza a teraz najwyraźniej ktoś postanowił spróbować przebić ją dodatkowymi efektami wizualnymi. Zupełnie tak jak w przypadku wydarzeń towarzyskich ich świata, podczas których przedstawiciele poszczególnych rodów prześcigali się pod kątem organizacji jeszcze bardziej wyszukanych i opływających w zbytki oraz przesadę przyjęć. Poniekąd niemalże z każdej możliwej okazji. Tak, czarodzieje lubili świętować. Mogli też teatralnie narzekać, ale równie mocno pragnęli być zapraszani.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.07.2025

Geraldine nie miała jakichś szczególnie wybitnych wymagań, jeśli chodzi o to, co paliła. Od samego początku trzymała się tych samych, śmierdzących, mugolskich fajek, które kiedyś ktoś podsunął jej pod nos jeszcze w Hogwarcie. Nie szukała innych upodobań smakowych, mimo, że Roise często wypominał jej ten wybór, jakby zapomniał o tym, że to właśnie on był odpowiedzialny za jej gust.

Ambroise na pewno nie był jedyną osobą, która wierzyła w mityczną siłę przyjaźni, sama Yaxleyówna przecież też miała przyjaciół, z którymi trzymała się od samego początku nauki w Hogwarcie. To było raczej naturalne, chociaż może nie powinno być? Ludzie dorastali, zaczynali się od siebie różnić, czasem było to spowodowane sentymentem, czy coś. Nie miała jeszcze takiego nieprzyjemnego doświadczenia jak Greengrass, ale może to wszystko było przed nią? Czy właściwie można być pewnym jakiejkolwiek relacji? Nie widziała nic złego w zaufaniu, ludzie byli zwierzętami stadnymi potrzebowali kogoś przy swoim boku. To, że mogło się okazać, że ktoś był inny niż wydawało się przez tyle lat, nie było niczyją winą.

Nie można też było skreślać wszystkich wokół przez jeden, chujowy przypadek, czyż nie? To nie było rozwiązaniem. Oczywiście, że takie doświadczenia niosły ze sobą konsekwencje, braki w zaufaniu, jednak nie można było przekreślać wszystkich innych przez jeden fatalny przypadek.

- Nie wydaje mi się. - Ale nie mogła mieć pewności. Nie zagłębiała się nigdy jakoś szczególnie w mugolski świat, tylko i wyłącznie na tyle, na ile było to potrzebne pomieszkując w okolicy mugoli.

- Może tak jest im wygodniej? - Skoro mogli ignorować pewne wydarzenia, to po prostu to robili. - Do pewnego momentu, wiesz, bywają chwile, gdy nie da się udawać dłużej, że się czegoś nie zauważa. - Nie miała pojęcia, jak to jest być kimś, kto nie ma świadomości o tym, że obok istnieje zupełnie inny świat, pełen magii. Słyszała opowieści swoich kolegów, mugolaków, o tym, że dość trudno było im przywyknąć do tej myśli i odnaleźć się w zupełnie innym świecie. Nie dziwiło ją to, że było to dla nich trudne.

- Nie trzeba być szlachcicem, aby się dobrze bawić, czasem Ci, którzy mają mniej dużo więcej doceniają. - Cieszyli się drobnostkami, które dla innych mogły wydawać się nic nieznaczące. Tak właściwie to Yaxley wydawało się, że to w dużej mierze jednak zależało od charakteru. Niektórzy mieli bardzo wygórowane oczekiwania i nic nie sprawiało im radości. Inni - jak ona potrafili cieszyć się drobnostkami, jak chociażby tym, że siedzieli sobie teraz tutaj pośród ciemnej nocy, sami, z dala od zgiełku. Warto było doceniać takie drobne chwile, kiedy było naprawdę spokojnie i nic nie mogło zachwiać tego spokoju. Nie sądziła bowiem, że podczas tej nocy mogłoby się jeszcze wydarzyć coś nieprzewidywalnego, chociaż może nie powinna chwalić nocy przed wschodem słońca.




RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.07.2025

Życie lubiło zaskakiwać równie mocno, co ludzie. Niestety, zazwyczaj w bardzo niekontrolowany sposób, czego sam Ambroise raczej nie lubił. Preferował mieć kontrolę nad swoim otoczeniem oraz nad tym, co działo się dookoła niego. Być może czasami w dosyć niezdrowym zakresie, jednak ten fakt zwykł wygodnie omijać. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to robić, bowiem w ostatnim czasie nawet jemu sprawiało to coraz większą trudność.
Nie mógł nic poradzić na to, że potrzebował stopniowo zacząć dopuszczać do siebie niektóre niekoniecznie przyjemne spostrzeżenia. Na przykład to, z kim zadawał się niemal na co dzień, a z kim rzeczywiście warto było się zadawać, kto był dla niego faktycznym dobrym towarzystwem, nie zaś nieuświadomionym ciężarem spoczywającym na barkach. Próba czasu pokazała mu dosyć brutalnie, że te dwie rzeczy niekoniecznie były ze sobą tożsame.
Nie każdy, komu zaufał okazywał się być warty zaufania. Chcąc nie chcąc, były przyjaciel uświadomił mu, że potrzebował zweryfikować swoje bliższe i dalsze znajomości. Szczególnie, że w pewnym momencie dosyć mocno pogubił się w życiu, bez wątpienia będąc bardziej podatnym na mentalne sztuczki i wpływy (czego nadal nie chciał przed sobą przyznać, ale fakty pozostawały faktami) i mogąc przyciągać niekoniecznie przychylnych mu ludzi. Tudzież zacieśniać więzi z tymi, którzy już obracali się w jego kręgu, ale stopniowo zmieniali narrację na swoją korzyść.
Chcąc pchnąć swoje życie z powrotem na właściwe tory, musiał zacząć dopuszczać do siebie poniekąd dokładnie tę myśl, jaka pojawiła się w ich rozmowie, padając na głos z ust Geraldine. Do pewnego momentu, wiesz, bywają chwile, gdy nie da się udawać dłużej, że się czegoś nie zauważa. To była dosyć uniwersalna prawda odnosząca się nie tylko do mugoli, lecz tak naprawdę do każdego z nich.
- Prawdę mówiąc - zaczął, jeszcze nie do końca wiedząc, w jaki sposób ubrać w słowa to, co chce przekazać, ale bywały takie chwile, gdy wystarczyło po prostu zacząć, reszta płynęła sama. - Wyobrażasz sobie, jak to musi mieszać w głowie? W jednej chwili żyjesz sobie jak zupełna ignorantka. Tylko po to, żeby w kolejnej zacząć dostrzegać coś, w co nie chcesz wierzyć, bo to dla ciebie zbyt duży absurd. Aż wreszcie nie możesz dłużej zamykać oczu i nagle... ...puff... ...musisz zaakceptować, że tuż obok ciebie istnieje zupełnie inny, nieznany ci świat. Pełen ludzi o predyspozycjach i umiejętnościach, których ty nigdy nie będziesz mieć - sam nie do końca wiedział, co tchnęło go, aby poruszyć, ten temat, ale...
...tak, to było coś...
- Abstrakcja - mruknął, wypuszczając powietrze nosem. - Zupełna abstrakcja - być może nie rozumiał mugoli, nie pojmował ich motywacji, nie chciał angażować się w ich rzeczywistość w większym stopniu niż już to robił, ale ta myśl była wręcz perfekcyjnie filozoficzna, jak wypadało na rozmowę o tej godzinie.
Ciemność, noc, szum fal w dole, towarzystwo drugiej, bliskiej osoby bez wątpienia sprzyjało rozważaniom, które normalnie raczej nie miałyby miejsca.
W przypadku Ambroisa, jego wiedza na temat mogolskiego świata także nie była na zbyt piorunująco wysokim poziomie. Nie była też wyjątkowo wąska, sam jej zakres był całkiem obszerny, ale bez wątpienia niezbyt głęboki. Dokładnie taki, jakiego potrzebował, aby od czasu do czasu poruszać się w niemagicznym świecie bez zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi, niewiele więcej. Jasne, podchwycił całkiem sporo drobnostek, gdy jeszcze pomieszkiwali w Whitby.
Mimowolnie przyswoił pewne tematy, odwiedzając okoliczne wioski i miasteczka, nawet jeśli sam dom znajdował się raczej na dosyć mocnym uboczu. Jednakże niemagiczna społeczność nie przestawała go zaskakiwać. Zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym tego słowa znaczeniu. Tego dnia zrobiła to w tej pierwszej formie. Fajerwerki były naprawdę ładne. Myśl o tym, że ktoś jeszcze potrafił bawić się w najlepsze, także była dziwnie pokrzepiająca. Wprowadzała trochę barw w dosyć ponurą rzeczywistość. O dziwo, była naprawdę miła.
Rzeczywiście, wydawało się, że w miejscu takim jak odludzie, na którym znaleźli się po wcale nie tak krótkim spacerze przez wrzosowiska, nic ani nikt nie mógł już ich zaskoczyć. Tym bardziej, że wciąż znajdowali się na prywatnym terenie chronionym różnymi rodzajami zabezpieczeń. Zarówno tymi magicznymi, jak i bardziej prozaicznymi. Na przykład nie tak dawno wspominaną przez nich opinią, jaką Lestrange'owie mieli w okolicy.
Mogli zatem z czymś na kształt wewnętrznego spokoju uznać, że dalsza część ich wieczoru będzie przebiegać już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Psy nadal węszyły gdzieś pomiędzy głazami, całkowicie zajęte sobą. Oni także mogli skupić się na widoku przed oczami, wreszcie nabierając rześkiego, morskiego powietrza w płuca i korzystając z ostatnich chwil względnie dobrej pogody, zanim jesień na dobre zagościła w Wielkiej Brytanii.
Było cicho i ciemno. Fajerwerki nie wystrzeliły po raz kolejny, a do ich uszu nie docierały już żadne dźwięki z okolic wioski. Nie znaczyło to jednak, że okoliczni mugole przestali świętować. Wręcz przeciwnie, doświadczenie Greengrassa sugerowało, że najpewniej mieli to robić do białego rana. Tak, potrafili świętować.
- Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że za ich brakiem szlachectwa idzie pewna niewymuszona swoboda - odparł gładko, po prostu stwierdzając fakt.
Nie narzekał. Nie zamierzał narzekać. Znał i lubił większość przywilejów, jakie wynikały z jego pochodzenia. Bywały jednak niewątpliwe pozytywne strony nie tak elitarnego urodzenia. Mieli już zresztą okazję rozmawiać na ten temat, czyż nie? Wszystko miało swoje blaski i cienie. Lubił świat, w którym przyszło mu żyć. Nigdy by z tego nie zrezygnował, ale nie był także zupełnie ślepy na to, o czym mówiła jego dziewczyna.
- Poza tym - tu już skierował spojrzenie z powrotem na twarz Yaxleyówny, mrużąc przy tym oczy i starając się powstrzymać drżenie kącików ust. - Czekaj, czekaj. Mówisz mi, że przez ten cały czas, jaki spędziłaś u boku najlepszego kawalera Ministerstwa naprawdę nie przekonałaś się do pławienia się w zbytkach niskim kosztem robienia z siebie bałwana? - Spytał z błyskiem w oku, przypatrując się dziewczynie. No, kto by pomyślał, że taka maskarada mogła być niedoceniana, a nawet nużąca.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.07.2025

- Pewnie dlatego nie pozwalają na to, żeby mugole o nas wiedzieli. Czyszczą im umysły, żeby zapominali o tym, co widzieli. Na pewno nie docierają do wszystkich, ale do większości. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakie to musi być dla nich szokujące, pewnie się nas boją. - W końcu czarodzieje potrafili posługiwać się magią, która dla nich była zupełnie nieznana, mało kto nie bał się nieznanego, szczególnie czegoś takiego potężnego. Może to i lepiej, że żyli w ukryciu, obok siebie. Do tego dochodziły też przypadki mugolaków, którym sama Yaxley współczuła, bo nagle byli wrzucani do obcego świata, o którego istnieniu nie mieli pojęcia, musieli jakoś przetrawić tę wiedzę, a do tego radzić sobie z zaczepkami elity, która uważała siebie za lepszych. To nie była wina tych dzieciaków, że zostały wybrane przez jakąś siłę wyższą, jako kolejne pokolenia czarodziejów. Jasne, musieli sobie wypracować swoje miejsce w świecie, ale nie znaleźli się tutaj ze swojej nieprzymuszonej woli. Musieli się dostosować i jakoś odnaleźć. Nie miała problemu z tym, aby stawać w ich obronie jeszcze w czasach nauki w Hogwarcie, nie znosiła znęcania się nad słabszymi bez powodu.

- Ciężko to sobie w ogóle wyobrazić, jesteśmy zdecydowanie na lepszej pozycji. - Oni przynajmniej wiedzieli o istnieniu tego drugiego świata, może się w niego zbytnio nie zagłębiali, ale jednak mieli jakąś wiedzę, ci drudzy nie mieli tyle szczęścia, ale może to i lepiej, bo przecież mogłoby to doprowadzić do jakichś konfliktów, zresztą kiedyś czarodzieje nie byli tacy uważni, na szczęście z czasem mugole zaczęli uważać ich za stworzenia z baśni, nieprawdziwe.

Niebo znowu zrobiło się ciemniejsze, rozświetlały je jedynie gwiazdy i księżyc, ale również było całkiem malowniczo, noc miała swój urok, szczególnie taka wczesnojesienna jak ta. Było całkiem przyjemnie, fale rozbijały się o skały, wiatr muskał ich twarze. Geraldine przestała myśleć o tym, co wydarzyło się wcześniej. Skupiała się na tej chwili, którą razem spędzali. Skończyła palić, przygasiła peta o skały i wpatrywała się w gwiaździste niebo.

- Tak, coś w tym jest. Nie muszą się niczym przejmować, zwracać uwagi na to, co ktoś sobie pomyśli i w ogóle... - Chcąc nie chcąc, kiedy gdzieś się pojawiała, zwłaszcza na tych większych, czarodziejskich spędach zawsze miała z tyłu głowy to, aby broń Morgano nie narobić wstydu swojej rodzinie. Nie chciała, żeby spoglądano na nich nie do końca przychylnym okiem. Jasne, pozwalała sobie na drobne kontrowersje, mimo wszystko jednak nigdy nie przeginała, bo wiedziała, że może się to skończyć ostracyzmem w stosunku do jej rodziny, a można było o niej powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że miała ich gdzieś. Wiedziała, że sporo im zawdzięcza, szczególnie ojcu, który miał w niej ogromne nadzieje, zawsze kibicował jej działaniom i wspierał. Nie chciała go zawieść, starała się raczej robić wszystko, aby był z niej dumny. Zależało jej na tym.

Prychnęła słysząc kolejne słowa Greengrassa, pokiwała przy tym przecząco głową. Nie mógł jej tego odpuścić, czyż nie?

- Wiesz, że nie potrzebuję do tego żadnego kawalera? - Co by dużo nie mówić Yaxleyówna nie mogła narzekać na komfort, czy jakieś braki. Miała wszystko, czego potrzebowała, i sama była sobie to w stanie zapewnić. Nikt nie musiał jej niczego oferować. - Robiliśmy z siebie bałwany razem, bo tak wypada, a zawsze lepiej to robić z kimś z kim się można dobrze bawić. Nie mam szczególnie wielu bliskich przyjaciół wśród takich osób, jest to jedna z nielicznych person, którym naprawdę ufam, do tego te wszystkie nagłówki w gazetach, czy mogłam lepiej trafić? - Nigdy nie ukrywała swojej sympatii do Erika, zresztą ich znajomość trwała od lat. Ich rodziny za sobą przepadały, byli nawet razem na wakacjach za dzieciaka. Nie mogła znaleźć lepszego towarzysza na te wszystkie spędy czystokrwistych, kiedy Ambroise nie był w zasięgu jej zainteresowania, albo ona jego, no, jak zwał tak zwał.

- Jakoś musiałam sobie radzić, kiedy nie było Cię obok, na szczęście to już za nami. - To nie tak, że narzekała na towarzystwo Longbottoma, jednak zdecydowanie wolała kiedy wszystko było na swoim miejscu.




RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.07.2025

- Zakładam, że ci, do których nie dotarli w znacznym stopniu neutralizują się sami - stwierdził z nieco kwaśnym uśmiechem, najprawdopodobniej wcale nie musząc rozwijać tego, co miał przy tym na myśli.
A więc tego nie zrobił. Geraldine miała rację, mugole z pewnością bali się przejawów magii, jak i samych czarodziejów. Może nie wszyscy, ale lwia część z nich na pewno nie była obojętna wobec informacji, że gdzieś obok istnieje równoległy świat, w którym ludzie teleportują się z miejsca na miejsce i ciskają zaklęciami. Mało kto byłby raczej w stanie przyjąć to spokojnie.
Niektórzy pewnie bali się ich w tym najbardziej lękliwym znaczeniu tego słowa. Inni czyli coś na kształt przerażonego zaciekawienia, może nawet ekscytacji. Jeszcze następni mogli zacząć przejawiać najgroźniejszy rodzaj strachu, uciekając się do agresji. Co prawda, raczej nie mieli zbyt wiele przewag nad czarodziejami, przynajmniej nie w otwartej konfrontacji, jednak z pewnością mogli być niebezpieczny.
Medal zawsze miał dwie strony, czyż nie? Należało o tym pamiętać, nawet wyłącznie hipotetycznie rozważając czyjeś położenie. To właśnie dlatego nie był za łączeniem dwóch światów. Za jakimkolwiek stopniowym zespajaniem jednego z drugim. To nigdy nie miało zadziałać. Nie, gdy brało się pod uwagę fakt, że dysproporcji nie można było zniwelować.
Ludzie rodzili się z magią lub bez niej. Oczekiwanie, że wszyscy będą koegzystować na całkowitej równi było idylliczną mrzonką, niczym więcej. Czym innym było to, co oni oboje robili w Whitby czy Exmoor, mimo wszystko pozostającymi głównie mugolskimi okolicami.
Czym innym zaś próby trwałej zmiany odwiecznego porządku i obowiązujących granic. Dla wszystkich, nie dla jednostek mogących przystosować się do życia tu i tu.
A do tego poniekąd co poniektórzy dążyli, czyż nie? Wpierw zaczynając od umagiczniania charłaków, w następnej kolejności zamierzając zapewniać miejsca w magicznym społeczeństwie dla całych rodzin osób mugolskiego pochodzenia. Dla ojców i matek, może też niemagicznego rodzeństwa, bo w końcu nie należy rozdzielać bliskich a są zawody, do których wykonywania niepotrzebna jest różdżka, można się ich nauczyć. Co później? Nie chciał wiedzieć. Nie chciał się dowiadywać.
- Tak, jesteśmy na zdecydowanie lepszej pozycji - przytaknął, ale czy to była jednocześnie łatwiejsza pozycja?
Tego już nie powiedziałby bez dłuższej chwili namysłu. Szczególnie w momencie, w którym tyle działo się w ich świecie. Gdy poniekąd, chcąc nie chcąc, to oni bronili nieświadomych mugoli przed wszystkim, co działo się dookoła. Mniej lub bardziej skutecznie, ale gdy przychodziło co do czego, to była ich odpowiedzialność. Oddzielać jeden świat od drugiego, modyfikować pamięć niemagów, aby nie zapanował zbyt duży chaos, szukać rozwiązania i rozwiązania dla rozwiązania.
Skupianie się na wszystkich poziomach teoretyzowania na temat mugolskiego i magicznego świata nie było jednak czymś, co chciał i zamierzał robić. Tym bardziej, że wyszli od dosyć lekkiego tematu i właśnie przy takich pragnął teraz pozostać. Na świecie na co dzień było dostatecznie dużo chaosu i zniszczenia. To była ich chwila odpoczynku. Ciemność i spokój nocy, bryza bijąca od morza, wspólne towarzystwo. To wszystko odprężało. Dokładnie tak jak tego potrzebował.
- Nie sposób tego nie docenić, wiesz? - Odezwał się po chwili milczenia i wpatrywania się w ciemny horyzont, który prawie zlewał się z linią wody odbijającą nieliczne światła, głównie chyba gwiazd. - Tego spokojnego życia na własnych warunkach. Szczególnie teraz - wyjaśnił, nawet jeśli najpewniej wcale nie potrzebował.
Lubił wszelakie aktywności. Całkowicie powtarzalna rutyna nigdy mu nie odpowiadała. W dalszym ciągu nie potrafił zbyt długo usiedzieć na miejscu, ale jednocześnie chyba stopniowo zaczął doceniać także zalety trzymania się nieco w cieniu. Obserwowania z ubocza. Braku odczuwania potrzeby zatrzymywania się we wszystkich bramach, z których ktoś na niego szczeka. Choć być może czasami miewał tendencje do skrajności w przyjmowaniu tego podejścia.
Była...
...cóż...
...szczególnie ta jedna sytuacja, gdy faktyczna jedna porządna konfrontacja mogłaby wiele zmienić, darując im sporo czasu i jeszcze więcej wątpliwych atrakcji związanych z prowadzeniem zimnej wojny. Ale cóż? Nigdy nie ułatwiali sobie życia.
I tak, oczywiście, że miał o tym pamiętać. Tyle tylko, że pierwszy raz od dawna czując coś w rodzaju rozbawienia, którego nie wypierała narastająca irytacja. Nie. Teraz poniekąd zaczynało go to trochę bawić. Ot, ciutkę. Tycio. Szczególnie, gdy Geraldine parsknęła pod nosem.
- Sama sobie okrętem, sterem, masztem, kapitanem, załogą, burtą, kadłubem, kajutą, pokładem, harpunem, oceanem. Tak, wiem. Zdaję sobie sprawę - wyrecytował bez zająknięcia, nawet nie mrugając przy tym okiem.
Nie drgnęła mu powieka, nie uniósł się kącik ust, choć w tym drugim przypadku naprawdę mocno się powstrzymywał. Szczególnie na myśl, którą musiał, po prostu musiał wyartykułować na głos.
- Glonem też byś mogła być, gdyby zaistniała taka potrzeba. I co najmniej trzema czwartymi morskich zwierząt, ale tylko tymi interesującymi. Wartymi uwagi. Foką, nie flądrą - zaznaczył z całą świadomością tego, jak to brzmi.
Tak. Geraldine była foczką. Bez wątpienia. Zarówno od tej wizualnie cholernie atrakcyjnej strony, zwłaszcza dla niego, cóż, praktycznie od zawsze. Jak i od tej zgoła niebezpiecznej. Potrafiącej pokazać tę dosyć dziką, krwawą stronę swojej natury. Nie to, by kiedykolwiek miał z tym jakiś problem. Nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie miał zmienić zdania. Wręcz przeciwnie, w swoim łowczym wydaniu była...
...no tak. Dokładnie taka sama jak w każdym innym. Cóż. Nie dało się ukryć tego, jak bardzo go przyciągała, jak mocno go pociągała. I jasne, oczywiście. To mogła być zasługa tej mitycznej siły, o której mówiła im Florence. Ta, jasne. Z tym, że zdecydowanie wolał wierzyć w znacznie bardziej prozaiczną interpretację. Taką, wedle której... ...po prostu?... ...a może nie po prostu, tylko wyjątkowo?... ...jedno z dwojga... ...oba z dwojga... ...bardzo świadomie widział w niej to wszystko, co równie mocno doceniał.
Tak, nawet te drobne elementy, którymi czasami mocno załaziła mu za skórę. Mógł wzdychać, prychać, parskać, ale mimo wszystko, to było integralną częścią Yaxleyówny. Nawet, jeśli czasem go tym irytowała, nie oczekiwał od niej wymuszonych zmian. Mieli okazję poznać się praktycznie z każdej możliwej strony. Mało kto miał okazję do czegoś podobnego. Trudno byłoby powiedzieć, że którekolwiek z nich nie miało świadomości, na co się pisało. Tym bardziej teraz. Poniekąd drugi, ostatni raz.
- Natomiast jeśli oczekujesz, że teraz ochoczo przyznam ci rację, przytakując na niewątpliwą szeroką gamę zalet Longbottoma albo wycinając mu order z ziemniaka - kontynuował powoli, odchrząkując przy tym w bardzo jednoznacznie nieprzekonany sposób - to przysięgam, że prędzej wybiorę pływanie z rybami. Au revoir. Już mnie nie ma. Będę zmuszony ostudzić mój zapał - a miał ku temu niewątpliwe warunki, czyż nie?
Wystarczyło zaledwie odrobinę przesunąć się do przodu. Jego nogi już i tak dyndały nad krawędzią skały, połowa ciała była zawieszona na skalnej ławce nad przepaścią. To nie byłby problem, nawet w całkowitych ciemnościach, aby dosyć spektakularnie dał do zrozumienia, że prędzej woli moczyć kark i kostki w lodowato zimnej wodzie niż spuszczać się nad niewątpliwą przyjemnością, jaką z pewnością miała jego dziewczyna przyjaźniąc się z tak wybitną jednostką.
Jasne, wyjaśnili sobie wszelkie nieporozumienia. Wystarczyło, że już nie zionął otwartą niechęcią do Erika, nie? Miał czas przemyśleć swoje przekonania i poniekąd odrobinę zmienić ostrość osądu. Zdecydowanie mógł to zrobić, dochodząc do wniosku, że nie tyle może przesadził (on nie przesadzał, on jedynie reagował zgodnie ze sobą, adekwatnie do sytuacji i posiadanej wiedzy; oczywiście, tak, tak), co odrobinę przeholował ze skupianiem się na nie do końca właściwych celach i założeniach.
Tak, Potter potrafił być wyjątkowo przekonujący. Nie, to nie usprawiedliwiało całkowitej wiary w to, co mówił.
Całe szczęście, zawrócił z tamtej ścieżki. Zreflektował się, nawet jeśli będąc na skraju popełnienia kolejnego błędu. Konfrontacja pogłosek z prawdą była konieczna. Nie zamierzał wyrzucać sobie, że nie zrobił tego wcześniej. Wystarczyło, że miał inne przewinienia do naprawy. Wystarczyło, że naprawdę cholernie usiłował się starać.
- Poza tym jakoś to chyba niedoszacowanie - stwierdził po chwili, przesuwając dłoń po chłodnym kamieniu, żeby bez słowa dotknąć palcami palców dziewczyny, nieznacznie kręcąc głową i wyginając usta. - Bez wątpienia jesteś urodzonym kapitanem swojego życia - to była wyjątkowo literacka metafora, nie?
Aż sam był nią zdziwiony, ale tak. To był fakt. Jak na to, że większość z nich miała do dyspozycji przeciekające łajby, jakie obecnie gwarantował im ich świat, Geraldine naprawdę dobrze sobie radziła. Przynajmniej próbowała brać odpowiedzialność za swoje poczynania i kreować rzeczywistość, w jakiej żyła. To było więcej niż robili niektórzy ludzie, których znał.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.07.2025

- Nie ma się im co dziwić, mogą negować stan jasności swojego umysłu. - Ciężko było pogodzić się z taką wiedzą, do tego nie mieli żadnego oficjalnego, racjonalnego potwierdzenia. To na pewno nie było dla nich proste, szczególnie, że czarodziejom zależało na tym, aby nikt nie wiedział o ich istnieniu i raczej takie rzeczy działy się przypadkowo. Biedni mugole musieli jakoś radzić sobie z tą wiedzą, nie sądziła, aby inni ot tak wierzyli im w istnienie sił nadprzyrodzonych.

Te informacje mogły przerażać, bo łatwo przychodził strach przed nieznanym, do tego świadomość, że nikt inny o tym nie wie. Cóż, nawet trochę jej ich było szkoda, ale nie widziała innego, bardziej humanitarnego rozwiązania, które uszczęśliwiłoby obie strony. Tak było lepiej, niosło to ze sobą mniej szkód.

- Dobrze dla nas. - Nigdy nie kryła się z tym, że doceniała to, po której stronie świata się znajdują. Nie umiała sobie siebie wyobrazić bez magii, którą zresztą znała od dziecka. Szczerze współczuła charłakom, którzy musieli żyć w tym ich świecie nie posiadając żadnych umiejętności, które mogłyby im ułatwić egzystencje w świecie. Na pewno nie tak łatwo było im się dostosować będąc wybrykami w swoich rodzinach, chyba już wolałaby być magicznym dzieciakiem w mugolskiej rodzinie, chociaż to niosło ze sobą również pewne utrudnienia. Na szczęście problem ich nie dotyczył, bo pochodzili z rodów, w których żyłach magia płynęła od pokoleń i oni również ją posiadali. Zresztą tych wyjątków było niezbyt wiele, aczkolwiek nie można było wykluczyć ich istnienia.

- Tak, taka możliwość nie jest wcale zbyt oczywista. - W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zapuka do ich drzwi i poprosi o pomoc. Nie mogli przewidzieć kto to będzie, jedna strona, albo druga strona, co wtedy? Będą musieli wybierać, kogo mają wspierać? Odmówić? To również nie było mile widziane, bo mogliby zostać wykluczeni. Los czystokrwistych jak oni wcale nie był taki prosty jak mogłoby się wydawać, nie w takim momencie, w którym teraz znajdowała się Wielka Brytania.

Póki co, starali trzymać się z boku. Nie byli jednak osobami, które jakoś specjalnie przepadały za stagnacją, od zawsze wybierali nieco bardziej skomplikowane drogi, aby się nie zasiedzieć. Takie już mieli charaktery, że lubili gdy wokół nich sporo się działo. Aktualnie również nie zamierzała zupełnie odsunąć się na bok, wiedziała, że Roise też nie - to nigdy nie było w ich stylu. Musieli znowu wypracować sobie jakieś rozwiązanie, które ich zadowoli.

- Cieszy mnie to, że o tym nie zapomniałeś. - To nie tak, że był to jej pierwszy wybór, ale kiedy nie miała innego, to podążała właśnie tą ścieżką, nie chcąc być zależna od kogokolwiek. To było całkiem proste rozwiązanie. Nigdy nie umiała prosić o wsparcie, czy pomoc, wolała samodzielnie działać, przynajmniej brała los w swoje własne ręce. Ostatnio trochę się to zmieniło, zaczęła zauważać, że czasem warto mieć wsparcie i wcale nie musi nosić wszystkiego na swoich barkach. Kiedyś zawsze Roise był osobą, do której mogła się odezwać, ale nadszedł ten chujowy moment w im życiu, kiedy się to skończyło, wtedy stawiała raczej na samodzielność. Przy problemach z wyimaginowanym bliźniakiem nie do końca to działało i musiała schować dumę do kieszeni, aby jakoś poradzić sobie z problemem.

- Nie chciałabym być foką, zdecydowanie nie, już wolałabym być flądrą, albo rekinem wiesz. - Rekiny były postrachami oceanów, do tego jej zdaniem należały do całkiem uroczych stworzeń, zdecydowanie wolała je od fok, które nie kojarzyły jej się jakoś zbyt przyjemnie. Niektóre ich rodzaje były też całkiem piękne, na swój specyficzny sposób (tak jak ona), bardziej trafiało do niej to porównanie niż jakieś foki.

- Nigdy nie przejdzie Ci to przez gardło, co? - Uśmiechnęła się sama do siebie, bo pamiętała o tym, co wyrzygał jej Ambroise podczas ich tygodniowego pobytu w Whitby. Uwierzył w te śmieszne plotki, które pojawiały się na salonach na temat jej i Erika, co było dosyć zabawne, bo przecież wiedział o tym, że przyjaźnią się od lat, a Yaxley była stała w swoich uczuciach, nie zmieniłaby swojego podejścia do Longbottoma od tak, w jej przypadku nie działało to w ten sposób. Zwłaszcza, że Ambroise sam wiedział, że to co ich łączyło było siłą z którą nie można było wygrać, teraz mieli to potwierdzone u specjalisty, nigdy przed tym nie uciekną.

- Jestem, ale każdy kapitan czasem popełnia błędy, czyż nie? - Nie była idealna, miała świadomość, że pewne rzeczy mogła zrobić lepiej, ominęłaby dzięki temu sporo problemów, ale nie należała do osób, które płakały nad rozlanym mlekiem, co było - minęło. Grunt, że w końcu znowu zaczęło się wszystko układać, no prawie wszystko. Poczuła palce Roisa na swojej dłoni i uśmiechnęła się sama do siebie, tak, cholernie jej tego brakowało.




RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.07.2025

Raczej nie zamierzał tego mówić na głos. Tym bardziej, że oboje bez wątpienia zdawali sobie sprawę z tego, jak to wygląda. Jednakże nie tylko mugole w ostatnich miesiącach mieli wyjątkowo dużo okazji, aby kwestionować trzeźwość własnego umysłu. To, co działo się dookoła...
...zmutowane, zbuntowane rośliny. Szalejąca Matka Natura. Widma w Kniei. Całe te wydarzenia z doppelgangerem. Pożary Londynu, które jakimś cudem dotknęły także tak odległych miejsc jak Dolina Godryka. Wyrwa na niebie. Duszący pył pojawiający się z nieba. Było tego dostatecznie dużo. I tylko szaleniec uznałby, że nie miało być więcej.
Jednak tego wieczoru mieli o tym nie myśleć. Założeniem był odpoczynek od szaleństw dziejących się poza granicami posiadłości Ursuli. Spędzenie czasu w towarzystwie przyjaciół, ich zaufanego grona, picie i palenie, alkohol, kiełbaski, jedzenie i rozmowa. Może trochę muzyki w tle, szum zaskakująco dobrze utworzonego jeziora.
W tym momencie także towarzyszył im dźwięk fal. Może trochę inny, wciąż cichy, ale jednocześnie bardziej intensywny. Nie było silnego wiatru, ale morze nadal odbijało się od skał kilkanaście metrów pod nimi. Z tym, że byli tu też zupełnie sami. Nie było blasku ognia, tylko kilka barwnych pióropuszy fajerwerków nad wioską, które już zniknęły. Oni dwoje, nikt więcej. Reszta?
Nie miał pojęcia, gdzie podziali się wszyscy inni. Po prawdzie mówiąc, chyba go to teraz nie obchodziło. Wiedział, że każdy musiał poradzić sobie ze wszystkim na swój własny sposób. Być może mieli wrócić do tamtego frustrującego tematu, ale nie dzisiaj. Nie tej nocy. Oby także nie przy śniadaniu, aby nie złapał go szczękościsk.
Teraz oddychał. Głęboko, miarowo zaciągał powietrze w płuca, delektując się atmosferą późnej nocy. Tym niemal całkowitym bezruchem świata dookoła nich. Poza ludźmi we wsi, którzy świętowali jakąś okazję godną naprawdę barwnej oprawy, mogłoby zdawać się, że wszystko ogarnęła senność. Nawet natura w znacznej mierze pogrążyła się we śnie. Szczególnie, że nadchodziła jesień. Dni robiły się krótsze, zaś noce dłuższe.
Już wkrótce wszystko miało na chwilę przygasnąć, szykując się na kolejną zimę. Poprzednia była trudna i długa. Nie mógł nie mieć świadomości, z czego to wynikało. Nie był tym rodzajem ignoranta. Doskonale wiedział, że ta kolejna, nawet jeśli wszystko dookoła zaczęło pogrążać się w coraz większym chaosie, miała być na swój sposób łatwiejsza. Bo wspólna. Już nie tak ponura i samotna, wypełniona byciem tłem cudzego życia, choćby nawet docenianym. Tym razem miało być inaczej.
- Powiedzmy, że nie dałaś mi o tym zapomnieć - oczywiście, jasne, tak, z pewnością mógłby w tym momencie przyjąć narrację, wedle której sam z siebie także nigdy nie zapomniałby o tym fakcie.
Poniekąd dokładnie tak było. Miał bardzo dobrą pamięć. Zarówno do detali, jak i do szerszych, bardziej złożonych faktów o ludziach. W końcu musiał wiedzieć, w czyim towarzystwie się obraca.
Być może tego wieczoru okazało się, że nawet od tego bywały niechlubne wyjątki, ale po krótkim namyśle, czy naprawdę to było związane z jego znajomością cudzych charakterów? Może bardziej z umiejętnością czytania z ludzi? A może z tendencją do pomijania niektórych, nawet rażących znaków, gdy po prostu nie chciał ich widzieć?
W końcu największym problemem było nie to, że jego przyjaciel nagle zmienił się w kogoś innego. Najbardziej druzgocące było to, że niemalże w ogóle nie dojrzał od czasów szkoły. A w czasach Hogwartu chyba wszyscy wiedzieli, z kim się zadają. Akceptowali to, bo sami byli w jakimś stopniu podobni. Rozpuszczeni, roszczeniowi, bananowe dzieci czystokrwistej arystokracji.
Tyle tylko, że czas zrobił swoje. Musieli przejść jego próbę. Niejedną, jeśli należało być dokładnym. Czasu, w jakich przyszło im żyć były coraz trudniejsze. Skuteczne poruszanie się w nowej rzeczywistości wymagało wielu umiejętności, których nikt (rozsądny czy nie) nie uczył swoich dzieci.
Być może zdarzały się osoby pamiętające Grindelwalda albo czarnoksiężnika siejącego zamęt przed nim. Szczególnie, że wbrew pozorom, Gellert upadł raptem niecałe trzy dekady wcześniej. Sam Ambroise mgliście pamiętał końcówkę tamtego okresu. W końcu miał wtedy sześć lat. Bywali ludzie wspominający okres poprzedniej wojny czarodziejów i starające się nie pozwolić innym go zapomnieć.
Tyle tylko, że pamięć ludzka była krótka. A chęć do tego, by żyć ze świadomością, że historia lubi się powtarzać? Jeszcze bardziej ulotna. Prędzej brano te osoby za paranoików i wariatów niż za kogoś, kogo należy słuchać. W przypadku Greengrassów była to naprawdę wiekowa prababka (świeć, Morgano, nad jej duszą), która nie dożyła wschodu słońca w nowej rzeczywistości, o jakiej rychłym nadejściu ostrzegała.
Na jej szczęście, zmarła kilka miesięcy przed orędziem wygłaszanym przez Voldemorta. Jednakże niemal do samego końca usiłowała łączyć kropki. Nie zawsze we właściwe figury, ale czas pokazał, że w znacznym stopniu wcale nie fiksowała się na obawach zupełnie wyssanych z palca.
Chociaż bywała przy tym wyjątkowo przerażająca, nieważne od racji i intencji, nie tylko dla dorastającego dziecka. Może nie była starym sępem, ale skoro już tego wieczoru zaczęły padać zwierzęce porównania, jego prababka przypominała naprawdę starą sowę bez znacznej części piór. Wychudzoną niemal na szkielet, obracającą łeb za każdym razem, gdy kogoś dostrzegła. No, nie było to zbyt dobre wapomnienie.
- Popraw mnie - tak jeśli się mylę nie padło, szczególnie, że był dosyć pewny swego z tym, co zamierzał powiedzieć - ale nie możesz być flądrą, bo flądry są płaskie - a Geraldine doskonale zdawała sobie sprawę, do czego pił w tym momencie, nie? - Rekin już prędzej tu pasuje, rzeczywiście możecie mieć imponująco dużo podobieństw. Jasne. Choć jednocześnie naprawdę nie wiem, co masz do fok - rzucił odrobinę pytającym tonem, przypatrując się dziewczynie.
Nie, już nie kątem oka. Bardzo otwarcie. W końcu nikt nie zabraniał im dawać sobie pełną uwagę. Nie musieli pilnować otoczenia ani nic w tym rodzaju. Byli sami. Zupełnie sami. Zalążek idealnego wieczoru na klifach.
Zanim dobrze zastanowił się nad reakcją na słowa dotyczące Erika, niemal bezgłośne parsknięcie samo zdążyło opuścić jego usta. Towarzyszący temu wyraz twarzy sam w sobie również był dosyć wymowny, a on nie próbował go ukrywać. Nawet w ciemnościach panujących dookoła, w oczach Greengrassa pojawił się bardzo charakterystyczny błysk przekory przemieszanej ze świadomym uporem godnym rozmowy o czymś, czego zrobienie naprawdę mogłoby mu zaszkodzić. I chociaż w tym wypadku najgorszym, czego mógłby dostać, byłaby zgaga lub niestrawność, nie zamierzał ryzykować. Nie. Zdecydowanie nie.
- Ale co? - Nie znaczyło to jednak, że nie zamierzał zadać tego pytania.
Wiedział, co Geraldine ma na myśli. Oczywiście, że wiedział, ale chciał to usłyszeć na głos. Głównie dlatego, że z pewnością miała przy tym całkiem zabawnie zabrzmieć. Tak jak brzmiała zawsze, gdy artykułowała swoje przekorne oczekiwania, aby droczyć się z nim i pokazywać mu, że był cholernie upartym kawałem osła.
A był. Oczywiście, że był. Nie zamierzał tego zmieniać.
Wybierał podświadome tłumaczenie swoich decyzji tym, że w życiu każdego człowieka bywały chwile, w których zupełnie tracił jakiekolwiek logiczne podstawy osądu. Każdemu z pewnością zdarzało się być tak zamroczonym przez frustrację i gniew, że nie dopuszczał do siebie autorefleksji na podstawie wcześniejszych doświadczeń. W tym wypadku niezmiernie, wręcz żenująco łatwo było mu połączyć niewłaściwe kropki, szczególnie mając w tym pomoc, która podsuwała mu to coraz nowsze fakty.
Nie chciał upierać się przy tym, że bez tego nie zaufałby pogłoskom. W końcu powinien samodzielnie myśleć nawet wtedy, gdy informacje pochodziły od bliskiej mu osoby. To nie było praktycznie żadne wytłumaczenie popełnionych błędów. A skoro zwykł przyjmować konsekwencje własnych decyzji na klatę, nie mógł tego robić wybiórczo, przewalając całą winę na tego niecnego mąciciela, który próbował ich sabotować, chlip. Nie. To byłoby niemal tak samo żenujące jak jego tymczasowa (wielomiesięczna, fakt, ale całe szczęście tymczasowa) zaćma.
Tak, pluł sobie w brodę. Raczej nie miał zbyt szybko przestać, mimo że udało im się rozwikłać sedno problemu, wyplątać się z tego, w co zamotali się przez te lata.
- Nie ma ludzi nieomylnych - kiwnął głową, przesuwając palcem po wierzchu dłoni dziewczyny.
Jasne, bywali ci, którzy mylili się częściej albo rzadziej. Byli ludzie popełniający mniej większych błędów albo więcej mniejszych. Sytuacje nie wyglądały tak samo dla wszystkich. Życie nie było i nie miało być sprawiedliwe. Jedni mieli trudniej, inni łatwiej, ale nie o to chodziło, aby użalać się nad swoim losem, tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Starać się dokonywać właściwych wyborów, nawet jeśli nie zawsze to było proste.
- Byłaś gotowa iść na dno z tym statkiem. To ma znaczenie - nieznacznie uniósł kącik ust, tym razem nie ironicznie, nie pobłażliwie ani nie do końca wesoło.
Raczej w ten spokojny, być może trochę aprobujący sposób, bo przecież nie zamierzał ukrywać, że czas mijał a ona wciąż mu imponowała. Starała się postępować tak, aby rozwiązać sytuację. Nie chowała głowy w piasek, nie uciekała. Wręcz przeciwnie, jak i on, czasami brała na siebie za dużo syfu i uznawała to za swoją odpowiedzialność. Jasne, bywało, że myliła się w osądzie, ale kto się nie mylił? Chyba tylko ten, kto nigdy nie działał.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.07.2025

Nie był to lekki czas ani dla mugoli, ani dla czarodziejów. Mugole mieli o tyle gorzej, że nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, jak wielkie było zagrożenie. Na pewno pojawiały się znaki, jak chociażby właśnie widma w Kniei, bunt roślin, czy pożary, które pochłonęły Londyn. Zapewne udało im się o to obwinić jednak coś innego, niż czarodziejski świat, który istniał gdzieś obok. Nie brali w ogóle takiej możliwości pod uwagę, może to i lepiej, bo przecież oni wszyscy byli by winni, nawet Ci którzy nie mieszali się w te dziwną wojnę między magami, którzy uważali się za lepszych, a tymi którzy mieli pochodzenie mugolskie. Wiedziała, że na ten problem spoglądano by zero-jedynkowo, więc dobrze, że większa część społeczeństwa nie była niczego świadoma. Kto wie bowiem, w jaki sposób mogłoby się to zaognić. Póki co mogli czuć się bezpieczni przynajmniej z tej jednej strony.

- Pewne rzeczy nie są w stanie się zmienić. - Mieli tutaj chyba jasność, bo znali się od lat i wiedzieli, że w ich przypadku niektóre zachowania były bardzo głęboko zakorzenione. Nie dało się nic zrobić z tymi częściami ich osobowości, bo tutaj nie tylko Yaxley była sobie kapitanem swojego własnego statku, ale Greengrass robił to samo. Doszli już zresztą do tego, że tym razem mieli jeszcze bardziej wpuścić się do swoich światów, a raczej stworzyć jeszcze bardziej pełny, jeden wspólny, by nie popełniać poprzednich błędów. Nie mogli ponownie wchodzić do tej samej rzeki, bo zbyt wiele ich to kosztowało. Oczywiście, że te zmiany na pewno nie będą bezbolesne, aczkolwiek wydawało jej się, że wraz z upływem czasu docenią to wszystko. Było to im potrzebne, szczególnie przy tych trybach życia, które prowadzili. Musieli sobie w pełni zaufać i być wsparciem we wszystkim, nie było tu miejsca na unikanie niewygodnych tematów, czy niedopowiedzenia, mieli świadomość, że im to nie służy, a skoro miało być tylko lepiej, musieli odrobinę zmienić swoje przyzwyczajenia. Częściowo mieli to już za sobą, chociaż tym razem mieli się dopuścić jeszcze głębiej, nie było innej opcji. Nie tym razem, nie kiedy powiedzieli sobie tak wiele i wiedzieli z czego wynikały ich dramaty.

Prychnęła głośno. Oczywiście, że nie mógł sobie odmówić tego komentarza. - Tak, to mnie wyklucza z bycia flądrą, niestety. - Nie, żeby uważała flądry za jakieś szczególnie, warte uwagi stworzenia, ale jednak były dużo bardziej atrakcyjne w jej oczach od fok, które były przecież wcieleniem selkie, a one omamiały czarodziejów, wpływały na ich umysł. Yaxley nie znosiła, gdy ktoś igrał z wolną wolą.

- Nie przepadam za nimi, rekiny są dużo fajniejsze, i wszyscy się ich boją, chociaż w większości tak naprawdę nie ma czego. - To trochę, jak było z nią. Sprawiała wrażenie niebezpiecznej, chłodnej i zdystansowanej, a gdy przychodziło co do czego, kiedy komuś faktycznie ufała była niczym rekin wielorybi, który nie krzywdził żadnych innych stworzeń poza planktonem i małymi rybami.

- To, że Erik jest wspaniałym przyjacielem i dobrze się mną opiekował podczas kilku ostatnich miesięcy. - Wpatrywała się w Roisa bezczelnie, wiedziała, że go prowokowała, ale dlaczego miałaby tego nie robić. To nie było nic groźnego, nie po tym, jak wyglądała cała sytuacja. Miała wsparcie w przyjacielu podczas tych najgorszych dni, mogła na niego liczyć, nie zostawiał jej samej, tylko pojawiał się u jej boku, kiedy tego potrzebowała. Doceniała to, bo dzięki temu naprawdę dobrze się bawiła podczas tych większości spotkań towarzyskich, które nie należały do najprzyjemniejszych. Ambroise chyba nie był co do tego tak pozytywnie nastawiony, mimo wszystko dobrze, że sprostowali te śmieszne plotki, które do niego dotarły. Wolała, aby nie wierzył w to, co szeptali ludzie.

Zdawała sobie sprawę, że była pewna osoba, która uważała podsycanie tych plotek za coś dobrego. Nie miała pojęcia, czy faktycznie powód, który kierował Romulusem był tak jasny, jak wspominał na początku, niby chciał, żeby się opamiętali, a gdy przyszło co do czego mogli zauważyć, że mogło to być coś zupełnie innego. Mógł ich sabotować, bo przeszkadzało mu, że jeden z jego przyjaciół zamierzał się ustatkować. Mogli sobie gdybać na temat jego pobudek, zresztą wolała do tego nie wracać. Potter wystarczająco popsuł im dzisiejszy wieczór, nie chciała poświęcać mu więcej uwagi i tak dostał jej aż nadto.

- Niestety nie ma, na szczęście uczymy się na błędach. - Z pokorą podchodziła do tych lekcji, autorefleksja może nie była najprzyjemniejsza, jednak wiedziała, że jest słuszna. Dzięki temu w przyszłości mogło być tylko lepiej. Nic nie działo się bez powodu.

- Dalej jestem, ale to chyba kolejna nasza wspólna cecha. - Jakoś tak już mieli, że brali na siebie dosyć sporo, nie uciekali przed problemami, tylko starali się stawiać im czoła, co mogło kończyć się różnie. Nie wszyscy mieli w sobie tyle odwagi.