![]() |
|
[13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence (/showthread.php?tid=4999) |
[13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.07.2025 przedpołudnie 13.09.1972, Exmoor
Ostatnie dwadzieścia cztery godziny bez wątpienia obfitowały w najróżniejsze emocje. Wszystkie wydarzenia mające miejsce uprzedniego wieczoru sprawiły, że wracając nad ranem do gościnnej sypialni, Ambroise nie przewracał się w łóżku ani chwili dłużej niż to było konieczne. Zresztą, jeśli miał powiedzieć coś z całkowitą pewnością to to, że przez lata spędzone u boku Geraldine dosyć skutecznie pozbył się problemów z bezsennością. Zdecydowanie spał przy niej spokojniej. Przez ostatnie miesiące przekręcał się jednak z boku na bok, zaliczając również nawrót problemów z zasypianiem. Częściej niż rzadziej podświadomie wybierał minimalną ilość snu, byleby tylko nie mieć poczucia straty czasu na coś, czego osiągnięcie i tak przysparzało mu problem. Nie relaksował się, gdy wreszcie zasypiał. Nie odpoczywał jak człowiek. Nie. Tak naprawdę istniały dla niego dwie opcje. Albo wpatrywał się w sufit, obserwując cienie poruszające się za karniszem, za zasłonami. Albo pogrążał się w bardzo płytkiej drzemce, najczęściej przerywanej przez nawracające koszmary, z których budził się ze słusznym wrażeniem, że nie zaśnie już ponownie tej nocy. Nie chcąc użalać się nad własną higieną snu, zazwyczaj wstawał z łóżka, angażując się w zajęcia mające przyspieszyć mu upływ czasu. W pewnym sensie to właśnie z nimi wiązał jego nagłe zacieśnienie relacji pomiędzy nim a Prudence Bletchley. W innym razie miałby ją raczej za zwykłą byłą koleżankę ze szkoły, później ze stażu uzdrowicielskiego i wreszcie z pracy, choć na innym oddziale. Za kogoś, z kim nie prowadził już żadnej zimnej wojny, której rozpętanie zawsze wisiało na włosku, gdy jeszcze byli dużo młodsi. Za osobę o dosyć osobliwych zainteresowaniach i jeszcze bardziej zastanawiającym stylu bycia. Lubił Prue bardziej niż większość kolegów i koleżanek ze stażu. O zgrozo, bo było to dowodem całkowicie nieprzewidzianej zmiany podejścia, jakie do niej miał. Nie wkurzała go aż tak bardzo. W gruncie rzeczy dało się z nią porozmawiać, nawet jeśli niezbyt długo i raczej nie na wszystkie tematy, bowiem miała przy tym tendencję do zacinania się na własnych myślach. To wszystko jednak wystarczyło, aby nie uważał jej już wtedy za najgorsze zło tego świata. W gruncie rzeczy, przez parę lat miał ją za na tyle nieszkodliwą, że gdy usłyszał o osobistej tragedii, jaka dotknęła ją jeszcze podczas pracy w Mungu, osobiście przyłożył rękę do załatwienia jej innej posady. Poniekąd uważał to za całkiem normalne. Ot, towarzyska przysługa. Tym bardziej, że jak mało komu, wierzył w jej umiejętności i zdrowy osąd. Nie sądził, że miał pożałować tamtej rozmowy z Corneliusem. Nijak nie spodziewał się po niej jednak tego, co miał okazję odkryć podczas swoich wieczornych i nocnych eskapad związanych z potrzebą zrobienia czegoś, aby wykorzystać nieprzespane noce. Odkrycie tej innej, nieznanej mu wcześniej strony Bletchleyówny było dla niego początkowym zdziwieniem, ale w gruncie rzeczy wcale nie głębokim szokiem. To do niej poniekąd pasowało. Poza tym, sam dosyć mocno maskował swoje zainteresowania. Nie powinien być zatem zszokowany, że inni w pewnym stopniu też to robili. Całe szczęście, mimo kilku pierwszych trudnych nocy po wyjściu z jaskini doppelgangera oraz tym, co miało miejsce podczas pożaru Londynu dosłownie na jego oczach, każda kolejna noc na nowo wyglądała dla niego trochę spokojniej. Ta ostatnia była wręcz całkowicie błoga. Szkoda tylko, że minęła tak szybko i niepostrzeżenie. Gdy obudził się w miękkiej pościeli w gościnnej sypialni, wybiła naprawdę późna godzina. Przynajmniej jak na niego. Teoretycznie mógł spać dłużej, ale miał kilka spraw do załatwienia w stolicy. Potrzebował stanąć na nogi, zejść po kawę, rozbudzając się na tyle, aby móc przebrać się w coś wyjściowego i opuścić Exmoor. Wchodząc do pustej kuchni, raczej nie nastawiał się na to, że w najbliższym czasie spotka żywego ducha. Przynajmniej, jeśli chodziło o domowników, nie pomoc kuchenną Ursuli. Miał raczej wrażenie, że przez dłuższy czas będzie tam zupełnie sam. Nie chciał jednak zbyt mocno przeszkadzać skrzatom w pracy (w końcu one zawsze były na swoim posterunku), toteż raczej sprawnie przejął dzbanek kawy i filiżankę ze spodkiem, opuszczając pomieszczenie. Nie musiał zbyt długo zastanawiać się nad miejscem, do którego zmierzał. Wystarczyła chwila namysłu oraz jedno szybkie spojrzenie na jesienną aurę za oknem, aby postanowił udać się do biblioteki, korzystając z możliwości uchylenia wysokich drzwi tarasowych i patrzenia przez nie na gęstą mgłę unoszącą się nad wrzosowiskami. Było cicho i spokojnie. Idealny późny początek dnia, który wyjątkowo nie brzmiał jak cisza przed burzą. Było po prostu dobrze. Siadając na głębokim fotelu, nalał sobie filiżankę kawy, jednocześnie sięgając po gazetę. Dzisiejszą, najpewniej pozostawioną tam przez jakiegoś przytomnego skrzata, bowiem po przebojach ze świstoklikiem w domu podjęto dodatkowe środki zabezpieczające przed podobnymi sytuacjami. W spokoju zaczął przeglądać kolejne strony, szukając jakiegoś względnie ciekawego artykułu, który mógłby przeczytać. W razie czego zostawała mu krzyżówka, choć zdawał sobie sprawę z tego, że w tym domu nie tylko on rości sobie do niej prawa. Kto pierwszy ten lepszy, nie? RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 23.07.2025 Jesienne powietrze było całkiem rześkie i przyjemne. Bletchley dość wcześnie znalazła się na tarasie, aby korzystać z tego kolejnego, pięknego poranka. Dopijała swoją kawę obserwując korony drzew, które delikatnie poruszały się na wietrze. Starała się na skupiać na tym, co wydarzyło się poprzedniego wieczora, chociaż nie było to dla niej takie proste, miała tendencje do przesadnego analizowania wszystkiego, co się jej przytrafiało. Jakoś tak od zawsze, jej umysł nie do końca pomagał w walce z tą przypadłością, bo chcąc nie chcąc zapamiętywała na bardzo długo każde słowo, które zostało rzucone w jej kierunku. Stała się przypadkową ofiarą niedojrzałego chłopaczka, którego duma została urażona. Przez krótką chwilę poczuła się jakby cofnęła się do przeszłości, gdzie dość często ktoś próbował wyładowywać na niej swoje negatywne emocje. Na szczęście nie byli już dzieciakami, nie dostał na to pozwolenia, reakacja była natychmiastowa, co nieco ją zaskoczyło, ale chyba nie powinno. Znała w końcu osoby, które były tu obecne, miała świadomość, że ich relacje ewoluowały w czasie, bo przecież dojrzeli, nie byli tymi dzieciakami, które nie do końca przepadały za swoim towarzystwem. Z upływem lat znalazła nawet sporą nic porozumienia z większością towarzystwa obecnego w Exmoor. Tak to bywało już, gdy zainteresowania były podobne, a więc wypadało z tego korzystać, wymieniać doświadczenie i uczyć się od siebie nawzajem. Szczególnie, że mogło to przynieść głównie pozytywy. Nie mogła narzekać na zakończenie wieczoru, chociaż przez moment miała wrażenie, że powinna spakować manatki, to dosyć szybko dotarło do Bletchley, że było to mylne wrażenie i właściwie całkiem dobrze się stało, że tego nie zrobiła. Przeżywała aktualnie jakąś drugą młodość i pozwalała sobie na nietrzymanie się swoich śmiesznych zasad, z czego była nawet zadowolona. Nie spodziewała się, że uda jej się dzięki temu jakoś tak głębiej oddychać. Dopiła kawę, zapaliła później jeszcze papierosa, a może dwa, całkiem przyjemnie siedziało się jej na tym tarasie, po czym udała się do kuchni, żeby odnieść kubek po swojej czarnej jak jej dusza kawie. Nie do końca wiedziała, co powinna ze sobą zrobić, więc odruchowo skierowała się w stronę biblioteki, zazwyczaj kiedy miała wolną chwilę czytała. Nie spodziewała się zastać tam kogokolwiek, chociaż może powinna? Godzina nie była najwcześniejsza. Gdy otworzyła drzwi na moment się w nich zatrzymała, bo dostrzegła, że ktoś już wybrał sobie to miejsce do spędzenia czasu. Nie lubiła się narzucać, normalnie zapewne cicho by je zamknęła i zniknęła w korytarzu, ale była nową, lepszą, bardziej towarzyską wersją siebie. Ambroise zresztą pewnie już usłyszał, że go tutaj nawiedziła. Spojrzała w jego stronę starając się uśmiechnąć na przywitanie, chociaż mogło to wyglądać dość pokracznie, bo nie było to dla niej typowe. - Cześć. - Powiedziała cicho patrząc gdzieś w eter. - Przeszkadzam? - Nie chciała wpakować się do biblioteki bez uprzedniej zgody, dlatego wciąż stała w drzwiach. Miała świadomość, że każdy czasem potrzebował chwili dla siebie i wolałaby mu nie przeszkadzać, jeśli to był właśnie taki moment. Przez mijające lata udało się im dojść do momentu, w którym już nie działali sobie na nerwy, wręcz przeciwnie nauczyli się wymieniać doświadczeniem i rozmawiać, bo okazało się, że mieli sporo wspólnych tematów, może niekoniecznie szczególnie mile widzianych wśród czarodziejskiej społeczności. Nie wszyscy doceniali pewne dziedziny magii, była to raczej drobna część osób, które wiedziały, że mogły nieść ze sobą nieco więcej niż samo zniszczenie. Szkoda, że ministerstwo nie było w stanie tego dostrzec, chociaż tak właściwie nie dostrzegało wielu jaśniejszych rzeczy, więc nie mogła się po nich zbyt wiele spodziewać. Na szczęście na swej drodze spotkała inne otwarte na wiedzę umysły, które były gotowe nieco eksperymentować. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.07.2025 Nie potrzebował niczyjego towarzystwa, by delektować się kawą i średniej jakości artykułem w Proroku Codziennym. Tak właściwie to pewnie, gdyby było inaczej, mógłby podjąć kroki w celu znalezienia sobie kogoś, z kim spędziłby czas. Nie wierzył przecież, że był jedynym (ani pierwszym), który obudził się tego ranka. Inni po prostu najpewniej zaszyli się w swoich pokojach albo znaleźli równie ciche miejsce w domu, w którym nietrudno było o przestrzeń. Letnia rezydencja Lestrange'ów obfitowała w mniej lub bardziej oczywiste kryjówki. Nie mówiąc o tym, że łatwo było się w niej zagubić. Czy to przypadkiem, czy też całkowicie celowo. Można było spędzić niemalże cały dzień bez wpadnięcia na żywego ducha. Na martwego zresztą też. W przeszłości bywały takie momenty, gdy Ambroise napotykał wyłącznie skrzaty, a to także wyłącznie dlatego, że ich potrzebował. Biblioteka była jednak dosyć publicznym miejscem. Zdecydowanie przyciągała ludzi. W końcu w takim miejscu jak to odludzie, przy tak mglistej pogodzie jak ta za oknem, książki były jednymi z logiczniejszych źródeł rozrywki. Nie zdziwił się zatem na dźwięk czyjegoś głosu, nawet nie próbując udawać zaskoczenia. W pierwszym odruchu tylko bardzo nieznacznie potrząsnął głową, nawet nie odrywając wzroku od trzymanej gazety. Potrzebował sekundy czy dwóch, aby zreflektować się i odpowiedzieć werbalnie. - Nie - co prawda nie towarzyszyło temu żadne miękkie, gładkie zapraszam ani nic w tym rodzaju, jednakże było to prawdopodobnie najbardziej przyjazne nie, jakie padło z jego ust w przeciągu ostatnich godzin. Nie, nie miał żadnego problemu z towarzystwem. Tym bardziej nie takim. Nie musiał namyślać się nad tym, czy Prudence nie postanowi zakłócić mu jego przedpołudniowego spokoju. Być może ktoś inny mógłby to zrobić, ale w jego oczach, Prue nie należała do zbytnich gaduł. Gdy coś mówiła, miało to swój sens i cel. - Dobrze spałaś? - Spytał wreszcie po kilkunastu sekundach od wcześniejszej wypowiedzi, unosząc przy tym nie tylko wzrok na dziewczynę, lecz także jedną brew. Posłał jej przy tym spojrzenie, które w innych okolicznościach nie mówiłoby zbyt wiele, być może nawet praktycznie nic, ale w tej sprawie było raczej dosyć wymowne. Nie, nie zamierzał wtrącać się w prywatne sprawy koleżanki, jednak bez wątpienia błysnęło mu oko a w kąciku ust zadrżało coś na kształt stłumionego uśmiechu. Poprzedni wieczór był zaskakujący pod wieloma, naprawdę wieloma względami. Prawdopodobnie nie powinien być zaskoczony zupełnie niczym, co miało wtedy miejsce, ale bez wątpienia odrobinę rozbawiła go ta drobna zmiana w narracji. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy od dawna życzył Bletchleyównie tego mitycznego ruszenia dalej, obserwując jej uparte trwanie w jednym miejscu i trzymanie się czegoś, co według jego logiki przestało mieć sens wiele miesięcy temu. Nadużywanie żałoby (a za to miał wygodne podejście Prue) nijak jej nie służyło. Ona jednak nadal korzystała ze swojej sytuacji, robiąc sobie z niej naprawdę wygodny pretekst do dystansowania się od wszystkich ewentualnych kawalerów. Czyż to nie było w pewnym sensie pięknie ironiczne? To, w jaki sposób wszystko obróciło się poprzedniego wieczoru? Ba, nie trzeba było być ani orłem, ani widmowidzem, aby wiedzieć, że miało swe początki już znacznie wcześniej. Teraz po prostu wyszło szydło z worka. Czy był zdziwiony? I tak, i nie. Czy zamierzał w jakikolwiek szerszy sposób poruszać temat, który ani trochę go nie dotyczył? Niekoniecznie. Nie potrafił za to darować sobie tego jednego wymownego spojrzenia i towarzyszącego mu pytania, bo tak, spodziewał się, że Prudence mogła naprawdę dobrze spać. Z pewnością była bardzo wypoczęta. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 23.07.2025 Nie spodziewała się szczególnej wylewności z jego strony, to nigdy tak nie wyglądało, więc gdy usłyszała to nie po prostu weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Nie potrzebowała jakiegoś rozbudowanego zaproszenia, nie było jej potrzebne do tego, aby poczuć się w tym miejscu milej widzianą, czy coś. Gdyby chciał, żeby wyszła na pewno by o tym wspomniał, Ambroise był przecież całkiem konkretny. Pytanie, które padło z jego ust kilkanaście sekund później spowodowało, że zastanawiała się nad tym, czy faktycznie podjęła dobrą decyzję, mogła tu jednak nie wchodzić, a tak trochę sama podłożyła się do tego, aby zadał pytanie w podobnym tonie. Przeszywała go wzrokiem, teraz mógł poczuć, że wpatrywała się w niego, a nie patrzyła gdzieś dalej, przez mężczyznę. Dostrzegła uniesiony kącik ust. Bardzo dobrze zrozumiała jego aluzję. - Skąd założenie, że w ogóle spałam? - Nie drgnęła jej nawet powieka, gdy te słowa opuściły jej usta. Oczywiście, że nie zamierzała odpowiadać na to pytanie, bo to raczej nie była jego sprawa, prawda? Trzeba było być ślepym, aby wczoraj podczas tego zamieszania nie zauważyć tego, że nie wyszła sama z miejsca, w którym odbywało się ognisko. Wnioski, dość oczywiste, raczej nasuwały się same. Niby to miało być sekretem, słodką tajemnicą, nie przejmowała się jednak jakoś szczególnie tym, że ktoś mógł domyślić się tego, że zmieniła swoje podejście do Fenwicka, tak właściwie to w przeciągu kilku dni odwróciła je o sto osiemdziesiąt stopni. - Zresztą od kiedy właściwie przejmujesz się takimi błahostkami jak mój dobry sen? - Na to pytanie sama potrafiła sobie odpowiedzieć - od dzisiaj, nie przeszkadzało jej to jednak w tym, aby rzucić je w głos. Skoro sam zaczął drążyć, to nie mogła mu tego ułatwiać, prawda? Zdawała sobie sprawę, że jej odmienne zachowanie mogło wydawać się nieco dziwne, bo przecież przez ostatni czas wybudowała wokół swojej osoby całkiem wysoki mur, nie była nigdzie z nikim widywana, całkiem jej było wygodnie być nim otoczoną, no ale stało się, ktoś w końcu go przebił, zapewne osoba, po której można się było tego najmniej spodziewać. Szczególnie jeśli miało się świadomość w jaki sposób wyglądała ich relacja wtedy, gdy ostatnio się widzieli, czyli bardzo dawno temu, gdy była jeszcze uczennicą Hogwartu. Życie jednak lubiło zaskakiwać. - Rozwiązałeś krzyżówkę? - Przeniosła wzrok na gazetę, którą trzymał w dłoni. Próbowała zmienić temat, bardzo dyskretnie, chociaż to faktycznie było ważne pytanie. Uwielbiała krzyżówki, zresztą przez ten fakt ostatnio wylądowała na jakimś zadupiu, z dala od ludzi. Nie zmieniło to jednak jej podejścia do tych całkiem przyjemnych łamigłówek, które lubiła rozwiązywać. Być może Ambroise nie zamierzał się na to skusić, więc mogła skorzystać z okazji. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.07.2025 Nie wydawało mu się, by potrzebowali być w stosunku do siebie przesadnie wylewni. Wręcz przeciwnie. Wyjątkowo odpowiadały mu te konkretne niepisane reguły, jakie charakteryzowały ich relację. W pewnym sensie mógł uznawać Prudence za jedną z bliższych mu znajomych, ale czy miał ją za przyjaciółkę? Nie. Była powierniczką części jego sekretów, on jej, ale to nie robiło z nich automatycznych besties. W tym wypadku uważał Bletchleyównę za sojuszniczkę, co samo w sobie też było dosyć mocną odmianą od tego, co łączyło ich w zamierzchłej przeszłości. Nie zamrugał, gdy usłyszał odpowiedź ze strony dziewczyny. Nie spuścił z niej wzroku, nie odwrócił spojrzenia. Jasne, mogła próbować świdrować go oczami. Szczególnie, że miała je na tyle głęboko brązowe, że dla co poniektórych mogło to być wyjątkowo onieśmielające. Ale nie dla niego. Dla niego nie. Tym bardziej, że jeśli zdążył przyzwyczaić się do czegoś to właśnie do tego, że odkąd oboje zaczęli wieść dorosłe życie, Prudence zrobiła się znacznie bardziej samoświadoma. Bywała całkiem bezczelna w tym, co robiła. To nie był pierwszy moment, gdy widział ją w tej odsłonie. - Znam twoją kondycję - tak, to było takie proste, ale uprzejmie ani nie westchnął, ani nie zrobił żadnej miny mającej zakomunikować Prudence, że zadała mu naprawdę głupie pytanie. Oboje nie tylko byli uzdrowicielami znającymi się na ocenie ludzkiego zdrowia. Mieli także okazję współpracować w terenie. Jeśli chciała mu zasugerować, że nagle zyskała zupełnie nowe pokłady siły, raczej nie zamierzał w to ot tak uwierzyć. Tym bardziej, że ostatnie dni były dla niej wyczerpujące. Choćby tamta wielogodzinna tułaczka po lesie... - Odkąd zakładasz, że się nimi nie przejmuję? - Bez wahania odbił pytanie, nie zamierzając tak łatwo dać się zapędzić w kozi róg. Oczywiście, że nie był człowiekiem, który przejmował się zbyt wieloma rzeczami. Tak po prawdzie mówiąc, bywały takie momenty, kiedy nawet jego własny dobry sen niespecjalnie go obchodził. Co dopiero mówić o cudzym. Zdecydowanie nie należał do grona osób palących się do tego, żeby niańczyć swoje najbliższe otoczenie. Nawet (a może zwłaszcza?) jeśli był medykiem. W tych nielicznych przypadkach, w których faktycznie był potrzebny, podchodził do spraw raczej w dosyć chłodny, racjonalny sposób. Skupiał się na zażegnaniu kryzysu, na rozwiązaniu problemu, nie zaś na pozwalaniu sobie, by robić przedstawienie. Praktycznie nigdy nie rozczulał się nad pacjentami. Nawet tymi, z którymi był prywatnie związany. Być może nie zamierzał chwalić się tym faktem, ale trudno było doprowadzić go do momentu, gdy rzeczywiście pozwalał emocjom przejąć kontrolę. Kiedy skupiał się na współczuciu, na empatii i gdy faktycznie przejmował się osobą obok niego. Jej stanem, szczególnie nie tym fizycznym, a uczuciowym, emocjonalnym. Tak naprawdę zaliczył wyłącznie kilka takich momentów w życiu. Do żadnego z nich nie chciał wracać pamięcią. A jednak to właśnie w ten sposób celowo sformułował kontrpytanie. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby spróbować zagiąć Prue w ten konkretny sposób, bowiem od dawna zwykł udowadniać jej, że nie powinna uważać go za przewidywalnego. Za logicznego? Owszem. Ale cokolwiek zamierzała, usiłując zbić go z tropu jedną czy drugą wypowiedzią, on potrafił posunąć się do tego samego. Tak, dostrzegając chęć zmiany tematu. Nie, nie zamierzając tak łatwo tego zrobić. Szczególnie, że sama sprowokowała go do tej starannie zawoalowanej dyskusji na temat jej życiowej zmiany. - Nie - teoretycznie mógł w inny sposób sformułować wypowiedź, zaznaczając, że ma to w planach, ale czy tak naprawdę potrzebował odbierać Prue jej standardowe źródło rozrywki? Nie, nie sądził. Mógł darować sobie rozwiązywanie krzyżówki, niewiele tracąc z tego powodu. Szczególnie, że gazety miały to do siebie, że rozkładały się na części. Mógł nadal czytać swój artykuł, jeśli tego chciał. Tyle tylko, że w tym momencie chyba znalazł coś, co interesowało go trochę bardziej niż cudze wysrywy na temat pierwszych stwierdzonych przypadków magicznej grypy powracającej z nadejściem praktycznie każdej jesieni. Prue sama rzuciła mu wędkę z haczykiem. Nietaktem byłoby z tego nie skorzystać, czyż nie? - Usiądziesz? Czy wolisz postać? - Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy kontynuował ich wyjątkowo kulturalną rozmowę, choć w kącikach ust Ambroisa nadal krył się dokładnie ten sam wymowny uśmieszek. Tak, zdecydowanie bawił się całkiem dobrze. Chwilowo jeszcze nie oddawał dziewczynie gazety. Zamiast tego przewrócił ją na ostatnią stronę, rzucając okiem na krzyżówkę. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 23.07.2025 Utrzymywali ze sobą poprawną relację, bo byli sobie potrzebni. To był fakt. Mogli się od siebie sporo nauczyć, powymieniać wiedzą, czy doświadczeniem, podpytać się o pewne sprawy, na które mało kto inny mógłby im udzielić odpowiedzi. Mogli razem eksperymentować z różnymi zaklęciami, czy rytuałami. Dobrze było mieć przy sobie kogoś takiego. Nie wiązało to się jednak od razu z wielką przyjaźnią, jasne niosło ze sobą pewnego rodzaju zaufanie, ale ani on, ani ona nie byli osobami, które potrzebowały mieć wianuszek przyjaciół, którym będą opowiadać o wszystkich szczegółach swojego życia. Nie byli takimi typami osób. Odpowiadało jej to. Coż, ludzie się zmieniali. Bletchleyówna w dorosłym życiu nie była już taka cicha, czy skromna, jak wtedy, gdy jeszcze chodzili do Hogwartu. Ważyła słowa, nie paplała bez opamiętania, dzięki czemu umiała trafić w sedno. Miała bystry umysł, chociaż czasem zdarzało jej się na chwilę oddalać gdzieś indziej przez jej przypadłość, nie zmieniało to jednak faktu, że jednak warto było doceniać jej umiejętności. Zrobiła się nieco odważniejsza w słowach, po które sięgała, lubiła rzucać drobne zaczepki, które mogły wydawać się czasem niewłaściwe, była to dla niej całkiem niezła zabawa. Znała jednak Ambroisa na tyle, by wiedzieć, że nie wprowadzi go w zakłopotanie, oczywiście, że postanowił w to wejść i odbić piłeczkę. Cudownie. Uniosła nieco brew, gdy wspomniał o tym, że znał jej kondycję. Fakt, byli uzdrowicielami, znali się na ludzkim ciele, jak nikt inny. Oczywiście, że nic nie mogło mu umknąć. Wyglądała na całkiem wypoczętą, jak na to co spotkało ją w przeciągu ostatnich kilku dni oraz fakt, że tak, czy siak miewała ogromne problemy ze spaniem w obcych miejscach, tutaj również się to pojawiło, umiała się tak naprawdę wyspać tylko i wyłącznie w swoim własnym łóżku, do którego aktualnie nie miała dostępu, jednak czasem inne rzeczy rekomendowały nieprzespane noce. - Ależ oczywiście, że ją znasz, nic Ci nie umyka. - Powiedziała całkiem szczerze, bo po prostu stwierdził fakt. - Od zawsze? - Wzruszyła przy tym delikatnie ramionami, bo wydawało jej się to raczej oczywiste. Dlaczego miałaby się nią przejmować? Nie byli sobie szczególnie bliscy, nie musiał się o nią troszczyć, czy przejmować takimi pierdołami. Ba, nie wątpiła w to, że tego nie robił, teraz po prostu chciał ją wziąć pod włos. Nie zaskoczył jej jakoś specjalnie. Bletchley należała do osób, które były gotowe praktycznie na wszystko, zresztą umiała też sama radzić sobie z większością sytuacji, nie bez powodu pozwalała sobie na samotne wypady w różne miejsca, czasem w bardzo różnym towarzystwie. Wyglądała może na bardzo skromną i ułożoną, ale potrafiła o siebie zadbać i nie dawać sobie wchodzić na głowę. Musiała się tego nauczyć przez te swoje dziwne znajomości. Odpowiedź ją usatysfakcjonowała, miała szansę jeszcze zająć się jednym ze swoich ulubionych zajęć, tyle, że Ambroise musiałby okazać się na tyle łaskawy, żeby przekazać jej gazetę. Była cierpliwa, jeśli trzeba będzie zostanie tu dłuższą chwilę, byle tylko dostać ten kawałek papieru. Liczyła na to, że się nie zawiedzie, nie odebrałby jej chyba tej przyjemności, prawda? Ruszyła w jego kierunku, gdy spytał ją o to, czy usiądzie, czy woli postać. Oczywiście, że wolała siedzieć, zwłaszcza, że nie wiedziała ile czasu zejdzie mu na przeglądaniu gazety, zauważyła, że wpatrywał się na ostatnią stronę, gdzie zazwyczaj znajdowała się ta jej ulubiona część czasopisma. Usiadła więc na przeciwko niego, nawet na sekundę nie spuszczając wzroku z gazety, chyba nie zamierzał tego zrobić, nie kiedy tak dyskretnie zapytała się o tę część. Cóż, jeśli tak, to jakoś to przeżyje, ale na pewno mu tego nie zapomni i kiedyś odwdzięczy się czymś na podobnym poziomie, może zimną kawą? Kto ją tam wiedział. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.07.2025 Nie byli zatem przyjaciółmi. Raczej to nie miało ulec zmianie, bo żadne z nich nie dążyło do aż tak dużego spoufalania się z drugą stroną. Nawet jeśli, o ironio, jednocześnie zdarzało im się współpracować przy wyjątkowo dyskretnych, powszechnie drażliwych kwestiach poniekąd wymagających naprawdę dużego zaufania. Prawda była jednak taka, że Ambroise nie chciał rozszerzać swojego najbliższego grona. Każda kolejna osoba, którą mógł uznać za bliskiego człowieka równocześnie wiązała się z instynktownym braniem na siebie dodatkowego ciężaru. Z martwieniem się o los tego człowieka. Ze wspólnym spędzaniem czasu. Ze wszystkimi czynnościami mającymi podtrzymywać tę relację, które nie zawsze były czymś, na co miał ochotę. Nie, nie uważał się za przesadnie towarzyskiego, nawet jeśli na zewnątrz czasami mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie. Szczególnie na salonach, gdzie przyjmował bardzo konkretną rolę, udając szczerze zainteresowanego rozmowami z czystokrwistą elitą albo pośród prywatnych pacjentów, przed którymi również często zakładał maskę troskliwego uzdrowiciela. Nie chciał musieć robić tego przez cały czas. I zdecydowanie nie robił tego przy Prudence, do której odnosił się na tyle przyjaźnie, na ile mu to odpowiadało. I ani trochę bardziej. Nie zamierzał być wobec niej fałszywie opiekuńczy. Nie była jego dzieckiem. Nie była jego młodszą siostrą. Ich relacje były poprawne, zdecydowanie lepsze niż niegdyś, ale nie szczególnie bliskie. Nie, nawet teraz z całym odświeżonym pakietem wiedzy, nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co będzie. Nie wnikał i nie miał zamiaru wnikać w to, czy powinien zacząć traktować Prue jak kogoś, z kim przyjdzie mu spotykać się znacznie częściej niż wcześniej. To nie była jego sprawa. On wychodził raczej z założenia, że czas pokaże mu wszystko, co powinien wiedzieć w tym zakresie. Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał udawać głupiego. Nie, nie był ślepcem. Dostrzegał całkiem sporo rzeczy. To, że często gęsto nie kłopotał się mówieniem o czymś nie oznaczało, że tego nie zauważał. Wręcz przeciwnie. Czasami całkiem skrzętnie zbierał informacje, chowając je na odpowiednią godzinę. W tym wypadku ta nadeszła szybciej niż później. Dlaczego? Bo po prostu go to bawiło. Dostrzegał niewątpliwą ironię w długotrwałej żałobie Prudence, jak i w tym, w jaki sposób dziewczyna najwyraźniej postanowiła zakończyć ten suchy, pozornie smętny okres. - Nie mogę powiedzieć, że nie - kiwnął głową, nie mając zamiaru zaprzeczać faktom, aby być jakoś przesadnie skromny. Tak, wiele można było mu zarzucić. Sporo można było o nim powiedzieć, ale nie był nieuważny. Niedowartościowany też nie. Znał swoje mocne strony. To była jedna z nich, nawet jeśli w ostatnim czasie przez zmęczenie i stres zdarzało mu się odrobinę tracić skupienie. Bez wątpienia patrzył z nim jednak na Bletchleyównę, gdy stawiała kolejne kroki, aby usiąść na fotelu naprzeciw niego. Nie komentował, zwyczajnie siedział prosto, lekko przesuwając filiżankę na stoliku i szeleszcząc gazetą, której nadal nie wyciągnął w stronę dziewczyny. Zamiast tego mrugnął jednokrotnie, spuszczając spojrzenie na ostatnią stronę. Był całkiem świadomy tego, że Prue wpatruje się w gazetę. Czuł na sobie jej wzrok. Mimo to, nadal zachowywał się wyjątkowo spokojnie, wręcz leniwie. - Krótkie spotkanie bez śladów? Osiem liter. Druga c, szósta z - rzucił lekkim, niezobowiązującym tonem, nie unosząc wzroku znad trzymanej gazety, wolną ręką natomiast przelotnie drapiąc się po brodzie. Tak, teoretycznie zamierzał oddać Prue jej krzyżówkę. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że to było dla niej ważniejsze niż dla niego, a wbrew pozorom wcale nie był aż tak wielkim kawałem chuja. Tym bardziej, że w niedalekim czasie zamierzał udać się do Londynu, aby załatwić chociaż część naglących spraw. Jednakże to nie znaczyło, że nie mógł towarzyszyć dziewczynie w uzupełnianiu chociażby jednego, drobniutkiego, ośmioliterowego hasła, czyż nie? - Nalej sobie kawy, jeśli chcesz. Tutejsze filiżanki są w dolnej części witryny po twojej lewej - stwierdził przy okazji, bo dzbanek był stosunkowo duży. Nie miał problemu, by podzielić się napojem, który przyniósł. Co prawda, nie miał do niego mleka, bo sam raczej stronił od bielonej kawy, ale nie uważał, aby dla Prue to miało być jakimkolwiek problemem. Biblioteczne filiżanki o trochę mniejszej pojemności niż ta jego także raczej nie. Przynajmniej były wizualnie ładne. Zdecydowanie ładniejsze od tej, z której on popijał parującą zawartość, a która mimo wszystko od lat była jego ulubioną w rezydencji Ursuli. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 23.07.2025 Przyjaźnie powinny być czymś wyjątkowym, miała wrażenie, że niektórzy nadużywali tego słowa i rzucali nim na prawo i lewo nie do końca znając jego faktyczne znaczenie. Nie wydawało jej się, aby ona, czy Ambroise należeli do tego grona osób. Byli wyważeni, rozsądni, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, na ile mogli sobie pozwolić w swoim towarzystwie. Dostrzegała w ich dwójce pewne podobieństwo, nie tylko w zainteresowaniach, ale również w zachowaniu, może dzięki temu tak łatwo przychodziła jej współpraca z nim. Nie narzucali się sobie, pojawiali się obok siebie dokładnie wtedy, kiedy potrzebowali siebie nawzajem, tak jak powinni robić sojusznicy, no może poza nielicznymi, przypadkowymi spotkaniami, takimi jakby chociażby to teraz. Jej samej nieszczególnie zależało na nawiązywaniu bliskich relacji, przez wiele lat radziła sobie sama, a swoich przyjaciół mogłaby na pewno policzyć na palcach jednej dłoni. Nie potrzebowała nikogo więcej, na szczęście Ambroise również nie wydawał się być jakoś za bardzo zainteresowany ich zaciśnianiem więzi, odpowiadało im to, jak wyglądała ta relacja. Najważniejsze, że obie strony były usatysfakcjonowane, czyż nie? Prudence ani nie wydawała się towarzyska, ani taka nie była. Była w tym całkowicie szczera, dużo bardziej lubiła towarzystwo książek, czy swojego szczura, niż ludzi. Jasne, bywały momenty, kiedy zauważała, że nawet ona czasem potrzebuje mieć kogoś do kogo mogłaby otworzyć usta, jednak nie zdarzało się to zbyt często. Ostatnio zresztą jeśli o to chodzi była wyjątkowo otwarta, nadrabiała braki, które gromadziły się przez lata. Jak na siebie zrobiła całkiem duży krok pakując się w zupełnie nową znajomość i dopuszczając kogoś tak blisko siebie, wierzyła, że nie będzie tego żałować, a raczej kiedyś całkiem miło wspominać. Nie zakładała, że ta nowa sytuacja wniesie do jej życia jakieś szczególne, wielowymiarowe zmiany, bo dlaczego by miała? Dokonali pewnych ustaleń, umówili się na coś, musiała się tego trzymać, chociaż powinna się spodziewać, że to wcale nie przyjdzie jej tak łatwo, jak mogłaby się spodziewać. Trzymanie się na dystans przez tyle lat, ta nagła otwartość, zdjęcie wszystkich masek, niewymuszona szczerość i akceptacja, cóż okazały się być ciekawym, a zarazem bardzo miłym doświadczeniem. Szkoda, że tylko chwilowym, ale aktualnie nie na tym zamierzała się skupiać. - To dobrze, nie warto być niepotrzebnie skromnym. - Wiedziała, że mu to nie grozi, bo Greengrass nie należał do osób, które wątpiły we własną wartość. Od zawsze kojarzył jej się z kimś bardzo pewnym siebie i swoich racji, a że miał ku temu powody to zupełnie jej to teraz nie przeszkadzało, kiedyś może odrobinę, ale ten czas już minął. Usiadła. Założyła nogę na nogę, oparła splecione dłonie o lewe kolano i nie przestawała się w niego wpatrywać, właściwie to raczej w gazetę, a nie w samego mężczyznę. Czekała. Ten moment musiał kiedyś nadejść, czyż nie? Przewróciła oczami, kiedy usłyszała jego pytanie. Niemalże odruchowo od razu na nie odpowiedziała, jednak umysł jak zawsze był szybszy od głosu, który miał się wydobyć z jej gardła. Nie zamierzał jej odpuścić, wspaniale. - Daruj sobie. - Powiedziała cicho, jakby zupełnie jej nie ruszyła ta drobna szpileczka, bo tak, doskonale wiedziała co robił. - Jeśli sobie nie radzisz to możesz mi ją oddać, na pewno lepiej się nią zaopiekuję. - Skoro nie był w stanie wpisać odpowiedzi na takie proste pytanie, to bez sensu było dalsze blokowanie krzyżówki, której ona była w stanie na pewno zapewnić odpowiednią uwagę. Nachyliła się więc w stronę witryny, aby sięgnąć po filiżankę, nie gardziła kawą, wlewała w siebie raczej jej ogromne ilości. Gdy w końcu w jej dłoni znalazła się całkiem urocza, malutka filiżanka, no malutka jak na jej standardy, sama wybierała raczej wielkie kubki bez dna, ale nie przeszkadzało jej to zupełnie. Wlała do niej kawy, a po chwili upiła niewielki łyk. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.07.2025 W gruncie rzeczy, gdyby postanowił głębiej zastanowić się nad tym, jak wyglądała jego filozofia życiowa, szybko doszedłby do wniosku, że wszystko było w niej zupełnie poprawne. Potrzebował grona sojuszników, nie zastępów przyjaciół, którzy (jak pokazała zeszła noc) wcale nie zawsze byli gwarantem dobrych intencji i bezsprzecznego wsparcia. Ambroise nie był wyjątkowo ufnym człowiekiem i najwidoczniej miał ku temu wyjątkowo mocne powody. Co prawda wydawało mu się, że zdroworozsądkowo oddzielał ludzi przydatnych (współpracowników, sojuszników, wszelkie układy) od osób, w które mógł pokładać trochę więcej optymistycznej wiary, ale cóż. Zawsze były pewne odstępstwa potwierdzające regułę, czyż nie? Być może potrzebował zweryfikować najbliższe otoczenie, pozbywając się z niego części pijawek żerujących na jego chwilowym gorszym stanie osądu. To jednak nie znaczyło, że musiał od razu szukać kogoś na ich miejsce. Pewne rzeczy działy się naturalnie. Zupełnie same z siebie. Być może lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Czasami nawet trochę za bardzo, ale jednocześnie w ostatnich miesiącach zaczął godzić się z tym, że tak nie było zawsze. Czasami niektóre sprawy zaczynały się lub kończyły bez jego udziału. Szanował Prudence. Miał ją za naprawę konkretną, rozsądną, bardzo stabilną osobę. Nawet przy tych wszystkich momentach, kiedy popadała w tę swoją milfordową fiksację. Gdy zawieszała się w dosyć nieprzewidywalnych momentach, zupełnie znikając z planszy. Zresztą... ...wiedząc to, co wiedział, nie uważał tego za aż tak osobliwe. Już nie. Nie brał tego za dziwaczne. Miała tak i cóż? Nie, aby mogła coś z tym zrobić. Poza tym nie zmieniało to faktu, że znał znacznie więcej zdrowych osób, które zachowywały się gorzej od niej. Na których nie można było polegać, które nie brały odpowiedzialności za swoje czyny i słowa. Prue przynajmniej była bardzo konkretna, nawet jeśli miała te swoje odloty. - Nie sądzę, by mi to kiedyś groziło - odpowiedział cicho, wzruszając ramionami. Nie, nie wydawało mu się, aby kiedykolwiek miał stać się przesadnie skromny. Prawdopodobnie takie szanse istniały, jak na wszystko, ale musiałoby to być związane z urazem głowy, amnezją lub czymś podobnym. Najpewniej zresztą nawet po tym dosyć szybko powróciłby do swoich dawnych nawyków. Pewne rzeczy siedziały naprawdę głęboko w ludzkiej naturze. U niego to był ten zdrowy egoizm objawiający się wyjątkowo rozbudowanym poczuciem własnej wartości. - Skąd założenie, że sobie nie radzę? - Odparł spokojnie, nie obdarzając Prue spojrzeniem, tylko powolnym ruchem wyciągając rękę w kierunku szafeczki stojącej obok fotela, aby wyciągnąć z niej wieczne pióro i podkładkę. Skoro rzeczywiście mieli grać w ten sposób, równie dobrze mógł udowodnić Bletchley, że w czym jak w czym, ale w krzyżówkach radził sobie doskonale. Nie musiał mówić na głos, że chciał być tak uprzejmy i dać jej zacząć odgadywanie kolejnych haseł. Co prawda, wspomniana wskazówka nie znajdowała się wewnątrz gazety, co prawdopodobnie nie powinno być żadnym szokiem dla dziewczyny. Miał naturalny talent do wymyślania rzeczy na poczekaniu, szczególnie wtedy, gdy mógł czerpać z tego niewątpliwą satysfakcję. A czerpał ją w dalszym ciągu, warto dodać. Podłożył sztywną deseczkę obitą skórą pod papier, zdejmując skuwkę pióra i delikatnie stukając końcówką w pierwszy rządek kwadracików u samej góry pola. Nie spieszył się. Doskonale wiedział, że nie musi tego robić. Równie dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie dokończy całej krzyżówki, bo po prostu nie miał na to aż takiej ochoty. Ale mógł ją napocząć, prawda? - Jeśli chcesz czymś się opiekować, powinnaś sprawić sobie drugiego szczura - dodał po chwili, słysząc, że Prue skończyła nalewać sobie kawę. - To zwierzęta stadne. Z pewnością doskonale zdajesz sobie z tego sprawę - nie musiał jej tego wyjaśniać, miał tę świadomość, ale skoro przywiozła tu jednego szczura, mógł pokusić się o ten komentarz. - Możesz wyścielić mu tym klatkę, gdy skończę - tak, był aż tak łaskawy. Nie zamierzał całkowicie zatrzymywać gazety dla siebie. Po prostu był tu pierwszy, więc miał prawo robić z nią, co zechce. Takie życie, czyż nie? Prue mogła wstać wcześniej. No, chyba że rzeczywiście nie spała przez pół nocy i cały ranek. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 23.07.2025 Posiadanie przyjaciół łączyło się z tym, że trzeba było utrzymywać z nimi regularny kontakt, a Prue nie zawsze miała czas, czy nawet chęć, aby odzywać się do swoich najbliższych. Robiła to bardzo nieregularnie, ale na szczęście zdawali sobie sprawę z tego, że tak po prostu miała. Szczególnie po tym, jak potoczyło się jej życie kilka lat temu. Całkiem wygodne okazało się noszenie żałoby, dzięki temu ludzie raczej zaczęli ją omijać, trochę jakby była przeklęta. Tak właściwie to może i coś w tym było, miała tą swoją śmieszną aurę, która nie musiała odpowiadać wszystkim, do tego trochę wyglądała jak śmierć, często też nosiła na sobie jej zapach z racji na swój zawód. To wszystko miało wpływ na to, jak wyglądało jej miejsce w społeczeństwie. Nie przeszkadzło jej bycie samotnikiem, no - przynajmniej nie w większości czasu. Pożary dały jej nieco do myślenia, trochę otworzyły głowę, dostrzegła jakie wszystko jest kruche i jak łatwo można to stracić. Przez to, co się stało postanowiła korzystać z okazji, może nie wszystkich, a przynajmniej niektórych z nich. Nie wydawało jej się to złym pomysłem, a nawet jeśli, to co z tego? Była dorosła, prawda. Nikogo nie krzywdziła swoim zachowaniem, więc nie było sensu się na tym skupiać. Miała świadomość, że może wydawać się nieco dziwna na tle większości osób, od zawsze tak było. Tyle, że w ostatnich latach, ludzie którymi się otaczała wydawali się to ignorować, może po prostu przyzwyczaili się do tej jej inności. Gdy była młodsza nie wspominała o chorobie, nie chciała być jeszcze bardziej wytykana palcami, później musiała się tym podzielić z kilkoma osobami, zwłaszcza współpracownikami, by wiedzieli, że to wcale nie jest groźne i mija. Te jej dziwaczne zawieszenia pojawiały się niespodziewanie i równie niespodziewanie znikały, nie miała na to żadnego wpływu. Przywykła do życia w ten sposób, aktualnie nawet nie umiała sobie wyobrazić życia w którym miałaby być zupełnie normalna. Nie byłaby sobą bez tej części swojego umysłu. - Spodziewam się, że to nie będzie nigdy Twoim problemem. - Pewne cechy osobowości się nie zmieniały, towarzyszyły ludziom przez całe życia i miała wrażenie, że w przypadku Ambroisa to była właśnie jedna z tych cech, zbyt długo go znała, żeby negować to co powiedział. Wszystko całkiem zgrabnie składało się w całość. - Gdybyś sobie radził nie pytałbyś mnie o hasło, prawda? - To było jasne jak słońce, ale wolała udawać, że nie zrozumiała jego aluzji, brnąć w tę wersję, bo tak było prościej. Gdyby zadał jej jedno, proste, konkretne pytanie zapewnie nie wymigiwałaby się od odpowiedzi. Nie miała problemu z tym, aby przyznać się do tego z kim się prowadzała, czy spędzała czas. Próbował jednak robić to w taki sposób, który niekoniecznie akceptowała, i czerpał z tego przyjemność, więc nie chciała odpuszczać zbyt łatwo. Nie lubiła być stawiana pod ścianą. Odetchnęła trochę zbyt głośno, gdy zauważyła, co robił. Cóż, skoro tak, to trudno, będzie musiała sobie znaleźć własną gazetę, mógł być pewien, że jutro poranne wydanie na pewno znajdzie się w jej rękach, nie dopuści do tego, by ktoś przejął je przed nią. Okazywało się, że był tutaj cały ogrom amatorów krzyżówek, była to póki co jedyna rzecz, która nie podobała się jej w tym miejscu. U siebie, w swoim malutkim mieszkanku nikt nie odbierał jej tej przyjemności, nie musiała walczyć o krzyżówkę. - Jeden mi wystarcza, jest nam z Necro całkiem dobrze we dwójkę. - Rzuciła upijając kolejny łyk kawy. Jasne, naturalnie wszystkie stworzenia na ziemi parowały się ze sobą, aby mieć swojego towarzysza, jednak nie uważała, aby w tej chwili zakup kolejnego szczura był jej potrzebny. - Obejdzie się bez tego. - Dodała ze złośliwym uśmiechem. Czekała, aż w końcu pióro wyląduje na gazecie, oczywiście, że nie wyprze tego ze swojej doskonałej pamięci. |