![]() |
|
[11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] (/showthread.php?tid=5017) |
[11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Caius Burke - 31.07.2025 11/09/72, szpital św. Munga, parter
Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe. Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył. Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem. Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Lyssa Dolohov - 31.07.2025 Proszę chwileczkę zaczekać, uzdrowiciel zaraz panią przyjmie. Minęło pięć minut. Dziesięć. Pół godziny - Dolohov szczerze straciła rachubę, w tym chórku pokasłujących głosów, które oblegały szpitalny korytarz. W normalnych warunkach jej noga w ogóle by tutaj nie postała, ale teraz w Prawach Czasu było coś takiego, że nie mogła usiedzieć na miejscu. W całym Londynie w sumie, bo miasto wciąż wydawało się przygnębione, jakby wciąż w głębokim niepokoju przez wiszące na niebie pozostałości dymnych chmur. Annaleigh była na wyciągnięcie ręki, ale gdzieś w Lyssie kryło się przekonanie, że jeśli okazała się bezużyteczna podczas pamiętnej nocy, to i teraz nie zamierzała prosić ją o pomoc. Z resztą... ostatnim razem kiedy tu była, widziała na korytarzu całkiem przystojnego lekarza i liczyła może trochę na to, że ponowne spotkanie z nim nieco odpędzi jej smutki. Kiedy była tutaj ostatnio piętnastego lipca, zmuszona była zrywać tę okropną więź, która połowie Anglii niszczyła związki, zakładała ogrody w płucach i doprowadzała do szaleństwa. Cóż - jak się okazało, magia Beltane nie musiała na nią działać, by wszystko sypało się jej przez ręce, ale kiedy znowu udało jej się zakaszleć, szybko doszła do wniosku że może z dwojga złego, lepsza już była ta kolejka. Ktoś trącił ją akurat, kiedy ustawiona tak by czerpać jak najwięcej światła z pobliskiego okna, przeglądała się w lusterku z puderniczki. Wyglądała jak zwykle perfekcyjnie, ze starannie ułożonymi włosami, nienachalnym makijażem i ubrana w wysokiej jakości szaty, krojone na francuską modłę - tego akurat ani razu nie rozważyła by odpuścić w nowym kraju, jakby ubieranie się w ponurą, angielską modę było dla niej wyrazem największego upadku. Szturchnięcie wywołało kaszel, który z uporem starała się zdusić, ale niezadowolone spojrzenie i tak pomknęło na plecy wysokiego jegomościa, który ulokował się bezpardonowo przed nią. Nie zauważyła jego laski, zbyt skoncentrowana na bardzo głośnym i wymownym zatrzaśnięciu puderniczki i schowaniu jej, może wtedy dałaby Caiusowi odrobinę dobrej woli. - Przepraszam, pan się chyba nie tyle pomylił, co pozamieniał na rozum z krową. To nie obora, żeby się wpychać przed ludzi, tu jest kolejka - powiedziała, ale tak gdzie można by się spodziewać złośliwości, zatańczył przyjemny, słodki wręcz ton głosu. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Caius Burke - 01.08.2025 Okropny kaszel jaki wydobywał się spomiędzy warg nieznajomej, zupełnie nie pasował do jej drobnej postury, bo teraz to przypominała mu bardziej starucha wyciągniętego z ulicy Nokturna, co w trakcie swego życiu wypalił zbyt wiele fajek niż eteryczną czarownicę, ale po pacjentach św. Munga to raczej zbyt wiele się nie spodziewał. Mógł to być również podstęp, do zmiany w drugiego człowieka nie potrzeba było wiele – jeden włos, buteleczka eliksiru Wielosokowego i na kilka godzin mogłeś stać się kim zupełnie innym. Bezdomnego co żył na Nokturnie to raczej nie byłoby na napój stać, ale wielu z nich parało się kradzieżą i wyciągało swe lepkie palce w stronę kieszeni bogatszych od siebie obywateli, więc chyba wszystko było możliwe. Teraz to jeszcze bardziej był zirytowany; najpierw spłonął dom w którym się wychowywał, potem jakiś brudas nieskutecznie co prawda, ale próbował go zabić, wystrzeliwując w jego stronę zaklęcie palące, a teraz jakaś damusia prawiła mu kazania, jakby zdanie kobiety miało jakiekolwiek znaczenie. Co za parszywy tydzień. – Proszę pani, rozmawia pani z poważanym obywatelem w dodatku kaleką, prosiłbym o zachowanie kultury osobistej, bo takie słowa panience nie przystają. – odpowiedział zszokowany, bo jakże ona śmiała! Chyba rozpoznawał ten głos, ale teraz z racji oblepiającego płuca pyłu, ten stał się ochrypnięty, wiec nie potrafił dopasować go do twarzy żadnej znanej mu osoby. – Może powinna się panienka udać do Lecznicy Dusz, a nie zajmować kolejkę osobom wymagającym opieki uzdrowiciela. Bo pani wcale nie zachowuje się, jak ktoś poważnie chory, aż kipi od panienki agresja, jest panienka pewna, że to nie jest Gorączka Krwi? – dodał ciszej, słowa Caiusa miały dotrzeć tylko i wyłącznie do uszu czarownicy, nie chciał robić wokół swej osoby szumu, bo przecież miała rację i naprawdę wepchnął się w tą kolejkę, jak jakiś ostatni cham i prostak. Nie widział w tym oczywiście swej winy, patrząc prawdzie w oczy to jego zdrowie aż tak nie upadło i oprócz nieprzyjemnego pieczenia w gardle, którego nabawił się najprawdopodobniej na własne życzenie, gdy bez żadnych zabezpieczeń, szabrował po ruinach rodzinnej posiadłości Burkeów, czuł się całkiem dobrze. Czasem budziła się w nim jednak natura choleryka, która pchała brunetą w stronę prywatnych uzdrowicieli i kolejnych badań, ale tej dziwacznej obawy o własne życie nie potrafił powstrzymać nawet gdy medycy upewniali go, że oprócz braku kończyny, jest zdrów jak ryba. Kolejka znów ruszyła do przodu, gabinet opuścił znany mu czarodziej, mężczyzna ukłonił się w jego stronę, a on odpowiedział mu tym samym gestem, to jednak dalej nie była jego kolej – czy on tam powinien wtargnąć do środka żeby zostać sprawnie obsłużonym? RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Lyssa Dolohov - 01.08.2025 Lyssa zmierzyła rzeczonego obywatela od stóp do głów, teraz już zwyczajnie mu się przyglądając, jakby analizowała każdy centymetr jego wysokiej sylwetki. Wyróżniający z tłumu wzrost, kolor włosów, szerokie barki. Laska - to na niej zatrzymała się na dłużej, przekrzywiając z nieco żywszym zainteresowaniem głowę, ale to dość szybko ustąpiło, kiedy sapnęła oburzona na jego dalsze słowa. Lecznica Dusz? Agresja? Gorączka Krwi? Może i potrafiła być w gorącej wodzie kąpana, ale komuś tutaj najwyraźniej dym do głowy uderzył zanadto, bo do tej pory to była akurat bardzo miłą i wychowaną panną, nie to co niektórzy, co nie byli w stanie poczekać na swoją kolej. Oj niech się tylko papa o tym dowie. Chociaż pewnie go to nie interesowało, to dowie się o tym Peregrinus, albo pierwszy lepszy dowolny członek rodziny. Albo chociaż spowinowacony. W pierwszej chwili w ogóle się nie odezwała, wpatrując w kark mężczyzny, jakby oczekując że ten wykaże się przynajmniej taką odrobiną kultury, żeby się odwrócić i spojrzeć jej prosto w twarz. Najwyraźniej jednak, cała czystokrwista socjeta, z nią włącznie, cierpiała na brak szeroko pojętego poczucia winy. Dlatego też ona zrobiła krok w przód, stając tuż za Caiusem. Oplotła ręką jego przedramię, niczym bluszczowy pęd wspinając się po rękawie w uścisku, tylko po to by zaraz ostentacyjnie zakasłać na niego z pełną złośliwością. - Panie Burke, mówi pan dokładnie tak, jakby sam coś wiedział, albo nawet i za dużo, o wizytacji w Lecznicy Dusz. Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia, ktoś tak poważny nie powinien zmagać się z niedyspozycją umysłową - zaćwierkała, patrząc do góry, na jego twarz, z przyjemnym uśmiechem wymalowanym na ustach, ale i złością w oczach. Zakaszlała - jeszcze raz, ale tym razem przykrywając usta dłonią ubraną w zdobną rękawiczkę (bo przecież nie pójdzie do szpitala, wylęgarni zarazków, bez takowych kiedy Vakel był germofobem). Potem natomiast, bardzo szybko jak Caius miał jej się zaraz wyrwać, położyła mu tę obkaszloną dłoń na piersi. - Monsieur... - jej akcent potknął się wreszcie, ulegając emocją i uciekając w znajome, francuskie tony. - Jeśli się pan nie przesunie i nie ustąpi mi pan miejsca, to zaraz nakaszlę na ciebie jeszcze raz. Mocniej. A ostatnio cierpię na gorączki. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Caius Burke - 01.08.2025 Już miał jej tę owijającą się wokół niego rękę odepchnąć, już miał ruszyć do przodu, pozostawiając czepliwą czarownicę gdzieś w tyle, ale ta go w swoją stronę obróciła i zamarł. Serce Caiusa zaczęło rwać gdzieś do przodu pędem, niczym ptaszek zamknięty w złotej klatce, jego twarz mieniła się paletą barw, na początku był szkarłat sięgający czerwienią do samych uszu, potem przeraźliwa trupia bladość, ostatecznie koloryt zatrzymał się na czymś pomiędzy, różowości przypominającej swą barwą tą, jaka zdobiła płatki dzikiej róży. Czuł się tak, jakby został uderzony tłuczkiem wprost w splot słoneczny, nie mógł oddychać, dusił się, ON SIĘ DUSIŁ, oczywiście wszystkie te rzeczy działy się wewnątrz jego umysłu, więc poza dziwną zmianą kolorytu twarzy, czarownica nie mogła dostrzec szoku, w jakim znajdował się jego organizm, wymagało to co prawda ze strony Caiusa niesamowitego samozaparcia, ale jakoś mu się to udało. – Panno Dolohov, Lyssa, ja - ledwo wydusił z siebie w panice, te słowa brzmiały zupełnie obco, w jego głosie nie znajdowała się ta pewność siebie z której praktycznie słyną. Był za to wstyd, bezkresny, bezgraniczny wstyd, zalewający ciało Caiusa dreszczem żenady od palców stóp aż do ciemnych kosmyków włosów. Milczał pokornie, kuląc się w sobie, gdy z precyzją godną wyszkolonemu zabójcy, wyrzucała z siebie kolejne zarzuty pod jego adresem. Nie potrafił na nią spojrzeć, jego głowa pochyliła się do przodu w geście całkowitego poddania, a wzrok wylądował na powierzchni brudnej od napływu mnóstwa ludzi, podłogi. – Dobrodziejko Panno Dolohov, proszę mi wybaczyć, błagam panienkę ze wszystkich swoich sił. – mówił spokojnie, subtelnie ważąc kolejne wypowiadane słowa – Me dzisiejsze zachowanie i jakże raniące słowa, nie powinny się spotkać nawet z krztyną zrozumienia, pokornie liczę jednak na dobroć panienki serca. – próbował się wytłumaczyć, ale wychodziło dość nieporadnie. Okropnie brzydziła go ta obkaszlana dłoń odziana w rękawiczkę, która powoli rozprowadzała na powierzchni jego marynarki ślinę i zarazki, i z całych sił musiał walczyć z grymasem niezadowolenia, który próbował zagościć na przepełnionej pokorą twarzy, ale w mniemaniu Burke, blondynka miała prawo, go tam nawet opluć, mogła żądać tego by padł na kolana i upokorzony błagał o wybaczenie, zgodziłby się na wszystko, byleby Francuzkę udobruchać. – Wydarzenia ostatnich dni wprowadziły mój umysł w stan wielkiego wzburzenia i może ma panienka rację, może to ja powinienem udać się do Lecznicy Dusz, sam już nie wiem co się ze mną dzieje. – odrobinę to wszystko podkoloryzował, ale w jego głosie istniała skrucha w najszczerszej postaci. Bo co innego mu zostało, niż się ukorzyć i uzbrojonym jedynie w patetyczną przemową, liczyć na łaskę stojącej przed nim damy. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Lyssa Dolohov - 01.08.2025 Bardzo jej się podobało, kiedy zapierała ludziom dech w płucach i sprawiała, że języki im się plątały. Wyglądali wtedy tak nieporadnie, rozkosznie wręcz wiercąc się pod jej spojrzeniem, które nagle nabierało jakiegoś takiego wyższego zrozumienia i łagodności. Oczywiście, delikatności było w tym więcej na pokaz, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Ważne żeby reszta myślała, że grzechy zostały im odpuszczone, pomimo tych wszystkich niedogodności, których się przed chwilą dopuścili. Uśmiechnęła się więc do Caiusa delikatnie, krzesząc z siebie całą swoją dziewczęcą niewinność, jakby jeszcze przed momentem nie barwiła swoich słów złośliwością i naganą. Dłoń leżąca na jego ramieniu również odpuściła bluszczowego uścisku, subtelnie teraz zawieszając się na nim, jakby co najmniej mieli udać się na popołudniowy spacer. - Kiedy się tak kajasz, aż mi samej wstyd za ten wybuch - odparła pojednawczo. Przez moment przeszło jej nawet przez myśl, że mogłaby być na tyle miła i ściągnąć z dłoni tę oplutą rękawiczkę, ale odrzuciła ją stanowczo. Na to było jeszcze za wcześnie, bo wijący się pod jej dotykiem Burke był zbyt smacznym widokiem. W całej tej sytuacji nie chodziło nawet o to, że był nietaktowny lub wymagał od otoczenia, by uznało jego wyższość. Oj nie, cały problem polegał na tym, że to ona stała się jego ofiarą. Dolohov nie mrugnęłaby nawet okiem, gdyby ktoś inny stał się jego ofiarą, ale ona nie przywykła do stania za plecami gburowatych mężczyzn o rozbujanym ego. To oni powinni stać za nią. Istniała przecież po to, żeby ją podziwiać. Żeby doceniać każdy jej gest, jej zachowanie, wyrachowania i śliczną buzie. Nawet sobie z tego nie zdawała do końca sprawy, ale była tak okropnie podobna do ojca, w swoim przekonaniu o własnym miejscu w świecie, ze było to wręcz bolesne. - Nie ma większego sensu zaglądać do Lecznicy Dusz, bo słyszałam że trochę nadgryzły ich pożary. Nikomu nic się nie stało, a pacjenci są cali i zdrowi, ale co to za przyjemność spędzać czas w zadymionym budynku? Słyszałam, że w niektórych po pożarach sadza pnie się po ścianach, albo coś straszy. Oczywiście, Prawom Czasu nic się nie stało, ale u Ciebie? Żywię nadzieję, że oprócz pomieszania zmysłów straty nie były tak wielkie? - szczere zmartwienie wypełzło na jej twarz, przybierając na sile z każdym kolejnym słowem, wreszcie rozkwitając w pełni wraz z ciężkim westchnięciem. Oczywiście, sam przed chwilą powiedział, że nadszarpnięte nerwy były wynikiem Spalonej Nocy, dlaczego więc nie miałaby spróbować wbić szpilki? RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Caius Burke - 03.08.2025 Miał ochotę westchnąć głośno, tak prosto z płuc, prosto z serca, bo poczuł, jak z narządu pompującego krew spada wielki kamień. Nie dostrzegał subtelnych aluzji, nie wyczuwał fałszywej słodyczy głosu czarownicy, zbyt zajęty swoim własnym tyłkiem, bo kilka minut wcześniej, jak się przed nią czerwienił to gdzieś głęboko, być może w gadzim móżdżku odpowiedzialnym za instynktowne zachowania, przeliczał straty na jakie w czasie ich kłótni się narażał. Kobiety, mężczyźni, nastolatkowie nawet dzieci plotkowali i plotki rządziły ich czystokrwistym światem. Co by sobie ludzie pomyśleli, gdyby dowiedzieli się, że on, najstarszy syn swego ojca, przyszły dziedzic rodu Burke, uważany za wyjątkowo szarmanckiego i w ogólnym rozrachunku po prostu dobrego człowieka, jedną z najlepszych partii dostępnych na rynku jest tak naprawdę burakiem? Przecież on by już więcej nie sprzedał ani biżuterii, ani zbroi, ani najdrobniejszego sztylecika, dla kogo by tworzył, dla kurew z Nokturna, a może szlamolubnych zdrajców krwi? Straszna to była wizja, najstraszniejsza z jakie mogły się zdarzyć. Słuchał z szczerym zainteresowaniem, a pod powierzchnią skóry Burke, co jakiś czas pojawiała się jakaś chora satysfakcja – raczej niby nikomu źle nie życzył, ale nie lubił też, gdy innym powodziło się lepiej. Co prawda z opisu Lyssy nie wynikało, że Lecznice Dusz dotknęły wielkie straty, ale dla Caiusa najważniejsze było, że jakiekolwiek ich dotknęły. Cóż poradzić, był po prostu okropnym człowiekiem. – Dziękuję za informacje, Lysso, – uniósł jedną dłoń i w geście fałszywej wdzięczności, poklepał Dolohov po dłoni, tej która zawinięta była wokół jego ramienia. Wyszło odrobinę niezgrabnie, bo pomiędzy palcami dzierżył laskę, na szczęście nie zdzielił młodej kobiety przez przypadek ani specjalnie drewnianym przedmiotem. – Moja rodzina, chyba dzięki opatrzności samego Merlina i Salazara, wyszła z pożogi bez szwanku, chociaż moja ukochana matka leży obecnie przykuta do łóżka, nie potrafiąc poradzić sobie z dolegliwościami, które wywołuje ten dziwaczny pył. Niestety, nie miałem zbyt wiele szczęścia, z rodzinnej posiadłości w Little Hangleton zostało niewiele – przez chwilę chciał powiedzieć, że przynajmniej jest bogaty i stać go na odbudowę, ale tego nie zrobił, bo przecież prawdziwy gentelmen nie chwali się w towarzystwie wielkością swej skrytki u Gringotta. - Długo już tak tutaj czekasz? – spytał zaciekawiony, chociaż może też trochę zmartwiony, przechylając swą głowę w boku, co odmłodziło go o kilka ładnych lat. Kolejna osoba opuściła gabinet, ale razem z nią opuścił go też ubrany w zielone szaty uzdrowiciel. Otaczający ich tłum opanowały szepty, uzdrowiciel spojrzał na nich wszystkich i bez słowa ruszył gdzieś w nieznanym dla nikogo kierunku, a on tylko podążył za nieznajomym wzrokiem. Wszystko wskazywało na to, że Lyssa se jeszcze poczeka. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Lyssa Dolohov - 03.08.2025 Nie mogła się na niego tak zwyczajnie gniewać, kiedy cieszył oko. Emocje Lyssy zawsze były równie szybkie co duże, zmieniając się sprawnie niczym w kalejdoskopie przy najmniejszym nawet ruchu. Dostrzegała w tym pewną przewrotność, a czasem czuła nawet rozbawienie, szczególnie kiedy poznawała innych ludzi, cierpiących na tę samą chorobę co ona. Ci, którzy dostrzegali zbyt wiele i pamiętali za dużo, zwykle cofali się wewnątrz siebie. Stawiali wysokie ściany, robiąc z siebie samych niezdobyte twierdze, ale ona? To było trochę tak, jakby cały ten niepokój, wszystkie nadprogramowe informacje, nauczyły się znajdować ujście w najprostszy możliwy sposób - niczym rwąca rzeka przelewająca się w najdogodniejszym miejscu. Wielu zrzucało to na jej wiek i manierę rozkapryszonej dziewczyny, która urodziła się ze srebrną łyżeczką w buzi i Dolohov robiła wszystko, by podtrzymać te pozory. Bo prawda, mimo wszystko, odrobinę bodła ją między żebrami. - Cała przyjemność po mojej stronie - zaćwierkała znowu, bo w sumie jak przystało na dziewczynę wyciągniętą z czasopism dla nastolatek, uwielbiała plotki. - Och, niezmiernie mnie to cieszy. Ale ten kaszel jest okropny, doprawdy. Mój papa też przez niego cierpi. Dobrze, że ma w rodzinie uzdrowiciela - uśmiechnęła się lekko, jakby nigdzie tutaj nie krył się problem, ale prawda była taka, że Lyssa nie wyobrażała sobie aby Vakel łatwą ręką przyjął cokolwiek od Annaleigh. Niestety, ciężko było odbudować zaufanie po dowiedzeniu się, że twoja żona poiła cię amortencją. - To jest niewyobrażalne, żeby takie porządne rodziny jak twoja, tak cierpiały - pewnie ktoś inny dowiózłby to zdanie w absolutnie uszczypliwy sposób, ale dziewczyna wydawała się całkowicie zmartwiona wieścią o tym, że rodowa posiadłość Burke się nie ostała. Bo czemu by nie miała? Lubiła Caiusa, kropka. A ludziom, których darzyła sympatią, zwyczajnie życzyła w życiu jak najlepiej, nawet jeśli kosztem innych. - Ale nie wiem czy słyszałeś już? Podobno posiadłości Ministry nie ruszył nawet najmniejszy płomyczek - ściszyła konspiracyjnie głos, bo były pewne rzeczy, które z łatwością mogły wzbudzać oburzenie i ta definitywnie do nich należała. - Hm, trochę. Nie patrzyłam na zegarek - bo była, oczywiście, zbyt zajęta samą sobą i przeglądaniem się w lusterku. Z pewnym zniesmaczeniem powiodła spojrzeniem za lekarzem, który postanowił zrobić sobie przerwę, ale szybko na nowo skierowała swoją uwagę na Burke'a. - Okropne to w ogóle wszystko było. Wyobrażasz sobie, że ktoś oblał mnie farbą, krzycząc jakieś kocopoły, że to moja wina?? RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Caius Burke - 07.08.2025 W zwyczaju Caiusa nie leżało użalanie się nad sobą, nie zmieniało to faktu, że świergotanie pięknej panny Dolohov sprawiało mu niesamowitą przyjemność i mógłby jej słuchać godzinami; wypływające spomiędzy pełnych warg współczucie okazało się dużo słodsze od tego oferowanego przez podstarzałe matrony czy szanowanych czarodziejów czystej krwi. – Oh, naprawdę? – mruknął szczerze zaciekawiony w odpowiedzi na plotkę, jaką mu sprzedała – Niezwykle ciekawe i niepokojące. Nie życzę nikomu źle to prawda, ale mam wrażenie, że to tylko wpłynie na opieszałość Ministerstwa, które już nie potrafi poradzić sobie z sytuacją rozgrywająca na terenach Anglii. W końcu gdy im nie dzieje się krzywda to znaczy, że w kraju nie jest źle. – westchnął ciężko, maskując swoje prawdziwe uczucia pod grubą warstwą udawanego zaniepokojenia. W tamtym momencie żałował nawet, że sam nie był częścią działań Czarnego Pana, może w taki sposób mógłby ochronić i ją od przykrości, jakie ich spotkały. Przecież na to wszystko nie zasługiwała; była panienką czystej krwi, jedną z tych, którym w jego oczach należała się gwarancja bezpieczeństwa i obrona przed całym złem tego świata. – Widzisz, potrafiłbym sobie to wyobrazić – zatrzymał się na chwilę i bezwstydnie spojrzał w oczy Lyssy, w jego niebiesko-zielonych można było zauważyć zmartwienie i fałszywy strach – Wcześniej nie chciałem Ci się żalić, w końcu wszyscy mamy tak wiele na głowie, jednak, ja sam, chociaż całkowicie niewinny zostałem zaatakowany przez jednego z czarodziejów na Nokturnie i zdecydowanie nie był to żaden z Śmierciożerców albowiem nie skrywał swej twarzy za maską. Dobrze wiesz, że nie należę do osób agresywnych, zresztą spójrz na mnie, czy kaleka byłby w stanie wyrządzić komukolwiek krzywdę? Wystarczył fakt, że urodziłem się synem swego ojca.– rzekł trochę dramatycznie, uderzając swą laską w ziemię, tak dla podkreślenia swego oburzenia. Gest ten przyciągnął w ich stronę kilka niepożądanych spojrzeń, te jednak zawieruszyły się szybko, w Mungu byli tylko przypadkowymi ofiarami goniącymi za poradą jednego z uzdrowicieli. Nieustannie mówił przyciszonym głosem, próbując zachować pomiędzy ich dwójką odrobinę intymności. – Nikogo nie zainteresuje jednak los ani mój, ani Twój i jest to wyjątkowo gorzka do przełknięcia prawda. Ja nawet nie zgłaszałem sprawy do aurorów ani BUM, bo wiem, że spotkałbym się z śmiechem i został odprawiony z kwitkiem. Reszcie wydaje się, ze skoro jesteśmy bogaci, skoro nasi przodkowie czy rodzice tak bardzo starali się by zapewnić nam odpowiednie wykształcenie i status materialny, skoro pochodzimy z dumnych rodów i znajdujemy się w odrobinę lepszej sytuacji, to wprost zasługujemy na wszelkie inne nieprzyjemności, które rzuca nam pod nogi życie. – zakończył swą tyradę spokojnie, w końcu podniósł spojrzenie znad brudnej podłogi. Nabrał trochę odwagi, ale to przez to właśnie, że tak ładnie wcześniej mówiła o jego rodzinie, badał teren próbując wyczuć po której stronie znajduje się serce panny Dolohov. Nie wydawało mu się, że jest szlamolubna, ale czarodzieje posiadali wiele dziwacznych zwyczajów nawet Ci z najbardziej dobrych rodzin. Francuzi to ogólnie kojarzyli mu z dość liberalnym podejście do życia, ale mógł się mylić. Nie liczył co prawda na wywód o wyższości czystości krwi czy ogólnie rasy czarodziejów, bo nikt otwarcie o tym nie mówił, a już szczególnie on. Caius zazwyczaj skrywał swoje wszelkie obawy i przekonania pod płaszczykiem trafnych pytań i długich wypowiedzi wymuszających na innych intensywne myślenie. – Słyszałaś o ataku w Ministerstwie? Podobno próbowali ochronić jednego z mugoli przed ogniem, wpuścili go do budynku, litując nad niemagicznym biedakiem, a ten w podzięce zaatakował jednego z nich zupełnie jakby to były czasy polowań na czarownice. – uważnie ważył każde kolejne słowa. Zmuszony walczyć ze samym sobą, z nienawiścią gotującą się pod membraną skóry, wszystko po to by ukryć swe obrzydzenie, ale i oburzenie tym co się tamtego dnia wydarzyło. Nie potrafił zrozumieć dlaczego czarodziejów tak bardzo obchodził los mugolaków, Ci za każdym, kolejnym razem co raz bardziej udowadniali mu, że współczucie czy sympatia im się nie należy. Byli zbyt głupi by zrozumieć piękno ich magicznego świata dlatego też w oczach Burke na bycie częścią jakiejkolwiek społeczności po prostu nie zasługiwali. On sam najchętniej by się ich wszystkich pozbył, swym jestestwem przysparzali im zdecydowanie zbyt wiele problemów. – To całe zdarzenie mogło nieść wyjątkowo zgubne skutki. Rozumiem dobroć serca, potrzebę niesienia pomocy najsłabszym, ale przede wszystkim powinniśmy działać w własnym interesie, co gdyby informacja o istnieniu naszej społeczności wydostała się na zewnątrz? Gdyby jutro u bram ulicy Pokątnej pojawili się wrogowie z nieznaną nam bronią, marny byłby nasz los. Najprawdopodobniej skończylibyśmy zamknięci w klatkach, a Ci bardziej uzdolnieni zostaliby siłą zmuszeni do używania swych nieocenionych i wyjątkowych umiejętności dla korzyści innych. – zdanie w pewnych kręgach mogłoby wywołać oburzenie, wiedział jednak, że dla Lyssy ważniejsze było raczej jej własne bezpieczeństwo, grał więc na strachu, na niemocy krępującej ręce, na wszystkich uczuciach, które drzemały w głębi każdego szanującego się czarodzieja. RE: [11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius] - Lyssa Dolohov - 08.08.2025 - Hm, coś w tym jest - wymruczała, chociaż było widać że pomijając ploteczki, nie była aż taka chętna do burzenia się wobec szeroko pojętej władzy. Po pierwsze, Prawa Czasu stały. Lyssa nie była jakoś faktycznie pokrzywdzona w tej całej wojnie, podobnie z resztą jak jej rodzina. Vakel kaszlał, oczywiście, ją oblano farbą, a Peregrinusa poszatkowała szyba, ale... ich dobra materialne były całe. Oni żyli, nie mieli trwałych uszczerbków na życiu, podczas gdy inni tracili całe dobytki i rodziny. Drugą kwestią był też dość istotny fakt, że Lyssa mieszkała tutaj zaledwie od roku. Nie była jeszcze pewna na ile całe te wydarzenia były faktycznym i konsekwentnym zaniedbaniem, ale dwa nieudane sabaty i nieodczytane przepowiednie to... no było kłopotliwe. Po trzecie była, swoim zdaniem, zbyt młoda by zajmować sobie głowę polityką. Ba, nie robiła tego chętnie bo kiedy tylko mogła, ograniczała wszystko to co do niej przychodziło. Dla spokoju umysłu. - Oh nie! - zmartwiła się nie żarty, a przynajmniej na to wskazywały jej piwne oczy, wpatrzone teraz z troską w Caiusa. Bardziej się chyba przejęła tym, że w grę wchodził tutaj Nokturn. Nie był tak kiepski jak Podziemne Ścieżki, no i Lyssa wiedziała, że chodziło o rodzinny biznes, ale... na Nokturnie chyba śmierdziało, prawda? - Powinieneś to gdzieś zgłosić i tak. Mnie oblano farbą, ale ciebie? Skoro cię ktoś faktycznie zaatakował, to nie można tego tak zostawić. Ja nawet złożyłam zeznania, bo to absolutnie nie może tak być, żeby porządni czarodzieje cierpieli - zaćwierkała mu nad uchem. Doskonale sobie zdawała jednak sprawę, że oprócz spokoju ducha, to najpewniej nic nie da. Sprawa jakich wiele, biorąc pod uwagę rozmach Spalonej Nocy i cóż.. na Nokturnie. Lyssa potrzebowała chwili, bo nawet jeśli rozmawiali ściszonym głosem, coś w niej płoszyło się na myśl, że ktoś mógłby podchwycić ich rozmowę. Nie chodziło o to, ze specjalnie wstydziła się swoich poglądów, a o to że rozumiała wagę wypowiadanych słów. Ostatnie czego chciała to lincz przez osoby, które uważały czystokrwiste osoby za winnych całego tego zamieszania dwa dni temu. - Caiusie - uśmiechnęła się do niego wesoło, oprócz pauzy nie tracąc na wyrazie zainteresowanej tym, co miał do powiedzenia. - Wiesz, tak sobie myślę, że to idealne tematy do poruszenia przy popołudniowej herbacie. Z czymś mi się to jeszcze kojarzy, a wiem. Trochę jakbym słuchała Louvaina, ale jemu brakuje w tym poprawnego słownictwa. Znasz Lou, prawda? Ah, co ja mówię, na pewno go znasz, przecież obydwoje graliście w tych, hm, Osach z Wimbourne? Potem miałeś wypadek, albo on miał wypadek? Mieliście wypadek? Ja, przyznam ci się całkiem szczerze, nie jestem aż tak zaznajomiona jeszcze z angielską polityką i zwyczajami, żeby móc rzetelnie się na ten temat wypowiadać, ale może powinieneś porozmawiać z nim? - Lyssa specjalnie złapała swój, do tej pory, perfekcyjny akcent, jakby chcąc lepiej wczuć się w postać osoby, którą wyrwano z własnego świata i wepchnięto w jakiś zupełnie inny i odrealniony. Uśmiechnęła się do Caiusa przepraszająco. - Brakuje mu oczywiście mojego uroku, co jest absolutnie zrozumiałe, no i może odrobinę wyczucia, bo kto normalny bije się o honor sióstr w tych czasach, szczególnie że ma się taką, a nie inną krewną, ale jestem pewna, że zapewni ci rozrywkę na najwyższych poziomach. Ja mogę ci powiedzieć tyle, że najładniej wyglądałabym w złotej klatce. Potrafię być bardzo pięknym ptaszkiem, naprawdę. Nie wiem też czy wiesz, ale Muza planuje wielki występ, na osłodzenie wylanych łez. Ekstaza Merlina. Wybierzesz się może? |