Secrets of London
[9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] (/showthread.php?tid=5059)

Strony: 1 2


[9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Henry Lockhart - 14.08.2025

Henry samotnie wlókł się przez Londyn. W prowizorycznym temblaku sporządzonym przez Odysseusa Fawleya, cały brudny, potwornie obolały, z oczami szczypiącymi od dymu, już nawet nie spodziewał się, żeby jego dom był cały. Po tym, co spotkało go tej nocy, nie liczył na jakikolwiek łut szczęścia. Mentalnie przygotowywał się na bezdomność. Wiedział, że na ulicach długo by nie przetrwał, ale czy powinno mu na tym zależeć? I tak nie mogło być już gorzej.

Nie czuł się sobą, nie wyglądał jak Henry Lockhart. Ból, który przeszywał jego ramię, całkowicie go otępiał. W tej chwili zależało mu tylko na tym, by ten ustąpił. W domu miał jedynie mugolskie tabletki przeciwbólowe, ale czy one miały mu wystarczyć? Czy jakkolwiek uśmierzą jego cierpienie? A może po prostu musiał się przespać? Był na nogach już od około dwudziestu czterech godzin, ledwo widział na oczy. Desperacko potrzebował snu.

Nie spodziewał się ujrzeć Hestii Bletchley akurat w Hackney. Widok przyjaciółki całej i zdrowej przyniósł mu jednak niewysłowioną ulgę. Po raz kolejny tej nocy do jego oczu napłynęły łzy. Już dawno aż tyle nie płakał. Jednak tym razem były to łzy ulgi. Zawołał ją, podbiegł w jej stronę, po czym, uważając na złamaną rękę, przytulił ją.

— Hesia... Co za niewysłowiona ulga... — wyszeptał, po czym odsunął się od niej. — Jesteś cała? Na Matkę, martwiłem się tak strasznie... Czy twoja rodzina... — nie mógł spytać, czy przeżyła. Musiał jakoś inaczej to ująć. — Jak oni się trzymają?


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Hestia Bletchley - 04.09.2025

Hestia została wysłana do patrolowania mugolskiego Londynu tak na wszelki wypadek gdyby albo zaplątał się tutaj jakiś czarodziej, a przecież nie kazdy mieszkał w typowych magicznych lokalizacjach, albo, co gorsza, gdyby ktoś magiczny postanowił również aktywnie siać zamęt i tutaj.

Na razie jednak sytuacja nie miała się gorzej niż podczas całej tej nocy. To znaczy było okropnie, naprawdę okropnie, ale nikt nie wpadł na pomysł, aby uczynić tę całą sytuacją jeszcze okropniejszą.

I nagle w tym wszystkich usłyszała głos, którego nie spodziewała się dzisiaj usłyszeć.
Henry? – wydusił z siebie, odwzajemniając uścisk, jednocześnie uważając na rękę Lockharta. – Na Merlina, Henry, jak się cieszę, że cię widzę. Nic ci nie jest? To znaczy no... Poza... Ten. Co ci się stało w rękę? – Może powinni zabrać go do jakiegoś lekarza? Nie znała się za bardzo na poważnych ramach, ale ten temblak raczej wyglądał na prowizoryczny, a to nie mogło być dobrze.
Tak mam się dobrze, a... – I wtedy do niej dotarło. Ona miała się dobrze. Wszyscy wokoł niej byli jakoś poturbowani, zaatakowani, a ona chociaż działo się naprawdę strasznie dużo, miała może co najwyzej jakiegoś siniaka o którym nie wiedziała.
Świat wokół niej płonął, a jej było absolutnie nic.
Przełknęła ślinę.
Tak, ja... Moi rodzice mają się chyba dobrze, ale Alice... Tata mówił, że poraniło ją szkło. No i nie wiem jak mój dom. – Ale nie miała złamanej ręki. W jej ciele nie tkwiły szklane odłamki, ani nikt nie próbował bezpośrednio zaatakować jej na ulicy jak to miało miejsce w przypadku Atreusa. – A jak... Jak ty się czujesz? Może zabiorę cię do Munga?


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Henry Lockhart - 11.10.2025

Widząc Hestię, Henry zrozumiał, że nie dało się nie ucierpieć podczas Spalonej Nocy. Inaczej: trzeba było mieć albo niebotyczne szczęście, albo o nikogo się nie troszczyć. Być może niektórym osobom nie stało się nic fizycznie, ale na pewno trudno było zetknąć się z rodziną albo grupą przyjaciół, z której nikt by nie ucierpiał. Dla Hestii była to rodzina.

– To dobrze, że twoim rodzicom się nic nie stało. Mam nadzieję, że twojej siostrze ostatecznie też – te słowa brzmiały dziwnie niemrawo, ale musiał je wypowiedzieć. Szczerze troszczył się o rodzinę Bletchleyów. – Na razie chciałbym się przespać. Mam prowizoryczny opatrunek, a w domu jeszcze trochę eliksiru przeciwbólowego.

No właśnie, dom... Henry'ego przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Pal licho jego ciało, ono mogło się zregenerować. Ale gdyby spaliło mu się mieszkanie, byłby skończony. Nie dość, że musiałby zapłacić za szkody, to jeszcze były nikłe szanse znalezienia innego lokum. Cały Londyn ucierpiał, a chłopak nie był głupi. Takie zdarzenia robiły z ekonomią takie rzeczy, że poszkodowanym z niższej klasy społecznej pozostawało tylko mieszkać na osmalonych ulicach lub błagać pod ministerstwem o jakąkolwiek pomoc socjalną.

– Wybacz, że proszę, ale... mogłabyś ze mną pójść do mojego mieszkania? Sprawdzić, czy nie jest niebezpiecznie? –
poprosił ze wstydem. Nie lubił prosić o pomoc, ale czasem stanowiło to konieczność. – Obawiam się, że i je mógł dotknąć pożar... Lub gorzej: czarna magia. A to mugolska dzielnica, Śmierciożercy mogli szczególnie się na niej wyżyć – tłumaczył się


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Hestia Bletchley - 01.11.2025

Tak. Ja też – mruknęła, nie do końca wiedząc, czy będzie lepiej jeśli będzie próbowała być nastawiona wobec sytuacji Alice pozytywnie, czy może wręcz przeciwnie. Może jeśli z góry założy wszystko co najgorsze, to wtedy wszechświat postanowi spawić, że wszystko będzie dobrze. Ehh... Co ona się oszukiwała? Jeśli zacznie myśleć o wszystkim co najgorsze to jedynie co psiągnie to swój płacz, a wtedy to już w ogóle nikomu nie pomoże.
Na pewno? – zapytała nie zamierzając jednak z nim się na ten temat kłócić. – Wiesz, nie zrozum mnie źle, ale w sumie to nie wyglądasz najlepiej, więc serio możemy poszukać jakiegoś bezpiecznego miejsca i przeteleporotować cię do Munga.  – Z drugiej strony w szpitalu zapewnie były obecnie tłumy, a stan Henry'ego zapewne nie stanowił zagrożenia dla jego życia, więc czarodziej pewnie jedyne co to czekałby w chaosie. – Masz racje. Lepiej będzie sprawdzić twoje mieszkanie. Oczywiście, że z tobą pójdę.
Musiała przecież pomagać innym, zwłaszcza że jej samej nic nie było. A skoro nic jej nie było to mogło oznaczało to, że powinna jeszcze bardziej skupić na pomaganiu tym, dla których życie nie było dzisiaj aż tak łaskawe. Nie że dla kogokolwiek było ono łaskawe. Zaraz...Czy wypadało jej w ogóle tak myśleć skoro ona wyraźnie miała szczęście w przeciwieństwie do wszystkich wokół? Ugh...
Coś huknęło w oddali. Hestia cała się napięła i od razu rozejrzała się po okolicy w pierwszej chwili pewna, że los właśnie postanowił się wyzłośliwić i pokazać, że jednak nie miała tyle szczęścia. Cokolwiek to jednak było (może okno?) było na tyle daleko, że pozostało dla nich tajemnicą.
No dobrze. Lepiej szybko tam chodźmy. W którym to kierunku? Potrzebujesz jakieś pomocy w przemieszczeniu się tam? Jak twój ból?


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Henry Lockhart - 23.11.2025

Nie chciał, by Hesia go źle zrozumiała, dlatego nie mówił o swoich wątpliwościach związanych z teleportacją do Munga. Wiedział, że jej mama tam pracowała. Nie chciał dokładać jej obowiązków. Wiedział też, że dla kogoś takiego jak on, nie pozostało dostępnych lekarzy tej nocy. Jego stan nie był krytyczny, więc musiałby czekać wiele godzin w kolejce, przez którą nigdy nie zdołałby się przekupić. A tylko brakowało mu przebywania w zatłoczonym szpitalu z umierającymi ludźmi.

– Na pewno. Muszę po prostu odpocząć. – Posłał jej tak słaby uśmiech, że wyglądał, jakby zaraz miał upaść na ziemię i zemdleć. – Jak będzie bardzo źle, teleportujemy się z mojego mieszkania. Jeśli nie będzie doszczętnie spalone.

Podziwiał takie osoby, jak Hestia. Ludzi z misją, tych, którzy pomagali w sposób tak bohaterski, jakby nie byli prawdziwymi ludźmi, a postaciami z książki lub filmu. Ta dziewczyna właśnie taka była. Niezwykle odważna, silna, altruistyczna. Henry ciekaw był, czy gdzieś pod tą powłoką drżała ze strachu i płakała za swoją rodziną... Być może właśnie to uczucie popychało ją do przodu? Czy potrafiła słabość przeradzać w siłę? A może po prostu nie traktowała miłości jako zmartwienia?

– Jeszcze kilka budynków. – Henry pokierował ją w odpowiednim kierunku. Nie chciał dzielić się z nią swoimi myślami, bo przerodziłoby się to po prostu w bełkot.

Wreszcie dotarli na miejsce. Budynek był przysmalony z zewnątrz, ale od tej strony Henry nie widział okna swojego mieszkania. Mógł się spodziewać najgorszego... choć na razie mało by na to wskazywało.

Poprowadził ją po schodach. Na klatce nikogo nie było. Ludzie musieli pochować się w mieszkaniach, zapewne by przeczekać końcówkę tego piekła. To był dobry znak. Mugole mieli mnóstwo systemów alarmowych na wypadek pożarów czy katastrof. Umieli się ewakuować.

Wreszcie dotarli pod mieszkanie Henry'ego. Chłopak drżącymi dłońmi wyjął z torby klucze i otworzył drzwi. Uchylił je najpierw lekko, zajrzał do środka. Jego lokum wyglądało... normalnie. Aż zbyt zwyczajnie, jakby stanowiło to jakąś zmyślną pułapkę. Tylko który Śmierciożerca chciałby zaczaić się na biednego fotografa? Cóż, przy takim lęku, rozsądek grał mało znaczącą rolę.

– Chyba... wszystko okej. Tak na pierwszy rzut oka – wydukał chłopak. – Mam nadzieję, że to nie jakiś fortel.


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Hestia Bletchley - 08.12.2025

Przez całą drogę Hestia nie mogła przestać myśleć o tym, że nic jej się nie stało nieważne jak głupie by to nie było. Wiedziała, że powinna skupić się na innych rzeczach, jak chociażby samopoczuciu Henry'ego, ale ta głupia myśl zakradła się do umysłu czarownicy i najzwyczajniej na świecie nie chciała jej opuścić, wprawiając ją w jeszcze większe wyrzuty sumienia. Natomiast kiedy spróbowała skupić swoje myśli na czymś innym, Bletchley zaczęła obawiać się, że budynek, w którym mieszkał Lockhart został całkowicie spalony. I co wtedy miałaby zrobić? Była przecież zdecydowanie bardziej przytomna niż drugi czarodziej i nie była ranna, więc to do niej należałaby odpowiedzialność za pomoc Henry'emu. Powinna w takim razie wysłać go jednak do szpitala? Ministerstwa Magii? Zaproponować, że może zamieszkać u nich, o ile ich dom jeszcze stał, bez konsultacji z rodziną? Nie wiedziała. Hah... Nie wiedziała również czy Henry w ogóle nie miał mieszkania, a i tak zdążyła nastawić się na najgorszą możliwą opcję.
Wreszcie dotarli do mieszkania Henry'ego i Hestia... Odetchnęła z ulgą. Budynek się nie palił. Nigdzie nie było Śmierciożerców, ani chociażby dymu. Wyglądało na to, że chyba nie tylko ona miała dzisiaj odrobinę szczęścia.
Bletchley ostrożnie weszła do pomieszczenia i rozejrzała się po skromnym mieszkaniu.
Tak. Chyba rzeczywiście wszystko jest w porządku. Proszę usiądź. Nie wyglądasz najlepiej.– powiedziała, jeszcze na wszelki wypadek zaglądając do każdego z pomieszczeń, zanim nie zorientowała się... Że w sumie było to nieco głupio, bo Henry raczej nie byłby na celowniku Śmierciożerców. Nie był w końcu mugolakiem, a jego działalność raczej nie uderzała bezpośrednio w tych ekstremistów. Chyba... – Henry? Robiłeś ostatnio jakieś kontrowersyjne zdjęcia do gazety, czy coś takiego?


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Henry Lockhart - 21.12.2025

Kiedy Hestia potwierdziła, że z mieszkaniem wszystko było w porządku, odetchnął z ulgą. Przez chwilę nawet w jego oczach zagościły kropelki kolejnych to już tej nocy łez. Tym razem jednak brały się ze wzruszenia, z tego, że jednak nie wszystko było kompletnie do kitu. Nie mógł mieć większego szczęścia. Nie było powybijanych szyb a pył nie wdarł się do wewnątrz. Tak jakby to miejsce trwało przez cały ten straszliwy czas kompletnie nienaruszone. Czyli to jedynie ciało chłopaka uległo niejakiemu uszkodzeniu. Ramię nadal szarpało go ostrym, przeszywającym na wskroś bólem.

– Dzięki za pomoc, Hesiu – uśmiechnął się do przyjaciółki słabo. – Ty też usiądź. Należy ci się chwila odpoczynku.


Już nie przejmował się, że zaplami kanapę pyłem z ubrań. Dało się to stosunkowo łatwo wyczyścić. W dodatku był zbyt zmęczony, by myśleć o jakichś rozwiązaniach w kwestii utrzymania w mieszkaniu należytego porządku. Zanim usiadł, odłożył na szafkę aparat. Kiedy zaś już siedział na cudownie miękkiej sofie, zorientował się, że niemal całą noc był na nogach. Nie tylko ręka go bolała. Całe ciało pozostawało kompletnie niezdatne do użytku.

– Można powiedzieć, że tak – odpowiedział dziewczynie. – Prorok chciał obraz zniszczenia i chyba udało mi się to nieźle uchwycić. – W jego głosie wybrzmiała ironia. Tej nocy był wyjątkowo cięty na swoją pracę. Szczególnie, że wiedział już teraz, że gdyby wrócił do domu wcześniej, zapewne nic by mu się nie stało – A jak z tobą? Też musiałaś całą noc biegać po mieście, nie? Wiesz w ogóle, kiedy cię zwolnią do domu?


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Hestia Bletchley - 05.01.2026

Zawahała się na chwilę, ale w końcu i ona sama usiadła na kanapie obok Henry'ego mając nadzieję, że za bardzo jej nie pobrudzi i... Na Merlina nie miała pojęcia, że kanapa może być aż tak wygodna! To znaczy zapewne w każdym innym dniu byłaby to zwykła kanapa, ale teraz kiedy po tych wszystkich godzinach, wreszcie usiadła, Hestia miała wrażenie, że wstanie z niej będzie naprawdę trudne. Ile jeszcze godzin tego szaleństwa było przed nią? Im dłużej tak siedziała, tym bardziej myślała że zdecydowanie za dużo.
Nie, nie o to mi chodziło – pokręciła głową. – Po prostu zastanawiałam się... Zaraz... Co? Kazali ci biegać i robić zdjęcia podczas pożarów? Przecież to czyste szaleństwo! – Z pewnością Prorok Codzienny mógłby sobie poradzić bez zdjęć pożarów, a zamiast tego po prostu udokumentkwać szkody, gdy ogień już zgaśnie. No i na pewno znalazłby się jakiś amator, który i tak zrobił jakieś zdjęcie, które można by było od niego odkupić. Nie byłaby to ta sama jakość co fotografie Henry'ego, ale i tak. Nie powinni tak ryzykować życiem swojego pracownika! – Ludzie chyba naprawdę zwariowali, ale nie. Pytałam się bardziej... O jakieś zdjęcia twojego autorstwa sprzed dzisiejszej nocy, które mogłyby ich wkurzyć? No wiesz, coś co mogłoby sprawić, że słyszeli o tobie, mieli czas dowiedzieć się gdzie mieszkasz i spróbować cię zaatakować. Chociaż... Mam wrażenie, że ostatnio jedyne polityczne plakaty i zdjęcia, które widziałam były raczej po tej drugiej stronie. Wiesz, że byłam ostatnio w Hogsmead w pracy i zobaczyłam absolutnie paskudne plakaty? Coś, że czyste jest sexy. Wiesz, aby no... Zachowywać czystość krwi i takie tam.Skrzywiła się na wspomnienie tamtego plakatu, ale szybko powróciła myślami do dzisiejszej sytuacji.Nie mam pojęcia. Chcę pomagać tak długo jak tylko to możliwie.


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Henry Lockhart - 11.01.2026

Cóż, było to rzeczywiście szaleństwo. Cała ta noc wydawała się jednym, wielkim pieprzonym szaleństwem. Na szczęście dotarł do mieszkania. Obolały i jeszcze drżący z nerwów, ale bezpieczny. Żywy. Tylko, czy na pewno? Co sprawiało, że pomyślał sobie, że nic już mu nie groziło? Być może to obecność Hestii jakoś to ustabilizowała. Widział siłę tej dziewczyny i wierzył, że kto, jak kto, ale ona nie pozwoli, by świat się zawalił.

– Tak się złożyło. Być może mógłbym odmówić, ale... nie chcę stracić tej roboty. – Jego głos zabrzmiał żałośnie. Jakby nie wierzył w jakąkolwiek istotność swoich słów.

Przypomniał sobie o Shafiqu i jego wesołej kompanii. O zdjęciach, które zrobił tym mężczyznom, którzy ratowali miasto z cudownie bohaterską ostentacją. Zresztą, czy w tym momencie było to coś złego? Może ludziom dobrej woli nie wystarczyły ideały? Może potrzebowali i nadziei?

– Są ludzie, których o wiele bardziej opłaca się im ścigać – powiedział ze słabym uśmiechem. Ten jednak spełzł z jego twarzy, gdy usłyszał o plakatach z Hogsmeade. – I to wszystko trafia do dzieciaków z Hogwartu... Matko! Pocieszające jest tylko to, że pojawiła się potrzeba wieszania tych plakatów. Bo gdyby wszyscy czystcy w te brednie wierzyli... Nikt by się chyba nie fatygował – uśmiech wrócił na jego twarz. Tym razem łagodniejszy, bardziej szczery. Żadnej ironii. – Wiem, Hesiu. Jesteś naprawdę wspaniała, ale zasługujesz na chwilę przerwy. Nie dam rady ci zrobić herbaty, ale jak to mówią: mi casa, su casa. Proszę nie zabij mnie za kiepski hiszpański...


RE: [9.09.72, rano] To jest już koniec, nie ma już nic [Hesia & Henry] - Hestia Bletchley - 21.01.2026

Ugh... I myślisz, że by cię wyrzucili? – W swojej pracy nie miała tego typu problemów z tego prostego powodu, że chodzenie na niebezpieczne zlecenia jednak jej pracą było. No i najwyraźniej miała dużo szczęścia jeśli chodziło o unikanie obrażeń. Dziennikarze jednak nie musieli się z tym zmagać. Chyba. W sumie to po trochu też musieli. W końcu ich praca polegała na odkrywaniu prawdy, ale i tak! Szalone!
Ta... – mruknęła, siadając nieco wygodniej na kanapie. – Ale chyba też nie słyszy się, aż tyle o związkach czystków z normalnymi czarodziejami, nie? Chociaż sama nie wiem. Spora część czystokrwistych, których znam wydaje się... Całkiem normalna. – Ale jednak nie każdy taki był, a aby udowodnić te słowa mogła po prostu wyjrzeć przez okno. No i chociaż nawet taki Atreus Bulstrode był nawet w porządku, to jakoś nie widziała go w związku z kimś innym niż czystokrwista kobieta. – Ten cały koncept jest w ogóle taki głupi. Przecież przez te wszystkie lata na pewno kogoś wydziedziczyli bo miał dzieci z kimś niegodnym. I co? A to że taka osoba nie ma już ich nazwiska, wcale nie oznacza, że ktoś z ich rodziny nie jest półkrwi. Sama nie wiem. To chyba zbyt abstrakcyjny koncept jak dla mnie.

Komplement Henry'ego, dziwnie szczery, sprawił, że nagle z dużą intensywnością zaczęła wpatrywać się w swoje paznokcie.
Nie, nie. Powiedziałeś to poprawnie – mruknęła, zastanawiając się jak to możliwe, że pożar jej nie zranił, a przez takie zwyczajne słowa, czuła jakby płomienie lizał jej policzki. – To znaczy, to taka wersja skrótowa, ale poprawna. Zawsze możesz powiedzieć jeszcze, mniej kolokwialnie Mi casa es su casa, albo w ogóle la mia casa è la tua casa, ale tego raczej nikt nie używa. Za formalne. – Wreszcie zdobyła się na odwagę, aby ponownie spojrzeć na przyjaciela. – Wiesz... Chętnie odpocznę chwilę, ale potem będę musiała wracać. Trochę jest tak, że nic mi nie jest i no... Nie chcę marnować tego, skoro dzięki temu mogę dię przydać tam, ale ty koniecznie odpocznij i proszę cię udaj się do uzdrowiciela, gdy wszystko się uspokoi. Mogę ci nawet potem coś narysować na gipsie, czy czymkolwiek ci to na chwilę usztywnią.