Secrets of London
[8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns (/showthread.php?tid=5078)



[8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Dacre Black - 21.08.2025

08.09.1972 - Umrę, a cię znajdę



Nie podobało mu się to, co zrobił: ciążyło mu, że pozostawił tę kobietę samą sobie, że odszedł od niej i pobiegł szukać swojego przyjaciela wśród tego całego dymu i ognia. Że ludzie ginęli wokół niego, a jedyne, o czym on teraz był w stanie myśleć, to czy jego przyjaciel żyje i jest bezpieczny. Mógł przecież być wszędzie: mógł być w mieszkaniu, mógł wyjść z kolegami na piwo, mógł choćby spacerować po pieprzonym parku. Tak, w nocy. Mógł robić cokolwiek i być gdziekolwiek, nawet poza Londynem. A Dacre i tak leciał jak idiota, przedzierając się przez kłęby dymu i słupy ognia, żeby dotrzeć wreszcie na Aleję Horyzontalną, do pubu Ozzy'ego. Bo najpewniejsze miejsce, gdzie mógł być, to było właśnie tam. Bo najpewniej był o tej porze w pracy, przygrywając klientom na swojej magicznej gitarze, uwodząc ich swoim głosem.

Myśl, że mogłoby go zabraknąć była dla Dacre przerażająca, nie do przyjęcia. Nie był pewien, co by zrobił, gdyby okazało się to prawdą, ale nie mógł sobie tego nawet wyobrazić: jego przyjaciel był z nim niemal do zawsze i tam miał pozostać' bez niego dalsze życie nie było możliwe. Wampir był przerażony, że Lupinowi mogło stać się coś złego. Nie przyjmował w ogóle do świadomości, że ten mógłby nie przeżyć mimo, że widział, jak wielkich zniszczeń dokonał ogień. Mimo, że mijał po drodze rodziny wyjące z bólu, bo ktoś został w budynku. Mimo, że mijali go czasem biegnące płonące postacie. Że kłęby dymu zasłaniały mu widoczność, że jęzory ognia wyłaniały się co chwilę z tych kłębów, że było potwornie gorąco - nie do wytrzymania. Kilka razy Darce miał wrażenie, że nie da rady dotrzeć do Osirisa, że padnie osłabiony, niezdolny do dalszego ruchu, bo było za gorąco. Owszem, był wampirem, więc ogień nie mógł go zabić, ale przecież mógł skutecznie spowolnić... chyba. Być może to było jedynie przypuszczenie, wysnute na podstawie tego, że naprawdę ciężko było mu się poruszać wśród tych płomieni; ciężko było mu przebyć nawet kilkadziesiąt cali, nie mówiąc już o tym, że miałby pokonać wiele setek metrów. Sam nawet nie wiedział, jak dotarł ostatecznie do celu, ale gdy zobaczył, że pub przyjaciela też jakimś cudem przetrwał, nieznacznie się uspokoił.

- Ozzy! - zawołał - Osiris! Lupin! Luniaczku! Gdzie jesteś?!

Głos mu się nieco łamał, ale tylko dlatego, że był teraz przerażony wszystkim tym, co się działo - wierzył, że jego przyjaciel żyje, że nic mu nie jest, skoro pub przetrwał. Po prostu nie widział go w tym całym dymie, płomieniach i wszechogarniającym przerażeniu; wśród tych wszystkich biegających na wszystkie strony ludzi - Ozzy!!!

Nie miał pomysłu, jak lepiej zlokalizować przyjaciela. Nie chciał jednak uwierzyć, że coś złego mu się stało. To nie było możliwe.


@osiris lupin


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Osiris Lupin - 21.08.2025

Pub Ozzy'ego nie wyglądał źle, to fakt. Prawdę mówiąc w ogólnym rozrachunku niewiele mu się stało - raptem wybite okno, zniszczony kawałek dachu i upiorna sadza na ścianach, która miała jakiś dziwny vibe, którego Osiris nie potrafił wyjaśnić. Nie dotykał jej, zbliżył się do niej jedynie, ale wyczuwał od niej coś dziwnego, coś magicznego, co sprawiało, że nie miał ochoty przebywać w środku dłużej. Sam nie wiedział jakim sposobem był cały i zdrowy, bo w pewnym momencie na ulicy za oknami zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, ale jakimś cudem płomienie nie dosięgły ani jego bezpośrednio, ani większej części lokalu.

Zdawał sobie sprawę z tego, że spora część ulicy Pokątnej i przylegających do niej alejek płonęło, przypuszczał też, że nie była to jedyna część Londynu, która zajęła się ogniem, ale niekoniecznie mógł mayśleć o całym Londynie jako o miejscu, które było zajęte pożarem. W pewnym momencie tak, jasne, przeszło mu to przez myśl, ale dosłownie w tej samej chwili uświadomił sobie, że jego przyjaciel również miał swój biznes na terenie stolicy Wielkiej Brytanii, a samo myślenie o tym, że cokolwiek mogłoby mu się stać było dla niego nie do przeskoczenia i gdy choćby na chwilę próbował sobie wyobrazić, że Blackowi mogła się wydarzyć jakaś krzywda, że mógł zostać ranny, zabity... jego organizm odmawiał posłuszeństwa. Być może to właśnie było przyczynkiem do tego, że większość czasu, w którym pożar szalał po londyńskich ulicach, on spędził w swoim lokalu, gapiąc się na ślady dłoni, odciśnięte jakby w sadzy znajdującej się na ścianach jego pubu, nie mogąc dosłownie się poruszyć.

Prawdopodobnie gdyby nie to, że usłyszał wołanie, a konkretnie swoje imię, nazwisko i specyficzną ksywkę, którą Black go obdarował niedługo po tym, gdy dowiedział się, że Lupin jest wilkołakiem, siedziałby w swoim ukochanym "Casa Luz" póki się tylko dało. Słysząc jednak to wszystko i doskonale zdając sobie sprawę kto może go wołać w ten określony sposób ruszył się wreszcie z miejsca i wyszedł przed swój lokal, otwierając drzwi i wytaczając się niemalże na zewnątrz, w otoczeniu kłębów dymu.

- Black... - wymamrotał tylko, wpadając niemalże od razu w ramiona stojącego tuż przed progiem Dacre, w którego od razu się wtulił, przytulając twarz do jego ramienia i zamykając oczy. Czuł się oszołomiony, więc nie wszystko co działo się dookoła do niego docierało, ale obecność przyjaciela zarejestrował i chyba tylko ona w jakikolwiek sposób utrzymywała go w ryzach, w świadomości tego, co działo się dookoła. - Jesteś cały...? - wymamrotał, odsuwając się od jego ramienia i ujmując twarz Dacre w dłonie, spoglądając przy tym w oczy przyjaciela, którego - choć jego mózg nie chciał tego zaakceptować - bał się, że już więcej nie zobaczy. - Tenía miedo de perderte para siempre... - wymamrotał, jakby zupełnie zapominając, że jego przyjaciel nie jest aż tak bardzo hiszpańskojęzyczny, jak on sam.



@dacre black


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Dacre Black - 21.08.2025

Kiedy przez jeszcze dłuższą (w jego odczuciu) chwilę nikt nie wychodził z tego cholernego pubu, Dacre był coraz bardziej zestresowany. Nie mieściło mu się w głowie, że jego przyjaciel mógłby nie żyć - to było zupełnie niepojęte, nie do wyobrażenia, nie do przyjęcia. To nie mogło się wydarzyć. Mimo to ta cisza, ta pustka, gdy on nie wychodził, zdawała się wampirowi wiecznością, przepełnioną bólem, przerażeniem, rozpaczą, błaganiem... głównie błaganiem - by to nie była prawda, byleby nie okazało się, że jego już nie ma. On musiał żyć. Musiał!

Gdy więc wytoczył się ze środka, Dacre odetchnął z ulgą, podbiegając do niego, żeby go przytrzymać i jednocześnie przytulić do siebie mocno. Trzymał go rozpaczliwie, jakby miał go już nigdy więcej nie zobaczyć - bo w pewnym momencie jednak wystraszył się, że wszystko na nic, że za późno przybył, że już nie zobaczy przyjaciela. Że to wszystko skończone. Że już nie ma dla kogo istnieć.

- Za cholerę nie wiem, o czym mówisz - powiedział łamiącym się głosem, patrząc mu w oczy po tym, jak Ozzy odsunął się od niego i ujął jego twarz w dłonie - ale nie masz pojęcia, jak bardzo cieszę się, że żyjesz. Nie mógłbym być bez ciebie, jesteś dla mnie najważniejszy.

Zapewne rodzina by się oburzyła, gdyby słyszała te słowa, ale Dacre teraz nie zastanawiał się nad tym, co gada, tylko mówił to, co dyktowało mu jego serce - nieważne, że martwe. Naprawdę był przerażony tym, co się działo i martwił się o przyjaciela; najważniejsze było dla niego życie wilkołaka, a wszystko inne było zepchnięte na dalszy plan. To nie to, że nie martwił się o losy członków rodziny, ale prawda była taka, że z nimi nie był tak silnie związany, jak z Osirisem, więc ich bezpieczeństwo było dla niego na drugim miejscu.

- Nie wiem, co się dzieje, ale to na pewno nie jest nic naturalnego - powiedział, nieco bardziej odsuwając się od Ozzy'ego po tym, jak tulił go jak najcenniejszy skarb przez cały czas, póki Lupin sam nie postanowił się od niego oderwać - Pożar objął chyba cały Londyn, bo w Bloomsbury jest to samo. Nie wierzę, że płoną tylko te dwie dzielnice: czarodziejski Londyn i Bloomsbury, to musi być coś większego. Coś jest nie tak, tylko nie wiem jeszcze, co.

Nie zauważył jeszcze Mrocznych Znaków, widniejących na niebie nad miastem: nie interesował się tym, co dzieje się na niebie, a poza tym dym był za gęsty.


@Osiris Lupin


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Osiris Lupin - 22.08.2025

Ozzy był półprzytomny i czuł się trochę tak, jakby trwał w jakimś letargu albo bardzo dziwnym śnie, w którym jedyną realną rzeczą był stojący przed nim Dacre, na którego policzkach spoczywały dłonie wilkołaka. Szalejący po Pokątnej ogień wydawał mu się w tym momencie nie do końca prawdziwy, trochę jak bohater drugoplanowy w jakimś mugolskim filmie. Niby zdawał sobie sprawę z tego, że ogień niósł zniszczenie, widział sadzę na swoich ścianach, widział uszkodzoną część dachu, teraz widział dodatkowo płonące budynki na Alei Horyzontalnej, słyszał krzyki ludzi, chyba nawet widział przebiegające postacie, które albo były poparzone, albo wręcz płonęły... ale większość z tych rzeczy do niego nie docierała. Tak naprawdę teraz widział tylko Dacre, który był jego kotwicą pomiędzy rzeczywistością a kompletnym odlotem.

Nie mógłbym żyć bez ciebie, jesteś dla mnie najważniejszy.

Te słowa odbijały się teraz echem w jego głowie, zupełnie jak najpiękniejsza melodia na świecie i cudem zwalczył w sobie chęć pocałowania Blacka, tutaj, na tej płonącej alei, pośród wrzasków przerażonego tłumu. On był szczęśliwy i więcej nie potrzebował - najważniejsze stało teraz przed nim, patrząc na niego tymi swoimi pięknymi, głębokimi oczami, jak na najcenniejszy na świecie skarb.

- Powiedziałem, że... - zawahał się chwilę, przesuwając dłonie z policzków Dacre na jego szyję, aż wreszcie wylądowały ona na ramionach mężczyzny. - Że bałem się, że stracę cię na zawsze. - przełknął ślinę, znów spuszczając wzrok. - Ty też jesteś dla mnie najważniejszy, Black. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało... - oparł głowę o ramię przyjaciela, biorąc głęboki oddech.

Trwał tak jeszcze przez chwilę, blisko niego, aż w końcu odsunął się trochę, wyplątując się z objęć Dacre i wsłuchując się w jego słowa, choć nadal miał wrażenie, że niewiele do niego docierało - ta cała sytuacja wydawała mu się tak abstrakcyjna, że chyba przekraczała granice jego pojmowania, po prostu.

- Też nie sądzę, żeby pożar dotyczył tylko tych dwóch dzielnic... - westchnął ciężko i zacisnął dłoń na jego łokciu, jakby starając się na swój sposób go wesprzeć. - Jedziemy sprawdzić co z twoim domem? Potem możemy pojechać do mojego. Wolałbym... się nie rozdzielać. - przełknął ślinę, jakby samo myślenie o tym sprawiało mu ból. - Zostawiłem motocykl w okolicy Dziurawego Kotła, w mugolskich garażach. Możemy go zgarnąć i... jechać.


@dacre black


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Dacre Black - 22.08.2025

Początkowo nie dotarło do niego, że Osiris jakby się "zawiesił" po tym, jak usłyszał, że jest najważniejszy dla Dacre - dla wampira to też były wiele znaczące słowa, bo były z głębi jego serca i teraz wyrwały się w obliczu zagrożenia, trochę poza jego świadomością. Były najczystszą prawdą, wypowiedzianą trochę ze względu na to, że przecież mogło się zdarzyć, że faktycznie Ozzy zginął w tym pożarze. Cholera, na pewno dużo ludzi poumierało przez te płomienie! A Dacre nie wybaczyłby sobie, gdyby nie powiedział mu, jak bardzo jest ważny w życiu wampira. Oczywiście sądził, że wilkołak i tak o tym wie, ale co innego to wiedzieć, a zupełnie co innego - usłyszeć.

Dopiero po chwili zorientował się, że ma palce mężczyzny na policzku i że przesuwają się one w dół, na jego szyję. Zamrugał i popatrzył na Ozzy'ego nieco zaskoczony; spojrzał w te jego błyszczące miłością oczy i uśmiechnął się niepewnie - trochę wystraszony, a trochę szczęśliwy. W jego własnych oczach odbijały się płomienie, gdy na moment sam zamarł, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć na to wyznanie: było teoretycznie takie samo, jak jego własne... Dobrze, prawdę mówiąc, było dokładnie takie samo, tylko Dacre nie bardzo mógł mówić takie rzeczy. Nie mógł czuć takich rzeczy. Jego wyznanie w teorii było wyznaniem przyjaciela do przyjaciela (w praktyce było czymś więcej, ale wampir sam nie do końca zdawał sobie z tego sprawę); a słowa Osirisa były wyznaniem kogoś, kto kocha.

Przytulił w końcu Lupina mocno, obejmując znów w taki sposób, jakby chciał go chronić przed całym złem tego świata.

- Nie wiem, czy damy radę przejechać przez ten ogień - powiedział, patrząc niepewnie na to wszystko, co się wokół działo. Wielu czarodziejów wyczarowywało wodę ze swoich różdżek, część próbowała rozproszyć zaklęty ogień przeciwzaklęciami, inni próbowali innej magii... Pub Osirisa też płonął, ale zdawał się nie zajmować ogniem w całości, a jedynie częściowo - jakby płomienie nie zamierzały za bardzo uszkodzić tego budynku, a jedynie trochę, odrobinkę. Tak, żeby zaznaczyć swoją obecność - Wszystko płonie, ten ogień jest... przerażający.

Głos mu się nieznacznie łamał, gdy patrzył na to wszystko. Nie bardzo wiedział, co robić, za co się wziąć: czy rzeczywiście jechać do domu i patrzyć, co się tam działo, czy raczej zostać tu i pomagać ludziom, bo to mógł bezpiecznie zrobić, bez żadnych głupich oskarżeń o czary w obecności mugoli. Tu miał jakąkolwiek sprawczość, tutaj mógł... przynajmniej nie czuć się bezużyteczny w obliczu tragedii. Z drugiej strony ich dobytek też z pewnością płonął i trzeba było go ratować - o ile jeszcze zostało coś do ratowania.

- Przede wszystkim... - zaczął i odsunął się trochę od przyjaciela, zaczynając przeszukiwać swoje kieszenie, żałując teraz, że oddał tamtej kobiecie jej ubrania, bo teraz by się przydały. W reszcie zdjął własną koszulę i owinął nią twarz Osirisa w taki sposób, żeby mógł cokolwiek widzieć, ale żeby oddychał przez materiał. Oblał też ich obu wodą wyczarowaną z różdżki, żeby ogniowi ciężej było ich obu dosięgnąć - Zapomniałem, że ty musisz oddychać i że z pewnością nie jest ci łatwo w tym całym dymie.

Na pieczenie oczu niestety nie mógł nic poradzić, ale trudno się mówi: to musieli jakoś przeżyć.

- Też wolę się nie rozdzielać - wymamrotał, w końcu odsuwając się od przyjaciela na tyle, że już się nie tulili. Rozejrzał się znowu, zastanawiając, co dalej robić. Zauważył jakąś postać, wybiegającą z budynku nieopodal - ten człowiek płonął. Dacre nawet nie wiedział, kto to, ale nie liczyło się to dla niego w tym momencie szczególnie - to był jeden z czarodziei... ważne było tylko, czy miał krew mugolską, czy był półkrwi lub czystej. Miał ochotę skierować różdżkę w stronę tej osoby, ale się zawahał, zaciskając zęby, kiedy słyszał jej wrzaski. Ostatecznie jednak skupił wszystkie swoje siły i wyczarował strumień wody, kierując go w stronę tej osoby - która teraz padła już na ziemię i tarzała się po niej w agonii. Strumień wody ugasił powoli - porażająco powoli - tańczące po niej płomienie, ale postać przestawała się ruszać. Po ugaszeniu ognia postać leżała nieruchomo na ziemi, częściowo zwęglona; ciężko było stwierdzić, czy żyje.


@Osiris Lupin


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Osiris Lupin - 22.08.2025

To prawda, słowa Osirisa były wyznaniem kogoś, kto kocha. Kto kocha z całego serca, tak mocno, że często aż bolało. Kogoś, kto boi się, że jeśli wyzna miłość, to jego dotychczasowe życie się zawali - bo ten, którego kochał, był jednocześnie jego przyjacielem, i to od dzieciaka właściwie, i bez którego nie wyobrażał sobie życia. Jeśli powiedziałby mu o swoich uczuciach, a Black postanowiłby zerwać z nim kontakt - w końcu jego rodzina i tak nie była zachwycona z powodu tego, że przyjaźnił się z kimś półkrwi, w dodatku z wilkołakiem... więc jeśli jeszcze w dodatku okazałoby się, że ten półkrwi czarodziej z klątwą linkatropii jest zakochany w ich dziedzicu, to na pewno oznaczałoby to koniec ich znajomości. A na to Osiris nie był i nigdy nie będzie gotowy. Więc... mimo że naprawdę kochał Dacre i że jego serce biło od lat tylko dla niego, to nie miało to żadnego znaczenia: musiał zatrzymać to na siebie.

W tych okolicznościach jednak ciężko było mu udawać, że nic nie czuje, zwłaszcza, że bał się, że więcej mogą się nie zobaczyć, a Dacre jeszcze - pal go licho! - postanowił mu powiedzieć, że Lupin jest dla niego najważniejszy. Nie wiedział czy powinien rzucić mu się na szyję i go pocałować czy jednak dać mu w mordę i nawrzeszczeć na niego, ostatecznie więc wybrał opcję trzecią: korzystanie z jego bliskości i tulenie się do niego tak długo, jak tylko się dało.

Popatrzył na niego zaskoczony, gdy ten zdjął swoją koszulę i owinął nią jego twarz, stwierdzając głośno, że nie pomyślał, że Ozzy przecież musiał oddychać. On sam również o tym teraz nie myślał - zbyt zaaferowany całym tym pożarem, ogniem tańczącym na ścianach jego pubu i świadomością, że mógł stracić przyjaciela, ale faktycznie, czuł już nieprzyjemne skurcze w płucach i zauważył to dopiero teraz, gdy Black dzięki swojej koszuli ułatwił mu oddychanie bez narażania go na wdychanie gryzącego dymu.

Jak zahipnoptyzowany obserwował jak Black wyciąga różdżkę i kieruje promień wody na biegnącego w płomieniach człowieka. Dopiero po chwili do Lupina dotarło, że człowiek ten nie przebiegał przez ogień, próbując uciec, a że to on sam płonął, że te płomienie ognia tańczyły na jego ciele, a nie dookoła niego. Obserwował, jak mężczyzna opada na ulicę, jak przez jakiś czas rzuca się, ewidentnie cierpiąc, a w końcu jego ciało zamiera. Nie zauważył, że wstrzymał oddech podczas całej tej obserwacji, ale w końcu wypuścił powietrze z ciężkim, drżącym jękiem.

- Czy on... - wymamrotał, nie odrywając wzroku od tego człowieka i próbując dostrzec jakikolwiek, nawet najmniejszy ruch. - nie żyje?


@dacre black


RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Dacre Black - 23.08.2025

Wampir jeszcze przez chwilę (wciąż: wydającą się wiecznością, kiedy brało się w tym wszystkim udział, ale w rzeczywistości to były chwilę - wszystko to razem wydarzyło się w ciągu najwyżej kilku minut) stał jak zamurowany i patrzył na leżącą na chodniku postać. Dopiero głos Osirisa wyrwał go z tego otępienia wywołanego szokiem.

- Co...? - popatrzył na przyjaciela półprzytomnie, a później znów spojrzał na tamtego człowieka - Nie wiem. Możliwe. Tak czy inaczej nie jestem w stanie mu bardziej pomóc.

Taka też była prawda: nie mógł nic więcej zrobić, bo nie znał się na uzdrawianiu, nie miał ze sobą eliksirów, nie mógł nawet odciągnąć tej osoby w bezpieczne miejsce. Jedyne, co mógł dla niej zrobić, to ugasić ten ogień, ale tu wszędzie było niebezpiecznie i upiornie gorąco.

- Chodź, faktycznie trzeba się stąd wydostać i sprawdzić nasze domy.

Pociągnął przyjaciela za rękaw w stronę Pokątnej, żeby stamtąd jakoś przedostać się do dzielnic, w których mieli swoje mieszkania. Nie bardzo wiedział, jak to zrobić - czy jazda na motocyklu była w ogóle możliwa w tych warunkach? Chyba nie bardzo, ale zdawało się, że nie mają innego wyboru. Mało prawdopodobne, żeby Sieć Fiuu działała - zresztą nawet jeśli, to przecież nie było gwarancji, że przy podróży kominkiem nie trafi się prosto w paszczę smoka, zupełnie dosłownie. Mogli przecież wyskoczyć z kominka wprost w płomienie, co z pewnością nie wyszłoby im na zdrowie.

Dacre chciał pomóc tutaj, chciał móc coś zrobić, ale rzeczywiście bał się o swój dobytek i potrzebował sprawdzić, w jakim stanie są ich domy. Postanowił sobie, że jeśli okaże się, że płoną, to mimo wszystko zacznie je gasić, choćby i na oczach mugoli - Ministerstwo doprawdy nie miało prawa się do tego przyczepić w tych warunkach.




RE: [8.9.72 | Dacre&Ozzy] And it burns, burns, burns - Osiris Lupin - 23.08.2025

Ozzy jedynie skinął głową, w milczeniu zgadzając się z tym, że Black nie mógł pomóc bardziej tamtemu człowiekowi. Żaden z nich nie znał się aż tak na uzdrawianiu, żeby próbować się tego podjąć, więc jedyne co mogli zrobić, to właśnie to, co zrobił chwilę wcześniej wampir. Czy ten człowiek przeżyje czy nie... to już tak naprawdę zależało wyłącznie od tego ile będzie miał szczęścia.

Pozwolił pociągnąć się Blackowi za rękaw, bo i tak nie miał za bardzo pojęcia co mogliby zrobić tutaj więcej, a faktycznie zależało mu też na tym, żeby sprawdzić jak się mają ich domy. Wodził wzrokiem po budynkach, które mijali biegnąc w stronę Dziurawego Kotła, zastanawiając się mimowolnie czy znajdują się w nich ludzie i czy gdyby nie był takim tchórzem, to mógłby kogoś uratować... Z drugiej jednak strony nie był ani bohaterem, ani uzdrowicielem, a ryzykowanie własnego życia, żeby być może uratować kogoś innego jakoś nie było w jego stylu.

Gdy w końcu wsiedli na motocykl Lupina ten odpalił swój dwukołowiec i niemalże z piskiem opon ruszył przez Londyn, oddalając się od Dziurawego Kotła i kierując się w stronę Camden Town. Nie konsultowali tego wcześniej, ale Osirisowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby mieli jechać najpierw do jego własnego domu. Zawsze myślał o sobie w drugiej kolejności, najpierw dbając o rodzinę i przyjaciół, a dopiero później o siebie, a tym razem chodziło konkretnie o Dacre, który zawsze był dla niego najważniejszy, więc... nie było nawet opcji, żeby pojechali najpierw do Archway.

Starał się jechać szybko, żeby jak najkrócej narażać siebie i Blacka na działanie płomieni i jednocześnie na tyle bezpiecznie, żeby nie spowodować żadnego wypadku drogowego (bo jeszcze tego by im brakowało w momencie, gdy spora część Londynu płonęła). Płomienie wgryzały się w Londyn jak bestia łapczywie pożerająca miasto. Ulice były rozpalonymi korytarzami, szyby w oknach pękały z trzaskiem, a nad dachami unosiły się języki ognia, jakby ktoś próbował zamienić całe niebo w żywą pochodnię. Osiris i Dacre pędzili na motocyklu, oślepiani blaskiem, ogłuszani rykiem płomieni i odległym hukiem walących się budynków. Silnik wył jak ranne zwierzę, ale wciąż ich niósł naprzód, przez piekło utkane przez Śmierciożerców. Wiatr smagał ich twarze, niosąc gryzący dym, a powietrze było tak gęste, że każdy oddech palił płuca.

Nagle wyrosła przed nimi ściana ognia – żywioł nie do ominięcia. Ozzy, zaciskając dłonie na kierownicy, wbił się w nią, wybierając ból zamiast zatrzymania; nie mogli też zawrócić, bo nie było gdzie wracać, wszystko trawił ogień. W jednej chwili motocykl zniknął w pomarańczowo-białej paszczy.

Krzyk Osirisa zniknął w ryku ognia. Gorąco wdzierało mu się przez ubranie, kłuło jak tysiące igieł. Czuł, jak płomienie liżą jego tors, rozdzierając powietrze wokół klatki piersiowej, a ból uderzał go falą, która zaciemniała wzrok. Gdy wreszcie wypadli z paszczy ognia zatrzymał się gwałtownie, w bezpiecznej odległości od płomieni i ugasił swoją płonącą kurtkę, przyklepując ją odzianymi w rękawice motocyklowe dłońmi. Nie wiedział w jakim stanie był Dacre, ale zanim mógł się odwrócić w stronę przyjaciela musiał ogarnąć sam siebie; nie będzie w stanie nijak pomóc przyjacielowi, jeśli sam zginie, prawda?


Koniec sesji

@dacre black