![]() |
|
[Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me (/showthread.php?tid=5103) |
[Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Lazarus Lovegood - 05.09.2025 Grudzień 1965
Lecznica Dusz Najpierw obudził się jego umysł. Myśl szamotała się w nim, przerażona i dzika, ale tak szczelnie otulona watą otumanienia - eliksirami, brakiem krwi, nie do końca odzyskaną świadomością - że nie był w stanie odczuć w pełni tego przerażenia. Ale wiedział. Żył. O kurwa… To była jego pierwsza myśl. Zanim jeszcze otworzył oczy, zanim uświadomił sobie, jak beznadziejne są desperackie próby powrotu do stanu cudownego niebytu, niemyślenia, nieczucia. Druga brzmiała: Nawet to zjebałeś. Powoli zaczął sobie uświadamiać własne ciało. Jego głowa była ciężka i obolała. Ręce - jakby spętane, czy… czy przywiązali go do łóżka?... dłoni nie czuł w ogóle. Poddał się i otworzył oczy. Ciemny pokój. Szary sufit. Prawdopodobnie biały w dziennym świetle. Nie Powoli, jak człowiek wstający z grobu, a nie ze szpitalnego łóżka, przekręcił się na bok. Nie przywiązany. potrafisz Ciężkie, osłabione ciało było jedynym, co ograniczało mu swobodę ruchu. Spojrzał na siebie - był ubrany w szpitalną, pasiastą piżamę. Umyty. zrobić Jego przedramiona były pokryte grubą warstwą bandaży. Gdy spróbował poruszyć palcami, ledwo to czuł. Musiał uszkodzić ścięgna albo nerwy. nawet Właściwie to… był człowiekiem wstającym z grobu. tego. Gdyby mógł płakać, to pewnie by się rozpłakał. Bez kontroli. Bez godności. Bez woli. Ścisnęło go w dołku, ale nie mógł już płakać. Jego ból był na to zbyt wielki. Siedział na łóżku, odrętwiały, i patrzył w ciemność, rozświetlaną nocnym oświetleniem szpitala, nie wiedział, jak długo. Głos w głowie wycedził ostatnie zdanie z bezbrzeżną pogardą. I zamilkł, jakby nawet on brzydził się kontaktem z gospodarzem. Sekundy - uderzenia serca - minuty - przepływały obok. Pozwalał na to. Sen był najbliżej nieistnienia, jak mógł się obecnie znaleźć, ale Lazarus nie spodziewał się, żeby udało mu się teraz zasnąć. Więc wybrał najbliższą dostępną rzecz, ten stan pustki, dysocjacji, zawieszenia. Trwał w nim, niemal zapomniawszy, że nadal jest uwięziony w życiu, aż… O k n o . Powoli, jakby nie był panem własnych ruchów, odwrócił głowę w tamtą stronę. Może da się to naprawić. Wstał i podszedł do okna. Było prawdziwe. Być może iluzoryczne okna i iluzoryczne światło nie działały tak dobrze na pacjentów. A może po prostu takie permanentne iluzje były za drogie. Z pewnością zadbali o to, by było zamknięte, prawda? Prawda?.. Obawiasz się tego, czy masz na to nadzieję… porażko udająca czarodzieja? Wyjrzał przez szybę w jasną, grudniową noc. Oczywiście, że było zamknięte. RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Helloise Rowle - 15.09.2025 Zimno było, śnieg padał, ściemniało się coraz bardziej, wieczór nadchodził. Zima. Przez las zasypany śniegiem, w zmroku idzie dziewczynka bosa, z gołą głową i coś niesie w fartuszku. Dlaczego bosa? To cała historia. Rano miała pantofle, stare i zniszczone, za duże na nią, stare pantofle matki… Choć — chwila — nie, to nie ta historia. Helloise niosła w ręce porządną parę skórzanych kozaczków — więc dlaczego bosa? Otóż w Żonglerze napisali, że termoterapie dziewiczo czystym śniegiem hartują organizm, wpływają pozytywnie na odporność, krążenie, cały szereg wartości zdrowotnych. Kaptur płaszcza czarownica odrzuciła zaś, aby oglądać w świetle migoczącego płomyczka śniegowe gwiazdki osiadające na swoich lokach. Pachnący siarką dym z główki zapałki wbijał się ostrym żądłem w zamarzłe powietrze. Helloise czekała zawsze, aż ogień poliże jej palce tak, jak mróz kłuł ją ostrymi igiełkami w zaczerwienione stopy, i wtedy dopiero gasiła drewienka, jedno po drugim kruszyła je w palcach, aby uwolnić więcej zapachu. Lubiła bawić się ogniem, ogień i siarka przypominały jej dzieciństwo. Lubiła również patrzeć w okna — na cudze dzieciństwo, dorosłość i starość. Lubiła szukać za szybami urywków barwnych, intymnych historii, lecz gdy wyszła z lasu naprzeciw szeregowi okien Lecznicy Dusz, wiedziała, że nie czekają jej bajki o ludziach. Mało było w szpitalu z ludzi. Segregowali ich — każdego wtłaczali do strasznego mieszkania zgodnie z formą, jaką miał przyjąć. Każde okno tych strasznych mieszkań było takie samo. Szpitalna biel miała pacjenta resetować, aby mogli go od zera wytworzyć, wyprać z człowieczeństwa i wszczepić mu nową, syntetyczną głowę niezgodną z jego naturą. W każdym oknie był ten sam pacjent. Tak samo bełkotali, o tym samym bredzili. Zdrowieli. Trochę chodzili, trochę siedzieli ze zwieszonymi głuchymi łbami, ale zdrowieć najlepiej na leżąco. Zdrowieć najlepiej we śnie, we śnie, gdy nie możesz się bronić. Wtedy ich dociskali. Wiedziała to, dlatego nocą przychodziła od czasu do czasu i patrzyła w okna, aby przyłapać doktorów w chwili występku, gdy będą rozkrawać głowy i wyciągać z nich człowieka. Trudno się dziwić, że wszyscy byli tu szaleni. Więcej godności i swobód Helloise dawała swoim kurom niż sanitariusze oferowali kuracjuszom owego przybytku. Czarownica dreptała pod murami Lecznicy, palce u stóp siniały, nos i policzki czerwieniły się, ale była wytrwała. Wtem w jednym z okien ktoś się poruszył. Odpaliła zapałkę: ciepły pomarańczowy ognik wśród biało-burej tajemnicy zimowej nocy. Upuściła trzymane w drugiej ręce buty na śnieg, a z rękawa jej płaszcza wysunęła się różdżka, którą wiedźma wykonała krótki ruch. Coś zaskrobało w okno Lazarusa niby ostry pazur, a na szybie od zewnątrz pojawił się kreślony czarną sadzą napis: JESTEŚ
Różdżka na powrót utonęła w rękawie, gdy kobieta uniosła rękę, aby pomachać nowemu pacjentowi Lecznicy Dusz.
CZŁOWIEKIEM? RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Lazarus Lovegood - 16.09.2025 Lazarus patrzył udręczonym wzrokiem w zimową noc. Przytknął czoło do szyby. Gorące - zimne. Noc odpowiedziała płomykiem zapałki w fioletowym mroku. Błękitnym spojrzeniem spod rozwichrzonych, jasnych włosów. I słowami na szybie. JESTEŚ
CZŁOWIEKIEM? Czy był? C z y m był? Sam fakt tego, że jesteś, w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jest obrazą dla świata… Lazarusie. Był pacjentem. Był niedoszłym samobójcą. Był ludzkim organizmem nafaszerowanym eliksirami tak, że ledwo chodził. Że nie był w stanie przypomnieć sobie twarzy, tamtych, które winien był pamiętać do swojego marnego, zasłużonego, udaremnionego właśnie końca. Czy, jako pacjent Lecznicy Dusz, był szaleńcem? Niemożliwe - przecież podjął decyzję o samounicestwieniu na podstawie logicznych argumentów. Nie w jakimś napadzie emocji, nie w afekcie, nie pod wpływem alkoholu czy narkotyków, tylko w wyniku procesu myślowego. Zawiodłeś pokładane w tobie zaufanie. Popełniłeś błąd. Zginęli ludzie. Przez ciebie zginęli ludzie. Jeden z nich zginął, by cię uratować. Nie zmyjesz z siebie winy. Nie uwolnisz się od tego. Będziesz śnił jego ciało do końca swoich dni, o ile w ogóle zdołasz zasnąć. Jedna droga. Jedna pokuta. Jedno rozwiązanie. Jeden. Logiczny. Wniosek. Kiedyś, jeszcze w zeszłym roku, w poprzednim życiu, był archeologiem. Był kimś, na kogo liczyli inni. Był potrzebny. Wtedy był szczęśliwy i był człowiekiem. Teraz? Teraz był w i n n y . Ale noc, cicha, spokojna i mroźna, skrobała mu w szybę i patrzyła mu w oczy. Czy to już? Czy wystarczająco długo wpatrywał się w otchłań? A potem… pomachała mu. Powinieneś odpowiedzieć. Nie miał różdżki. Podniósł swoje okutane opatrunkami przedramiona do oczu - do okna. I tak nie dałby rady czarować. Przeszło mu przez myśl, że mógłby spróbować odwinąć bandaże i odpisać… ale nie miał na tyle sprawnych dłoni. Krew na szybie. Rano rozpętałoby się pewnie pandemonium. Spojrzał na sylwetkę stojącą pod jego oknem i stanowczo, wyraźnie pokiwał głową. Jego ruda czupryna musiała być doskonale widoczna nawet na tle pogrążonego w półmroku wnętrza izolatki. Dla pewności, ułożył dwie białe, bezużyteczne kukły rąk w literę T. Mimo wszystko, mimo swoich starań, mimo tego, że nie zasługiwał, że był wadliwym egzemplarzem, z biologicznego punktu widzenia… był człowiekiem. Jeszcze. Wciąż. Niestety. Żywym.
Przynajmniej z biologicznego punktu widzenia. Nie zastanawiał się, kim - lub czym - była ta ciemna postać na dole. Jak dla niego, mogła być kobietą, urojeniem, Matką we własnej osobie, albo nawet samą kostuchą, która przybyła, by zabrać go do Limbo. Albo z powrotem do ziemi, do nieskończonego cyklu, w którym materia krąży, a energia przepływa. Tam, w każdym razie, gdzie jego miejsce. Wziąłby ją za zimną, kościstą rękę i poszedłby bez oporu. RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Helloise Rowle - 05.10.2025 Czuła się tak cudownie wolna, gdy patrzyła w okno więźnia Lecznicy. Mogła odwrócić się i odejść, on tu zostanie: złamany i bezwolny, oddany na łaskę i niełaskę uzdrowicieli. Zabiorą mu głowę, zabiorą mu wolę. Zostanie z nimi na zmarnowanie. Wyrok skonania nędzniejszego niż to, które sam sobie zasądził. Helloise nie znała jego historii, lecz mogła ją wyczytać z zabandażowanych rąk. Opatrunki były świeże — nie był tam długo, Lecznica jeszcze nie zdążyła go strawić. Miał w sobie wciąż człowieka — widziała to w tym, jak kiwał głową, jak dawał sygnały rękami. POZOSTAŃ
— zmienił się układ popiołów na jego szybie.CZŁOWIEKIEM Zapałka zgasła. Rozbłysła ponownie kolejnej nocy. Kolejnej i kolejnej. Szyby szeptały mu otuchę i wskazówki. Opowiedz im, jak dobrze działają nowe eliksiry. Powiedz im, że żałujesz. Drugi raz byś tego nie zrobił. Szeptały, jak wyjść z izolatki, jak dostać przywilej wizyty w ogrodzie. Jak stąd wyjdziemy. W bezwietrzne noce za oknami Lazarusa pląsały papierowe zabawki, gdy zaś wiatr dął, fruwały za nimi drewniane kukły i wystawiały swój niemy teatr lalek. Opowiadały legendy o wojowniczym królu Arturze, o olbrzymach rzucających ogromny cień na ściany izolatki i o smokach, które wypuszczały z paszcz zaklęte iskierki. Jednego dnia Artur poskromił smoka, drugiego dnia smok poskromił Artura, trzeciego dnia smok z Arturem się zerżnęli. Helloise nudziła się zimą, więc zaklęte animacje zabawiały i ją. Czasem nie przychodziła przez kilka nocy, czasem powracała jednej kilkukrotnie. W zaciszu swojej chaty pracowała w wolnych chwilach nad brzozową gałązką. Wyrzeźbiła w niej jasną różdżkę z rdzeniem z futra wiewiórki. Zdobienia różdżki były skromne, lecz sam przedmiot wykonano solidnie. Drewno płaczących brzózek było wspaniałe — niewybredne, dopasowywało się do każdej czarodziejskiej ręki i każdego mugolskiego grzbietu. Czyż nie smagnięciem brzozowej witki niemagiczni próbowali wypędzać z opętanych demony? Czyż nie nimi uczyli niepokornych moresu? Tak minął grudzień. W ostatnich dniach tego grudnia w ogrodach Lecznicy leżała ukryta brzozowa różdżka. Czekała, aż Lovegood przyjdzie po nią podczas któregoś ze spacerów dla grzecznych pacjentów. WYJDŹ W
Helloise czekała więc, aż wyjdzie, aby pomóc mu się odrodzić w sylwestrową noc, jak odrodzić miał się i rok. Krążąc przy granicy lasu pod Lecznicą Dusz, czarownica zastanawiała się, czy jeszcze nie jest za późno — czy zostało coś w tym ludziku z okna? Czy nie zabrali mu już zbyt wiele?
NOWE RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Lazarus Lovegood - 08.10.2025 Lecznica Dusz była dobrym miejscem. Strasznym miejscem. Bezpiecznym miejscem. Więzieniem. Wygodnym kokonem. Czasami polem bitwy, czasami cyrkiem. Dla wielu - domem. Białe ściany. Białe łóżko. Szafka. Stolik. Zamknięte okno. Zaklęcia ochronne. Piżama bez sznurków, plastikowe sztućce, jak dla dzieci, golenie tylko przez personel - nigdy sam na sam. Towarzystwo sanitariusza podczas wizyt w łazience - młodszy od Lazarusa chłopak, który ze znudzonym wyrazem twarzy ostentacyjnie patrzył w ścianę, kiedy Lazarus rozbierał się i brał prysznic. Namiastka prywatności. Różdżkę odebrano mu pierwszej nocy, przy przyjęciu. Nie pamiętał tego. Następnego ranka podsunęli mu oświadczenie o dobrowolnym oddaniu jej w depozyt. Podpisał. - Spokojnie, kiedy ocenimy pana stan psychiczny, jako stabilny, a poczytalność jako wystarczającą, oddamy ją panu - nie “jeśli”. “Kiedy”. Profesjonalny optymizm. Przecież jesteś tu, żeby wyzdrowieć. Z czego? Z zabicia człowieka? Mijały dni, jeden podobny do drugiego, śniadanie, leki, terapia, zajęcia grupowe, lunch, hipnoza, czas wolny, kolacja, leki. Zdjęto mu opatrunki i zaaplikowano maści mające usunąć blizny - widoczne ślady jego decyzji i porażki. Do rozkładu dnia dołączyły wizyty uzdrowiciela, który pomagał jego dłoniom wrócić do pełnej sprawności. Ale co ważniejsze, mijały noce. A w nocy przychodziła ona. Nadal nie wiedział, jak ma na imię. Mówiła przez szybę, popielnymi słowami i obrazami, teatrem lalek i cieni. Wypełniała mu długie, mroczne godziny, gdy bał się zasnąć, bo eliksiry, które dostawał, sprawiały, że we śnie czaiły się koszmary, w samotności głosy, a w ciemnościach cienie, inne, niż te jej, wyciągające po niego długie palce i choć codziennie tęsknił do spokoju i wolności śmierci, co noc z rozszerzonymi strachem oczami błagał je: ”Nie tak, nie tak!” Po ośmiu dniach zaczął wypluwać wieczorną porcję medykamentów, bo to było łatwiej ukryć, niż poranną. Uzdrowicielom mówił jednak, że działają, bo tak podpowiadała ona. Był przykładnym pacjentem. Jadł śniadanie. Przyjmował leki lub skutecznie to symulował. Uczestniczył w terapii. Poddawał się hipnozie. - Teraz żałuję. Drugi raz bym tego nie zrobił - mówił - Chcę stąd wyjść. Tak, jak podpowiadała ona. Zanim się zorientował, zaczął wyczekiwać na zmrok, litościwie szybki w grudniowe wieczory, na jej odwiedziny. Na conocne potwierdzenie, że nie była snem ani wytworem jego umysłu. Że nie jest sam. Magipsychiatrzy zauważyli to. - Chciałbym wyjść na świeże powietrze - mówił słowa, które przeczytał poprzedniej nocy na szybie, jej słowa, ale przecież naprawdę tego chciał - Potrzeba mi przestrzeni. Wreszcie pozwolono mu na spacery na świeżym powietrzu. Lazarus wiedział już wtedy, którzy opiekunowie przykładają się do swoich obowiązków, a którzy korzystają z okazji, by zapalić lub pogapić się bezczynnie w niebo. Za drugim razem właśnie taki sanitariusz wyprowadzał go na spacer, jak psa i gdy owinięty po oczy grubym szalem i z rękami wbitymi głęboko w kieszenie odwrócił się plecami od pacjenta, by podziwiać majestatyczny budynek Więzienia Dusz, Lazarus podszedł pod własne okno. Siedem kroków w lewo i trzy w tył. Doskonale obojętnie, jakby bez większego zaangażowania kontemplował roślinę, odchylił butem gałęzie płożącego jałowca. Dwanaście i pół cala. Brzoza i futro magicznej wiewiórki. Cienka i giętka, jak witka. Trochę nierówna. Wrócił do celi, jak grzeczny więzień. Udało mu się ją przemycić i ukryć pod materacem. W popołudniowym czasie wolnym dokończył książkę, którą wypożyczono mu ze szpitalnej biblioteki. Zjadł obiad. Przyjął eliksiry. Umył się w samotności, bo personel spędzający sylwestrową noc w pracy, był chętniejszy do ustępstw. Lazarus wymówił się od wspólnego czekania na północ. Powiedział, że jest zmęczony. Gdy tej nocy przyszła po niego, był gotowy. Nie czekała pod oknem, ale jej papierowy król Artur wskazał mu drogę. Różdżka. Obca, ale akceptowalna. Iluzja, cienka, ale przy odrobinie szczęścia powinna mu kupić jeden obchód nieuważnego strażnika. Dres założony na pasiak szpitalną piżamę. Skoncentrowane Rozproszenie, małe, precyzyjne. Ostrożnie wytopiony kawałek w magicznej barierze. Podszedł do okna. Przyłożył czoło do szyby. Gorące - zimne. Wpatrzył się w śnieg po drugiej stronie. Wdech. Wydech. Pop! Zimno uderzyło go w twarz, w ręce, w mgnieniu oka przeniknęło przez szpitalne kapcie. Zorientował się, że zostawi ślady, więc odwrócił się tyłem do wybranego kierunku, przeszedł kilka kroków, czując, jak mokry śnieg przesiąka prze skarpetki i - pop! teleportował się daleko w tył, za ogrodzenie, tam, gdzie w oddali widniał skraj Kniei. Pospieszna teleportacja nie była dokładna i poślizgnął się na nierównym gruncie. Upadł na dłonie i kolana, ciało, przyzwyczajone do ciepła szpitalnej sali zaczęło drżeć z zimna. Pozbierał się, oszołomiony tym, czego właśnie dokonał i ruszył chwiejnym krokiem w stronę lasu, ślizgając się i potykając na wykrotach. Był wolny. RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Helloise Rowle - 13.11.2025 Liczyła czas, licząc, ile razy przeszła od tego drzewa do tamtego, i z powrotem. Wiedziała jedno: nie będzie jej tu, gdy świat przekroczy granicę Nowego Roku. Tak jak Lazarus nie powinien spędzać Nowego Roku w Lecznicy, tak samo nie powinna i ona wystawać wówczas pod jej oknami. Liczyła więc, aby odejść w porę, jeśliby mu się nie powiodło. Czarodziej nadszedł w czas: w piżamie, drżący, chwiejny, mokry. Nieruchoma na tle białych drzew Helloise patrzyła na ten obraz nieszczęścia i rozpaczy, a wokół niej papierowe rycerzyki pląsały wesoło. Gdy Lovegood znalazł się odpowiednio blisko, otulona brązową pelerynką kobieta z ramionami przysypanymi śniegiem skinęła na niego palcem, po czym bez słowa odwróciła się i poszła w nocny las. Na skostniałej gałęzi drzewa, obok którego wcześniej stała, wisiała ciężka peleryna. Na powalony pniak wskoczyły ciepłe, męskie trzewiki — możliwe, że nie do końca w jego rozmiarze, lecz musiało to wystarczyć. Skoro Lazarus uciekł, mógł oddać się gonitwie. Knieja zimową porą drzemie głęboko pod śnieżną pierzyną. Zaspy tłumią dudnienie kroków, nim ich echo dotrze do serca ziemi — nie zaburzają więc snu. Zaspy, bo przecież przewodniczka nie prowadziła Lazarusa wydeptaną ścieżką, gdy podążali pomiędzy nagimi posępnymi gałęziami drzew uśpionych oraz czapami śniegowymi okrywającymi te wiecznie zielone. Czerń nocy w zimowym lesie zdawała się cięższa jeszcze niż każdą pozostałą porą — nie łagodził jej bowiem kojący szum liści ni odgłosy zwierząt. Czarownica nie dawała się w pełni dogonić, lecz i nigdy całkiem nie znikała sprzed oczu Lazarusa. Migała między konarami drzew. Raz czy dwa obok mężczyzny buchnął ogień z paszczy smoka-kukiełki, który zaraz znikał w mroku. Nie wędrowali wcale długo — kilkanaście minut może — gdy Helloise zatrzymała się nagle. Odwróciła się do uciekiniera z tajemniczym uśmiechem, odpalając pojedynczą zapałkę. Oświetlona chybotliwym płomykiem twarz młodej kobiety, zarumieniona mrozem i wysiłkiem, zdradzała… rozbawienie? — Chodź do mnie, zabiorę cię do siebie — zawołała, wyciągając do niego rękę. Czemu by nie podejść? Lecz pod stopami Lazarusa coś trzasnęło. Nie było to skrzypienie śniegu, który niewątpliwie wciąż miał pod sobą. Lecz co pod śniegiem…? Jeśli odgarnął puch butem, trafił na głęboką czarną toń skutą twardym lodem. Czarownica wyprowadziła Lovegooda na zamarznięte bagno i choćby ów chciał teraz cofnąć się, cofać musiałby się przez nie. To nie to przyjazne jeziorko w Kniei, gdzie tej nocy wielu czarodziejów bawiło się bezpiecznie na łyżwach. Wiedźma wywiodła go na podmokłe tereny, gdzie korzenie bagiennych drzew wbijały się w lód niczym pazury bestii. Gdzieś tu, wśród mokradeł, znajdowała się podmokła pułapka, o której mógł słyszeć, że tuliła kości niezliczonych nieszczęśników, którzy wpadli w jej sidła. Lód trzeszczał — nie był stabilny. Tam, gdzie wicher wymiotł z gładkiej powierzchni śniegi, odkrył czarną taflę przeoraną białymi fraktalami pęknięć. Jak głębokie mogło być bagno pod Lazarusem? Miał pod sobą ledwie kałużę czy gdy lód pęknie, zapadnie się po szyję? — Chodź — ponagliła go roześmiana czarownica stojąca w sercu zmrożonego mokradła. Śmiała się tak, jakby byli dwójką dzieci planujących figiel, nie jakby wywiodła go na zdradliwy lód — niewykluczone, że lód kryjący leśną pułapkę, miejsce ostatniego spoczynku tak licznych. ——— Czy lód pod Helloise się właśnie załamał? [roll=TakNie] Jeśli TAK, głupiutka Helcia wpada w bagno po: (1) kostki (2) kolana (3) pas (4) pas i aktywnie tonie dalej [roll=1d4] Czy to już mordercza podmokła pułapka (1), czy zwykłe bagno (2), z którego wyjdzie zmarznięta i przemoczona? [roll=1d2] RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Lazarus Lovegood - 03.12.2025 Była tam. Dostrzegł ją, ledwie zbliżył się do ciemnej ściany pni na tyle, by odróżnić na jej tle równie ciemno ubraną postać. Zatrzymał się parę metrów od niej i przez chwilę mierzyli się wzrokiem - Lazarus drżący, dyszący parą w mroźnym powietrzu i nagle boleśnie świadom swojego opłakanego wyglądu. Opanował odruch objęcia się ramionami, wyprostował się, ignorując kąsające zimno podobnie, jak ignorował głód, kiedy odmawiał jedzenia albo ból, kiedy kilka tygodni temu wykrwawiał się w wannie. Odruchowo potarł wnętrzem nadgarstka o bok spodni - uzdrowiciele usunęli wszelkie fizyczne pozostałości jego bliskiego spotkania ze śmiercią, ale wspomnienie wciąż było żywe. Kobieta skinęła na niego palcem i znikła między drzewami, a Lazarus pociągnął nosem - zaczerwienionym i cieknącym od mrozu - i niezbornie ubrał się w podarowane rzeczy, zgrabiałe dłonie chowając w kieszeniach wraz z brzozową różdżką. Różdżka! Teraz, kiedy nie musiał uciekać i trząsł się z zimna odrobinę mniej, jego myśli również stały się trochę bardziej koherentne. Przyznał najwyższy priorytet rozgrzaniu się. Wysupłał różdżkę z kieszeni i dotknął nią najpierw butów, a potem płaszcza, które już po chwili zaczęły promieniować lekkim, przyjemnym ciepłem. Kosztowało go to parę sekund straty w pogoni za - psychotycznym majakiem? duchem? czarownicą z głuszy? - ale tropienie na świeżym śniegu było banalnie proste, tym bardziej, że jego przewodniczka najwyraźniej wcale nie planowała utrudniać mu zadania i dziwnym trafem zawsze pozostawała w zasięgu wzroku - ona, lub jedna z jej papierowych kukiełek - mimo, że po zasypanych śniegiem bezdrożach poruszała się o niebo sprawniej, niż Lovegood, nawet rozgrzany ruchem i ciepłem zaklęcia. Las, cichy i uśpiony, pachniał śniegiem. Lazarus wsparł się o jakieś drzewo - jego kora była przyjemnie chropowata pod palcami i wydawała się tylko odrobinę chłodniejsza, niż jego ciało. Był wdzięczny losowi za ten śnieg, dzięki któremu wokół było odrobinę jaśniej. Przedzierał się między drzewami ostrożnie, starając się nie tratować wystających spod śniegu krzaczków i nie obłamywać suchych gałązek. Nie wiedział, jak długo wędrowali przez las - punktowany pozorowanymi atakami papierowych smoków i jego własnymi stęknięciami czas Kniei płynał inaczej, niż zaplanowany i powtarzalny czas szpitala. Wreszcie kobieta zatrzymała się i odwróciła do niego. Chodź do mnie, zabiorę cię do siebie! Pierwsze ludzkie słowa wdarły się w pełną oddechów i szelestów ciszę. Lazarus wzdrygnął się. Szeroko otwartymi oczami patrzył w rozbawioną twarz nieznajomej - czy na pewno? Przecież od tylu nocy wciągała go głębiej i głębiej w obłęd albo, kto wie, może właśnie trzymała przy zdrowych zmysłach? Przestąpił z nogi na nogę i - skrzyyyyp Sapnął tylko jeden raz i przestał oddychać. trzask Spojrzał pod nogi. Ostrożnie, jakby właśnie nadepnął na zapadkę zwalniającą pułapkę w badanym lochu, skierował różdżkę w dół i dmuchnął Translokacją w śnieg. Pod spodem był lód. Pod lodem była czerń. Lazarus nie miał pojęcia, jak głęboko może sięgać woda, ale zdawał sobie sprawę, że nawet, jeżeli nie utonie, to mokry ma spore szanse na śmierć z wychłodzenia. Podniósł wzrok na czarownicę, zastanawiając się, czy taki właśnie był jej plan. Próbował umrzeć w gorącej wodzie i może dlatego właśnie się nie udało? Człowiek rodzi się w ciepłych wodach. Może od umierania są zimne? Krótko zastanowił się, co właściwie o tym myśli. Wciąż patrząc w oczy wiedźmy, poruszył delikatnie nadgarstkiem zwieszonej luźno ręki trzymającej różdżkę. Transmutacja - zamiana lodu w szkło
[roll=Z] Chciał transmutować lód w coś trwalszego, ale tafla poddała się jego ciężarowi i delikatnemu ciepłu generowanemu przez trzewiki dokładnie w momencie, kiedy uderzyło w nią zaklęcie. Lazarus z pluskiem zapadł się w wodę. Krzyknął z zaskoczenia i bólu. Bajoro na szczęście było na tyle płytkie, że uderzył stopami w dno, ale to z kolei było miękkie, a woda wokół pełna ostrych odłamków, z których przynajmniej jeden sięgnął jego skóry, kiedy wpadał. Jasnozielone, pełne desperacji oczy spoczęły na towarzyszce. - Pomóż mi! RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Helloise Rowle - 02.03.2026 Goń mnie — żądała lata temu od innego Lazarusa malutka Helloise. Nie udawało się go namówić zbyt często. Właściwie mogłaby policzyć na palcach jednej ręki, ile razy przekonała najstarszego brata do zabawy w ganianego — dorośli byli bardzo zajęci i nie bardzo im się chciało. Po to były w domu inne dzieciaki, żeby się ze sobą nawzajem bawiły. Tymczasem Hela najbardziej lubiła gonić się z dorosłymi. Młodszego od siebie Leviathana zawsze zostawiała zbyt szybko daleko w tyle, a starszy od niej Seisyll łapał ją w kilku susach. Tylko dorośli krewni rozumieli, że urok zabawy w ganianego leżał w tym, żeby czuć na karku oddech goniącego, ale zawsze wymknąć mu się w ostatniej chwili. Gonitwa tej grudniowej nocy również była nierówna i kontrolowana, i przez to ekscytująca. Nie towarzyszył jednak Helloise strach przed złapaniem, a oczekiwanie — Lazarus to oczekiwanie spełnił. Pozwolił wywieść się na zamarznięte bagna, gdzie ona miała przewagę. Była tu u siebie. Choć mogła sama nie wyjść z sytuacji suchą stopą, co brała pod uwagę, to jakże warte było owe ryzyko, skoro ujrzała mężczyznę w pułapce. Lód trzasnął, załamał się pod nim, czarodziej wpadł w wodę — po kręgosłupie Helloise przeszedł elektryzujący dreszcz. Lazarus znów polegał na jej pomocy, wpadł z jednego więzienia w drugie, i tym razem ona sama wciągnęła go w sidła. Cóż za nieszczęsna istota z tego wymizerowanego Lecznicą chudzielca. Czarownica otulona szczelnie płaszczem, smagana śnieżną zawieją hulającą między drzewami, ruszyła ku Lazarusowi z łagodnym uśmiechem. Wyjęła różdżkę, wolną rękę wyciągnęła ku niemu. Uważała na lód pod swoimi stopami, stąpała ostrożnie, jako że pokrywa była już naruszona i mogła łatwo pochłonąć również ją. — Chodź! — zawołała przez wiatr, pochylając się nad Lovegoodem nisko. Lód złowrogo zatrzeszczał pod jej ciężarem. Kobieta złapała zatopionego w bagno za cokolwiek, co nawinęło jej się pod rękę: ujęła zimnymi palcami jego dłoń, chwyciła kołnierz czy ramię. — Dziś świętujemy. Obróciła się i z trzaskiem deportowała ich oboje. Zniknął ryk wiatru. Zniknęło lodowate bagno. Wylądowali oboje w chacie. Przez to, że deportowali się z różnych wysokości — Lazarus stał niżej, pod poziomem lodu, a Helloise ponad nim — nie zmaterializowali się równo stopami na podłodze, a w powietrzu. Czarodziej miał do ziemi bliżej; czarownica tak wysoko, że łupnęła boleśnie o drewniane klepki i poleciała na plecy. — Och — westchnęła głucho, gdy zabrakło jej na moment tchu. Szybko jednak powrócił dobry humor: — Jesteś wolny. Czyż to nie cudownie? — Gospodyni podniosła się sprawnie do pionu. Wnętrze kuchni chaty na kurzej stopie było przyjemnie ciepłe. Zimą ogień na kominie nigdy nie gasł, nawet pod nieobecność Helloise. Byli tutaj sami, jeśli nie liczyć rzeźbionych masek wyglądających spomiędzy pędów magicznych roślin ustawionych po kątach. Pomieszczenie było zagracone dziesiątkami alchemicznych przyborów, a po kątach zalegały tumany kurzu i pokruszonych suchych ziół; jednocześnie jednak miejsce miało w sobie pierwiastek przytulności. Po raz pierwszy Lazarus mógł z bliska przyjrzeć się młodej czarownicy. Policzki i dłonie miała zaczerwienione od mrozu, spojrzenie nieco odległe. Zdjęła płaszcz. Pod nim była porządna wełniana szata, choć poplamiona i nosząca ślady zużycia. Z pewnością nie należała do kogoś, kto całymi dniami leżał i pachniał bądź pracował zza biurka. Kobieta przyniosła z drugiego pokoju ciężki, gryzący koc i podała go swojemu zmarzniętemu gościowi, aby się ogrzał. — Dlaczego ci to tam zrobili? — zainteresowała się swobodnie, stawiając nad ogniem niewielki kociołek. Po kuchni prędko rozszedł się aromat grzanego wina. RE: [Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me - Lazarus Lovegood - 02.04.2026 Lovegood bez oporu pozwolił się teleportować - upadł na podłogę chaty ze stęknięciem, ale za to z nieco mniejszym hukiem, niż czarownica, bo miał bliżej. Zarejestrował ogień, dach nad głową, brak szpitalnej bieli wokół i wciąż, mimo tych wszystkich turbulencji, obecność różdżki w dłoni. Jakaś atawistyczna część jego mózgu stwierdziła: bezpieczne. Ciało potrzebowało trochę więcej czasu, by nadążyć za rzeczywistością. Wciąż zimne, mokre i wstrząsane dreszczami, wciąż zalane adrenaliną. W obserwację poczynań zbierającej się z podłogi kobiety wdarło się uczucie innej wilgoci na udzie - podejrzanie ciepłej i trochę piekącej. Lazarus spojrzał w dół i przypomniał sobie moment wpadnięcia do wody. Na materiale rozdartych spodni rozlewała się ciemna plama. Druga, podobna, zdobiła kolano przeciwnej nogi. Jego transmutacja musiała być nie tyle nieudana, co spóźniona. No tak - usłyszał przecież trzask jeszcze przed wypuszczeniem zaklęcia. Najwyraźniej podłoże popękało na chwilę przed albo na chwilę po zamianie. Trywialny błąd, pomyślał. Szkło jest oczywistym pierwszym wyborem na zasadzie skojarzenia i podobieństwa. Ma też oczywiste wady. Może powinienem wybrać mugolski plastik? Ból docierał do niego wytłumiony, jak przez ścianę, prawdopodobnie z powodu wychłodzenia. Czarodziej usadowił się stabilniej na podłodze, wciąż nie chowając różdżki, ale też nie podejmując żadnej próby wstania. Otulił się szczelniej płaszczem, wzdrygnął się, czując mokrą i ciężką wełnę. Z wdzięcznością zamienił ją na podany koc. - Dziękuję - skinął głową - Oni? Próbowałem umrzeć - odpowiedział tonem płaskim i wyzbytym emocji, jak mentalna ściana, którą postawił między sobą a tamtym wieczorem - Postanowili mnie najwyraźniej “uratować”. Nie musiał wykonywać palcami odpowiedniego gestu, by cudzysłów zawisł wokół ostatniego słowa. Wciśnięcie go z powrotem w życie, w mechaniczne dnie i w noce wypełnione koszmarami, albo co gorsza - bezsenne i pełne myśli - tylko teoretycznie mieściło się w definicji ratunku. Ciepło powoli zaczęło na powrót wnikać pod skórę, paradoksalnie wywołując kolejne dreszcze, jakby organizm dostrzegł właśnie swoją szansę na rozgrzanie. Lazarus głośno zaszczękał zębami, zanim zdążył rozluźnić szczękę i spróbować to ukryć. Przez chwilę zbierał siły, a potem - krzywiąc się z bólu i z powodu nieprzyjemnego dotyku mokrej odzieży - przysunął się bliżej ognia. Koc pozostał na jego plecach, pomagając zatrzymać bijące od kominka ciepło. Przesunął palcami przez krew na nodze - ciemna, sącząca się zbyt leniwie jak na ważne naczynie krwionośne. W drodze na dół mieszała się z wodą i zanim spłynęła na podłogę była już rozwodniona niemal nie do poznania. Rozcięcia, na tyle, na ile mógł je zbadać, były długie, ale nie dość głębokie, by być niebezpieczne. Ból narastał i przyczepiał go do rzeczywistości skuteczniej, niż eliksiry serwowane przez uzdrowicieli. - Gdzie jesteśmy? - zapytał, rozglądając się po chatce. |