[Jesień 72, 18.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Anthony Shafiq - 10.09.2025
—18/09/1972—
Anglia, Londyn
Mona Rowle, alternatywny Hannibal Selwyn & Anthony Shafiq
Look in thy glass and tell the face thou viewest,
Now is the time that face should form another,
Whose fresh repair if now thou not renewest,
Thou dost beguile the world, unbless some mother.
Obudził się o świcie.
Poszedł do łaziienki.
Kichnął.
Uderzenie o lustro nie pozostawiło żadnego śladu, większego niż zadraśnięcie na i tak już popękanej męskiej dumie.
Początkowo nie zdał sobie nawet sprawy z tego co się stało. Co prawda co chwila rozbijał się o meble, przyzwyczajony do toru przemieszczania się, który teraz był niemal identyczny.
Niemal.
Lewa to prawa, prawa to lewa. Alicjo jak daleko jesteś w stanie zajść, gdy świat jest skąpany w poświacie paradoksów, paroksyzmów zrodzonych w konwulsjach umierającego świata? Jak?
Wyszedł z domu, nie przejmując się za bardzo ciszą w mieszkaniu w którym powinno być o wiele więcej osób. Świat zdawał się być mu w podobny sposób czarny i biały, pozbawiony smaku, niechętny jego obecności. To uczucie, podskórny marazm, odrętwienie zmysłów - zaprowadziły go chóralnie na chodnik i wtedy przejrzał na oczy.
To znaczy. Nie do końca przejrzał. Wtedy zobaczył ją.
To że zaniedbał młodziutką Rowle, nie podlegało wątpliwości.
Momentalnie wyrzuty sumienia zacisnęły się żelazną obręczą na wypełnionym pustką żołądku. Już miał podejść, już podnosił rękę, już miał powiedzieć cokolwiek, głowa w panice układały słowa przeprosin, które byłyby szczere, a jednocześnie nie sprawiłyby że rozpoznawalny z pierwszych stron gazet urzędnik zapadłby się w psychicznej katatonii na środku ulicy.
Jej wzrok jednak nakłonił go do tego, żeby się rozejrzeć. Żeby zobaczyć to co umykało mu przez cały ten czas.
Nie byli w Londynie. Nie byli w swoim Londynie.
Krew niemal mu zamarła gdy zdał sobie sprawę z tego gdzie wylądował.
Lustrzane królestwo. Czy to było w ogóle możliwe? Napisy jasno wskazywały, że kierunki w tej równoległej rzeczywistości podlegały prawom odbicia.
W kilku sprężystych krokach dotarł do Mony i położył dłonie na jej ramionach, w stalowych oczach zalśniła troska. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, przyciągnął dziewczę do siebie. Może to wystarczy na przeprosiny? Może zapomni mu to, że zdawało się on o niej od czasu spalonej zapomniał? Ale... tyle się działo. Tyle słów przelewało przez jego otumanioną insomnią głowę... Somnia, insomnia... zabawne, a szukał jakiegoś dobrego dla siebie pseudonimu.
Nie było mu jednak teraz do śmiechu, nie było ani trochę, a głód o którym jeszcze sobie nie przypomniał, skutecznie mieszał mu w głowie sprawiając tylko, że wszystko jeszcze bardziej zdawało się przerażające Odpychające. Surrealistyczne.
- Musimy jak najszybciej znaleźć wyjście. Wiem co zrobić w Kairze, ale tutaj... wątpię aby gdzieś znajdował się targ. - wymamrotał w jej loki, bojąc się, że nie zrozumie powagi sytuacji, w swojej ciekawskiej i upartej naturze, będzie chciała tracić ich cenny czas na eksplorację tego dziwaczngo miejsca, łudząco podobnego do afrykańskiej klątwy, którą padł ofiarą z Jasperem ledwie przed chwilą.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Mona Rowle - 20.09.2025
Mona wstała, jak co dzień rano i się okazało, że świat pojebało.
Mona wstała, wybrała się do łazienki, kichnęła i przydzwoniła głową w szybę.
Mona zaspana powlokła się do łazienki, otuliła ramionami swój własny bezładny poranek i kichnęła tak gwałtownie, że aż przydzwoniła głową w szybę. Szkło zadźwięczało głucho, echo uderzenia rozniosło się po kafelkach. To już drugi raz w tym miesiącu.
O ile za pierwszym razem padła ofiarą halucogennego oparu, przekonana o ścigającym ją strachu, na którego lekarstwem okazała się być pierwsza miłość jej życia — Icarus Prewett, tak za drugim razem kichnięcie i wylądowanie twarzy w pękniętym lustrze wołało o pomstę do niebios. Na upartego tamto zdarzenie było prawie poezją samą w sobie, katharsis podszytym dotykiem bogów, którzy szeptali, że nie istniała samotność, której nie złagodziłaby obecność drugiego człowieka.
Drugi raz okazał się znacznie mniej romantyczny, a bardziej bolesny w swojej zwyczajności. To nie było tak, że przez dwa tygodnie zdążyła uwierzyć, iż Icarus zawsze wyciągał ją z opresji. Bardziej chodziło o to, że wrosła w jego obecność. Lubiła ciepły ciężar kogoś, kto po prostu był obok pod postacią rozrzuconych manuskryptów, narzędzi zapomnianych na parapecie, koszul zarzuconych na oparciu krzesła. Dlatego właśnie, gdy nagle zastała pustkę, a mieszkanie zdawało się odpychać ciszą, poczuła w piersi znajomy ucisk paniki.
W całym rozgardiaszu, wyleciała z mieszkania na klatkę schodową kamienicy, a z niej prosto na dobrze znaną przez każdego Aleję Horyzontalną bez protezy na prawym ramieniu. Zdążyła ze sobą natomiast zgarnąć płaszcz. Nie było po nim śladu. Przecież nie mógł tak po prostu wybyć bez słowa!
Rowle zamrugała, kiedy objęły ją, a następnie przyciągnęły do siebie ramiona Anthony’ego Shafiqa. Słodziutka persona londyńskich salonów, ulubieniec miejskich plakatów, a zarazem duch, który od dawna przewijał się przez dzieje jej rodziny. Rezerwaty, koneksje matki, ministerialne korytarze — wszędzie tam jego nazwisko miało swoje miejsce, a on sam zawsze pozostawał nieodłącznym elementem gry, czasem sprzymierzeńcem, rzadziej cieniem protekcji.
Kiedy ostatnim razem widziała go prawdziwego? Nie widziała go chyba od… lipca? Chwilę czasu na pewno poświęcił jej, kiedy stawił się za nią przed bratem jej ojca, odgonił stażystę, który jej się naprzykrzał, aby sama Mona nie miała większych problemów w pracowniczym środowisku. Miała wrażenie, że od tamtego czasu minęła wieczność. Jakby zniknął z jej orbity.
Kobieta nie wiedziała, czy przyciągał ją do siebie, żeby ochronić, czy po prostu, żeby uciszyć własne wyrzuty sumienia, więc trwała w tym bezpiecznym półuścisku, słuchając mamrotania w swoje rude włosy. ,,Musimy znaleźć wyjście… wiem, co zrobić w Kairze… targ…'' Drogę… dokąd?
— Anthony? Co robisz tutaj o tak wczesnej porze? — bąknęła, wyplotła się lekko z jego ramion, mimo żejeszcze czuła ciężar tego uścisku na barkach. — Wszystko w porządku? Co się dzieje?
Lewa to prawa, prawa to lewa. Być może moc zaczarowanego lustra nie sięgała aż tak daleko, że nanieść na nią samą zmiany.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Anthony Shafiq - 21.09.2025
Jej głos sprawił, że przycisnął ją jeszcze mocniej. Najpierw Jasper, teraz słodka i niewinna Mona. Dlaczego takie klątwy dotykały tak dobre, nieskalane mrokiem dusze? Ucałował jej czoło, przydając tym gestem i sobie nieco pewności siebie. Musiał się trzymać, musiał nie myśleć o konsekwencjach. Na czarnym lądzie, jeśli do świtu nie znalazłoby się drogi wyjścia, już nigdy nie opuszczało się tej okrutnej ziemi. Tu mieli nieco więcej czasu, rzecz w końcu wydarzyła się rano. Tuż po świcie...
Wolną ręką odgarnął kosmyk z jej czoła, stalowymi oczyma lustrując młodziutką i piękną twarz czystokrwistej czarodziejki.
– Nie jesteśmy w naszym świecie, tylko jego lustrzanym odbiciu. W Egipcie ta klątwa bywa bardzo śmiertelna... ten świat nieco różni się od tego w którym byłem co prawda, ale... – nagle umilkł, dostrzegła, że jego oczy na moment tylko obejrzały się za nią, wróciły do twarzy i znów powróciły do punktu za jej plecami.
– Qu'est-ce que... – wyszło z pomiędzy jego zszokowanych warg i jakby był w transie ruszył przed siebie, zagarniając ją wciąż objęciem, otulając opiekuńczym skrzydłem, to trochę wspierając niczym ślepy Edyp na swojej umiłowanej córce Electrze. Chociaż nie, nie jak Edyp, bo zdecydowanie nie był ślepy. Jego stalowe oczy utkwione były w soczystych pomarańczem (dla niego burych jak przegnite liście) plakatach. anilreM azatskE – wieścił napis dość łatwy do przeczytania i to nie byłoby aż takim zaskoczeniem, bo afisze powoli acz skutecznie pokrywały Magiczny Londyn, a oni w porannym otępieniu spotkali się u podnóży schodów prowadzących do znamienitego The Globe, czy może raczej ebolGehT. Nie nazwa miejsca przyciągnęła jednak wzrok Shafiqa. Chodziło o profil artysty wcielającego się w rolę tytułową. Profil, który Anthony rozpoznałby choćby widział czarny obrys w teatrze cieni, choćby dotykiem miał w dłoniach niewielką broszę z kameą.
– Jonathan...? – przełknął boleśnie ślinę, nie rozumiejąc za bardzo co się dzieje. Tamten świat, przeklęty świat, pełen był widm, umęczonych dusz snujących się po pozbawionych wody ogrodach, pełen dżinów, ifrytów i złośliwych duchów. Ten zaś posiadał coś o wiele gorszego... – Jonathan, który nigdy nie podjął pracy w Ministerstwie. – rozwinął nieco myśl wyciągając dłoń by dotknąć plakatu, jakby musiał się przekonać, że to prawda, choć może nie było to najmądrzejsze skoro miał u boku jego kuzynkę. Mona raczej nie wiedziała o ich sytuacji, przynajmniej on nie rozmawiał z nią o tym. Na bogów, Londyn spłonął, już nie miałby co robić tylko utyskiwać ludziom na temat utraconej przyjaźni osoby, z którą był zmuszony dzielić biuro. Cóż, widać w tym świecie nie było to problemem.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Mona Rowle - 19.11.2025
Mona zamrugała, zaskoczona i szczerze poruszona jego zmartwieniem. Powodów było kilka: od zawsze dziwnie przyjmowała troskę okazywaną jej przez kogokolwiek spoza rodziny — już zwłaszcza przez Antoniusza — a do tego była wczesna pora i jej umysł nie pracował na tyle szybko, jak zapewne by oczekiwał. Niewyspana głowa wciąż krążyła wokół zniknięcia Icarusa.
— W lustrzanym odbiciu? Przyrzekam ci, że od rana nigdzie się nie teleportowałam, więc nie mam pojęcia… — Rowle urwała. Przez osowiały umysł przemknęło wspomnienie bladego Śmierciożercy wykrwawiającego się na podłodze jej mieszkania. Myśl ostra, szybka i z mocą sprawczą, ponieważ Shafiq nie był rodziną, ale przez obawę że jemu również mogło coś grozić, zacisnęła lewą dłoń na ramieniu mężczyzny. — O jakim niebezpieczeństwie mówisz? Anthony… martwisz mnie — przyznała, widząc, jak jego wzrok powędrował raz na nią, raz na coś za nią. Pozwoliła mu poprowadzić się niczym ufne jagnię, które nie znało jeszcze kształtu własnego lęku. Jej ciemne oczy śledziły każdy kierunek jego spojrzenia, aż wypowiedział imię Selwyna i zatrzymał przed plakatem.
O… Jonathan, jej kuzyn.
Nie jej Jonathan, ale ten Jonathan… który najwyraźniej miał wcielić się w główną rolę sztuki wystawianej na deska The Globe? W miejsce Hannibala? ,,Jonathan, który nigdy nie podjął pracy w Ministerstwie”, Mona odetchnęła, kiedy w końcu i kolejne szare komórki zaczęły pracować.
— A więc… w tym świecie spełnił swoje marzenie? — strzeliła na oślep, patrząc na swojego mistrza. — O to chodzi? Że tutaj ludzie idą drogami, które w naszym świecie porzucili?
Racjonalne próby uchwycenia sensu słów Antoniusza. Nie mógł jej winić za to, że początkowo pomyślała o czymś zupełnie innym. Sądziła, że może po prostu bardziej rozumiał zasady tej klątwy.
Jej spojrzenie złagodniało, gdy przeniosła je na jego twarz.
— Czy te lustrzane światy zawsze pokazują ludzi takimi, jakimi chcieliby być? — Mona drgnęła, zerkając na swoje ramię. Nic. Żadnej zmiany. Ani śladu odmiany losu. Rozczarowanie, zażenowanie i krótkotrwała, niemądra nadzieja wymieszały się w niej w gęstą, gorzką mieszaninę. — Czy takimi, jakimi nigdy nie mogli się stać?
Jak mogła nawet przez chwilę wierzyć, że mogła wrócić do dawnej sprawności?
— Skoro tutaj przyszliśmy, można też wyjść. Najpierw ustalmy, jak bardzo ten Londyn jest… odwrócony. I czy to nas w ogóle widzi jako… nas — ostrożne, ale i zbolałe spojrzenie zatrzymało się na plakacie. Odbite litery. Odbity świat. Odbici oni. To miał na myśli, mówiąc o lustrzanym świecie. — A potem poszukamy wyjścia zanim cokolwiek w tym miejscu się nami zainteresuje. Chyba że... Wolisz się rozdzielić?
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Hannibal Selwyn - 20.11.2025
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b7/01/f0/b701f0983aefb23d72d0b5cee8316c12.jpg[/inny avek]
Obserwację plakatów przerwał ruch przy wejściu głównym do teatru.
Jeden z pracowników, być może portier, wyszedł śpiesznie przez imponujące drzwi i przytrzymał ich skrzydło, by kogoś wypuścić.
Kogo - okazało się w następnych pięciu sekundach.
Z wnętrza wyłoniło się dwóch czarodziejów. Wyższy, pochylony w nie do konca naturalnej i zapewne niewygodnej pozycji, referował coś niższemu, jadącemu na wózku inwalidzkim, który zerknął na niego krótko, skinął głową i odpowiedział coś, podkreślając swoje słowa oszczędnym, krótkim gestem, niemal nie odrywając ręki od podłokietnika.
- ...wtedy też powinni się ugiąć.
Rozmówca gorliwie pokiwał głową i wrócił do wnętrza teatru, a człowiek na wózku już miał ruszyć dalej, kiedy…
- Panie dyrektorze! Ja pomogę! - młodziutki odźwierny, ewidentnie świeżo po Hogwarcie, puścił drzwi i doskoczył do wózka, próbując złapać za rączkę do jego prowadzenia, tylko po to, by po chwili zatrzymać się w miejscu na widok wycelowanej w siebie różdżki. Użytkownik wózka inwalidzkiego spoglądał na młodzika przez ramię.
- Łapy. Przy. Sobie. - wycedził z gniewem - Jak długo tu pracujesz?
- D-d-d-drugi tydzień, proszę pana!
- Pójdziesz do swojego kierownika i poprosisz go, żeby obciął ci premię regulaminową za ten miesiąc. A potem niech ci wytłumaczy, dlaczego i co się stanie następnym razem. Już! - szczeknął na koniec, widząc, że pracownik nadal stoi jak wryty. Podziałało - chłopak, czerwony na twarzy, wymamrotał łamiącym się głosem jakieś przeprosiny i znikł w budynku.
Głos człowieka, tytułowanego dyrektorem, był znajomy, ale na pewno nie należał do Everetta Selwyna, dyrektora teatru The Globe z prawdziwego świata. Jego postura - na tyle, na ile można to było ocenić w pozycji siedzącej - również wydawała się drobniejsza. Kiedy wsuwając różdżkę do szerokiego rękawa marynarki odwrócił się z powrotem w kierunku jazdy, wszystko stało się przerażająco jasne.
Silne, pokryte odciskami dłonie sięgnęły do kół. Wózek ruszył, bezgłośnie, z doskonałą kontrolą zjechał po niezbyt stromej, zakręcającej połkoliście pochylni znajdującej się po prawej stronie schodków prowadzących do wejścia do The Globe i łagodnie zatrzymał się może metr od Mony i Anthony’ego - na tyle daleko, by Hannibal nie musiał zadzierać głowy, patrząc na nich.
Był... inny. Nie tylko z powodu oczywistej niepełnosprawności - luźne spodnie były doskonale skrojone, ale nawet one nie mogły ukryć kościstych kolan kogoś, kto ewidentnie od długiego czasu nie używał nóg. Był uczesany i ubrany zdecydowanie mniej ekstrawagancko, niż jego odpowiednik po właściwej stronie lustra, a na jego twarzy - poważniejszej, jak gdyby o kilka lat starszej - malowało się zmęczenie. W niepojęty sposób nawet, gdy siedział, zdawał się patrzeć na nich z góry. Głos nawykły do wydawania poleceń. Postawa nienawykła do napotykania sprzeciwu. Wydawało się, że ta strona lustra wygnała z dziedzica Selwynów całą figlarność, pożarła ją jak miąższ owocu i pozostawiła tylko twardą pestkę, na której można sobie było połamać zęby.
Ciemne oczy, wciąż jeszcze płonące oburzeniem po interakcji sprzed chwili, złagodniały dopiero napotykając wzrok Mony, a Hannibal powiedział miękko, z lekkim uśmiechem - na sekundę łudząco, rozdzierająco podobny do tego, którego znali ze swojego świata:
- Mona. Miło cię widzieć - spojrzał na Anthony’ego - A ty jesteś jakimś cosplayerem, czy znalazłeś sposób, żeby bezpiecznie wychodzić na słońce? - zapytał zdecydowanie twardszym tonem.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Anthony Shafiq - 02.12.2025
— W Egipcie… jest taka klątwa, która sprawia, że trafiasz do świata po drugiej stronie tafli. To bardzo niebezpieczne miejsce i jeśli do świtu nie znajdziesz powrotnej drogi… — umilkł, zdjęty nagłą grozą, ponownym zagrożeniem tak dla siebie, jak i swojej podopiecznej. Wysiłkiem woli opanował jednak strach, rozpaczliwie próbując dopuścić do głosu rozsądek i wiedzę gromadzoną w tych szarych komórkach przez całe życie.
Plakat eksponujący selwynowski profil nie pomagał.
— Być może… być może to nie jest ta sama klątwa. — W lustrzanym świecie czarnego lądu nie można było spotkać tych samych ludzi. Były cienie zaginionych, były cienie mocy ifrytów i dżinów, byli inaczej. Stojąc jednak pod tym plakatem bardzo dosadnie musiał się zmierzyć z myślą, że tu było gorzej. Zdecydowanie gorzej, a słowa Mony bardzo nie pomagały.
Spełnił swoje marzenie…
— Nie wiem — odpowiedział całkiem uczciwie, tonem bezradności, zbyt dosadnie odsłaniającej jego obecny stan ducha. A potem dołączył do nich lokalny mieszkaniec, którego stan bardzo sprawnie weryfikował przypuszczenia Mony. Anthony zdecydowanie wątpił, aby skoczny i rezolutny Hannibal marzył o wózku…
Dyrektorze?
Przypatrywał się całej scenie z mieszaniną grozy i rozbawienia zahaczającego bardziej o groteskę odruchu, aniżeli realną wesołość.
— Cospleyer? — parsknął z niedowierzaniem — Chyba nie mylisz mnie z tym francuskim… — spojrzał na Monę i stłumił falę zazdrości, której i tak nie potrafił ani właściwie nazwać ani poprawnie zaadresować. Jeszcze nie. — Hannibalu, nawet jeśli w tym świecie Jonathan nie podjął pracy w ministerstwie, z pewnością nie utraciliśmy ze sobą kontaktu i musisz mnie znać osobiście. — Jego ton zdawał się być obecnie bardzo spokojny, uporządkowany, jego zgarbione plecy wyprostowały się, po czym opadły swobodnie. Wszedł w rolę. — We Francji co jakiś czas mylono mnie z hrabią de la Rochefoucauldem, ale ja Anthony Shafiq, mam się całkiem dobrze bez względu na porę dnia. — To nie była prawda. Obecnie miał się bardzo źle bez względu na to jaka pora dnia była. I chociaż Jonathan w ich rzeczywistości podjął pracę, to nie dawał ich przyjaźni wiele dni w katordze i przymusie codziennej obecności. Odwrócił głową w stronę plakatu. — Czy mógłbym dostać jeden plakat? — Zapytał gnany dziwną potrzebą. Niestety nie mógł za niego zapłacić, w tym stroju nie miał kieszeni w monetami, a nie chciałby nachodzić swojego lustrzanego odbicia — Powieszę go w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, mamy tam całkiem niezłą kolekcję plakatów… — To znaczy mieli. Mieli w swoim rodzimym świecie. W prawdziwym świecie. Mieli bo Jonathan kochał teatr, a oprawione plakaty wyglądały lepiej niż niekończące się regały z dokumentami.
Westchnął.
— Jeśli istnieje możliwość zabrania stąd czegokolwiek. Chciałbym to mieć — przyznał, a w jego głosie pobrzmiewała prośba, miękka jak wspomnienie pierwszych promieni słońca po bezsennej w żałości nocy.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Mona Rowle - 03.12.2025
— Średnio się znam na klątwach — przyznała, mimo że gdzieś w środku aż ją korciło, aby się obruszyć. Padanie ofiarą klątw trafiało się jej nazbyt często, jak na przełom sezonu wakacyjno-szkolnego.
Odpowiedzi, którą usłyszeć pragnęła, od mistrza i tak nie dostała, ponieważ wpatrywał się w plakat z jej kuzynem, więc Mona zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie umknęło jej coś istotnego. W ostatnich dniach było jej wszędzie pełno, za głośna, za widoczna, zbyt wiele wymagała od innych — w końcu zmusiła się, aby zamknąć buzię na kłódkę. Cokolwiek by się nie działo, Anthony z pewnością miał swoje problemy na głowie.
Stali przed rodzinnym teatrem na Alei Horyzontalnej, kiedy padł ten tytuł. Rowle podniosła głowę odruchowo, spodziewając się krewnego Selwynów. Ten świat nie miał tego dnia natomiast najmniejszego zamiaru spełniać jej oczekiwań i sama nie była gotowa na zderzenie dwóch prawd o jednej twarzy, kiedy pękła jej cała teoria o lustrzanym świecie.
Jej kuzyn nigdy tak nie brzmiał. Jej kuzyn nigdy tak nie wyglądał.
— Han? — bąknęła. Myśli w rudej głowie Mony zaplątały się jej jak nici rozprutego gobelinu, bowiem:
1) Hannibal prawdopobnie nie znał Anthony’ego w tym świecie,
albo
2) Hannibal nie znał Anthony’ego w takiej formie, jak z ich świata prawdziwego,
3) Hannibal na wózku nie byłby dla nikogo materializacją marzeń, bo jeśli nie jego okaleczenie stanowiło odbicie ich rzeczywistości, to co? Czy Selwynowie dźwignęli konsekwencje własnych wyborów zamiast zbierać profity z talentów, czy było wręcz przeciwnie — może właśnie dzięki konsekwencjom sięgali jeszcze dalej?
Kim był tutaj Robert? Przestępcą podatkowym?
Kim była ona skoro wciąż brakowało jej tego samego prawego przedramienia? Tu właśnie zaczynało się to, czego Mona nie potrafiła pojąć. Złość, którą poczuła, nie była skierowana na nikogo konkretnego, tylko na mechanikę tego przeklętego świata. Na zasady, których nie znała, a które najwyraźniej nie pozwoliły Hannibalowi zachować całego ciała, a jej odebrały to, co straciła wszędzie. Jaki to był rachunek? Czego ten świat od niej żądał skoro zabrał jej rękę tu i tam?
Czarownica im dłużej tam stała, tym bardziej czuła, że wcale nie chciała oglądać Hana w takiej wersji, która sprawiała, że jej oczy paliły, a gardło ścisnęło się niewypowiedzianą tęsknotą za tym prawdziwym.
Na słowa Anthony’ego, Mona aż zmarszczyła brwi i rozdziawiła usta w niedowierzaniu. Czy nie mówiła, żeby nie zwracali na siebie uwagi? Po co mu był ten plakat z Jonathanem?! Na litość bogów, gdyby poprosił, najstarszy Selwyn sam stanąłby w odpowiedniej pozie przed aparatem, nawet pięć razy, i jeszcze zapytał, czy lepiej profil lewy, czy prawy.
RE: [Jesień 72, 19.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Hannibal Selwyn - 08.12.2025
Hannibal patrzył przez chwilę bez słowa na Anthony’ego, po czym odpowiedział, unosząc brwi:
- Co to znaczy “w tym świecie”? Znam osobiście Anthony’ego Shafiqa, muzyka i wampira. Z tego, co mi wiadomo, raczej unika pokazywania się w świetle dnia. Mona - zwrócił się do kuzynki - To jakiś twój znajomy z pracy?
Gdy Anthony wygłosił swoją prośbę, dyrektor Selwyn uniósł nieco podbródek. Nie wyglądał na poruszonego jego błagalnym tonem, raczej na zniecierpliwionego.
- Proszę pana, ja nie mam czasu na... - zaczął, ale urwał, napotkawszy ponownie zwilgotniałe oczy Mony, zawahał się i podjechał do kobiety tak, by móc ująć jej dłoń. Pod palcami mogła wyczuć stwardniałą skórę w miejscach, które ocierały koła wózka.
- Nie rób takiej miny, Mo, wiesz, że nie mogę na to patrzeć - poprosił łagodnie i ścisnął ją za rękę, znacząco, jakby tu, po drugiej stronie lustra, był to jakiś ich tajny znak - Jeżeli to dla Ciebie takie ważne, to dobrze. Załatwię wam plakat. Chodźcie - westchnął i zawrócił wózek. Podjechał podjazdem bez większych problemów, a z wnętrza teatru wybiegł już młodziutki (choć w sumie pewnie niewiele młodszy od samego Hannibala) portier, by otworzyć mu drzwi. Hannibal minął go w wyniosłym milczeniu i poprowadził ich korytarzem do pomieszczenia na parterze, które w prawdziwym The Globe pełniło zapewne inną funkcję, ale tu było jego osobistym sekretariatem i gabinetem.
- Athena! Daj znać doktor Prewett, że się spóźnię. Czy mamy jeszcze plakaty Ekstazy? - powiedział do jasnowłosej czarownicy w okularach, która kiwnęła głową i zabrała się do pisania wiadomości, przerywając tylko po to, by odpowiedzieć:
- Tak, w marketingu powinni mieć. Przynieść?
- Nie trzeba - odrzekł łaskawie - Pzejdziemy się. Dobrze im zrobi, jak mnie zobaczą.
Spacer do odpowiedniego działu oznaczał dla Mony i Anthony’ego wejście na piętro po schodach, a dla Hannibala przejechanie się specjalnie dostosowaną platformą. Wszyscy pracownicy, którzy ich mijali, witali Selwyna z mieszaniną lęku i szacunku, jakby zarządzał teatrem żelazną ręką i jakby bali się wzbudzić jego gniew. Wizyta w pełnym plakatów i zawalonych papierami biurek pokoju spowodowała ogólne poruszenie, które skończyło się zrzuceniem przez jakiegoś stażystę stosu ulotek i jego spanikowanym wpełznięciem pod stół, by je pozbierać, ale ostatecznie plakat z przystojnym, klasycznym profilem jednego Selwyna trafił w ręce drugiego Selwyna, a potem - Anthony’ego.
- Zapraszam na spektakl, wycisnęliśmy z Jonathana chyba wszystko, co się dało - powiedział Hannibal, gdy z powrotem zostali na korytarzu tylko we trójkę. Co prawda uśmiechnął się przy tym, ale jakoś tak, że wcale nie wyglądało to dobrodusznie - Pomału robi się za stary, żeby grać takie role bez dublerów tanecznych. Jeżeli poczekacie z godzinkę, to może nawet da ci autograf. Potrzebujecie czegoś jeszcze? Jestem umówiony.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b7/01/f0/b701f0983aefb23d72d0b5cee8316c12.jpg[/inny avek]
RE: [Jesień 72, 18.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Anthony Shafiq - 15.12.2025
Anthony Shafiq, muzyk i wampir. Brzmiało równie surrealistycznie jak Hannibal Selwyn - kaleka. To, że w odbiciu ich świata Jonathan został gwiazdą The Globe nie było aż tak zaskakujące niż pakiet innych informacji. Takich właśnie informacji.
Anthony Shafiq muzyk.
Czy gdzieś można było posłuchać tej muzyki, którą tworzył?
Anthony Shafiq wampir.
Czy został przemieniony z własnej woli? Cóż, zdawało się to logiczne, że po przemianie nie kontynuował kariery politycznej, a jeśli nie polityka… Muzyka zawsze zajmowała ważne miejsce w jego sercu, choć patrząc na to czemu poświęcał czas, niewiele osób mogłoby to realne zauważyć.
Czy mógłby spotkać… samego siebie?
Dyrektor Selwyn mówił, a on przestał się odzywać, pokornie wycofując się z tej konwersacji jako nieznajomy. Dopiero, gdy padła propozycja spotkania z Jonathanem, złapał impulsywnie Monę za ramię, jak ślepiec szczęśliwy, że wyczuł prowadzącą go córkę w bliskiej mu odległości.
- Proszę. Nie. - Chciał plakat, chciał jego profil otoczony nimbem burego koloru, który - całkiem prawdopodobne - był dla pozostałych pomarrańczowym. Możliwe, że gdyby czuł się lepiej, możliwe, że gdyby nie ich kłótnia, usiadłby i poczekał rozbawiony wizją spotkania człowieka, który się nie naraził swojej rodzinie skandalem, przed któ®my drzwi The Globe nie zostały zamknięte. Ale cóż to znaczyło? Co w tym świecie wydarzyło się z Jeźdźcami? Czy w ogóle utrzymywali ze sobą kontakt? Brakak skandalu mógł oznaczać wiele, a ścieżki możliwości rozgałęziały się w jego głowie bez końca. Migrena nie nadchodziła. Ona była tam cały czas.
I nawet potem, gdy wyszli z teatru, gdy zaczęli eksplorować odbicie życia nie jego wcale, a to należące do rudowłosej Rowle’ówny… Nie było lepiej. A może było? Finalnie, gdy wieczorem, z plakatem w ręku zatrzymali się w kawiarni kogoś, kto zdawał się ich rozpoznawać, a przecież to nie byli oni, zaś twarz entuzjasty była absolutnie obca, Anthony po chwili milczenia wyrzucił z siebie krótką refleksję:
- Dużo czasu poświęcam w swoim życiu na rozważanie dróg i tego co by było gdyby, ale… chyba przestanę. Tęsknię za domem, cokolwiek ten dom przyniesie. Wróćmy do luster i spróbujmy nie wiem… uderzyć w nie jeszcze raz. Albo zasnąć i obudzić się tam, gdzie nasze miejsce. Z dala od… od tego. Co Ty na to Mona? A potem napijemy się wina. Z mojej winnicy. Z winnicy całkiem żywego dyplomaty.
RE: [Jesień 72, 18.09 Mona & Anthony] Look in thy glass - Mona Rowle - 25.12.2025
— Tak jakby — bąknęła w odpowiedzi na pytanie kuzyna.
Anthony w istocie był jej współpracownikiem — tylko że o kilka pięter wyżej w hierarchii ministerialnej machiny. Różnica polegała na tym, że jego nie dało się zastąpić. Ją już tak. Była setka na jej miejsce, trybik łatwy do wymiany. Shafiq nadawał kształt rzeczom, które same z siebie byłyby jedynie zbiorem niejasnycn zasad, wprowadził wiele pozytywnych rzeczy do jej życia. Wierzyła w szczerość jego intencji, bo wierzył w nie Jonathan.
Być może była ślepą owcą, niezdolną do samodzielnego osądu ludzi spoza kręgu własnej krwi. Potrzebowała czyjejś dłoni, ktora wskazałaby drogę i nazwałaby rzeczy po imieniu: temu możesz zaufać, tego się trzymaj. Po rozmowie w Snowdonii miała wrażenie, że zbliżyła się do Selwynów bardziej, a skoro Jonathan trzymał Anthony’ego tak blisko serca, prawie jak część własnego życia, to przecież musiało znaczyć coś dobrego. Musiało być właściwe.
Wychodziło jednak na to, że tutejszy Hannibal nie znał jej Anthony’ego w jej wydaniu. Nie znał wersji, którą ona znała. Z kolei brak jej Hannibala bolał jak coś, co dopiero co zostało wyrwane. Czułe zdrobnienie jej imienia i jego dotyk tylko pogorszyły sprawę. W związku z tym, Mona ścisnęła brwi i pozwoliła się pociągnąć do wnętrza teatru.
Plakat wciąż miała przed oczami, mimo że Anthony trzymał go zwinięty pod pachą jak relikwię, którą należało osłonić przed światem. Nie potrafiła powiedzieć, czy ten lustrzany dzień był dla niej objawieniem, czy karą.
— Tak — odpowiedziała bez chwili zawahania. Decyzja ostateczna. — Wracajmy.
Jak powiedział, tak też uczynili. Dopiero po kilku godzinach para wróciła do własnego świata.
Koniec sesji
|