![]() |
|
[11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. (/showthread.php?tid=5125) |
[11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Leopold Barker - 13.09.2025 11.09
Ulica Pokątna Ulica wydawała się spokojna, niemal senna, tak jakby jeszcze się nie obudziła po weekendzie. Panował mały ruch, ludzie zdawali poruszać się wolno i leniwie, sklepy zaś wydawały się być bez życia, choć w większości były już otwarte. Pod wpływem ostatnich wydarzeń serce czarodziejskiego świata zdawało się zwolnić swoje bicie. Dla mającego w sobie brudną krew Barkera była to niepokojąca pauza, nie dająca pewności co przyniesie jutro. Dla Leopolda spokojna Pokątna oznaczała, że mógł bez przeszkód załatwić swoje sprawy nie martwiąc się tym, że nie spóźni się na trening. Musiał udać się do krawca, by przymierzyć i odebrać nową szatę, zajrzeć do sklepu miotlarskiego po pastę pielęgnacyjną do mioteł, skoczyć na pocztę. Nikt nie będzie go zaczepiał, nikt nie będzie go spowalniał. Załatwi wszystko raz dwa i tyle. Plany planami, rzeczywistość rzeczywistością. Wszystko szło mu topornie. Szata wymagała poprawek, przez co musiał przymierzać ją kilkakrotnie, po czym krawiec oznajmił mu, że przeróbki będą wymagały więcej czasu i żeby wrócił jutro. Na poczcie nie potrafili odnaleźć jego paczki mimo tego, że pokazał im awizo. Do sklepu miotlarskiego zaś nie mógł wejść wcale, bo dostrzegł przez gablotę, że teren był okupowany przez grupę młodych klientów. Gdyby go rozpoznali, to straciłby na nich wieczność, a tyle czasu nie miał. Po załatwieniu niczego w niespecjalnie dobrym nastroju skierował się w stronę dziurawego kotła, którego kominek miał zamiar użyć, by dostać się na trening. I wtedy, gdy wydawało mu się, że sprawy nie przybiorą już dzisiaj gorszego obrotu, los zdecydował się pokazać mu jak bardzo się mylił. Leopold zmierzając szybkim krokiem przez Pokątną dał się zaskoczyć przez dłoń, która ni z tego ni z owego pojawiła się i zaczęła gmerać mu w kieszeni. Nie była to byle jaka kieszeń - trzymał w niej swój portfel. Dłoń ta chwyciła za jego własność i zaczęła oddalać się korzystając z nóg doczepionego do niej niskiego mężczyzny. Barker był na tyle czujny, by wyczuć samą kradzież, ale zaskoczony nagłością tego zdarzenia nie zdążył chwycić w porę dłoni. Ruszył za złodziejem mając kilka metrów straty. Nie martwił się o pieniądze - nie nosił zawartości swojej gringodzkiej skrytki w kieszeni - ale w portfelu miał wszystkie swoje dokumenty, a ponowne ich wyrabianie, znając ministerialną biurokracje, byłoby potwornie uciążliwe. Zaczął więc biec tak jakby życie od tego zależało. - Hej! Stać! Zatrzymać go! - krzyknął za złodziejem, przez moment wyglądając jak główny bohater z kryminalnej powieści. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Hannibal Selwyn - 14.09.2025 Poniedziałek był wolnym dniem Hannibala, co oznaczało, że wpadł tylko do teatru na przymiarkę kostiumu, a potem do swojego - wciąż czarnego, jak dusza Grindelwalda i niepokojącego, jak spojrzenie dementora - mieszkania, by zapłacić potrójną stawkę szklarzowi, który za tę horrendalną kwotę (plus autograf dla córki) zgodził się przesunąć Selwyna na początek kolejki. Fachowiec zapytał, kto mu tak spierdolił wykończeniówkę, w niewybrednych słowach poskarżył się na ciągłe uczucie bycia obserwowanym i zasugerował, że nieusuwalna sadza to z pewnością zemsta Skrzaciej Mafii Miotełkowej (Czy ten wasz teatr na pewno dobrze traktuje skrzaty?), ale szybę zrobił. Teraz Hannibal szedł ulicą w stronę wyjścia na mugolski Londyn, zastanawiając się, czy nie powinien po drodze uzupełnić zawartości lodówki Henry'ego, bo, choć był gościem, nie zamierzał go przecież objadać. Przez rozmyślania przedarły się odgłosy zamieszania gdzieś przed nim i znajomy głos, wzywający pomocy. Hannibal gwałtownie rozejrzał się po ulicy i kilkanaście metrów przed sobą zobaczył jakiegoś - ewidentnie uciekającego - typka i goniącego go Leopolda. Ścigający (w tej chwili nawet podwójnie) wzywał do zatrzymania nieznajomego. Selwyn co prawda nie wiedział, o co chodzi, ale kumpel raczej nie urządzałby takiego zamieszania bez powodu. Nie na trzeźwo i w środku dnia, w każdym razie. Niewiele myśląc, przesunął się nieznacznie i, gdy uciekinier już-już miał go minąć, niby przypadkowo wystawił stopę w tanecznej paradzie. Aktywność fizyczna - próbuję podstawić nogę [roll=PO]
To brzmiało doskonale w teorii. Gdyby to był taniec, Hannibal znałby położenie obu nóg partnerki, a partnerka wiedziałaby, co ma robić. Ale złodziejaszek najwyraźniej nigdy nawet nie brał odpowiednich lekcji. Potrącił korpulentną kobietę, która obrzuciła go przekleństwami, w całkiem nieoczekiwany, choć nawet zgrabny sposób uskoczył z drogi jakiemuś czarodziejowi z laską i całkiem nie zauważył Hannibala, z którym znalazł się dokładnie na kursie kolizyjnym. Wpadł w niego z impetem i w plątaninie kończyn, przy wtórze złorzeczeń, bolesnych stęknięć i wystraszonych okrzyków przechodniów, wylądowali razem na chodniku. Selwyn znalazł się na dole, z boleśnie obitym grzbietem. Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc, ale zdołał złapać drugiego mężczyznę i udaremnić mu podniesienie się. - No i jak łazisz?! - sapnął. - Sam jak łazisz, idioto! - zawołał nieznajomy, próbując wstać, ale Hannibal złapał go za nadgarstek. Szamotanina niebezpiecznie zbliżała się do cienkiej granicy dzielącej ją od walki. Hannibal, silny, ale nienawykły do bijatyk i wcale nie reflektujący na obicie twarzy, odrobinę rozpaczliwie poszukał wzrokiem nadbiegającego Leopolda. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Leopold Barker - 18.09.2025 Skracał dystans, ale zbyt wolno. Choć dawał sygnały, przechodnie nie raczyli ryzykować swojego zdrowia dla nieznajomego. Leopold miał ochotę przekląć pod nosem, ale to by tylko sprawiło, że jeszcze bardziej straciłby tchu. Gdyby nic się nie zmieniło, to złodziej miałby szanse przedostać się do któreś z bocznych uliczek i tam zgubić pościg. Na szczęście trafił się bohater, który nie był obojętny na zaistniałą sytuację. Barker od razu go rozpoznał. Znajomy aktor wyszedł przed szereg, pokazał na co go stać i zatrzymał typa, choć nie bez komplikacji. Sytuacja rozwinęła się tak, że znalazł się pod kieszonkowcem, ale dzięki temu Leopold miał czas by zniwelować dystans dzielący go do dwójki mężczyzn. Miał prosty plan włączenia się do zamieszania. Wykonał manewr, jaki na boisku zarezerwowany jest tylko dla tłuczków. Chcąc zrobić jak najwięcej szkód jak najprostszymi środkami i zarazem zrzucić złodzieja z Hannibala nie zwolnił, po czym rozpędzony wpadł wysuniętym przed siebie barkiem prosto na wroga. Mówiąc w skrócie zrobił to, co przed chwilą tamten zrobił Selwynowi. Nie dał żadnego sygnału ostrzegawczego. Hannibal mógł nagle poczuć jak jakaś tajemnicza siła porywa mu przeciwnika. Uderzenie było na tyle mocne, że zmiotło zarówno przestępcę jak i ofiarę kradzieży. Obaj rozbili się plecami o ziemię w bezpiecznej odległości od ciemnowłosego. Leopold upadł boleśnie. Jego bark najbardziej odczuł zderzenie, ale był przyzwyczajony do tego typu nieprzyjemnych upadków. W sporcie zdarzały się bez przerwy. Podniósł się więc szybko i zwinnie, tak jakby nie wydarzyła mu się żadna krzywda. Złodziejaszek poszedł w jego ślady, choć dużo wolniej. - Niech to szlag - warknął niskim tonem przestępca, wzrok kierując w stronę portfela, który gdzieś w trakcie tych wszystkich zderzeń i szarpanin wypadł mu z dłoni i znalazł się niedaleko nogi Hana. Typ nie miał ochoty na dalsze zapasy, ponieważ odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać. Zaś Barker nie miał ochoty go dalej ścigać. Sławny szukający skierował spojrzenie w stronę Hannibala, skinął mu w podziękowaniu głową. - Dzięki, wiszę ci kolejkę. Jesteś cały? - spytał się i z obolałą, zmęczoną, ale zadowoloną miną podszedł do znajomego i wyciągnął ku niemu rękę by pomóc mu się pozbierać. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Hannibal Selwyn - 21.09.2025 Uwolniony od ciężaru złodziejaszka Hannibal usiadł, krzywiąc się niemiłosiernie. Bohaterstwo okazało się tym razem dość bolesnym zajęciem. Równo z napastnikiem dostrzegł portfel i na wszelki wypadek złapał go, zanim tamtemu przyszło do głowy jednak odzyskać łup. Z wdzięcznością przyjął podaną mu pomocną dłoń. - Nie ma sprawy. To twoje? - podniósł się i oddał portfel Leopoldowi. Pomacał się po plecach - ewidentnie nabił sobie siniaka albo dwa, ale obyło się bez większych uszkodzeń, a koszulka wydawała się cała. Na szczęście, bo to byłaby druga zniszczona w tym tygodniu, a chwilowo żył na walizkach, z ograniczoną garderobą. Z drugiej strony, paradowanie w podartej odzieży po ulicy drugi raz w tym tygodniu byłoby zabawne. - Uhh, chyba cały… a ty? - zapytał, bo wszak szukający również zaliczył bliskie spotkanie z brukiem, choć nie wydawał się tym specjalnie poruszony - Serio, facet chciał cię okraść w biały dzień? Poniewczasie obmacał własne kieszenie, upewniając się, że jego portfel i różdżka są na swoich miejscach. Tego by jeszcze brakowało. Były. Uff. - A propos kolejki, dawno nie było okazji pogadać. Masz wolny wieczór? - zapytał swobodnie. Dobrze by było wyjść z domu i zrobić coś normalnego dla odmiany, chociaż kolejne opowieści o Spalonej Nocy były przygnębiające i Hannibal trochę bał się kolejnej. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Leopold Barker - 23.09.2025 - Tak, to moje. Dzięki, nie wiem, czy bym go dogonił, gdybyś się nie wtrącił - powiedział i odebrał od kumpla swoją własność. Świat się do nich uśmiechnął. Wprawdzie obolali, ale wciąż byli piękni i młodzi, mieli cały dzień przed sobą oraz nie utracili swoich pieniędzy przy kradzieży. Leo z ulgą poczuł między palcami skórę Mandragory rekompensujący wszystkie niepowodzenia tego dnia. Rozchylił portfel by upewnić się, że wszystko było na swoim miejscu. Pieniądze były, dokumenty były, wszystko by... - Chwileczkę... A gdzie moja karta Llewellyna Groźnego? - spytał się, po czym jeszcze raz rozejrzał się po ziemi. Świat jednak się do niego nie uśmiechnął, wciąż miał go w głębokim poważaniu. Po karcie przedstawiającej najsłynniejszego w historii gracza Katapult nie było śladu. - To był unikat, z limitowanej edycji, podpisana przez Llewellyna... Warta co najmniej dwadzieścia galeonów... A to podły spryciarz! - warknął. Obrócił się w prawo, obrócił się w lewo, ale nie mogąc znaleźć niczego, na czym mógłby wyładować frustrację, wciągnął głęboko powietrze zmuszony do opanowania swojego gniewu. - Typ nie żyje od dziesięcioleci, gdzie znajdę taką drugą podpisaną przez niego kartę? - westchnął, czując, że nie ma innego wyjścia, jak pogodzić się ze swoją stratą. Może nie był jakimś fanatykiem czarodziejskich kart z czekoladowych żab, ale interesował się tymi przedstawiającymi graczy Quidditcha, zaś karta z Lllewellynem służyła mu za talizman. Będzie musiał znaleźć jakąś inną do zajęcia wolnego miejsca w portfelu. - No ale mogło być gorzej. Ważne, że jesteśmy cali - spróbował pocieszyć samego siebie i przy okazji Selwyna. Na szczęście jego kompan zaproponował coś, co pocieszało dużo lepiej niż wszystkie słowa świata. Wprawdzie Barker nie miał całkowicie wolnego wieczoru, bo następnego dnia czego go kolejny trening, ale nie oznaczało to, że odpuści. Na kacu też da się latać na miotle. - O szóstej kończę trening, a później jestem cały do twojej dyspozycji. Tylko się przygotuj, bo na jednej kolejce się nie skończy - ostrzegł Hannibala. Gdy Leo pił, to konkretnie. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Hannibal Selwyn - 24.09.2025 - Jak on to zrobił, myślałem, że tylko podpieprzył ci portfel i spierdalał? - zapytał Hannibal, zaglądając Leopoldowi przez ramię, jakby była szansa na to, że magicznie ujrzy brakującą kartę - Może da się ją odkupić? Nie ma w Londynie jakichś… kiermaszy dla pasjonatów, czy coś? Na mugolskich pchlich targach można było dostać wszystko - od płyt gramofonowych poprzez biżuterię i ubrania, aż po meble, no ale kart z czekoladowych żab raczej tam nie było. I to jeszcze z autografem. Przyszło mu jednak do głowy, że taki unikat może za jakiś czas wypłynąć na… hm, czy istniał czarny rynek kart z wizerunkami czarodziejów? Kiedy Barker radośnie przystał na wieczorne spotkanie, Selwyn uśmiechnął się szeroko. Tylko się przygotuj brzmiało, jak wyzwanie. Następnego dnia musiał stawić się w teatrze dopiero po południu - pełno czasu, żeby wytrzeźwieć. - Kocioł? - zapytał, wskazując głową w kierunku lokalu - Zdaje się, że i tak szedłeś w tamtym kierunku. wieczorem
Wnętrze Dziurawego Kotła było pustawe i jakby cichsze, niż zwykle. Z głośników leciał czarodziejski przebój lata, rozpaczliwie próbując sprawiać wrażenie, że wszystko wróciło do normy. Było na to za wcześnie, ale odwiedzający pub tgo właśnie poszukiwali - poczucia stałości, zwykłości, czegoś bezpiecznego i znajomego. Udawali więc, że jedno z okien wcale nie jest zaklejone dyktą w miejsce wybitej szyby, a za progiem - i tym wiodącym do magicznego świata, i tym do mugolskiego - nie czyhają na każdym kroku pamiątki niedawnej pożogi. Mimo wszystko, temat powracał - w rozmowach, w ciężkich westchnieniach i niespokojnych spojrzeniach. Iluzja była cienka, jak papier. Hannibal zagłębił się w nią, jak w scenę w teatralnej sztuce - która, jak zresztą każda scena, mogła tylko zyskać na dodaniu do niej Selwyna. Usiadł przy barze i zamówił - przewrotnie - piwo kremowe. Uśmiechnął się tylko, widząc uniesioną brew barmana. Owszem, żaden to alkohol, ale nie chciał dawać nieuczciwej przewagi kumplowi. W końcu, o ile się orientował, w sporcie za falstart groziła dyskwalifikacja. Odwrócił się przodem do sali i czekał, niedbale, ale malowniczo rozsiadłszy się na wysokim stołku, oparty plecami o bar, sącząc pienisty nie-do-końca-trunek z kufla. Ze swojego miejsca miał doskonały widok na oba wejścia i na kominek. RE: [11.09.1972 Leopold & Hannibal] To catch a thief. - Hannibal Selwyn - 15.02.2026 Obserwacja wnętrza pubu nie była szczególnie budującym zajęciem. Hannibal nie mógł zdecydować, co było gorsze - siedzenie w domu, z własnymi myślami i wspomnieniami, czy wychodzenie między ludzi, w gęstą zawiesinę trudnych emocji i malutkich znaków, które mówiły o wielkich ranach. Niemal każdy napotkany znajomy miał do opowiedzenia dramatyczną historię. Stratowany przez tłum Henry. Baldwin z rozbitym nosem. Electra, na którą nawrzeszczał jakiś furiat - i dobrze, że skończyło się tylko na tym. Jonathan, którego posądzono na środku ulicy o bycie śmierciożercą. Jonathana! Tak absurdalnego pomysłu nie słyszał od dawna. Selwyn na pozór wrócił do względnej równowagi - w osadzającym w ciele bólu mięśni na teatralnej sali tanecznej, w bezpiecznych, upewniających objęciach przyjaciół i rodziny. A jednak, nie dalej jak wczoraj sam śnił koszmar o bezcelowym, niekończącym się wędrowaniu po ministerialnym Atrium, poszukiwaniu kogoś wśród zawodzących figur bez twarzy… Alkohol pomagał. Wytłumiał emocje, a przynajmniej pozwalał udawać, że jest ich przyczyną, właśnie on, a nie… wszystko inne. Pozwalał zasnąć - dać się zaskoczyć błogiej nieświadomości, zamiast leżeć w łóżku i oczekiwać na nią i na wizje, jakie przyniesie. Praca pomagała, w tych chwilach, kiedy słowa wypowiadane na scenie nie ginęły w napadach kaszlu, a jego oddech nie rwał się - wyraźnie, przerażająco krótszy, niż zwykle, palący żywym ogniem w płucach już po chwili tańca, po paru minutach śpiewu. Nie był jedyny - wielu współpracowników cierpiało tak samo albo wzięło po prostu zwolnienie od uzdrowiciela. Selwyn nie chciał tego, masochistycznie, kompulsywnie sprawdzając, ile taktów da radę wytańczyć zanim zgięty wpół będzie wypluwał płuca. Trzy dni od pożarów i ten limit ze stabilnych dwóch minut skurczył się do niespełna minuty. To było straszne, ale siedzenie bezczynnie było jeszcze straszniejsze. Cała nadzieja w eliksirach zapisanych przez uzdrowiciela. Na wpół świadomie napotkał czyjś wzrok z drugiego końca sali. Seks też by pomógł, okład z ciepłego, żywego ciała na wszystkie bolączki świata. Tak łatwo byłoby sięgnąć po znajomy schemat, wygodny i skuteczny. Mierzący go wzrokiem czarodziej był o paręnaście lat starszy, a więc - okrągłe, szeroko otwarte oczy, pozorne onieśmielenie uwagą. Obraz nieświadomej własnego potencjału niewinności. Rola, którą Hannibal mógłby grać przez sen. Wyglądasz, jakbyś na kogoś czekał. Wyglądasz, jak ktoś na kogo mógłbym czekać. Były to czysto teoretyczne fantazje i rozważania. Po pierwsze - faktycznie na kogoś czekał, chociaż spojrzenie na zegar na ścianie potwierdziło wrażenie, że Leopold się spóźnia. Po drugie - od wczoraj był praktycznie bezdomny i pomieszkiwał kątem u Henry’ego. Nie wypadało sprowadzać koledze do mieszkania przygodnych, jednonocnych znajomych. Nie wypadało również drugiej nocy po skorzystaniu z (jakkolwiek impulsywnie wyrażonego) zaproszenia znikać bogowie wiedzą gdzie. A przynajmniej nie bez uprzedzenia. Nie po tym, co działo się jeszcze kilkadziesiąt godzin temu na ulicach. I nie kiedy Henry'ego trawiła gorączka, bo jakkolwiek nie udawałby, że nie potrzebuje pomocy i opieki, Hannibal nie czuł się w porządku, zostawiając go w takim stanie samemu sobie. Westchnął, zamrugał i przerwał obiecujący kontakt wzrokowy. Spuścił oczy do swojego kufla. Na jego dnie nie czekał spokój. To było w porządku. Niemal zawsze trzeba było opróżnić przynajmniej kilka naczyń, żeby go wreszcie znaleźć. No i na bogów, czegoś mocniejszego, niż piwo kremowe. Może i dobrze, że Leo nie przyszedł. Myśl o chorym Lockharcie wzbudziła w Hannibalu zaskakujące nawet dla niego samego pokłady odpowiedzialności. Z rezygnacją odstawił pusty kufel na bar i zebrał się do wyjścia. W razie czego w domu czekała na niego jeszcze butelka wina z wczoraj. Koniec sesji
|